Dziewczynka, która widziała zbyt wiele - Małgorzata Warda - ebook + audiobook
Opis

Ile można poświęcić dla ukochanej osoby?

Aaron i Ania są dla siebie całym światem. Kiedy ich matka zaczyna chorować, trafiają pod opiekę ciotki. Jej dom, który dziewczynka pamięta jako niezwykle piękny, wypełniony sztuką i antycznymi meblami, staje się miejscem przemocy i dramatycznej walki. Kto ochroni rodzeństwo, gdy wszystkie granice zostaną przekroczone? Czy dziecięca wyobraźnia Ani pozwoli jej zapomnieć o wydarzeniach w zamkniętym pokoju? Czy Aaronowi uda się ochronić swoją siostrę?

Poruszająca powieść o ludziach, których życie było piekłem... aż w końcu miłość pokonała strach. Pamiętaj, że zawsze dasz sobie radę z własnym "potworem" pod warunkiem, że przestaniesz się go bać.

Małgorzata Domagalik

To książka tyleż ważka, co przerażająca. Historia zwykłej rodziny, w której nic nie jest proste. Jak z puszki Pandory wysypują się nieszczęścia i wstydliwie skrywane tajemnice: samobójcza śmierć ojca, depresja matki, przemoc fizyczna i psychiczna wobec dzieci. Z rodzinną traumą próbuje zmierzyć się nastoletnia Ania. Stawia sobie jasny cel: unicestwić demony nękające jej brata Aarona. Aby to osiągnąć, złamie prawo ludzkie i boskie – by prawda i sprawiedliwość zatriumfowały. Tylko czy na sprawiedliwość nie jest już za późno? Dziewczynka, która widziała zbyt wiele - nie przegapcie jej. To książka ważna. Żywy język, świetne nakreślone portrety, proste dialogi – tak o rzeczach trudnych trzeba pisać. Polecam gorąco, choć po tej lekturze nic już nie będzie takie samo.

Anna Dmowska, miesięcznik "Claudia"

Małgorzata Warda – pisarka, malarka, rzeźbiarka, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Wydała kilka powieści m.in: „Ominąć Paryż”, „Środek lata”, „Nikt nie widział, nikt nie słyszał”. Dwa z jej opowiadań znalazły się w bestsellerowych zbiorach „Opowiadania letnie” oraz „Opowiadania szkolne”. Jest autorką kilku tekstów piosenek zespołu Farba. Wspólnie z malarzem, Marcinem Kędzierskim, współtworzy artystyczną „Grupę miejską”. Od urodzenia mieszka w Gdyni.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 330

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 9 min

Lektor: Anna Krypczyk

Popularność


Copyright © Małgorzata Warda, 2012

Projekt okładki

Luiza Kosmólska

Zdjęcie na okładce

© Rebecca Marshall/arcangel-images.com

Redaktor prowadzący

Konrad Nowacki

Redakcja

Renata Bubrowiecka

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-7839-321-4

Warszawa 2012

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Ilony i Doroty

Dla mnie to są obrazy miłości,

każdy jest sam między parą przeszklonych drzwi.

Marilyn Monroe

Mam na imię Anna.

Kiedy byłam bardzo mała, z samego rana na bosaka i w nocnej koszulce biegłam do pokoju mamy, gdzie ona już siedziała przed lustrem. Opierałam policzek o jej kolana i patrzyłam na rozłożone na toaletce kosmetyki.

– Zamknij oczy.

Pędzelek dotykał mojej skóry i łaskotał tak, aż wybuchałam śmiechem.

– Nie odsuwaj się! – Mama też się śmiała. – Jak będziesz duża, polubisz to!

Uwielbiałam wdychać wszystkie jej zapachy: puder pachniał słodko, krem – kokosem, pastele do oczu całkiem jak odżywka do włosów, a mama jak mama. Byłam taka szczęśliwa, gdy gładziła mnie potem po policzku i szeptała: „Zdobi cię młodość, Aniu…”.

Widziałam nas w lustrze – byłyśmy tak różne. Strasznie chciałam mieć jej niebieskie oczy, śliczne jasne loki jak z portretu Złotowłosej w książce, którą dostałam kiedyś od Gabi... Oplatałam jej szyję rękami, przyciskałam serce do jej serca i słuchałam, jak każde bije w innym rytmie.

Dzisiaj jest niedziela. Policjant, robiąc pierwszy wpis w protokole, mówi, że mamy piąty grudnia dwa tysiące dziesiątego roku. Za oknami komisariatu dopiero wstaje szary, zimny świt. Słyszę pług odśnieżający podjazd, szczęk łopaty. Gdzieś daleko kołuje dźwięk syreny pogotowia.

W domu mojej mamy dzwoni telefon.

– Pani Cecylia Budzisz? – pyta policjant i rzuca na mnie okiem. Wyjaśnia, że dzwoni z komisariatu. – Jest tu pani córka Anna. Powinna pani do nas przyjechać… Tak, to ważne. Ania twierdzi, że stało się coś złego.

I tak to się zaczyna.

1

Mój brat Aaron jest starszy ode mnie tylko o trzy i pół roku, ale jak go ktoś o to pyta, mówi, że o cztery. „Trzy i pół!” – upieram się, na co on się uśmiecha, bo przyłapałam go na kłamstwie. „No dobra, trzy i pół. Co to zmienia?”.

To on nauczył mnie wiązać buty, kiedy miałam cztery lata albo pięć.

– Popatrz – kucnął przy moich nóżkach, którymi machałam w powietrzu, siedząc na pufie w przedpokoju naszego domu. – Widzisz? Tu łapiesz i wiążesz…

Zawiązał mi naprawdę śliczne kokardki. Zaraz potem przyjechała po nas ciocia Gabrysia i zabrała nas do Gdańska na Jarmark Dominikański. W samochodzie siedzieliśmy z tyłu, przypięci pasami bezpieczeństwa, a ciocia paliła papierosa za papierosem i każdy niedopałek wkładała do wąskiej popielniczki, która była już tak zapchana, że w ogóle nie chciała się zamknąć.

– Wysyp ją – zwróciła się do Aarona.

– Gdzie? – zdziwił się mój brat, na co Gabi odpowiedziała takim tonem, że od razu było wiadomo, że lepiej z nią nie zaczynać:

– Gdzieś. Sam pomyśl gdzie!

Aaron zwolnił więc pas, który wcześniej ciocia kazała mu zapiąć, żeby w razie wypadku nie uderzył głową w przednią szybę, a potem wyjął całą popielniczkę i wysypał jej zawartość za okno.

W Gdańsku ciocia kupiła nam watę cukrową, która miała bajecznie niebieski kolor i którą rwaliśmy z patyka palcami mimo ostrzeżeń, że nie będziemy mieli gdzie umyć rąk.

– Stójcie tu! – rozkazała w pewnym momencie, wskazując nam murek przy kiosku Ruchu. – Aaronie, pilnuj siostry, ja tylko wejdę do tamtej galerii…

Było strasznie gorąco, żółta sukienka w groszki lepiła mi się do ciała. Odklejałam ją co chwila, ale kleiły mi się też palce, więc musiałam je dokładnie oblizać, każdy po kolei.

– Patrz! – Brat szturchnął mnie i wskazał coś, co górowało nad straganami.

Przysłoniłam dłonią oczy i mrużąc je, popatrzyłam we wskazanym kierunku. O rety! Widok całkiem zaparł mi dech w piersiach.

Spomiędzy budek, prześwietlony przez słońce, w mieniących się kolorami ubraniach, które powiewały za nim jak błyszczące welony, nadchodził człowiek na szczudłach! Wydawał mi się tak wysoki, że niemal wyższy od kamienic i latarni. Za nim kroczyła kobieta – też na szczudłach. Miała umalowaną na biało twarz i mnóstwo wstążek we włosach. Kiedy przyłożyła do swoich warg plastikowe kółeczko i puściła kilka baniek, poczułam się tak, jakbym zobaczyła prawdziwe czary! Zerwałam się na równe nogi i pobiegłam do niej. Z krzykiem podskakiwałam, kiedy w powietrzu pojawiała się kolejna bańka. Goniłam je, machając rękoma i piszcząc jak inne dzieci.

Kiedy w końcu przypomniałam sobie o Gabrysi i Aaro­nie, nigdzie nie było murku, stoisk z goframi i tamtej brukowanej ulicy. Jakaś kobieta wpadła na mnie i skrzyczała mnie tak, jakby to była moja wina:

– Patrz, jak chodzisz, niegrzeczna dziewczynko!

I natychmiast odczarowała cudowną chwilę. Słońce ukryło się za chmurami, od rzeki wiał chłodny wiatr. Bardzo starałam się znaleźć powrotną drogę, ale zamiast zbliżyć się do brukowanej ulicy i straganu z goframi, dotarłam do mostu i rzeki. Usiadłam na ławce i czekałam. W końcu zaczęłam płakać.

– Maleńka, co ci się stało? – Starsza kobieta miała zapadniętą twarz i sińce pod oczami, które wyglądały całkiem jak u mojej mamy.

– Nie ma mojej cioci i brata!

Kobieta przywołała jakiegoś pana.

– Ta mała się zgubiła.

Oboje zaczęli się rozglądać po straganach. Kobieta wołała:

– Halo! Czy to nie pani dziewczynka?! Ta mała nie może znaleźć swojej cioci!

– A jak wygląda twoja ciocia? – spytał mężczyzna, kucając przede mną.

Pytanie było dziwne. No bo jak miała wyglądać ciocia? Ciocia to ciocia!

– Nie płacz. – Mężczyzna pogłaskał mnie po włosach. – Ciocia na pewno zaraz się znajdzie. No, no! Wiele dzieci się gubi i zaraz się odnajdują! Nic się nie martw…

Tak bardzo szukałam cioci, że wszędzie ją widziałam. Co chwila podrywałam się z ławki i zaraz siadałam, bo pani, która miała nią być, okazywała się kimś innym.

Płakałam już na całego, kiedy w końcu w uliczce pojawiła się Gabrysia. Zobaczyłam ją, wyrwałam się starszej pani i biegiem rzuciłam w jej ramiona. Przytuliła mnie naprawdę mocno, tak że ledwie mogłam oddychać.

– Tak się o ciebie bałam… – westchnęła z ulgą. – Tak się bałam! Jak mogłaś odejść tak daleko?!...

Aaron stał za nią i wyglądał na naprawdę przerażonego, aż dostał rumieńców.

– Wracamy do domu, skarbie…

Gabi wzięła mnie na ręce, chociaż byłam na to za duża i za ciężka.

– Mogła pani zgubić dziecko! – wtrąciła się starsza pani. – Siedziała tu dobre piętnaście minut, zanim się pani znalazła!

– Trzeba uważać na dzieci – dorzucił miły starszy pan.

– Tylko bez takich komentarzy! – rzuciła podniesionym głosem Gabi.

– Bez komentarzy! – fuknęła kobieta. – Znalazła się odpowiedzialna „ciocia”!

Gabi w drodze do samochodu milczała, ale gdy przypięła już nas pasami, usiadła za kierownicą i zamknęła drzwi, odwróciła się i syknęła ze złością:

– Zabiję cię, jeśli to się powtórzy!

I zanim zdążyłam się zorientować, co właściwie się dzieje, uderzyła brata w policzek. To nie był taki cios, jakiego byłam świadkiem kiedyś w domu Daniela, kolegi z podstawówki, gdy poszłam do niego z dzienniczkiem pełnym uwag, którego Daniel zapomniał ze szkoły, a jego tata walnął go tak, że Daniel runął na ziemię i nakrył się nogami. Potem opowiadał, że widział przed oczami kręgi i paski jak na kreskówkach w telewizji. Ale kiedy ciocia plasnęła otwartą dłonią Aarona, ten natychmiast pochylił głowę, a mnie do oczu znowu napłynęły łzy.

– Nigdy więcej nie waż się spuścić z niej oczu! – dodała Gabi, a słowa wypływały z niej lodowatym, mrożącym krew w żyłach strumieniem. – To jest twoja siostra i masz o nią dbać! Jesteś od niej starszy, musisz być odpowiedzialny! Rozumiesz?! Patrz na mnie, kiedy do ciebie mówię! Powiedziałam: patrz!

Kolejne uderzenie. Potem następne i następne, aż ­Aaron cofnął się w róg samochodu, gdzie ciocia nie mogła go dosięgnąć, bo nie ma aż tak długiej ręki. Posłusznie wbił w nią przerażony wzrok. Na policzku miał odcisk jej dłoni, normalnie taki, jakby go narysowała. Odetchnęłam z ulgą, kiedy w końcu ciocia zajęła się uruchomieniem silnika, wciąż jednak mrucząc pod nosem:

– Jesteś taki sam jak twój popaprany ojciec! Nawet wyglądasz identycznie!

Kawałek drogi udało nam się pokonać w milczeniu. Potem Aaron chrząknął i stwierdził:

– Nie wolno ci mówić źle o tacie…

Gabi popatrzyła na nas przez ramię. W mojego brata wycelowała palec:

– Ostrzegam cię! Jeszcze słowo i wylecisz z samochodu!

Jechaliśmy w kompletnej ciszy, a ja ciągle łykałam łzy, które nie chciały przestać płynąć. Wsunęłam dłoń w rękę Aarona, żeby nie myślał, że ja też go nie lubię. W odpowiedzi spróbował się dzielnie uśmiechnąć.

2

W słuchawkach eksplodował kawałek My Chemical Romance „Destroya”:

You don’t believe in God

I don’t believe in luck

They don’t believe in us

But I believe we’re the enemy

Kamienica, w której mieszkał Paweł, była już w zasięgu wzroku – skąpana w porannym jesiennym słońcu. Aaron, idąc niespiesznie chodnikiem, wsłuchany w muzykę, minął kilku starszych chłopaków siedzących na placu zabaw na odartych z farby drabinkach. Cała trójka czujnie obrzuciła wzrokiem jego ciuchy, buty i białe słuchawki od iPoda, wystające spod włosów i ginące w kieszeni bluzy, a potem wróciła do rozmowy, sięgając po swoje piwa.

Drzwi otworzyła siostra Pawła. Oparła się o futrynę i zmierzyła Aarona rozbawionym spojrzeniem.

– Nie ma go, poszedł do szkoły. A ty? Nie powinieneś być przypadkiem na lekcjach?

– Czekaj, czekaj. – Aaron wyjął słuchawkę z ucha. – Ja mam dzisiaj wolne.

– Fajnie. – Uśmiechnęła się z przekąsem. – Też bym chciała mieć wolne w poniedziałek przed południem. Chodź. – Przesunęła się, robiąc mu przejście.

W kuchni ciasnego, dwupokojowego mieszkania panował totalny nieporządek, gorszy niż kiedykolwiek. Brudne garnki piętrzyły się w zlewie, rączka patelni wystawała z uchylonego piekarnika, wszędzie walały się opakowania po chipsach i paluszkach. W tosterze Aaron zauważył resztki spieczonych tostów, a cały stół zawalony był pomocami do fryzjerskich działań Magdy.

– Uczę się przedłużania włosów. – Magda usiadła na stołku i podkuliła jedno kolano pod brodę. – Dzieciaku, nie chcesz posłużyć mi za modela? Mogłabym dorobić ci kilka dredów albo warkoczyków, czy co tam zechcesz...

Aaron zajął krzesło naprzeciwko niej, zdjąwszy uprzednio z niego kilka opakowań czarnych sztucznych włosów, które obejrzał trochę uważniej.

– Jeezuu! Co z tym robisz?

– Doczepiam, przedłużam! – Magda roześmiała się i oparła brodę na kolanie. – Masz zapalniczkę?

Pokręcił głową, chociaż przypominał sobie, że chyba jednak ma ją przy sobie. Siostra Pawła skorzystała z zapałek. Włożyła papierosa do ust i sięgnęła po saszetkę, z której wysypała na stół kilka pomarańczowych zakończeń.

– Zrobię ci warkoczyki. Może być?

Zamiast na ozdoby Aaron zwrócił uwagę na jej palce – szczupłe i długie, z tipsami w zielone paski.

Wiele lat temu Magda, jako starsza siostra Pawła, zamykała się przed nimi w pokoju i wrzeszczała, że mają się odpieprzyć i iść na dwór, ponieważ ten pokój należy bardziej do niej niż do brata. „Przyjemności dwupokojowego mieszkania” – żartowała mama Pawła. Gdy Aaron miał czternaście lat, przegrał z chłopakami w karty i musiał wykonać wymyślone przez nich zadanie: przez pełne trzy minuty całować się z Magdą. Starsza o rok siostra Pawła w pierwszej chwili wyglądała na oburzoną, nawet nazwała ich palantami, ale dziwnie szybko dała się przekonać do zabawy. Położyła się na trawie i Aaron zauważył jej duże piersi, wyraźnie zaznaczone w opiętej bluzce. „No co jest?” – zapytała, nie zważając na jego zakłopotanie, podczas gdy Paweł nastawił stoper.

– Pokaż.

Magda stanęła przed Aaronem i sprawnie zaczęła rozdzielać pasma jego włosów.

– Będzie cię bolało – oznajmiła. – Ty chyba w ogóle nie używasz grzebienia! Jakby mi klient przyszedł z czymś takim do zakładu, to posłałabym go do stu diabłów! – Znowu przytrzymała papierosa ustami i sięgnęła po grzebień. – Matko Boska, Aaron, co ty w ogóle masz na tej głowie? Już lepiej by było, gdybyś zrobił sobie dredy jak mój brat! Nie myślałeś, żeby to ściąć? – Zebrała mu włosy w kitę i odsunęła się, żeby na niego popatrzeć. – W krótkich też byłoby ci fajnie. – Zawahała się, a jej twarz rozjaśnił uśmiech. – We wszystkim jest ci fajnie, co? Laski pewnie za tobą wariują.

– Przestań – zbył ją, sięgając po kilka pomarańczowych zakończeń. – Mogą być te, wszystko mi jedno.

Kiedy zajęła się robieniem podziałów na jego głowie, na wysokości oczu miał jej płaski brzuch, częściowo zakryty bluzką, i piersi kołyszące się w rytmie ruchu jej rąk. Powstrzymał jej dłonie, nakrywając je swoimi.

– Boli? – zapytała zdziwiona.

Nie ruszaj się, pomyślał. Proszę, nie ruszaj się! Puścił jej ręce i delikatnie uniósł jej bluzkę, odsłaniając opalony brzuch z niebieskim błyszczącym koralikiem w pępku. Jego dłonie były tak zimne, a jej ciało tak rozgrzane, że prawdopodobnie odskoczyłaby, gdyby jej teraz dotknął. Więc zbliżył usta do jej skóry. Zamknął oczy i zaczął ją smakować, miejsce przy miejscu, okrążając pępek.

– Dzieciaku, w co ty ze mną pogrywasz?

Wstrzymała oddech, kiedy dotknął językiem koralika w jej pępku.

– Kurna, Aaron… – wyszeptała, wciągając głęboko powietrze w płuca. – Zabiję mojego brata. Powiedział, że masz z tym jakiś problem. Że dlatego nie masz dziewczyny!

Ja chyba też go zabiję, pomyślał, unosząc głowę, żeby spojrzeć jej w oczy.

– Wrobił cię. – Roześmiał się.

Wpatrywała się w niego dziwnie miękko, z uśmiechem, którego jeszcze nie znał.

– Co to było? – zapytała, kiedy ją puścił. – Dzieciaku, znam cię tyle lat, że to zakrawa na kazirodztwo! I co teraz? Mam dalej splatać ci warkoczyki? Oszalałeś? Trzęsą mi się ręce, człowieku!

– Mnie też – przyznał, pociągając ją za nadgarstek, żeby usiadła.

Na lekcji polskiego zapatrzył się w okno. Z drzew spadały liście, chodniki tonęły w kałużach, po trawniku przed szkołą hulał wilgotny wiatr. Myślał o matce. Ostatnio prawie jej nie widywał – całe dnie spała albo milczała, zatracona we wspomnieniach. O tym, że w ogóle wyszła z łóżka, orientował się po brudnym talerzu albo filiżance zostawionej na stole. Znał ten jej stan – chwile spędzone w bujanym fotelu, spojrzenie, które coraz częściej sprawiało wrażenie, jakby traciła zdolność widzenia – znał, chociaż nie potrafił powiedzieć skąd. Kiedy teraz wpatrywał się w okno, przyszedł mu na myśl ciasny pokój ze złażącymi ze ścian kolorowymi tapetami.

Pierwszy raz przypomniał sobie o nim, kiedy urodziła się Ania. Gabrysia zabrała go wówczas do szpitala, żeby zobaczył siostrę. Z tego pobytu zapamiętał głównie to, że Gabi była strasznie zdenerwowana i ciągle powtarzała, że Ania dostała tylko trzy punkty, a jej mózg jest dosłownie zamulony prochami łykanymi przez matkę. Siostra leżała na sali wraz z kilkorgiem innych noworodków. Nie umiała sama oddychać, więc podłączono ją do respiratora. Miała szeroko otwarte usta, z których wystawała jakaś rurka. Pod kocykiem zarysowywał się jej brzuszek i drobne ciałko. Wydała mu się mniejsza od innych dzieci, najmniejsza na całej sali.

Mama została umieszczona w prywatnym pokoju, za który płaciła Gabrysia. Leżała na łóżku, jedną ręką podpierając głowę, i wpatrywała się w ścianę naprzeciwko. Nie zareagowała, kiedy stanął przy niej. Jego spojrzenie obiegło jej twarz, próbując rozszyfrować, co się stało. Wyglądała jakoś inaczej. Jej oczy przestały błyszczeć. I dlatego że były takie matowe, po raz pierwszy pomyślał o tamtym pokoju. Mignął mu w pamięci jak sprane wspomnienie i zaraz znikł.

O szybę uderzyły pierwsze tego dnia krople deszczu i Aaron miał wrażenie, że wraca z bardzo daleka. Przeniósł spojrzenie na środek sali, gdzie polonistka właśnie przedstawiała klasie nową uczennicę.

– Jola przyjechała do nas z RPA – oznajmiła, podczas gdy rudowłose dziewczę przycisnęło do siebie torbę, wyraźnie onieśmielone. – Jolu, na pewno masz trochę zaległości w języku polskim, więc na razie usiądziesz z kimś, kto mógłby być pomocny…

Aaron przewidział, że polonistka wskaże jego, szczególnie że dzisiaj miejsce obok niego było wolne. Zawczasu sięgnął więc po swój plecak i odstawił go na podłogę.

– Jolu, zajmij miejsce w przedostatniej ławce koło ­Aarona.

Wzrok Joli obiegł klasę i w końcu spoczął na jedynym pustym krześle. Potem przeniosła go na chłopaka, który siedział obok.

Odsunął jej krzesło. Zbliżyła się do niego powoli, wciąż przyciskając torbę do piersi. Na ławkę wyłożyła zeszyt i długopis.

– Hej – szepnęła.

– Cześć – odpowiedział równie cicho, podczas gdy nauczycielka cofnęła się do swojego biurka i poprosiła, by klasa otworzyła podręczniki na wierszu Miłosza.

Aaron, wciąż trochę roztargniony, sięgnął po swoją książkę i zaczął ją wertować.

– Mogę? – zapytała Jola. – Jeszcze nie kupiłam.

Przysunęła się, a Aaron położył podręcznik na środku ławki. Pochylili się nad nim jednocześnie. Poczuł jej perfumy – pachnące dusznym, upalnym latem. Kiedy podniósł na nią wzrok, zauważył jej loki w bajecznym marchewkowym kolorze i opaloną, nakrapianą piegami skórę.

– Mam z tobą siedzieć na każdej lekcji? – Jej spojrzenie objęło jego twarz.

– Nie, nie sądzę – odpowiedział cicho. – Ktoś tu już siedzi. Po prostu nie ma go dzisiaj.

– Kto? – Pochyliła się trochę niżej, jakby chciała wyszeptać coś szczególnie ważnego.

Odruchowo zrobił to samo. Kiedy znalazł się jeszcze bliżej niej, ogarnęło go miłe i jednocześnie krępujące wrażenie, jakby ktoś dmuchnął mu w twarz gorącym powietrzem, jakby jego skóra zapłonęła. Z bliska jej oczy otoczone przez rudawe rzęsy miały barwę wody. Uśmiechnęła się, odsłaniając trochę długie, lekko rozsunięte jedynki.

– Twoja dziewczyna? – zapytała, a on bezwiednie cofnął się na swoje miejsce i pokręcił głową.

– Nie, nie dziewczyna. Kolega.

3

Na suficie komisariatu jest mnóstwo pajęczyn. Gdy na nie patrzę, to zaraz zaczynam myśleć o pajęczynach w naszym domu. Kiedyś były tylko na strychu, ale mama ich nie przeganiała, więc zeszły na pierwsze piętro, a ostatnio widziałam, że pająk uwił sobie sieć koło łazienki, a to jest już blisko mojej sypialni.

– To twoja mama? – pyta policjant, więc wychylam się nieco, żeby widzieć ją przez szybę.

Akurat dzwon w kościele wybija ósmą rano. Tak, to mama. Nie ma wątpliwości. Wchodzi po stopniach jak staruszka, mocno trzymając się barierki. Gdybym powiedziała temu mężczyźnie, że za miesiąc skończy czterdzieści sześć lat, pewnie uznałby to za kłamstwo. Czterdzieści sześć lat to nie jest dużo. Nie powinna więc wyglądać jak mama Angeliki Małek, która urodziła córkę po czterdziestce i teraz jest całkiem siwa, a każdy myśli, że Angelika jest jej wnuczką. Ale jakoś tak się złożyło, że moja mama już od wielu lat wygląda naprawdę staro. Choć zdarza się, że patrzę na nią i myślę: „O rety, wciąż jest taka śliczna!”. Lubię jej płowe rzęsy, jasne brwi, zawsze zaróżowioną wokół ust skórę. We włosach jednak od jakiegoś już czasu dominują srebrne nitki, które dawniej kazała mi wyrywać, ale potem dała sobie spokój, bo przecież zostałaby całkiem łysa.

Słyszę ją teraz w korytarzu, jak tłumaczy komuś:

– Jestem matką Anny Budzisz. Zadzwoniono do mnie, ponieważ podobno jest tu moja córka. Gdzie ją znajdę?

Po chwili jej kroki rozlegają się zdecydowanie bliżej mnie.

Mnie też zaskoczył ten pokój, więc myślę, że mama będzie czuła podobnie. Przecież na filmach takie pomieszczenia są duże, z weneckimi, a właściwie fenickimi lustrami, za którymi stoi kilku wyjątkowych detektywów, a do stołu taśmą powinien być przymocowany magnetofon.

Tymczasem tutaj znajduje się tylko stół, kilka krzeseł i regał pełen segregatorów, z których większość jest zielona, co może oznaczać, że policjanci sami nie decydują o wyborze ich koloru.

Mama wchodzi do środka i od razu pyta:

– Jest tu Anna?

To jedno „Anna” wystarczy, żebym wiedziała, jaka jest na mnie zła.

– Pani Budzisz?

Policjant wymawia swoje imię i nazwisko. Chce się z mamą przywitać, wskazuje jej krzesło.

– Proszę usiąść, zaraz wszystko pani wytłumaczymy.

Ale mama nie siada.

– Nigdzie nie będę siadać, Ania powie, co leży jej na sercu, i zabieram ją do domu!

Policjant patrzy na mnie, a ja pochylam głowę, bo nie chcę wiedzieć, co o nas myśli.

– Musimy chwilkę poczekać – odzywa się po chwili wciąż łagodnie. – Zaraz będzie tu psycholog. Dosłownie za pięć minut zjawi się też osoba, by spisać zeznania.

– Co to znaczy? – pyta mama rozdrażnionym tonem. – Pan nie spisze zeznań? Po co ma tu przyjść psycholog? O co w ogóle chodzi?

– Takie mamy procedury. Ania jest nieletnia. – Funkcjonariusz ścisza głos, bo słowa, które zaraz padną, są przeznaczone tylko do uszu mamy. – W tej sytuacji Ani będzie łatwiej zeznawać, jeśli protokolantką będzie kobieta.

– Nazywam się Agnieszka Dominiczak – przedstawia się kobieta, która zjawia się chwilkę po mamie. – Jestem psychologiem sądowym. Aniu, będę uczestniczyć w składaniu przez ciebie zeznań. – Uśmiecha się do mnie tak, jakby chciała zmusić moje usta do tego samego. – Przede wszystkim musisz wiedzieć, że podziwiam cię za to, że tu przyszłaś, by opowiedzieć o wszystkim policji. Domyślam się, jakie to musi być dla ciebie trudne.

Kiedy tak patrzy, nie wiem, co zrobić z rękoma. Potnieją, chociaż w pokoju nie jest gorąco. Ślizgają się po stole, więc chowam je pod blat.

– Zanim zaczniemy spisywać protokół, muszę cię pouczyć o konsekwencjach twoich zeznań – informuje policjantka. – Gwałt jest przestępstwem ściganym z urzędu. Nikt nie może być zwolniony od odpowiedzialności za to przestępstwo. Twoje zeznania w chwili, gdy podpiszesz protokół, zostaną wykorzystane przeciwko osobie, którą wskażesz. Będziemy musieli wystąpić do prokuratury w trybie pilnym o ściganie tej osoby i zatrzymanie jej. Według artykułu dwunastego kodeksu postępowania karnego taki występek może być karany dwunastoma latami pozbawienia wolności…

– Gwałt?! – Mama podrywa głowę i przeszywa mnie takim wzrokiem, że ręce potnieją mi jeszcze bardziej i od razu wiem, że wszystko pójdzie źle. Tej chwili bałam się najbardziej. Tego, że mama w końcu zrozumie.

Mówię tak cicho, że chyba myszka piszczy głośniej. Musi minąć kilka chwil, nim mama uświadomi sobie, co właśnie usłyszała.

– Co???

Na lekcji polskiego w zeszłym roku omawialiśmy taki wiersz o końcu świata. Że koniec świata przychodzi spokojnie – pszczoły sobie wtedy bzyczą, a ludzie załatwiają swoje sprawy. Nauczycielka powiedziała, że koniec świata ma wymiar indywidualny dla każdego z nas. Czuję, że tak właśnie będzie z nami. Ta policjantka przy maszynie do pisania i psycholog dalej będą robić swoje, podczas gdy ja na pół złamię serce mamy i sprowadzę koniec świata na nasz dom.

– Mamo, to zrobił Aaron!

POZOSTAŁE ROZDZIAŁY DOSTĘPNE W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI