Wydawca: Amber Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2015

Dziewczynka, która przestała mówić ebook

Casey Watson  

5 (2)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 282 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziewczynka, która przestała mówić - Casey Watson

W szkole publicznej Casey Watson zajmuje się dziećmi, które nie potrafią przystosować się do nauki i szkolnych zasad. W jej grupie pojawia się nowa uczennica, przeniesiona z innej szkoły. Trzynastoletnia Imogena nie odzywa się podczas lekcji, a na przerwach swobodnie rozmawia z innymi dziećmi…
Casey zwraca uwagę na zastanawiające szczegóły. Nieruchomą, zawsze poważną twarz dziewczynki i niespodziewane, gwałtowne reakcje. Zaczyna szukać przyczyny.
Rodzice Imogeny się rozeszli, matka zniknęła, a ojciec ponownie się ożenił. Potem opiekę nad dzieckiem musieli przejąć dziadkowie.
W miarę jak Casey poznaje kolejne szczegóły życia dziewczynki, jest coraz bardziej przerażona. W końcu będzie musiała uciec się do pomocy policji…

Opinie o ebooku Dziewczynka, która przestała mówić - Casey Watson

Cytaty z ebooka Dziewczynka, która przestała mówić - Casey Watson

dobycie tej posady było dla mnie prawdziwym spełnieniem marzeń i wciąż jeszcze czasem musiałam się uszczypnąć, żeby się upewnić, że nie śnię. Owszem, pracowałam już z młodymi ludźmi, ale nigdy dotąd w warunkach

Fragment ebooka Dziewczynka, która przestała mówić - Casey Watson

Korekta

Agnieszka Deja

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Kendra Wolford/iStock/Thinkstock

Tytuł oryginału

The Girl Without A Voice

Copyright © Casey Watson 2014

Originally published in the English language by HarperCollins Publishers Ltd. under the title The Girl Without A Voice

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2015 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5655-9

Warszawa 2015. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

juras@evbox.pl

Rozdział 1

Różne bywają zajęcia, ale dla mnie zawsze idealną pracą była taka, w której budząc się w poniedziałek rano, nie miałam pojęcia, co przyniesie nadchodzący tydzień.

Właśnie taki zawód wykonywałam, więc naprawdę się cieszyłam, że moje życie w domu jest tak przewidywalne.

– Maaamo! – dobiegł z piętra płaczliwy głos mojej córki. – Nie mogę znaleźć drugiego czarnego buta. Za pięć minut muszę wyjść, a nie mogę go nigdzie znaleźć! Nie widziałaś mojego buta? Ktoś na pewno go gdzieś przełożył!

Pokręciłam głową i westchnęłam. To było typowe dla Riley. Miała osiemnaście lat i pod wieloma względami byłyśmy do siebie bardzo podobne. Obie miałyśmy czarne włosy, taki sam śmiech, podobała nam się taka sama muzyka i takie same ubrania. Ale jedno niewątpliwie nas różniło. O ile moją życiową misją było porządkowanie całego świata, Riley stanowiła moje przeciwieństwo: była najbardziej niezorganizowaną osobą, jaką znałam. Dobrze wiedziałam, gdzie może być jej but. Jak zwykle, dokładnie w tym samym miejscu, w którym wylądował, kiedy zrzuciła go z nogi.

Poszłam jednak na górę, ponieważ ja miałam jeszcze godzinę do wyjścia do pracy, a jej rzeczywiście zostało już tylko pięć – nie, cztery minuty. Po skończeniu college’u znalazła sobie świetną pracę, którą naprawdę lubiła. Pracowała w biurze podróży, gdzie – jak mówiła – „każdego dnia czuła się, jakby była na wakacjach”. Ale nie była na wakacjach; miała określone godziny końca i, co ważniejsze, rozpoczęcia pracy. Dobrze przynajmniej, że trafiła na tak wyrozumiałego szefa.

Byłam już w połowie schodów, kiedy wyszła ze swojego pokoju. Podskakiwała na jednej nodze, na drugą starając się założyć odnaleziony but.

– Koniec paniki. Ktoś musiał go wkopać pod moje łóżko.

– Hm, przepraszam? – zakpiłam, kiedy zeszła do mnie. – Ktoś? A któż by to mógł być?

Zamiast odpowiedzi cmoknęła mnie szybko w policzek i wybiegła, żeby w ostatniej chwili złapać autobus. Pomachałam jej na pożegnanie i pomyślałam tęsknie, jak by to było mieć znowu osiemnaście lat i wychodzić do pracy, nie przejmując się zupełnie niczym.

Dzieci w moim świecie były inne. A w każdym razie te, z którymi spędzałam całe dnie w ciągu tygodnia. Pracowałam jako menadżer do spraw zachowania w wielkiej publicznej szkole w podupadłej części miasta, więc dzieciaki, z którymi się spotykałam, wcale nie były beztroskie. Przychodziły do mnie z różnych powodów, ale łączyło je to, że nie potrafiły sobie poradzić w normalnym szkolnym środowisku. Moim zadaniem, oprócz zapewnienia im bezpiecznych warunków, w których mogłyby pracować, było ocenienie ich problemów i wybranie najlepszego dla nich sposobu dalszego postępowania, co mogło polegać na doradztwie, uczeniu ich technik radzenia sobie z problemami, a w niektórych przypadkach na skierowaniu do zewnętrznych instytucji, które mogły im pomóc, na przykład profesjonalnych terapeutów albo psychologów klinicznych. Czasami wystarczyło tylko na pewien czas zastosować alternatywny program nauczania, ale niekiedy sprawa okazywała się długa i skomplikowana – na przykład jeżeli dziecko miało problemy zbyt poważne, by można się było z nimi uporać w zwykłej szkole, mogło się zdarzyć, że trzeba było je przenieść do szkoły z internatem, która miała personel i wyposażenie dostosowane do jego potrzeb. A w skrajnych przypadkach, kiedy uznawano, że dalszy pobyt w domu wiąże się ze zbyt dużym ryzykiem, zawiadamiano służby socjalne, które umieszczały dziecko w rodzinie zastępczej.

Tak czy inaczej, moje zajęcie, choć często niełatwe, nigdy nie było nudne, ale ponieważ w ciągu sześciu miesięcy pracy trafiało do mnie coraz więcej dzieci, czasami bywało też bardzo stresujące.

Kiedy Riley wyszła do pracy, podobnie jak mój mąż Mike, który pracował jako magazynier, zostaliśmy w domu sami – ja i nasz syn Kieron. Przypuszczałam, że Kieron spędzi większą część dnia właśnie w domu. Był koniec września – rok szkolny trwał od trzech tygodni – a Kieronowi niełatwo przychodziło zmaganie się z codziennymi problemami. Miał szesnaście lat i w czerwcu opuścił szkołę, nie mając żadnego planu. A ponieważ większość jego kolegów uczyła się lub pracowała, czuł się nieco zagubiony – każda zmiana rutyny budziła w nim niepokój. Kieron miał syndrom Aspergera, bardzo łagodną formę autyzmu, więc źle przyjmował wszelkie zmiany, a teraz musiał sobie odpowiedzieć na ważne pytanie – co robić dalej? Iść do college’u? Do pracy? Może na staż? Ciążyło mu to i nie dawało spokoju.

Nam także i miało to trwać, dopóki Kieron nie wymyśli, jaką dalszą drogę uważa za najlepszą dla siebie; nie było sensu go w tym ponaglać. Nie chcieliśmy, żeby poświęcił się czemuś tylko po to, by się przekonać, że popełnił błąd – to zestresowałoby go jeszcze bardziej.

Musieliśmy więc być cierpliwi – chociaż teraz i tak miałam się czym zająć. Dopiłam ostatni kubek kawy, postawiłam na ogniu coś na obiad i sprawdziłam, czy dom na pewno wygląda tak, jakim chciałabym go zastać, kiedy wrócę wieczorem.

Cóż, w każdym razie bądźmy dobrej myśli. Szybko wypolerowałam buty, wsunęłam je na nogi i skrzywiłam się, zerkając na swoje odbicie w lustrze. Moja praca miała jedną wadę – to, że musiałam się do niej ubierać tak oficjalnie. Prosta, czarna spódnica i żakiet, czarne rajstopy, błyszczące buty. I do tego wyprasowana bluzka w paseczki – zupełnie nie mój styl! Zawsze wolałam wkładać spodnie od dresu i T-shirt, a niesforne włosy spinać byle jak w koński ogon, niż spędzać godziny przed lustrem czesząc się i robiąc sobie makijaż na cały dzień.

Ale nie miałam innego wyjścia, jeśli chciałam być uważana za profesjonalistkę. Częścią mojej pracy były spotkania z innymi profesjonalistami – dyrektorami szkół, pracownikami socjalnymi, pedagogami, psychologami – więc szybko nauczyłam się, na czym polegają reguły ubioru. Jeśli chciałam być traktowana poważnie, musiałam się odpowiednio ubierać; to było duże poświęcenie dla kogoś takiego jak ja. Wolałam raczej spędzać czas z setką niesfornych nastolatków, niż siedzieć przy stole konferencyjnym z dorosłymi takiego kalibru – było to dla mnie onieśmielające, nawet jeśli konieczne.

Jednak, jak zwykle, musiałam zapomnieć o wszystkim innym, kiedy tylko przeszłam przez bramę szkoły i powitała mnie kakofonia krzyków i wrzasków, typowa dla każdego poniedziałkowego poranka.

– Dzień dobry! Jak pani minął weekend?

– Proszę pani! Brandon Smith mnie obgaduje!

– Pani Watson, czy mogę przyjść dzisiaj do pani zamiast na WF?

Uśmiechając się do tłumu, który był bliski pochłonięcia mnie, wskazałam na wielki zegar wiszący w holu.

– Później będziemy mieli mnóstwo czasu, żeby nadrobić zaległości – zapewniłam ich. – I weekend minął mi przyjemnie, dziękuję, ale teraz wszyscy powinniście już iść na lekcje. A wiecie, czego ja potrzebuję? – uśmiechnęłam się szeroko.

– Kawy! – odpowiedział mi chór i dzieciaki zaczęły się rozbiegać. – Musi się pani napić kawy!

Mieli rację. Moje zamiłowanie do kawy było niemal równie dobrze znane, jak potrzeba tworzenia ładu z chaosu. Nie żeby w pokoju nauczycielskim panował chaos, ale nie było to też sanktuarium porządku. Wiedziałam, że często jestem tematem szeptów i celem dziwnych spojrzeń, kiedy stałam przy stoliku z napojami w rogu, zaciekle wycierając blat i polerując łyżeczki. Często zostawałam też chwilę po dzwonku na lekcję, poprawiając poduszki i wyrównując papiery. Nikt o tym nie mówił – w każdym razie nie mnie – ale byłam pewna, że wszyscy wiedzieli, że to ja.

Kiedy weszłam do pokoju nauczycielskiego, panowała w nim – jak zwykle – atmosfera nagłej ewakuacji, gdy ponad dwa tuziny nauczycieli udawało się na lekcje. Ja natomiast miałam jeszcze wolne pół godziny, ponieważ uczniowie, którymi się opiekowałam, przychodzili dopiero około 9.30. Zrobiłam sobie kawę, dzielnie walcząc z chęcią pozmywania. To śmieszne; szkoła zatrudniała kobietę, której zadaniem było sprzątanie i zmywanie w czasie lekcji, a jednak trudno mi było oprzeć się pokusie.

A jednak się oparłam. I tak czekało mnie mnóstwo pracy. Musiałam dokończyć przygotowywanie planów zajęć dla moich podopiecznych – miałam ich wtedy piątkę – i zostało mi trochę papierów do wypełnienia z poprzedniego dnia. Codziennie przeprowadzałam wywiad na temat „przestrzeni życiowej” z każdym dzieckiem. To modne ostatnio słowo oznaczało w praktyce tyle, że zaczynałam rozmowę, a potem po prostu słuchałam. Właściwie to nie „po prostu słuchałam” – słuchałam „aktywnie”, co polegało na tym, że pomagałam im się otworzyć, zachęcając takimi zwrotami jak „to musiało być dla ciebie bardzo przykre” albo „i co się potem zdarzyło?”

A w przypadku niektórych dzieciaków, z którymi pracowałam, odpowiedź na to pytanie była doprawdy przerażająca.

Moje biuro mieściło się na parterze jednego z dwóch budynków szkoły, obok większości innych biur, a także pracowni plastycznej, teatralnej i sali gimnastycznej. W drugim budynku, połączonym z pierwszym długim korytarzem i stołówką, znajdowały się normalne klasy.

Chociaż może określenie „biuro” w odniesieniu do mojego nowego pokoju było nieco na wyrost. Prawdę mówiąc, była to stara, od dawna nieużywana, maleńka klasa, gdzie niegdyś odbywały się zajęcia wyrównawcze. W tamtych czasach mieściła około piętnastu uczniów i kiedy zaczynałam pracę, na całe jej wyposażenie składało się kilka stolików i krzeseł oraz stara tablica. Dyrektor, pan Moore, był zaskoczony, gdy powiedziałam, że wolę to pomieszczenie od innych, które mi zaproponował – na przykład od dużego, przestronnego pokoju, w którym kiedyś urzędował wicedyrektor, pan Brabbiner, albo od przypominającej laboratorium klasy z wielkimi, zabudowanymi stołami, interaktywną tablicą i przylegającym do niej niewielkim biurem.

Ale nie. Ja chciałam właśnie to pomieszczenie. Chociaż było zaniedbane i ponure, kiedy je zobaczyłam po raz pierwszy, dostrzegłam w nim ogromny potencjał, a głównym powodem były drzwi – ściśle mówiąc – wyjście przeciwpożarowe – prowadzące na urokliwy wewnętrzny dziedziniec z trawnikiem. Co zaś najlepsze, żadne reguły nie zabraniały mi zostawiać ich otwartych. Krótko mówiąc, miałam tam własny ogród, który natychmiast podbił moje serce. Zapytałam, czy mogę się tam wprowadzić dwa tygodnie przed rozpoczęciem zajęć, żeby wszystko przygotować i porządnie posprzątać.

Rozejrzałam się teraz i uśmiechnęłam. To naprawdę był mój dom poza domem. Wydzieliłam miejsce dla siebie, ustawiając kilka stołów w literę L; tam właśnie trzymałam czajnik i kubki, a także toster i coś, z czego wkrótce zasłynęłam – niewyczerpane źródło ciasteczek.

Poprosiłam woźnego, żeby pomalował ściany na słoneczny, żółty kolor (najbardziej skandaliczny odcień, na jaki zgodziła się dyrekcja) i przygotowałam kolorowe ramki na dzieła sztuki, które spodziewałam się wkrótce zacząć dostawać. Pamiętając o ogrodzie (co do którego także miałam pewne plany), przygotowałam też miejsce na doniczki i sadzonki. Ten pomysł także stał się przyczyną dziwnych spojrzeń kolegów, kiedy nosiłam korytarzami worki kompostu.

Na koniec zainstalowałam radio i urządziłam miejsce do odpoczynku, z niskim stolikiem i wygodnymi siedziskami.

Dopiero potem w wolnym miejscu, jakie zostało pośrodku, ustawiłam stoliki do pracy i krzesła. To była klasa, bez najmniejszych wątpliwości, ale też coś znacznie więcej. Miało to być miejsce, w którym dzieci z problemami będą mogły się odprężyć i poczuć swobodnie, niezależnie od tego, z jakiego powodu trafią do mojego „biura”. I tylko to się liczyło. O wiele łatwiej rozmawiało się z dzieckiem zrelaksowanym niż z zestresowanym i choć wzdrygałam się na myśl o tym, ile wydałam z mojego skromnego budżetu, nie miałam wyrzutów sumienia. Czułam, że zrobiłam wszystko jak należy.

Moja zgraja podopiecznych przybyła, jak zwykle czyniąc harmider. Niektórzy z nich przychodzili tylko na jedną lub dwie lekcje, ale byli i tacy, którzy spędzali tu całe dnie. Teraz miałam ich piątkę – i nie mogliby się bardziej od siebie różnić. Było wśród nich troje siódmoklasistów – nowych w szkole i z różnych powodów jeszcze niezbyt dobrze sobie radzących – oraz dwoje ósmoklasistów, z którymi kończyłam pracę.

Pierwszy z nich był Henry – on też stanowił największe wyzwanie. Miał trzynaście lat i groziło mu usunięcie ze szkoły z powodu trudnego i gwałtownego charakteru. Niemal wszyscy nauczyciele wyrzucali go ze swoich lekcji, a przyjście do mojej „Jednostki” (nie ja wybrałam taką nazwę – nie cierpię wszelkiego rodzaju etykietek, ale ta przylgnęła na dobre) miało być ostatnią próbą wyprostowania go na tyle, żeby mógł pozostać w normalnej szkole.

Tego ranka, na szczęście, wyglądało na to, że jest w dobrym nastroju.

– Wszystko w porządku, psze pani? – spytał, wpadając do pokoju i rzucając sponiewierany plecak na najbliższy stolik.

– W porządku, Henry – odparłam. – A ty wydajesz się radosny. Jak ci minął weekend?

– Psze pani, było super!

Źródłem problemów Henry’ego ze światem wydawał się jego brak empatii. Był najmłodszym z pięciu chłopców mieszkających z mamą żyjącą z zasiłku – tata zniknął z horyzontu – i najwyraźniej musiał walczyć o swoje miejsce w hierarchii. Z oczywistych powodów zawsze miał tylko używane rzeczy (ubrania i zabawki), co niekoniecznie musiało oznaczać uraz emocjonalny. Wręcz przeciwnie – mnóstwo dzieciaków w takich warunkach radzi sobie doskonale. Lecz nie Henry. Jego największy problem polegał na tym, że był traktowany jako najsłabsze ogniwo w rodzinie i starsi bracia bezlitośnie się nad nim pastwili. Nic dziwnego, że kiedy przyszedł do szkoły, przepełniała go agresja, którą wyładowywał na młodszych lub słabszych niż on sam. Był też zaniedbany i brudny, co także stanowiło dla niego problem – udało mi się już ustalić, że jeden z nauczycieli miał skłonność do dokuczania mu i wystawiania na pośmiewisko przed całą klasą. Prawdę mówiąc, pierwszą oznaką, że może mi się udać osiągnąć z Henrym jakieś postępy, było to, kiedy wyznał, jak nauczyciel upokorzył go przed innymi.

– Zawsze wiem, kiedy zbliżasz się do klasy, Henry – powiedział. – Bo pojawiasz się tuż za smrodem.

Tego ranka jednak Henry był w dobrym humorze, po najwyraźniej miłym weekendzie. Nie wątpiłam, że wkrótce opowie mi, dlaczego było tak „super”, ale właśnie w tym momencie dołączył do nas kolejny z trójki moich chłopców, a ponieważ mieli do omówienia ważne zwycięstwo w jakimś meczu, temat ten natychmiast pochłonął całą uwagę Henry’ego. Gavin, jedenastolatek, który właśnie przyszedł do szkoły, miał ADHD; przyjmował ritalin i został do mnie wysłany na dwumiesięczny okres „wyciszenia”, który miał pozytywnie wpłynąć na jego zachowanie oraz koncentrację.

Jako trzeci przyszedł Ben, nowy nie tylko w szkole, ale i w tej okolicy. Został usunięty ze swojej podstawówki przed końcem ostatniej klasy i od sześciu miesięcy nie chodził do szkoły. Ben mieszkał z tatą – mama umarła krótko po jego urodzeniu – i z miliona powodów był zawsze wściekły. Moje zadanie w przypadku Bena polegało na tym, żeby mu pomóc doraźnie, zanim uda się wypracować jakiś sposób na ukojenie jego skołatanej duszy.

Ben nie był jedynym dzieckiem, które kogoś straciło. Również Shona – urocza dwunastolatka – straciła oboje rodziców. Zostawiwszy Shonę, swoje jedyne dziecko, z wujkiem, ciocią i kuzynami, wybrali się na krótki drugi miesiąc miodowy i zginęli w wypadku samochodowym, kiedy wracali z lotniska.

Shona, której, naturalnie, trudno było radzić sobie ze światem, trafiła do mnie krótko po tym, jak zaczęłam pracę w szkole. Serce rwało mi się do niej, ale osiągaliśmy niewielkie postępy. Kiedy pojawiła się Molly – inna dziewczynka z trudnościami w nauce – Shona jakby znalazła nowy cel i sens życia. Wspieranie Molly, która stała się ofiarą prześladowań i dokuczania, odkąd przyszła do szkoły przed trzema tygodniami, wniosło nieco światła w mroczne, nieszczęśliwe życie Shony.

Przyszły jak zwykle razem i obie uśmiechnęły się do mnie, odkładając swoje kurtki i torby. Ale tuż za nimi w drzwiach pojawił się ktoś jeszcze – Donald Brabbinger, wicedyrektor szkoły.

– Ma pani chwilę, pani Watson? – spytał, dając mi do zrozumienia, że powinnam wyjść z nim na korytarz.

– Oczywiście – odparłam i odruchowo odwróciłam się do dzieci. – Przygotujcie się – powiedziałam. – Będziemy kontynuować to, co zaczęliśmy w piątek. Zacznijcie przygotowywać swoje rzeczy. Po cichu.

Wyszłam za Donem, uśmiechając się w duchu, gdy wszyscy trzej chłopcy przybrali ów lekko zaniepokojony wyraz twarzy pod tytułem „Boże, co ja znowu zrobiłem?” Don był świetnym wicedyrektorem i ważną postacią w życiu szkoły, a ponieważ pełnił tę funkcję już od wielu lat, stał się w pewnym sensie legendą.

Gdy wyszliśmy na korytarz, zamknęłam za sobą drzwi.

– Jakiś problem?

– Nie, nie – zapewnił mnie z uśmiechem. – Proszę się nie martwić. Zastanawiałem się jedynie, ile dzieciaków ma pani dzisiaj, to wszystko. Tylko tę piątkę?

Skinęłam głową.

– Chociaż myślę, że jeszcze kilkoro przyjdzie po lunchu. Czemu pan pyta?

– Ponieważ mamy nową dziewczynkę, trzynastolatkę. Ma na imię Imogena. Jest nowa i w szkole, i w tej okolicy, i wygląda na to, że może potrzebować pani pomocy. Przyjdzie w ciągu najbliższej godziny; myślę, że przyprowadzą ją dziadkowie. Powiedziałem im, żeby postarali się dotrzeć przed pierwszą przerwą.

– Wie pan coś więcej?

– Niewiele – odparł Donald. – Szczerze mówiąc, to zupełnie nowa sprawa.

– W porządku – powiedziałam. – Przypuszczam, że wkrótce i tak wszystkiego się dowiemy, prawda? W takim razie przyjdę do pańskiego biura, kiedy się pojawią, dobrze? Będziemy mogli razem usiąść i porozmawiać.

– Ach – zasępił się Donald. – Akurat z nią nie będziemy mogli porozmawiać. I właśnie to jest powód, dla którego musi trafić do pani Jednostki.

– Obawiam się, że nie rozumiem – uśmiechnęłam się niepewnie. – Co jej jest? Zdziczała?

Donald pokręcił głową.

– To dość dziwne – powiedział. – Prawdę mówiąc, pierwszy raz zetknąłem się z czymś takim.

– To znaczy?

– To znaczy, że ona nie mówi.

– Jak to, w ogóle nie mówi? – spytałam zdezorientowana. – Jest niepełnosprawna?

– Wydaje się, że nie. Po prostu nie mówi w pewnych sytuacjach. To się chyba nazywa mutyzm wybiórczy. Tyle że w tej chwili najwyraźniej nie jest wybiórczy. Podobno nie odezwała się od kilku tygodni. Ani słowem.

No, no. Ja także nigdy wcześniej nie zetknęłam się z czymś podobnym. W mojej pracy często miałam do czynienia z zupełnym przeciwieństwem tego problemu i choć spotykałam nieśmiałe dzieci, które trzeba było nakłaniać do wyjścia ze skorupy, dziecko, które w ogóle nie mówi, było dla mnie czymś nowym.

Wróciłam do Jednostki, rozmyślając o moich obecnych podopiecznych, którzy najczęściej rozmawiali szeptem albo paplali bez opamiętania. Na mój widok zamilkli, jak można było oczekiwać – każdy, kto pracuje w szkole, wie, jak wiele trudu trzeba włożyć, żeby osiągnąć taki efekt.

To wyjątkowa sytuacja – pomyślałam – mieć pod opieką dziecko, które trzeba nakłaniać do mówienia. Cóż, zobaczymy. Może w mojej pracy nie miałam „wakacji każdego dnia” jak Riley, ale przygód mi nie brakowało.

Rozdział 2

Zdobycie tej posady było dla mnie prawdziwym spełnieniem marzeń i wciąż jeszcze czasem musiałam się uszczypnąć, żeby się upewnić, że nie śnię. Owszem, pracowałam już z młodymi ludźmi, ale nigdy dotąd w warunkach szkolnych, więc kiedy powierzono mi opiekę nad najtrudniejszymi dziećmi w szkole, byłam bardzo dumna.

Moje wcześniejsze zajęcia były związane ze służbami socjalnymi. Miałam podobne obowiązki – o tyle, że pomagałam ludziom upośledzonym i z problemami – ale pracowałam z dorosłymi mającymi trudności z nauką. Więc chociaż przeszłam szkolenie nauczycielskie i menedżerskie w ramach pracy w służbach socjalnych, moje wcześniejsze doświadczenie w pomaganiu dzieciom z problemami ograniczało się do pracy jako wolontariuszka.

Nie wiem, co przesądziło tamtego dnia. Na rozmowie kwalifikacyjnej było nas czworo i nie sądziłam, że właśnie ja dostanę tę posadę, ponieważ pozostali kandydaci mieli o wiele wyższe kwalifikacje. A jednak dostałam.

– Dyrektor zadzwonił do mnie osobiście – powiedziałam Mike’owi, kiedy zatelefonowałam, żeby przekazać mu dobrą nowinę. – Jak powiedział, zadecydowało moje zrozumienie tego, że szkoły powinny jeszcze aktywniej dbać o stan emocjonalny dzieci – mówiłam. – To i mój entuzjazm, który podobno zrobił na nim duże wrażenie. Powiedział też, że opłaci wszystkie kursy, jakie będę musiała przejść.

– I? – spytał Mike.

– I co? – odpowiedziałam pytaniem.

– Ile nieoznaczonych banknotów pięćdziesięciofuntowych musiałaś mu wsunąć do kieszeni?

Nikt w naszym domu nie ma szansy wbić się w nadmierną dumę.

Nigdy nie martwiłam się o to, że realia pracy w wielkim mieście mogą mnie znużyć albo pozbawić złudzeń, ale też nie spodziewałam się, jak bardzo ta praca mnie pochłonie. Była tak wciągająca – czasem stresująca, czasem fascynująca, ale zawsze ciekawa – że, przynajmniej w ciągu tygodnia, żyłam nią i oddychałam.

I wyglądało na to, że ten tydzień nie będzie wyjątkiem. Nowe dziecko zawsze niosło dreszcz ekscytacji, ponieważ był to skok w nieznane. A ten przypadek zapowiadał się wyjątkowo interesująco. Pomyślałam, że muszę poszukać czegoś o mutyzmie wybiórczym, kiedy dzieci zajmą się swoją pracą.

– Do dzieła – powiedziałam. – Lećmy z tym projektem, dobrze?

Henry, czego mogłam się spodziewać, jęknął, słysząc mój żarcik. Od dwóch tygodni zajmowaliśmy się projektem na temat historii lotnictwa i każdego dnia poświęcaliśmy na to pierwsze dwie godziny. Moja mała grupa miała szczęście. W całej szkole tylko w salach informatycznych były komputery, a połączenie z internetem miały tylko te w szkolnych biurach. Ponieważ jednak moja klasa była jednocześnie moim biurem, miałam do dyspozycji jeden z nich, więc mogłam pozwolić dzieciakom, którymi się zajmowałam, na chwilę surfowania w poszukiwaniu potrzebnych informacji. I chłopcom wychodziło to doskonale. Teraz, uzbrojeni w wiedzę, jakiej potrzebowali, budowali wspaniały model pierwszego samolotu braci Wright, przygotowując prezentację na jego temat.

Dziewczynki były zajęte spisywaniem relacji w pierwszej osobie o samotnym locie Amelii Earhart nad Atlantykiem. Cała grupa pracowała też wspólnie nad wielkim plakatem z linią czasu, opatrzonym starannie wyciętymi fotografiami i rysunkami. Wszyscy bardzo się starali i byłam z nich dumna, a spodziewałam się, że będę dumna jeszcze bardziej, kiedy w przyszłym tygodniu na szkolnym apelu zaprezentują swoje dzieła.

Pracowali w milczeniu i z dobrym skutkiem przez jakieś dwadzieścia minut, gdy nagle Henry podniósł rękę.

– Proszę pani – powiedział, jak zwykle machając niecierpliwie. – Tak się zastanawialiśmy… kto będzie mówił to wszystko w czasie naszej prezentacji?

Co, w tłumaczeniu, znaczyło „czy to będę ja?” Henry doskonale zdawał sobie sprawę ze swojego statusu najstarszego w grupie – i nic dziwnego, biorąc pod uwagę jego przeszłość.

Podeszłam do stolika chłopców i usiadłam. Czasami ich przesadzałam, ale zazwyczaj chłopcy siedzieli przy jednym stoliku, a dziewczynki przy drugim. Oczywiście dobrze było, jeśli pracowali razem, ale tylko do pewnego stopnia. Zależało mi przede wszystkim na tym, żeby byli odprężeni i otwarci, a to oznaczało, że powinni się czuć zupełnie swobodnie.

– Hm, wy musicie zadecydować. Cała piątka. Będziecie musieli usiąść razem i się naradzić.

Ben zachichotał i szturchnął Henry’ego.

– Nudna narada, jeśli Molly i Shona będą mówić!

Zerknęłam na dziewczynki, ale najwyraźniej nic nie usłyszały. Były, jak zawsze, całkowicie pochłonięte swoją pracą.

– Daj spokój, Ben – powiedziałam. – Wiesz, że nie o takie zebranie mi chodzi. Po prostu będziecie musieli to przedyskutować. Chociaż myślę, że byłoby miło, gdyby każde z was coś powiedziało, prawda? Wszyscy ciężko pracowaliście i każde z was zasłużyło na to, żeby się zaprezentować. W każdym razie teraz powinniście się pospieszyć, żebyśmy skończyli na czas. Ale zachowujcie się cicho, proszę, bo muszę porozmawiać przez telefon.

Zostawiłam dzieci przy pracy i podeszłam do mojego biurka w rogu. Zadzwoniłam do sekcji zajęć dodatkowych w poszukiwaniu Kelly, która czasami bywała moją asystentką.

Kelly była dwudziestotrzyletnią asystentką dydaktyczną i miała świetny kontakt z trudnymi dziećmi, dlatego szkoła często potrzebowała jej pomocy.

Odebrała natychmiast i uprzedziła moje pytanie.

– Cześć – powiedziała. – Wiem, o co chcesz mnie prosić, i będę na dole za dziesięć minut. Widziałam się z panem Brabbinerem, który o wszystkim mi opowiedział.

– To świetnie – odparłam. – Dzieciaki pracują nad projektem, więc nie powinnaś mieć żadnych problemów.

Kelly roześmiała się. Wiedziała równie dobrze jak ja, że sytuacja może się całkowicie zmienić w ułamku sekundy. W jednej chwili wszystko mogło iść jak z płatka – jak teraz – a w następnej mogło się rozpętać pandemonium. Ale właśnie to mi się w niej podobało – i to odróżniało ją od wszystkich innych asystentów dydaktycznych – że podobnie jak ja lubiła w naszej pracy element zaskoczenia i jeszcze nie widziałam jej w sytuacji, z którą nie umiałaby sobie poradzić. Była prawdziwą mistrzynią myślenia w biegu.

Kiedy odłożyłam słuchawkę, usiadłam na chwilę z dziewczynkami i gdy powiedziałam, że będę musiała wyjść i zostawić ich z panną Vickers, Molly zareagowała dokładnie tak, jak się spodziewałam. Zerknęła niespokojnie na chłopców.

– Ale nie wychodzi pani na długo, prawda? Nie lubimy, kiedy nas pani zostawia, prawda, Shona?

Shona opiekuńczym gestem objęła Molly.

– Panna Vickers jest w porządku, Molly – zapewniła. – Nie pozwoli na żadne brewerie, prawda, proszę pani?

– Nie, nie pozwoli – przyznałam, uśmiechając się w duchu. – I nie będzie żadnych brewerii. Prawda, chłopcy? – dodałam nieco głośniej, żeby mnie usłyszeli. – Albo przez całe popołudnie będziecie robić zadania z matematyki.

– A dokąd pani idzie? – dopytywała się Shona.

– Na zebranie – odparłam. – Porozmawiać o dziewczynce, która być może do nas dołączy. Ma na imię Imogena. Musimy zobaczyć, czy powinna do nas przyjść. Będę mogła powiedzieć wam więcej po spotkaniu z nią.

Shona i Molly wymieniły spojrzenia, ale to Gavin się odezwał.

– Jeszcze jedna dziewczyna? – jęknął. – To już będzie inwazja dziewczyn. To jakaś debilka, proszę pani?

– Gavin! – skarciłam go. – Co wam mówiłam o przezywaniu? Nie zapamiętaliście niczego z ćwiczeń, którymi zajmowaliśmy się w zeszłym tygodniu?

Zmarszczył nieco brwi, próbując sobie przypomnieć, o czym mówię. Robiliśmy ćwiczenie, które od czasu do czasu starałam się włączyć do programu – podzieliłam dzieci na dwie grupy, z których każda miała narysować piernikowego ludzika. Ale to nie było zadanie plastyczne. Następnie jeden zespół miał napisać na swoim rysunku najgorsze określenia, jakich nigdy nie użyliby w odniesieniu do nikogo. Nie obowiązywały żadne bariery – w tym przypadku dopuszczalne były nawet przekleństwa, jeśli właśnie to było to, co chcieli powiedzieć. Druga grupa miała zrobić coś podobnego, ale używając tylko słów, którymi sami byli nazywani, przez dorosłych lub inne dzieci. Później wymieniali się rysunkami i każda grupa miała zapisać, jak by się czuli albo jak się czuli, kiedy używano wobec nich określeń z listy, a potem – na osobnej kartce – napisać, dlaczego, ich zdaniem, ludzie używają takich słów w stosunku do innych.

Chodziło w tym o rozwinięcie w nich rozumienia emocjonalnego; na tym właśnie polegało w znacznej mierze moje zadanie w Jednostce. A uwaga Gavina wskazywała, że powinniśmy wkrótce to ćwiczenie powtórzyć.

– Więc jak? – spytałam.

– Przepraszam, proszę pani – wymamrotał. – Nie miałem nic złego na myśli. Chciałem tylko wiedzieć, dlaczego ona ma tutaj przyjść.

– W takim razie powinieneś się zastanowić, co chcesz powiedzieć, zanim się odezwiesz – powiedziałam. – Ponieważ jeśli jeszcze raz usłyszę coś podobnego, naprawdę będziesz całe popołudnie rozwiązywał zadania z matematyki.

Ale nie przejmowałam się zbytnio Gavinem. Wziął swoją poranną dawkę ritalinu i minie jeszcze kilka godzin, zanim jego ADHD znowu da o sobie znać. Wtedy przez godzinę, zanim szkolna pielęgniarka da mu kolejną dawkę leku, nie będę mogła ani na moment opuścić klasy. Nawet Henry – jako trzynastolatek, o dwa lata starszy od Gavina – nie lubił tej, jak mawiał, „godziny szaleństwa”.

Uśmiechnęłam się do mojej trójki chłopaków. Naprawdę radzili sobie całkiem dobrze, jeśli idzie o zachowanie, nawet jeśli postronnemu obserwatorowi ich postępy mogły się wydawać niewielkie. Wciąż było w nich dużo agresji, wszyscy trzej byli niczym napięte sprężyny i choć dni często mijały nam spokojnie, zdarzały się i takie, gdy cały czas musiałam być przygotowana na następną nieoczekiwaną eksplozję. Nowa dziewczynka trafi w zmienne i nieprzewidywalne miejsce – to nie ulegało wątpliwości.

Właśnie wtedy przyszła Kelly, niosąc dwa kubki z kawą – jednym z nich był mój kubek superbohaterów, z Batmanem po jednej i Supermanem po drugiej stronie, który dostałam od Kierona jako prezent na rozpoczęcie nowej pracy. I dotąd nikomu nie zdarzyło się zabrać go przez pomyłkę – to był mały cud pokoju nauczycielskiego. Kelly podała mi kawę.

– Proszę – powiedziała. – Pomyślałam, że może się przydać.

Uśmiechnęła się do dzieciaków.

– Pracujecie jak pszczółki. Wszystko w porządku?

Skinęli głowami.

– Dziękuję – powiedziałam. – To bardzo miło z twojej strony.

Miałam swój mały „kącik kawowy”, ale nie zawsze zdążyłam napełnić czajnik, więc kubek mojego ulubionego środka pobudzającego był bardzo pożądany.

– Przypuszczam, że nie będzie mnie jakąś godzinę, może nawet krócej. Ale nie powinnaś mieć żadnych problemów.

Kelly uśmiechnęła się szeroko i wyjęła z torebki walkie-talkie.

– Nie martw się. Zabrałam swoją tajną broń. Poradzimy sobie.

Większość nauczycieli i część personelu pomocniczego miała dostęp do tych gadżetów, żeby mogli wezwać pomoc w razie zagrożenia. Mogło się to przydać w różnych sytuacjach, od tak prostych jak dziecko poproszone, żeby opuściło klasę z powodu zakłócania spokoju, po bardziej ekstremalne jak rozdzielenie dzieciaków, które wdały się w bójkę. Nazywano je Skomputeryzowanymi Jednostkami Komunikacyjnymi, ale ja, jako szkolna dziwaczka, nigdy nie używałam swojego. Nie cierpiałam tych nowoczesnych elektronicznych zabawek i polegałam jedynie na swoim nowym telefonie komórkowym – kolejnym urządzeniu, którego obsługi nie udało mi się jeszcze do końca opanować.