Wydawca: Amber Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 348 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziewczynka bez imienia - Marina Chapman, Vanessa James, Lynne Barrett-Lee

Dziewczynka wychowana przez małpy... Dorastała w dżungli... Tarzan była kobietą... Tańcząca z małpami… - Takie nagłówki obiegły światowe i polskie media w kwietniu 2013, kiedy ponad sześćdziesięcioletnia gospodyni domowa opublikowała swoją nieprawdopodobną autobiografię.

Wielu wydawców nie chciało wydać tej książki. Obawiali się, że jest zmyśleniem. Ale eksperci nie znaleźli żadnego dowodu, który podważałby jej autentyczność. Teraz jej śladami wyruszyła wyprawa National Geographic.

Marina Chapman nie wie, ile dokładnie ma lat. Miała tyle imion, ile nadawali jej kolejni „opiekunowie”. Została porwana, kiedy miała cztery lata i porzucona w kolumbijskiej dżungli. Przerażona i głodna znalazła się sama wśród drapieżników, jadowitych węży i pająków. Nagle otoczyło ją stado zaciekawionych małp kapucynek. Naśladując je, Marina powoli stała się członkiem ich stada. Robiła to co one: jadła te same owoce, wspinała się na drzewa, porozumiewała się ich językiem. „To małpy, nie ludzie, były moją rodziną. To one nauczyły mnie, jak przeżyć.”

„Ludzka” dobroć małp ocaliła Marinie życie. Małpi starzec wyleczył ją, kiedy zachorowała. Wśród nich spędziła prawdopodobnie pięć lat.

Potem znaleźli ją myśliwi… i za papugę sprzedali do domu publicznego. A to był zaledwie początek jej dalszej walki o przetrwanie – na ulicach miejskiej dżungli.

Od rojącego się od niebezpieczeństw tropikalnego lasu, przez gang dzieci ulicy,  strzelaniny i bomby w kolumbijskim mieście bezprawia, po gotowanie przysmaków dla księcia Kentu i miłość, jaką wreszcie znalazła w Anglii… Oto historia Mariny Chapman, która dziś mieszkaw Yorkshire, ma męża i jest matką dwóch dorosłych córek. Jej autobiografia Dziewczynka bez imienia zaraz po publikacji weszła w Wielkiej Brytanii na najważniejsze listy bestsellerów. Przez sześć tygodni pozostawała w Top 5 „Sunday Timesa” i „The Telegraph”. Była numerem 1 Amazonu. „The Mail on Sunday” publikował książkę w odcinkach.

Opinie o ebooku Dziewczynka bez imienia - Marina Chapman, Vanessa James, Lynne Barrett-Lee

Fragment ebooka Dziewczynka bez imienia - Marina Chapman, Vanessa James, Lynne Barrett-Lee

Redakcja stylistyczna

Izabella Sieńko-Holewa

Korekta

Joanna Egert-Romanowska

Hanna Lachowska

Projekt graficzny serii

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

za zgodą REACH USA/REACH Canada

Tytuł oryginału

The Girl With No Name

Copyright © Marina Chapman,

Vanessa James and Lynne Barrett-Lee, 2013.

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2013 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4832-5

Warszawa 2013. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

http://www.wydawnictwoamber.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Książkę tę dedykuję Marii Nelly i Amadeo Forerom.

Poświęcam ją także pamięci ukochanej Marui.

Przedmowa

John, zatrzymaj! Chcę wysiąść!

Na okrzyk matki ojciec tylko zerknął we wsteczne lusterko i zahamował bez słowa. Tak, jakby łączyło ich sekretne porozumienie, chociaż nikt nie wiedział, co zamierza mama. Słońce powoli kończyło służbę na niebie, zapadał zmierzch, a cicha wiejska łąka w Yorkshire, przy której się zatrzymaliśmy, okolona była ciemnym żywopłotem. Strzeliste krzewy stały jak szyk wojska, broniącego kilometrów otwartej przestrzeni za nimi.

Matka, bardzo poruszona, wysiadła z samochodu, przeskoczyła nad żywopłotem i znikła mi z oczu. Moja rozbuchana nastoletnia wyobraźnia mnożyła scenariusze. Co się dzieje?

Wpatrywałam się w gęste krzewy i niecierpliwie wyczekiwałam jej powrotu. Po jakimś czasie mignęły mi jej czarne, rozczochrane włosy. Ostrożnie przedostała się z powrotem przez żywopłot. Trzymała coś w obu dłoniach. Obserwowałam jej niewielkie stópki, kiedy balansowała na skraju żywopłotu, zanim zgrabnie zeskoczyła z powrotem na szosę. Wsiadła do auta, dysząc z wysiłku, a potem uśmiechnęła się do mojej starszej siostry i do mnie swoim szerokim latynoskim uśmiechem. Na jej kolanach siedział w mocnym uścisku duży i raczej niezadowolony dziki królik.

– Mam dla was zwierzątko, dziewczynki! – ogłosiła z zachwytem.

To moje pierwsze wspomnienie matki i naszego pierwszego pupila, Mopsy’ego. Nie byłam zaskoczona zachowaniem mamy. Dorastałam wśród jej szalonych i nieprzewidywalnych pomysłów, więc to był po prostu kolejny zwykły dzień.

Często mówiła: „Takie życie jak moje nie jest w Kolumbii niczym nadzwyczajnym. Spytaj pierwszego z brzegu dziecka ulicy, a wysłuchasz nie lada historii”.

Nigdy nie uważała, że w jej losach jest coś niezwykłego, bo porwania, przemoc, narkotyki, przestępczość, morderstwa i molestowanie dzieci to codzienność w opisach Kolumbii lat 50. i 60. XX wieku.

Możecie więc spytać, dlaczego postanowiła opowiedzieć o sobie teraz, po tylu latach. Prawdę mówiąc, nie miała na to wielkiej ochoty. Mama nie jest typem uganiającym się za światłem reflektorów, sławą czy pieniędzmi. Ma dom i rodzinę, o czym zawsze marzyła i co było jej celem, a teraz jest sensem życia.

Na początku ta książka była wyłącznie pisaniną córki, która zamierza utrwalić wspomnienia matki. Chciałam uwiecznić nasze rodzinne dziedzictwo, bo dotarło do mnie, że mama nie będzie już młodsza i jej wspomnienia mogą wyblaknąć. Chciałam też zrozumieć, przez co przeszła i jakie koleje losu poprzedziły przyjście na świat moje i mojej siostry Joanny.

Nie było łatwo złożyć w sensowną całość poszarpane wspomnienia mamy, ale po dwóch latach rozmów przy niezliczonych filiżankach kawy, zagłębieniu się w przeszłość, a nawet wyprawie badawczej do Kolumbii, którą odbyłyśmy w kwietniu 2007 roku, z niepowiązanych ze sobą strzępków zaczął wyłaniać się spójny obraz. Wkrótce też stało się jasne, że powstała świetna książka.

Choć nie miałyśmy takiego zamiaru, zaczynając ten projekt, zaczęłyśmy dostrzegać potencjalne korzyści płynące z publikacji. Na przykład odnalezienie pierwszej rodziny mamy. Poza tym miałyśmy nadzieję, że w świecie, w którym miliony rodziców tracą dzieci w podobny sposób, jej opowieść może przynieść choćby niewielkie ukojenie.

Książka stanowiłaby również okazję do nagłośnienia działalności dwóch organizacji bliskich sercu mamy: SFAC (Substitute Families for Abandoned Children – Zastępcze Rodziny dla Porzuconych Dzieci), charytatywnej organizacji non-profit założonej przez naszą rodzinę. Oraz drugiej, zajmującej się pomocą małpom: NPC (Neotropical Primate Conservation – Ochrona Naczelnych z Regionów Neotropikalnych). Liczymy również, że opowieść o triumfie człowieka nad tyloma przeciwnościami losu przyniesie ulgę i zapewni inspirację ludziom pogrążonym w mroku.

Często jestem pytana, jak się dowiedziałam o przeszłości mamy. To nie było tak, że pewnego dnia posadziła nas przed sobą i wszystko wyznała. Codziennie jakiś element życia przypominał jej o latach spędzonych w dżungli. Na przykład strączek wanilii uruchamiał całą paletę barw, którymi odmalowywała przede mną magiczny świat, od ręki, na środku kuchni. Uwielbiałam patrzeć na jej emocje, kiedy odkrywała jakiś element przeszłości, na przykład zdjęcie konkretnego gatunku drzewa czy rośliny. Albo gdy znajdowała na targowym stoisku banany, które wyjątkowo lubiły małpy.

Przeszłość wyrażała się nie tylko w słowach, ale także w jej czynach. Nasza mama zachowywała się tak dziko i spontanicznie, że po prostu musiał ją wychować inny gatunek. Zawsze była naszą „małpią mamusią”. Czasem krytykowano ją za nieortodoksyjne metody wychowawcze, ale jej jedynym wzorcem było zachowanie stada małp. A z tego, co widziałyśmy moja siostra i ja, nie mamy wątpliwości, że małpy są najbardziej kochającymi, zabawnymi, kreatywnymi i pomysłowymi rodzicami na świecie!

Typowy pełen przygód dzień rodziny Chapmanów to my, trzy dziewczyny, mierzące drzewa, i tata, badający korę i porosty (z pewnością ojciec miał przy sobie kieszonkowy zestaw probówek). Albo ratowałyśmy jakiegoś zwierzaka, a potem totalnie pogubiłyśmy się, szukając ukrytej bocznej drogi czy podążając za czymś, co nas zaciekawiło. Na koniec mama zwykle smażyła steki na przenośnym grillu, który wyciągaliśmy bez względu na pogodę, nawet zimą. Dzięki moim rodzicom rzadko udaje mi się pójść na „normalny” spacer, trzymając się wytyczonej ścieżki. Zwykle wracam do domu z gałązkami we włosach.

Odmalowywanie obrazu domowego życia wiąże się z odsłonięciem pewnych krępujących szczegółów. Ja dowiedziałam się, że są niezwykłe, dopiero, kiedy wyprowadziłam się z domu. Czasami na przykład w nietypowy sposób prosiłyśmy o jedzenie. Mama dla zabawy siadała z miską słodkiej owsianki, a ja i moja siostra musiałyśmy robić małpie miny, żeby dostać łyżkę. Całe szczęście, że akurat wtedy nie odwiedziła nas opieka społeczna!

Po kolacji spędzaliśmy czas – wydawało mi się, że całe godziny – na iskaniu się. Polegało to na przeczesywaniu drugiej osobie włosów. Niezwykle odprężające. Wieczór przy tym mijał błyskawicznie, a troje z nas było prawie na narkotycznym haju. Szczytowym punktem naszej kariery była plaga wszy, która nawiedziła szkołę.

Jeśli chodzi o zwierzęta, to wolno nam było mieć tylko takie, które w ciągu dnia mogły przebywać poza klatką. Zwierzaki w klatkach przygnębiały mamę, mieliśmy więc dużo królików, które skakały po naszym ogrodzie i po ogrodach sąsiadów. Ale z ptakami już nie było tak łatwo…

Mama nie umiała dobrze czytać, więc nie pamiętam książek czytanych na dobranoc, ale za to sama wymyślała dla mnie historie. W czarodziejskie szatki ubierała którąś z moich mniej zachwycających cech charakteru (na przykład spóźnianie się albo przesypianie budzika). I cechy te wtapiały się w pasjonującą historię, dzięki której dowiadywałam się czegoś cennego o życiu. Nie pozwoliła, żeby jej tak zwane „braki” odebrały nam szansę na najlepsze dzieciństwo. Takie, jakiego sama nie miała.

O ile wiem, Kolumbia bardzo się zmieniła w ciągu ostatnich czterdziestu lat. Dzisiaj to tętniące życiem, postępowe i przede wszystkim w dużej mierze bezpieczne miejsce, ale kiedy moja matka dorastała tam w latach 50. i 60., w poszczególnych rejonach królowały porwania, handel narkotykami, korupcja, nałogi, przestępczość i przemoc. Reakcja społeczeństwa na próbę wprowadzenia przez liberałów reform w późnych latach 40. rozpoczęła dekadę buntu i bandytyzmu. Ten czas nosi nazwę La Violencia. Na porządku dziennym były morderstwa, tortury, porwania i gwałty. Panowała atmosfera niepokoju i strachu. W zamieszkach zginęły setki tysięcy osób, także niewinne dzieci. Mama wciąż ma tamtą Kolumbię we krwi. Kiedy urodziła moją siostrę Joannę, nie pozwoliła pielęgniarkom jej od siebie zabrać, bo wiedziała, że w szpitalach podmienia się zdrowe dziecko na chore i kradnie noworodki na sprzedaż.

W 1997 roku dowiedziono, że do jednego z trzech porwań, które mają miejsce na świecie, dochodzi w Kolumbii. Niestety, porwania wciąż są tam powszechne. Od kilkudziesięciu lat w sobotni wieczór nadawany jest w radiu program Las Voces del Secuestro (Głosy uprowadzonych), w którym od północy do szóstej rano linia urywa się od telefonów rodzin, które chcą przekazać wiadomość swoim ukochanym w niewoli. Pęka od tego serce.

Dla tych dzieci, zresztą dla wszystkich, które padły ofiarą czyjejś chciwości tak jak moja mama, jest ona żywym dowodem, że nieszczęście nie musi być końcem. Wręcz przeciwnie, to właśnie takie a nie inne dzieciństwo uczyniło z niej silną, pełną wdzięczności, kochającą, hojną, bezinteresowną, optymistyczną oraz, oczywiście, dziką i niebanalną kobietę, którą jest dzisiaj.

Kiedy byłyśmy małe, mama nigdy nie pozwalała nam się dąsać zbyt długo. Inspirowała nas, mówiąc coś w stylu: „Weź się w garść, podnieś głowę, wymyśl coś z tego, co masz, bądź wdzięczna za każdy drobiazg i idź naprzód!”

Mama widzi wartość we wszystkim. Jest wdzięczna za powietrze w płucach, za każdy nowy dzień i za największą radość jej życia – bycie matką, babcią, żoną i przyjaciółką. Pozwólcie, że przedstawię niezwykłą kobietę, która ma do opowiedzenia niezwykłą historię. Oto Marina. Moja mama i moja bohaterka.

Vanessa James

Wstęp

Chciałabym wam coś opowiedzieć. To historia mojego życia. Kiedy o tym myślałam, wydawało mi się, że fragment, w którym się wam przedstawiam, będzie najprostszy ze wszystkiego. Myliłam się. Okazało się, że właśnie to jest najtrudniejsze.

Gdy spotykamy kogoś po raz pierwszy, najpierw podajemy mu swoje imię. To pierwsza czynność, podstawa naszej identyfikacji. Ja też tak robię. Mówię, że nazywam się Marina, chociaż to nie jest imię, które nadano mi przy urodzeniu. Wybrałam je sobie sama, gdy miałam jakieś czternaście lat. Prawdziwe imię, tak jak wszystko inne z mojego najwcześniejszego dzieciństwa, straciłam.

Bo widzicie, to, co najważniejsze, te najwcześniejsze wspomnienia, które pomagają budować tożsamość i które większość osób traktuje jako pewnik, ja dawno zapomniałam. Kim byli moi rodzice? Jak się nazywali, jacy byli? Nie wiem. Nie mam w głowie ani skrawka ich obrazu, nawet zamglonych wspomnień. Nie wiem nawet, jak wyglądali. Na tyle pytań nigdy nie dostanę odpowiedzi. Jaki był nasz dom, jak żyliśmy? Czy dobrze się dogadywałam z rodziną? Czy miałam rodzeństwo, które mogłoby pamiętać swoją siostrę? A jeśli tak, to kim oni są i gdzie się teraz znajdują? Co lubiłam robić? Czy byłam kochana? Szczęśliwa? Kiedy mam urodziny? Kim jestem?

Oto, co wiem o sobie: urodziłam się około 1950 roku gdzieś na północy Ameryki Południowej. To musiała być Wenezuela albo Kolumbia, nie jestem pewna, ale ponieważ prawie całe późniejsze życie spędziłam w Kolumbii, mówię, że stamtąd pochodzę.

Jedyne rzeczywiste wspomnienia, jakie mi zostały i są na tyle wyraźne, żebym mogła się nimi z wami podzielić, są bardzo nieliczne i niezbyt interesujące. Na przykład moja czarna lalka. Pamiętam ją. Pamiętam dokładnie jej falbaniastą, kolorową spódniczkę i czerwone kokardki z satyny, przypięte do bluzeczki. Była miękka w dotyku, a włosy miała czarne i rozczochrane. Pamiętam, jak obejmowałam dłońmi jej delikatną czarną twarz.

Pamiętam też maszynę do szycia. Była czarna, a na boku miała złote wzorki. Przy niej stało krzesło, na którym leżały skrawki materiału. Czy to były niedokończone sukienki? Może moja matka lubiła szyć? Nigdy się nie dowiem. Wiem za to, że mój dom był raczej skromny, za toaletę służyła dziura w ziemi. Mam też wrażenie, że zawsze dużo się tam działo, jakby wkoło kręciło się wiele osób. Pamiętam pełną życia wioskę i nieustanny gwar dziecięcych głosów.

Wyraźniej widzę dalsze otoczenie mojego małego świata, na przykład dróżkę z czerwonej cegły. Pamiętam ją bardzo dobrze. Biegła od mojego domu do ogrodu, a dalej do ogródka warzywnego, gdzie spędzałam wiele godzin, zbierając warzywa. Dobrze widzę to miejsce. Równolegle pojawia się wspomnienie, że ktoś mnie woła, ktoś krzyczy, żebym wróciła do domu. W większości wypadków nie wykonywałam tego polecenia. Kiedy to wspomnienie powraca, czuję, jakbym na końcu języka miała moje prawdziwe imię, bo przecież tak właśnie byłam wołana. Prześladuje mnie to, pozostając wciąż poza zasięgiem.

Co jeszcze? Co poza tym utkwiło mi w pamięci? Dorośli wędrujący w dół krętą drogą po zboczu wzgórza i wracający z powrotem na górę z pojemnikami pełnymi wody. Samochody. Należały do rzadkości. Widywałam je nie więcej niż trzy, cztery dziennie. Do dziś, kiedy widzę góry, budzą się we mnie różne uczucia, stąd podejrzenie, że mogłam mieszkać w górach.

I to tyle. Nie pamiętam nic więcej. Bo przyszedł dzień, kiedy wszystko zmieniło się na zawsze.

Część I

1

W strączkach groszku było coś oszałamiającego. Nie wiem, dlaczego, ale byłam oczarowana sposobem, w jaki wybuchały mi w dłoniach, kiedy je skręcałam. Kącik ogrodu warzywnego, w którym rósł groszek, traktowałam w szczególny sposób i spędzałam tam całe godziny, zatopiona w moim małym świecie.

Ogródek warzywny znajdował się na końcu ogrodu. Tego dnia, tak samo, jak każdego poprzedniego – kiedy nie działo się nic ważnego – wymknęłam się na ceglaną dróżkę, która prowadziła od tylnych drzwi przez ogród aż do tylnej bramy. Wiedziałam, że w okolicy są inne dzieci. Słyszałam je, ale nie miałam ochoty sprawdzać, co wywołało ich pełną emocji rozmowę. Chciałam posiedzieć w chłodnym, osłoniętym liśćmi cieniu, ukryta przed słonecznym skwarem.

Miałam cztery lata, prawie pięć, bo pamiętam, że niecierpliwie wyczekiwałam piątych urodzin. Z mojego punktu widzenia ogrodowe rośliny wydawały się olbrzymie. Rosły na grządkach w postaci zielonych gęstych altanek, równie wysokich jak pędy winorośli, pnące się po płocie. Na początku była grządka kapusty i sałaty, później rzędy wysokich, poplątanych krzaków fasolki szparagowej, a na końcu gęste i krzaczaste krzewy groszku, z masą wąsików, liści i ciężkich strąków.

Uklękłam i sięgnęłam do najbliższego strączka, zachwycając się tym, jak pękł, kiedy otwierałam go w palcach. Wewnątrz kryły się lśniące szmaragdowe groszki, które wrzucałam do ust.

Wkrótce wokół mnie leżało już całkiem sporo rozpołowionych strąków i coraz większa kupka starannie ułożonych groszków. Zatracona w tym, co robiłam, nie zauważyłam, że tego dnia nie jestem jedyną osobą w ogródku warzywnym.

To się zdarzyło tak szybko, że został tylko strzęp wspomnienia. W jednej chwili kucałam na ziemi, pochłonięta otwieraniem strączków, w drugiej widziałam cień czarnej ręki i białej szmatki. Zanim zdążyłam choćby krzyknąć, szmatkę przyciśnięto mi do twarzy, całkiem ją zasłaniając.

Podejrzewam, że mimo to próbowałam wołać, pewnie to był instynkt. Może nawet udało mi się wydać jakiś dźwięk, ale byłam dobrze ukryta, więc kto miał mnie usłyszeć? Wierzgałam, przerażona i zaskoczona, a później poczułam ostry chemiczny smród, który natychmiast zaatakował płuca. Ręka na mojej twarzy była olbrzymia i szorstka, a ten, kto mnie trzymał, miał dużo więcej siły. Zanim straciłam przytomność, pomyślałam, że teraz na pewno umrę.

Nie miałam pojęcia, ile czasu upłynęło, zanim zaczęłam się powoli budzić z wywołanego narkotykiem snu, ale od razu wiedziałam, że dzieje się coś dziwnego. Wsłuchiwałam się w słabe odgłosy, bo liczyłam, że złowię jakiś dźwięk, który mnie uspokoi. Gdzie jestem? Co się stało?

Usiłowałam otrząsnąć się z otępienia, ale powieki miałam zbyt ciężkie. Nie mogłam się zmusić do otwarcia oczu, by się rozejrzeć. Zatem nadal próbowałam nasłuchiwać i na podstawie dźwięków stworzyć obraz miejsca, w którym się znajduję.

Wkrótce udało mi się zidentyfikować odgłosy wydawane przez wiejskie zwierzęta – byłam pewna, że słyszę kury. Świnie też, chyba. I kaczki. I jeszcze jeden znajomy dźwięk. Silnik. Wkrótce uświadomiłam sobie, że otacza mnie odgłos pracującego silnika, a ja podryguję w rytm jego warkotu. Dźwięk wznosił się i opadał – trzęsłam się i podskakiwałam razem z nim. Samochód! Nie, chyba jednak ciężarówka.

Jedno było pewne, jechaliśmy po nierównym, kamienistym podłożu. Potwierdziło się to, kiedy znalazłam wreszcie siłę, żeby otworzyć oczy. Jasne słoneczne światło prawie mnie oślepiło, a kolory tego, co mijaliśmy, rozmywały się w smugi. Nie miałam pojęcia, gdzie jestem – nie mówiąc już o tym, dokąd jadę – ale pojazd z całą pewnością poruszał się bardzo szybko, a ja ślizgałam się w jego wnętrzu.

Następnie zdałam sobie sprawę, że nie jestem sama. Nie mogłam skupić wzroku na innych pasażerach, ale słyszałam płacz, jęki, stłumione szlochy i wołania: „Wypuśćcie mnie!” W ciężarówce były inne dzieci, tak samo przerażone jak ja.

Nie wiem, czy ze strachu, czy z powodu leków, które mi dali, ale głosy i obrazy zaczęły mi się rozmazywać w plamy dźwięku i światła. Ponownie straciłam przytomność.

Kiedy obudziłam się po raz kolejny, nadal nie miałam pojęcia, ile czasu minęło. Skupiałam się na jednym – na mokrych liściach, które uderzały mnie w twarz. Ziemia wokół mnie zdawała się trząść i wtedy zdałam sobie sprawę, że ktoś mnie niesie. Podskakiwałam w rytm szybkich kroków, wisiałam nad uciekającą mi przed oczami ziemią, a włosy opadały mi na twarz. Liście i gałązki czepiały się mnie i sprawiały mi ból. Kolce drapały mnie po nogach i stopach, boleśnie rozdzierając skórę.

Wisiałam na ramieniu jakiegoś mężczyzny, który biegł przez gęsty las. Chociaż tego nie widziałam, miałam świadomość, że obok biegnie ktoś drugi. Słyszałam trzask gałązek, chrzęst oraz dudnienie dwóch par nóg. Ale było ich tylko dwóch. Gdzie się podziały pozostałe dzieci? Z każdą chwilą mężczyźni biegli coraz szybciej, a ja zastanawiałam się, czy uciekają przed czymś równie przerażeni jak ja. Przed zwierzęciem? A może przed potworem? Pamiętałam opowieści o potworach, które mieszkają w lasach. Mężczyźni łapali powietrze, jakby byli przerażeni. Ale i zmęczeni, co sugerowało, że ściga nas coś niebezpiecznego.

Co jakiś czas mężczyzna, który mnie niósł, chwiał się niepokojąco. Kolana mu się uginały. Choć nie wiedziałam, dokąd biegniemy, czułam, że jesteśmy już daleko w głębi dżungli. Mężczyzna potykał się, niemal upadał, a ja nie mogłam się skupić na niczym poza instynktownym wczepianiem się w niego. Miałam nadzieję, że wkrótce umkniemy temu, co nas ściga.

W końcu się zatrzymał, a moim ciałem gwałtownie szarpnęło. Potem poczułam, że się obracamy, jakby nie wiedział, w którą stronę iść. Po chwili biegł dalej, w coraz gęstsze zarośla. A później stanęliśmy, tym razem jeszcze gwałtowniej. Zacisnęłam dłonie mocniej, ale złapał mnie tak brutalnie, że rozluźniłam uścisk, a on nieuważnie ściągnął mnie z ramienia i rzucił na ziemię.

W oszołomieniu próbowałam się pozbierać, żeby zobaczyć, kto mnie niósł, ale zanim zdołałam podnieść się na czworaki, widziałam już tylko oddalające się dwie pary nóg, jedne brązowe, drugie białe. Obydwie znikały w mroku. Próbowałam krzyczeć, błagać, żeby mnie tu nie zostawiali, bo chociaż instynkt podpowiadał mi, że to nie są dobrzy ludzie, znacznie bardziej bałam się zostać sama w dżungli. Poczułam się jak we śnie. Z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk, a niewyraźne sylwetki mężczyzn wkrótce rozmyły się i zniknęły w cieniu drzew i krzewów, które otaczały mnie z każdej strony. Klęczałam bardzo długo, nie śmiałam się poruszyć, tylko wpatrywałam się w ciemność i marzyłam, żeby wrócili. Chciałam chociaż usłyszeć płacz któregoś z pozostałych dzieci. Czułam się bezbronna, porzucona i śmiertelnie przerażona samotnością. Dlaczego oni nie wrócili? Dlaczego ode mnie uciekli? Gdzie moja mamusia? Jak stąd wrócę do domu?

Robiło się coraz ciemniej. Teraz, kiedy mężczyźni sobie poszli, dziwaczne odgłosy dżungli przerażały mnie. Nie miałam pojęcia, gdzie jestem, co tu robię i kiedy ktoś po mnie przyjdzie. Miałam na sobie tylko bawełnianą sukienkę i majtki. Rano ubrała mnie w to mama. Czułam, jak przenika mnie chłód wilgotnej ziemi, na której przysypiałam, zwinąwszy się w najciaśniejszy kłębek.

Rozpacz i poczucie osamotnienia chwytały mnie za gardło i sprawiały fizyczny ból. Mogłam się tylko modlić, żeby to wszystko zniknęło, kiedy zamknę oczy. Może, jeśli zacisnę je bardzo mocno, ciemność nie będzie tak przerażająca i wkrótce – proszę, niech to się stanie szybko! – przyjdzie moja mamusia i mnie znajdzie. Może, jeśli zasnę, obudzę się w domu, w bezpiecznym łóżku i okaże się, że to wszystko było tylko złym snem.

2

Obudziło mnie słońce. Pod lewym policzkiem czułam ciepłą, kłującą poduszeczkę, a prawy mnie palił. Promienie były silne, piekące i tak oślepiające, że kiedy otworzyłam oczy, natychmiast znów je zacisnęłam.

Przewróciłam się na plecy, wciąż zawieszona między jawą i snem, jednak już świadoma nowego doznania. Tym razem odebrałam je za pomocą słuchu. Powietrze pełne było pojedynczych dźwięków – zupełnie jak światło, które składa się z iskierek. Otaczało mnie przerażające skrzypienie i dziwne piski, których nie potrafiłam zidentyfikować.

Kiedy powoli otworzyłam oczy po raz drugi, okazało się, że patrzę prosto w wielką połać błękitu. Jasny, jaskrawy błękit otoczony był ze wszystkich stron przez cętkowaną ciemność, a kiedy osłoniłam oczy palcami, stopniowo zaczęło docierać do mnie, co widzę. Było to niebo wśród liściastych czubków drzew, tak wysokich, że wyglądały jak poszarpana smuga mroku.

W końcu przypomniałam sobie, gdzie jestem. W dżungli! Przeszyła mnie ta świadomość, a z nią przyszła panika, bo ożyły wspomnienia z ubiegłego wieczoru. Zostałam porwana z domu przez dwóch mężczyzn, którzy mnie tutaj porzucili.

Strzepałam ciemną ziemię z dłoni i podniosłam się na kolana. Potem wstałam i zaczęłam się rozglądać. Myślałam tylko o tym, że muszę znaleźć mężczyzn, którzy mnie tu zostawili. Dotrzeć do nich i ubłagać, żeby zabrali mnie do domu. Chciałam do mamusi. Gdzie ona jest? Czemu mnie nie szuka?

Nie miałam pojęcia, ile czasu minęło, odkąd zostałam porzucona przez porywaczy. Nadstawiłam uszu w nadziei, że wyłuskam jakiś dodający odwagi dźwięk: śmiech dzieci, okrzyk powitalny, pomruk przejeżdżającego samochodu. Wołałam mamę, płakałam, wzywając ją wiele razy. W gardle mi wyschło, ale na tym etapie jeszcze nie zastanawiałam się nad kwestią wody czy jedzenia. Desperacko pragnęłam odnaleźć drogę do domu, usiłowałam więc wydostać się z zarośli, spośród poplątanych, włochatych pnączy, zwisających z pni drzew i spomiędzy sękatych gałęzi i krzaków, które zdawały się zagradzać każdą drogę wyjścia. Oddalić się od liści – tak wielkich, tak dziwnych i tak różnych jeden od drugiego – które jakby z premedytacją trzymały mnie we wnętrzu tego przerażającego zielonego piekła.

Ale dokąd miałam iść? Nie było żadnej ścieżki i nie widziałam nic charakterystycznego, co mogłoby mi podpowiedzieć, skąd przyszłam.

Kiedy obracałam się wkoło, każda droga wydawała się dokładnie taka sama jak inne. Drzewa, drzewa i jeszcze raz drzewa, jak okiem sięgnąć. Od czasu do czasu potykałam się, przedzierałam się górą albo dołem przez te skłębione przeszkody, obchodziłam je bokiem. Czasem wpadało mi w oko coś jaśniejszego w oddali. Może wzgórze? Bardzo szybko jednak spleciona z pnączy ściana zielonego więzienia odcinała mi drogę naprzód. Im dalej się posuwałam, tym większa panika się we mnie rodziła. Jestem głupia! Czemu to robię? Powinnam przecież wrócić! A jeśli mamusia przyjdzie po mnie, a mnie nie będzie na miejscu?

Obróciłam się wkoło, krztusząc się od płaczu, i chciałam znaleźć drogę powrotną do miejsca, z którego wyruszyłam. Wkrótce okazało się, że całkiem zgubiłam drogę. Nie było śladów mojej wędrówki, żadnej wskazówki, skąd przyszłam.

Teraz płakałam już na cały głos. Nie mogłam powstrzymać strumieni łez. Potykałam się, ale szłam, co jakiś czas chwytana i zatrzymywana przez złośliwe gałęzie. Zastanawiałam się, jak się tu znalazłam. Czy zaplanowali to moi rodzice? Tak to się odbyło? Chcieli się mnie pozbyć? Co takiego zrobiłam, że ich rozzłościłam? Chodziło o strączki? Byli źli, bo tyle ich zerwałam? Czy mamusia albo tatuś poprosili tych strasznych mężczyzn, żeby po mnie przyszli?

Usiłowałam sobie przypomnieć mężczyznę, który zabrał mnie z ogródka warzywnego. Tego czarnego, który zakrył mi usta dłonią. Kim był? Wujkiem? Spróbowałam przywołać jego rysy. Był wysoki i bardzo silny. Czy mnie znał? Jednym z moich najskwapliwiej chronionych skarbów była śliczna czarna lalka. Z jakiegoś powodu ciągle o niej myślałam. Wszyscy mieliśmy białą skórę, a jednak miałam czarną lalkę. Dlaczego? Czy to miało jakieś znacznie, dla mnie niezrozumiałe?

Załamana i zbyt odwodniona, żeby energicznie przedzierać się przez sięgające mi do pasa zarośla, zwolniłam kroku, zwiesiłam ramiona, a nadzieja we mnie przygasła. Z drugiej jednak strony, jakie miałam inne wyjście niż przeć naprzód? Więc parłam. To nie była świadoma decyzja. Szłam, bo myślałam, że może znajdę drogę albo spotkam kogoś, kto mi pomoże. Albo chociaż zobaczę jakiś znak, który przekona mnie, że zrobiłam krok w kierunku domu.

Ale czas mijał, ręce i nogi miałam podrapane, a strach, że nigdy się nie wydostanę z zielonego gąszczu, narastał. Kiedy zaczęło się ściemniać, poczułam, jak moje nadzieje gasną wraz ze słońcem. Zapadła noc. Czas spać. Skończył się dzień. Upłynął cały, a ja wciąż byłam uwięziona w dżungli. Będę musiała spędzić samotnie kolejną noc.

Ta była czarniejsza niż jakakolwiek inna. Wytężałam wzrok, ale z wyjątkiem świecących wysoko gwiazd, nie dostrzegłam ani iskierki światła. Za to niebo wydawało się wisieć bardzo nisko, jakby zostało nade mną rozpostarte jak gigantyczna czarna kołdra, więżąca mnie pod sobą wraz z nocnymi stworzeniami. Bez chemikaliów, które poprzedniej nocy przytępiały mi zmysły, moje przerażenie rosło z każdą chwilą. Znów te odgłosy, niesamowicie głośne, przedziwne. Z rozmów zasłyszanych kiedyś od dorosłych wywnioskowałam, że wydają je leśne potwory. Tak musiało być, bo stwory ukryte w ciemności łatwiej mogły schwytać ofiarę.

Ciemność zapadała, oszałamiała mnie, ale zdążyłam jeszcze znaleźć kawałek gołej ziemi, niezagarniętej przez roślinność, u podnóża gigantycznego drzewa. Usiadłam tam, a gdy powietrze gęstniało i robiło się coraz ciemniej, znów zwinęłam się w najciaśniejszy kłębek, a plecy przycisnęłam do dodającej otuchy twardej kory. Kolana oplotłam ramionami.

Miałam silne przekonanie, że muszę być cicho i nie wolno mi się ruszyć. Mówiłam sobie, że to taka gra. Jak w chowanego. Jeśli będę leżała bez ruchu i w ciszy, nocne stworzenia nie dowiedzą się, że tu jestem.

Jednak ich przerażająca obecność była oczywista. Słyszałam tyle różnych odgłosów, wiele blisko mnie. Słyszałam takie same trzaski, które sama powodowałam, brnąc przez poszycie. I skrobanie – tak się poruszały małe zwierzątka. A później trzask. Głośny, przerażająco blisko miejsca, w którym się kuliłam. Chrupnięcie czegoś suchego – martwej gałęzi? Dźwięki krążyły wokół. Cokolwiek to było, otaczało mnie, czekało na właściwy moment do skoku. Czy widziało mnie wyraźnie, wielkimi oczami wypatrującymi w ciemności? I co to był za szelest, który się za tym ciągnął? Ogon? Czy to był potwór zjadający dzieci? Czy czuł mój zapach?

Zwinęłam się w jeszcze mniejszy kłębek. Marzyłam o klatce, w której mogłabym się schronić, która oddzieliłaby mnie od wielkich pazurów i mocnych szczęk. Albo o świetle. Tak chciałam, żeby mamusia przyniosła światło, które odstraszy potwora.

Nagle to coś, co mnie tropiło, uciekło, słyszałam oddalające się szelesty i doznałam błogosławionej chwilowej ulgi. Jednak nie na długo. Noc trwała, ja leżałam skulona w pniu drzewa i dostawałam obłędu, bo nic nie widziałam. Wiem, że zobaczyć z bliska leśne potwory to coś przerażającego, ale stwierdziłam, że jeszcze gorzej było w ogóle nie widzieć, co się dzieje. A nie widziałam. Mogłam tylko leżeć, trząść się i wzdragać z przerażenia, kiedy pełzające istoty łaziły w górę i w dół po moich nogach i rękach, poznawały kontury mojej twarzy i wpełzały mi do uszu. Marzyłam o śnie jak jeszcze nigdy o niczym, bo żaden koszmar, jakkolwiek straszny, nie mógłby być gorszy niż ten zły sen, w którym byłam teraz uwięziona.

To samo słońce, świecące tak samo jasno z tego samego oślepiającego błękitem nieba powitało mnie nazajutrz rano. Trochę trwało, zanim zmusiłam się do otwarcia oczu. W stanie rozkosznej półświadomości prawie wierzyłam, że ciepło, które czuję, to koc na moim łóżku, a słońce wpada przez okno. Jednak odgłosy dżungli szybko rozwiały złudzenia i brutalnie przywróciły mnie do rzeczywistości.

Płakałam we wnętrzu mojego pnia, aż gardło mnie rozbolało i zachrypłam. Brzuch mnie bolał, domagając się jedzenia. Nie mogłam dłużej płakać. Zresztą, kto miał mnie tu usłyszeć? Otarłam grzbietami dłoni zapuchnięte od łez oczy, a kiedy odzyskałam ostrość widzenia, wydawało mi się, że widzę motyla.

Przyjrzałam się lepiej. To nie był jeden motyl. Wiele motyli, w najróżniejszych kolorach, fruwało mi nad głową. Unosiły się wokół płatków pięknych białych i różowych kwiatów, które zwisały z łodyg wyrastających z wyższych partii drzew. Były olśniewające. Do tego podłoże dżungli parowało, wszędzie wokół była mgła i widoki pochłaniały całą moją uwagę.

Jednak ból brzucha nie pozwolił mi odpoczywać zbyt długo. Byłam głodna i musiałam znaleźć coś do jedzenia. Ale co? Znalazłam na ziemi strączki, które starannie obejrzałam. Pachniały dobrze, nawet powietrze wokół nich ładnie pachniało, ale były czarne jak węgiel i pomarszczone. Wystarczyło, że otworzyłam jeden z nich, żeby przekonać się, że są zupełnie inne od groszku ogrodowego. Czy taki groszek też tutaj rósł? Albo kukurydza? Może udałoby mi się je znaleźć. Stałam i rozglądałam się wkoło, tylko że tym razem w innym celu.

Byłam mała i nie wiedziałam, że mogę zatruć się każdą z tych dziwnych roślin, jagodami i owocami, które znajdowałam. Nie jadłam ich tylko dlatego, że wyglądały dziwacznie i nieapetycznie. Nie zauważyłam nic znajomego.

Raz jeszcze skupiłam się na tym, co mnie czekało. Jeśli nie znajdę nic do jedzenia, szybko się zagłodzę. A wtedy, wiedziałam to od dorosłych i z książeczek z obrazkami, umrę i pożrą mnie zwierzęta. Jednak nie było tu nic, co mogłabym zjeść. Nie chciałam umrzeć i zostać pożarta, więc po raz kolejny stwierdziłam, że nie mogę zostać tu, gdzie jestem. Dzisiaj będę szła. Wyruszę i się nie zatrzymam. Jeśli pomoc nie chce mnie znaleźć, sama będę musiała do niej dotrzeć. Postanowiłam iść, póki nogi nie odmówią mi posłuszeństwa. Miałam nadzieję, że nie zrobią tego, aż znajdę człowieka, który da mi coś do jedzenia i zabierze mnie z powrotem do rodziców.

Ruszyłam przez nieprzebraną gęstwinę, nie mając żadnego innego planu poza tym, żeby oddalić się od miejsca, w którym się znajdowałam. W końcu ci mężczyźni skądś mnie tutaj przynieśli, więc jeśli będę szła wystarczająco długo, na pewno znajdę wyjście.

Nie widziałam wiele więcej niż gąszcz listowia przede mną i wkrótce moja skóra zaczęła wzdragać się przed kolejnymi zadrapaniami, bo gałęzie, które odginałam, wracały jak bicze i karały mnie za naruszenie ich spokoju. Wewnątrz tej dziwacznej zielonej altany było tak gorąco i klaustrofobicznie, że wkrótce zapomniałam, że wyruszyłam na poszukiwanie jedzenia. Z gałęzi nad moją głową kapało, mgła podniosła się i zniknęła, a głód zdominowało inne doznanie. Zdałam sobie sprawę, że jestem straszliwie spragniona.

Jak znaleźć wodę? Nie miałam pojęcia. Wszystko wokół mnie lśniło od wilgoci, ale znalezienie źródła wody wydawało się niemożliwe. Zaczęłam się rozglądać z jeszcze większym zapałem. Gdzie w takim miejscu można znaleźć coś do picia?

Szukałam zagłębień w kamieniach, przejrzałam poszycie dżungli w poszukiwaniu kałuż. Biorąc przykład z bzyczących wszędzie wkoło owadów, zaglądałam z nadzieją do każdego kwiatu, aż wreszcie znalazłam roślinę z włochatymi liśćmi w kształcie kielichów. Jeśli tak wyglądają, myślałam, może pełnią też taką funkcję. Kiedy zajrzałam do wnętrza jednego z nich, znalazłam odrobinę wody.

Poczułam się, jakbym odkryła sekretny skarb. Przysunęłam kielich do siebie i nachyliłam się. Dotknęłam wargami lśniącej powierzchni. Smakowało niebiańsko i po chwili wlałam do ust zawartość całego liścia. Woda była dziwna i smakowała ziemią, ale to nie miało znaczenia. Pragnienie zostało chwilowo zaspokojone.

Wkrótce byłam w stanie zaspokoić je w jeszcze większym stopniu, bo znalazłam źródełko, z którego woda spływała po kamieniach Była zimna, czysta i rozkoszna. Ale mój żołądek nie dał się oszukać. Wkrótce znów zaczął burczeć i narzekać, a ja musiałam ponowić starania o znalezienie pożywienia.

Znalazłam nie jedzenie, tylko papugę. Mimo że głód mnie osłabiał, byłam nią oczarowana. Była niebiesko-zielono-żółta, wielkości dużej dyni, i siedziała nisko na gałęzi. Skrzeczała coś do siebie. Poczułam się pewniej, patrząc na nią. Zachowywała się odważnie i patrzyła na mnie, a ja instynktownie zapragnęłam się do niej zbliżyć. Wyciągnęłam rękę. Pomyślałam, że podleci i usiądzie mi na palcu, bo pewniejsze siebie papugi w naszej wiosce czasem tak robiły.

Ale ta nie. Kiedy tylko się zbliżyłam, wychyliła się ku mnie, zaskrzeczała głośno i mocno udziobała mnie w palec, a potem odleciała, wystraszona. Spojrzałam na kciuk, który boleśnie pulsował, a na widok krwi spływającej po dłoni, znów wybuchnęłam płaczem z żalu nad sobą. W ciągu następnych lat, czy nawet dekad, wspominałam ten dzień z sentymentem, bo poczytywałam go za przyczynę, dla której przetrwałam. Byłam zszokowana, że tak piękne stworzenie może chcieć mnie skrzywdzić, ale szok stał się podstawą najważniejszej lekcji, jaką mogłam przyjąć wtedy i tam. To nie jest miejsce stworzone przez człowieka, pełne pięknych, udomowionych zwierząt. To dzicz, a dzikie zwierzęta są gotowe zabić, żeby przeżyć. Załamana, snułam się dalej po gąszczu.

Wkrótce jednak nastrój mi się poprawił. Niedługo po niefortunnym spotkaniu z papugą zauważyłam zmianę w otoczeniu. Roślinność zdawała się trochę przerzedzać. Zapomniałam o pulsującym boleśnie palcu i zaczęłam pokonywać przeszkody z gałęzi w poczuciu, że może uda mi się stąd wyrwać. Szłam i szłam, coraz bardziej niecierpliwie, bo stawało się oczywiste, że docieram do jakiejś polany. Im bliżej byłam, tym bardziej się w tym upewniałam. Coraz wyraźniej widziałam otwartą przestrzeń pośrodku dżungli.

To musi być to! Tak śpieszno mi było do znalezienia się na otwartej przestrzeni, że nie przejmowałam się już drapiącymi gałęziami i młodymi drzewkami, które smagały mnie, gdy przechodziłam obok nich. Kiedy się wreszcie przez nie przedarłam i znalazłam się na niewielkim poletku trawy, doznałam uczucia ekstazy. Szczęście trwało ledwie chwilę. Zaraz po wydostaniu się na otwartą przestrzeń zauważyłam, że roślinność po drugiej stronie polany jest dokładnie tak samo nieprzyjazna, jak tam, skąd przyszłam. Zaszłam tak daleko! Wędrowałam tak długo! Byłam wyczerpana, konałam z głodu, a nadal nie udało mi się uciec. Wręcz przeciwnie, wiedziałam już na pewno, że tylko bardziej zagłębiłam się w dżunglę.

Dlaczego, zastanawiałam się. Dlaczego, dlaczego, dlaczego to się stało? Dlaczego mama mnie nie szuka? Co zrobiłam, żeby na to zasłużyć? Jeśli to kara za przewinienie, co złego zrobiłam? Spojrzałam na swoją sukienkę, kiedyś śnieżnobiałą w różowe kwiatki, a teraz wyglądającą jak postrzępiona ścierka, umazana ziemią i krwią. Nie miałam butów, więc moje bose stopy były poranione, brudne i obtarte. Mój żołądek i moje myśli łkały z rozpaczy. Osunęłam się na ziemię jak kupka nieszczęścia. Czułam zapach trawy i wszechobecny cierpły aromat ziemi. Nie byłam w stanie na niczym się skupić, mogłam tylko leżeć i płakać. Chciałam do domu, do mamy. Pragnęłam, żeby mnie ktoś przytulił i uspokoił, ale nie było nikogo, kto mógłby mi to zapewnić.

Leżałam tak, zwinięta na boku, przez całą wieczność, jak mi się wydawało. Może nawet na chwilę zasnęłam. Dręczyły mnie koszmary. Podskakiwałam od dziwnych dźwięków, głośnych pohukiwań, i głosów, które mnie prześladowały. Słyszałam łamane gałązki, szum trawy, głośne trzaski i tupanie.

Chciałam umrzeć. W końcu jednak strach i beznadzieja zmieniły się w głód i ostry ból w żołądku zmusił mnie do pogodzenia się z faktem, że nie zanosi się na to, żebym wkrótce miała odejść z tego świata.

Otworzyłam jedno oko, tylko odrobinę. Wciąż byłam skąpana w świetle słonecznym. Otworzyłam je bardziej i spojrzałam na ziemię. To, co zobaczyłam, natychmiast powstrzymało mnie przed otwieraniem oczu szerzej. Zamknęłam je tak bezdźwięcznie i ostrożnie, jak tylko mogłam i odwróciłam głowę w inną stronę.

Szybkie zerknięcie drugim okiem potwierdziło, że to nie sen. Miałam towarzystwo. Precyzyjniej mówiąc, byłam otoczona.

3

S