Dziewczyna ze szkła - Laura Anderson Kurk - ebook
BESTSELLER

Dziewczyna ze szkła ebook

Laura Anderson Kurk

4,5

Opis

Meg Kavanagh zawsze była niezwykle wrażliwa, jednak kochająca rodzina, a zwłaszcza relacja ze starszym bratem były prawdziwą ostoją dla jej „inności”. Kiedy brat dziewczyny ginie, a matka nie radzi sobie z tragedią, ojciec przenosi rodzinę do małego miasteczka w Wyoming. Meg coraz mocniej czuje, że jest zdana tylko na siebie w uporaniu się ze stratą, jednak właśnie wtedy w jej życie wkracza ktoś niespodziewany.

Henry Whitmire ma zbyt dużo pracy w gospodarstwie rodziców, by poza szkołą znajdować jeszcze czas na życie towarzyskie. Gdy w klasie pojawia się nowa dziewczyna, która nikomu nie chce zdradzić swojej historii, chłopak jest przekonany, że Bóg postawił na jego drodze wyjątkową relację.

Dziewczyna ze szkła to poruszająca historia o tym, że przyjęcie najcenniejszych darów wymaga odwagi, a to, co świat uważa za słabość, może okazać się największą siłą.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 361

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (69 ocen)
42
17
10
0
0
Sortuj według:
thaurantiel123

Nie oderwiesz się od lektury

Czasem nachodzą mnie smutne myśli, jak brutalny jest rynek książki i jak często naprawdę wartościowe tytuły giną w zalewie nowości, nie otrzymując tyle uwagi, na ile zasługują. Właśnie takie myśli towarzyszyły mi przy lekturze “Dziewczyny ze szkła” Laury Anderson Kurk - chwytającej za serce powieści z gatunku young adult, łączącej trudny temat żałoby ze słodyczą pierwszej miłości i pięknym przesłaniem o łasce. Bohaterką powieści jest 16-letnia Meg Kavanagh, od dziecka nazywana przez swojego brata Wyatta dziewczyną ze szkła, ze względu na jej ogromną wrażliwość. Kiedy Wyatt ginie w tragicznych okolicznościach, rodzina Meg rozpaczliwie próbuje poradzić sobie ze stratą, każdy na swój sposób. Przeprowadzka na drugi koniec Stanów ma być dla nich nowym początkiem, z dala od szeptów i współczujących spojrzeń. Henry Whitmire, jeden z uczniów z nowej szkoły Meg, nie wie, jaką tajemnicę skrywa dziewczyna, ale jest gotów zrobić wszystko co w jego mocy, aby jej pomóc. Czy jednak da się poskładać ...
10
Stupolid

Nie oderwiesz się od lektury

Absolutnie piękna i godna polecenia
10
Karolinab26
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam :)
00

Popularność




 

Ty­tuł ory­gi­nału:
Glass Girl
 
Au­tor:
Laura An­der­son Kurk
 
Tłu­ma­cze­nie z ję­zyka an­giel­skiego:
Jo­anna Ole­jar­czyk
 
Re­dak­cja:
Agata To­kar­ska
 
Ko­rekta:
Do­mi­nika Wilk
 
Skład i opra­co­wa­nie gra­ficzne:
Ali­cja Ma­linka
 
 
ISBN 978-83-66297-97-5
 
 
Zdję­cia na okładce:
Elly De Vries / Tre­vil­lion Ima­ges
Ale­xis / Pi­xa­bay.com
 
 
© 2013 by Laura An­der­son Kurk
© 2020 for the Po­lish edi­tion by Dre­ams Wy­daw­nic­two
 
Dre­ams Wy­daw­nic­two Li­dia Miś-No­wak
ul. Unii Lu­bel­skiej 6A, 35-016 Rze­szów
www.dre­am­swy­daw­nic­two.pl
 
Rze­szów 2021, wy­da­nie I
 
Druk: Abe­dik SA
 
Książkę wy­dru­ko­wano na pa­pie­rze Ecco book cream 2.0 70g
do­star­czo­nym przez An­ta­lis Po­land Sp. z o.o.
 
 
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Żadna część tej pu­bli­ka­cji nie może być re­pro­du­ko­wana, 
prze­cho­wy­wana jako źró­dło da­nych, prze­ka­zy­wana w ja­kiej­kol­wiek me­cha­nicz­nej,
elek­tro­nicz­nej lub in­nej for­mie za­pisu bez pi­sem­nej zgody wy­dawcy.

Dla Alana, Ame­lii i An­der­sona –

mi­łość ni­gdy nie ustaje

Ła­twiej mi iden­ty­fi­ko­wać się z po­sta­ciami, które ba­lan­sują na gra­nicy hi­ste­rii, które bały się ży­cia, które de­spe­racko usi­ło­wały do­się­gnąć dru­giego czło­wieka. Te de­li­katne osoby są tak na­prawdę sil­nymi ludźmi.

Ten­nes­see Wil­liams

 

 

1

Wy­att po­wie­dział mi kie­dyś, że gdyby wraż­li­wość była scho­rze­niem, to by­ła­bym nie­ule­czal­nie chora.

– Je­steś po pro­stu dziew­czynką ze szkła – mam­ro­tał pod no­sem za każ­dym ra­zem, gdy się za­ru­mie­ni­łam, roz­pła­ka­łam albo zbyt długo na ko­goś za­pa­trzy­łam.

Nie prze­szka­dzało mi to. Ale Wy­att wie­dział, że pew­nego dnia pęknę – cała, nie tylko moje serce. Chyba miał ra­cję. Kiedy wi­dzę obcą osobę, która cierpi, czuję fi­zyczny ból. A je­śli znam tego ko­goś – kom­plet­nie się roz­kle­jam.

Moja te­ra­peutka Ro­bin usi­ło­wała wy­peł­nić pęk­nię­cia, które po­wstały w dniu śmierci Wy­atta. Gdy pró­bo­wała na­kło­nić mnie do mó­wie­nia, jej głos wy­da­wał mi się szu­mem w tle. Ro­bi­łam, co mo­głam, żeby nie do­pusz­czać jej słów do sie­bie, ale na po­czątku se­sji po­wie­działa coś, co przedarło się do mo­jego umy­słu i przy­wo­łało ostre jak brzy­twa wspo­mnie­nie. I na­gle znowu zna­la­złam się w szczę­śliw­szym cza­sie i miej­scu. By­łam mała, a Wy­att sie­dział obok mnie, cie­pły i żywy.

– Meg­gie! Śli­nisz się na mnie! Obudź się już. Meg, je­ste­śmy na miej­scu. – Wy­szep­tane przez niego słowa pach­niały go­frami, które jadł na śnia­da­nie.

W tamte wa­ka­cje mia­łam nie wię­cej niż sie­dem lat, bo do­piero co skoń­czy­łam pierw­szą klasę. Wy­att miał dzie­sięć lat i był wy­soki jak na swój wiek. Lu­dzie trak­to­wali go jak o wiele star­szego, a on zwy­kle umiał spro­stać ich ocze­ki­wa­niom.

Tata zro­bił so­bie sza­łową fry­zurę i uznał, że jego po­cho­dząca ze Wschod­niego Wy­brzeża ro­dzina ko­niecz­nie musi zo­ba­czyć po­łu­dnie Sta­nów. Je­cha­li­śmy więc wy­po­ży­czo­nym czar­nym che­vro­le­tem sub­ur­ba­nem z Pit­ts­bur­gha do Na­shville w sta­nie Ten­nes­see. Mama na­ci­skała, że­by­śmy przy­naj­mniej za­trzy­mali się w ja­kimś przy­zwo­itym miej­scu, skoro tata tak nas tor­tu­ruje. W końcu wy­lą­do­wa­li­śmy w Ho­telu Ten­nes­sean, któ­rego ja­skrawy wy­strój świad­czył, że Na­shville uważa się za Hol­ly­wood Po­łu­dnia.

Wszy­scy pra­cow­nicy ho­telu gła­skali mnie po gło­wie i za­pew­niali, że będę za­chwy­cona po­ka­zem la­se­rów. Uwie­rzy­łam im. Pierw­szej nocy, po ką­pieli, bła­ga­łam mamę i tatę, żeby po­zwo­lili mi po­stać przed drzwiami i po­pa­trzeć na naj­wspa­nial­szy po­kaz wszech cza­sów. Na­wet w wieku sied­miu lat wie­dzia­łam, że tamte słowa były wy­ol­brzy­mione.

Miej­scowi zgro­ma­dzili się w atrium i cze­kali na roz­po­czę­cie. Po­tem zga­sły świa­tła, fon­tanna za­częła tań­czyć, a kilka la­se­rów zmie­niało ko­lor wody w prze­wi­dy­wal­nej ko­lej­no­ści. Ktoś za­grał pa­trio­tyczną pieśń na bia­łym sa­lo­no­wym pia­ni­nie. Nie­uza­sad­niona ob­łuda – to naj­wła­ściw­sze słowa opi­su­jące re­ak­cję tłumu. Do­kład­nie pa­mię­tam, że za­py­ta­łam:

– Mamo, czy oni ni­gdy nie byli nad Nia­garą?

– Taka już ludzka na­tura, że je­żeli inni na­dają cze­muś zbyt wielką wagę, to sami po­tem to wy­ol­brzy­miamy – od­szep­nęła. – Pa­mię­taj, że mu­sisz wy­ra­biać so­bie wła­sne opi­nie.

Ni­gdy nie za­po­mnę, jak na mnie wtedy po­pa­trzyła, do­ty­ka­jąc pal­cem mo­jej skroni.

Po tam­tej nocy nie pro­si­łam już ro­dzi­ców, żeby po­zwo­lili mi obej­rzeć po­kaz. Ale to nie tamto wspo­mnie­nie tak mnie przy­gnę­biało. Dru­giego dnia w Na­shville tata na­le­gał, że­by­śmy po­je­chali do tam­tej­szego we­so­łego mia­steczka. Uzna­li­śmy z Wy­at­tem, że miało po­ten­cjał – on uwiel­biał rol­ler­co­astery, a ja watę cu­krową.

Tam­tego ranka dość wcze­śnie za­ję­li­śmy miej­sce na par­kingu, żeby przejść przez bramę za­raz po otwar­ciu. Był li­piec, a w lipcu wszyst­kie wy­be­to­no­wane po­wierzch­nie w Na­shville pa­rują. Czu­łam za­pach roz­grza­nego as­faltu, gdy Wy­att po­dał mi krem z fil­trem i spray prze­ciw ko­ma­rom. Wtar­łam je w sie­bie, na­śla­du­jąc jego ru­chy.

Ob­ła­do­wani ma­pami, apa­ra­tami fo­to­gra­ficz­nymi i nie­le­gal­nymi bu­tel­kami z wodą, wy­gra­mo­li­li­śmy się z auta i ru­szy­li­śmy w dwu­ipół­ki­lo­me­trową trasę pod bramy we­so­łego mia­steczka. Do­strze­głam przed nami tłum zgro­ma­dzony wo­kół sta­rego czer­wo­nego pick-upa. Zmar­twi­łam się, że ci wszy­scy lu­dzie ze­brali się tam z po­wodu psa, któ­rego ktoś zo­sta­wił w au­cie w ten upał.

Ga­pie drwili z cze­goś, co znaj­do­wało się na pace sa­mo­chodu. Wy­att ka­zał mi za­kryć uszy dłońmi, więc to zro­bi­łam, ale roz­chy­li­łam lekko palce obu dłoni. Nie chcia­łam prze­ga­pić cze­goś waż­nego. Wtedy usły­sza­łam mę­skie głosy ję­czące w upale:

– Hej, wiel­gachna, przy­wieźli cię do mia­sta i o to­bie za­po­mnieli?

– Z czego jest uszyta ta kiecka? Z ba­lonu?

– To auto ma li­mit ob­cią­że­nia, ko­bieto.

Mó­wiło to trzech męż­czyzn, któ­rzy we­dług mnie wy­glą­dali tak samo. Byli chu­dzi, z za­pad­nię­tymi klat­kami pier­sio­wymi, i mieli w so­bie ner­wo­wość za­pchlo­nych psów. Mama i tata szybko prze­pro­wa­dzili nas na drugą stronę rzędu sa­mo­cho­dów, a Wy­att uważ­nie wpa­try­wał się we mnie, by się upew­nić, że ich nie sły­szę. Czy wie­dział, co było na pace pick-upa?

Ja jesz­cze tego nie wi­dzia­łam, bo by­łam za ni­ska. Ale gdy tylko zna­leź­li­śmy się tuż za pick-upem, ro­ze­śmiany tłum się roz­szedł i zo­ba­czy­łam ją. Była ol­brzy­mia. Mu­siała wa­żyć z dwie­ście ki­lo­gra­mów. Jej ciało wy­peł­niało całą pakę auta, a czę­ściowo na­wet wy­le­wało się bo­kami, co mu­siało być bo­le­sne… Jej krót­kie czarne włosy chyba były przy­strzy­żone tę­pymi ku­chen­nymi no­życz­kami, bo tłu­ste ko­smyki ster­czały na wszyst­kie strony. Miała na so­bie coś, co wy­glą­dało jak nie­bie­skie prze­ście­ra­dła zszyte ra­zem, z otwo­rami na ręce. A co naj­tra­gicz­niej­sze – ubra­nie było za krót­kie albo się pod­wi­nęło, gdy ko­bieta wsia­dła na tył auta. Sie­działa na ma­te­riale, więc nikt nie byłby w sta­nie na­cią­gnąć go na jej ko­lana. Owi­jał się tylko nie­zgrab­nie wo­kół gór­nej czę­ści jej ud. Mo­co­wała się z paczką draży – mo­ich ulu­bio­nych cu­kier­ków – a kiedy wresz­cie udało się jej ją otwo­rzyć, ku­leczki cze­ko­la­dowe wy­strze­liły w po­wie­trze na wszyst­kie strony i bez­gło­śnie po­spa­dały na jej mięk­kie ciało i roz­grzany as­falt.

Jej spoj­rze­nie mnie prze­śla­do­wało. Po­pa­trzy­łam jej w oczy tylko przez se­kundę, gdy zwró­ciła wzrok w na­szą stronę, jakby się za­sta­na­wiała, co mamy jej do po­wie­dze­nia.

– Nie gap się, Meg. To nie­grzeczne – wy­ce­dził przez zęby Wy­att, bio­rąc mnie za rękę i cią­gnąc mnie lekko za sobą.

Ale ja nie chcia­łam być nie­grzeczna. Pa­trzy­łam z nie­po­ha­mo­wa­nej cie­ka­wo­ści, jaką wzbu­dziła we mnie pustka w jej oczach. Nie było w nich żad­nego za­in­te­re­so­wa­nia, żad­nego bły­sku emo­cji. Spoj­rza­łam przez ra­mię, by się upew­nić, że ko­bieta od­dy­cha.

Od­wró­ciła się i prze­chy­liła głowę na bok, pa­trząc na mnie, a po­tem, ku mo­jemu zdu­mie­niu, uśmiech­nęła się. Nie był to zło­śliwy uśmie­szek, który miałby mnie od­stra­szyć, że­bym prze­stała się ga­pić. Był słodki. Lu­biła dzieci – na pewno miała dzieci albo wnuki – i po­lu­biła też mnie. Jej oczy zła­god­niały, kiedy od­po­wie­dzia­łam uśmie­chem i do niej po­ma­cha­łam, i sama unio­sła dłoń, by mi po­ma­chać. Po­czuła się szczę­śliwa dla­tego, że tam by­łam.

Opo­wie­dzia­łam tę hi­sto­rię Ro­bin, kiedy po­now­nie za­py­tała mnie, dla­czego czuję się winna śmierci Wy­atta. Nie umia­łam wy­ja­śnić mo­jego po­czu­cia winy. Wie­dzia­łam tylko, że ode­gra­łam wtedy ja­kąś rolę. Do­tknę­łam sceny, za­nim we­szli na nią ak­to­rzy, a mój do­tyk coś schrza­nił. Wy­att zgi­nął, a ja prze­ży­łam.

Bła­ga­łam Ro­bin, by mnie zro­zu­miała.

– Moja mama nor­mal­nie by funk­cjo­no­wała, gdyby za­miast mnie był tu Wy­att – po­wie­dzia­łam.

Ro­bin po­krę­ciła głową i przy­ło­żyła dłu­go­pis do ust.

– To nie­prawda.

– Śmierć Wy­atta jest zwią­zana z całą brzy­dotą tego świata – do­da­łam. – Jak pani może tego nie wi­dzieć?

Wen­ty­la­tor bu­czący w ką­cie prze­krę­cił się w moją stronę i za­czął zdmu­chi­wać mi na twarz dłu­gie ko­smyki wło­sów. Nie od­gar­nę­łam ich jed­nak, bo dzięki temu mo­głam za­mknąć oczy.

– Dla­czego śmierć two­jego brata jest czę­ścią świa­to­wej tra­ge­dii, Meg?

Po­sła­łam jej spod wło­sów spoj­rze­nie wy­ra­ża­jące głę­boką po­gardę.

– Wcale tego nie po­wie­dzia­łam. Prze­kręca pani moje słowa i z po­wro­tem wkłada mi je w usta. – Wszy­scy do­ro­śli w moim ży­ciu tak ro­bili i nie cier­pia­łam tego.

– W ta­kim ra­zie po­wiedz mi, co mia­łaś na my­śli, mó­wiąc… – Prze­rwała, żeby prze­czy­tać coś, co na­pi­sała w opra­wio­nym w skórę no­tat­niku. – „Śmierć Wy­atta jest zwią­zana z całą brzy­dotą tego świata”.

Po­sta­no­wi­łam wy­ka­zać się aniel­ską cier­pli­wo­ścią, żeby przy­spie­szyć tę se­sję.

– Cho­dziło mi o to, że nie­na­wiść tam­tego lip­co­wego po­ranka w Na­shville była na­dal żywa tego kosz­mar­nego dnia w Pit­ts­bur­ghu. Lu­dzie nie­na­wi­dzą się na­wza­jem, więc ką­sają się jak węże. Wszystko jest ze sobą po­wią­zane… Lu­dzie są ze sobą po­wią­zani. Wpa­damy na sie­bie… Nie­któ­rzy z nas są do­brzy, inni źli, a więk­szość jest mie­szanką jed­nego i dru­giego. Każda myśl wpro­wa­dzona w czyn ma swoje kon­se­kwen­cje. Co do jed­nej. – Od­chrząk­nę­łam. W końcu ubra­łam w słowa wnio­sek, do któ­rego do­szłam w dniu śmierci Wy­atta.

Moja twarz na pewno zdra­dzała moje wła­sne zdzi­wie­nie, bo Ro­bin przez chwilę przy­glą­dała mi się ba­daw­czo. Po­tem po­pra­wiła koc, który okry­wał jej skrzy­żo­wane nogi – uży­wała ta­kich re­kwi­zy­tów, żeby po­móc mi się zre­lak­so­wać – i spo­koj­nie na mnie po­pa­trzyła.

– Meg, czu­jesz ból, i to na­ma­calny. Masz po­czu­cie winy i to jest nor­malne. Ale te uczu­cia cię nie de­fi­niują. Są zwią­zane z fał­szy­wymi me­cha­ni­zmami, które wy­two­rzył twój umysł, żeby zro­zu­mieć stratę, ja­kiej do­świad­czy­łaś. – Pstryk­nęła kilka razy dłu­go­pi­sem i przez dłuż­szą chwilę za­pewne za­sta­na­wiała się, co po­wie­dzieć – i co tak na­prawdę zro­zu­miem z jej słów. – To prze­świad­cze­nie, któ­rego na­bra­łaś w dzie­ciń­stwie, że w ja­kiś spo­sób je­steś od­po­wie­dzialna za szczę­ście, a na­wet za bez­pie­czeń­stwo lu­dzi, któ­rych spo­ty­kasz na swo­jej dro­dze, tam­tej ko­biety w pick-upie w Na­shville… Jest błędne i nie­bez­pieczne. Mu­sisz się z tym upo­rać.

Z po­wro­tem spoj­rzała do no­tat­nika, prze­wer­to­wała go i za­trzy­mała się na ja­kiejś stro­nie w środku, którą przez mi­nutę czy­tała w mil­cze­niu. Może cze­kała, aż coś po­wiem. Wy­ła­my­wa­łam so­bie palce, żeby po­wstrzy­mać po­trzebę wy­peł­nie­nia ci­szy więk­szą liczbą słów. Słowa ni­czego nie zmie­niają.

W ką­ciku ust Ro­bin za­tań­czył uśmiech i jej spoj­rze­nie zła­god­niało. Od­gar­nę­łam włosy z twa­rzy, żeby le­piej ją wi­dzieć.

– Pod­czas na­szego pierw­szego spo­tka­nia – za­częła – po­pro­si­łam cię, że­byś opo­wie­działa mi o Meg sprzed śmierci Wy­atta.

– Pa­mię­tam.

– Mó­wi­łaś, że ni­gdy nie umia­łaś ukry­wać uczuć i by­łaś bar­dzo wraż­liwa. Za­cie­ka­wiło mnie, że lu­dzie w twoim oto­cze­niu za­wsze trak­to­wali cię, jak­byś była bar­dzo kru­cha. Jak na­zy­wał cię Wy­att? „Dziew­czyna ze szkła”?

Zna­jomy im­puls obronny szarp­nął wo­dze mo­ich my­śli. Wy­att nie chciał źle. Nie wie­dział, jaka będę ostra, kiedy się stłukę – jak oka­le­czę tych, któ­rzy za bar­dzo się do mnie zbliżą. Po­wstrzy­my­wa­łam łzy, aż oczy pie­kły mnie z wy­siłku.

Ro­bin wstała, co nie zda­rzyło się ni­gdy wcze­śniej, a koc spadł na pod­łogę z ci­chym szep­tem ba­wełny, frędzli i po­wie­trza. Te­ra­peutka uklę­kła przy moim krze­śle i do­tknęła mo­jego ra­mie­nia, jakby chciała po­ka­zać swoją po­wagę.

– Meg… Mu­sisz o tym za­po­mnieć. Je­steś sil­niej­sza, niż ci się wy­daje. Na li­tość bo­ską, nie je­steś od­po­wie­dzialna za śmierć Wy­atta. Twoja mama wcale nie wo­la­łaby, że­byś to była ty. A ko­bieta w pick-upie? To ona chciała spra­wić, że­byś swo­bod­niej się po­czuła, a nie na od­wrót. To ty by­łaś dziec­kiem, Meg… A ona była do­ro­sła.

Od­wró­ci­łam się, by unik­nąć tej in­wa­zji. Nie pro­si­łam o nią, więc wbi­łam wzrok w czarno-białą gra­fikę na ścia­nie, która miała in­spi­ro­wać klien­tów. Dziew­czyna na na­druku do­piero co wspięła się na szczyt góry. Stała spo­koj­nie i pa­trzyła w niebo. Pod spodem wid­niał na­pis: „Wdzięcz­ność”. Ro­bin po­wio­dła wzro­kiem za moim spoj­rze­niem i wró­ciła na swoje krze­sło, jakby cof­nął ją tam mon­ta­ży­sta filmu.

– Wszy­scy czu­jemy pustkę, kiedy ko­goś stra­cimy – po­wie­działa. – Wy­daje się nam, że ta zio­nąca pustka bę­dzie w nas na za­wsze i że wszy­scy wo­kół wi­dzą ją jak na dłoni. Ale to nie­prawda. Tę pustkę wy­pełni ży­cie. Coś zu­peł­nie in­nego, ale przy­naj­mniej nie bę­dziemy już czuć hu­la­ją­cego w niej wia­tru.

– Mówi pani tak, jakby pani uwa­żała, że po­win­nam zo­sta­wić to za sobą. – Po­chy­li­łam się do przodu, żeby się sku­lić. – A więc te­raz też ob­la­łam te­ra­pię?

Ro­bin znowu wstała i za­częła cho­dzić po ga­bi­ne­cie. Naj­wy­raź­niej nie wie­działa, co zro­bić z rę­kami.

– Oto co pró­buję po­wie­dzieć. Twoje ży­cie jest o wiele ob­szer­niej­szą hi­sto­rią niż ta jedna okropna rzecz, która się wy­da­rzyła. – Wy­cią­gnęła ręce w bok, by zi­lu­stro­wać swoje słowa. – Tak, tamta chwila ukształ­tuje twoją hi­sto­rię, ale by­łaś już na do­brej dro­dze, by wieść na­prawdę war­to­ściowe ży­cie. Śmierć Wy­atta dała ci jesz­cze szer­szą per­spek­tywę. Wi­dzisz świat wy­raź­niej niż reszta z nas. – Prze­rwała i wy­mam­ro­tała pod no­sem coś, co mi umknęło.

– Słu­cham? – spy­ta­łam.

Jej na­gły wy­buch eks­pre­sji mnie za­in­try­go­wał. Moje świeże, lecz bo­gate do­świad­cze­nia z te­ra­peu­tami wska­zy­wały, że wo­leli rów­no­wagę od pa­sji.

– Po­wie­dzia­łam, że moim zda­niem za­wsze wi­dzia­łaś świat wy­raź­niej. – Pa­trzyła na mnie przez chwilę za­my­ślona, z rę­kami wspar­tymi na bio­drach.

I na­gle do­tarło do mnie, że Ro­bin wi­dzi dla mnie na­dzieję. Wy­pro­sto­wa­łam się na sie­dze­niu.

– Tak jak przed chwilą, gdy po­sta­no­wi­łaś mi opo­wie­dzieć o wa­ka­cjach w Na­shville – po­wie­działa, ki­wa­jąc głową. – Ta hi­sto­ria nie miała nic wspól­nego ze śmier­cią Wy­atta, ale kiedy zde­cy­do­wa­łaś się nią po­dzie­lić, po­ka­za­łaś, na co cię stać.

– Niby na co? – Wier­ci­łam się pod jej spoj­rze­niem.

– Do­strze­gasz rze­czy, któ­rych inni nie za­uwa­żają. Taka wła­śnie je­steś i to po­chła­nia twój czas i ener­gię. To nic złego, ale jest to na­rzę­dzie, z któ­rym mu­sisz na­uczyć się ob­cho­dzić. Hi­sto­ria two­jego ży­cia to coś wię­cej niż psy­chicz­nie chory dzie­ciak z bro­nią.

– Nic na świe­cie nie jest waż­niej­sze niż to.

– Wiem, że w tej chwili tak się wy­daje. – Wes­tchnęła. Chyba sama mo­co­wała się ze swoim błę­dem. – Spójrz na to w ten spo­sób – pod­jęła w końcu. – Je­steś inna. Masz prze­wagę nad ró­wie­śni­kami, bo wiesz, jak cenne są ży­cie i re­la­cje z in­nymi. Ale, i wy­ra­żam tu swoją eks­percką opi­nię, mia­łaś już tę wie­dzę i tę mą­drość przed śmier­cią Wy­atta.

– Tak – od­rze­kłam. – I stąd okre­śle­nie: „dziew­czyna ze szkła”, o któ­rym wcze­śniej roz­ma­wia­ły­śmy.

Od­chy­li­łam się na krze­śle i skrzy­żo­wa­łam ra­miona. Wie­dzia­łam, co Ro­bin usi­łuje po­wie­dzieć, i naj­bar­dziej prze­ra­żało mnie to, że miało to sens.

Po­krę­ciła głową.

– Nie, nie cho­dzi o ten przy­do­mek. Nie o tym mó­wię. Nie­ba­wem zo­ba­czysz, że ktoś do­strzeże twoją siłę i mą­drość i za­chwyci się pięk­nem two­jej du­szy. Ten ktoś za­pra­gnie być czę­ścią two­jej opo­wie­ści, bo bę­dzie wspa­niała.

 

 

2

 

 

Drogi Wy­at­cie,

wy­jeż­dżamy z Pit­ts­bur­gha. To po­mysł taty. Nie chce dłu­żej miesz­kać wśród wspo­mnień. Jak wiesz, ni­gdy nie ra­dzi­łam so­bie ze zmia­nami, więc nie bar­dzo wiem, co ro­bić – jak opu­ścić Cie­bie i nasz dom.

Oto co chcę Ci po­wie­dzieć: kiedy bę­dziesz nas szu­kał, to nie tu­taj. Ale nie prze­sta­waj szu­kać.

Tak bym chciała, że­byś tu był i spra­wił, żeby wszystko się uło­żyło. Pi­sząc to, zda­łam so­bie sprawę, że tak na­prawdę chcia­ła­bym o wiele wię­cej. Ale prze­cież wiesz…

Ko­cham Cię na za­wsze.

Meg

 

 

3

Chmura, którą ob­ser­wo­wa­łam od kilku ki­lo­me­trów, w końcu pę­kła i lu­nął deszcz. W Pen­syl­wa­nii sier­pień jest wil­got­nym mie­sią­cem. Ta po­dróż wpro­wa­dziła mnie więc w taj­niki jazdy po au­to­stra­dzie w cza­sie ośle­pia­ją­cej ulewy. Faj­nie.

Pro­wa­dzi­łam czarno-srebr­nego je­epa mo­jego brata drogą mię­dzy­sta­nową nu­mer 70 z Pit­ts­bur­gha. Od­kąd skoń­czy­łam szes­na­ście lat, prze­strze­ga­łam tych sa­mych za­sad, co Wy­att – żad­nych pa­sa­że­rów, chyba że to człon­ko­wie ro­dziny, żad­nych SMS-ów, żad­nej mu­zyki ze­spo­łów z na­ta­pi­ro­wa­nymi fry­zu­rami z lat osiem­dzie­sią­tych. Ta ostat­nia za­sada była zwią­zana z uwiel­bie­niem, ja­kim Wy­att da­rzył Po­ison – Talk Dirty to Me pusz­czone na cały re­gu­la­tor naj­wy­raź­niej roz­pra­szało go za kół­kiem.

Mama je­chała przede mną swoim se­da­nem, a na prze­dzie tata pro­wa­dził pick-upa. Na­sza mała ka­ra­wana mknęła w stronę Cha­pin w sta­nie Wy­oming, by zdą­żyć do­trzeć na miej­sce przed cię­ża­rówką ekipy od prze­pro­wa­dzek. W desz­czu, który sta­no­wił nie­mile wi­dzianą kom­pli­ka­cję, zwol­ni­łam do sześć­dzie­siątki i włą­czy­łam świa­tła. Tata za­uwa­żył, że zo­sta­łam w tyle i też zwol­nił. Mama prze­krę­ciła głowę, żeby spoj­rzeć na mnie w lu­sterku.

Tak, je­stem tu, je­stem.

Nic dziw­nego, że się mar­twili. Ich osiem­na­sto­letni syn zgi­nął rok i trzy mie­siące temu. Nie­ważne, jak do tego do­szło. Ważne, że to się wy­da­rzyło.

Pa­mię­tam na­sze wspólne zdję­cie, zro­bione w dniu, w któ­rym ro­dzice przy­wieźli mnie do domu tuż po uro­dze­niu. Wy­att miał trzy latka i sie­dział na wiel­kim, zie­lo­nym, sztruk­so­wym fo­telu. Jego głowa wy­glą­dała na zbyt dużą wzglę­dem reszty ciała, a włosy miał ucze­sane, chyba pierw­szy i ostatni raz w ży­ciu. Ro­dzice za­wsze mó­wili, że kiedy po­ło­żyli mu mnie na ko­la­nach, ró­żo­wiutką i ma­lutką, do­tknął mo­jego po­liczka i po­wie­dział: „Słodka dzi­dzia”.

Bez wa­ha­nia po­szła­bym za nim w ogień. Zresztą nie tylko ja, bo dzia­łał na lu­dzi jak ma­gnes. Chłopcy chcieli się z nim kum­plo­wać, a dziew­czyny ni­gdy nie miały go dość. Zna­jomi czę­sto wy­dzwa­niali do niego o naj­dziw­niej­szych po­rach. Za­zdro­sna i za­wsze kilka kro­ków za nim, cze­ka­łam na swoją ko­lej.

Jed­nak od­kąd zgi­nął, co­raz bar­dziej wta­pia­łam się w tło. Zresztą i tak wła­śnie tam czu­łam się naj­swo­bod­niej. Wy­ka­so­wa­łam swoje konta z me­diów spo­łecz­no­ścio­wych i wy­pi­sa­łam się ze wszyst­kiego, co nie było ab­so­lut­nie wy­ma­gane do stan­dar­do­wego dy­plomu ukoń­cze­nia szkoły śred­niej. Znik­nę­łam.

Ro­bi­łam to, czego ocze­ki­wano. W obec­no­ści ro­dzi­ców mil­cza­łam, prze­ję­łam co­dzienne obo­wiązki, które oni po­rzu­cili, i ro­bi­łam wszystko, żeby na­sze ży­cie to­czyło się da­lej. Moja ro­dzina od kilku po­ko­leń miesz­kała w Can­ning Mills, na uto­pij­nych przed­mie­ściach Pit­ts­bur­gha, więc bez­u­stan­nie ktoś wpa­dał ży­czyć nam wszyst­kiego do­brego.

Umy­łam i od­da­łam setki na­czyń ża­ro­od­por­nych i za­dzwo­ni­łam do co­raz szer­szych krę­gów osób, które jesz­cze nie wie­działy, ale z ja­kie­goś po­wodu po­winny wie­dzieć. Ostat­nim, czego chcia­łam, było po­głę­bia­nie cier­pie­nia mo­ich ro­dzi­ców, więc dła­wi­łam w so­bie żal i tylko utwier­dza­łam się w swo­jej de­ter­mi­na­cji. Dało mi to czas, by zła­go­dzić wła­sne re­ak­cje i ukryć się w szcze­li­nach ży­cia. Chaos cały czas po­dą­żał na­szym śla­dem i by­łam prze­ko­nana, że od­naj­dzie nas rów­nież w Wy­oming, więc na­le­żało się na to przy­go­to­wać. Gdy­bym miała ob­sta­wiać, po­wie­dzia­ła­bym, że na­stępną ka­ta­strofę spo­wo­duje moja mama. Kiedy tata po­dzie­lił się z nami no­winą, że przy­jął pro­po­zy­cję pracy w ho­telu w Wy­oming, po­wie­działa mu, że osza­lał. Był za­stępcą dy­rek­tora w naj­więk­szej fir­mie mar­ke­tin­go­wej w Pit­ts­bur­ghu, więc wy­cią­gnął z rę­kawa hi­per­bolę:

– Prze­stęp­czość tam nie ist­nieje! Lu­dzie na­wet nie za­my­kają drzwi na klucz! Do li­ceum cho­dzi może sie­dem­set dzie­cia­ków!

Mama, ar­tystka, która wy­sta­wiała swoje prace w zna­czą­cych ga­le­riach i nie da­wała tak ła­two się oszu­kać, wy­wró­ciła oczami.

– Nie mo­żemy zo­sta­wić tu Wy­atta – od­parła. – Nie mo­żemy opu­ścić na­szego domu.

Przez ostat­nie mie­siące ich mał­żeń­stwo stop­niowo się roz­pa­dało. Ich ide­alny zwią­zek zdo­mi­no­wały cią­głe kłót­nie. Mama co­dzien­nie za­czy­nała ja­kieś sprzeczki z tatą. Ro­biła to szep­tem przez za­ci­śnięte zęby albo na głos, cho­dząc za nim, kiedy ko­sił za­pusz­czony traw­nik. Kro­czyła przez błot­ni­ste ślady, zo­sta­wione przez ko­siarkę na prze­mok­nię­tej ziemi, ce­lo­wała mu pal­cem w twarz i wrzesz­czała, żeby na nią spoj­rzał, nie przej­mu­jąc się, że pa­trzą na nich są­sie­dzi. Ob­ser­wo­wała go znad ku­chen­nego stołu, kiedy przy­cho­dził po kawę, i wy­ska­ki­wała na niego, za­nim zdą­żył wy­pić choć łyk.

Tata z nad­ludzką cier­pli­wo­ścią zno­sił jej nie­malże bez­u­stanne groźby. Po pro­stu ki­wał głową i cze­kał. Tak więc, cho­ciaż mo­gło się wy­da­wać, że de­cy­zję o prze­pro­wadzce pod­ję­li­śmy wspól­nie, wcale tak nie było. Wle­kli­śmy się na­przód, na ja­kiś czas wstrzy­mu­jąc się od osą­dów.

Na sie­dze­niu pa­sa­żera za­bu­czał mój te­le­fon. Wci­snę­łam gu­zik gło­śnika i cze­ka­łam, aż Har­ris – naj­lep­szy przy­ja­ciel Wy­atta – za­cznie mó­wić. W miarę moż­li­wo­ści łą­czy­li­śmy się co­dzien­nie o szes­na­stej, czyli w po­rze, kiedy Har­ris i Wy­att ra­zem bie­gali, od­kąd skoń­czyli pięt­na­ście lat i mieli za­datki na wscho­dzące gwiazdy za­wo­dów dłu­go­dy­stan­so­wych. Cza­sami nic nie mó­wi­li­śmy, ale już sam fakt, że było mię­dzy nami otwarte po­łą­cze­nie, po­ma­gał nam obojgu.

– Co tak u cie­bie dudni? – spy­ta­łam.

– Kar­mię psy. Cze­kaj.

Prze­je­cha­łam ko­lejne pół­tora ki­lo­me­tra, słu­cha­jąc dy­sze­nia, od­gło­sów chru­pa­nia psiej karmy i Har­risa mó­wią­cego do psów tak, jakby były dziećmi. Po­wta­rzał: „Do­bra dziew­czynka” albo „Kto cię ko­cha? No kto?”. W końcu usły­sza­łam od­głos za­my­ka­nych drzwi i wy­wnio­sko­wa­łam, że wszedł do swo­jego po­koju.

– Da­leko za­je­cha­łaś? – spy­tał.

– Nie wiem… Kil­ka­set ki­lo­me­trów? Pada deszcz.

– Tak, tu­taj też. – Har­ris stu­kał coś na lap­to­pie, a po­tem w tle usły­sza­łam ci­che dźwięki jego ulu­bio­nego ze­społu. – A jak dzi­siaj oce­niasz psy­chozę mamy?

– Tata po­zwo­lił jej pro­wa­dzić, więc naj­wy­raź­niej funk­cjo­nuje na lep­szym po­zio­mie. Albo prze­my­cił jej ta­bletkę. Opcja nu­mer dwa była taka, żeby przy­piąć jej auto do cię­ża­rówki ekipy od prze­pro­wa­dzek, ale mama wy­grała tamtą kłót­nię.

Har­ris par­sk­nął.

– Nor­mal­nie nie wie­rzę… Za­wsze była moją ulu­bioną mamą. Mój Boże, prze­cież to Adele Ka­va­nagh, słynna ar­tystka. Była taka od­je­chana.

– Dziwny je­steś – po­wie­dzia­łam.

– Wcale że nie – od­parł gło­sem dzie­się­cio­latka. – Ra­zem by­ły­ście su­per.

Miał ra­cję… Kie­dyś by­ły­śmy so­bie bar­dzo bli­skie. Za­wsze są­dzi­łam, że Wy­atta ko­chała bar­dziej, ale mnie rów­nież da­rzyła mi­ło­ścią, i to z siłą mamy-niedź­wie­dzicy. Słu­żyła mi radą w spra­wach zdar­tych ko­lan, prze­tłusz­cza­ją­cych się wło­sów, pierw­szych biu­sto­no­szy, apa­ratu or­to­don­tycz­nego i nie­prze­jed­na­nej nik­czem­no­ści dziew­czyn w szkole.

Z ra­do­ścią po­wi­tała moją nie­za­leż­ność… Nie, nie, to było coś wię­cej – prak­tycz­nie ją na mnie wy­mu­siła. Chciała, że­bym oglą­dała świat trzeź­wym okiem. Za jej sprawą na­by­łam umie­jęt­ność for­mu­ło­wa­nia wła­snych opi­nii wbrew tem­pe­ra­tu­rze pa­nu­ją­cej wśród tłumu. To dzięki niej rów­nież ro­zu­mia­łam ta­kie po­ję­cia jak „sza­cu­nek” i „po­kora” i umia­łam wcie­lać je w ży­cie.

Za­śmia­łam się pod no­sem.

– Co? – spy­tał Har­ris.

– Przy­po­mniało mi się, jak śpie­wała z nami w sa­mo­cho­dzie na całe gar­dło przy opusz­czo­nych szy­bach.

– Tak, Wy­att to uwiel­biał – po­wie­dział Har­ris. – A pa­mię­tasz, jak tań­czyła z nami w wa­szym sa­lo­nie? Ja­kieś tu­byl­cze tańce z tu­pa­niem i sza­leń­stwami?

– Tak… Z sza­leń­stwami. – Stra­ci­łam o wiele wię­cej niż Wy­atta. Stra­ci­łam mamę.

– To jak? Ro­dzice po­dzię­ko­wali ci za to wszystko, co zro­bi­łaś, żeby przy­go­to­wać się do prze­pro­wadzki? – spy­tał.

– Nie, ale chyba nie by­liby w sta­nie. Nie ocze­ki­wa­łam po­dzię­ko­wań.

Tata zo­sta­wił mi li­stę spraw do za­ła­twie­nia, a ja za­ci­snę­łam zęby i zmu­si­łam się, żeby je wy­ko­nać. Na całe szczę­ście ho­tel zgo­dził się spa­ko­wać na­sze rze­czy. Z chę­cią po­zwo­li­li­śmy eki­pie od prze­pro­wa­dzek prze­dzie­rać się przez na­gro­ma­dzony mie­sią­cami smu­tek. Cho­dzi­łam krok w krok za ko­bietą, która zdej­mo­wała ze ścian wszyst­kie zdję­cia i za­wi­jała je w fo­lię bą­bel­kową de­for­mu­jącą na­sze twa­rze jak w ga­bi­ne­cie krzy­wych lu­ster.

Na­wet nie prze­pra­sza­li­śmy i nie czu­li­śmy się nie­zręcz­nie. Sie­dzia­łam na łóżku, gdy ktoś obcy pa­ko­wał rze­czy z mo­jego po­koju. W my­ślach pra­gnę­łam tylko, żeby spa­ko­wał też ba­ła­gan, który mia­łam w gło­wie.

– Czemu twój tata nie sprzeda domu?

– Nie umie się na to zdo­być – wy­ja­śni­łam. – Szkoda, że nie wi­dzia­łeś go dziś rano, był taki czy­sty i wy­sprzą­tany. Zo­sta­wi­li­śmy więk­szość du­żych me­bli. Pra­wie wszyst­kie ob­razy mamy na­dal wi­szą na ścia­nach. Wy­gląda tak, jak­by­śmy mieli wró­cić za kilka dni.

– A jaki bę­dzie wasz nowy dom w Cha­pin?

– Stary. Na­wet bar­dzo, chyba z ty­siąc dzie­więć­set osiem­na­stego roku. Tata mówi, że jest mały i stoi w środku mia­sta.

– To strasz­nie da­leko od Pit­ts­bur­gha, sio­strzyczko.

– Pra­wie trzy ty­siące ki­lo­me­trów – po­wie­dzia­łam.

Oboje za­mil­kli­śmy i po­my­śla­łam o od­le­gło­ści, która już nas dzie­liła. Wy­obra­zi­łam so­bie mapę i po­wy­krzy­wianą li­nię drogi mię­dzy­sta­no­wej nu­mer 70, po któ­rej prze­su­wał się mi­nia­tu­rowy jeep. A w Pit­ts­bur­ghu sie­dział ma­leńki Har­ris, wy­chy­la­jąc się przez okno i ma­cha­jąc do ma­leń­kiej mnie.

– Za­uwa­ży­łaś, że wczo­raj wie­czo­rem znowu po­ja­wiło się na Fa­ce­bo­oku konto Wy­atta? – spy­tał Har­ris. – O pół­nocy do­sta­łem cho­lerne za­pro­sze­nie do zna­jo­mych. Do­sta­łem po­wia­do­mie­nie: „Czy znasz Wy­atta Ka­va­nagh?”, a obok jego zdję­cie z bieżni.

– Kto to robi?

Po­czu­łam gorzki smak daw­nego gniewu. Har­ris i ja wy­ka­so­wa­li­śmy wszyst­kie konta Wy­atta dwa ty­go­dnie po jego śmierci. Nie mo­gli­śmy znieść tego, że lu­dzie, któ­rzy le­d­wie go znali, pi­sali po­sty o tym, jacy byli mu bli­scy albo że byli w nim za­ko­chani. Każdy twier­dził, że jest ostat­nią osobą, która z nim roz­ma­wiała. Nie­długo po­tem, jak de­ak­ty­wo­wa­li­śmy jego pro­fil, ktoś za­re­je­stro­wał nowe konto na jego na­zwi­sko. Bez względu na to, ile razy Har­ris zgła­szał skargę i konto usu­wano, za­wsze po­ja­wiało się na nowo.

– To chyba So­phie – po­wie­dział. – Już za ży­cia tak mu się na­rzu­cała, że zro­bi­łem się po­dejrz­liwy. Po­ga­dam z nią dzi­siaj.

– Po­wiedz jej, pro­szę, że by­łoby mi miło, gdyby zo­sta­wiła go w spo­koju.

Har­ris się za­śmiał.

– Nie za­brzmiało to bar­dzo groź­nie. – Za­wsze ro­bił mi wy­mówki, że je­stem zbyt ła­godna. – Po­słu­chaj, Meg. Tak so­bie my­ślę, że chyba nie po­wi­nie­nem do cie­bie dzwo­nić co­dzien­nie.

– Czemu?

– Będę pró­bo­wał się od­na­leźć w Penn i wy­kom­bi­no­wać, jak do­ga­dać się ze współ­lo­ka­to­rem pa­lan­tem z Ohio, który nie jest i ni­gdy nie bę­dzie Wy­at­tem. A ty mu­sisz zro­bić so­bie prze­rwę i za­cząć od nowa bez tego wszyst­kiego…

– Ale ja chcę, że­byś do mnie co­dzien­nie dzwo­nił.

– Ale nie mogę – wy­mam­ro­tał. – Po pro­stu nie mogę.

Okrop­nie się czu­łam, opusz­cza­jąc Har­risa. Wy­trwał przy mnie w naj­czar­niej­szych dniach. I nie tylko ja po­trze­bo­wa­łam tej przy­jaźni. Har­ris stra­cił naj­lep­szego kum­pla. Mieli wspólne plany na przy­szłość. Za­mie­rzali za­wo­jo­wać Uni­wer­sy­tet Pen­syl­wa­nii, zdo­być sławę i uma­wiać się z naj­ład­niej­szymi dziew­czy­nami. No, może i nie, ale ra­zem po­tra­fili spra­wić, że wszy­scy we wszystko wie­rzyli.

– Tylko obie­caj, że od czasu do czasu do mnie na­pi­szesz. – Nie chcia­łam bła­gać, ale zro­bi­ła­bym to, gdyby było ko­nieczne.

– Obie­cuję… Boże, sio­strzyczko…

– Wiem.

– To ta­kie trudne… – po­wie­dział. – Czuję, jak­bym na nowo go tra­cił. – Har­ris wziął drżący od­dech, wy­ol­brzy­miony przez gło­śniki je­epa. – Wiem, co po­wie­działby ci Wy­att: „Meg­gie, masz żyć da­lej, być mą­dra i na­wią­zy­wać przy­jaź­nie. Masz jeź­dzić konno, uma­wiać się z kow­bo­jem, czy coś w tym stylu. I ko­niec z mi­ni­spód­nicz­kami, na li­tość bo­ską!”.

Za­chi­cho­ta­łam i za­pła­ka­łam jed­no­cze­śnie. Har­ris umiał ide­al­nie na­śla­do­wać Wy­atta.

– I ko­cham cię – do­dał nie­moż­li­wie ła­god­nym to­nem. – Po­wie­działby: „Ko­cham cię”.

– Wiem – wy­szep­ta­łam. – Cie­bie też ko­chał.

Har­ris w mil­cze­niu za­koń­czył po­łą­cze­nie. Ja też nie wie­dzia­łam, jak się po­że­gnać. Nie by­łam w tym do­bra. Na­dal co­dzien­nie roz­ma­wia­łam z Wy­at­tem – ale nie z jego du­chem. To była moja ta­jem­nica. Na­dal był dla mnie jak żywy. Ogrze­wał prze­strzeń, w któ­rej prze­by­wa­łam. Sły­sza­łam go. Nocą pi­sa­łam do niego li­sty i wie­rzy­łam, że je czyta. Wie­dzia­łam, że sie­dzi ze mną w je­epie zmie­rza­ją­cym na za­chód. Jego słowa wy­rwały mnie z oszo­ło­mie­nia, które od­czu­wa­łam. Na­stała ci­sza, a po­tem po­ja­wił się jego głos, głę­boki, ła­godny i ci­chy:

– Nie bój się, Meg.

– A jed­nak się boję.

– Wszystko bę­dzie do­brze, a ja je­stem tu­taj, gdy­byś mnie po­trze­bo­wała. – Jego cie­pło owio­nęło przed­nią szybę, a ja na se­kundę za­mknę­łam oczy.

Usi­ło­wa­łam zi­gno­ro­wać drugi dźwięk – ten, który nie był gło­sem Wy­atta, a któ­rego naj­bar­dziej się oba­wia­łam – brzę­cze­nie szkła, roz­le­ga­jące się, za­nim coś pęk­nie. To me­ta­liczne ostrze­że­nie, które dość wraż­liwi lu­dzie sły­szą, gdy coś gdzieś za­raz ma się roz­paść. Może tylko ja na­stra­jam się na wi­bra­cje kru­chych rze­czy, może to dla­tego, że moje ciało re­zo­nuje na tej sa­mej czę­sto­tli­wo­ści.

By­łam mło­dziutka, gdy do­szłam do wnio­sku, który wy­dał mi się cał­kiem lo­giczny: wszystko, co jest ze szkła, się tłu­cze. Ja je­stem ze szkła, a więc ja też kie­dyś się stłukę.

 

 

4

Pierw­szą noc w po­dróży do Wy­oming spę­dzi­li­śmy w Sa­int Lo­uis. O dwu­dzie­stej dru­giej już spa­li­śmy, a o szó­stej znowu by­li­śmy w dro­dze. Na drugi noc­leg za­trzy­ma­li­śmy się w Hays w sta­nie Kan­sas i za­mel­do­wa­li­śmy się w ty­po­wym przy­droż­nym mo­telu. Czę­sto w ta­kich by­wa­li­śmy i kie­dyś je uwiel­bia­li­śmy. W przy­droż­nych mo­te­lach no­cują lu­dzie, któ­rzy przed czymś ucie­kają. Te­raz było to więc coś w sam raz dla mnie.

Prze­grze­ba­li­śmy ba­gaże i wy­ję­li­śmy z nich kilka rze­czy, któ­rych po­trze­bo­wa­li­śmy na noc. Kiedy ru­szy­li­śmy w stronę scho­dów, mama zwol­niła, więc na nią za­cze­ka­łam. Nie miała ma­ki­jażu i jej twarz wy­da­wała mi się ob­na­żona, jakby ocze­ki­wała, że wszech­świat w każ­dej chwili może od­po­wie­dzieć na wszyst­kie jej py­ta­nia. Była piękna.

– Do­brze się czu­jesz? – spy­ta­łam.

Jesz­cze nie wy­my­śli­łam no­wej for­mułki za­ga­ja­nia z nią roz­mowy. Kie­dyś za­miast: „Cześć, co sły­chać?” mó­wi­ły­śmy: „W po­rządku?”. Te­raz to py­ta­nie wy­da­wało się głu­pie, bo nie było na nie do­brej od­po­wie­dzi. Pró­bo­wa­łam je prze­for­mu­ło­wać, ale wy­ma­wia­jąc każde ba­nalne po­wi­ta­nie, czu­łam, jak­bym miała usta pełne waty.

– Nie wiem. A jak ty się czu­jesz, Meg? – Do­go­niła mnie i ob­jęła jed­nym ra­mie­niem, kła­dąc dłoń na moim barku. Gdyby ktoś nie wie­dział, że jest ar­tystką, za­sta­na­wiałby się, co mo­gła ro­bić tak de­li­kat­nymi dłońmi. A one po­tra­fiły two­rzyć na płót­nie nowe światy.

– Je­stem zmę­czona – po­wie­dzia­łam, wzru­sza­jąc ra­mio­nami. – Czuję w ko­ściach te ty­siąc sie­dem­set ki­lo­me­trów.

Mama sta­nęła i ro­zej­rzała się, a jej twarz zmie­niła wy­raz.

– Je­ste­śmy aż tak da­leko od Pit­ts­bur­gha?

– Tak.

Wy­glą­dała jak za­szczute zwie­rzę.

– Czy ty też czu­jesz się jak roz­cią­gnięta gumka?

Prze­łknę­łam z tru­dem ślinę, wpa­tru­jąc się w prze­pastne niebo nad Kan­sas. Fak­tycz­nie, czu­łam się jak gumka, którą Wy­att trzy­mał w pal­cach w Pit­ts­bur­ghu, a tata roz­cią­gał aż do Wy­oming.

– Tak – od­par­łam.

– To chyba za da­leko. – Miała dzi­kie spoj­rze­nie. – Mó­wi­łam Jac­kowi, że Wy­oming jest za da­leko!

Na­pięła ra­miona i po­szła za tatą do po­koju, zo­sta­wia­jąc mnie z tyłu, że­bym mo­gła się za­sta­na­wiać, czy jej gumka nie pęk­nie, gdy bę­dziemy prze­kra­czać gra­nicę ko­lej­nego stanu. Mo­gła w każ­dej chwili za­wró­cić na au­to­stra­dzie i po­je­chać z po­wro­tem do domu – nic by jej nie po­wstrzy­mało.

Każde z nas wzięło prysz­nic, po czym mama za­żyła wie­czorny kok­tajl le­ków i wgra­mo­liła się do łóżka, nie od­po­wia­da­jąc na żadne py­ta­nie taty. Za­nim za­snęła, pod­nio­sła jesz­cze głowę, ro­zej­rzała się po po­koju i za­trzy­mała wzrok na mo­jej twa­rzy. Uśmiech­nę­łam się, nie umie­jąc za­ta­mo­wać przy­pływu na­dziei, że znowu bę­dzie sobą. Ale ta chwila szybko mi­nęła i już po kilku se­kun­dach mama śli­niła się przez sen na szorstką po­szewkę ho­te­lo­wej po­duszki.

Tata prze­padł nad lap­to­pem, więc wy­mknę­łam się z po­koju i zna­la­złam krze­sło przy ba­se­nie. Nasz mo­tel miał wspólny par­king z ba­rem co­un­try, wo­kół któ­rego stali kow­boje. Śmiali się i pa­lili pa­pie­rosy. Czy kow­boje z Wy­oming też tak wy­glą­dają? Tro­chę jak do­ro­śli w kow­boj­skich ko­stiu­mach?

– Umar­łam i tra­fi­łam do kow­boj­skiego pie­kła – wy­szep­ta­łam do Wy­atta.

W ciem­no­ściach za mo­imi ple­cami ktoś się ro­ze­śmiał. Pod­sko­czy­łam i od­wró­ci­łam się. Tata szedł w moją stronę boso po spę­ka­nym be­to­nie. Przy­cią­gnął so­bie krze­sło obok mo­jego i opadł na nie, zsu­wa­jąc się co­raz ni­żej, aż do­tknął pod­bród­kiem klatki pier­sio­wej.

– Kow­boj­skie pie­kło – po­wie­dział ze śmie­chem. – Wi­dzia­łaś tam­tego fa­ceta w bia­łym ka­pe­lu­szu?

– Tak, jakby miał krzyk­nąć: „Hi-yo Si­lver, away!”1.

– Tonto2 ka­zał mu ode­spać w mo­telu – par­sk­nął tata.

Śmia­li­śmy się ci­cho, cie­sząc się tą chwilą, która była tak po­dobna do in­nych mi­łych chwil z prze­szło­ści.

– Mama na­dal śpi?

– Tak. – Wes­tchnął. – Mar­twi­łem się o cie­bie, có­reczko, dla­tego przy­sze­dłem. Mo­żemy po­ga­dać.

– Zdją­łeś na­rzuty z łó­żek? Wiesz, że są ohydne, prawda?

– Tak i tak. – Od­chy­lił głowę do tyłu i za­mknął oczy, jak za­wsze cier­pli­wie wy­cze­ku­jąc tego, co miało przy­nieść ży­cie, co­kol­wiek by to nie było.

– Czemu w ta­nich ho­te­lach są przy­bory do pi­sa­nia? – Zde­cy­do­wa­łam się na bez­pieczny te­mat. Na­sza ro­dzina za­wsze swo­bod­nie się czuła w ga­tunku ko­me­dii. – Żeby go­ście mo­gli na­pi­sać do bli­skich schludny li­ścik, za­nim po­de­tną so­bie nad­garstki?

– Meg. – Wy­pu­ścił po­woli po­wie­trze, co ozna­czało, że go roz­cza­ro­wa­łam. – Nie traćmy już wię­cej czasu. Po­ga­dajmy o tym, jaki je­stem ci wdzięczny za to, że tu je­steś, że zgo­dzi­łaś się zmie­nić swoje ży­cie, że­by­śmy mo­gli być ra­zem.

Ja­kie prze­sła­nie kryło się za tymi sło­wami? Że niby mia­łam wy­bór? Że ist­niała taka moż­li­wość, że nie by­li­by­śmy ra­zem? Że moje dawne ży­cie już nie wróci? Wy­cią­gnę­łam rękę i ści­snę­łam jego dłoń.

– Nie ma za co.

– O czym dziś roz­my­ślasz, ko­cha­nie? O Wy­at­cie? O ma­mie? O Cha­pin?

– Tak.

– Ja też – od­parł. – O każ­dym z po­wyż­szych. Ale twoja mama ma się dzi­siaj do­brze.

– To dzięki le­kom, tato.

Od tak dawna już funk­cjo­no­wała tylko za sprawą an­ty­de­pre­san­tów, że czę­sto za­sta­na­wia­łam się, czy w ogóle wie, gdzie jest.

Krew­nych z ro­dziny mo­jej mamy, w któ­rej ro­iło się od ar­ty­stycz­nych dusz, czę­sto do­pa­dała de­pre­sja. Ich kre­atywne umy­sły miały nie­stety to do sie­bie, że zbyt dużo roz­my­ślały o ży­ciu, więc same dla sie­bie sta­no­wiły nie­bez­pie­czeń­stwo. A je­śli do­dać do tego ja­kieś kosz­marne wy­da­rze­nie, jak – przy­pu­śćmy – śmierć je­dy­nego syna, wszystko mo­gło się zda­rzyć.

– Szcze­rze mó­wiąc, my­śla­łam o cioci Le­slie – po­wie­dzia­łam. – My­ślisz, że mama…

– Nie. – Tata naj­wy­raź­niej nie mógłby znieść, gdy­bym do­koń­czyła tę myśl. Prze­krę­cił się na krze­śle, wy­gi­na­jąc spę­kany pla­stik, żeby spoj­rzeć mi pro­sto w twarz. Siła jego słów mnie zszo­ko­wała. – Nie, choćby nie wiem co, nie są­dzę, by twoja mama do­ko­nała po­dob­nego wy­boru. Le­slie miała po­krę­cone ży­cie. By­łaś mała. Nie pa­mię­tasz tego.

Przed śmier­cią Wy­atta naj­bar­dziej tra­gicz­nym wy­da­rze­niem w mo­jej ro­dzi­nie było sa­mo­bój­stwo sio­stry mamy, Le­slie, w wy­niku nie­le­czo­nej de­pre­sji po­po­ro­do­wej. Po­wie­siła się na nie­mow­lę­cej huś­tawce za­mon­to­wa­nej na fra­mu­dze drzwi. Owi­nęła so­bie płó­cienne pa­ski wo­kół szyi i usia­dła na pod­ło­dze.

– Twoja mama bę­dzie dziel­niej wal­czyć. – Tata za­wsze mó­wił o cha­rak­te­rze mo­jej mamy w sa­mych su­per­la­ty­wach, jakby to da­wało mu po­czu­cie opar­cia. We­dług jego słów ja­wiła się jako su­per­bo­ha­terka, która mo­głaby bez jed­nego dra­śnię­cia przejść przez pło­mie­nie. – Wróci do nas.

Pa­trzy­łam na ja­rzące się w ciem­no­ściach ba­rowe neony i po­my­śla­łam, co po­wie­dzia­łaby te­raz Ro­bin. Na pewno, że nie mogę ocze­ki­wać od żad­nego z ro­dzi­ców wię­cej, niż są w sta­nie mi dać. Przy­po­mnia­łaby mi, że wszy­scy je­ste­śmy zmę­czeni.

– My­ślisz, że Wy­att też za nami pła­cze?

Tata przy­gryzł dolną wargę. Za­sta­na­wia­łam się, czy jego przed­nie zęby wy­trzy­mają tak in­ten­sywne roz­my­śla­nie nad moim py­ta­niem.

– Nie. My­ślę, że Wy­att od­na­lazł spo­kój. – Wy­cią­gnął rękę i ujął mnie za dłoń.

– Trudno o spo­kój, je­śli twoja ostat­nia chwila na ziemi była na­zna­czona prze­mocą – po­wie­dzia­łam.

Gła­dził kciu­kiem kostki mo­ich pal­ców.

– Ale tak to jest. Czas spę­dzony na ziemi chyba już nie ma dla niego zna­cze­nia.

Sta­ra­łam się za­dbać o to, by jego słowa nie zra­niły mo­ich uczuć, bo tamte chwile prze­cież były praw­dziwe. My by­li­śmy praw­dziwi. I ten wspól­nie spę­dzony czas miał zna­cze­nie.

– Prze­żył kilka wspa­nia­łych chwil – wy­szep­ta­łam.

Tata się za­śmiał.

– To prawda. I na­prawdę lu­bił Han­nah. Przez tyle lat.

– Dziew­czyny wy­dra­py­wały so­bie na­wza­jem oczy, żeby się do niego do­brać – do­da­łam. – Ale on chciał być tylko z nią.

Jedno z mo­ich naj­wy­raź­niej­szych wspo­mnień o Wy­at­cie po­cho­dziło z tam­tego wie­czoru, kiedy w końcu ze­brał się w so­bie, żeby za­dzwo­nić do Han­nah. Układ na­szego domu po­zwa­lał mi ze szczytu scho­dów pro­wa­dzą­cych do piw­nicy ukrad­kiem pod­glą­dać, co działo się w tam­tym po­koju, bo wszystko od­bi­jało się w szy­bie. Naj­le­piej spraw­dzało się to w nocy, kiedy świa­tła w piw­nicy były włą­czone, a szkło roz­świe­tlało się jak ekran ki­nowy.

Pew­nej nocy sie­dzia­łam na ostat­nim stop­niu i pa­trzy­łam, jak Wy­att cho­dzi tam i z po­wro­tem z te­le­fo­nem w dłoni i mówi do sie­bie, go­rącz­kowo wy­ma­chu­jąc rę­kami. Ćwi­czył, co po­wie Han­nah, kiedy wresz­cie znaj­dzie od­wagę, żeby wy­brać jej nu­mer. Tak się przez niego de­ner­wo­wa­łam, że chciało mi się wy­mio­to­wać. Wie­dzia­łam, kiedy ode­brała, bo na­gle za­marł, a po­tem usiadł na pod­ło­dze. Głos mu się zmie­nił… nie był już oschły, ale bar­dzo de­li­katny.

My­ślę, że gdyby żył, kie­dyś za­bie­gałby o jej rękę. Po­wie­dzia­łam jej to na po­grze­bie i po­pła­kała się.

– Jak my­ślisz, co Wy­att tak lu­bił w Han­nah? – spy­tał tata.

– Była uro­cza. Po­do­bało mu się, że uśmie­chała się do lu­dzi i dla wszyst­kich była miła. Mó­wił, że „nie za­kłóca waż­nej ci­szy pu­stymi sło­wami” i to go za­chwy­cało.

– Ty też je­steś uro­cza, Meg. Wy­att mó­wił, że dzie­ciaki w szkole nie wie­działy, co z tobą po­cząć, bo dla wszyst­kich by­łaś miła. Za­czy­nał być znany wy­łącz­nie jako „star­szy brat Meg Ka­va­nagh” i bar­dzo mu się to po­do­bało.

– Kłam­czuch – od­par­łam, ale mia­łam na­dzieję, że mó­wił po­waż­nie. Chcia­łam wie­rzyć, że Wy­att tak o mnie mó­wił. Dzięki temu czu­łam, że mój brat ana­li­zo­wał mnie rów­nie wni­kli­wie, jak ja jego.

– Wcale nie. To prawda za­pi­sana w Księ­dze Ka­va­nagh. – Kla­snął w ręce, co za­zwy­czaj ozna­czało, że pora się zbie­rać. – Mu­simy się prze­spać. Przed nami długi dzień.

Wstał i wy­cią­gnął do mnie rękę, tak jak za­wsze przez całe moje ży­cie.

 

Po trzech dłu­gich dniach w tra­sie by­li­śmy na­prawdę wy­koń­czeni. Kiedy wjeż­dża­łam do mia­sta, w któ­rym mie­li­śmy od­tąd za­miesz­kać, moje nerwy za­częły się bun­to­wać. Drogę przez góry po­ko­na­łam z du­szą na ra­mie­niu, mimo że każdy za­kręt był za­bez­pie­czony ba­rier­kami i wle­kli­śmy się sześć­dzie­siątką.

Cha­pin spra­wiało wra­że­nie sym­pa­tycz­nego ma­łego mia­steczka – jak z pocz­tówki z Dzi­kiego Za­chodu.

Tata za­trzy­mał się przed zna­kiem i po­woli skrę­cił w lewo. Mu­siał ostro ha­mo­wać, żeby nie po­trą­cić ło­sia sto­ją­cego na dro­dze. Opu­ścił szybę i ma­chał ręką, aż łoś so­bie po­szedł. Kilka prze­cznic da­lej tata dwa razy wci­snął ha­mu­lec i wska­zał coś ręką, wy­sta­wia­jąc ją za okno. Spoj­rza­łam w tam­tym kie­runku i zo­ba­czy­łam na wzgó­rzu Ho­tel Wy­oming. Spo­dzie­wa­łam się, że bę­dzie miał wa­ha­dłowe drzwi, a w cen­trum Cha­pin będą słupki do przy­wią­zy­wa­nia koni, ale mia­steczko ni­czym nie róż­niło się od in­nych – było pro­ste i bez­pre­ten­sjo­nalne. Wzdłuż sze­ro­kiej głów­nej drogi, przy sta­rym chod­niku, stały ważne lo­kale – bank, sklep odzie­żowy i ap­teka – dum­nie pre­zen­to­wały się przy ulicy. Mniej­sze za­kłady, jak warsz­tat szew­ski John Wayne, do­dano jakby po na­my­śle w ma­łych drew­nia­nych bu­dyn­kach tuż za głów­nymi fir­mami.

Skrę­ci­li­śmy w lewo, w ulicę Pine Ridge, mi­nę­li­śmy jesz­cze trzy prze­cznice i wje­cha­li­śmy na wą­ską ka­mienną drogę. Oto­czony drze­wami dom stał na tyle da­leko od ulicy, by nikt nie wie­dział o jego ist­nie­niu. Tata za­par­ko­wał pick-upa po pra­wej stro­nie pod wiatą dla sa­mo­cho­dów, mama pod­je­chała za nim, a ja na końcu.

Tata za­pu­kał w moje okno, więc opu­ści­łam szybę.

– Je­ste­śmy w domu. – Uniósł kwa­dra­towy bre­lok.

– No tak, Wy­oming. Kwa­dra­towy stan. – Wzię­łam klu­cze i do­pię­łam do klu­czy­ków od je­epa Wy­atta.

– Spodoba ci się tu, obie­cuję. – W jego brą­zo­wych oczach wi­dzia­łam zmę­cze­nie i na­dzieję.

Mama po­de­szła do domu. Nie uśmie­chała się, ale też nie pła­kała. Wzię­łam to za do­bry znak – albo przy­naj­mniej za neu­tralny.

Trudno opi­sać uczu­cia, które w tam­tej chwili ten do­mek wy­wo­łał w moim sercu. Po­ko­cha­łam go bar­dziej niż co­kol­wiek, co wi­dzia­łam w ży­ciu. Wy­att od­dałby wszystko, żeby tu za­miesz­kać. Miał du­szę ar­che­ologa i za­pewne prze­ko­pałby całe po­dwórko, aż wy­do­byłby z niego wszyst­kie ukryte w ziemi groty strzał i inne zna­le­zi­ska.

Nie­wielki dom nie mar­no­wał prze­strzeni. Był po­ma­lo­wany na sło­neczny żółty ko­lor, z kre­mo­wymi wy­koń­cze­niami. Duże, de­li­katne fron­towe okna miały nie­wia­ry­god­nie stare szyby, które wy­krzy­wiały ob­raz, po­więk­sza­jąc go i po­mniej­sza­jąc we­dle wła­snego uzna­nia. Za nim stała mniej­sza chatka – biała i nie­do­ce­niona.

– To dawny dom dla służby – wy­ja­śnił tata. – Wy­att urzą­dziłby so­bie w nim me­linę, ale chcę, żeby mama prze­ro­biła go na swoją pra­cow­nię.

Roz­pacz­liwa na­dzieja. Wła­śnie to te­raz go prze­peł­niało. Bu­zo­wały we mnie emo­cje i na pewno mia­łam je wy­pi­sane na twa­rzy.

– Och, Meg – szep­nął. – Chodź ze mną do środka.

 

 

5

We­szli­śmy do środka i mama na chwilę przy­sta­nęła, a po­tem za­częła z ta­jem­ni­czym wy­ra­zem twa­rzy otwie­rać i za­my­kać wszyst­kie szafki. Pew­nie się za­sta­na­wiała, gdzie wszystko po­mie­ścimy. Nasz dom w Can­ning Mills to było trzy­sta sie­dem­dzie­siąt me­trów kwa­dra­to­wych rze­mieśl­ni­czego piękna. Ten był o po­łowę mniej­szy, a jego pro­stota była wręcz ude­rza­jąca. Każdy czło­wiek po­wi­nien przez pe­wien czas po­miesz­kać w ta­kim miej­scu.

Za­ci­snę­łam dłoń wo­kół ręki Wy­atta – na­bra­łam ta­kiego przy­zwy­cza­je­nia, bo samo trzy­ma­nie dłoni du­cha mo­jego brata już mi po­ma­gało.

Nie­wiel­kie drzwi pro­wa­dziły do ma­łego sa­lonu z wy­so­kim su­fi­tem z drew­nia­nymi kro­kwiami. Je­dyny wy­strój sta­no­wiły tu okna. W ich ra­mie ma­lo­wała się od­le­gła, po­kryta śnie­giem góra. Drzewa two­rzyły ide­alną li­terę V, dzięki któ­rej mój wzrok sku­piał się na od­da­lo­nym szczy­cie. Ten, kto zbu­do­wał ten dom, mu­siał stać do­kład­nie w tym miej­scu i czuć, że to ma sens.

Mój po­kój był ide­alny – mały i ciemny, z du­żym oknem wy­cho­dzą­cym na osi­kowo-so­snowy las. Dwa an­tyczne łóżka zaj­mo­wały więk­szość po­wierzchni. Gład­kie ściany były wy­ta­pe­to­wane sta­rym, kwie­ci­stym wzo­rem, który miej­scami był prze­tarty.

– Mo­żemy za­ma­lo­wać ta­petę – po­wie­dział tata.

– Nie – szep­nę­łam. – Po­doba mi się.

Część sfa­ty­go­wa­nej drew­nia­nej pod­łogi za­kry­wał pat­chwor­kowy dy­wan, a każde łóżko było schlud­nie przy­kryte trzema sta­rymi pi­ko­wa­nymi na­rzu­tami. Tata bez wąt­pie­nia za­dbał o to, że­by­śmy czuli się kom­for­towo tuż po przy­jeź­dzie. Wy­szedł, żeby po­szu­kać mamy, i za­mknął za sobą drzwi.

Łóżko za­skrzy­piało, kiedy na nim usia­dłam. Do czy­jego ży­cia wła­śnie wkro­czy­łam? Jak mo­głam sie­dzieć tu­taj, na tym łóżku, kiedy całe moje ży­cie zo­stało w Pit­ts­bur­ghu? Po­ju­trze mia­łam za­cząć tam rok szkolny. Ból, który igno­ro­wa­łam w cza­sie jazdy, wez­brał w mo­jej klatce pier­sio­wej. Tym ra­zem jed­nak to uczu­cie było inne – coś w ro­dzaju re­zy­gna­cji. Nie mia­łam już tak na­pię­tych ner­wów i ule­ciała ze mnie chęć walki. Po­ło­ży­łam się, czu­jąc na­gły przy­pływ zmę­cze­nia. Ciem­ność po­cią­gała mnie z wielką siłą i za­czę­łam śnić, za­nim na do­bre za­snę­łam.

Mój sen roz­gry­wał się w ży­wych bar­wach. Wy­att stał po­środku za­gaj­nika, w któ­rym ro­sły osiki o ja­skra­wo­żół­tych li­ściach. Po­ru­szały się de­li­kat­nie i z gra­cją, mie­niąc się ni­czym ma­leń­kie klej­noty od­bi­ja­jące świa­tło słońca. Mój brat miał na so­bie ko­szulę, którą naj­bar­dziej lu­bi­łam – fla­ne­lową w nie­bie­ską kratę – i ulu­bione le­wisy. Uśmie­chał się swoim naj­wspa­nial­szym uśmie­chem, tak że cała jego twarz pro­mie­niała szczę­ściem. Wiatr roz­wie­wał jego nie­okieł­znane włosy na wszyst­kie strony, aż sta­nęły dęba, co bar­dzo mnie roz­śmie­szyło. Wy­cią­gnął rękę. Kiedy ją chwy­ci­łam, po­czu­łam cie­pło. Uści­skał mnie, a po­tem mnie od­wró­cił i po­ło­żył mi dło­nie na ra­mio­nach.

– Otwórz oczy – szep­nął. – Czy nie jest tu pięk­nie?

Sta­li­śmy w do­li­nie oto­czo­nej ze wszyst­kich stron gó­rami. Ja­kieś pięt­na­ście me­trów przed nami spo­ty­kały się dwie rzeki. W od­dali z ko­mina na­szego żół­tego domu uno­sił się dym. Mama i tata stali za fron­to­wym oknem. Usi­ło­wa­łam po­roz­ma­wiać z Wy­at­tem, ale moje słowa nie miały sensu. Beł­ko­ta­łam albo mó­wi­łam świń­ską ła­ciną3.

Obu­dził mnie ha­łas w sa­lo­nie i nie­chęt­nie otwo­rzy­łam oczy, wie­dząc, że Wy­att znik­nie. Ro­dzice roz­ma­wiali po ci­chu w po­koju obok. Wsta­łam i po­de­szłam do okna. Przy­ci­snę­łam wil­gotną dłoń do zim­nego szkła i pa­trzy­łam, jak szyba za­pa­ro­wuje wo­kół mo­ich pal­ców.

De­ski pod­ło­gowe za­skrzy­piały, jakby chciały mnie ostrzec, a za­raz po­tem moje drzwi się uchy­liły. Tata ob­ser­wo­wał mnie przez chwilę w mil­cze­niu, przy­zwy­cza­ja­jąc wzrok do ciem­no­ści. Uśmiech­nę­łam się do jego od­bi­cia w szy­bie.

– Mó­wi­łam przez sen?

Sta­nął jedną nogą w po­koju.

– Tak.

– Jest w po­rządku. To był tylko sen.

– Do­bry czy zły?

– Ra­czej do­bry.

Tata się wzdry­gnął, jak za­wsze, kiedy był nie w so­sie. Tym ra­zem jed­nak się przy tym uśmiech­nął, więc ten cha­rak­te­ry­styczny od­ruch na­brał te­raz no­wego zna­cze­nia – wy­ra­żał ulgę.

– No cóż, je­żeli znowu na­tra­fisz na ten do­bry sen, przy­ślij go do mnie i mamy. Przy­dałby się nam. – Pod­szedł i po­ca­ło­wał mnie w czoło. – Do­bra­noc.

– Do­bra­noc – od­par­łam.

Mu­sia­łam jesz­cze na­pi­sać list do brata. Mia­łam za­le­gło­ści z po­wodu po­dróży, więc wy­cią­gnę­łam no­tes z ple­caka i wró­ci­łam do łóżka.

„Drogi Wy­at­cie” – za­czę­łam. I co da­lej? „Twoja ro­dzina prze­pro­wa­dziła się do domu, w któ­rym ty ni­gdy nie bę­dziesz żyć”? Mój Boże… „Nie bę­dziesz żyć”?

 

Drogi Wy­at­cie,

śniło mi się, że tu by­łeś, a ten sen był tak re­alny, że szu­ka­łam Cię, gdy się obu­dzi­łam. Co za okrutna chwila!

My­ślę, że Cha­pin by Ci się spodo­bało – wy­gląda na miej­sce, w któ­rym można zna­leźć war­to­ściowe rze­czy.

Ko­cham

Meg

W przed­po­koju na dole do­no­śnie za­dud­niły głę­bo­kie, nie­zna­jome głosy. Ekipa od prze­pro­wadzki do­tarła na miej­sce. A ja prze­spa­łam całą noc.

Te­raz ro­zu­mia­łam, dla­czego zo­sta­wi­li­śmy w Pit­ts­bur­ghu pra­wie wszyst­kie na­sze me­ble. W tym domu nie było na nie miej­sca. Prze­bra­łam się w ciu­chy do bie­ga­nia i do­łą­czy­łam do mamy, która była w kuchni. Sie­działa na bla­cie i pa­trzyła na pu­dła usta­wiane na pod­ło­dze. Wy­glą­dała na przy­tło­czoną i za­gu­bioną. Tata pod­szedł do niej od tyłu i szturch­nął ją ra­mie­niem.

– Dzień do­bry, mamo. – Po­sła­łam jej nie­pewny uśmiech.

– Jak ci się spało, Meg­gie? – Upiła łyk kawy, igno­ru­jąc sto­ją­cego za nią tatę.

– Bar­dzo, bar­dzo głę­boko.

– Pew­nie przez to gór­skie po­wie­trze – od­parła. – Idziesz po­bie­gać?

– A masz coś prze­ciwko?

– Rób, co po­trze­bu­jesz. – Skrzy­wiła się, kiedy męż­czyźni z ekipy dość gwał­tow­nie odło­żyli pu­dło z na­czy­niami, przez co aż za­dzwo­niły. – Wy­gląda na to, że ja spę­dzę tu cały dzień.

– Nie spiesz się – po­wie­dział tata. – Mo­żesz się roz­pa­ko­wać po po­łu­dniu.

Włą­czy­łam play­li­stę „Do bie­ga­nia”, wy­mknę­łam się za drzwi i wy­bie­głam truch­tem na ulicę, po czym skrę­ci­łam w stronę cen­trum.

Lu­dzie mi­ja­jący mnie w sa­mo­cho­dach ma­chali do mnie, a piesi na chod­niku na­wią­zy­wali kon­takt wzro­kowy. Spu­ści­łam oku­lary prze­ciw­sło­neczne. W Pit­ts­bur­ghu tylko wa­riaci pa­trzyli nie­zna­jo­mym w oczy.

Od ty­go­dni za­mar­twia­łam się, że będę tu nową dziew­czyną, i uzna­łam, że będę kimś bez trud­nej prze­szło­ści – bez mar­twego brata; z mamą bez wy­raź­nych ob­ja­wów de­pre­sji, które mo­głyby na­zna­czyć spo­sób, w jaki inni by mnie od­bie­rali; bez sta­wia­nych od sa­mego po­czątku ocze­ki­wań, że bę­dziemy ide­alną, szczę­śliwą ro­dziną. Po­sta­no­wi­łam być je­dy­naczką. Przed­sta­wiać mamę jako eks­cen­tryczną ar­tystkę, po któ­rej nie na­leży się spo­dzie­wać ta­kiego sa­mego za­cho­wa­nia, jak u in­nych mam. Nikt tu­taj nie mu­siał wie­dzieć o Wy­at­cie. Był mój i nie chcia­łam, żeby obcy lu­dzie so­bie go wy­obra­żali. To by go zmie­niło.