Dziewczyna z tatuażem na lędźwiach - Amy Schumer - ebook
lub
Opis

Jeśli chcesz, by ktoś wreszcie rozbawił cię do łez, ta książka jest dla ciebie!

Poznaj niesamowitą historię kobiety, której największą bronią jest cięty dowcip. Amy Schumer, słynna aktorka komediowa, stund-uperka i jedna z najbardziej wpływowych kobiet Ameryki, bez tabu opowiada o rodzinie, dyskryminacji kobiet, seksie oraz absurdach sławy.

Ten komediowy geniusz w spódnicy śmieje się ze wszystkich, ale przede wszystkim z siebie. A wszystko po to, by publiczność się uśmiechnęła i poczuła lepiej. Ta książka zabierze cię w podróż życia Amy: od kelnerki do dziewczyny z okładki Vogue’a.

__

Amy Schumer – jedno z najgorętszych nazwisk amerykańskiego świata stand-upu i kina, reżyserka, aktorka i zdobywczyni nagrody Emmy. Jest pomysłodawczynią, współproducentką oraz główną gwiazdą serialu komediowego Inside Amy Schumer, emitowanego na Comedy Central od 2013 roku. Publiczność pokochała ją za to, że lubi mówić o seksie i związkach, konfrontując stereotypy związane z płcią i walcząc o prawa kobiet.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 445

Popularność


Dla Kimby i Jasy’ego

Notka do czytelników

Cześć, to ja, Amy. Napisałam książkę! Już dawno chciałam to zrobić, ponieważ uwielbiam rozśmieszać ludzi i poprawiać im nastrój. Część historii, które tu przeczytacie, będzie zabawna, jak na przykład ta, w której się posrałam w Austin. Inne z kolei mogą was nieco zasmucić, jak choćby opowieść o tym, że mało brakowało, a zostałybyśmy z siostrą sprzedane we Włoszech jako niewolnice seksualne. Żartuję. Niestety, żadnej z tych historii nie ma w niniejszej książce, chociaż obie rzeczywiście miały miejsce.

Skoro już o tym mowa – wszystko, co opisano poniżej, wydarzyło się faktycznie. To prawda i tylko prawda, tak mi dopomóż Bóg. Ale nie cała prawda. Możecie mi wierzyć lub nie, jednak nie mówię wam, moi drodzy, wszystkiego.

Książka ta nie jest autobiografią. Autobiografię napiszę, kiedy zbliżę się do dziewięćdziesiątki. A ponieważ niedawno skończyłam trzydzieści pięć lat, mam przed sobą jeszcze długą drogę, zanim stanę się godna memuarów. Na razie chciałam się z wami podzielić historyjkami ze swojego życia, w których gram role córki, siostry, przyjaciółki, satyryczki, aktorki, czyjejś sympatii, dziewczyny na jedną noc, pracownicy, pracodawczyni, kochanki, fajterki, hejterki, pożeraczki spaghetti i amatorki wina.

Pragnę również zaznaczyć, że książka ta NIE JEST PORADNIKIEM TYPU „ZRÓB TO SAM” ANI INFORMATOREM, JAK COŚ SOBIE W ŻYCIU ZAŁATWIĆ. W ciągu ostatnich kilku lat proszono mnie stale, abym pisała różne artykuły, na przykład o tym, jak znaleźć faceta. Albo jak faceta zatrzymać. Albo kiedy wypada odpowiedni moment, żeby pomasować go między moszną a odbytem. O żadnej z tych spraw nie mam zielonego pojęcia. Jestem kompletnie popieprzona i totalnie zakręcona, więc nie mogę zaoferować wam takich mądrości. Jedyne, co mogę zrobić, to przedstawić wam swoje błędy, pomyłki, swój ból i powody do śmiechu. Wiem, co jest dla mnie ważne, a to coś to moja rodzina (ale, na miłość boską, nie cała, tylko niektórzy jej członkowie). A także śmiech i radość życia z przyjaciółmi. Oraz, oczywiście, jakiś orgazm od czasu do czasu. Uważam, że najlepiej (i co najmniej) jeden dziennie.

W każdym razie mam nadzieję, że moja książka się wam spodoba. A jeśli nie, nikomu o tym nie mówcie.

Życzcie mi powodzenia!

List otwarty do mojej waginy

Po pierwsze, przepraszam. Po drugie, nie ma za co.

Wiem, że naraziłam cię na wiele trudnych doświadczeń. Pozwalałam, aby obcy ludzie wylewali na ciebie gorący wosk i wyrywali ci włosy. Niektórzy z tych ludzi nawet cię oparzyli, chociaż mówiłam im, że masz niezwykle wrażliwą skórę. To moja wina, bo chadzałam do jakiegoś podejrzanego miejsca gdzieś na osiedlu Astoria w Queens, które wyglądało tak, jakby sprzedawano tam narkotyki. Jestem odpowiedzialna za drożdżycę, którą cię zainfekowałam, za zakażenia dróg moczowych i zbyt długie noszenie rajstop i spanksów, chociaż wiedziałam, że przysporzy ci to problemów. Chcę także przeprosić za Lance’a z drużyny lacrosse’a, który swoim palcem potraktował cię tak, jakbyś wisiała mu pieniądze. To było do dupy i całkowicie się z tobą solidaryzuję w gniewie. Ale miałaś też chyba wielu sympatycznych gości, prawda? Co? Musisz przyznać, że dobrze się razem bawiłyśmy. Dokładałam nawet starań, aby móc nazwać cię „cipką” – co preferujesz, jak wiem – na żywo w telewizji.

W miarę upływu lat robiłam, co w mojej mocy, aby odwiedzali cię wyłącznie ludzie mili. Chyba zrobiłam też swoje, żebyś pozostawała zdrowa. Wiem, że czasami pozwalałam wchodzić w ciebie bez prezerwatywy, ale na swoją obronę powiem, że tak jest przyjemniej i że były to tylko te osoby, z którymi chodziłam i którym ufałam. No cóż, większość z nich. Miałyśmy jednakowoż sporo szczęścia, co?

Przepraszam również, że kiedyś po stosunku z nowym chłopakiem nie mogliśmy znaleźć kondomu i że dopiero trzy dni później uświadomiłam sobie, iż utknął w moim wnętrzu; musiałam wtedy przeć, jakbym rodziła, aż wreszcie wylazł. Pewnie byłaś ze mnie bardzo niezadowolona. A może dobrze się bawiłaś, mając u siebie gościa przez tak długi czas? W każdym razie moja wina!

No i co powiesz? Walniemy razem jakiś browar? Okej, dobra, niczego, co zawiera drożdże. Ale ty stawiasz.

Moja jedynaprzygoda na jedną noc

Miałam w życiu tylko jedną przelotną przygodę seksualną. Tak, jedną. Wiem, że rozczaruję teraz (jakże mi przykro) wszystkich tych, którzy myślą, że przez cały czas łażę sobie z margaritą w jednym ręku i sztucznym fiutem w drugiej. Być może nieporozumienie to bierze się z faktu, że będąc na estradzie, wyrzucam z siebie najdziksze i najgorsze wspomnienia seksualne – czyli w sumie aż pięć kontaktów (astronomiczna liczba) na przestrzeni ostatnich trzydziestu pięciu lat. Kiedy się o nich słyszy, jednym po drugim, można zapewne odnieść wrażenie, że moja wagina jest jak drzwi obrotowe w domu towarowym Macy’s tuż przed Bożym Narodzeniem. Tymczasem ja opowiadam o tych paru porażkach dlatego, że słuchanie o czyimś zdrowym i regularnym życiu seksualnym ciekawe nie jest. Wyobrażacie sobie, żebym stojąc przed publicznością, mówiła: „No więc wczoraj wieczorem poszłam do łóżka ze swoim chłopakiem. Najpierw się czule obejmowaliśmy, a potem on tak słodko się ze mną kochał”? Ludzie by natychmiast wyszli, a ja razem z nimi.

Poza tym nawet ja mylę czasami swój sceniczny anturaż z prawdziwą mną, tą rozsądną, z realnego życia. Próbuję wtedy przekonywać samą siebie, że stać mnie na pozbawiony emocji seks, taki, o jakim ciągle słyszę od różnych mężczyzn oraz od Samanthy Jones z Seksu w wielkim mieście. I miewam swoje momenty, jednak przez 99,9 procent życia taka nie jestem. Nigdy nie spiknęłam się z żadnym facetem po zakończeniu któregoś z moich występów. Czyż to nie smutne? Jeżdżę po kraju dwanaście lat i ani razu nie poznałam mężczyzny po przedstawieniu, nie zabrałam go do siebie ani nawet się z nim nie całowałam. Nic. Znam paru satyryków płci przeciwnej twierdzących, że nigdy nie chodzą do łóżka z dziewczyną, która by wcześniej nie widziała ich występu. Ze mną jest dokładnie odwrotnie. Nie jestem latawicą, nie ganiam za fiutem. Uprawiam seks w normalnych ilościach, przeważnie z kimś, z kim akurat chodzę, i zwykle wtedy leżę, przyjmując pozycję „szczęśliwego dziecka” z ćwiczeń jogi; wydaję przy tym odgłosy świadczące, że się dobrze bawię. Kiedy bywam singielką i kroi się jakaś przelotna przygoda, zachowuję się zwykle jak każda ostrożna i dbająca o siebie laska, a myśl, że jakiś nieznany mi fiut mógłby we mnie wejść, nie przyspiesza bicia mego serca. No cóż, może z tym jednym wyjątkiem…

Byłam wtedy w trasie, podróżowałam między dwoma paskudnymi miastami: Fayetteville w Karolinie Północnej i Tampą na Florydzie. Nie boję się tak ich nazwać i zirytować tym samym mieszkańców obu miejscowości, ponieważ wiem na pewno, że nigdy nie przeczytali ani jednej książki. Żart, żart, żart, choć chyba nie do końca. Kursując między tymi miastami, człowiek ma wątpliwą przyjemność latania maleńkim, podniebnym busikiem, z niewiadomych powodów nadal zwanym samolotem. Aby do niego wsiąść, trzeba kucnąć, a przez cały lot słychać warkot śmigieł i śpiewy w rodzaju „La la la la la bamba”, choć ma się głęboką nadzieję, że to ostatnie rozbrzmiewa wyłącznie w naszej głowie.

Było wcześnie rano i miałam kaca. Jak już mówiłam, występowałam w Fayetteville, gdzie nie ma nic do roboty, jak tylko pić, aż człowiek padnie. Na lotnisko dotarłam tak, jak zwykle docieram na lotnisko – bez stanika, z zerowym makijażem, w spodniach od dresu, T-shircie i w płaskich pantoflach. Nie należę do osób, które nad ranem wyglądają szczególnie pociągająco. Twierdziłabym wręcz, że przypominam jota w jotę Beetlejuice’a z filmu Sok z żuka – granego przez Michaela Keatona, a nie tego, którego zwykle przedstawia Howard Stern. Cieszyłam się wtedy fantastycznym okresem w życiu, kiedy jeszcze nikt nie robił mi zdjęć, chyba że sama wpadłam niespodziewanie w kadr. Byłam cudowną, trzydziestojednoletnią dziewczyną, która otwierała usta i natychmiast je zamykała, gdy tylko zdała sobie sprawę, że zapomniała umyć zęby – a właściwie nie tyle zapomniała, ile po prostu zostawiła swoją szczoteczkę w Charleston. Jakoś nie przyszło mi wtedy do głowy, żeby kupić sobie w Karolinie Północnej nową. Jedną z oznak tego, że dzień wcześniej wypiłam za dużo, były czerwone od wina zęby, jakie miałam po przebudzeniu, i taka ilość konturówki rozmazanej pod oczami, że przypominałam skrzydłowego formacji ataku w drużynie futbolowej New England Patriots. Krótko mówiąc, tego ranka wyglądałam obrzydliwie i zalatywałam curry, i gdyby ktoś wrzucił mi do kubka z kawą dolara, sądząc, że jestem bezdomna, pomyślałabym: No tak.

Dotarłam do lotniskowej kontroli bezpieczeństwa, a on tam już był: metr osiemdziesiąt osiem, mocno zbudowany, włosy rudoblond, jakieś trzydzieści pięć lat. Pierwszy pocałunek w życiu wymieniłam z rudzielcem, dlatego mam do nich słabość. Ten tutaj był najpiękniejszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek widziałam. Podnieciłam się z miejsca, od samego patrzenia. Mała notka na marginesie: NORMALNIE NIC TAKIEGO SIĘ ZE MNĄ, KURWA, NIE DZIEJE. To faceci przyglądają się kobietom przechodzącym obok w spódniczkach albo ciasno opiętych dżinsach i dostają erekcji, a już na pewno czują jakiś rodzaj ekscytacji. Natomiast kobietom rzadko się zdarza, żeby na widok jakiegoś gościa myślały sobie: A nieeeech mnie! Omiotłam go wzrokiem od stóp do głów, starając się znaleźć choćby najmniejszy fragment ciała, który nie byłby godny Gastona z Pięknej i Bestii, ale niczego takiego nie widziałam. Brakowało mu tylko kucyka z kokardką na głowie.

Głośno westchnęłam; spojrzał na mnie, zanim przeszedł przez wykrywacz metalu. Cała krew spłynęła mi do pochwy. Uśmiechnęłam się do niego, przypominając sobie, że wyglądam jak Bruce Vilanch (ci, którzy go nie znają i są zbyt leniwi, aby zajrzeć do Google’a, niech sobie wyobrażą puchacza w blond peruce). Przeszłam przez kontrolę bezpieczeństwa i udałam się do odpowiedniej bramki na lotnisku – i nagle bum! On też tam był – i wyglądał jeszcze seksowniej. Miał na sobie koszulkę z długim rękawem, na tyle opiętą na piersiach, że wiedziało się, co jest pod spodem. Uświadomiłam sobie z absolutną jasnością, iż pod nią znajduje się miejsce, na którym chciałabym oprzeć policzek i wdychać wszystkie feromony tego faceta, czekając, aż mnie posiądzie niczym Marlon Brando w Tramwaju zwanym pożądaniem albo Ryan Gosling w dowolnym-swoim-filmie-albo-innym-miejscu.

Popędziłam do toalety, żeby znaleźć kosmetyczkę w torebce, która staje się workiem bez dna, kiedy czegoś naprawdę potrzebuję (czyli przez cały czas). Nie przesadzam, tam dosłownie można znaleźć wszystko to, co w prawdziwym strusim gnieździe. Lepiej, aby nie powstał o mnie żaden artykuł z cyklu „Co trzymasz w swojej torebce?” w jakimś czasopiśmie o celebrytach, bo opinia publiczna mogłaby się dowiedzieć, że są tam różne naprawdę zabawne i zaskakujące rzeczy. I że w związku z tym powinnam się leczyć. Znalazłam trochę różu do policzków i balsam do ust i pomyślałam sobie: Super. Tylko tyle trzeba, żeby z poziomu żenady wspiąć się na poziom przeciętności. Spojrzałam w lustro, zobaczyłam w nim różowawy trądzik, który stworzyłam na swojej twarzy, i zaśmiałam się do siebie. Pierdolić to. Podwinęłam spodnie od dresu do połowy łydek z myślą: Podkreślmy naszą najmocniejszą stronę. Umyłam palcem zęby i cała spryskałam się wodą. Wyszłam stamtąd tak, jakbym była na wybiegu, i przepłynęłam tuż obok niego. Tylko że teraz, w terminalu, nie spojrzał na mnie ani razu, nawet przez sekundę.

Kupiłam gumę do żucia i jakiś magazyn z Jennifer Aniston na okładce, po czym – z poczuciem klęski – wsiadłam do samolotu. Dotarłam do swojego maleńkiego fotela przy oknie, zaczęłam czytać, że Jennifer umrze w samotności i że jest to nie fair, i wtedy znów go zobaczyłam. Wchodził na pokład. Przeszedł alejką między siedzeniami, a ja gapiłam się na jego potężne ramiona i wielkie dłonie obejmujące torbę podróżną, gdy torował sobie drogę. Myślałam: Może jak będzie mnie mijał, udam, że kicham… i padnę na podłogę tuż przed nim… a on się potknie i zwali na mnie jak długi. A potem zobaczyłam, że spogląda prosto na miejsce obok.

Nie, pomyślałam. To chyba niemożliwe, żeby zajął sąsiedni fotel. Nie, nie, nie. Ależ TAK! Gem, set i, kurwa, piłka meczowa, TO SIĘ DZIEJE NAPRAWDĘ.

Nigdy, przenigdy nie rozmawiam z ludźmi w samolotach. To wielkie ryzyko, może wiązać się ze skutkami w rodzaju towarzystwa Jamesa Tobacka (wygooglujcie go sobie), który – zanim jeszcze wystartowaliśmy – powiedział mi: „Kobietę zna się naprawdę dopiero wtedy, kiedy się jej wyliże odbyt”, albo z obecnością pewnej pani, która przez trzy godziny pokazywała mi zdjęcia swojego martwego kanarka. Jednak w tym wypadku od razu się do faceta odezwałam.

– Cześć, jestem Amy.

Uśmiechnął się, ukazując maleńką przerwę między zębami. Uwielbiam u mężczyzn takie szczeliny, bardziej niż cokolwiek innego.

– Cześć. A ja Sam – odpowiedział z brytyjskim akcentem.

Po chwili wiedziałam już, że służy w angielskiej wersji naszych marines i że przyjechał do Fayetteville tylko na parę dni. Nie mogłam, kurna, dać sobie z tym rady. To było dla mnie za wiele. Jakby coś mnie opętało, traciłam panowanie nad własnym głosem niczym Sigourney Weaver pod koniec Pogromców duchów. Normalnie byłam w rui, jak to mówią. Kto tak mówi? Nie wiem. Zamknijcie się i czytajcie dalej, jak załatwił mnie ten brytyjski superbohater. Wystartowaliśmy, a ja udawałam, że bardzo boję się latać. Nie było żadnych turbulencji, a mimo to złapałam go za ramię i złożyłam mu twarz na piersi, wdychając jego zapach. Jawnie się do niego przystawiałam; oboje śmialiśmy się z mojej napastliwości. Łechtaczka pulsowała mi jak serce w rozterce, a w myślach ciągle słyszałam piosenkę zespołu 98 Degrees zatytułowaną Daj mi tę jedną noc (Una Noche). Choć byłam już wtedy troszkę znana, on nigdy o mnie nie słyszał, co było kolejnym dużym plusem. Powiedziałam mu, że dziś wieczorem mam występ i że potem moglibyśmy się spotkać. Wymieniliśmy się adresami mejlowymi. Zanosiłam modły do wszystkich bogów, by to spotkanie doszło do skutku.

Wcześniej bywałam w podobnej sytuacji kilka razy: kroiły mi się szybki numerek albo jednonocna przygoda, ale do niczego nie dochodziło. Raz czy dwa instynkt kazał mi powiedzieć „nie”, bo nie czułam się bezpieczna. Przeważnie jednak rezygnowałam z powodu czystego lenistwa. Przychodziły mi do głowy myśli o rzeczach praktycznych, na przykład: Kiedy będę mogła już sobie pójść, żeby zjeść trochę spaghetti? Nie jesteśmy parą, więc nie wolno mi zachowywać się u niego jak w domu, to znaczy szczotkować zębów, myć buzi, nałożyć sobie maseczki na oczy do spania ani do uszu wsadzić zatyczek. Ma być ostro i seksownie, a tymczasem ja wyglądam jak Shrek w wersji blond tuż po północy. A jak będzie rano? Co sobie powiemy? Czy zamówię mu Ubera? A jeśli on powie mi coś przykrego albo spróbuje się ze mną kochać jeszcze raz, nad ranem, kiedy moja wagina śmierdzi jak miska po zupie ramen? Jestem po prostu zbyt pragmatyczna i leniwa na jednonocne przygody. Zawsze zastanawiam się nad konsekwencjami i nie popijam już tak jak w college’u.

Natomiast sytuacja z Samem przedstawiała się inaczej. Podniecał mnie, rozbudzał fantazję, był marzeniem. Nawet jego akcent czynił go cokolwiek nierealnym. Nie przeszkadzało mi, że miał wrócić do swojego zagranicznego domu następnego dnia tuż po wschodzie słońca. Kiedy rozstaliśmy się na lotnisku i poszłam przeprowadzić swój show, przez cały ten czas tylko niecierpliwie czekałam na jakąś wiadomość od niego. I wiadomość przyszła, gdy występ się skończył – mejl z pytaniem, jak mi poszło. Zażartowałam, że ktoś właśnie odkrył mój talent i chcę wykorzystać ten fakt w swojej dalszej karierze.

Zapytał: „Kto cię odkrył?”.

Odpisałam: „Iluzjonista. Mam być jego asystentką”. Wydawało mi się to całkiem zabawne.

Rzucił: „Będzie cię przecinał na pół?”.

Odpowiedziałam: „Liczyłam, że ty to zrobisz”.

BANG! Oto najbardziej agresywne seksualnie, a jednocześnie zgodne z prawdą zdanie, jakie w życiu napisałam. Które w dodatku zadziałało.

Umówiliśmy się w klubie, który był na parterze mojego hotelu. Wypiliśmy po pół piwka i tańczyliśmy do muzyki Ice Cube’a, informującego nas, że możemy wszystko osiągnąć, jeśli się tylko solidnie przyłożymy. Potem wyszliśmy. Droga przez jasno oświetlony hol do pogrążonej w półmroku windy to jedyne, co zapamiętałam przed czekającym nas aktem seksualnym. W windzie przechodziły mi przez głowę następujące myśli: Przeleć mnie, przeleć mnie, przeleć mnie, przeleć mnie, przeleć mnie.

W tamtym okresie życia bardzo potrzebowałam solidnego zastrzyku seksualnej pewności siebie. Jakiś czas wcześniej dowiedziałam się bowiem, że facet, w którym byłam zakochana i z którym kiedyś chodziłam, to gej. Mimo że od naszego rozstania minęło trochę czasu, wiadomość ta złamała mi serce. I sprawiła, że zwątpiłam w samą siebie. Osobę, dzięki której czułam się tak cudownie, czułam się taka sexy, naprawdę interesowali mężczyźni. I to od dawna. Myślałam: Czyżbym była męska? Kiedy człowiek dojrzewa i trochę mądrzeje, poczucie wartości czerpie z własnego wnętrza, a nie od kogoś, z kim uprawia seks. Jednak odkrycie, że chodziłam z gejem, bardzo utrudniło mi wtedy życie. Miałam kłopot ze swoją seksualnością i zastanawiałam się, czy jestem cokolwiek warta.

I nagle pojawił się Sam – piękny, idealny, wymarzony mężczyzna, który chciał pomóc biednej sierotce odnaleźć drogę do domu. Winda w hotelu jechała zdecydowanie zbyt wolno.

Wpadliśmy do mojego pokoju o wystroju typowo korporacyjnym i nie traciliśmy już czasu.

Rzuciłam torebkę w kąt, rozebraliśmy się do bielizny i wskoczyliśmy do łóżka. Żadne nie miało wątpliwości, po co tu jesteśmy. Przyświecał nam jeden cel: spałaszować się nawzajem, nasycić sobą. Auuuuuuu, tak, tak, wiem, sorry. Ale taka jest prawda. Wszystko odbyło się jak należy. Całowanie jak należy. Wrażenie jego ciała też jak należy. Poszliśmy na całość. Nie mogę zacytować teraz Pięćdziesięciu twarzy Greya ani napisać czegoś bardzo zmysłowego, dlatego opowiem wam o samych faktach. Oboje byliśmy bardzo aktywni (oralnie). Oboje nie mogliśmy uwierzyć, że to się naprawdę dzieje (liczne orgazmy). On był tak zachwycony i podekscytowany, że w pewnej chwili przybił mi piątkę. Niesamowite wrażenie (to znaczy seks, nie przybicie piątki). Po tamtym przygnębiającym odkryciu, że facet, z którym wielokrotnie się kochałam, woli mężczyzn, doznawałam cudownego zadośćuczynienia, kiedy ta niebiańska istota brała mnie w ramiona, sprawiając, że czułam się chciana i piękna. Seks był doskonały. On był doskonały. Oboje znajdowaliśmy się w ekstazie, ciesząc się, wręcz delektując każdym zapachem, dźwiękiem i dotykiem.

Po wszystkim powiedziałam, że było mi bardzo przyjemnie go poznać i życzyłam mu powodzenia w dalszym życiu. Nie mógł uwierzyć, że wyrzucam go za drzwi. Nie mógł w to uwierzyć tak bardzo, że został i kochaliśmy się jeszcze co najmniej trzy razy, z krótkimi, czułymi przerwami pomiędzy, opowiadając sobie różne historie, śmiejąc się i tuląc do siebie.

W końcu powiedziałam, że na niego czas. Uprawianie seksu z obcym facetem jakoś mi nie przeszkadza, ale spanie obok już tak – to zbyt wielka zażyłość. Ponieważ on próbował kreślić nam plany na wspólną przyszłość, poinformowałam go, że to jednorazowa znajomość. Stwierdziłam, że było cudownie i że nigdy już nie pójdę z mężczyzną na jedną noc do łóżka, ponieważ nie zniosłabym porównania. Pocałowaliśmy się na pożegnanie. Poszłam spać z ogromnym uśmiechem na twarzy, dziękując w myślach.

Zdaję sobie sprawę, że owa noc w Tampie, jedna z najlepszych w moim życiu, to była tylko przelotna przygoda. Ale czułam się wtedy jak Marlene Dietrich w filmie Maroko. Proszę zaprotokołować, że wcale nie postuluję, aby wszyscy ograniczali się do jednej jednonocnej przygody. Och nie, nie, nie, wręcz przeciwnie: niektórym z nas wyszłoby znacznie bardziej na zdrowie, gdyby przez całe życie mieli tylko przelotne kontakty. Ale jeśli chodzi o mnie, to spotkanie spadło mi jak gwiazdka z nieba w chwili, gdy nie czułam się specjalnie atrakcyjna dla mężczyzn. A nawet zasadniczo pozbawiona seksualności. Pragnęłam podniesienia na duchu, potwierdzenia swojej wartości. Ta nieoczekiwana noc pełna miłości ze świetnie zbudowanym, brytyjskim rudzielcem była dla mnie niczym azytromycyna, która przepędza z ciała wszelkie pozostałości patogenów. (Czy może być bardziej aseksualna metafora? Nie. A w ogóle to sądzę, że antybiotyki nie działają).

Wszyscy wiemy, że jednorazowe numerki nie są żadnym panaceum na złamane serce i niskie poczucie własnej wartości. Poza tym ich konsekwencje bywają nieprzyjemne. Każda z nas próbowała zapewne wykorzystać seks jako remedium, co kończyło się poczuciem jeszcze większej samotności oraz powrotem do tego samego gnojka, od którego ledwo udało nam się odejść. Czasami jednak takie przygody rzeczywiście potrafią rozwiązać konkretny problem. Więcej nawet – bywa tak, że gdy próbujemy pozbyć się danego kłopotu za pomocą seksu, okazuje się, iż to właśnie seks jest dla nas nagrodą samą w sobie. Nie trzeba wyciągać z niego żadnej nauczki. Niczego od nas nie wymaga, a daje czystą przyjemność. Orgazmy z facetem, który patrzy na ciebie jak na obiad w porze lunchu, są dokładnie tym, co przepisałby nam lekarz. Proponuję wprowadzić Krajowy Dzień Rudzielca: ten człowiek zdecydowanie zasługiwał na uroczystą paradę czy coś w tym stylu.

Próbował się ze mną kontaktować jeszcze kilkukrotnie, gdy akurat był w Stanach, ale ja pozostałam wierna pragnieniu, żeby zachować w sercu święte wspomnienie tamtej nocy. Rzecz dziwna: nocy, która wydaje mi się najniewinniejszą w całym moim życiu. I nadal tak jest.

Jestem introwertyczką

Jestem introwertyczką. Wiem – myślicie sobie: Co ty pieprzysz, Amy? Przed chwilą opowiadałaś, jak się spiknęłaś z jakimś obcym facetem w Tampie, a teraz twierdzisz, że niby jesteś nieśmiała? Nieprawda, jesteś ryczącym zwierzęciem scenicznym, które lubi pójść w tango! No dobra, zgoda. Tak czasem jest, to prawda. A jednak, bez cienia wątpliwości, jestem klasycznym, książkowym przykładem introwertyczki.

Jeśli nie wiecie, co to słowo znaczy, zaraz was oświecę. Natomiast ci, którzy znają ów wyraz, niech sobie przeskoczą od razu do rozdziału, jak znaleźć najlepsze „gloryholes” w Pekinie. Nie, żartuję. Nie posiadam takich informacji. Poza tym weź, kurna, przeczytaj mój opis osoby introwertycznej, zamiast się tak spieszyć dalej, zboczeńcu.

Być introwertykiem to nie to samo, co być człowiekiem nieśmiałym. Chodzi o to, że lubi się samotność. Nie tylko lubi – nawet się jej potrzebuje. Prawdziwy introwertyk postrzega innych jako energetyczne wampiry. Nie żeby ich nienawidził, po prostu musi uważać, kiedy jest w ich obecności – tak jak uważa się na słońce. Ono daje życie, no pewnie, ale może też spalić. Wtedy czeka cię na przykład ów pomarszczony dekolt i starczy rowek między piersiami, którego się zawsze bałam, a który teraz mam. Dla mnie kremem z filtrem były w takim wypadku medytacja i słuchawki na uszach, które chroniły przed piekłem, jakim są inni ludzie.

Uwielbiam pewne zdjęcie opublikowane przez „National Geographic”. Przedstawia młodego niedźwiedzia brunatnego, który siedzi sobie spokojnie pod drzewem nieopodal granicy fińsko-rosyjskiej. Napis poniżej głosi mniej więcej tak: „Niedźwiadki bawiły się intensywnie przez cały dzień. Jeden z nich oddzielił się od pozostałych na parę minut, aby zażyć relaksu w samotności i nacieszyć się spokojem”. Dla mnie to bardzo ważny i sensowny przekaz, gdyż właśnie taka jestem! Tylko że w moim wypadku niedźwiadek zostaje wyrwany ze swojego ustronia pod drzewem, kilkoro ludzi maluje mu pyszczek i robi loki na futerku, a potem wbija go w sukienkę, żeby móc wypchnąć na estradę, gdzie ma jeździć na małym cyrkowym rowerku. Nie twierdzę, że miś nie lubi rozbawiać ludzi, ale jednak dla małego, kudłatego introwertyka jest to zadanie dość trudne.

Znam osoby, które pisząc książkę, strasznie się męczyły: na każdej stronie czuć, jak musiały ze sobą walczyć, drzeć się na strzępy. Natomiast dla mnie napisanie tej historii stanowiło jedną z największych przyjemności w życiu. Chciałabym móc spędzać większość dnia, tylko siedząc, pisząc i z nikim nie rozmawiając. Pewnie zdziwi was informacja, że najczęściej przebywam sama, chyba że znajduję się akurat w garderobie przed występem, co dla introwertyka jest szalenie wycieńczające. Gdy zbliża się pora lunchu, omijam stoły z jedzeniem i pędzę do swojej przyczepy albo w jakiś cichy zakątek, żeby pomedytować. Muszę się całkowicie wyłączyć. Ten czas, spędzony w milczeniu, jest dla mnie jak pokarm. Oczywiście odżywiam się normalnym jedzeniem, i to solidnie. Ale jeśli nie mam występu albo zdjęć, wolę być przez cały dzień sama. Może godzinka na wspólny obiad z przyjaciółką, ale to wszystko.

Każdemu się wydaje, że wykonawca estradowy, a zwłaszcza wykonawczyni, uwielbia być non stop na wizji. Moim zdaniem oraz zdaniem bliskich mi ludzi nie ma nic bardziej odległego od prawdy. W dzieciństwie przyjmowano za pewnik – właściwie bezwiednie – że skoro jestem dziewczynką i aktoreczką zarazem, to na pewno uwielbiam ciągłe zabawianie innych, rozśmieszanie ich i sprawianie im przyjemności. Myślę, że wszystkie małe dziewczynki wychowuje się podobnie, nawet te, które nie są tak zabawne jak ja. Od kobiet zawsze oczekuje się, iż będą uprzejmymi paniami domu, które podsuną towarzystwu jakąś anegdotkę i same wybuchną perlistym śmiechem w reakcji na czyjąś wypowiedź. To właśnie naszym życiowym zadaniem jest gładko wychodzić ze wszystkich niezręcznych sytuacji za pomocą rozczulających uprzejmości – zasadniczo bowiem stajemy się darmowymi gejszami. Lecz kiedy nie spełniamy tych oczekiwań (ponieważ jesteśmy introwertyczne), ludzie wokół nas zakładają, że albo mamy depresję, albo jesteśmy pojebane. Możliwe, że jestem pojebana, to fakt, jednak wcale nie dlatego, iż nie chcę się krygować ani uśmiechać do kogoś, kto opowiada mi ze swadą, jak to w gimnazjum uprawiał biegi przełajowe.

Zaczęłam sobie to wszystko uświadamiać dopiero, gdy zamieszkałam z moim ówczesnym chłopakiem, Rickiem. Jednak już jako dziecko czułam, że coś tu nie gra. Nie lubiłam się bawić tak długo jak inne maluchy i nie dawałam się nigdy namówić na domowe imprezki połączone z noclegiem u koleżanek. Kiedy dorosłam, nie miałam pod ręką mamy, gotowej na każde zawołanie przyjechać po mnie w środku nocy i mnie skądkolwiek zabrać. Cała sytuacja stała się jaśniejsza. Można powiedzieć, że związek z Rickiem był moją pierwszą dorosłą relacją w życiu. Po raz pierwszy bawiłam się z kimś w dom, naśladując sposób, w jaki ludzie w związkach małżeńskich pilnie wypełniają obowiązki towarzysko-rodzinne. Pamiętam, że na święta jeździliśmy do domu jego rodziców; zdałam sobie wtedy sprawę, że muszę często odpoczywać od tej grupki uroczych osób, z którymi spędzaliśmy całe dnie. Mniej więcej co półtorej godziny wycofywałam się do pokoju Ricka albo szłam sobie na spacer. Nikt nie robił mi z tego powodu wyrzutów, ale z pewnością wszyscy to zauważali. Pewnego razu Rick zabrał mnie na ślub swojego przyjaciela. Po dwóch godzinach gadek o niczym i drobnych uprzejmości schowałam się w łazience. Nie miałam już nic więcej do zaoferowania ani do powiedzenia i ogarnęło mnie nieznośne poczucie, że marnuję czas.

Dopiero gdy zaprzyjaźniłam się z innymi satyrykami i komikami występującymi na scenach, uświadomiłam sobie, że bycie introwertyczką nie jest skazą charakteru. My wszyscy, wybrawszy się na wakacje lub we wspólną podróż, potrzebujemy najpierw krótkiej chwili odpoczynku w swoim pokoju. Potem wysyłamy sobie esemesy i idziemy się zameldować w hotelu. Sprawa się komplikuje, kiedy czyjaś praca wymaga nieustannego przemieszczania się oraz wchodzenia w interakcje z wciąż nowymi ludźmi, nowymi miastami, nową publicznością. W tym zawodzie człowiek napotyka całe mnóstwo osób i czuje się chujowo, jeśli nie poświęci odrobiny energii na krótką rozmowę z każdym taksówkarzem, recepcjonistą hotelowym, organizatorem, członkiem ekipy technicznej, osobą z publiczności, kelnerem i tak dalej. I naprawdę mam tu na myśli „wydatkowanie energii”. A energia się kiedyś kończy, trzeba ją uzupełniać. Doładowywać się, cholera. To nie tak, żebym nie szanowała tych wszystkich ciężko pracujących ludzi (nawiasem mówiąc, sama też wykonywałam te zawody, ponieważ uprawiałam w życiu każdą profesję z wyjątkiem bycia doulą. Więcej na ten temat później). Wiem, że mają dobre intencje, i wiem, że na świecie istnieje mnóstwo osób, które – w odróżnieniu ode mnie – pragną opowiedzieć taksówkarzom o każdym szczególe swojej podróży lotniczej (zawsze udanej) i o pogodzie w Nowym Jorku (zimno czy gorąco – a kogo to, kurwa, obchodzi?). Ile kluczy do pokoju w naszym hotelu pani potrzebuje? (Sto dziewięć, cholera). Ja po prostu nie należę do takich ludzi i nie zamierzam marnować czyjegoś czasu i czyjejś energii (ani też swoich) na bezmyślne pogaduchy. Za każdym razem, gdy biorę taksówkę z lotniska, kierowca pyta mnie, po co przyjechałam i czym się zawodowo zajmuję. Kiedy byłam jeszcze początkująca, zwykłam udzielać bezpośrednich odpowiedzi. Dopiero potem poszłam po rozum do głowy, ponieważ zawsze słyszałam takie same zdania:

Ach, pani jest satyryczką?

Czy ja już pani gdzieś nie widziałem?

Jesteś na YouTubie?

O, mój kuzyn też jest komikiem. Nosi pseudonim Rudy Kutafon. Zna go pani? To proszę poszukać w Google’u.

Wiesz, kto jest naprawdę zabawny? Jeff Dunham.

Powinna pani zrobić jakiś show o taksówkarzach.

Och, mogę ci dostarczyć sporo zabawnego materiału na występy.

Nie grałaś przypadkiem w takim jednym filmie?

Nie? Na pewno?

Nie przepadam za kobietami satyrykami.

To ostatnie szczególnie działa mi na nerwy. Raczej nie słychać, żeby ktoś rzucił sobie tak lekko: „Nie przepadam za czarnymi”. Uważam, że tego typu wypowiedź jest obraźliwa dla kobiety parającej się komedią. Niech zgadnę: zapewne większość z was widziała w życiu tylko jedną aktorkę kabaretową, i to jeszcze w latach osiemdziesiątych. Zgadza się? Nie mam wątpliwości, kurna, że się wam cholernie podobała.

Aby więc uniknąć tego typu konwersacji, przez pewien czas odpowiadałam taksówkarzom, że jestem nauczycielką w szkole. Mimo to nadal zadawali mi związane z tym pytania. Przyjęłam więc następującą wersję: „Żeby mieć na chleb, zajmuję się opowiadaniem różnych historii”. Brzmiało to tak niedorzecznie, że taksówkarze milkli i rozmowa się kończyła.

Potrafię wystać na scenie całą noc i opowiadać tysiącom nieznanych mi osób o najdelikatniejszych, bardzo osobistych sprawach – na przykład o uczuciach względem ostatniego faceta, który we mnie był, albo o tym, że gdy się upiję, wpieprzam wszystko jak ten żarłok z filmu Siedem. Ale na imprezach lub innych spotkaniach nie idzie mi już tak dobrze, bo tam odnoszę wrażenie, że jestem zobligowana do bycia bardziej towarzyską. Zazwyczaj znajduję sobie jakiś kącik, w którym się kryję, i natychmiast zaczynam roztaczać w nim aurę grozy, niczym dziewczynka z The Ring, w nadziei, że nikt tu nie przyjdzie, aby ze mną gadać. Zdarza się jednak, że we właściwym miejscu i o właściwym czasie potrafię być całkiem sympatyczna. Kiedyś na przykład zamieniłam kilka miłych zdań z nagimi starszymi kobietami w przebieralni na siłowni. Daję radę, nawet gdy one suszą sobie włosy na szary busz po przejściu tornada.

Nic więc dziwnego, że czasem wolę media społecznościowe od interakcji z żywym człowiekiem. Zapewne jest to także przejaw postawy introwertycznej. Po prostu media społecznościowe są wydajniejsze: mam na przykład na myśli randkowanie w sieci. Wszystko załatwia się tam szybko i bezboleśnie, a kiedy człowiek się orientuje, że ten ktoś po drugiej stronie jest stuknięty albo mało zabawny, można natychmiast zerwać kontakty. Już same zdjęcia, jakie dana osoba decyduje się wstawić na Instagramie, pozwalają nam zaoszczędzić mnóstwo czasu. Zakończyłam kiedyś potencjalnie romantyczną znajomość, ponieważ koleś zamieścił fotkę z pogrzebu psa swojego kumpla. Dosłownie: zwłoki zwierzęcia uroczyście chowano do grobu w worku na śmieci. Facet opatrzył zdjęcie komentarzem, że miał zaszczyt w tym uczestniczyć. A to nawet nie był jego pies!

Moim zdaniem to, co się wrzuca na Instagram, powinno być bardziej uczłowieczone i sensowniejsze. Nie żeby pogrzeb psa nie spełniał tych kryteriów. Po prostu tamten post unaocznił mi z całą jasnością, że facet potrzebuje w życiu smutku i lubi uczestniczyć w dramatach. Wtedy czuje się ważny. Ja sama najchętniej wrzucam zdjęcia siostry, jak zbiera kupy swojego czworonoga podczas spaceru, całe ich stosy. No bo dlaczego nie pokazywać siebie i nie mówić o sobie prawdy? Kiedy po raz pierwszy zainteresowali się mną paparazzi, zostałam przez nich uwieczniona, jak uprawiam na Hawajach SUP, czyli wiosłowanie na desce w pozycji stojącej. Nie rozpoznałam siebie na tych zdjęciach. Zobaczyłam je w różnych czasopismach i pomyślałam: Och, super, Alfred Hitchcock ożył i uwielbia teraz sporty wodne. Ale nie, niestety, to byłam ja. Przyjaciółka powiedziała mi, że fotki są w necie, jednak zrobiła to w taki sposób, jakby oboje moi rodzice zginęli właśnie w pożarze. A ja dumnie – i natychmiast – zaprezentowałam najbrzydsze z rzeczonych zdjęć na Instagramie, bo uznałam, że jest przekomiczne. W tej książce często będę śmiać się z siebie, bo czuję się spoko, zdrowa, silna i całkiem ponętna. Nawet jeśli nie jestem najostrzejszą laską na sali, już raczej jak trzeci pod względem seksowności barman w lokalu Dave & Buster’s w Cincinnati. Innym razem jakiś paparazzo sfotografował mnie, gdy oddawałam się tak nieprzystojnej czynności jak spożywanie kanapki – przy czym od razu zamieściłam sprostowanie dotyczące gatunku mięsa w kanapce (oni twierdzili, że jadłam zwykłą szynkę, ale to było prosciutto).

Z drugiej strony wszyscy znamy mężczyzn i kobiety (zarówno celebrytów, jak i zwykłych ludzi), którzy publikują w sieci wyłącznie fotki swoich niesamowitych kaloryferów i innych mięśni bądź też zdjęcia, na których zupełnie przypadkiem wyglądają wprost cudownie, znane jako #skromnoszpan (ten wyśmienity termin ukuł @twittels – niech spoczywa w pokoju). Nie, nie chcę mieć z nimi do czynienia, przekażcie im to. W ogóle nie chcę znać kogoś, kto jest tak doskonały i nie ma pojęcia o prawdziwych życiowych problemach. Media społecznościowe są znakomitym narzędziem zarówno dla introwertyków, jak i ludzi przyzwoitych, ponieważ skracają czas między wrażeniem, że ktoś jest super, a uświadomieniem sobie, iż jest dokładnie odwrotnie. Nie wiem, jak introwertycy mogli kiedyś przetrwać bez Internetu. Ani jak mogą przetrwać z Internetem. Właściwie to nie mam pojęcia, jakim cudem nadal żyjemy. To przecież niemożliwe.

Wiedząc, że jest się introwertykiem, można lepiej zarządzać tą cechą osobowości, a nawet zacząć postrzegać ją jako coś pozytywnego. Znany jest przecież fakt, że wielu dyrektorów i prezesów dużych firm to introwertycy. Również dla mnie stanowisko kierownicze jest czymś bardzo dogodnym, niezależnie od tego, nad czym akurat pracuję. Otaczam się mądrymi, utalentowanymi ludźmi, pozwalam im wykonywać swoją robotę, wysłuchuję pomysłów oraz rozpoznaję ich najmocniejsze strony po to, by na drodze współpracy otrzymać optymalny produkt końcowy. Jeśli chodzi o moje występy stand-upowe, sama jestem autorką wszystkich dowcipów, lecz całość kreacji scenicznej zawdzięczam współpracy z grupką zabawnych osób, które działają razem, choć osobno. Oto mój ulubiony sposób realizowania zadań.

Nie może więc dziwić fakt, że wielu scenarzystów jest introwertykami. Bardzo chętnie wspólnie przygotowują moje programy w telewizji, pracując ramię w ramię, tyle że krótkimi zrywami, po czym jeden po drugim zaszywają się w twórczych, introwertycznych kokonach, by doprowadzić sprawę do końca. Większość z nas to jaskiniowcy, zdolni socjalizować się tylko przez określony czas. Jeśli chodzi o scenarzystów, nasz typowy plan dnia wygląda mniej więcej tak:

Południe:    W biurze pojawia się personel.

12.15:    Grupa zamawia lunch. Wszyscy chcemy zupę, ale jej dostarczenie zajęłoby aż dwie godziny, więc bierzemy coś w Bareburgerze. Kyle Dunnigan zawsze zamawia najdłużej, ponieważ jego burger musi być wolny od glutenu i produktów mlekopochodnych, przy czym Kyle pragnie nas o tym informować za każdym razem. (W tym roku wyrzekł się wolności od wspomnianych wyżej składników pokarmowych, po czym rzucił pracę, czym wprawił nas wszystkich w ogromną wściekłość, że przez tak długi czas musieliśmy wysłuchiwać jego ględzenia).

12.16–12.59:    Personel dyskutuje o lunchu i lamentuje, ileż można czekać na zamówienie.

13.00–13.15:    Konsumujemy lunch i rozmawiamy o Kawalerze do wzięcia.

13.15–13.30:    Co chwila przerwy na toaletę. Kurt Metzger opowiada o jakiejś stukniętej dziewczynie, której robił minetkę.

13.30–14.00:    Dyskusja o różnych pomysłach scenicznych, gównianie gadki o ludziach, wspólne oglądanie filmików na YouTubie.

14.00–15.00:    Dyskusja o tym, co powinniśmy przekąsić. Siusiam setny raz.

15.00–16.00:    Ubarwiamy scenariusze.

16.00–19.00:    Każdy idzie i pisze w bezpiecznym zaciszu własnego domu.

Przebywając dłuższy czas w towarzystwie innych osób, trudno jest być kreatywnym. Nie mam pojęcia, jak to wszystko udaje się scenarzystom nocnych programów – cały dzień są przecież razem, produkując szeregi żarcików i skeczów. Ja sama mam szczęście dysponować rzeszą ludzi, którzy pozwalają sobie wzajemnie robić to, co do nich należy. Największe uznanie budzi we mnie proces wspólnego pisania w samotności. Często siadamy z moją siostrą, Kim, na kanapie i w milczeniu rozpisujemy tę samą scenkę – co trwa nie tyle całe godziny, ile dni. Czasem wymienimy ze dwa zdania, ale wyłącznie o jedzeniu.

Podsumowując, chciałabym złożyć hołd tajnej broni introwertyków – jednemu z naszych najwspanialszych mechanizmów przystosowania, który pozwala nam radzić sobie w sytuacjach towarzyskich. Tak zwane irlandzkie pożegnanie to coś, co na przestrzeni lat wydatnie udoskonaliłam. Niech Irlandczycy się nie obrażają za ten termin. Jesteście przecież geniuszami, jeśli chodzi o pomysły na zwijanie się z dowolnego miejsca bez żadnych tłumaczeń. Nawet gdy jestem pijana, potrafię wymknąć się z dowolnej imprezy, bardzo subtelnie, jak ninja, i bez ostrzeżenia – klasyczne zachowanie introwertyka, do którego często się uciekam. Jestem niczym Omar Little z Prawa ulicy. Niemal. „Amy, nie zauważyłem, jak wczoraj wychodziłaś… Chyba się nie pożegnałaś!” Pewnie, że nie, słodki tyłeczku. Gdybym się z tobą pożegnała, to tylko przez absolutny przypadek, bo akurat stałeś sobie w drzwiach, a ja próbowałam się przez nie przebić.

Żałuję, że nie mogę się po irlandzku wymigać z tego rozdziału, bo jak zwykle wykańcza mnie tak długie pisanie o sobie. Lecz zanim oleję was całkowicie i profesjonalnie, pragnę przypomnieć, że żadnej książki nie należy oceniać po okładce, zwłaszcza głośno, w sposób nietaktowny, niefrasobliwy i typowy dla blondynek. (Z wyjątkiem może tej konkretnej publikacji, gdyż jej okładka jest bardzo fajna, środek również). Wprawdzie mój zawód wymaga ode mnie, abym umiała śmiać się z siebie do mikrofonu tudzież obnosić się z sercem na dłoni, jednak nie znaczy to, że nie jestem introwertyczką. Wierzcie lub nie, lecz tak samo ja wy posiadam skomplikowane życie wewnętrzne i lubię bywać sama. Jest mi to potrzebne. I nigdy nie czułam się szczęśliwsza niż wtedy, gdy wreszcie uświadomiłam sobie tę prawdę. Jeśli wy też jesteście introwertyczni (a zwłaszcza introwertyczne), jeśli jesteście osobami, od których powszechnie oczekuje się ogromnego wydatkowania energii na rzecz wszystkich pozostałych, zachęcam was, byście zawsze znaleźli chwilę dla siebie.

Nie bójcie się szukać wymówek. Doładowujcie baterie tak długo, jak trzeba. Oprzyjcie się o jakieś drzewo i odpoczywajcie od innych niedźwiedzi. Ja też tam gdzieś będę, ale obiecuję, że nie zakłócę wam ciszy.

O byciu nowobogackim

Termin „nuworysz” to eleganckie określenie człowieka zamożnego, który doszedł do wszystkiego własnym wysiłkiem. Który nie odziedziczył majątku po pradziadku. Sam na niego zapracował. Albo kupił los na loterię i wygrał uczciwie. Ja jednak wolę słowo „nowobogacki”, ponieważ komunikuje ono: „Tak, pochodzę z biedoty i godzę się z tym!”.

Jestem nowobogacka.

Sądzę, że mam szczęście, iż mieszkam w Ameryce – tu, gdzie ludzie traktują kogoś takiego jak ja (prostaczkę) jako osobę z rodowodem sięgającym samego Benjamina Franklina, przez którą przepływają studolarówki. W Anglii dorobkiewicze nie wzbudzają aż takiego entuzjazmu, uważa się ich za ordynarnych. Natomiast w Ameryce nowobogaccy są celebrowani znacznie bardziej niż „starobogaccy”, ponieważ doszli do czegoś sami, w taki czy inny sposób. Świeżo zarobioną forsę wydajemy na głupoty, na przykład zabiegi w spa, podczas których węgorze oskubują nam z palców u nóg martwy naskórek, bądź też na tłuszcz z małych fok, który każemy sobie wstrzykiwać w dupę, byśmy wyglądali młodziej (mnóstwo flory i fauny morskiej ginie z tego powodu). Ludzie nam przyklaskują. Śmiało, załóż jakąś fundację charytatywną, oddaj trochę tej forsy, a nikogo w Stanach nie będzie obchodzić, jak ją zarobiłeś. Znany koszykarz zmajstrował ci dziecko, a ty wycisnęłaś z niego, ile się dało? Super, będziesz mieć własny program w telewizji. Nagrałaś filmik porno z jakimś drugorzędnym raperem? Oto klucz do korporacji wartej miliard dolarów. Albo jak w moim wypadku: „Hej, to ty opowiadasz kawały o fiutach pijanym gostkom siedzącym w dusznych salkach lokali o nazwach Zrywać Boki czy Bananowy Hamak? Może chciałabyś zagrać w filmie?!”.

Uświadomiłam sobie, że praktycznie rzecz biorąc, pod kategorię nowobogackiej podpadam już drugi raz. Gdy byłam dzieckiem, rodzice wiedli absolutnie typowe życie nuworyszy… aż do chwili, gdy tuż przed moim wejściem we wrażliwy okres nastoletni ześliznęli się do klasy (i stylu życia) ludzi bez forsy. Ale wyprzedzam fakty.

Urodziłam się jako pół-Żydówka (rzecz bardzo cenna) w szpitalu Lenox Hill na Upper East Side na Manhattanie, po czym limuzyną odwieziono mnie pięć przecznic dalej, do naszego ogromnego, dwupoziomowego apartamentu. Pomysł taty. Mówiąc wprost, rodzice byli bogaci. Tarzali się w pieniądzach. To znaczy takie odnosiłam wrażenie. Wystarczył impuls, a wsiadali do prywatnego odrzutowca i lecieli na Bahamy. Sądzili, że takie życie w obłokach będzie trwało bez końca. Ale nie trwało.

Tata był właścicielem firmy pod nazwą Lewis of London specjalizującej się w meblach dla dzieci, która importowała łóżeczka i tym podobne produkty z Włoch. Nie pamiętam, dlaczego akurat tak się nazywała, ale jeśli chodziło mu o eleganckie miano dla firmy, które właśnie dla nowobogackich brzmiałoby dostatecznie prestiżowo i międzynarodowo, to trafił w dziesiątkę. W tamtych czasach tata nie miał konkurencji, nikt inny nie sprzedawał wysokiej jakości zagranicznych mebli dla małych dzieci, dlatego młodzi i bogaci rodzice zamieszkujący Manhattan dobijali się do jego sklepu, gdzie mogli sobie wybrać dla swoich pociech najszykowniejsze klatki, jakie tylko dało się nabyć za pieniądze.

Dzieciństwo miałam pod paroma względami ekstrawaganckie, typowe dla bogaczy. Gdy skończyłam pięć lat, wyprowadziliśmy się z miasta na sympatyczne przedmieścia Long Island, gdzie raz w tygodniu jadaliśmy homary, a na niedzielne śniadanie – wędzoną rybę. „Nie ma co żydzić!”, jak to wtedy mówiliśmy. W „dzień homarowy” mama przynosiła żywe jeszcze stworzenia ze sklepu spożywczego i kładła je na podłodze w kuchni, abyśmy – mój brat, moja siostra i ja – mogli się nimi pobawić. Wtedy wydawało mi się to świetnym zajęciem (zanim wrzucało się te smakowite skorupiaki do wrzątku), ale spoglądając na to z dzisiejszej perspektywy, wiem, że igraliśmy z naszym pokarmem mniej więcej tak, jak Mała Syrenka z krabem Sebastianem – a to już jest całkiem niefajne. Dlaczego rodzice nie sprawili nam normalnych złotych rybek? Wszystkie inne dzieciaki jeździły sobie na rowerach i ganiały po dworze, a my organizowaliśmy walki homarów, jakby to byli jacyś gladiatorzy. Chore. W każdym razie jeśli chodzi o wspomnienia z dzieciństwa w zamożnym domu, to najdokładniej pamiętam jedzenie. Jak się nad tym głębiej zastanowić, okaże się, że z większości wydarzeń lub istotnych chwil w moim życiu zostało mi głównie to – czyli potrawy, które wtedy jadłam. Parę lat temu, nim zaczęłam zarabiać „prawdziwe” pieniądze, spytałam Judda Apatowa, czy fajnie jest być bogatym. Wytłumaczył mi, że kiedy człowiek staje się zamożny, odkrywa, iż wszystkie dobre rzeczy w życiu są za darmo. Możesz kupić sobie dom, stać cię na najlepsze sushi i na płyty CD, ale to właściwie tyle. Mimo to – jak dla kogoś, kto długo pracował jako kelner przy stole życia i wyjadał resztki z talerzy innych w drodze do kuchni – informacja o wybornym sushi zabrzmiała w mych uszach całkiem atrakcyjnie.

W każdym razie firma Lewis of London panowała na rynku niepodzielnie… do czasu, aż inne sklepy zaczęły sprzedawać importowane z Europy meble dla dzieci, a wówczas moi rodzice popadli w ruinę. Stało się to, nawiasem mówiąc, równocześnie z wykryciem u ojca początków stwardnienia rozsianego. Świetny timing, o Wszechświecie!!! Nie pamiętam już, jakie to uczucie, kiedy się wszystko traci, ale pamiętam facetów, którzy przyszli zabrać samochód taty. Miałam wtedy dziesięć lat. Patrzyłam, jak ojciec stoi na podjeździe z pustym wyrazem twarzy, a jego wóz znika, odholowany. Mama twierdzi, że nic nie wiedziała o naszej sytuacji finansowej, ale gdyby to był odcinek pod tytułem Jak roztrwonić wielką gotówkę w programie dokumentalnym MTV True Life, to pewnie padłyby w nim słowa: „Wywaliła miliony męża na futra i domy”. Gdyby natomiast był to film emitowany na kanale Lifetime, usłyszelibyśmy komentarz: „Była tylko ofiarą, a jej życie w ułamku sekundy zmieniło się dramatycznie”. Nie wiem, które z tych dwóch zdań jest prawdziwe. Pewnie żadne. Wiem natomiast, że mama nie chciała opuścić domu – jakby negowanie rzeczywistości było jakimś wyjściem – kiedy ci sami faceci przyszli po jej czarny kabriolet marki Porsche.

Co do mnie, poczucia straty nie miałam, choć zauważyłam zmianę, jeśli chodzi o przyjęcia urodzinowe. Chyba właśnie wtedy zdałam sobie sprawę z finansowego położenia naszej rodziny. Kiedy skończyłam dziewięć lat (wciąż jeszcze mieliśmy pieniądze), rodzice urządzili dla mnie „wiejskie party” w naszym pięknym domu przy Surrey Lane, cichej ulicy w Rockville Centre. Z samego rana w garażu ktoś umieścił pudełko z wywierconymi otworami. Podniosłam pokrywkę i ujrzałam stadko wpatrzonych we mnie kaczuszek. Pomyślałam, że umarłam i znajduję się w niebie. Pamiętam, że w głębi serca wierzyłam, iż to właśnie ja jestem małą bohaterką książki Pajęczyna Charlotty. Tak bardzo kochałam te małe stworzonka, że mogłabym tam spędzić cały dzień, głaszcząc je, i umrzeć szczęśliwa.

Ponieważ stać nas było na cały ten kram, wiele godzin – w trybie zmianowym – prawdziwi farmerzy zwozili do naszego domu prawdziwe zwierzęta z prawdziwej wsi. Dawać te osiołki! Pojawiły się kozy i kurczęta, i kucyk. Jeśli słowa te czyta teraz jakiś dzieciak ze stanu Iowa, pewnie myśli sobie w duchu: „Wielkie mi rzeczy”. Parę zwierzaków w obejściu to przecież normalka. Ale wierzcie mi, jeśli ktoś wychowuje się w Nowym Jorku i nagle widzi krowę na swoim podjeździe, czuje się wielki i bogaty – i na rok zostaje najpopularniejszym uczniem w szkole. Wszyscy moi ówcześni przyjaciele przebrali się w ogrodniczki i zaczęli zabawę w stogu siana – po prostu ocipieli. Ohyda, jeśli się to widzi i rozumie, w czym rzecz: oto banda bogatych małolatów, którym się wydaje, że udawanie biednych wiejskich dzieci to najlepsza w świecie rozrywka. Byłam kiedyś na imprezie urodzinowej, gdzie toczyła się bitwa na jedzenie. Wyobrażacie sobie te głodujące maluchy w Syrii, gdyby widziały takie marnotrawstwo pożywienia? Ciarki człowieka przechodzą.

Bez obaw, los odpłacił mi pięknym za nadobne wkrótce potem. Rodzice tracili pieniądze, a nasze życie stawało się coraz mniej komfortowe. Nadszedł czas przeprowadzek do coraz skromniejszych domów, aż wreszcie mieliśmy wrażenie, że gnieździmy się wszyscy na jednej kupie – i nie mam tu na myśli takiej fajnej kupy, jak w książce Tam, gdzie żyją dzikie stwory. Raczej smutną, biedną gromadkę, niczym w domu dziadków z Charliego i Fabryki Czekolady. („Amy, może byś nawiązała czasem do jakiejś pozycji dla dorosłych?”. Nie!) Tuż przed moimi studiami i wyjazdem do college’u mama znalazła nam mieszkanie w suterenie, gdzie moja siostra, cztery lata młodsza ode mnie, dostała osobny pokój, a ja musiałam spać w łóżku z rodzicielką. (Szybka rada: Jak jesteście napruci w trąbę, nigdy nie dawajcie dyla z taryfy, nie zapłaciwszy za kurs, i nie chowajcie się na golasa do łóżka, w którym śpi wasza matka. Bo taksiarz pójdzie za wami do domu i zapuka do drzwi, a wtedy wasza rodzicielka będzie musiała go przepraszać i zapłacić mu za usługę, kiedy wy leżycie pod kołdrą, chichracie się i czujecie, jak wszystko wokół wiruje… Koleżanka mi opowiadała taką historię).

Szczerze mówiąc, nigdy nie czułam się biedna, nawet wtedy, gdy rzeczywiście tacy byliśmy. Zawsze miałam tyle pieniędzy, aby wystarczyło na lunch i wycieczkę klasową. Niczego mi nigdy nie brakowało. Od czasu do czasu bywaliśmy na przedstawieniach na Broadwayu albo jechaliśmy samochodem do miejsc, gdzie rosły jakieś drzewa i znajdowały się jeziora i stawy albo trochę większa kałuża (gdy już zrobiło się naprawdę źle). Żyliśmy sobie ponad stan, nie tak jak bohaterki serialu Bogate życie wNew Jersey. Raczej na poziomie personelu którejś z restauracji należących do Lisy Vanderpump, jednej z aktorek wspomnianego tasiemca. (Tak, przemawiam tylko metaforami zaczerpniętymi z Bravo – Bogu niech będą dzięki za ten talk-show i za Andy’ego Cohena). Na szczęście wszystkie moje ówczesne koleżanki ubierały się fatalnie i nie wykazywały zainteresowania designerskimi ciuchami ani innymi sprawami materialnymi. Nigdy nie nosiłam żadnej biżuterii (i nie potrafiłam poprawnie zapisać tego słowa, przynajmniej za pierwszym podejściem) ani czegokolwiek ze znanych marek. Koleżanki to wszystko obchodziło troszkę bardziej niż mnie, ale i tak nie dawało się tego szczególnie zauważyć. Koszulki kupowałyśmy w sklepach sieci Bebe, choć stać nas było tylko na T-shirty z nazwą „Bebe”, które znajdowały się w ciągłej sprzedaży – zapewne nie bez powodu.

Jeździłam gównianym samochodem, ale przynajmniej miałam własny wóz. Twizzie, bardzo wyeksploatowane kombi, śmierdział wprawdzie chlewem, lecz stać go było jeszcze na wiele. Uwielbiałam kręcić nim kółka i palić gumę. Odwoziłam ze szkoły do domu tylu chętnych, ilu się tylko zmieściło. Wrzeszczałam: „Zabieramy na pakę!” (to jest chyba kwestia z filmu Głupi i głupszy) i zataczałam rundki po całym parkingu. Gdy Twizzie osiągał prędkość prawie trzydziestu mil na godzinę, siedzący w nim ludzie odnosili takie wrażenie, jakby trzymali w rękach hantle do ćwiczeń. Ale mimo wszystko to był przecież samochód! Nie uważałam się wtedy za osobę o niskich dochodach. Pamiętam, że moja sukienka na szkolny bal absolwentów podobała mi się tak bardzo, że założyłam ją dwukrotnie – raz, kiedy poszłam na bal rocznika niżej, i drugi raz na swoje zakończenie szkoły. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek domagała się czegoś, na co nie mogłam sobie pozwolić. Czułam, że mam w życiu wielkiego farta.

Dopiero w college’u zaczęłam dostrzegać, że aby poradzić sobie finansowo, muszę pracować troszeczkę ciężej niż przeciętna studentka. Korzystałam ze stołówki, podkradałam jedzenie z klubu studenckiego, a w razie konieczności naciągałam facetów na drinki. Nie było to łatwe, bo na pierwszym roku wyglądałam jak blond Babadook. Ale dostałam pracę: miałam na college’u prowadzić zajęcia z fitnessu, co stało się głównym legalnym źródłem moich dochodów. (Poza tym sprzedawałam trochę trawki, kradłam też w sklepach spożywczych… Oj, ciiiii. Niech to nie wyjdzie poza tę książkę). W każdym razie okazałam się najgorszą handlarką narkotyków w historii. Saszetki szybko mi się kończyły, dlatego musiałam wykorzystywać worki na śmieci marki Hefty, nawet do pakowania drobniutkiej ilości zioła. Dodawałam do tego jakiś prezent, na przykład pieczonego ziemniaka czy cokolwiek, co walało mi się po pokoju. W każde wakacje, gdy przyjeżdżałam z college’u, razem z siostrą robiłyśmy za barmanki w jedynym lokalu w Long Beach, podając piwo, wino i jedzenie i nieomal przypłacając to piekło życiem. Harowałyśmy po szesnaście godzin na dobę, do domu wracałyśmy okryte dziesięcioma warstwami oparów z płyt smażalniczych. Stopy miałyśmy spuchnięte, a fartuszki wypchane dolarami. Pieniądze z napiwków wysypywałyśmy na łóżko i je przeliczałyśmy. Niekiedy było tego aż pięćset baksów, uważałyśmy się wtedy za królowe życia. Zasypiałyśmy z uśmiechem na ustach, aby zbudzić się o ósmej rano i znów cały dzień robić to samo, co dnia poprzedniego.

Po ukończeniu college’u byłam B do E do Z do G do R do O do S do Z o A, bez grosza, bez grosza. Tak jak Vanilla Ice, zanim zaczął występować w Home and Garden TV. Pracując jako kelnerka, mogłam zarobić wyłącznie na czynsz. Moje codziennie śniadania, obiady i kolacje opierały się na tanich pierożkach i niczym więcej . Były też moją przekąską i brunchem. Mieszkałam w kawalerce rozmiarów szafy, z aneksem kuchennym i z sublokatorką wziętą z ogłoszenia. Pewnego razu kilku kolegów satyryków wybierało się razem na sushi, a ja nie mogłam z nimi pójść, ponieważ tego wieczoru wydałam ostatnie dolary, aby zapłacić za swoje pięć minut na scenie (bardzo opłacalna inwestycja, ponieważ przed siedmioosobową, malkontencką publicznością poległam na całej linii). Sushi w Nowym Jorku kosztuje więcej niż krwawy diament, dlatego nie wchodziło to w grę. Wówczas jedna z koleżanek, Lorie S., postawiła mi potrawę o nazwie California roll. Byłam jej ogromnie wdzięczna, a jednocześnie zawstydzona, że musiała to dla mnie zrobić.

Wzięłam się w garść i wkrótce przestałam płacić za możliwość występu na imprezach typu open mike – otwarty mikrofon. Przestałam też wracać do domu głodna, natomiast zaczęłam zarabiać po kilkaset dolarów za weekendowe stand-upy. Później, czyli około czterech lat temu, suma ta podskoczyła do kilku tysięcy za weekend. Pierwszy czek na bardzo wysoką kwotę otrzymałam za występ w jakimś college’u – zapłacono mi osiemset dolarów za jedną godzinę. Biegałam po swoim mieszkanku, piszcząc z radości.

Zarobiwszy pierwszą w życiu poważną forsę podczas trasy Last Comic Standing, zabrałam Kim do Europy. Nie musiałyśmy sypiać na jednej pryczy w jakimś brudnym schronisku młodzieżowym. Stać nas było na pokoje w prawdziwych hotelach, z osobnymi łazienkami i tak dalej. Nie były może wytworne, ale czułyśmy się w nich jak córki Rockefellerów. Albo – jeśli należycie do pokolenia Y – jak dyrektorki generalne wytwórni Roc-A-Fella Records.

Rzecz w tym, że zarówno starobogaccy (Rockefellerowie), jak i nowobogaccy (Roc-A-Fellowie) mają ze sobą coś wspólnego: F-O-R-S-Ę. Wisi mi, czy ci pierwsi patrzą na mnie z góry dlatego, że jestem nuworyszką, czy nie. Chętnie stuknę się z którymś z nich kieliszkiem, siedząc sobie elegancko w samolocie. Cóż za niezwykły przywilej móc latać w klasie biznes. Wcale nie uważam, że jest to coś w życiu oczywistego. Wciąż pamiętam swój pierwszy raz, kiedy weszłam na pokład prywatnego odrzutowca. Pierwszy raz, jeśli chodzi o kwestie związane z posiadaniem dużych pieniędzy, jest zawsze najlepszy. Występowałam wówczas w przedstawieniu, którego główną atrakcją byli Louis CK, Sarah Silverman oraz Aziz-Który-Nie-Potrzebuje-Nazwiska. Odbywało się ono w Connecticut, nie miałam więc daleko, ale gdy Louis spytał, czy przydałby mi się transport na miejsce, odpowiedziałam: „No, kurwa, pewnie!”. Ludzie bogaci mają poczucie winy, że obnoszą się ze swoją forsą przed tymi, którzy jej nie mają, i nie chcą nigdy powiedzieć czegoś, przez co by ich znielubiano. Louis nie rzekł na przykład: „Amy, nie chciałabyś się przelecieć prywatnym odrzutowcem, moją własnością? Wystarczy zaledwie dwadzieścia minut, żeby cię odstawić do domu”. Nie. Zapytał tylko: „Potrzebujesz transportu?”, jakbyśmy grali w starym filmie, a ja była smutną damą, która czeka na tramwaj w deszczową noc.

To okropne, jak cudownie jest latać prywatnym samolotem. Po prostu ohydna. Zachęcam, żebyście potraktowali ten akapit jako nieobowiązkowy i przeskoczyli do następnego, to może wtedy nie znienawidzicie zarówno mnie, jak i swojego życia. Bo gdy człowiek lata prywatnym odrzutowcem, samochód dowozi go bezpośrednio na pas startowy, o wyznaczonej godzinie tuż przed odlotem. Jeśli planujesz wystartować o dwudziestej pierwszej, wysiadasz z auta o dwudziestej pięćdziesiąt pięć! Żadnego stania w zatłoczonym terminalu („terminal” to odpowiednie słowo, bo kojarzy się z czymś terminalnym, czyli bliskim śmierci), żadnych fluorescencyjnych świetlówek na lotnisku, długich kolejek do toalety, żadnego czekania na kontrolę bezpieczeństwa wraz z innymi zniecierpliwionymi ludźmi, którzy nieomal się spóźnili na lot. Brak niekończących się ogonków do automatów, żeby wybulić dziesięć dolców za wodę i gumę do żucia, która ci nawet nie smakuje, ponieważ nie ma tej ulubionej. Po prostu wysiadasz z auta i wchodzisz sobie do samolotu, a po mniej więcej kwadransie jesteś w powietrzu. W miejscu docelowym czeka już inny samochód, dokładnie tam, gdzie wysiadasz z odrzutowca. Podają ci twój bagaż i idziesz sobie, zadowolony, w swoją, kurna, stronę. Latałam paroma samolotami, które były ekskluzywnie hiperhip-hopowe, i paroma takimi, które wydawały się stare i brudne. Ale to bez znaczenia. Jesteś na pokładzie sam!!! Chcę powiedzieć, że wtedy masz poczucie, że ci się cholernie przyfarciło, skoro wolno ci postawić stopę na pokładzie prywatnego odrzutowca. Ja doceniałam każdą sekundę. Tak jak każdy nowobogacki powinien.

Zatrzymuję się tylko w lepszych hotelach, zamiast z taksówek korzystam z usług Ubera… nawet w porach maksymalnych cen. Stać mnie na drogie dania, kiedy tylko zechcę, i nie rezygnuję z nich. Robię to dla siebie. Nie będę wam ściemniać: to fantastyczne uczucie wiedzieć, że mogę posłać swoją bratanicę do dowolnej szkoły, jaką ona sobie wybierze, bo w wieku dwóch lat jest już geniuszem i za same stopnie w przyszłej szkole otrzyma stypendium. Może także stypendium sportowe, kiedy zostanie siatkarką w najlepszej drużynie ligi międzyuczelnianej. Kojącą jest myśl, że stać mnie na to, aby opłacić pobyt mojego taty w lepszym ośrodku i zapewnić mu najlepszych w Ameryce speców od stwardnienia rozsianego. Jednocześnie wiem, że brzmi to bardzo nie fair w stosunku do tych, którzy nie mogą sobie na to wszystko pozwolić. Jestem nowobogacka, ale nie jestem suką. To kłamstwo. Dotychczas nie okłamywałam was w tej książce i teraz też nie chcę tego robić. Jednak jestem suką.

Najlepsze w posiadaniu pieniędzy jest to, że człowiekowi czasem odwala i zaczyna je wydawać na jakieś głupoty. Jeśli któryś z moich przyjaciół ma akurat występ w klubie kabaretowym, czasem płacę za to, żeby wypełniono mu garderobę po sam sufit niedorzeczną liczbą kwiatów, jak na pogrzebie jakiegoś hip-hopowca – wiadomo: wieńce, girlandy, wszystko w ten deseń. Jeden ze scenarzystów naszego programu telewizyjnego popełnił błąd, mówiąc mi, że otrzymał bardzo skromną rolę (występ gościnny) w serialu Figurantka. Oczywiście kazałam dostarczyć do jego przebieralni całe tony róż, aby reszcie obsady opadły szczęki, a on sam poczuł się zażenowany. Stać mnie też było na kupno drogich imitacji skafandrów kosmicznych w sklepie z pamiątkami w Muzeum Historii Naturalnej (dla siebie i siostry). Chodziłyśmy w nich przez cały dzień, jak skończone kretynki, a potem nigdy więcej ich nie założyłyśmy (zobacz sobie zdjęcie pod koniec tego rozdziału, strona 37). Stać mnie na zatrudnienie prywatnego szefa kuchni, który przygotowuje dania dla mnie i dla reszty rodziny, niekoniecznie od święta.