Dziewczyna z ogrodu - Parnaz Faroutan - ebook
lub
Opis

Niezwykły debiut literacki

Trzymająca w napięciu opowieść o pożądaniu, obsesji i władzy, które doprowadzają do upadku zamożnej rodziny perskich Żydów w XX-wiecznym Iranie.

Pomimo wielkiego bogactwa  Aszer – przedstawiciel szanowanej i zamożnej rodziny zamieszkującej irańskie miasto Kermanszah – nie może doczekać się syna, którego pragnie ponad wszystko.

Jego młoda żona, Rachel, musi mierzyć się z surowymi wymaganiami stawianymi kobiecie w społeczeństwie, w którym wartość kobiety ocenia się na podstawie  zdolności do wydawania na świat zdrowych synów.

Zagubiona dziewczyna nie potrafi poradzić sobie z presją otoczenia, która pogłębia się jeszcze bardziej, kiedy okazuje się, że dziecka spodziewa się jej szwagierka. Z czasem w Rachel zaczynają narastać zazdrość i mściwość, które na zawsze ją odmienią.

Wkrótce sfrustrowany Aszer podejmuje fatalną w skutkach decyzję, która zaważy na losach całej rodziny i zatruje duszę Rachel tak, że ta nie cofnie się już przed niczym, aby ocalić swój status.

Ta zainspirowana zdarzeniami z rodziny autorki książka została napisana z perspektywy jedynej żyjącej dziedziczki rodu, Mahboubeh, obecnie starszej kobiety mieszkającej w Los Angeles. Historia, która wyryła się w jej pamięci, to sugestywna, przejmująca, liryczna, a zarazem napełniająca nostalgią opowieść i nieusuwalnym dziedzictwie, kształtującym całe pokolenia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 291


Dla Mahbube i dla moich córek

Prolog

Istnieją dwie wersje historii przybycia naszej rodziny z Teheranu do Kermanszahu. Pierwsza jest taka: pewnego razu, dawno, dawno temu, wasz praprapradziadek pracował na królewskim dworze Fath Ali Szaha1 jako złotnik. Ów król z dynastii Kadżarów2 był tak zadowolony z własnego wizerunku Jego Królewskiej Mości na złotej monecie, stworzonej przez tego żydowskiego rzemieślnika, że dał mu wyłączność na wykonywanie złotych monet w swoim królestwie. I właśnie dlatego dniem i nocą każdy, kto szedł wąskimi uliczkami mahalle3, przechodząc obok sklepu złotnika, słyszał stukanie młoteczka: „czinkczinkczink”. A gdyby zajrzał przez szparę w drzwiach, w słabym świetle zobaczyłby pochylone plecy: to mój praprapradziadek wybijał rysy Jego Królewskiej Mości – moneta za monetą…

Tak się złożyło, że ten Żyd miał niezwykle piękną córkę. Jej włosy – łan złocistej pszenicy, oczy – głęboki błękit. A Jego Królewska Mość Fath Ali Szah już dawno zyskał złą sławę kolekcjonera pięknych dziewcząt. Oficjalnie królewski harem liczył 158 żon – od księżniczek z dynastii Afszarydów4 aż do Zandów5, a wszystkie odznaczały się jedynymi w swoim rodzaju zaletami, które czyniły je godnymi zainteresowania szacha. Mimo takiej liczby żon szach Fath Ali stale zatrudniał swoich najbardziej zaufanych eunuchów, każąc im przetrząsać miasta i wsie w poszukiwaniu kolejnego sogoli6. I oto się musiało zdarzyć, że jeden z eunuchów, wieczorem, kiedy już ciemniało, przechodził obok sklepu złotnika i w złotawym świetle lampy ujrzał nie tylko mężczyznę, pochylonego nad robotą, lecz także przecudną młodą Żydówkę, której włosy płonęły w gorącym świetle zachodu, a cera była przejrzystoróżowa, jak diament Darya-i-Noor7. Eunuch pobiegł z powrotem do pałacu i wszystko opowiedział władcy, który siedział na swoim wysadzanym klejnotami Pawim Tronie i jak zahipnotyzowany słuchał opisu tej młodziutkiej pięknej dziewczyny, po czym podniósł ramię i delikatnym ruchem upierścienionych palców dał chłopcu znak, że ma ją natychmiast sprowadzić do pałacu.

Kiedy wiadomość od szacha dotarła do uszu złotnika, ten odłożył młotek i podniósł wzrok znad roboty: zza sterty gotowych już monet ujrzał twarz eunucha, niecierpliwie czekającego na odpowiedź. To, że młoda dziewczyna zostałaby żoną króla, byłoby niezwykłym zaszczytem dla jej ojca, Żyda, a poza tym przyniosłoby zyski, i finansowe, i osobiste, dla jego rodzinie… Eunuch się uśmiechał i kiwał głową, zadowolony z wyrazu twarzy złotnika, który okazał wdzięczność szachowi za to wyróżnienie. Mężczyzna wymamrotał coś w rodzaju, że życzenie króla jest dla niego rozkazem… Wtedy eunuch się odwrócił i odszedł.

Tej nocy stary złotnik zebrał swój dorobek – garnki, patelnie, ubrania i koce, narzędzia, kociołek, dywany, kozę i koguta, wszystkie te worki i tobołki załadował na starego, smutnego osiołka – i kiedy w ciszy śpiących uliczek słychać było tylko chrapanie nocnego stróża, pomalutku otworzył drzwi domku i wyprowadził na ulicę żonę, synów i piękną córkę, kozę i obładowanego osiołka i w wielkim pośpiechu ruszył w kierunku Bagdadu. Doszli tak aż do miasta Kermanszahu. Kiedy stary człowiek uznał, że już jest dostatecznie daleko od pałacu szacha, wyładował manatki i zbudował nowy dom w żydowskiej mahalle tego miasta.

Tak brzmi oficjalna wersja historii o tym, dlaczego praprapradziadek przeniósł się z Teheranu do Kermanszahu.

Druga wersja jest taka:

Ów żydowski złotnik został mincerzem szacha i wykuwał dla niego monetę za monetą. Aż tu pewnego razu, pod osłoną nocy, nie zwalniając się oficjalnie z pracy dla dworu szacha, opuścił Teheran ze wszystkimi manatkami i przybył do Kermanszahu jako bardzo, ale to bardzo bogaty człowiek.

1 Fath Ali Szah – szach perski z dynastii Kadżarów; panował w latach 1797–1834.

2 Kadżarowie – dynastia panująca w Iranie w latach 1779-1925.

3Mahalle (hebr.) – dzielnica żydowska.

4 Afszarydzi – dynastia panująca w Iranie w latach 1736-1795.

5 Zandowie – dynastia rządząca na terenach Iranu w latach 1750-1794.

6Sogoli (pers.) – ulubieniec, faworyt. Terminem tym określano również najpiękniejszą i najukochańszą z kobiet w haremie.

7 Darya-i-Noor (pers.; czyt. darja-je nur) – „Morze Światła”, jeden z największych diamentów świata (182 karaty).

Jeden

Na obrzeżach miasta Los Angeles, na przedmieściu zabudowanym niewielkimi domkami, które przycupnęły na zboczu suchych, złocistych wzgórz, znajduje się pewien ogród. W upalne letnie wieczory zapach rosnących w nim wiciokrzewów i jaśminów przyprawia wprost o utratę zmysłów. Ogródek przy domu otaczają gliniane donice z kwiatami kosmosu i geranium. Przy tylnym murku rośnie drzewo granatu. Figowiec owocuje pod koniec lata, altana porośnięta winoroślą kryje pomiędzy liśćmi kiście owoców, jesienią gałęzie jabłoni niemal dotykają ziemi, a drzewko pomarańczowe, zalewane słońcem południowej Kalifornii, rodzi przez cały rok. Ziemię okrywają pnącza mięty, nasturcje obsypane są kwiatami.

Ten ogród należy do pewnej starszej kobiety. Nazywa się Mahbube Malakuti. Jej imię oznacza „najukochańsza”, a nazwisko – „przez niebiosa”.

Mahbube dotyka drzew i kwiatów w swoim ogrodzie, brud wnika w jej pomarszczone dłonie. Poklepuje pnie drzew, szepcząc do nich cicho.

– Musicie wiedzieć – zwraca się do nich – że słowo raj, paradise, pochodzi z języka perskiego. Oznacza „przestrzeń wewnątrz zamkniętych murów, miejsce uprawne, odgrodzone od dzikich terenów”.

Rozmawia też z różami. Dotyka ich kolczastych gałązek i mówi:

– Przede wszystkim oczyszczę wam końce łodyżek. – Małym nożykiem nacina łodygę. – A tu wsunę łodyżkę z innej róży.

Obwiązuje sznurkiem oba patyczki i wtyka je do małej doniczki. Podlewa je i spokojnie czeka, aż woda wsiąknie. Wreszcie po długim czasie mówi:

– Wypuścicie korzonki, a kiedy już będziecie je mieć, możecie rosnąć w ziemi w moim ogrodzie.

Jej ogród jest pełen kwitnących róż: żółtych, różowych, o luźnych liściach, o płatkach w czerwono-białe paseczki, o ostrym zapachu i bezzapachowe, na długich łodygach i niskich, krzaczastych. Każdego roku szczepi ich coraz więcej, szukając róży o takiej barwie i zapachu jak ta, którą pamięta z tamtego ogrodu.

Mahbube zna bardzo dużo historii. Te opowieści wylewają się z niej i wypełniają przestrzeń, w której przebywa. Są jak tłum głodnych duchów, błagających, żeby zaistnieć. Czasem zapomina, gdzie w tej chwili jest, o tym, co jej narzuca teraźniejszość, i wślizguje się w swoje opowiadania z przeszłości.

Na przykład na dźwięk klaksonu samochodu na ulicy przed domem powraca myślami do przeszłości – i oto Mahbube, znowu młoda, biegnie przez zatłoczone ulice Teheranu z książkami przytulonymi do piersi, jej obcasy „klik-klak” stukają po chodniku, oczy ma utkwione w koniec przecznicy, w ten zakręt, za którym mieści się szkoła dla dziewcząt, Danesh Sara-je. Wita woźnego, który czeka na zewnątrz, żeby zapewnić swoim podopiecznym bezpieczne przejście. Wchodzi do szkoły, idzie po schodach na górę, a potem po marmurowej posadzce korytarza biegnie do klasy wypełnionej zapachem kredy, drewnianych ławek, szczebiotem dziewcząt, ich śmiechem i rozmowami. Przyszedł nauczyciel. Dziewczęta wstają i witają go chórem: „Salam, Agha Mohebi8”, na co on odpowiada: „Klasa, siadać”, po czym bierze kredę i zaczyna coś pisać na tablicy. Mahbube z pasją zapełnia zeszyt, strona po stronie, a pod koniec roku znowu będzie uznana za najlepszą, najbystrzejszą spośród uczennic. Woźny wywołuje jej nazwisko, słychać brawa…

Nagle słyszy, jak jej sąsiadka woła po angielsku: „Już idę, daj mi jeszcze chwilkę!”.

Mahbube wygląda, jakby nagle zbudziła się ze snu.

Pamięta tamten ogród ze swojego dzieciństwa. Wysoki mur z cegieł oddzielał go od ulic żydowskiej mahalle w Kermanszahuu. Za murem znajdował się ogród – tajemniczy i bujny, pełen kwiatów i drzew owocowych. Otaczał rodzinną posiadłość, pośrodku której było podwórko, z czterech stron zabudowane domami jej rodziny. W centrum podwórza szumiała fontanna.

Jest takie zdjęcie młodej Mahbube, stojącej przed tą fontanną. Wtedy już była mężatką.

Wróciła, żeby odwiedzić Rachel w dniu, kiedy ich rodzinna posiadłość w Kermanszahu została sprzedana. Pozostali członkowie rodziny: wdowa po Jusefie i jej wszystkie dzieci, mieli się przeprowadzić do Teheranu, ciągnąc za sobą starą, zgorzkniałą Rachel, która podczas całej podróży i przez resztę życia, spędzonego na poddaszu nowego domu przy ulicy szacha Rezy, przeklinała ślepą fortunę i Boga, a także każdego krewnego po kolei. Wrzeszczała przez otwarte okno tak, że wszyscy przechodnie mogli słyszeć, jak zadrwił z niej zły los.

Podczas tej ostatniej wizyty Mahbube ponownie zapytała Rachel:

– Jak umarła moja matka?

Staruszka siedziała długo w milczeniu, jakby się zastanawiała. Potem spojrzała na Mahbube i odparła:

– Mówiłam ci to już tysiąc razy, tysiąc razy! Degh marg szod. Umarła z żalu.

Tak się zazwyczaj kończyła ich każda rozmowa, ale Mahbube wiedziała, że to jest być może ostatnia szansa, żeby usłyszeć od Rachel odpowiedź, więc zebrała się na odwagę i, patrząc staruszce w oczy, zapytała:

– Z jakiego żalu?

– Degh. Degh. Takiego, który cię zatyka, dławi cię. Degh – mówiła Rachel, chwytając się kościstą dłonią za gardło. – Cały ten gniew i cały żal, które w tobie wzbierają, tak że nie możesz wydobyć głosu, aby go wykrzyczeć do nieba, więc musisz go przełknąć. Aż wreszcie zmienia się w tobie w truciznę i zżera ci serce.

– A co było źródłem tego żalu? – spytała Mahbube.

– Skąd mam wiedzieć? Dlaczego mnie o to pytasz?

– Bo ty tam przecież byłaś.

Rachel wyjrzała przez okno wychodzące na ogrody. Było późne lato. Liście były zielone i pokryte kurzem. W powietrzu wisiał już chłód nadchodzącej jesieni.

– Byłam tam – potwierdziła.

– I widziałaś.

– Tak, widziałam – odrzekła Rachel. Przez chwilę patrzyła na Mahbube, kiwając głową. Następnie znowu odwróciła wzrok do okna i powiedziała: – Czy myślisz, że mogłam wtedy cokolwiek zrobić? Miałam akurat taki sam wybór jak ona. Ja też połknęłam swoją porcję żalu. Tyle że ona była ode mnie słabsza…

– A co zobaczyłaś? Opowiedz!

– A dajże mi spokój! – fuknęła Rachel. – Jestem tutaj, podczas gdy mój dom sprzedano dosłownie spode mnie: nie mam już nic swojego oprócz chusty na głowę, a tymczasem ta złodziejka wyprzedaje dosłownie wszystko, na czym może położyć łapę, całe to bogactwo, które sama zbudowałam, a ja… jestem teraz żebraczką, chociaż kiedyś byłam królową… Tymczasem ty przychodzisz ze swoimi pytaniami i kradniesz mi ostatnią odrobinę spokoju?

Mahbube podniosła się spokojnie i spojrzała na staruszkę piorunującym wzrokiem.

– Odchodzę – oznajmiła.

– Idź! Idź do diabła z całą ich resztą! Idź i nie próbuj już nigdy mnie zobaczyć!

A jednak Mahbube spotykała się jeszcze z Rachel w Teheranie, zawsze jednak w tłumie krewnych, nigdy więc już nie miała okazji, żeby porozmawiać z nią na osobności. Potem Rachel była już za stara na to, żeby uczestniczyć w rodzinnych spędach.

Mahbube widywała ją jednak, jak wyglądała przez okienko na poddaszu zza zasłony za każdym razem, kiedy ktoś dzwonił do drzwi domu przy ulicy szacha Rezy. Czasami Rachel tylko patrzyła na nią z góry, po czym znikała we wnętrzu ciemnego pokoju. Innym razem wychylała się przez otwarte okienko i wykrzykiwała przekleństwa. W tamtym czasie jednak już wszyscy sąsiedzi wiedzieli o staruszce z poddasza, więc tylko albo chichotali, albo po prostu przyspieszali kroku, mijając ten dom.

Gdy Rachel umierała, stało się to w ciągu sekundy. Kiedy lekarz wyszedł od niej, powiedział:

– Była już jak pusta muszla. Taka stara… Jedyne, co jej pozostało, to wydanie ostatniego tchnienia.

Było to latem 1977 roku, tuż przed tym, kiedy studenci wyszli na ulice. Mahbube nie miała już nic do roboty w Teheranie. Wszyscy jej znajomi albo poumierali, albo wyjechali, dlatego i ona spakowała rzeczy do jednej walizki, pieniądze ukryła pod podszewką płaszcza, biżuterię pochowała w słoikach z kremami i pudrem.

Pamięta, że kiedy samolot już się uniósł w powietrze, myślała, że w końcu udało jej się bezpiecznie uciec przed „wiatrem historii”. Teraz wchodzi z ogrodu do kuchni i w leżącym na stole albumie wyszukuje swoją fotografię przy fontannie w rodzinnej rezydencji.

Pamięta, jak się szykowała do tego dnia. Umalowała wargi czerwoną szminką i włożyła szytą na miarę, dopasowaną czarną suknię, czarne szpilki z paskiem dookoła kostek i piękne pończochy ściśle przylegające do nóg. Nie pamięta, kto robił zdjęcie, ale przypomina sobie, że potem spojrzała za siebie, na krople wody z fontanny migoczące w południowym słońcu. I dalej, za fontannę, gdzie stał dom wuja Aszera, wysoki i okazały. I wiedziała, że gdzieś tam, w jednym z wielu pokoi tego domu, siedzi Rachel i czeka…

Zamiast fotografii Mahbube znajduje zdjęcie, które kilka lat temu wycięła ze stron katalogu jakiegoś biura podróży. To hammam9 przeznaczony dla Żydówek w Kermanszahu. Wielkie, puste pomieszczenie. Jest tam tylko jedna osoba, stara kobieta w ciemnym, drukowanym w kwiatowy wzór czadorze10, stojąca obok węża, którym wlewa gorącą wodę do kąpieli.

Mahbube dłuższą chwilę patrzy na fotografię. Przypomina sobie właściciela tego hammamu, który zawsze zajmował miejsce przy drzwiach.

Kiedy Mahbube siada przy stole z obrazkiem w dłoniach i wspomina, gdzieś, w coraz większych przestrzeniach pomiędzy nieustannie się zmieniającymi porannymi cieniami, wyobraża sobie Rachel jako piętnastoletnią dziewczynę. To było pewnie pół wieku wcześniej, nim wykonano to zdjęcie. Rachel wpatruje się w sufit tego samego hammamu, na którym mozaika luster odbija fragmenty ciał kąpiących się kobiet. Pośladki i uda na tle zielonych kafli, nogi na krawędzi wielkiego centralnego basenu, ramiona podniesione nad głowę, wyprostowane plecy, pochylone plecy… wielkie biodra, szczupłe biodra… piersi obwisłe i piersi jak jabłka, płaskie piersi dziewczynek, kręcone włosy pod pępkami, brzuchy okrągłe, wystające i płaskie… żebra rysujące się pod skórą.

Stara łaziebna szoruje ramiona Rachel szorstką rękawicą, poruszając gwałtownie jej ciałem w tył i w przód. Z ramion dziewczyny na marmurową posadzkę sypią się szare płatki suchego naskórka. Obok Rachel siedzi nago jej szwagierka Chorszid i ściera pumeksem stwardniałą skórę z pięt. Gęste czarne włosy opadają na jej ramiona i piersi, a uda i pulchne ramiona trzęsą się i drżą za każdym poruszeniem. Przerywa na chwilę, odwraca się do Rachel i mówi:

– Nie chcę, żeby moje stopy zrobiły się podobne do twoich, Dada. Takich stwardniałych jak u chłopów, którzy chodzą boso. – Chorszid trąca Rachel łokciem, żeby zwrócić jej uwagę. – Widzisz, jakie moje są delikatne i białe? I miękkie… jakbym całe życie chodziła tylko po dywanach z jedwabiu.

Podnosi stopę i podsuwa ją pod nos Rachel, poruszając palcami. Rachel odpycha jej nogę. Ich teściowa, Zolecha, patrzy na nie karcąco, po czym dalej nakłada na głowę indygo i hennę, które mają zmienić jej siwe włosy w kruczoczarne.

W łaźni unosi się para i wiruje w gęstym powietrzu, rozsiewając zapach wody różanej i mydła.

Nagle drzwi gwałtownie się otwierają, popchnięte przez tłum kobiet, które po chwili wypełniają całe pomieszczenie. Kobiety mają głowy odrzucone do tyłu, a ich języki szybko uderzają w podniebienia. Dźwięk „klilililili” odbija się od sklepienia wielkiej sali, uderza o kamienie i ściany pokryte kafelkami, rozbrzmiewa echem na korytarzach, oznajmiając przybycie przyszłej panny młodej. Służące dźwigają na głowach obszerne srebrne tace wyładowane owocami i słodkim mięsiwem, niosą też koce i poduszki, przechodząc przez hammam do garderób, gdzie mają się przygotować do święta, które nastąpi po ceremonialnej kąpieli.

Teraz najstarsza z łaziebnych zaczyna rytmicznie klaskać. Obchodzi salę dookoła, przesadnymi gestami zapraszając inne, by się do niej przyłączyły, aż w końcu wszystkie kobiety w hammamie klaszczą tak samo. Następnie łaziebna staje po środku sali i zaczyna śpiewać:

– Wargi przygniatają wargi…

– Wargi przygniatają wargi – odpowiada chór kobiet.

– Pępek przygniata pępek…

– Pępek przygniata pępek.

– No, no, Chadidże Chanum11! Gdzie to usłyszałaś? – pyta stara kobieta, a pozostałe się śmieją.

– Oto coś bardziej w twoim guście – mówi. – Dum dum dadi dum dum…

Łaziebna trzęsie głową, strzela palcami i kręci wielkimi biodrami w rytm oklasków.

Rachel się odwraca i widzi młodą narzeczoną, która nadal stoi w drzwiach, wahając się, czy wejść. Piersi ma jak malutkie nabrzmiałe pączki, sutki małe i różowe, szczupłe ciało jeszcze bez bioder, a pomiędzy nogami zaledwie początki brunatnych włosów… Dziewczyna się rumieni, chce się cofnąć, dopiero matka jej narzeczonego łapie ją za ramiona, popycha do przodu i niemal wrzuca do sali. Rodzona matka panny młodej idzie tuż za nią i pali na małej tacy nasiona dzikiej ruty. Ich dym ma ochronić młodą przed „złym okiem”.

Wśród śpiewów i błogosławieństw rodzina obojga młodych prowadzi narzeczoną w odległy kąt hammamu i sadowi ją na krześle. Otacza ją, odsuwa się tylko lekko, żeby przepuścić Nane12 Ade, starą akuszerkę – i nagle w całym hammamie zapada cisza.

Stara kobieta podchodzi do panny młodej, unosi jej twarz, patrzy w oczy i pyta, czy już poznała mężczyznę. Dziewczyna gwałtownie potrząsa głową. Oczy ma okrągłe, szeroko otwarte. Kobieta kładzie pomarszczone dłonie na udach dziewczyny, rozsuwa je, suchymi palcami jednej ręki ujmuje zewnętrzne wargi sromowe, a drugą – odsłania te mniejsze, ukryte. Wszystkie kobiety wstrzymują oddech i czekają. Nikt się nie porusza. Nagle ciszę przerywa głos starej kobiety, która potwierdza, że dziewczyna jest nietknięta.

W tym momencie ponownie zaczynają się śpiewy i tańce, wszyscy prowadzą narzeczoną do drugiego kąta pomieszczenia, by usunąć meszek z jej ramion i nóg, a także wyskubać i uformować brwi.

Rachel się odwraca i widzi, że teściowa przypatruje się jej pośladkom ze zmarszczonym czołem.

– Rachel, czy Aszer jest z tobą szczęśliwy? – pyta Zolecha.

Chorszid natychmiast też się odwraca, by spojrzeć na Rachel, która w popłochu patrzy na nią, po czym spuszcza oczy na podłogę.

– Czy on cię wysyła do mykwy13 co miesiąc?

– Dada była w mykwie już na początku tygodnia, Nane Zolecho – wtrąca się Chorszid.

– Rozmawiam z Rachel, dziecko. Rachel, czy mój syn często z tobą utrzymuje małżeńskie stosunki?

– Tak.

– Chorszid jest z moim Ibrahimem niecały rok po ślubie, a już jest w ciąży.

Rachel milczy. W niekryjących niczego ścianach hammamu słyszy, jak oskarżenie odbija się echem, i natychmiast czuje na skórze spojrzenia tysiąca oczu. Zaczyna odczuwać zimno. Łaziebna przerywa na chwilę swoje zajęcie i, nadal trzymając Rachel za ramię, pocieszająco ściska jej dłoń.

– Może Rachel Chanum źle się odżywia – sugeruje.

– O, odżywia się bardzo dobrze – odpowiada Zolecha.

– A czy zjada dostatecznie dużo czerwonego mięsa? – pyta jakaś kobieta z drugiego końca sali.

– Ona je bardzo dobrze – powtarza teściowa.

– A próbowałyście wielbłądziej podpuszczki? – pyta inna.

– To przecież działa tylko wtedy, kiedy kobieta nie wie, że to pije…

– Moja kuzynka poszła do Meszhedu i przeszła przez bramy miasta obok kamiennego lwa. Po dziewięciu miesiącach urodziła syna.

– Czy miał głowę lwa?

– Najstarsza córka Efat zrobiła to samo.

– Nie, ona przeszła pod Perłową Armatą w Teheranie.

– Nie, to był kamienny lew w Meszhedzie! Każdy wie…

– Jest za chuda, musi przytyć. Trzeba jej dodawać do posiłków tłuszczu baraniego.

– A może wstaje za szybko po tym, jak on skończy? – włącza się do rozmowy kolejna kobieta.

– Nie…

Rachel mówi to najcichszym szeptem, potrząsając głową: nie, nie, nie. Wpatruje się w podłogę, w zielone żyłki w marmurze, podczas gdy wszystkie kobiety stoją dookoła i krzyczą:

– Nie wstawaj po tym, kiedy on skończy!

– Nie, poczekaj spokojnie…

– Godzinę.

– Więcej niż godzinę!

– Leż na plecach i podnieś biodra do góry.

– Tak, to dobry sposób, ale pamiętaj, żeby przy tym poruszać biodrami w przód i w tył.

– O tak!

Rachel nie podnosi wzroku.

Kobiety się śmieją i klaszczą w rytm falistych ruchów tamtej.

– Tak, tak! – Śmieją się i klaszczą. – Właśnie tak się trzeba trząść!

Wrzawę przerywa poważny, spokojny głos jakiejś starej kobiety.

– Córko, nie powinnaś wcale biegać ani skakać, w ogóle masz unikać wszelkich nagłych ruchów.

W łaźni znowu zapada cisza.

– Tak – wtrąca się skrzekliwie inna staruszka. – Musisz być spokojna, zawsze spokojna. Nigdy nie podnoś głosu. Nigdy zbyt żarliwie się nie sprzeciwiaj, staraj się opanować gniew.

– Bo spokojna kobieta to też spokojne łono.

– A im mniej będziesz mówić, tym bardziej on będzie cię kochał!

Znowu śmiech. Odbija się od ścian, wypełnia wilgotne powietrze, którego fale uderzają w ciało Rachel. Oczy ją pieką od łez. Nadal patrzy w podłogę.

Tej nocy Rachel przytula do siebie Aszera gwałtowniej niż zwykle, owija go w pasie nogami jak najciaśniej, wciąga w siebie… Trzyma go w sobie, stara się go jak najgłębiej wepchnąć do wewnątrz. Mruczy, jej ciało spływa potem, a palce wbijają mu się w plecy, pięściami bije go po barkach. Tymczasem on ściąga jej ramiona w dół i rozkazuje: „Cicho bądź!”. Ona mimo wszystko walczy. „Bądź cicho!” – rozkazuje znów mąż, a ona czuje spazm jego ciała, kiedy uderza w nią biodrami. Potem jego oddech się wyrównuje i Rachel słyszy spokojne, regularne chrapanie męża…

Przewraca się na plecy, podnosi biodra i powoli kołysze z boku na bok, cicho popłakując.

Słychać stuknięcie furtki na sąsiednim podwórku. Mahbube w pierwszej chwili nie jest w stanie zlokalizować źródła tego dźwięku. Patrzy na swoje dłonie, leżące na koronkowym obrusie. Widzi błękitne żyłki. Jej palce pokryte guzami wyglądają jak konary starego orzecha. Podnosi ręce do światła, po czym znów opuszcza je na kolana i wygląda przez otwarte okno.

Jej ogród. Los Angeles. Powszedni dzień, chyba południe. Na stole leżą porozrzucane fotografie z jej albumu. Zbiera je po kolei i zastanawia się, jak wypadły spomiędzy kartek.

Między zdjęciami znajduje swoją fotografię z ojcem, Ibrahimem. Jej młoda ręka z ładnymi palcami i gładką skórą spoczywa na jego ramieniu. Przy ojcu siedzi jej brat, Jusef, obok stoi jego młoda żona. Za nimi tłoczą się ich dzieci. Zanadto się ruszają. Fotograf wystawia głowę spod czarnej płachty i tłumaczy im, że wyjdą niewyraźnie. Najmłodszy syn Jusefa wystawia język.

– Zobaczysz, że będziesz wyglądał na tym zdjęciu jak małpa i tak już zostanie na zawsze – upomina małego Mahbube. Jusef się uśmiecha, ale twarz Ibrahima pozostaje niewzruszona.

Mahbube dorastała w domu w Kermanszahu jak sierota, mimo obecności ojca, który całe dnie spędzał na czytaniu poezji, pogrążony w myślach. Kiedy była dzieckiem, za każdym razem, gdy go pytała, co się stało z jej matką, odpowiadał milczeniem i tylko kiedyś powiedział:

– Umarła z powodu kobiecych powikłań.

Wzrok Ibrahima na zdjęciu wydaje się nieobecny.

Mahbube czuje ostre ukłucie bólu w piersiach. Czym prędzej odkłada fotografię do albumu, nim wspomnienie samotnego dzieciństwa powróci.

Bierze kolejne zdjęcie. Tłum krewnych na wspólnym portrecie. Przyjęcie zaręczynowe w Teheranie. Dzieci siedzą u stóp rodziców, młode kobiety poprawiają fryzury, usta mają otwarte w połowie zdania, starsi mężczyźni gapią się z szeroko otwartymi oczyma. Niektóre twarze są uchwycone w momencie zaskoczenia, inne w chwili irytacji, niektóre w rozmarzeniu – może myślami o przeszłości, a może o przyszłości?

Fotograf zrobił zdjęcie o moment za wcześnie, zanim wszyscy zdążyli zapozować. W samym rogu fotografii, z boku całej grupy, stoi Rachel. Siwe włosy ma skromnie okryte szalem.

Mahbube wspomina, oglądając rolkę filmu z innego przyjęcia – ślubu którejś bratanicy. Przez kilka kadrów widać było Rachel stojącą pośrodku roztańczonego tłumu. Rozglądała się, potem przez sekundę, dwie, trzy patrzyła prosto w obiektyw. Na tym filmie Rachel wyglądała na drobniutką, słabą, zmęczoną życiem. Ledwie sięgała do ramion tym, pośród których stała. Mahbube patrzyła na jej postać na migającym ekranie – i nawet wtedy, w pokoju z pewnością za bardzo odległym w czasie i przestrzeni, żeby dosięgnąć Rachel, czuła dławienie w gardle.

Potrząsa głową, zamyka album i wsłuchuje się w ciszę pustych ulic przed domem. Dzieci są w szkole, rodzice w pracy – jedynie listonosz i ogrodnicy mogą teraz zmącić panujący spokój.

Zamyka oczy i myśli o spokojnych popołudniach w żydowskiej dzielnicy w Kermanszahu, kiedy to mężczyźni opuszczają ulice i pojawiają się na nich kobiety, które cicho zamykają za sobą drzwi i dokądś spieszą. Ich cienie przemykają teraz po drugiej stronie murów, zamykających wewnętrzne podwórza, na których spędzają całe dnie. Rachel mogła właśnie wtedy, w popołudniowej ciszy, wyjść do mykwy i dokonać rytualnych ablucji…

Mahbube wyobraża sobie Rachel jako dziewczynkę czekającą przy wejściu dla kobiet do synagogi, z boku od wejścia głównego przeznaczonego dla mężczyzn, w załomku wąskiej uliczki. Widzi, jak Rachel ostrożnie się rozgląda, szukając starej akuszerki. Popołudniowe słońce rozleniwia, ulice są puste i tylko właściciel hammamu śpi na krześle opartym o mur. U jego nóg leżą brązowe i żółte suche liście przyniesione tu przez wiatr. Mężczyzna kaszle i kręci się przez sen. Rachel szybko się chowa za mur. Ale już po chwili znowu wygląda zza ściany. Mężczyzna śpi z brodą opartą o pierś, ręce zwisają mu bezwładnie aż do ziemi. Rachel rozgląda się po ulicy za akuszerką. Martwi się, czy stara kobieta rozpozna ją pod hidżabem14, więc rozwiązuje ruband15 okrywający jej twarz. Powietrze robi się chłodne. Rachel zamyka oczy i dotyka spoconego czoła.

„Jesień”, myśli. „Kolejne żniwa. I cisza”.

Rachel widziała wiele razy starą akuszerkę Nane Ade w hammamie, w mykwie… Nawet kiedyś przy łóżku swojej umierającej matki, chociaż wtedy nawet akuszerka nie mogła jej pomóc. Kobiety z dzielnicy żydowskiej wzywają Nane Ade do rodzących, ale także do groźnych chorób kobiecych. Stara akuszerka wchodzi do ich domostw i aplikuje pijawki oczyszczające złą krew i gorące bańki wyciągające z ciała złe duchy. Pytają ją też szeptem o to, jak używać świeżych liści palmy daktylowej pod koniec ciąży. Kupują od niej małe porcje czeszm-e-chorus i tarandżabin, które w sekrecie wsypują do posiłków męża, żeby ponownie rozbudzić w nim dawną żądzę…

Przed trzema dniami w mykwie Rachel stała nago u szczytu schodów prowadzących w dół do basenu z wodą deszczową, kiedy ta stara kobieta odezwała się:

– Jeszcze nie ma płomieni w ognisku, co?

Rachel wzruszyła ramionami i przecząco potrząsnęła głową.

– A ile masz lat?

– Mija mi piętnasty rok – odparła Rachel.

Nane Ade spojrzała na nią przymrużonymi oczyma. Pochyliła się i pociągnęła nosem, wąchając ramię Rachel, następnie cofnęła się o krok i znowu jej się przyjrzała. Rachel zakryła rękami piersi i podbrzusze.

– Nie musisz przede mną niczego ukrywać, dziecko. Potrafię zajrzeć w głąb twojego ciała.

Rachel jeszcze silniej objęła się rękami i spuściła wzrok.

– Od ilu lat już jesteś żoną?

– Od trzech.

Nane Ade podniosła twardą jak podeszwa dłoń, odsunęła ramię dziewczyny i położyła rękę na jej sprężystym brzuchu. Rachel wstrzymała oddech. Stara kobieta gładziła chwilę suchą dłonią jej brzuch, przymknęła oczy i przechyliła głowę na bok, jakby się wsłuchiwała w jakiś odległy dźwięk. Otworzyła oczy i rzekła:

– Niedobrze. Niedobrze, dziecko.

Rachel odskoczyła od niej i znowu zakryła się rękami.

– Nie bój się, córeczko – uspokoiła ją Nane Ade. – Na to się znajdzie lekarstwo.

– Lekarstwo?

– No tak, dziecko, skoro B-g16 pozwoli, będzie można wyleczyć twój problem. Czasami, kiedy kobieta za bardzo pragnie dziecka i nie może począć, to dlatego, że w jej ciele osiedlił się dżinn Al17. Tak, moje dziecko! Czasami Al przybiera postać pięknej kobiety i wkracza w sny mężczyzn, żeby zbierać ich nasienie. Albo przychodzi jako diabeł: ma ciało kozy i głowę staruchy i odrywa noworodki od piersi ich matek. Wewnątrz łona przybiera formę ryby, która pływa w twoim brzuchu i pożera dziecko, jeszcze zanim zacznie bić jego serce.

– Czy możesz mi pomóc? – spytała Rachel. – Możesz ją wyjąć z mojego ciała?

– Zobaczę, co da się zrobić, dziecko. – Nane Ade przez chwilę kiwała głową, a wzrok utkwiła w mozaikę na ścianie. Potem odwróciła się do Rachel ze słowami: – Spotkaj się ze mną za trzy dni po południowej modlitwie azan18 przy wejściu dla kobiet do synagogi. A teraz idź, umyj ciało deszczówką i pozbądź się z serca swoich tęsknot, tak żebyś rozpoczęła miesiąc w stanie oczyszczenia.

Rachel ujęła dłonie staruszki.

– Takie pragnienie serca to potężna siła, dziecko – rzekła tamta i pogładziła głowę Rachel, po czym dała jej znak ruchem głowy, żeby odeszła.

Rachel się odwróciła, by zejść po schodach do ciemnej wody w podziemnym basenie. Nane Ade wyciągnęła rękę i dotknęła jej ramienia.

– Niestety czasami, córko, żadne, nawet największe pragnienie, żadne eliksiry ani modlitwy czy amulety, choćby nie wiem jak mocne, nie są w stanie zmienić czyjegoś przeznaczenia. To kismet19. Postaram się pomóc, ale reszta zależy od woli B-ga.

Kamienne stopnie były wilgotne i zimne. Rachel opuściła jedną stopę, palcami szukając brzegu stopnia, potem opuściła drugą, aż stanęła pewnie na kolejnym schodku. Rękami opierała się o ściany po obu stronach i dopiero po chwili zrobiła następny krok w dół. Mykwa była słabo oświetlona, a im niżej Rachel schodziła, tym usilniej wytężała wzrok w poszukiwaniu dziury w ziemi, wypełnionej ciemną deszczówką.

„W świętym miejscu nie ma żadnych dżinnów”, upominała siebie. „Nie ma dżinnów, które by mnie wciągnęły pod wodę”.

Kiedy już dotarła na brzeg basenu, zawahała się. Jej skóra stała się nagle nieprawdopodobnie wrażliwa, cienkie włoski na szczupłych ramionach i plecach stanęły dęba, czuła ruch powietrza, każdą najmniejszą zmianę temperatury, słuchała chlupotania wody, serce jej biło tak, że aż dudniło w uszach. Podniosła stopę i dotknęła ciemnej powierzchni wody, równocześnie szepcząc żydowską tradycyjną modlitwę o oczyszczenie: „Baruch Ata Haszem20…”.

Odnalazła kolejny stopień, już pod powierzchnią wody, i mocno postawiła stopę. Nie było już ścian, o które można było się oprzeć. Ręce wyciągnęła teraz przed siebie, próbując złapać równowagę.

„... Elokeinu Melech Ha Olam”

Weszła do wody drugą stopą. Zanurzyła już obie kostki.

„… aszer kidszanu”

… potem kolana...

„… be-micwotaw”

… uda i wąskie biodra

„… we-ciwanu”

Ramionami objęła drobne piersi z naprężonymi sutkami. Woda sięgała już szyi.

„… al ha-twila”.

Wreszcie ciemność – brak oddechu.

Wynurzyła się, łapiąc powietrze. Woda spływała po jej twarzy i włosach. Wyskoczyła z basenu i uklękła na brzegu, czując kolanami gładkość kamieni.

– Panie, daj mi dziecko – szeptała w stronę ciemnej wody. – Proszę, daj mi dziecko. Syna, Panie. Tylko syna, tak żeby mąż był ze mnie zadowolony. Tak żebym zawsze miała miejsce w jego domu. Błagam, Panie, ja muszę mieć dziecko! – Rachel usiadła na ziemi, kolana przytuliła do piersi i wzniosła oczy ku ciemności. – Jeżeli tam jesteś, jeżeli mnie słyszysz…

Mówiła to ochrypłym szeptem, raczej rozkazując, niż błagając. Potem znowu uklękła wyprostowana i zaczęła się kołysać do przodu i do tyłu.

– Zapewnij mi syna. Mówią, że Ty czynisz cuda. Proszę Cię tylko o jedno. Tylko o to jedno w życiu Cię poproszę!

– Rachel Chanum! Z kim rozmawiasz tam na dole? – Głos Nane Ade odbił się echem o schody i wypełnił przestrzeń pomiędzy ścianami. – Pospiesz się, bo inne czekają na swoją kolej!

– Z nikim nie rozmawiam, Nane Ade. Po prostu się modlę. Już wracam na górę.

Nabrała wody w obie dłonie, opłukała twarz i szybko wbiegła po schodach.

Minęły trzy noce od spotkania z Nane Ade i każdej z nich Rachel leżała obok śpiącego męża, z rękami na podbrzuszu, i szybko oddychała w oczekiwaniu na cud. Wyobrażała sobie twarz syna, którego urodzi. Ciemne loki, palce rąk, delikatną linię ucha… Trzeciego dnia poprosiła Aszera o pozwolenie na pójście do mykwy, teściowej powiedziała, że musi się dokładnie umyć, i wyszła do synagogi podczas południowej modlitwy, w czasie kiedy miasto układało się na popołudniowy spoczynek. Gdy tylko zamknęły się za nią ciężkie wrota, owinęła dokładnie szyję czadorem i patrzyła na opustoszałą ulicę przez siatkę czarnego rubandu okrywającego jej twarz. Kiedy już była pewna, że nikogo nie widać, pobiegła w kierunku synagogi. Skręciła za róg w boczną uliczkę i zatrzymała się, żeby złapać oddech.

Teraz, czekając w pustym zaułku, Rachel zaczyna się obawiać, że być może Nane Ade nie przyjdzie. Ale w chwili, kiedy kolejny raz wygląda zza rogu budynku, czuje na ramieniu silne palce akuszerki. Szybko się odwraca, a Nane Ade odsuwa na bok swój ruband, odsłaniając twarz.

– Widział cię może ktoś, moje dziecko?

– Nie… Byłam ostrożna.

– Weź to. – Staruszka wsuwa dziewczynie w dłoń zwitek papieru. – To fragment z Księgi, ten, w którym B-g umieszcza Jusefa w łonie Rachel, a ona w ten sposób odzyskuje łaskę męża. Rozmocz ten papier w wodzie i wypij. Następnego ranka wykąp się i uperfumuj ciało, ale nie pozwól mężowi spać z tobą. Bądź tylko w pobliżu niego tak, żeby mógł czuć twój zapach. Stale przebywaj obok niego – jak ćma w świetle świecy. Przez całą noc. Kot i mysz… Rozumiesz? – Rachel potakuje. – A potem przypilnuj, żeby każdej nocy był z tobą, przez cały tydzień. Jest młody… zrób wszystko, co umiesz, żeby go przywabić. – Rachel spuszcza oczy, zaczerwieniona. Nane Ade unosi palcami jej podbródek tak, żeby spojrzeć dziewczynie w oczy. – No, córeczko! Już nie jesteś dzieckiem, od paru lat jesteś żoną. Pamiętaj: żadnego wstydzenia się, zapomnij o takich głupstwach i potraktuj to jak swoje wielkie zadanie, które musisz po mistrzowsku wykonać – dla własnego dobra. Pamiętaj, rób wszystko to, co ci powiedziałam, bo tylko wtedy twoje starania zakończą się sukcesem.

Rachel bierze rękę starej i podnosi do ust.

– Daj spokój, dziecko. To nie ja, ale B-g ci pomoże – mówi Nane Ade, ujmuje dziewczynę za ramiona, odwraca ją i popycha z powrotem na główną ulicę. – I niech cię nie widzę w mykwie przez najbliższe dziewięć miesięcy!

Rachel spogląda przez ramię, żeby ją pożegnać, ale staruszka już kuśtyka z trudem w głąb uliczki. Jej czarny czador powiewa na wietrze. Rachel patrzy za nią chwilę, po czym wraca pustą ulicą do domu. Właściciel hammamu nadal śpi na swoim krześle. Koło ust śpiącego lata mucha, w końcu siada mu na brodzie. Rachel mija go powoli. Nie ma powodu do pośpiechu. Mężczyźni nadal odpoczywają u siebie w pokojach z zasłoniętymi oknami albo w jakimś wygodnym zakątku sklepu czy po prostu gdzieś w cieniu, byle przetrwać największy upał popołudnia. Słyszy odgłos własnych kroków na płytach chodnika. W jednej ręce ściska zwinięty papierek, a palcem przesuwa po pęknięciach ścian domów żydowskiej mahalle. Chwilę stoi, patrząc na budynki po obu stronach wąskiej ulicy. Na policzkach czuje powiew wiatru i orientuje się, że zapomniała zakryć twarz. Na szczęście nie ma tu nikogo, kto mógłby ją zobaczyć i powiedzieć: „Co tu robi o tej porze ta młoda dziewczyna bez przyzwoitki i w dodatku z odkrytą twarzą?”.

Przymyka oczy i wystawia twarz do słońca. Słyszy szczebiot dzieci, ich śmiech dobywający się z andaruni21 – prywatnej części domu. W ukrytym za murem ogrodzie jakaś kobieta śpiewa ludową pieśń. Rachel słyszy trele ptaków w klatkach: gruchanie gołębia, ćwierkanie zięby, śpiew żółtego kanarka pragnącego wylecieć na wolność.

8Agha (pers.) – pan, tytuł grzecznościowy używany przy zwracaniu się do mężczyzn.

9Hammam (pers.) – łaźnia.

10 Czador (pers.) – tradycyjny strój kobiecy w Iranie, najczęściej czarny.

11Chanum (pers.) – pani, tytuł grzecznościowy używany przy zwracaniu się do kobiet.

12 Nane (pers.) – matka, mama, zwrot grzecznościowy który bywa również używany w stosunku do starszych, niekoniecznie spokrewnionych kobiet.

13Mykwa (hebr.) – tradycyjna łaźnia żydowska, służąca do rytualnego obmywania.

14Hidżab (arab.) – chusta, którą muzułmanka okrywa włosy, uszy, czasami również szyję.

15Ruband (pers.) – materiał osłaniający twarz kobiety.

16 B-g – celowo niepełny zapis słowa „Bóg”. W tradycji żydowskiej istnieje zwyczaj niezapisywania imienia Boga, aby uchronić je przed możliwym zbezczeszczeniem (zob. Księga Powt. 12,3).

17 Dżinn (arab.) – demon, duch, w islamie dżinny dzieli się na dobre i złe.

18Azan (arab.) – modlitwy recytowane przez muezina z mizaretu meczetu.

19Kismet (pers.) – przeznaczenie, los.

20 Haszem (hebr. – dosł. „Imię”) – określenie Boga

21Andaruni (pers.) – prywatna część domu, do której dostęp mieli wyłącznie krewni, zamieszkana przez kobiety i dzieci.

Dwa

Zięby ćwierkają w ogródku, fruwają tam i z powrotem w krzakach róż. Mahbube wstaje od stołu i wygląda przez okno. Musi już być późne popołudnie. Rozsypane na trawie liście oznaczają jesień.

Coś utraciła. Coś się gdzieś zawieruszyło. Odwraca się i zaczyna otwierać kuchenne szuflady. Łyżki, widelce, zapałki… Przeszukuje szafki. Szuka za pudełkami z suszonym grochem, fasolą, ryżem…