Wydawca: Prószyński i S-ka Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Dziewczyna z kabiny numer 10 ebook

Ruth Ware  

3.73333333333333 (15)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 398 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziewczyna z kabiny numer 10 - Ruth Ware

Jak powstrzymać mordercę, skoro nikt nie wierzy w jego istnienie?

Szeregowa dziennikarka Lo Blacklock dostaje od przełożonej życiową szansę: ma zdać relację z dziewiczego rejsu luksusowego statku wycieczkowego Aurora Borealis, którego właścicielem jest znany brytyjski milioner. Wszystko wskazuje na to, że czeka ją podróż marzeń, a jeśli dobrze się spisze, wreszcie zasłuży na upragniony awans.

Niestety już pierwszej nocy rejs zamienia się w koszmar. Krzyk dochodzący zza ściany, odgłos ciała wyrzucanego za burtę i ślady krwi na balustradzie sąsiedniej werandy sprawiają, że Lo podnosi alarm. Ale na pokładzie nikogo nie brakuje, więc załoga nie chce uwierzyć w jej wersję wydarzeń. Dziennikarka rozpoczyna śledztwo na własną rękę…

Niepokojący klimat, klaustrofobiczna sceneria i fabuła na miarę arcydzieł Agaty Christie sprawiają, że książka trzyma w napięciu do ostatniej strony.

"Dziewczyna z kabiny numer 10" autorstwa Ruth Ware to klimatyczny thriller, równie pokrętny i pełen napięcia, jak jej debiutancka powieść. Mroczny i klaustrofobiczny…
„The Washington Post”

Wspaniała współczesna powieść kryminalna!
„New York Post”

Połączenie powieści Agaty Christie z "Dziewczyną z pociągu".
„The Sun”

Ruth Ware dorastała w Sussex, na południowym wybrzeżu Anglii. Po ukończeniu studiów na uniwersytecie w Manchesterze przeprowadziła się do Paryża, po czym osiadła na stałe w północnej części Londynu z mężem i dwójką dzieci. Zanim zaczęła karierę pisarki, pracowała jako kelnerka, księgarka, nauczycielka języka angielskiego oraz rzeczniczka prasowa. Zarówno jej debiutancka powieść "W ciemnym, mrocznym lesie", jak i najnowsza książka − "Dziewczyna z kabiny numer 10" trafiły na listy bestsellerów „New York Timesa” oraz „Sunday Timesa”.

Opinie o ebooku Dziewczyna z kabiny numer 10 - Ruth Ware

Fragment ebooka Dziewczyna z kabiny numer 10 - Ruth Ware

Tytuł oryginału

THE WOMAN IN CABIN 10

Copyright © Ruth Ware, 2016

First published as THE WOMAN IN CABIN 10

by Harvill Secker, an imprint of Vintage Publishing.

Vintage Publishing is a part of the Penguin Random House

group of companies.

All rights reserved

Projekt okładki

Rachael Ludbrook

Zdjęcie na okładce

© Evelina Kremsdorf/Arcangel.com;

Tobias Leipnitz/Plainpicture/East News

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Bożena Hulewicz

Korekta

Katarzyna Kusojć

ISBN 978-83-8123-636-2

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Eleanor, z miłością.

Śniłam o dziewczynie unoszącej się w zimnych i ciemnych głębinach Morza Północnego, do którch nie docierało światło słoneczne, z dala od wzburzonych fal i okrzyków mew. Śniłam o jej śmiejących się oczach, teraz pokrytych bielmem i wytrzeszczonych od słonej wody, o jej pomarszczonej bladej skórze, o ubraniach porwanych na strzępy przez ostre skały.

Tylko jej długie czarne włosy pozostały niezmienione. Falowały niczym sploty ciemnych wodorostów, wplątywały się w muszle i rybackie sieci. Ich pasma, wyrzucane na brzeg jak skrawki postrzępionej liny, zwiotczałe, leżały na kamienistej plaży, podczas gdy ryk wzburzonych fal wypełniał moje uszy.

Obudziłam się pełna lęku. Dopiero po chwili przypomniałam sobie, gdzie jestem. Jeszcze więcej czasu zajęło mi uświadomienie sobie, że ryk, który słyszę, nie był częścią snu, że jest prawdziwy.

W pokoju panował półmrok. Wypełniała go ta sama wilgotna mgła, którą czułam we śnie. Usiadłam i poczułam na policzku chłodny powiew klimatyzacji. Hałas najwyraźniej dochodził z łazienki.

Wstałam z łóżka, drżąc odrobinę. Drzwi do łazienki były zamknięte, ale w miarę jak się do nich zbliżałam, ryk narastał, a wraz z nim moje serce biło coraz głośniej. W końcu zebrałam się na odwagę i otworzyłam drzwi na oścież. Szum prysznica wypełniał małe pomieszczenie. Po omacku poszukałam kontaktu, a gdy światło zalało łazienkę, zobaczyłam to.

Na pokrytym parą lustrze litery wysokie na jakieś piętnaście centymetrów układały się w zdanie: PRZESTAŃ WĘSZYĆ.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Piątek, 18 września

1

Po raz pierwszy pomyślałam, że coś jest nie w porządku, gdy obudziłam się w ciemnościach i poczułam, jak kotka trąca łapą moją twarz. Musiałam zapomnieć zamknąć kuchenne drzwi. Taka jest kara za wracanie do domu po pijaku.

– Zostaw mnie – jęknęłam.

Delilah zamiauczała i tryknęła mnie łbem. Próbowałam ukryć twarz w poduszce, ale ona wciąż ocierała się o moje ucho, aż w końcu przekręciłam się na bok i bezlitośnie zepchnęłam ją z łóżka.

Pacnęła na podłogę z głuchym odgłosem, wydając oburzone miauknięcie, a ja naciągnęłam kołdrę na głowę. Ale nawet przez gruby materiał słyszałam, jak drapie w drzwi sypialni.

Zaraz. Drzwi były zamknięte?

Usiadłam gwałtownie, z walącym sercem, a Delilah wskoczyła na łóżko z mruknięciem pełnym satysfakcji. Przygarnęłam ją, żeby przestała się wiercić, i zaczęłam nasłuchiwać.

Mogłam zapomnieć o zamknięciu drzwi kuchennych albo zamknąć je niedokładnie, ale drzwi sypialni otwierały się na zewnątrz – taka drobna osobliwość wynikająca z rozkładu mojego mieszkania. Nie było mowy, żeby kotka sama zamknęła się w środku. Ktoś musiał ją tu zamknąć.

Siedziałam w bezruchu, tuląc do piersi ciepłe ciałko Delilah i nastawiając uszu.

Cisza.

W przypływie ulgi pomyślałam, że pewnie była pod łóżkiem, gdy wróciłam do domu. Nie wydawało mi się, żebym zamykała drzwi do sypialni, ale mogłam zrobić to w roztarg­nieniu. Szczerze mówiąc, większość drogi od stacji metra do domu pamiętałam jak przez mgłę. Już wtedy dokuczał mi ból głowy, a teraz, kiedy adrenalina opadła, poczułam, jak znów zaczyna pulsować u podstawy czaszki. Naprawdę muszę przestać pić w środku tygodnia. Mogłam sobie na to pozwolić, gdy miałam dwadzieścia kilka lat, ale teraz kac nie mijał już tak łatwo jak kiedyś.

Delilah zaczęła się niespokojnie miotać w moich ramionach, wbijając mi pazury w skórę, więc wypuściłam ją i sięgnęłam po szlafrok. Owinęłam się nim, po czym zgarnęłam kotkę, żeby zanieść ją do kuchni.

Gdy otworzyłam drzwi sypialni, zobaczyłam mężczyznę.

Nie będę nawet próbowała opisywać, jak wyglądał. Wierzcie mi, przerabiałam to na policji ze dwadzieścia pięć razy. „Nie widziała pani nawet skrawka skóry na nadgarstkach?”, pytali w kółko, na okrągło. Nie, nie i jeszcze raz nie. Na głowę miał naciągnięty kaptur bluzy, nos i usta zasłaniała mu bandana, a cała reszta kryła się w cieniu. Poza jego dłońmi.

Na dłoniach miał białe lateksowe rękawiczki. To właś­nie ten szczegół przeraził mnie na śmierć. Rękawiczki mówiły: „Wiem, co robię”. Mówiły: „Przyszedłem przygotowany”. Mówiły: „Mogę chcieć czegoś więcej niż tylko twoich pieniędzy”.

Staliśmy tak przez chwilę, gapiąc się na siebie w osłupieniu. Jego oczy, lśniące w mroku, wpatrywały się w moje.

Przez głowę przemykały mi setki myśli. Gdzie, do cholery, jest mój telefon? Dlaczego poprzedniego wieczoru tak dużo wypiłam? Gdybym była trzeźwa, usłyszałabym, jak się włamuje. O Chryste, chciałabym, żeby był tu Judah.

Ale przede wszystkim myślałam o tych rękawiczkach. Mój Boże, te rękawiczki… Były takie… profesjonalne. Takie bezduszne.

Nie odezwałam się ani nie poruszyłam. Po prostu stałam tam − w rozchełstanym znoszonym szlafroku − i cała się trzęsłam. Delilah wyrwała mi się z rąk i pomknęła do kuchni.

Proszę, pomyślałam. Proszę, nie krzywdź mnie.

Boże, gdzie jest mój telefon?

I wtedy zauważyłam, co mężczyzna trzyma w dłoni: moją torebkę. Moją nową torebkę od Burberry, choć akurat ten szczegół wydał mi się kompletnie nieistotny. Tylko jedna rzecz w tej torebce miała teraz dla mnie wartość. Moja komórka.

Włamywacz zmrużył oczy, jakby uśmiechnął się pod chustką. Poczułam, jak krew odpływa mi z głowy i z palców, jak gromadzi się w samym środku mojego ciała, przygotowując je do walki lub ucieczki.

Mężczyzna zrobił krok w moją stronę.

– Nie… – zawołałam. Chciałam, żeby to zabrzmiało jak rozkaz, ale mój głos był piskliwy, błagalny, drżący. – Ni…

Nie zdążyłam dokończyć, bo zatrzasnął mi drzwi przed nosem. Skrzydło boleśnie uderzyło mnie w policzek.

Przez dłuższą chwilę stałam jak wryta, przyciskając dłoń do twarzy. Szok i ból odebrały mi mowę. Palce miałam lodowato zimne, ale pod opuszkami czułam coś ciepłego i mokrego. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że listwa zdobiąca skrzydło drzwiowe rozcięła mi skórę do krwi.

Miałam ochotę pobiec z powrotem do łóżka, schować głowę pod poduszkę i płakać w nieskończoność. Ale cichy paskudny głosik w mojej głowie wciąż powtarzał: On nadal tam jest. A jeśli wróci? A jeśli wróci po ciebie?

W przedpokoju rozległ się huk, coś spadło na ziemię, i poczułam przypływ strachu, który powinien mnie zelektryzować, ale zamiast tego – sparaliżował mnie. Nie wracaj. Nie wracaj. Zdałam sobie sprawę, że przestałam oddychać, i z drżeniem wypuściłam powietrze z płuc, a potem, powoli, powolutku, zmusiłam się do wyciągnięcia dłoni w kierunku drzwi.

W przedpokoju ponownie rozległ się hałas, tym razem był to dźwięk tłuczonego szkła. W pośpiechu chwyciłam za gałkę i zaparłam się, dociskając nagie stopy do starych desek podłogowych. Zamierzałam trzymać drzwi zamknięte tak długo, jak tylko się da. Kucnęłam, zgarbiona, z kolanami przyciągniętymi do piersi. Próbowałam stłumić szloch, wtulając twarz w materiał szlafroka, podczas gdy on plądrował mieszkanie. Modliłam się, by Delilah uciekła do ogrodu, by nic jej się nie stało.

Wreszcie, po bardzo długim czasie, usłyszałam, jak drzwi frontowe otwierają się i zamykają. Usiadłam na podłodze, płacząc, z twarzą dociśniętą do kolan. Nie mogłam uwierzyć, że naprawdę sobie poszedł. Że już nie wróci, żeby mnie skrzywdzić. Ręce zesztywniały mi boleśnie, ale nie miałam odwagi puścić gałki.

Oczami wyobraźni znów ujrzałam silne dłonie w białych lateksowych rękawiczkach.

Możliwe, że spędziłabym przy tych drzwiach całą noc, bojąc się poruszyć, ale usłyszałam kotkę, miauczącą i drapiącą w drewno po drugiej stronie.

– Delilah – zawołałam ochrypłym głosem, tak roztrzęsionym, jakby nie należał do mnie. – Och, Delilah.

Ten dźwięk − znajome głębokie mruczenie − jakby zdjął ze mnie urok. Puściłam gałkę, żeby rozruszać boleś­nie przykurczone palce. Potem wstałam, próbując opanować drżenie nóg, i ponownie sięgnęłam do góry, tym razem po to, aby otworzyć drzwi.

Gałka ustąpiła zbyt łatwo, nie stawiając żadnego oporu. Zatrzask ani drgnął. Włamywacz musiał usunąć trzpień obrotowy z drugiej strony.

Kurwa.

Kurwa, kurwa, kurwa.

Znalazłam się w pułapce.

2

Wydostanie się z sypialni zajęło mi dwie godziny. Nie miałam telefonu stacjonarnego, więc nie mogłam zadzwonić po pomoc, a okno było zakratowane. Złamałam swój najlepszy pilnik do paznokci, majstrując przy zamku, ale w końcu udało mi się otworzyć drzwi i wyjść do wąskiego przedpokoju.

Moje mieszkanko składa się z zaledwie trzech pomieszczeń – kuchni, sypialni i malutkiej łazienki – i właściwie wszystkie widziałam ze swej perspektywy, jednak nie potrafiłam się powstrzymać przed zajrzeniem do każdego z osobna. Sprawdziłam nawet schowek w przedpokoju, gdzie trzymam odkurzacz, żeby się upewnić, że mężczyzna naprawdę zniknął.

Serce waliło mi jak oszalałe, a ręce mi się trzęsły, gdy wchodziłam po schodkach, by zapukać do drzwi mojej sąsiadki. Czekając, aż otworzy, przyłapałam się na tym, że co i raz zerkam przez ramię na ciemną ulicę. Zgadywałam, że jest około czwartej nad ranem − musiałam długo się dobijać, żeby ją obudzić. W końcu usłyszałam ciężkie kroki pani Johnson i jej zrzędzenie. Gdy uchyliła drzwi, na jej zaspanej twarzy malowały się konsternacja i strach, ale zobaczywszy mnie – skuloną na schodkach, w szlafroku, z twarzą i rękami umazanymi krwią − natychmiast zdjęła łańcuch.

– Mój Boże! Co ci się stało?

– Ktoś się do mnie włamał… − Z trudem wypowiadałam słowa. Czy to z powodu chłodnego jesiennego powietrza, czy przeżytego szoku trzęsłam się gwałtownie i szczękałam zębami tak mocno, że bałam się, iż je połamię. Odepchnęłam od siebie tę wizję.

– Ty krwawisz! – zawołała zaniepokojona sąsiadka. – Och! A niech mnie! Wejdź, wejdź, proszę!

Poprowadziła mnie do salonu, którego podłogę zdobił dywan w tureckie wzory. Pokój był mały, ciemny i nieznośnie przegrzany, ale w tej chwili stanowił dla mnie upragnione schronienie.

– Siadaj, siadaj. – Wskazała na czerwoną pluszową sofę, po czym przyklękła, strzelając stawami, i zaczęła majstrować przy gazowym piecyku, jeszcze bardziej podkręcając ogrzewanie. Potem z trudem się wyprostowała i powiedziała: – Zrobię ci gorącej herbaty.

– Nic mi nie jest, pani Johnson, naprawdę. Czy mogłabym…

Ale ona surowo pokręciła głową.

– W takich sytuacjach nie ma nic lepszego niż gorąca słodka herbata!

Siedziałam więc posłusznie, oplatając dłońmi kolana, podczas gdy ona krzątała się po małej kuchni. Kiedy wróciła, niosąc na tacy dwa kubki, sięgnęłam po jeden i upiłam łyk. Skrzywiłam się, gdy gorąca porcelana zetknęła się ze skaleczeniem na mojej dłoni. Herbata była tak słodka, że już ledwie czułam smak krwi w ustach, co w sumie było błogosławieństwem.

Pani Johnson nie piła, tylko obserwowała mnie, z niepokojem marszcząc czoło.

– Czy on… – urwała. – Czy on zrobił ci krzywdę?

Wiedziałam, co ma na myśli. Pokręciłam głową, ale nim się odezwałam, wzięłam kolejny parzący łyk, by zapanować nad głosem.

– Nie. Nie tknął mnie. Ale zatrzasnął mnie w sypialni i oberwałam drzwiami w twarz… stąd to rozcięcie na policzku. A potem skaleczyłam się w rękę, gdy próbowałam się wydostać. Zamknął mnie w środku.

Pomyślałam o tym, jak znęcałam się nad zamkiem za pomocą pilniczka do paznokci i pary nożyczek. Judah zawsze się ze mnie nabija, że nie używam właściwych narzędzi do danej roboty – odkręcam śrubki czubkiem kuchennego noża, zdejmuję opony z kół rowerowych, podważając je ogrodniczym rydlem. Nie dalej jak w miniony weekend wyśmiał moją próbę naprawienia głowicy prysznicowej za pomocą mocnej taśmy klejącej, po czym spędził całe popołudnie, pedantycznie uszczelniając ją żywicą epoksydową. Ale Judah był na Ukrainie, a ja nie mog­łam o nim w tej chwili myśleć. Gdybym zaczęła, na pewno bym się rozpłakała, a gdybym teraz się rozkleiła, mogłabym kompletnie stracić panowanie nad sobą.

– Och, biedactwo…

Przełknęłam ślinę.

– Pani Johnson, dziękuję za herbatę… Ale tak naprawdę przyszłam zapytać, czy mogłabym skorzystać z pani telefonu. Włamywacz zabrał moją komórkę, więc nie mam jak zadzwonić na policję.

– Pewnie, pewnie. Dopij tylko herbatę. Aparat jest tam. – Wskazała na stolik przykryty koronkową serwetką, na którym stał prawdopodobnie ostatni w całym Londynie telefon z obrotową tarczą, jeśli nie liczyć egzemplarzy obrośniętych kurzem w sklepach ze starociami w Islington.

Posłusznie dokończyłam herbatę, po czym podniosłam słuchawkę. Przez chwilę mój palec zawisł nad dziewiątką, ale w końcu westchnęłam. Ostatecznie włamywacz już się ulotnił. Nic mi nie groziło. Nie ma sensu dzwonić pod numer alarmowy.

Zamiast tego wykręciłam sto jeden.

Czekając na połączenie, myślałam o ubezpieczeniu, którego nie wykupiłam, o wzmacnianym zamku, którego nie zainstalowałam, i o tym, jak fatalnie zakończył się ten wieczór.

Rozmyślałam o tym wszystkim nadal kilka godzin później, obserwując, jak pracownik pogotowia ślusarskiego wymienia gównianą zasuwkę w moich drzwiach frontowych na porządny zamek antywłamaniowy, i słuchając wykładu na temat zasad bezpieczeństwa oraz utyskiwania, że moje drzwi od podwórza to jakaś kpina.

– Przecież to jest płyta pilśniowa, złotko. Wyważyłbym je jednym kopniakiem. Mam ci zademonstrować?

– Nie – powiedziałam pospiesznie. – Nie, dziękuję. Naprawię je. Pan nie zajmuje się wymianą drzwi, prawda?

– Nie, ale mam kumpla, który to robi. Dam ci jego numer. Tymczasem powiedz mężowi, żeby przybił do tego skrzydła porządny kawał osiemnastomilimetrowej sklejki. Chyba nie chcesz powtórki z rozrywki?

– Nie. – Oględnie powiedziane.

– Mój kumpel z policji mówi, że jedna czwarta włamań to powtórki. Ci sami kolesie wracają po więcej.

– Super. – Uśmiechnęłam się blado. Właśnie to chciałam teraz usłyszeć.

– Osiemnastomilimetrowa sklejka. Chcesz, żebym to zapisał dla twojego męża?

– Nie, dziękuję. Nie mam męża.

I pomimo że mam jajniki, potrafię zapamiętać prostą, dwucyfrową liczbę, pomyślałam z irytacją.

– Aaa, jasne, łapię. Cóż, sama widzisz... – powiedział facet, jakby mój stan cywilny czegoś dowodził. – Futryna tych drzwi też się trzyma na słowo honoru. Trzeba ją wzmocnić. Możesz mieć najlepszy zamek, ale co ci po nim, jeśli wyważą futrynę. Mam w furgonetce coś, co może pasować. Wiesz, o czym mówię?

– Świetnie. – Podejrzewałam, że próbuje mnie wydoić, ale w tych okolicznościach było mi wszystko jedno.

– Wiesz co? – Wstał i wetknął dłuto do tylnej kieszeni spodni. – Założę ci to wzmocnienie i dorzucę kawałek sklejki do tylnych drzwi całkiem za darmo. Mam w furgonetce płytę odpowiedniej wielkości. Głowa do góry, złotko. On nie wróci. W każdym razie nie tą samą drogą.

Z jakiegoś powodu jego słowa nie dodały mi otuchy.

Kiedy ślusarz sobie poszedł, zaparzyłam herbatę i zaczęłam krążyć po mieszkaniu. Czułam się jak Delilah, gdy dziki kot dostał się do mieszkania przez klapę w drzwiach i nasikał w przedpokoju – włóczyła się potem godzinami po wszystkich pomieszczeniach, ocierając się o meble i siusiając po kątach, żeby na nowo oznaczyć swoje ­terytorium.

Ja oczywiście nie posunęłam się do tego, by nasikać na łóżko, ale dręczyło mnie to samo wrażenie naruszonej przestrzeni i potrzeba odzyskania panowania nad tym, co zostało pogwałcone. Pogwałcone? – powtórzył cichy, sarkastyczny głosik w mojej głowie. Błagam, ale z ciebie histeryczka.

A jednak czułam się w pewien sposób zgwałcona. Moje malutkie mieszkanko zostało sprofanowane, przestało być moim azylem. Relacjonowanie tego wszystkiego policji było drogą przez mękę. Owszem, widziałam intruza. Nie, nie potrafię go opisać. Co było w tej torebce? Cóż, wie pan, nic szczególnego, tylko całe moje życie: pieniądze, komórka, prawo jazdy, tabletki, generalnie wszystko, co było mi potrzebne − od maskary po bilet miesięczny.

Energiczny, bezosobowy głos policjanta wciąż odbijał się echem w mojej głowie:

– Co to był za telefon?

– Nic cennego – powiedziałam znużona. – Stary iPhone. Nie pamiętam, jaki model, ale mogę to sprawdzić.

– Dziękuję. Wszystko się przyda, marka, numer seryjny. Wspominała pani o tabletkach. Co to było za lekarstwo, jeśli mogę spytać?

Natychmiast przybrałam defensywny ton:

– A co moja historia choroby ma wspólnego z tą sprawą?

– Nic. – Cierpliwość mego rozmówcy była wręcz irytująca. – Po prostu niektóre leki mają wartość rynkową.

Wiedziałam, że mój gniew jest nieuzasadniony. Ten człowiek tylko wykonywał swoją pracę. Ale przecież to włamywacz popełnił przestępstwo, więc dlaczego miałam wrażenie, że to ja jestem przesłuchiwana?

Zmierzałam do salonu z filiżanką herbaty w dłoni, gdy rozległo się walenie do drzwi. Tak gwałtownie wdarło się w ciszę mieszkanka, że aż podskoczyłam ze strachu. Potknęłam się i zamarłam w bezruchu zgięta wpół.

Okropne wspomnienie zakapturzonej twarzy i dłoni w lateksowych rękawiczkach przeszyło mój mózg.

Dopiero gdy dudnienie rozległo się ponownie, zdałam sobie sprawę, że filiżanka leży rozbita na podłodze, a moje skarpetki są przemoczone od szybko stygnącego napoju. Ktoś po raz kolejny załomotał w drzwi.

– Chwileczkę! – wrzasnęłam, nagle wściekła i bliska łez. – Idę! Przestań walić w te cholerne drzwi!

– Przepraszam panią – powiedział policjant, gdy w końcu otworzyłam. – Nie byłem pewien, czy pani mnie słyszy. – A potem, na widok herbacianej kałuży i odłamków filiżanki, dodał: – O rety! Co się tu stało? Kolejne włamanie? Ha, ha!

Po południu, gdy policjant skończył spisywać protokół i w końcu wyszedł, otworzyłam laptop. Ponieważ był w sypialni, jako jedyny sprzęt elektroniczny ocalał przed kradzieżą. Pomijając materiały związane z pracą, dla których nie miałam kopii zapasowych, trzymałam na nim wszelkie potrzebne hasła, łącznie z plikiem (skrzywiłam się na myśl o tym) nazwanym „Różności bankowe”. Nie było tam wprawdzie moich kodów PIN, ale wszystko inne owszem.

Otworzyłam pocztę. Podczas gdy zwyczajowy zalew e-maili wypełniał moją skrzynkę odbiorczą, zauważyłam jeden z tematem „Zamierzasz się dziś pojawić? ;)”. Wtedy zdałam sobie sprawę, że kompletnie zapomniałam o skontaktowaniu się z „Velocity”.

W pierwszym odruchu chciałam po prostu odpisać na wiadomość, ale ostatecznie wyciągnęłam dwudziestofuntowy banknot z puszki po herbacie, gdzie trzymałam go, na wypadek gdybym potrzebowała pieniędzy na taksówkę, i poszłam do obskurnego sklepiku z telefonami, zlokalizowanego przy stacji metra. Musiałam trochę się potargować, ale w końcu koleś sprzedał mi tani aparat z kartą SIM za piętnaście funtów. Usiadłam w kawiarni naprzeciwko i zadzwoniłam do Jenn, asystentki redaktora.

Opowiedziałam jej całą historię, dbając o to, by wydała się zabawniejsza, niż była w rzeczywistości. Barwnie opisałam, jak majstrowałam przy zamku pilniczkiem do paznokci, pominęłam natomiast przykre szczegóły, takie jak lateksowe rękawiczki, poczucie strachu i bezsilności oraz koszmarnie realistyczne przebłyski wydarzeń, które wciąż mnie nawiedzały.

– Jasna cholera! – W głosie Jenn brzmiało przerażenie. – Wszystko z tobą dobrze?

– Tak, mniej więcej. Ale nie dotrę dziś do pracy. Muszę doprowadzić mieszkanie do porządku – wyjaśniłam, choć moje lokum wcale nie było w takim złym stanie. Włamywacz zachował się z godną uznania powściągliwością. Jak na przestępcę.

– Boże, Lo, biedactwo. Chcesz, żebym znalazła kogoś, kto przygotuje za ciebie tę relację z rejsu?

Przez moment nie miałam pojęcia, o czym mówi. A potem sobie przypomniałam. Dziewiczy rejs po norweskich fiordach butikowym, kameralnym, superluksusowym statkiem wycieczkowym Aurora Borealis. Jakimś cudem – wciąż nie byłam do końca pewna, jak mi się to udało – zdobyłam jedną z nielicznych przepustek prasowych, by zdać relację z tego wydarzenia.

Takie okazje trafiały się rzadko. Mimo że pracowałam w czasopiśmie podróżniczym, moje codzienne obowiązki ograniczały się zwykle do kopiowania i wklejania komunikatów prasowych oraz wyszukiwania zdjęć do artykułów, które przysyłała nam z luksusowych lokalizacji Rowan, nasza szefowa. I to właśnie Rowan miała popłynąć w ten rejs. Niestety, okazało się, że przeszkadza jej w tym ciąża – najwyraźniej niepowściąg­liwe wymioty – więc przepustka wylądowała na moim podołku niczym wielki prezent, obarczony odpowiedzialnością, ale i możliwościami. Zyskałam w ten sposób wotum zaufania – Rowan mogła wyświadczyć tę przysługę wielu innym osobom starszym stażem. Wiedziałam, że jeśli dobrze rozegram karty podczas tego rejsu, to będzie punkt na moją korzyść podczas walki o zastępstwo za Rowan w trakcie jej urlopu macierzyńskiego i może – tylko może – wreszcie dostanę awans, który obiecywała mi przez ostatnie kilka lat.

Wycieczka miała się rozpocząć w ten weekend − konkretnie w niedzielę. Miałam dwa dni do wyjazdu.

– Nie! – zawołałam, zaskakując samą siebie stanowczością tego stwierdzenia. – Nie, zdecydowanie nie chcę się wycofywać. Nic mi nie jest.

– Jesteś pewna? A co z twoim paszportem?

– Leżał w mojej sypialni, włamywacz go nie znalazł.

Dzięki Bogu.

– Jesteś absolutnie pewna? – W głosie Jenn usłyszałam troskę. – To bardzo ważne zlecenie. Nie tylko dla ciebie, ale dla magazynu. Jeśli nie czujesz się na siłach… Rowan nie chciałaby, żebyś…

– Czuję się na siłach – ucięłam. Nie ma mowy, żeby taka okazja wymknęła mi się z rąk. Mogłabym nie dostać następnej. – Serio. Naprawdę chcę to zrobić, Jenn.

– Okay… – odparła jakby niechętnie. – Cóż, w takim razie cała naprzód, hę? Dzisiaj rano otrzymaliśmy teczkę prasową. Wyślę ci ją kurierem razem z biletami na pociąg. Mam też notatki Rowan. Najważniejsze jest chyba to, żebyś stworzyła naprawdę ładną laurkę na temat samego statku, bo szefowa liczy na to, że zostaną naszymi reklamodawcami… Ale pośród gości powinno być wielu interesujących ludzi, więc jeśli uda ci się przygotować jakieś sylwetki pasażerów, to jeszcze lepiej.

– Pewnie. – Złapałam długopis z kawiarnianego blatu i zaczęłam robić notatki na papierowej serwetce. – Przypomnij mi, o której odpływamy?

– Najpierw musisz złapać pociąg o dziesiątej trzydzieści z King’s Cross… Może po prostu umieszczę wszystkie informacje w teczce prasowej?

– W porządku. Dziękuję, Jenn.

– Nie ma sprawy. – W jej głosie pobrzmiewał smutek i zastanawiałam się, czy przypadkiem sama nie miała ochoty przejąć tego zlecenia. – Uważaj na siebie, Lo. I do zobaczenia.

Zmierzchało już, gdy dowlekłam się z powrotem do domu. Bolały mnie stopy i policzek, marzyłam tylko o długiej gorącej kąpieli.

Drzwi mojego mieszkania w suterenie jak zawsze kryły się w cieniu. Znowu pomyślałam o tym, że powinnam zainstalować oświetlenie czujnikowe, choćby po to, żeby łatwiej było mi znaleźć klucze w torebce. Ale nawet w zapadającym zmroku widziałam drzazgi wokół sforsowanego zamka. To cud, że nie usłyszałam włamywacza. Cóż, czego się spodziewałaś? Ostatecznie byłaś pijana, odezwał się paskudny cichy głosik w mojej głowie.

Nowy zamek antywłamaniowy wydawał się solidny, co dodało mi otuchy. Zamknęłam za sobą drzwi, zrzuciłam buty i poszłam do łazienki. Stłumiłam ziewnięcie, odkręcając kurki z wodą, i opadłam na sedes, żeby ściągnąć rajstopy. Zaczęłam odpinać guziki bluzki i… zamarłam.

Normalnie, gdy w domu jesteśmy tylko ja i Delilah, zostawiam drzwi do łazienki otwarte, kiedy idę się kąpać. Ponieważ mieszkanie znajduje się poniżej poziomu chodnika, ściany są podatne na zawilgocenie. Poza tym nie czuję się dobrze w zamkniętych pomieszczeniach, a gdy żaluzje są spuszczone, łazienka wydaje się klaustrofobicznie mała. Ale choć drzwi frontowe były zamknięte i dodatkowo wzmocnione, na wszelki wypadek sprawdziłam okno, po czym zamknęłam się w łazience, zanim skończyłam się rozbierać.

Byłam zmęczona. Boże… byłam taka zmęczona. Wyobraziłam sobie, że zasypiam w wannie i osuwam się pod powierzchnię wody, a Judah znajduje moje nagie wzdęte ciało tydzień później… Potrząsnęłam głową. Muszę przestać tak cholernie dramatyzować. Wanna miała ledwie metr dwadzieścia długości. Siedząc w niej, miałam problemy ze spłukaniem szamponu z włosów. Jak miałabym utonąć w czymś tak mikroskopijnym?

Woda była na tyle gorąca, że skaleczenie na policzku zaczęło mnie piec. Zamknęłam oczy i spróbowałam sobie wyobrazić, że jestem gdzie indziej, z dala od tej klaustrofobicznej, małej przestrzeni, z dala od obrzydliwego, rojącego się od przestępców Londynu. Może spaceruję skandynawskim wybrzeżem, słysząc kojące dźwięki… eee… Bałtyku? Jak na dziennikarkę podróżniczą miałam niepokojące luki w wiedzy geograficznej.

Ale niechciane obrazy wciąż wdzierały się do moich myśli. Ślusarz opowiadający o tym, że jedna czwarta włamań to powtórki. Ja kuląca się w sypialni, ze stopami zapartymi w podłogę. Silne dłonie powleczone białym lateksem, pod którym widać było czarne owłosienie na palcach… Cholera. Cholera!

Otworzyłam oczy, ale tym razem powrót do rzeczywistości nie pomógł. Wilgotne ściany łazienki górowały nade mną, zamykały się wokół mnie…

Znowu tracisz zmysły, skomentował złośliwie mój wewnętrzny głosik. Czujesz to, prawda?

Zamknij się. Zamknij się. Zamknij się. Zacisnęłam powieki i zaczęłam liczyć, powoli i świadomie, próbując wypchnąć te wizje z mojej głowy. Raz. Dwa. Trzy. Wdech. Cztery. Pięć. Sześć. Wydech. Raz. Dwa. Trzy. Wdech. Cztery. Pięć. Sześć. Wydech.

W końcu obrazy rozmyły się, ale kąpiel już nie sprawiała mi przyjemności. Potrzeba wydostania się z tego dusznego małego pomieszczenia nagle stała się przytłaczająca. Wstałam, owinęłam się ręcznikiem, w drugi ręcznik zawinęłam włosy i poszłam do sypialni.

Laptop wciąż leżał na łóżku. Otworzyłam go, odpaliłam Google i wpisałam: „Jaki % włamywaczy powraca”.

Kliknęłam losowo w jeden z linków. Przeglądałam artykuł, aż natrafiłam na akapit, w którym pojawiły się słowa: „gdy włamywacze wracają… Według ogólnokrajowej ankiety średnio 25–50% włamań na przestrzeni roku to incydenty powtórne; od 25 do 35% ofiar doświadczyło powtórnego włamania. Statystyki zgromadzone przez brytyjską policję wskazują, że do 28–51% powtórnych włamań dochodzi w ciągu miesiąca od pierwszego incydentu, a do 11–25% w ciągu tygodnia”.

Świetnie. Zatem najwyraźniej mój sympatyczny, pesymistyczny ślusarz w rzeczywistości bagatelizował problem i wcale nie próbował mnie naciągnąć. Próba zrozumienia, jak to możliwe, że średnio połowa włamań to włamania powtórne, ale ofiar powtórnych włamań jest tylko trzydzieści pięć procent, sprawiła, że rozbolała mnie głowa. Tak czy inaczej, myśl, że mogłabym trafić do tych statystyk, nie napawała mnie entuzjazmem.

Obiecałam sobie, że tego wieczoru nie będę piła alkoholu. Po sprawdzeniu drzwi frontowych i tylnych, po obejrzeniu zamków w oknach i ponownym skontrolowaniu drzwi frontowych w końcu podłączyłam telefon do ładowarki przy łóżku i zaparzyłam sobie rumianek.

Zaniosłam filiżankę do sypialni i usadowiłam się na łóżku z laptopem, teczką zawierającą materiały na temat rejsu oraz paczką czekoladowych herbatników pełnoziarnistych. Była dopiero dwudziesta, a ja nie jadłam kolacji, ale byłam zbyt wyczerpana, żeby gotować. Nie miałam nawet siły, żeby zamówić coś przez telefon. Otworzyłam teczkę, opatuliłam się kołdrą i czekałam, aż zmorzy mnie sen.

Ale sen nie przychodził. Pochłonęłam całe opakowanie ciasteczek, wczytując się w fakty i liczby na temat Aurory. Tylko dziesięć luksusowo urządzonych kabin… maksymalnie dwudziestu pasażerów… starannie wyselekcjonowany personel z najlepszych na świecie hoteli i restauracji… Nawet specyfikacja techniczna statku nie była w stanie ukołysać mnie do snu. Byłam kompletnie wyczerpana, a jednocześnie podminowana i całkowicie przytomna.

Leżałam w moim kokonie, próbując nie myśleć o włamywaczu. Skupiałam się na pracy, na wszystkich sprawach, które musiałam załatwić. Odebrać nowe karty płatnicze. Spakować się i przeprowadzić własny research przed podróżą. Czy zobaczę się z Jude’em przed moim wyjazdem? Na pewno będzie próbował się ze mną skontaktować, dzwoniąc na skradzioną komórkę.

Odłożyłam materiały prasowe i odpaliłam pocztę.

„Cześć, kochanie”, napisałam, a potem zaczęłam obgryzać paznokieć. Co mam mu powiedzieć? Nie ma sensu wspominać o włamaniu. Jeszcze nie teraz. Miałby tylko wyrzuty sumienia, że nie było go przy mnie, gdy go potrzebowałam. „Straciłam telefon”, napisałam w końcu. „To długa historia, opowiem ci, jak wrócisz. W każdym razie jeśli będziesz chciał się ze mną skontaktować, pisz na maila, nie wysyłaj esemesów. O której zamierzasz wrócić w niedzielę? Ja wcześnie rano muszę jechać do Hull, żeby załapać się na ten skandynawski rejs. Mam nadzieję, że zdążymy się zobaczyć. Jeśli nie, to do zobaczenia w następny weekend? Lo x”.

Wysłałam wiadomość, mając nadzieję, że Judah nie będzie się zastanawiał, dlaczego nie śpię za piętnaście pierwsza w nocy. Potem zamknęłam komputer i sięgnęłam po książkę w przekonaniu, że lektura mnie uśpi.

Nie uśpiła.

O trzeciej trzydzieści pięć chwiejnym krokiem dowlek­łam się do kuchni i zrobiłam sobie mocny dżin z tonikiem. Zmusiłam się do wypicia go duszkiem, jak lekarstwo, wzdrygając się, gdy na języku poczułam cierpki smak. Później przygotowałam sobie drugiego drinka, którego wypiłam już wolniej. Stałam przez chwilę, czując, jak alkohol zaczyna krążyć mi w żyłach, rozluźnia mięśnie, koi stargane nerwy.

Przelałam resztę dżinu do szklanki i zabrałam ją ze sobą do sypialni. Potem leżałam sztywno na łóżku, niespokojna, wlepiając oczy w jarzącą się tarczę zegarka i czekając, aż drinki zadziałają.

Raz. Dwa. Trzy. Wdech. Cztery… Pięć… Pię…

Nie pamiętam, kiedy zasnęłam, ale w końcu musiało mi się udać, bo w jednej chwili patrzyłam na tarczę zegarka rozmazującą mi się przed oczami, walczyłam z bólem głowy i czekałam, aż pojawi się czwarta czterdzieści cztery, a w następnej zamrugałam i zobaczyłam puszysty pyszczek Delilah. Kotka trącała mnie nosem, dając do zrozumienia, że pora na śniadanie. Jęknęłam. Głowa bolała mnie bardziej niż wczoraj, choć nie byłam pewna, czy to z powodu rany na policzku, czy kolejnego kaca. Ostatni drink, wypity do połowy, stał na stoliku obok łóżka. Powąchałam zawartość szklanki i niemal zwymiotowałam. Drink musiał w dwóch trzecich składać się z alkoholu. Co ja sobie myślałam?

Zegarek wskazywał szóstą cztery rano, co oznaczało, że spałam krócej niż półtorej godziny; ale już oprzytomniałam, więc nie było sensu z tym walczyć. Wstałam i odsłoniłam zasłony. Moim oczom ukazał się szary świt. Cienkie palce słońca wdzierały się przez okno do mojej sutereny. Dzień wyglądał na zimny i gorzki. Włożyłam kapcie i trzęsąc się, ruszyłam do przedpokoju, żeby przestawić automatyczny timer termostatu na sterowanie ręczne i wcześniej uruchomić ogrzewanie.

*

Była sobota, więc nie musiałam pracować, ale załat­wianie formalności związanych z odzyskaniem numeru telefonu i wydaniem nowych kart płatniczych zajęło mi większość dnia. Wieczorem słaniałam się ze zmęczenia.

Ostatnio czułam się tak źle po powrocie z Tajlandii przez Los Angeles – po serii drzemek nieprzynoszących regeneracji, złakniona normalnego snu, z opuchniętymi oczami i kompletnie zdezorientowana. Gdzieś nad Atlantykiem zdałam sobie sprawę, że równie dobrze mogę zrezygnować z prób zaśnięcia. Po powrocie do domu padłam na łóżko, tracąc przytomność, i spałam przez dwadzieścia dwie godziny non stop. Wynurzyłam się z tego snu otumaniona i zesztywniała, dopiero gdy Judah zaczął się dobijać do moich drzwi z niedzielnymi gazetami.

Ale tym razem moje łóżko nie dawało mi schronienia.

Musiałam się wziąć w garść, zanim wyjadę. Ten rejs był dla mnie szansą, której nie mogłam zmarnować, niepowtarzalną okazją, by po dziesięciu latach nudnej i żmudnej roboty dowieść swej wartości. Miałam szansę pokazać, że się do tego nadaję, że podobnie jak Rowan umiem nawiązywać kontakty i promować nasze czasopismo, swobodnie gawędząc z ludźmi sukcesu. A lord Bullmer, właściciel statku Aurora Borealis, w rzeczy samej był człowiekiem sukcesu. Zaledwie jeden procent z jego budżetu reklamowego zapewniłby „Velocity” płynność finansową na wiele miesięcy, nie mówiąc już o potencjalnych zyskach, jakie przyniosłoby nam nawiązanie współpracy ze znanymi dziennikarzami i fotografami, którzy bez wątpienia też zostali zaproszeni na pokład Aurory.

Nie miałam zamiaru przystępować do agresywnego ataku przy kolacji – to wydawało mi się zbyt prostackie – ale gdyby udało mi się zdobyć prywatny numer Bullmera i zadbać o to, by odebrał mój telefon, kiedy już do niego zadzwonię… cóż, to zdecydowanie zwiększyłoby moje szanse na awans.

Mechanicznie przeżuwałam odgrzewaną pizzę, a gdy już się najadłam, wróciłam do przeglądania teczki prasowej. Słowa i obrazy jednak zamazywały mi się przed oczami, przymiotniki zlewały się ze sobą: „butikowy… kameralny… lśniący… luksusowy… starannie wyselekcjonowany…”. Z ziewnięciem odłożyłam kartkę, zerknęłam na zegarek i zdałam sobie sprawę, że minęła dziewiąta. Dzięki Bogu mogłam już położyć się do łóżka. Kiedy po kilka razy sprawdzałam wszystkie zamki, rozmyślałam o tym, że jedynym plusem mojego stanu jest fakt, iż nie czeka mnie powtórka z zeszłej nocy. Byłam tak wycieńczona, że nawet gdyby włamywacz faktycznie powrócił, prawdopodobnie przespałabym całe zajście.

O dziesiątej czterdzieści siedem zrozumiałam, że się myliłam.

O jedenastej dwadzieścia trzy zaczęłam płakać.

Czy już zawsze tak będzie? Czy już nigdy spokojnie nie zasnę?

Musiałam zasnąć. Musiałam. W ciągu ostatnich trzech dni (policzyłam na palcach, bo nie byłam w stanie zrobić tego w myślach) przespałam w sumie mniej niż cztery godziny.

Czułam smak snu. Wyczuwałam jego obecność − tuż poza moim zasięgiem. Musiałam usnąć. Musiałam. Zwariuję, jeśli się nie wyśpię.

Łzy znów zaczęły płynąć. Nawet nie wiedziałam, dlaczego płaczę. Czy to były łzy frustracji? Wściekłości na samą siebie i na włamywacza? Czy tylko objaw wyczerpania?

Wiedziałam tylko jedno: nie potrafię zasnąć. Sen przypominał niedotrzymaną obietnicę. Próbowałam go schwytać, tak jak niektórzy potrafią złapać rybę w strumieniu, ale wciąż wymykał mi się z rąk. Czułam się tak, jakbym chciała dogonić miraż. Obraz wciąż się cofał i oddalał − tym szybciej, im bardziej rozpaczliwie biegłam w jego stronę.

Boże, ja chcę spać…

Delilah zwróciła ku mnie łebek zdziwiona. Czy wypowiedziałam te słowa? Sama już nie wiedziałam. Chryste, zaczynało mi odbijać.

Twarz skryta w cieniu. Oczy połyskujące w ciemnościach.

Usiadłam. Serce waliło mi tak mocno, że czułam pulsowanie z tyłu czaszki.

Musiałam się stąd wydostać.

Wstałam jak w transie, zataczając się ze zmęczenia. Włożyłam buty, naciągnęłam płaszcz na pidżamę. Potem sięgnęłam po torebkę. Nie mogłam usnąć, więc postanowiłam dokądś pójść. Dokądkolwiek.

Skoro sen nie chciał przyjść do mnie, równie dobrze to ja mogłam go wytropić.

3

O północy ulice nie były jeszcze całkowicie opustoszałe, ale nie przypominały też tych, które przemierzałam codziennie w drodze do pracy. Tam, gdzie nie docierały siarkowożółte kałuże światła rzucanego przez uliczne latarnie, panowały cienie i szarość. Zimny wiatr pędził po chodniku skrawki gazet, liście i śmieci kotłowały się w rynsztokach. Powinnam odczuwać strach – trzydziestodwuletnia kobieta, w pidżamie pod płaszczem, wędrująca samotnie po nocy. Ale czułam się tu bezpieczniej niż we własnym mieszkaniu. Tutaj ktoś usłyszałby, jak krzyczę.

Nie miałam żadnego planu, po prostu zamierzałam włóczyć się po ulicach tak długo, aż będę zbyt zmęczona, by ustać na nogach. Gdzieś w okolicach Highbury i Islington zdałam sobie sprawę, że zaczęło padać, że musiało się rozpadać już jakiś czas temu, bo byłam przemoczona do suchej nitki. Mój wyczerpany, skołowany umysł próbował podjąć jakąś decyzję i w końcu nogi poniosły mnie dalej − niemal bez mojego udziału – ale nie w stronę domu, lecz na południe, w kierunku stacji metra Angel.

Nie zdawałam sobie sprawy, dokąd zmierzam, dopóki nie dotarłam na miejsce. Stanęłam w przedsionku budynku, w którym mieszkał. Ze ściągniętymi brwiami gapiłam się na panel domofonu, wpatrując się w nazwisko, które sam wypisał na skrawku papieru drobnym i schludnym odręcznym pismem: Lewis.

Nie było go w domu. Wyjechał na Ukrainę i miał wrócić dopiero jutro. Ale w kieszeni płaszcza miałam zapasowe klucze do jego mieszkania, a nie mogłam znieść myśli o powrotnym spacerze do siebie. Mogłabyś wziąć taksówkę, zagderał złośliwy głosik w mojej głowie. To nie spacer cię przeraża, ty tchórzu.

Potrząsnęłam głową. Krople deszczu rozprysły się na dzwonku ze stali nierdzewnej. Zaczęłam przeglądać pęk kluczy, dopóki nie znalazłam tych otwierających drzwi na klatkę. Wślizgnęłam się do środka, do dusznego wspólnego korytarza.

Wspięłam się na drugie piętro i ostrożnie weszłam do mieszkania.

W przedpokoju panowała absolutna ciemność. Drzwi do wszystkich pomieszczeń były pozamykane.

– Judah? – zawołałam. Byłam pewna, że nie ma go w domu, ale mógł tu nocować jakiś jego kumpel. Nie chciałam nikogo przyprawić o zawał serca w środku nocy. Wiedziałam aż za dobrze, jakie to uczucie. – Jude, to ja, Lo.

Ale nie było odpowiedzi. W mieszkaniu panowała kompletna cisza. Otworzyłam drzwi po lewej, te prowadzące do kuchni z aneksem jadalnym, i na paluszkach weszłam do środka. Nie zapaliłam światła. Po prostu ściągnęłam mokry płaszcz i pidżamę i wrzuciłam wszystko do zlewu.

Potem, naga, poszłam do sypialni. Snop księżycowego światła zalewał szerokie podwójne łóżko. Szara pościel była skotłowana, jakby Judah wstał zaledwie przed momentem. Położyłam się na samym środku, czując miękkość wysłużonych prześcieradeł i ten zapach − mieszankę potu, płynu po goleniu i jego skóry.

Zamknęłam oczy.

Raz. Dwa…

Sen pochłonął mnie jak fala.

Obudziły mnie krzyk kobiety i wrażenie, że ktoś na mnie leży, przyciska do materaca i próbuje chwycić mnie za ręce, mimo że się wyrywam.

Czyjaś dłoń złapała mnie za nadgarstek, dłoń znacznie silniejsza od mojej. Oszalała z paniki, zaczęłam na oślep macać wolną ręką w absolutnych ciemnościach, szukając czegoś, czegokolwiek, co mogłoby mi posłużyć za broń. W końcu natrafiłam na lampę stojącą na stoliku nocnym.

Mężczyzna zasłonił mi usta dłonią, dusił mnie, przytłaczał swoją masą. Uniosłam ciężką lampę i zdzieliłam go po głowie.

Krzyknął z bólu i jak przez mgłę usłyszałam jego niewyraźne słowa:

– Lo, to ja! To ja, na litość boską, uspokój się!

Co?

O Boże.

Ręce trzęsły mi się tak bardzo, że nie mogłam znaleźć włącznika lampy, tylko coś pozrzucałam ze stolika.

Słyszałam, jak Judah oddycha gwałtownie. Towarzyszył temu bulgoczący dźwięk, który mnie przeraził. Gdzie, do cholery, jest ta lampa? W końcu zdałam sobie sprawę, że przed chwilą użyłam jej, żeby zaatakować mojego chłopaka.

Zerwałam się z łóżka, stanęłam na drżących nogach i odszukałam włącznik światła przy drzwiach. Pokój zalało bezlitosne jaskrawe światło tuzina halogenowych lamp, obnażając wszystkie szczegóły koszmarnego widowiska.

Judah kucał na łóżku, trzymając się za twarz, krew ciekła mu po brodzie i po piersi.

– Boże, Jude! – Doczołgałam się do niego i trzęsącymi się dłońmi zaczęłam wyciągać chusteczki z pudełka przy łóżku. Docisnął je do twarzy. – Boże, co się stało? Kto tak krzyczał?

– Ty! – jęknął. Chusteczki przesiąkały krwią w błyskawicznym tempie.

– Co? – Adrenalina wciąż krążyła mi w żyłach. Rozejrzałam się po pokoju, skołowana, szukając kobiety i napastnika. – Jak to?

– Wróciłem do domu – wymamrotał. Chusteczki tłumiły jego brooklyński akcent. – Zaczęłaś krzyczeć przez sen. Więc próbowałem cię obudzić i… to.

– Och kurwa… – Zasłoniłam usta dłońmi. – Tak mi przykro.

Ten krzyk… był taki realny. Czy to naprawdę ja tak krzyczałam?

Judah ostrożnie odsunął od ust zwitek chusteczek. Na szkarłacie połyskiwało coś małego i białego. Dopiero gdy podniosłam na niego wzrok, zdałam sobie sprawę, że stracił ząb.

– Jezu…

Patrzył na mnie, krew wciąż ciekła mu z ust i nosa.

– Niezłe powitanie.

– Przepraszam… – Czułam ucisk w gardle, ale nie chciałam się rozpłakać przy taksówkarzu. Z trudem przełykałam łzy. – Judah?

Judah w milczeniu patrzył przez okno. Nad Londynem rozlewał się szary blask. Spędziliśmy dwie godziny na ostrym dyżurze. Jedyne, co zrobili, to zszyli mu wargę i odesłali go do dentysty, który wsadził ząb z powrotem na miejsce i powiedział, że mamy trzymać kciuki. Wybity ząb da się ocalić, jeśli ponownie się zakorzeni. A jeśli nie, trzeba będzie założyć mostek albo wstawić implant.

Zamknął oczy, a ja czułam, jak targają mną wyrzuty sumienia.

– Przepraszam – powtórzyłam, tym razem z większą rozpaczą w głosie. – Nie wiem, co jeszcze mogłabym powiedzieć.

– Nie, to ja przepraszam – wyseplenił, znużony. Znieczulenie miejscowe sprawiało, że miał kłopoty z mówieniem. Brzmiał tak, jakby naśladował pijanego Seana Connery’ego.

– Ty? A za co ty przepraszasz?

– Nie wiem. Za to, że schrzaniłem sprawę. Że nie było mnie przy tobie, gdy mnie potrzebowałaś.

– Mówisz o włamywaczu?

Pokiwał głową.

– Też. Ale tak naprawdę o wszystkim. Żałuję, że muszę tak często wyjeżdżać.

Przysunęłam się do niego, a on objął mnie ramieniem. Położyłam mu głowę na piersi i słuchałam powolnego, miarowego bicia jego serca, krzepiąco miarowego w porównaniu z oszalałym galopem, którym pędziło moje. Koszulka pod kurtką Judah była pochlapana krwią, ale ja czułam tylko miękki materiał pod swoim policzkiem. Zaczęłam oddychać głęboko i poczułam, jak mój puls zwalnia.

– I tak nie mógłbyś nic zrobić – wymamrotałam.

Potrząsnął głową.

– Mimo wszystko powinienem tam być.

Świtało już, gdy zapłaciliśmy taksówkarzowi i powoli weszliśmy na drugie piętro, z powrotem do mieszkania Judah. Kiedy zerknęłam na zegarek, zobaczyłam, że dochodzi szósta. Cholera, za kilka godzin muszę się znaleźć w pociągu do Hull.

Rozebraliśmy się i padliśmy na łóżko. Judah przytulił mnie i zamknął oczy, głęboko wdychając zapach moich włosów. Byłam taka zmęczona, że nie potrafiłam jasno myśleć, ale zamiast leżeć spokojnie i pozwolić, by ogarnął mnie sen, wspięłam się na Judah i zaczęłam całować jego szyję, brzuch, pas ciemnych włosów prowadzący do krocza.

– Lo… − Spróbował przyciągnąć mnie do siebie, żeby mnie pocałować, ale pokręciłam głową.

– Nie. Twoje usta… Po prostu leż spokojnie.

Pozwolił, aby głowa opadła mu z powrotem na poduszkę, skąpaną w smudze bladego światła przedzierającego się przez zasłony.

Minęło osiem dni, od kiedy ostatnio go widziałam. Minie kolejny tydzień, zanim zobaczę go ponownie. Jeśli nie zrobimy tego teraz…

Już po wszystkim leżałam w jego ramionach, czekając, aż mój oddech i serce się uspokoją, gdy poczułam, jak jego policzek, przyciśnięty do mojego, marszczy się w uśmiechu.

– To zdecydowanie bardziej mi odpowiada – wymruczał.

– Co takiego?

– Takie powitanie.

Wzdrygnęłam się, a on dotknął mojej twarzy.

– Lo, kochanie, to tylko żart.

– Wiem.

Oboje milczeliśmy przez długi czas. Myślałam, że zasnął, i sama zamknęłam oczy, pragnąc, by zmęczenie wreszcie zwyciężyło, ale nagle poczułam, jak jego pierś unosi się, a mięśnie ramienia napinają, podczas gdy nabierał powietrza w płuca.

– Lo, nie poproszę cię kolejny raz, ale…

Nie dokończył. Nie musiał. Wiedziałam, co chce powiedzieć. To samo, co w Nowy Rok. Chciał, żebyśmy zrobili następny krok. Żebyśmy zamieszkali razem.

– Pozwól, że o tym pomyślę – wydusiłam nieswoim głosem.

– Powiedziałaś to samo już tyle miesięcy temu.

– Wciąż się zastanawiam.

– Cóż, ja już się zdecydowałem. – Wziął mnie pod brodę i delikatnie uniósł moją twarz, żeby spojrzeć mi w oczy. Miał taką minę, że serce mi zamarło. Wyciągnęłam do niego rękę, ale on złapał ją i przytrzymał. – Lo, przestań unikać tematu. Byłem naprawdę cierpliwy, wiesz, że byłem, ale zaczynam mieć wrażenie, że nie pragniemy tego samego.

Poczułam, jak znajoma panika szarpie mi wnętrzności, dziwna mieszanka nadziei i przerażenia.

– Nie pragniemy tego samego? – Uśmiechnęłam się z przymusem. – Znowu oglądałeś Oprah?

Puścił moją dłoń. Coś w jego twarzy się zamknęło. ­Zagryzłam wargę.

– Jude…

– Nie – powiedział. – Po prostu… nie. Chciałem o tym porozmawiać, ale ty najwyraźniej nie, więc… Słuchaj, jestem zmęczony. Chodźmy spać.

– Jude… – powtórzyłam, tym razem błagalnie. Nienawidziłam siebie za to, że zachowuję się jak suka, nienawidziłam jego za to, że mnie do tego zmusza.

– Powiedziałem „nie” – wymruczał w poduszkę. Myślałam, że dalej mówi o naszej rozmowie, ale wtedy dodał: – Odrzuciłem tę ofertę pracy. W Nowym Jorku. Odrzuciłem ją. Dla ciebie.

Cholera.

4

Spałam głęboko, jakbym była otumaniona lekami. Budzik wyrwał mnie ze snu kilka godzin później.

Nie wiem, jak długo dzwonił, ale podejrzewam, że trochę to trwało. Głowa pękała mi z bólu. Leżałam przez chwilę, próbując się zorientować, gdzie jestem. W końcu wyciągnęłam rękę i wyłączyłam dzwonek, zanim zdążył obudzić Judah.

Przetarłam zaspane oczy i przeciągnęłam się, żeby rozluźnić zesztywniałe mięśnie szyi i barków. Wstałam i poszłam do kuchni. Zaczęłam przygotowywać kawę, łyknęłam swoje tabletki, a potem udałam się do łazienki, żeby zapolować na jakieś środki przeciwbólowe. Znalazłam ibupro­fen i paracetamol, a także jakiś lek w brązowej plastikowej buteleczce. Jak przez mgłę pamiętałam, że Judah dostał to na receptę, gdy skręcił kolano podczas meczu piłki nożnej. Otworzyłam wieczko i przyjrzałam się pigułkom. Były ogromne − w połowie czerwone, w połowie białe − wyglądały imponująco.

Ostatecznie jednak stchórzyłam i odstawiłam je na miejsce. W zamian wycisnęłam na wnętrze dłoni dwa ibuprofeny i szybko działający paracetamol z blistrów leżących na półce w apteczce. Popiłam je kawą – czarną, bo w opustoszałej lodówce nie było mleka. Resztę napoju wysączyłam powoli, rozmyślając o minionej nocy, o głupotach, które wyprawiałam, o tym, co powiedział Judah…

Byłam zaskoczona. Nie. Nawet bardziej niż zaskoczona. Byłam w szoku. Nigdy tak naprawdę nie rozmawialiśmy o jego planach, ale wiedziałam, że tęskni za przyjaciółmi ze Stanów, za mamą i młodszym bratem – żadnej z tych osób nigdy nie poznałam. Decyzja, którą podjął… Czy zrobił to dla siebie? Czy dla nas?

W dzbanku zostało jeszcze trochę kawy, więc nalałam ją do drugiego kubka i zaniosłam do sypialni.

Judah leżał rozwalony na materacu, jakby padł na łóżko bez życia. Na filmach ludzie pogrążeni we śnie zawsze wyglądają spokojnie, ale on nie sprawiał takiego wrażenia. Kanciasty nos i ściągnięte brwi nadawały mu wygląd jastrzębia − rozwścieczonego, że dał się zestrzelić myśliwemu.

Ostrożnie odstawiłam kubek na stolik przy łóżku i pochyliłam się, żeby pocałować go w kark, ciepły i zaskakująco miękki.

Poruszył się we śnie, wyciągnął długie opalone ramię, by mnie objąć, i otworzył piwne oczy, jakby ciemniejsze niż normalnie.

– Hej – szepnęłam.

– Hej. – Skrzywił się i ziewnął, a potem przyciągnął mnie do siebie.

Przez moment opierałam się, myśląc o statku, o pociągu i samochodzie czekającym na mnie w Hull. Ale w końcu rozpłynęłam się pod jego dotykiem. Leżeliśmy tak przez chwilę, patrząc sobie w oczy, a później ostrożnie dotknęłam rany na jego wardze.

– Myślisz, że ząb się zakorzeni?

– Nie wiem – mruknął. – Mam nadzieję. W poniedziałek muszę lecieć do Moskwy, nie mam ochoty zdawać się na łaskę tamtejszych dentystów. − Zamknął oczy i przeciągnął się, aż zatrzeszczało mu w stawach, a potem przekręcił się na bok i delikatnie położył dłoń na mojej nagiej piersi.

– Judah… – powiedziałam z mieszaniną irytacji i tęsknoty.

– Co?

– Nie mogę. Muszę już iść.

– To idź.

– Nie. Przestań.

– „Nie, przestań”? Czy może „Nie przestawaj”? – Uśmiechnął się kącikiem ust.

– I to, i to. Wiesz, co mam na myśli. – Usiadłam na łóżku i pokręciłam głową. Natychmiast tego pożałowałam. Zabolało.

– Jak twój policzek?

– W porządku. – Dotknęłam go palcami. Był opuchnięty, ale mniej niż wczoraj.

Judah popatrzył na mnie z troską. Przysunął dłoń do mojej twarzy, a ja wzdrygnęłam się wbrew sobie.

– Powinienem tam być – powiedział znowu.

– Cóż, ale nie byłeś – ucięłam bardziej opryskliwym tonem, niż zamierzałam. – Nigdy cię nie ma.

Zamrugał zdziwiony i uniósł się na łokciach. Na twarzy wciąż miał odgniecenia od poduszki.

– Co…?

– Słyszałeś. – Wiedziałam, że zachowuję się niedorzecznie, ale już nie potrafiłam zapanować nad słowami. – Jak sobie wyobrażasz naszą przyszłość, Jude? Nawet gdybym się do ciebie wprowadziła… jaki jest plan? Mam tu siedzieć, tkając całun jak Penelopa i pilnując domowego ogniska, podczas gdy ty będziesz popijał szkocką w Rosji z innymi zagranicznymi korespondentami?

– Skąd ci się to wzięło?

Zaczęłam naciągać na siebie ubrania, które trzymałam u Judah, żeby mieć coś na zmianę, a które po naszej nocnej wycieczce na ostry dyżur porzuciłam na podłodze.

– Po prostu jestem zmęczona, Jude. – Oględnie powiedziane. W ciągu ostatnich trzech nocy prawie nie spałam. – I nie wydaje mi się, żeby to do czegoś zmierzało. Już teraz jest nam trudno, chociaż jesteśmy tylko we dwoje. Nie zamierzam siedzieć w domu z dzieckiem, w ciężkiej depresji poporodowej, podczas gdy do ciebie będą strzelać w każdej zabitej dechami dziurze po tej stronie równika.

– Ostatnie wydarzenia wskazują, że więcej niebezpieczeństw grozi mi w moim własnym mieszkaniu – zażartował Judah, ale zaraz się skrzywił. – Przepraszam, dupek ze mnie. To był wypadek, wiem o tym.

Zarzuciłam na ramiona wciąż wilgotny płaszcz i sięg­nęłam po torebkę.

– Żegnaj, Judah.

– Żegnaj? Co chcesz przez to powiedzieć? Żegnaj?

– Interpretuj to, jak chcesz.

– Chcę, żebyś przestała się zachowywać jak cholerna histeryczka i zamieszkała ze mną. Kocham cię, Lo!

Jego słowa uderzyły we mnie jak policzek. Zatrzymałam się w drzwiach, niemal uginając się pod ciężarem zmęczenia.

Dłonie w białych lateksowych rękawiczkach, odgłos śmiechu…

– Lo? – rzucił Judah niepewnie.

– Nie mogę tego zrobić – powiedziałam, nie patrząc na niego. Nie byłam pewna, o czym mówię. Nie mogłam odejść. Nie mogłam zostać. Nie mogłam teraz prowadzić tej rozmowy, tego życia, tego wszystkiego. – Ja po prostu… muszę już iść.

– Więc ta oferta pracy… Ta, którą odrzuciłem. – W jego głosie słyszałam gniew. − Chcesz powiedzieć, że źle zrobiłem?

– Nie prosiłam cię o to! – krzyknęłam. Głos mi drżał. – Nigdy cię o to nie prosiłam. Więc nie zwalaj odpowiedzialności na mnie. – Zarzuciłam torebkę na ramię i ruszyłam w stronę drzwi.

Nie odezwał się. Nie próbował mnie zatrzymać. Wyszłam z mieszkania, zataczając się jak pijana. Dopiero gdy wsiadłam do metra, dotarło do mnie, co właśnie się wydarzyło.

5

Uwielbiam porty. Uwielbiam zapach smoły i morskiej bryzy, uwielbiam krzyk mew. Może sprawiły to lata pływania promami na wakacje do Francji, ale porty dają mi poczucie wolności, jakiego nigdy nie doświadczam na lotniskach. Lotniska kojarzą mi się z podróżami służbowymi, kontrolami bezpieczeństwa i opóźnieniami. Natomiast porty… sama nie wiem. Z czymś kompletnie innym. Może z ucieczką?

W trakcie podróży pociągiem unikałam myślenia o Judah, skupiając się na przygotowaniach do czekającego mnie zadania. Okazało się, że Richard Bullmer jest zaledwie kilka lat starszy ode mnie, ale jego CV wystarczyło, żebym nabawiła się kompleksu niższości. Lista jego osiąg­nięć sprawiła, że w oczach stanęły mi łzy. Każde kolejne przedsięwzięcie i kierownicze stanowisko zapewniały mu jeszcze więcej pieniędzy i wpływów.

Gdy odpaliłam na komórce Wikipedię, ujrzałam opalonego przystojnego mężczyznę o kruczoczarnych włosach, stojącego obok olśniewająco pięknej blondynki przed trzydziestką. „Richard Bullmer i jego żona, następczyni tronu Anne Lyngstad, w dniu ślubu w Stavanger”, przeczytałam informację pod zdjęciem.

Biorąc pod uwagę, że facet nosił tytuł lorda, zakładałam, że majątek dostał na talerzu, jednak najwyraźniej moja ocena była niesprawiedliwa. Według Wikipedii dzieciństwo faktycznie miał usłane różami – prywatne szkoły: Eton, a potem Balliol. Jednak gdy był na pierwszym roku studiów, zmarł mu ojciec. Matki najwyraźniej nie miał od dawna, choć artykuł nie wyjaśniał tej kwestii. W każdym razie rodzinny majątek pochłonęły podatki od spadku i długi. W wieku lat dziewiętnastu Bullmer stracił dom i rodzinę.

W tych okolicznościach sam fakt, że skończył studia na Oksfordzie, byłby sporym osiągnięciem, tymczasem już na trzecim roku udało mu się założyć internetowy start-up. Jego wejście na giełdę w dwa tysiące trzecim roku stanowiło pierwszy z całego pasma sukcesów − najnowszym był ten butikowy dziesięciokabinowy statek, zapewniający luksusowe warunki podróży bogaczom pragnącym poznać uroki skandynawskiego wybrzeża. „Idealne miejsce na ślub twoich marzeń, imponujący firmowy event, dzięki któremu zrobisz wrażenie na klientach, lub po prostu na ekskluzywne wakacje, których ty i twoja rodzina nigdy nie zapomnicie”, informowała broszurka z mojej teczki prasowej. Przewróciłam stronę i zobaczyłam plan pokładu z kabinami.

Z przodu łodzi – fachowo powinnam chyba powiedzieć „na dziobie” – znajdowały się cztery duże apartamenty. Sześć mniejszych, ułożonych w kształt podkowy, umiejscowiono z tyłu. Kabiny zostały ponumerowane − parzyste po jednej stronie centralnego korytarza, nieparzyste po drugiej. Apartament numer jeden zlokalizowano na samym dziobie, a kabiny dziewiąta i dziesiąta sąsiadowały ze sobą na łukowatej rufie statku. Zgadywałam, że zostanę umieszczona w jednym z mniejszych pokojów, apartamenty z pewnością były zarezerwowane dla ­VIP-ów. Plan nie zawierał wymiarów pomieszczeń. Ściągnęłam brwi, przypominając sobie kajuty na niektórych promach pływających przez kanał La Manche − klaustrofobiczne klitki bez okien. Myśl o spędzeniu pięciu dni w takich warunkach nie należała do przyjemnych, ale na luksusowym statku chyba zapewnią nam bardziej przestronne pokoje?

Przewróciłam kolejną stronę, licząc na zdjęcia kabin, ale zamiast nich moim oczom ukazała się fotka prezentująca oszałamiający wybór skandynawskich przysmaków, wyeksponowanych na śnieżnobiałym obrusie. Szef kuchni Aurory najwyraźniej szkolił się w restauracjach Noma i El Bulli. Ziewnęłam i przycisnęłam palce do oczu, czując piasek pod powiekami. Ciężar wydarzeń minionej nocy znów mnie przytłoczył.

Przypomniałam sobie poharataną twarz Judah, jego minę, gdy wychodziłam, i wzdrygnęłam się. Czy my ze sobą zerwaliśmy? Czy ja go rzuciłam? Za każdym razem, gdy próbowałam zrekonstruować naszą rozmowę, mój wyczerpany mózg przejmował dowodzenie i dodawał rzeczy, których nie powiedziałam, oraz odpowiedzi, których chciałam udzielić, ale tego nie zrobiłam. Robił z Judah gruboskórnego ignoranta, żeby usprawiedliwić moje działania, albo przypominał mi o jego bezwarunkowej miłości, żeby przekonać mnie, iż wszystko będzie w porządku. Nie prosiłam Judah, żeby odrzucił tę ofertę pracy. Dlaczego więc oczekiwał, że będę mu za to wdzięczna?

Przysnęłam na jakieś pół godziny w samochodzie, który miał mnie zawieźć z dworca kolejowego do portu. Radosny głos kierowcy, informującego, że jesteśmy na miejscu, wyrwał mnie ze snu niczym kubeł zimnej wody wylany na głowę. Wygramoliłam się z auta, niewyspana i otumaniona. Poczułam na skórze palące słońce i pieczenie słonej bryzy.

Kierowca podjechał niemal pod sam trap Aurory, ale gdy spojrzałam na statek, zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście jestem we właściwym miejscu. Faktycznie wyglądał jak na zdjęciu z broszurki: ogromne szklane okna, w których odbijało się słońce, nietknięte choćby jednym odciskiem palca czy kropelką wody; lśniąca warstwa białej farby, tak świeża, jakby malowanie skończono dziś rano. Ale był taki… mały. Bardziej przypominał jacht niż statek wycieczkowy. W końcu zrozumiałam, dlaczego nazywali go „kameralnym”. Widywałam większe statki żeglujące między greckimi wyspami. Wydawało mi się niemożliwe, żeby wszystko, o czym wspomniano w folderze – biblioteka, przeszklony taras, spa, sauna, bar i inne wygody niezbędne do życia rozpieszczonym pasażerom Aurory – mogło się zmieścić na tak małej przestrzeni. Rozmiary statku i jego nieskazitelny wygląd sprawiały, że przypominał zabawkę. Gdy weszłam na wąski stalowy trap, nagle odniosłam wrażenie, że Aurora to model uwięziony w butelce − odizolowany i nierzeczywisty, a ja sama kurczę się z każdym krokiem, by się w nim zmieścić. Dziwne uczucie, jakbym patrzyła przez zły koniec lunety. Niemal dostałam od tego zawrotów głowy.

Trap drżał pod moimi stopami, oleiste atramentowe wody portu kotłowały się poniżej i przez moment wydawało mi się, że spadam. Zamknęłam oczy i chwyciłam się zimnej metalowej poręczy.

W tej samej chwili usłyszałam rozentuzjazmowany kobiecy głos:

– Wspaniały zapach, prawda?!

Zamrugałam. Przy wejściu na pokład stała stewardesa. Opalona na orzechowy brąz, miała blond włosy, niemal białe, i uśmiechała się do mnie promiennie, jakbym była jej dawno niewidzianą bogatą krewną z Australii. Nabrałam powietrza, żeby się uspokoić, po czym pokonałam resztę trapu i weszłam na pokład Aurory Borealis.

– Dzień dobry, pani Blacklock – powitała mnie stewardesa, gdy przekraczałam próg. Nie potrafiłam stwierdzić, z jakim akcentem mówi, ale tak modulowała głos, jakby spotkanie ze mną było dla niej przeżyciem na miarę wygranej na loterii. – Bardzo mi miło powitać panią na pokładzie. Czy jeden z naszych bagażowych może zabrać pani walizkę?

Rozejrzałam się, nie rozumiejąc, skąd wie, z kim ma do czynienia. Mój bagaż zniknął, zanim zdążyłam zaprotestować.

– Czy mogę zaoferować pani kieliszek szampana?

– Hmm – odpowiedziałam błyskotliwie. Stewardesa potraktowała to jako zgodę i wręczyła mi wysoki wąski kieliszek zroszony kropelkami wody. – Uhm, dzięki.

Na widok wystroju wnętrza kompletnie mnie zatkało. Statek może był mały, ale upchnęli w nim tyle luksusów, że spokojnie starczyłoby na dziesięć razy większą jednostkę. Każda powierzchnia imponujących kręconych schodów, którą dało się pokryć marmurem, politurą albo surowym jedwabiem, została potraktowana właśnie w ten sposób. Całe piętro zalewał blask żyrandola, tak ostry, że zaczęły łzawić mi oczy. Rzucane przezeń małe plamki światła przypominały refleksy słońca na powierzchni morza. Robiło się od tego niedobrze – i to nie tylko ze względu na ewidentną rozrzutność i przesadny przepych. Kryształy działały jak pryzmaty, rozszczepiając każdą drobinę światła, wytrącały z równowagi i dezorientowały. Miałam wrażenie, jakbym zaglądała do kalejdoskopu. W połączeniu z niewyspaniem nie było to przyjemne doświadczenie.

Stewardesa musiała zauważyć moje oszołomienie, bo uśmiechnęła się ze zrozumieniem.

– To doprawdy imponujące, czyż nie? – zagaiła. – Jeden żyrandol zaprojektowano z użyciem ponad dwóch tysięcy kryształów Swarovskiego.

– O rety… – odparłam słabo. Głowa mi pękała i próbowałam sobie przypomnieć, czy spakowałam ibuprofen. Trudno było nie mrugać.

– Jesteśmy bardzo dumni z Aurory – kontynuowała stewardesa ciepłym głosem. – Nazywam się Camilla Lidman i będę odpowiadać za komfort naszych gości podczas rejsu. Mój gabinet znajduje się na dolnym pokładzie. Jeśli będę mogła zrobić cokolwiek, aby uprzyjemnić pani podróż, proszę się do mnie zwrócić bez wahania. Mój kolega, Josef – wskazała na uśmiechniętego blondyna po prawej – zaprowadzi panią do pani kabiny, a później oprowadzi po pokładzie. Kolacja rozpocznie się o ósmej, ale chcielibyśmy zaprosić panią o siódmej do salonu Lindgren na prezentację dotyczącą statku i wszystkich wspaniałości, jakimi będzie pani mogła się cieszyć w trakcie rejsu. Ach! Pan Lederer.

Wysoki ciemnowłosy mężczyzna po czterdziestce właś­nie wspinał się po trapie. Za nim dreptał bagażowy, taszcząc ogromną walizę.

– Proszę uważać – poprosił mężczyzna, krzywiąc się, gdy kółka bagażu podskoczyły na spawanej spoinie. – Mam tam bardzo delikatny sprzęt.

– Panie Lederer – powiedziała Camilla Lidman z tym samym, niemal delirycznym entuzjazmem, z jakim powitała moją osobę. Naprawdę byłam pod wrażeniem jej zdolności aktorskich, choć przy Ledererze pewnie nie musiała się tak wysilać, bo naprawdę był niczego sobie. – Pozwoli pan, że powitam pana na pokładzie Aurory. Czy mogę panu zaproponować kieliszek szampana? A gdzie jest pani Lederer?

– Pani Lederer nie dołączy do nas. – Mężczyzna przeczesał dłonią włosy i z lekkim osłupieniem spojrzał na żyrandol Swarovskiego.

– Och, tak mi przykro. – Camilla Lidman zmarszczyła nieskazitelnie wyregulowane brwi. – Mam nadzieję, że nic się nie stało?

– Cóż, na pewno nic jej nie dolega – wypalił Lederer. – Właśnie pieprzy się z moim najlepszym przyjacielem. – Uśmiechnął się i sięgnął po kieliszek.

Camilla zamrugała, ale szybko odzyskała rezon.

– Josefie, zaprowadź, proszę, panią Blacklock do jej kabiny.

Josef skłonił się nieznacznie i wyciągnął dłoń w kierunku schodów prowadzących na niższy pokład.

– Tędy proszę – powiedział.

W osłupieniu pokiwałam głową i posłusznie ruszyłam, wciąż ściskając w dłoni kieliszek szampana. Słyszałam jeszcze, jak Camilla informuje Lederera, gdzie znajduje się jej gabinet.

– Przygotowaliśmy dla pani kabinę numer dziewięć, apartament Linneusza – poinformował mnie Josef, gdy schodziłam za nim w beżowy półmrok korytarza wyłożonego grubą wykładziną. – Każda z kabin została nazwana na cześć jakiegoś wybitnego skandynawskiego naukowca.

– To kto dostanie Nobla? – zażartowałam nerwowo. Czułam nadciągający atak klaustrofobii. Nie chodziło tylko o rozmiary korytarza; brak okien, a co za tym idzie naturalnego światła i przyćmione lampy pogarszały tylko sprawę.

Josef odpowiedział ze śmiertelną powagą:

– W trakcie tej konkretnej podróży apartament Nobla będą zajmować lord i lady Bullmer. Lord Bullmer jest dyrektorem Northern Lights Company, firmy, do której należy ten statek. Na pokładzie znajduje się dziesięć kabin – kontynuował wyjaśnienia – cztery na dziobie i sześć na rufie. Wszystkie ulokowano na środkowym pokładzie. Apartamenty mogą się składać nawet z trzech pomieszczeń, każdy został wyposażony w łazienkę, w której znajduje się normalnych rozmiarów wanna oraz oddzielny prysznic, w podwójne łóżko i prywatną werandę. W apartamencie Nobla dodatkowo zamontowano prywatne jacuzzi.

Weranda? Myśl o werandach na statku wycieczkowym wydała mi się zupełnie niedorzeczna, ale gdy się nad tym zastanowiłam, doszłam do wniosku, że nie jest to dziwniejsze niż inne udogodnienia dostępne dla pasażerów. Jacuzzi pod gołym niebem? Wolałam nawet o tym nie myśleć.

– Do kabin zostali przydzieleni stewardzi, którzy pozostają do dyspozycji gości w dzień i w nocy. Pani będzie się znajdowała pod opieką moją i mojej koleżanki Karli. Pozna ją pani dziś wieczorem. Z przyjemnością pomożemy pani w każdy możliwy sposób podczas pani pobytu na Aurorze.

– A więc to jest środkowy pokład, zgadza się? – zapytałam.

Josef pokiwał głową.

– Tak, na tym pokładzie znajdują się wyłącznie apartamenty pasażerów. Na górze znajdzie pani jadalnię, spa, bar, bibliotekę, przeszklony taras i inne miejsca wspólne. Te z kolei nazwano na cześć skandynawskich pisarzy – salon Lindgren, jadalnia Jansson i tak dalej.

– Jansson?

– Tove.

– Och, oczywiście! Muminki – rzuciłam głupio. Boże, głowa mi pękała.

Dotarliśmy do wyłożonych drewnianą boazerią drzwi, na których widniała dyskretna plakietka z napisem „9: Linneusz”. Josef otworzył i cofnął się, żebym mogła wejść do środka.

Nie przesadzając, to miejsce było z siedem czy osiem razy przyjemniejsze od mojego londyńskiego mieszkania. I niewiele od niego mniejsze. Po prawej ciągnęły się szafy z lustrami, była tu sofa i toaletka, a między nimi, na samym środku, ogromne podwójne łóżko. Biała połać świeżo wyprasowanej gładkiej pościeli wyglądała wyjątkowo kusząco.

Ale to nie przestrzeń apartamentu, choć imponująca, zrobiła na mnie największe wrażenie, lecz światło. Po wędrówce wąskimi, sztucznie oświetlonymi korytarzami blask wlewający się przez okno aż mnie oślepił. Proste białe zasłony falowały, szarpane morską bryzą, i zauważyłam, że przesuwne drzwi na werandę są otwarte. Poczułam natychmiastową ulgę, ucisk w mojej piersi zelżał.

– Drzwi można zasunąć – wyjaśnił Josef, stojący za moimi plecami – ale zatrzask automatycznie puści w razie niesprzyjających warunków pogodowych.

– Okay, świetnie – powiedziałam z roztargnieniem. Potrafiłam myśleć tylko o tym, jak bardzo chcę, żeby Josef już sobie poszedł, żebym mogła zwalić się na łóżko i zanurzyć w krainie snu.

Stałam, z zakłopotaniem tłumiąc ziewanie, podczas gdy Josef objaśniał mi funkcjonowanie łazienki (dziękuję, korzystałam już kiedyś z takiego pomieszczenia), lodówki oraz minibarku (wszystko gratis – na nieszczęście dla mojej wątroby), dodając, że lód będzie uzupełniany dwa razy dziennie i mogę wezwać jego lub Karlę o każdej porze.

W końcu moje ziewanie stało się tak ewidentne, że ukłonił się i przeprosił, zostawiając mnie samą, abym się rozgościła.

Nie było sensu udawać, że nie jestem pod wrażeniem. Byłam. Głównie z powodu łóżka, które praktycznie krzyczało, żebym rzuciła się na nie i przespała trzydzieści czy czterdzieści godzin. Spojrzałam na nieskazitelnie białą pościel, na złoto-białe ozdobne poduszki i pragnienie snu zalało mnie całą, zaczęło krążyć w żyłach, wywołując dreszcze, które przeszywały mnie od karku aż po koniuszki palców u rąk i stóp. Naprawdę potrzebowałam snu. Zaczynałam go łaknąć niczym narkoman, odliczający godziny do następnej działki. Trzydziestominutowa drzemka w taksówce tylko pogorszyła sprawę.

Ale sen nie wchodził teraz w grę. Gdybym się położyła, na pewno bym zaspała, a na to nie mogłam sobie pozwolić. Może uda mi się zrezygnować z niektórych spotkań w trakcie tygodnia, ale absolutnie musiałam się pojawić na dzisiejszej prezentacji i kolacji. To była pierwsza noc na pokładzie. Ludzie będą się zapoznawać i nawiązywać kontakty jak szaleni. Jeśli to przegapię, stracę punkty i już nie nadrobię zaległości.

Zamiast paść na łóżko, stłumiłam kolejne ziewnięcie i wyszłam na werandę w nadziei, że świeże powietrze rozwieje gęstniejącą mgłę wyczerpania, która spowijała mnie za każdym razem, gdy siedziałam w bezruchu i z nikim nie rozmawiałam.

Weranda była zachwycająca, jak przystało na prywatny balkon na luksusowym statku wycieczkowym. Przeszklona balustrada sprawiała, że człowiek miał wrażenie, iż nic nie dzieli go od morza, a dwa leżaki oraz malutki stolik zachęcały, by przesiadywać tu wieczorami i zachwycać się widokiem słońca o północy albo zorzą polarną, w zależności od tego, który rejs się zarezerwowało.

Długo obserwowałam stateczki wpływające i wypływające z portu w Hull, delektując się słonym wiatrem we włosach. Nagle coś się zmieniło. Przez moment nie potrafiłam stwierdzić co takiego, aż w końcu zrozumiałam. Silniki, które przez ostatnie pół godziny z okładem mruczały dyskretnie, teraz zwiększyły obroty i statek zaczął powoli się obracać, odbijając od nabrzeża i kierując dziób w stronę morza.

Patrzyłam, jak opuszczamy port, płynąc między zielonymi i czerwonymi światłami znaczącymi kanał. Gdy znaleźliśmy się na pełnym morzu, delikatne fale ustąpiły miejsca tym większym, potężniejszym i statek zaczął się kołysać.

Linia brzegowa powoli się zamazywała, budynki Hull zlały się w fałdy na horyzoncie, by przybrać kształt jednej ciemnej kreski. Gdy tak obserwowałam, jak oddalamy się od lądu, myślałam o Judah i o wszystkich niedokończonych sprawach, które zostawiałam za sobą. Komórka ciążyła mi w kieszeni. Wyciągnęłam ją w nadziei, że zobaczę jakąś wiadomość od niego, zanim stracę zasięg. Do widzenia. Powodzenia. Udanej podróży.

Ale nic nie znalazłam. Zasięg zmniejszył się o jedną kreskę, potem o następną, a telefon w mojej dłoni wciąż milczał. Powoli traciłam z oczu wybrzeże Anglii i słyszałam tylko łoskot fal

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI