Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 296 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziewczyna z Bagdadu - Michelle Nouri

Od życia w arabskim reżimie po karierę we Włoszech – prawdziwa historia życia pewnej niezwykłej kobiety

Autorka urodziła się w Pradze, ze związku Irakijczyka z Czeszką, a dorastała we względnym luksusie w Iraku, w uprzywilejowanej klasie średniej. Rodzina była w pełni lojalna wobec Saddama Husseina, nieświadoma potworności i okrucieństw reżimu.

Dorastanie Michelle komplikuje się, gdy rodzina, zgodnie z tradycją, nakazuje dziewczynie poślubić swojego kuzyna. Michelle odmawia i rozpoczyna flirt z Udajem Husseinem, najstarszym synem irackiego dyktatora. Tymczasem wybucha wojna iracko-irańska, a ojciec opuszcza rodzinę dla innej kobiety. Michelle, jej matka i siostry zostają  same, bez środków do życia. W desperacji uciekają do Czechosłowacji, gdzie czeka je bolesna konfrontacja między dwiema kulturami – arabską i postkomunistyczną. Nouri jednak nie daje za wygraną – po kilku dramatycznych latach w Pradze, w wieku 18 lat, wyjeżdża do Włoch, gdzie osiągnęła sukces jako dziennikarka. Pracuje zarówno w prasie jak i w telewizji.

Opinie o ebooku Dziewczyna z Bagdadu - Michelle Nouri

Fragment ebooka Dziewczyna z Bagdadu - Michelle Nouri

MichelleNouri

Dziewczyna z Bagdadu

Fragment

Mojej mamie, Janie

Prolog

– Musimy wyjechać. Dziś wieczorem wujek, którego nie znacie, przyjedzie tu po nas i zawiezie nas na lotnisko – oznajmia poważnie mama.

To dla mnie prawdziwy cios. Mimo wszystkiego, co wydarzyło się w ciągu ostatniego roku – zdrady ojca, poronienia matki i wydziedziczenia jej przez rodzinę ojca, wojny – nie przypuszczałam, że do tego dojdzie.

– Nie chcę stąd wyjeżdżać! – wybucham. – Dlaczego musimy uciekać? Przecież wojna się skończyła. Teraz wszystko będzie szło ku dobremu!

W głębi serca wiem, że to tylko puste słowa i moje łzy nic nie zmienią. Mamy dosłownie kilka godzin na spakowanie do walizek całego naszego dobytku – a przynajmniej tego, co z niego pozostało. Większość wartościowych przedmiotów i tak już zniknęła. Ojciec zabierał je stopniowo podczas swoich nocnych nalotów. W ten sposób straciłyśmy kosztowną porcelanę, używaną tylko przy uroczystych okazjach, dywan, na którym lubił się kiedyś kłaść, a ja stawałam na jego plecach i robiłam mu masaże, i magnetofon, z którego płynęły dźwięki uwielbianych przez mamę piosenek ABBY. Nasz dom stał się teraz pustą skorupą, ale nadal pozostał wszystkim, co nadawało sens mojemu życiu, wszystkim, co o sobie wiem.

Przez moją głowę przepływa potok myśli. Nie mogę się skoncentrować. Nie wiem, co powinnam zabrać, a co lepiej zostawić. Mama powiedziała, że ojciec kupił nam bilety lotnicze w jedną stronę. Czy to ostatni krok człowieka, który desperacko pragnie odrzucić wszystko, co przypomina mu o dawnym życiu? Czy jest szczęśliwy u boku nowej żony? Czy dobrze mu z nową rodziną? Niezależnie od tego, jak usilnie starałby się pokazać, że nie chce nas już w swoim życiu, dla mnie zawsze pozostanie królem – mężczyzną, który nadał kształt mojemu dzieciństwu, naznaczył je swoim uśmiechem i niezwykłymi opowieściami.

A co z moimi przyjaciółmi? Dani i Bàsilem? Udajem? Zanim zabiorę się do pakowania, zapisuję swój nowy adres i zostawiam go w naszej stałej kryjówce w domu Bàsila. Nagle robi mi się niedobrze. Czy to ostatni raz mam okazję to zrobić? Jestem pewna, że Udaj znalazł już sobie nową dziewczynę, którą rozpieszcza, a mimo to mam nadzieję, że zmartwi się moim wyjazdem.

W samolocie wybieram miejsce przy oknie. Sińce pod oczami mamy wydają się ciemniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Moje młodsze siostry Klara i Linda są ciche i spokojne. Zabrakło im już łez. Odwracam się w stronę okna i patrzę, jak pas startowy stopniowo się kurczy, a my wznosimy się coraz wyżej ponad miastem. Panorama Bagdadu przetykana jest nielicznymi światełkami, które przetrwały długą, wyniszczającą wojnę. Miasto wydaje mi się ogromne i piękne. Ogarnia mnie smutek. Stopniowo się oddalamy, a ja czuję, że teraźniejszość staje się powoli przeszłością, że przyciąga mnie do siebie niepewna przyszłość i że przychodzą na świat duchy, które będą mi towarzyszyły przez resztę życia. Bagdad robi się coraz mniejszy i po chwili jest już tylko maleńką iskierką w mroku. Dopiero wtedy zamykam oczy.

To jeden z możliwych początków tej opowieści. Pozwólcie jednak, że opowiem wam, jak się to wszystko zaczęło.

Rozdział 1

Osiemnaście lat wcześniej...

Jana rozmawiała z przyjaciółką w małym pomieszczeniu w terminalu lotniska w Pradze. Kończyła właśnie zmianę, było już prawie pusto. Uniform – ciemna tunika sięgająca do kolan – opinał jej smukłą sylwetkę. Stała z łokciami opartymi na kontuarze i powoli machała nogą. Nawinęła na palce pukiel jasnych włosów, które swobodnie opadały jej na ramiona i stanowiły rodzaj ramy dla jej miłej, łagodnej twarzy. Miała porcelanową skórę, duże, pełne ciekawości oczy i dwa ledwo dostrzegalne dołeczki w policzkach.

Mijali ją właśnie członkowie załogi w mundurach oraz kilku menadżerów firmy. Nagle jej wzrok przykuł jeden z mężczyzn. Był wysoki i przystojny, miał kruczoczarne włosy i śniadą cerę, a w prawej ręce trzymał niewielką walizkę. Natychmiast poczuła na sobie jego wzrok. W tej samej chwili mężczyzna ruszył w jej kierunku. Jego towarzysz szepnął mu coś do ucha, ale tamten nie słuchał. Szedł jak zaczarowany. Wpatrywał się w Janę uporczywie. Ku swojemu zdziwieniu uświadomiła sobie, że nie może oderwać wzroku od tych hipnotyzujących, przenikliwych oczu. W końcu odwróciła się, zawstydzona, a na jej twarzy pojawił się rumieniec. Kiedy przechodził obok niej, spuściła oczy. Po chwili znowu uniosła głowę, ale mężczyzna był już przy drzwiach. Nagle odwrócił się i spojrzał na nią raz jeszcze. Lekko się uśmiechnął, po czym zniknął.

Janie zakręciło się w głowie i poczuła, że musi na chwilę usiąść. Drżały jej nogi, a serce waliło jak młotem. Patrzyła przed siebie, uśmiechając się bezwiednie. Z tego dziwnego stanu wyrwał ją głos Ireny:

– Hej! Wszystko w porządku? Ach, już rozumiem – dodała po chwili. – Zahipnotyzował cię ten cudzoziemiec.

– Znasz go?

– Z widzenia. Pracuje w naszej firmie na jakimś wysokim stanowisku. Co kilka tygodni przyjeżdża do biura w Pradze.

– On musi być Arabem albo Francuzem. A może pochodzi z Maroka? Albo z Tunezji...

– Chyba jest Irakijczykiem i mieszka w Bagdadzie.

– W Bagdadzie... – powtórzyła Jana. Ta nazwa zawsze kojarzyła się jej z baśniami.

Choć minął ją bez słowa i ruszył dalej przed siebie, nie mógł przestać o niej myśleć. Siedział w sali odlotów i próbował skoncentrować się na opracowywaniu grafiku na najbliższe tygodnie, ale w żaden sposób nie potrafił uciec od wspomnienia tych ciemnych, zielonych oczu. Postanowił, że dowie się o niej wszystkiego – pozna jej imię, miejsce zamieszkania, ulubioną piosenkę... Nie miał żadnych wątpliwości: to kobieta jego marzeń.

Jadąc ostatnim autobusem do Dobřič, Jana nie przestawała myśleć o nieznajomym. Zawsze wyobrażała sobie, że pozna kiedyś księcia z bajki, który wyciągnie ją z tej zapadłej mieściny pod Pragą. Pragnęła żyć inaczej niż jej matka, kobieta zgorzkniała z powodu wojny i wielu rozczarowań. Po rozstaniu z ojcem Jany, jej matka wyszła za burmistrza małego miasteczka i przeprowadziła się tam z córkami. Starsza siostra Jany, Zdenka, młodo wyszła za mąż, żeby stamtąd uciec. Teraz także i ona zaczynała powoli dochodzić do wniosku, że małżeństwo to jedyna droga do lepszego życia. Musiała się wreszcie stamtąd wyrwać. Nie mogła już znieść wiecznych narzekań matki.

Tamtego wieczoru Jana była przy kolacji bardziej milcząca niż zwykle, ale jej matka zdawała się tego nie dostrzegać. Za swój główny cel w życiu uznawała wieczne narzekanie i utyskiwanie na męża, któremu właśnie nalała zupy. „Mężczyźni to wielki ciężar – powtarzała bez przerwy. – Nigdy nie wychodź za mąż, Jano, bo skończysz jako czyjaś służąca, tak jak ja. Spójrz tylko na tego darmozjada! Gdyby nie ja, nie potrafiłby nawet zmienić skarpetek. Nie wychodź za mąż, mówię ci. Wszyscy mężczyźni są tacy sami!”.

Mąż, przyzwyczajony do tych napadów nieuzasadnionej złości, już dawno przestał jej słuchać. Był uległym człowiekiem, pozwalał żonie wyładować złość i frustrację. Jadł w milczeniu, unikając gniewnego spojrzenia żony, po czym szedł do drugiego pokoju, żeby napić się piwa i pooglądać telewizję. Każdy dzień wyglądał dokładnie tak samo, ale tego wieczoru Jana nie zwracała na to wszystko uwagi. Bez przerwy miała przed oczami uśmiech fascynującego, tajemniczego człowieka, którego spotkała na lotnisku. Czy kiedykolwiek go jeszcze zobaczy?

Kilka dni później czekał na nią w pracy ogromny bukiet róż, który zajmował pół jej stanowiska. Zza kwiatów wystawały tylko brązowe loki Ireny.

– To od jednego z twoich nowych adoratorów? – zapytała Jana, siadając obok niej.

– Niestety, to nie ja je dostałam – odpowiedziała Irena z chytrym uśmieszkiem na twarzy. – Ale jest bilecik. – Podała jej małą kopertę.

„Dla mojej złotowłosej księżniczki”. Bez żadnego podpisu. Jana zarumieniła się.

– Kto je przyniósł?

– Już tu były, kiedy przyszłam. Z ciekawości postanowiłam sprawdzić – o świcie wylądował samolot z Frankfurtu i wygląda na to, że nasz przystojniak mógł nim przylecieć. Wiesz, ten facet, który pożera cię wzrokiem, ilekroć tędy przechodzi. Co za zbieg okoliczności, prawda?

– Ależ ty jesteś wścibska! – zażartowała Jana. – Ale przecież gdyby róże były od niego, podpisałby bilecik.

– Może chce wydawać się bardziej tajemniczy. Albo jest po prostu nieśmiały. Daj, włożę je do wazonu. Niech widzi, że doceniłaś jego prezent.

Roześmiały się raz jeszcze, po czym wzięłyśmy się do pracy.

Kończyła się ich zmiana i Jana zaczęła już zbierać się do wyjścia, kiedy nagle w zasięgu jej wzroku pojawił się przystojny nieznajomy. Szedł właśnie w kierunku bramki, żeby wsiąść na pokład samolotu. Stanął kilka metrów od kontuaru i wskazał dłonią kwiaty. Uśmiechnął się, tak jakby chciał potwierdzić, że to on je przesłał. Jana zarumieniła się, po czym zebrała się na odwagę i spojrzała mu w oczy, poruszając ustami w bezgłośnym: „Dziękuję”. Radośnie skinął głową, pomachał jej na pożegnanie i zniknął za drzwiami.

Te dziwne, niewinne i ciche zaloty trwały pół roku. Na dzień przed każdym swoim przylotem mężczyzna wysyłał Janie bukiet róż z bilecikiem: „Dla mojej księżniczki”. Bardzo jej to pochlebiało i za każdym razem dziękowała mu pięknym uśmiechem. Ale nie działo się nic ponad to. Mijały kolejne miesiące, a z ich ust przez cały ten czas nie padły żadne słowa.

Jana była coraz bardziej zdezorientowana. Po co bawił się w takie zaloty, skoro nigdy nie próbował się do niej zbliżyć? W końcu uznała, że to zwykła zabawa i lepiej nie robić sobie nadziei. Dalej spotykała się raz w tygodniu ze swoim chłopakiem – poczciwym Jaroslavem, który patrzył na nią łagodnymi, pełnymi miłości oczami. Janie wydawał się trochę żałosny i traktowała go raczej lekceważąco, a jej serce nie biło mocniej na jego widok. Powtarzała sobie jednak, że Jaroslav jest człowiekiem pełnym zalet i godnym zaufania. Przekonywała samą siebie i w końcu uwierzyła, że miły, przeciętny mężczyzna to najlepszy wybór.

Wiosną 1971 roku Irena zaproponowała Janie, żeby spędziły wspólnie wieczór. Nalegała bardziej niż zwykle i powtarzała: „Chodź ze mną do miasta. Znam jedno takie miejsce na placu Wacława, gdzie możemy wypić drinka i potańczyć. Muzyka nie rzuca na kolana, ale chodzi tam mnóstwo młodych ludzi. Poza tym chcę cię przedstawić facetowi, z którym spotykam się od jakiegoś czasu. Ma na imię Adel. Umrzesz z nudów, jeśli będziesz wiecznie siedziała w domu ze swoją matką. To będzie udany wieczór, zobaczysz!”.

Przyjaciółki zjawiły się w klubie trochę wcześniej i usiadły przy barze. Jana miała na sobie czerwoną sukienkę, a blond włosy opadały jej na ramiona. Dopiero wtedy Irena wyjawiła, że jej chłopak nie przyjdzie sam. Adel był Irakijczykiem o jasnej cerze i blond włosach. Często przyjeżdżał do Pragi w interesach – podobnie jak jego przyjaciel. Po chwili podeszli do nich dwaj mężczyźni i nagle Jana zorientowała się, że obok Adela stoi tajemniczy nieznajomy z lotniska. Od razu zrozumiała, że to nie może być zwykły zbieg okoliczności, a figlarna mina Ireny potwierdziła jej przypuszczenia.

Stał przed nią, szeroko się uśmiechając. Delikatnie podniósł jej dłoń i musnął ją pocałunkiem. Janę przeszedł dreszcz. Jeszcze nigdy nie byli tak blisko. Przedstawił się. Miał na imię Mohamed. Była zaskoczona. W dzieciństwie miała wujka, który kazał jej powtarzać dla zabawy dziwne słowo „Mohamed”. Nie potrafiła go wymówić i zawsze ją śmieszyło. Jako dziecko myślała, że to jakieś tajemnicze, magiczne słowo.

Usiedli przy jednym ze stolików w rogu sali. Po ponad sześciu miesiącach, w czasie których ograniczali się wyłącznie do wymiany spojrzeń i uśmiechów, nareszcie znaleźli się obok siebie. Mohamed wyjaśnił, głównie za pomocą gestów, że zaaranżował tę randkę, kiedy dowiedział się, że jej przyjaciółka jest dziewczyną Adela. Resztę wieczoru spędzili, wpatrując się w siebie. Tych kilka słów, które znali po angielsku, nie pozwalało na przesadnie rozbudowaną konwersację. Mimo to Jana i Mohamed rozumieli się. Opowiadał jej o Bagdadzie, a kiedy patrzyła w jego ciemne oczy, widziała w nich minarety, zielone palmy, rzekę Tygrys i białe domy. Fascynowały ją perłowa biel jego uśmiechu i dziwny akcent. Wpatrywała się w Mohameda jak zahipnotyzowana.

Nie dało się ukryć, że nowy znajomy całkowicie ją zauroczył. Choć jeszcze nie potrafiła podjąć ostatecznej decyzji, by porzucić Jaroslava, zaczęła traktować swojego nudnego chłopaka z coraz większym dystansem. Rozmawiała z Mohamedem zawsze, gdy czekał na samolot. Uprzedzał ją telegramem o przyjeździe i zawsze obdarowywał różami i pudełkiem daktyli zahidi, których smak przywodził jej na myśl pustynię.

Pewnego wieczoru, kiedy skończyła zmianę i wyszła z lotniska, zobaczyła Mohameda, czekającego na nią z kwiatami. Zamówił taksówkę i oznajmił, że chce ją zabrać na kolację do miasta. Najwyraźniej przez myśl mu nie przeszło, że Jana mogłaby odmówić. Jego pewność siebie zrobiła na Janie duże wrażenie. Pozwoliła zaprowadzić się do taksówki. Czerwcowe powietrze było pachnące i ciepłe, wszystko wydawało się magiczne. Kiedy ruszyli w stronę centrum, zauważyła Jaroslava, który stał przy wejściu na lotnisko. Dopiero wtedy przypomniała sobie, że umówiła się z nim na randkę. Czekał tam na nią co najmniej pół godziny i na pewno wszystko widział. Na jego twarzy, zwykle pełnej miłości, teraz malowała się rozpacz. Janę dręczyły przez chwilę wyrzuty sumienia, ale ciepło Mohameda, który siedział tak blisko i czule trzymał ją za rękę, sprawiło, że szybko zapomniała o Jaroslavie.

Kilka tygodni później Mohamed poprosił, żeby spotkała się z nim w jednym ze służbowych pomieszczeń w biurowej części lotniska. Miał dla niej niespodziankę. Spotykali się już od trzech miesięcy i Jana nie rozumiała, dlaczego zachowywał się tak tajemniczo. Uprzedził ją tylko, że nie przyjedzie z Bagdadu sam. Chciał, żeby kogoś poznała.

Kiedy Jana weszła do pokoju, zobaczyła siedzącą u jego boku tęgą kobietę o bliskowschodnich rysach, ubraną w elegancki strój w europejskim stylu. Oboje wstali. Kobieta, choć starsza, nie wydawała się na tyle stara, by mogła być jego matką, o której często opowiadał. Palce jej splecionych dłoni zdobiły liczne pierścionki, a szyję duży, ciężki naszyjnik. Jana, nieco spłoszona jej surowym, taksującym spojrzeniem, powoli się do nich zbliżyła, a Mohamed przedstawił je sobie. Kobieta miała na imię Kasside i była jego starszą siostrą. Niezgrabnie objęła Janę.

Kasside i Mohamed zamienili kilka słów po arabsku, po czym kobieta podeszła do Jany, uważnie lustrując ją wzrokiem. Dotknęła jej ramienia, tak jakby sprawdzała budowę ciała. Następnie w podobny sposób zbadała włosy, nogi i ręce dziewczyny. Potem obróciła ją, jakby była wystawionym na sprzedaż przedmiotem. Choć Jana czuła się głęboko urażona, postanowiła nie reagować. Wreszcie Kasside dała do zrozumienia, że skończyła oględziny. Sądząc po wyrazie twarzy, nie była w pełni usatysfakcjonowana. Następnie rodzeństwo odbyło krótką rozmowę po arabsku, po czym dziwne spotkanie dobiegło końca. Kasside pospiesznie i dość obcesowo pożegnała się z Janą i skierowała się do wyjścia, a Mohamed ruszył za siostrą. Jana została sama.

– Jak on mógł zrobić coś takiego? – zawołała Jana z wściekłością, kiedy wróciła do swojego biura i wszystko opowiedziała Irenie. – To już przesada! Nikt nigdy nie potraktował mnie w taki sposób. Czułam się jak kawałek mięsa! Bez przerwy rozmawiali ze sobą po arabsku i nawet nie zadali sobie trudu, żeby przetłumaczyć choćby jedno słowo. Więcej się do niego nie odezwę. Nienawidzę go! – Policzki płonęły jej z wściekłości.

– Uspokój się, Jano. Nie mów tak. Sama nie wierzysz w to, co mówisz. Od razu widać, że zakochałaś się bez pamięci. Zobaczysz, to na pewno zwykłe nieporozumienie i wszystko sobie wyjaśnicie. Skoro przedstawił cię siostrze, może chce się z tobą ożenić?

– No cóż, jeśli chce się ze mną ożenić, powinien poprosić mnie o rękę, zamiast poddawać mnie takim oględzinom. Lepiej żeby naprawdę się ze mną ożenił, jeśli chce, żebym mu wybaczyła to poniżenie. W przeciwnym razie na pewno go rzucę!

– O rany, ależ masz podejście! Słuchaj, porozmawiam z nim. Porządnie go ochrzanię i powiem, że nikt nie ma prawa tak traktować mojej przyjaciółki. A teraz przestań płakać. Wszystko będzie dobrze.

Następnego dnia Irena przyszła do pracy spóźniona. Miała poważny wyraz twarzy. Jak się okazało, Irena już spotkała się z Mohamedem, więc Jana natychmiast zasypała ją gradem pytań. Podobno był bardzo zawstydzony. Wyjaśniał, że w jego kraju mężczyźni nie proszą kobiet o rękę. To ich rodzina wszystko aranżuje.

– Kochanie, na twoim miejscu nie spodziewałabym się, niestety, że twój książę uklęknie i będzie błagał, żebyś za niego wyszła. Kiedy wytłumaczyłam Mohamedowi, że u nas tak to się odbywa, zrobił wielkie oczy.

– Więc już po wszystkim? Jego siostra przyjechała tu, żeby udzielić zgody i mnie nie polubiła. Nic więcej nie da się zrobić – powiedziała Jana, opadając na krzesło, zrezygnowana.

– Chyba się trochę pospieszyłaś. Spójrz – powiedziała Irena, wskazując główne wejście.

– Mohamed! – Jana zerwała się na równe nogi.

Podszedł do niej z poważną i uroczystą miną. Wziął jej rękę w swoją dłoń, drugą zaś włożył do kieszeni marynarki. Powoli, ani na chwilę nie odrywając od niej wzroku, uklęknął i zapytał:

– Wyjdziesz za mnie?

Jana była kompletnie oszołomiona. Wyszeptała „tak” i po chwili Mohamed włożył na palec jej lewej ręki wspaniały pierścionek z diamentem. Jana otoczyła jego szyję ramionami i obsypała go pocałunkami.

Irena klasnęła.

– Hura! Świetnie się spisałeś!

– Wiedziałaś o tym? – zapytała Jana.

– Najważniejsze, że wszystko się dobrze kończy, księżniczko – odpowiedziała Irena, przytulając ją. – Mówiłam przecież, że sprawy na pewno ułożą się po twojej myśli, prawda? Wszystkiego dobrego, kochana.

Matka nie najlepiej przyjęła tę nowinę. Nie dość, że Jana utrzymywała znajomość z Mohamedem w tajemnicy, to jeszcze okazuje się, że jej wybranek jest Arabem.

– Myślisz, że będziesz szczęśliwa z obcokrajowcem? Ledwo się znacie. On nawet nie mówi w twoim języku. Zobaczysz, wywiezie cię gdzieś daleko i skończysz zupełnie sama w jakimś okropnym miejscu, pośród obcych – ostrzegała córkę. – Co ty sobie wyobrażasz? Wszystko skończy się tak, że będziesz usługiwała jemu i jego rodzinie. A kiedy się tobą znudzi, porzuci cię. Skrzywdzi. Popełniasz największy błąd w swoim życiu.

Ale Jana była bardziej zdeterminowana niż kiedykolwiek. Pragnęła tylko jednego: ślubu z Mohamedem. Jej matka musiała w końcu dać za wygraną.

– Zawsze podchodziłaś do życia realistycznie. Znasz moje zdanie, ale zrobisz, co zechcesz. – Po czym wróciła do prac domowych, które nagle okazały się ważniejsze od przyszłości córki.

Jana chciała wierzyć, że jej matka mówi tak dlatego, że martwi się o nią i nie chce się z nią rozstawać. Kochała matkę, mimo że ta przez całe życie wypominała córce wszystkie wyrzeczenia, które musiała dla niej ponieść. Jednak z biegiem lat jej gorycz stała się nieznośna. Jana czuła, że musi uciekać, musi się ratować, żeby nie upodobnić się do matki dla dobra ich obu. Z czasem pogodzi się z sytuacją, nauczy się kochać przyszłego zięcia. Jana nie bała się zamieszkać w Bagdadzie. Mohamed we wszystko ją wprowadzi, a będzie miała własną rodzinę i wreszcie zazna spokoju.

Jana i Mohamed wzięli ślub w Dobřiču 31 grudnia 1971 roku. Była to skromna ceremonia. Ustrój komunistyczny nie pozwalał na wielkie luksusy. W uroczystości uczestniczyło tylko kilku członków rodziny Jany. Z rodziny Mohameda nie zjawił się nikt, ale mimo to ślub i przyjęcie weselne były udane i bardzo radosne. Jana starała się wytłumaczyć panu młodemu łamaną angielszczyzną obowiązujące w jej kraju zwyczaje. Choć z trudem się porozumiewali, patrzyli na siebie z miłością. Mohamed, trzymając ją za ręce, powtarzał szeptem jedyne zdanie, które znał po czesku: „Moje hezkà manzelko” – „Moja piękna żono”.

Tę szczęśliwą chwilę uwieczniły zdjęcia młodej pary: ubranej we wspaniałą białą suknię Jany z jej jasną, porcelanową cerą oraz równie eleganckiego Mohameda z jego charakterystycznym kolorytem i rysami twarzy.

Tamtego dnia matka Jany wydawała się spokojniejsza. Zdobyła się nawet na uśmiech, kiedy przed ratuszem składała córce życzenia. Wolałaby, żeby wzięła katolicki ślub, ale ten człowiek – nie dość, że obcokrajowiec – był muzułmaninem. Wyraźnie jednak zmiękła wobec niego, kiedy przed ślubem przyjechał do nich w odwiedziny z prezentami i odkryła jego hojność. Janie przywiózł wtedy złotą biżuterię, a przyszłej teściowej whisky i papierosy – dobra luksusowe, na które w Czechosłowacji mało kogo było stać. Babička przywitała się z nim serdecznie. Obraz matki obejmującej jej przyszłego męża wydawał się wtedy Janie ujmujący. Przyglądała się, jak z trudem próbują się porozumieć, każde we własnym języku. Wyglądało na to, że pokonali początkowe zakłopotanie i dystans. Serce Jany wypełniło się radością.

Jana i Mohamed zaraz po ślubie przeprowadzili się do Bagdadu. Czekała tam na nich cała jego rodzina i wkrótce odbył się drugi ślub – tym razem zgodny z iracką tradycją.

Kiedy tylko Jana wysiadła z samolotu, oślepiło ją słońce i jasne niebo. Wszystko wydawało jej się magiczne i niepowtarzalne. Mocno ściskała męża za rękę. Ich taksówka jechała ulicami Zeyůne, jednej z najbardziej eleganckich dzielnic miasta. Po jakimś czasie zatrzymała się przed ogromną trzypiętrową willą z jasnego kamienia, podobną do pozostałych domów w tej części stolicy. Należała do Bibi, matki Mohameda. Posiadłość okalał wysoki mur, otoczony słodko pachnącym żywopłotem. Na parkingu lśniły w słońcu chromowane karoserie czterech mercedesów. Otwierając drzwi taksówki, Jana była tak podekscytowana, że drżały jej nogi.

Kiedy tylko wysiedli z samochodu, z domu wybiegła grupa tęgich, rozgorączkowanych kobiet. Pomknęły w ich stronę i zaczęły wylewnie witać Mohameda – ściskały go i całowały, uszczęśliwione. Jana rozpoznała wśród kobiet Kasside. Starsza siostra Mohameda zachowywała milczenie. Panna młoda stała samotnie przy samochodzie, ale nikt nie zwracał na nią uwagi. Kobiety zaciągnęły jej męża do domu i dopiero po dłuższej chwili jedna z nich zauważyła wreszcie Janę. Różniła się od pozostałych. Była wysoka, szczupła i bardzo ładna. Jej piękną twarz okalały długie czarne włosy. W dużych, ciemnych oczach dziewczyny, Jana rozpoznała oczy swojego męża. Kobieta przypominała Mohameda także wyrazem twarzy, na której malowała się łagodność i dobroć. Jana od razu pomyślała, że to na pewno Ahlam, jego młodsza siostra. Podały sobie ręce, a potem się objęły.

Ahlam zaprowadziła ją do salonu, pełnego adamaszkowych poduszek. Jana miała poznać resztę rodziny: matkę Mohameda, jeszcze dwie siostry i ich mężów, młodszego brata, bratanków i siostrzeńców. Mohamed natychmiast skierował się ku starszej kobiecie o zakrytej twarzy, ubranej na biało. To była Bibi. Przywitał się z nią, z oddaniem całując jej dłonie. Pozostałe kobiety – w przeciwieństwie do Bibi miały odsłonięte twarze – stały i czekały. Po chwili, kiedy Mohamed zaczął rozdawać prezenty przywiezione z Europy, znowu go otoczyły. Zdawał się nie zauważać, że Jana po raz kolejny została sama, że przygląda im się zdezorientowana, nie rozumie ani słowa i nie ma pojęcia, co robić. Ahlam dała jej znak, żeby podeszła do fotela, w którym siedziała Bibi, by przywitać ją w pierwszej kolejności.

Bibi miała w sobie jakiś szczególny rodzaj powagi i surowości. Jana nie od razu zauważyła, że kobieta nie rusza się z miejsca, bo nie ma jednej nogi. Spod śnieżnobiałej woalki wystawał ciemny, sięgający pasa warkocz. Na prawym policzku miała duże znamię w kształcie orzecha laskowego, a jej palce, ozdobione ciężkimi pierścieniami, mocno zaciskały się na lasce. Dała Janie znak, żeby się do niej zbliżyła. Wokół jej nadgarstka pobrzękiwały tradycyjne złote bransoletki swaràt. Bibi zlustrowała Janę od stóp do głów, uważnie przyglądając się jej bladej cerze, zielonym oczom i złotym włosom – po czym odwróciła się i spojrzała na syna. Przez chwilę Jana myślała z przerażeniem, że teściowa podda ją takim oględzinom, jak Kasside. Przyszło jej do głowy, że popełniła błąd, wkładając spodnie – może to zbyt zachodni strój. Starsza kobieta powiedziała coś po arabsku. Jana ukłoniła się i ucałowała jej dłonie, tak jak zrobił to wcześniej jej mąż. Z wysokości swojego tronu Bibi zdecydowała się wreszcie skinąć głową.

Jana znalazła się nagle w ramionach jednego ze swoich szwagrów, a potem ściskali ją kolejno wszyscy domownicy. Kiedy znalazła się naprzeciw Kasside, uświadomiła sobie, że siostra Mohameda jest niezwykle podobna do swojej starej matki: ma tak samo kwadratową twarz. Trzymając ręce na ramionach Jany, Kasside zmrużyła oczy i uśmiechnęła się. Ale coś w jej ostrym, surowym spojrzeniu kontrastowało z tymi serdecznymi gestami. Nie mała tak nieprzyjaznego wyrazu twarzy, jak podczas ich pierwszego spotkania na lotnisku w Pradze, ale ucałowała bratową jakoś nieszczerze. Jana zrozumiała, że akceptacja ze strony Kasside ma dla niej ogromne znaczenie, ponieważ starsza siostra Mohameda jest najwyraźniej drugą osobą w hierarchii po Bibi, głowie rodziny.

Kasside szepnęła coś po arabsku do swojej drugiej siostry, Elham. Była najmniej urodziwa z całego rodzeństwa: miała lekko zgarbione ramiona i mocną, wręcz masywną budowę, nie posiadała ani odrobiny wdzięku. Z Kasside i matką łączyło ją ostre, przenikliwe spojrzenie. Kobiety usiadły i zaproponowały Janie miętową herbatę. Pijąc słodki napój, który szybko przywracał jej siły, Jana uważnie przyglądała się pozostałym członków swojej nowej rodziny. Wszyscy z zaciekawieniem obserwowali milczącą blondynkę, która przybyła z daleka.

Tego wieczoru, szykując się na pierwszą noc w domu Bibi, Jana rozczesała włosy, zaplotła warkocz i zaczęła rozmyślać o rodzinie Mohameda. Ludzie ci wydawali się dużym, zjednoczonym i nieco hałaśliwym klanem. Fascynowało ją to. Z całych sił pragnęła, żeby ją zaakceptowali jako pełnoprawnego członka rodziny i zaczęli traktować jako „swoją”. Zastanawiała się, czy kiedykolwiek do tego dojdzie.

Pierwsze dwa tygodnie życia małżeńskiego okazały się trudne. Mohamed nie zdążył jeszcze kupić domu, więc mieszkali u Bibi razem z resztą jego rodziny, w tym także z Kasside. Mimo hucznego i serdecznego powitania życie pod wspólnym dachem rodziło sporo problemów. Jana czuła się obco i niepewnie niemal w każdej sytuacji. Nie znała zwyczajów, tradycji, a przede wszystkim języka. Pokonywanie tych barier, radzenie sobie z wzajemną nieufnością – wszystko to było naprawdę trudne. Jana starała się nie zniechęcać i uważnie obserwowała, co się wokół niej dzieje.

Matka Mohameda, Bibi, rzadko wstawała ze swojego fotela. Choć owdowiała, nie wyglądało na to, żeby szczególnie mocno cierpiała z powodu straty męża. Bibi była najważniejszą osobą w domu, żądała bezwzględnego szacunku i podejmowała wszystkie ważne decyzje. Szczególnie bliska więź łączyła ją z Kasside. Zawsze chciała mieć córkę przy sobie. Ich podobieństwo nie ograniczało się tylko do fizyczności – łączyła je przede wszystkim osobowość. Obie były władcze i apodyktyczne. To one stały na czele klanu: Bibi jako mózg, a Kasside jako wykonawca jej woli. Mężczyźni nie mieli tu zbyt wiele do powiedzenia. Mężowie Elham i Kasside wykazywali się daleko posuniętą uległością i pozwalali podejmować wszystkie decyzje swoim żonom oraz teściowej. Natomiast Mohamed jako najstarszy, ukochany syn cieszył się dużym szacunkiem. Bibi była do niego przywiązana w obsesyjny niemal sposób i korzystała z każdej okazji, by przypomnieć wszystkim, że jej syn to godny dziedzic rodu o arystokratycznych korzeniach.

Mohamed wyjaśnił to Janie łamanym czeskim:

– Mój dziadek Azzawi pochodził z rodziny kupców i szejków. Uważano go za niezwykle mądrego, uczciwego człowieka. Wszyscy zwracali się do niego po radę przy podejmowaniu ważnych decyzji. Kochano go do tego stopnia, że kiedy zmarł, nazwano jego imieniem całą dzielnicę: Al Azzawi. Któregoś dnia zabiorę cię tam. Dziadek miał dwie żony.

Na twarzy Jany pojawił się niepokój.

– A ty?

– Co ja?

– Czy ty też... To znaczy, czy nawet dzisiaj mężczyzna może tu mieć więcej niż jedną żonę?

Mohamed uśmiechnął się.

– U nas nie uważa się posiadania dwóch żon za coś złego. – Po chwili delikatnie uniósł jej podbródek. – Powinnaś wiedzieć, że gdybym kiedykolwiek chciał się raz jeszcze ożenić, to pierwsza żona musi na to udzielić zgody. W przeciwnym razie żadna kobieta nie może wkroczyć do jej domu.

– Nawet nie żartuj w ten sposób! – powiedziała gniewnie Jana.

– Nie martw się. W naszej rodzinie nikt poza dziadkiem nie miał więcej niż jednej żony. Ludzie o naszym statusie właściwie odeszli już od tego zwyczaju.

– A co z twoim nazwiskiem? – zapytała, zmieniając temat. – Czy i za nim kryje się jakaś historia?

– Nouri oznacza «światło». To perskie nazwisko cieszącej się powszechnym szacunkiem sunnickiej rodziny. Moja rodzina uciekła z Iranu, ponieważ stała się obiektem prześladowań szacha. Osiedlili się tutaj i dobrze im się powodziło. Stopniowo gromadzili coraz większe bogactwo i zdobywali coraz większe wpływy.

Jana wpatrywała się w męża jak zahipnotyzowana. Ilu jeszcze rzeczy się o nim dowie? Czy kiedykolwiek naprawdę go pozna? Kiedy zostawali sami, zasypywała go pytaniami. Właśnie w ten sposób odkryła, że dzięki pozycji ich rodziny, Mohamed i jego rodzeństwo zdobyli doskonałe wykształcenie na najlepszych światowych uniwersytetach. Jej mąż zrobił dyplom z ekonomii w Kairze, jego brat Kassid był chirurgiem, a wszystkie trzy siostry pracowały na odpowiedzialnych stanowiskach. Żadna z nich nie stała się zakładniczką domowego życia.

Pierwsze dwa tygodnie w Bagdadzie Jana spędziła z kobietami z rodziny Mohameda. Zwyczaj nakazywał, by wspólnie piły herbatę na poduszkach w salonie.

Przepych, z jakim została urządzona willa Bibi, wydawał się Janie nieco przytłaczający. Ściany zdobiły ciężkie aksamitne draperie, a z sufitu zwisał kryształowy żyrandol tak duży, że zajmował większość pomieszczenia. Kobiety spędzały w tym pokoju długie godziny, a miseczka solonych nasion arbuza i małe szklaneczki z herbatą przechodziły z rąk do rąk. Nie przestawały gawędzić. Z ich gestów Jana wywnioskowała, że są to głównie plotki, ale nie rozumiała, o czym mówią. Czuła się samotna i skrępowana. Nikt nie zwracał na nią uwagi. Ahlam była jedyną osobą, która zdawała się ją dostrzegać. Od czasu do czasu dolewała jej herbaty i powtarzała powoli niektóre arabskie zwroty w nadziei, że Jana zacznie cokolwiek rozumieć. Ale wtedy Bibi dawała jej gwałtowny znak dłonią, a Ahlam, słysząc głośne pobrzękiwanie bransoletek matki, milkła i przenosiła uwagę na pozostałe kobiety.

Na główną atrakcję każdego dnia – sam na sam z Mohamedem – musiała czekać do wieczora. W jego ramionach usiłowała udawać, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Ale pewnego dnia, dwa tygodnie po przyjeździe, postanowiła wreszcie otworzyć przed nim serce.

– Wiesz, wydaje mi się, że twoje siostry za mną nie przepadają. Bez przerwy się boję, że popełnię jakiś błąd... One mnie tu nie chcą.

– Kochanie, musisz dać im trochę czasu. Zresztą Ahlam od razu cię polubiła. Stara się tobą opiekować.

– Tak, jest bardzo miła. Ale zawsze czuję się nieswojo w towarzystwie Kasside. Tak jakbym musiała przed nią zdawać jakiś egzamin.

– Nie przesadzaj. To normalne, że uważnie przygląda się temu, co robisz. W końcu odpowiada w tej rodzinie za wiele spraw. Z czasem się do tego przyzwyczaisz i nie będzie ci się to już wydawało takie dziwne – uspokoił ją Mohamed. Zamknęła oczy, a on pocałował jej powieki i dodał: – Mam dla ciebie dobre wieści: prawie wszystko jest już gotowe na nasz ślub.

– Jaki ślub? – Kompletnie zapomniała o czekającej ich uroczystości.

– Nasz! Moja matka i Kasside przygotowały wesele, a szejk poprowadzi ceremonię w ratuszu za dwa dni. Cała rodzina została już zaproszona i szykuje się wspaniała zabawa. Nie cieszysz się?

– Kochanie! – Ścisnęła go jeszcze mocniej. Może po drugim ślubie teściowa i szwagierki wreszcie uznają ją za swoją. Zamknęła oczy i rozmarzyła się, wyobrażając sobie przyjęcie.

Jana nie miała pojęcia, jak wygląda arabski ślub. Przygotowania rozpoczęły się trzy dni przed ceremonią. Kiedy zaproponowała im pomoc, kobiety dały jej do zrozumienia, że gotowanie to przywilej zarezerwowany wyłącznie dla członków rodziny. Bibi nadzorowała wszystko ze swojego fotela. Każdemu poleceniu, które wydawała, towarzyszyło uderzenie laską w podłogę.

W przeddzień ceremonii Jana spędziła wiele godzin w samotności, zamknięta w swoim pokoju. Nie wiedziała, co ma na siebie włożyć, co robić, czym się zajmować. Żadna z kobiet niczego jej nie wytłumaczyła, a ona, nie chcąc robić zamieszania, o nic nie pytała. W pewnym momencie otworzyły się drzwi i weszła Ahlam, niosąc duże kartonowe pudło. Położyła je na łóżku i otworzyła.

Oczom Jany ukazał się długi, zwiewny, kunsztownie haftowany strój w arabskim stylu. Podziękowała Ahlam, wypowiadając jedno z niewielu słów, jakie zdążyła poznać: shukran – dziękuję. Ahlam uśmiechnęła się i wyszła.

W nocy Jana włożyła strój przyniesiony przez szwagierkę i spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Zdała sobie sprawę, że nigdy nie będzie wyglądała tak jak one. Miała zbyt jasną cerę – jej skóra nigdy nie nabierze ciemnego koloru. Ahlam była piękna. Może nawet Kasside i Elham uznawano kiedyś za ładne, choć ich uroda dawno już przeminęła. A ona? Czy Mohamed naprawdę uważał ją za tak śliczną, jak mówił? Musiał się przecież przyzwyczaić do tajemniczego piękna Irakijek. Czy mógł rzeczywiście uznawać ją za atrakcyjną?

W dniu ślubu usiadła przed lustrem, uczesała swoje złote włosy i skropiła szyję perfumami. Kiedy się malowała, zauważyła, że drży jej ręka. Przerwała na chwilę i spojrzała w lustro. Czuła się dziwnie – i nie chodziło tylko o strój, który miała na sobie. Pomyślała o swojej przyjaciółce Irenie, która była tak daleko. Nie było tu jej siostry, która zawsze potrafiła ją rozweselić. Nie było też matki. Nagle zalała ją fala tęsknoty za domem, fala tak silna, że do oczu dziewczyny napłynęły łzy. Mogły zrujnować starannie wykonany makijaż, więc pospiesznie je osuszyła i głęboko westchnęła. No, najgorsze już minęło. Pomyślała, że za chwilę poślubi ukochanego mężczyznę i uśmiechnęła się. Nie każda kobieta ma tyle szczęścia. Ułożyła włosy i wygładziła sukienkę. Po chwili usłyszała delikatne pukanie do drzwi. Podbiegła, żeby je otworzyć. W progu stał radośnie uśmiechnięty Mohamed.

Ceremonia w ratuszu nie trwała długo. Siedząc w krzesłach z wysokim oparciem, powtarzali tekst przysięgi małżeńskiej, wyrecytowany przez szejka. Na przyjęciu zjawiło się około stu osób. Później, w domu Bibi, goście defilowali przed młodą parą, wręczali prezenty i udzielali błogosławieństw. Niektórzy uważnie ją obserwowali. Powodowała nimi zapewne zarówno czysta ciekawość, jak i nieufność. Członkowie rodziny, których dotąd nie miała okazji spotkać, oczarowali ją. Zachowywali się wobec niej niezwykle serdecznie i życzliwie. Nie była przyzwyczajona do tak żarliwych wyrazów sympatii.

Przyjęcie bardzo się udało. Tańce trwały do późna w nocy. Wesele nie ciągnęło się wprawdzie przez trzy dni, jak nakazywała iracka tradycja, ale Jana nie miała o tym pojęcia i cała uroczystość wydała się jej godna prawdziwej księżniczki – dokładnie tak, jak obiecał Mohamed.

Następnego dnia jej mąż wyjechał w długą podróż służbową. Powróciły długie popołudnia z Bibi i szwagierkami. Teraz jednak, kiedy Jana stała się już pełnoprawnym członkiem rodziny, w ramach swoich nowych obowiązków musiała usługiwać Bibi i pozostałym kobietom, a także zajmować się trudniejszymi pracami domowymi. Tak nakazywała tradycja: kobieta, która mieszka w domu męża, musi służyć jego siostrom i teściowej. Kasside od czasu do czasu poddawała ją przykrym próbom, ale Jana okazywała posłuszeństwo i podporządkowywała się nawet wtedy, gdy czuła się upokarzana.

Kiedy szwagierki zaprosiły ją do centrum na zakupy, Jana nie miała pewności, czy to przyjazny gest, czy raczej kolejny rytuał inicjacyjny. Od czasu, kiedy znalazła się w Bagdadzie, minął już miesiąc, a ona nie zdążyła jeszcze zwiedzić miasta. Kroczyła więc w orszaku podekscytowanych kobiet z zakrytymi twarzami przez główne ulice handlowe Bagdadu.

Ku swojemu zaskoczeniu odkryła, że w Bagdadzie kultura arabska i zachodnia spotykają się na każdym kroku. W barach, w których pito swobodnie alkohol, siedzieli wyłącznie mężczyźni. Ale widziała też mnóstwo amerykańskich barów z fast foodem i dużo Amerykanów, mieszkających w Iraku. Bagdad okazał się bogatym, kwitnącym miastem. Ulicami mknęły dobre samochody i piętrowe autobusy. W sklepach europejskie towary sąsiadowały ze wspaniałymi wyrobami wschodnich rzemieślników: misterną biżuterią, drogocennymi tkaninami i wspaniałymi dishdashe, czyli długimi, haftowanymi tunikami z bawełny, które szwagierki Jany często kupowały. Nalegały, żeby także ona sobie taką zamówiła. Kasside sama wybrała materiał i ustaliła z krawcem wszystkie szczegóły. Choć kolor tuniki kompletnie Janie nie odpowiadał, nie okazała tego szwagierce, żeby się jej nie narazić.

Mohamed wrócił z podróży z dziesiątkami wspaniałych prezentów. Podczas gdy zachwycone kobiety otoczyły ukochanego brata, Jana siedziała w kącie, niecierpliwie czekając, aż będzie miała okazję opowiedzieć mu o swoich postępach i pochwalić się, ile arabskich słów nauczyła się w czasie jego nieobecności. Matka i siostry zawsze były na pierwszym miejscu. Jana zaczęła rozumieć, że w tym wielkim klanie nie istniało pojęcie prywatności. Wszyscy zajmowali się nie swoimi sprawami i udzielali mnóstwo dobrych rad przy każdej okazji.

Kiedy zostali wreszcie sami, Jana padła mężowi w objęcia. Opowiedziała mu o trudnych chwilach w domu Bibi. Mohamed pocieszał ją, głaszcząc po policzku:

– Nie martw się, kochanie. Nie spędzimy tu już wiele czasu.

Tydzień później, pewnego ciepłego kwietniowego poranka, Mohamed zabrał ją na przejażdżkę. Wydawał się tak radosny, że jego nastrój udzielił się także Janie. Mąż zawiózł ją do pobliskiej dzielnicy Al Mansùr, uważanej za jedną z najpiękniejszych w Bagdadzie.

– Dlaczego się tu zatrzymujemy? – zapytała. – Przecież tu nic nie ma...

– Mylisz się. To właśnie ta niespodzianka, którą dla ciebie przygotowałem – odpowiedział Mohamed, pomagając jej wysiąść z samochodu. – Oto nasz nowy dom. – Wskazał mieszkanie z dużym zadaszonym tarasem w trzypiętrowym budynku z jasnego kamienia, otoczonym wysokim żywopłotem.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Rozdział 2

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 3

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

Dostępne w wersji pełnej

O autorce

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału

THE GIRL FROM BAGHDAD

Redakcja

Maria Grzymska

Korekta

Jadwiga Piller

Projekt okładki

WKDesign

Zdjęcie na okładce

Kaz Chiba

Copyright © by Michwllle Nouri, 2012

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2013

Copyright © Piotr Tarczyński, 2013

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53, 02-953 Warszawa

ISBN 978-83-63387-81-5

Plik ePub opracowany przez firmę eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl