Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
29,90 26,91
Do koszyka
34,90 31,41
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 384 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 31 min Lektor: Andrzej Ferenc

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 31 min Lektor: Andrzej Ferenc

Opis ebooka Dziewczyna we mgle - Donato Carrisi

MAŁE WŁOSKIE MIASTECZKO SKRYWA MROCZNĄ TAJEMNICĘ.

CZY TO MOŻLIWE, ŻEBY MŁODA DZIEWCZYNA PO PROSTU ROZPŁYNĘŁA SIĘ WE MGLE?

CO TAK NAPRAWDĘ SIĘ Z NIĄ STAŁO?

Detektyw Vogel zrobi wszystko, aby rozwiązać zagadkę tajemniczego zniknięcia. Kiedy dziennikarze z całego kraju zjeżdżają do prowincjonalnego miasteczka, zasypując jego mieszkańców pytaniami, Vogel jest pewien, że w ogólnym zamieszaniu uda mu się trafić na jakiś trop.
Wskazówki okazują się jednak mylące, fałszywe ślady tylko oddalają go od prawdy, a leżące na uboczu górskie miasteczko wydaje się zdecydowanie bardziej mroczne, niż można by przypuszczać…
KSIĄŻKA MIESIĄCA TYGODNIKA „SUNDAY TIMES”.

ZACHWYCI FANÓW KLIMATYCZNYCH WŁOSKICH KRYMINAŁÓW DONNY LEON.

PONAD TRZY MILONY KSIĄŻEK SPRZEDANYCH NA CAŁYM ŚWIECIE!

W KWIETNIU DO KIN TRAFI EKRANIZACJA POWIEŚCI W REŻYSERII DONATO CARRISIEGO

Opinie o ebooku Dziewczyna we mgle - Donato Carrisi

Fragment ebooka Dziewczyna we mgle - Donato Carrisi

W odizolowanym ‌od ‌świata górskim miasteczku zaginęła ‌szesnastoletnia dziewczyna. Rodzice ‌są ‌zrozpaczeni, a mieszkańcy – zszokowani. ‌Nie potrafią przyjąć ‌do wiadomości, że ‌porywaczem ‌może ‌być ‌ktoś z nich.

PORYWACZEM… ‌LUB ‌ZABÓJCĄ.

Przybyły na ‌miejsce ‌agent specjalny Vogel ‌nie ma wątpliwości, że ‌tropi mordercę. I że ‌jest to ‌ktoś z miejscowych. Nie interesują ‌go ‌badania kryminalistyczne, odciski ‌palców i ślady ‌DNA. Vogel wykorzystuje media. ‌Bo ludzie ‌nie potrzebują ‌sprawiedliwości – ‌potrzebują spektaklu. A on ‌zapewni im widowiskowe ‌polowanie na potwora. To ‌ryzykowna ‌gra, ‌w której już raz ‌przegrał. ‌Mimo to ‌Vogel typuje ‌podejrzanego ‌i chociaż ‌ma tylko ‌poszlaki, wydaje wyrok i dąży ‌do zniszczenia mu ‌życia. ‌Tak jak robił ‌to już setki ‌razy. Morderca ‌jednak tylko czeka, aż ‌światła ‌reflektorów zostaną ‌skierowane na niego. ‌A Vogel w pewien wieczór ‌opowie swoją historię ‌tylko jednej ‌osobie.

Wkrótce w kinach ‌ekranizacja ‌powieści ‌z Tonim ‌Servillo ‌(Wielkie piękno) ‌i Jeanem ‌Reno (Leon zawodowiec) w rolach ‌głównych!

DONATO CARRISI

Włoski pisarz, scenarzysta ‌i dramaturg. Absolwent prawa ‌specjalizujący ‌się w kryminologii. ‌Od 1991 roku ‌współpracuje ‌z telewizją RAI. Jest ‌autorem scenariuszy do ‌kilku ‌bardzo popularnych we ‌Włoszech seriali.

Powieść Zaklinacz(2009 r.), ‌debiut literacki Carrisiego, ‌przyniosła ‌mu niesamowity sukces: tłumaczenia ‌na 20 ‌języków, milion sprzedanych egzemplarzy, ‌wysokie i długo ‌utrzymujące się pozycje na listach bestsellerów nie tylko we Włoszech, nagrodę Bancarella, nominację do prestiżowej francuskiej Prix des Lecteurs.

Kolejne powieści – Trybunał dusz i Hipoteza zła – ugruntowały wysoką pozycję pisarza wśród autorów thrillerów na całym świecie.

W 2018 r. polscy czytelnicy mogą sięgnąć po zekranizowaną powieść Carrisiego Dziewczyna we mgle. Carrisi zarówno napisał scenariusz do filmu, jak i go wyreżyserował.

donatocarrisi.it

Tego autora

DZIEWCZYNA WE MGLE

Paenitentiaria Apostolica

TRYBUNAŁ DUSZ

ŁOWCA CIENI

Mila Vasquez

ZAKLINACZ

HIPOTEZA ZŁA

Tytuł oryginału:

LA RAGAZZA NELLA NEBBIA

Copyright © Donato Carrisi 2017

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2018

Polish translation copyright © Jan Jackowicz 2018

Redakcja: Agnieszka Łodzińska

Plakat na froncie okładki: © 2017 COLORADO FILM PRODUCTION

Zdjęcie na tyle i wnętrzu okładki: Lum3n.com/Pexels

Opracowanie graficzne okładki polskiej: Katarzyna Meszka-Magdziarz

Skład: Laguna

ISBN 978-83-8125-246-1

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Dla Antonia,mojego syna, który jest dla mnie wszystkim

23 lutegoSześćdziesiąt dwa dni po zaginięciu

Noc, podczas której wszystko zmieniło się na zawsze, rozpoczęła się od dzwonka telefonu.

Odezwał się o dwudziestej drugiej dwadzieścia. Był poniedziałkowy wieczór, temperatura na dworze spadła do ośmiu stopni poniżej zera i wszystko otulała lodowata mgła. O tej godzinie Flores leżał już obok żony w cieplutkim łóżku, oglądając w telewizji stary czarno-biały film gangsterski. Sophia zasnęła jakiś czas temu i nie wydawało się, żeby dzwonek zakłócił jej sen. Nie zauważyła nawet, że mąż wstaje i ubiera się.

Flores wciągnął ocieplane spodnie, golf i ciepłą kurtkę, żeby zabezpieczyć się przed przeklętą mgłą, która zdawała się pochłaniać wszystko co żywe, po czym wyszedł z mieszkania, by się udać do małego szpitala w Avechot, gdzie od dobrych czterdziestu ze swoich sześćdziesięciu dwóch lat pracował jako psychiatra. W ciągu wszystkich tych lat zdarzyło się zaledwie kilka razy, żeby ktoś, a zwłaszcza policja, wyrwał go z łóżka w jakiejś pilnej sprawie. W alpejskim miasteczku, w którym przyszedł na świat i spędził całe życie, po zachodzie słońca nie działo się prawie nic. Wyglądało na to, że na tej wysokości również przestępcy narzucają sobie rygory przyzwoitego trybu życia, które nakazują regularne cowieczorne powroty do domu. Dlatego Flores zadał sobie pytanie o powód, dla którego konieczna była jego obecność o tak niezwykłej godzinie.

Policja jedynie poinformowała go przez telefon, że chodzi o człowieka zatrzymanego w związku z wypadkiem drogowym. Nie powiedziano mu nic więcej.

* * *

Po południu przestał padać śnieg, ale wieczorem temperatura spadła. Kiedy Flores wyszedł z domu, przywitała go nienaturalna cisza. Wszystko stało w miejscu, bez najmniejszego ruchu. Wydawało się, że czas także się zatrzymał. Psychiatrę przeszedł pochodzący gdzieś z jego wnętrza dreszcz, niemający nic wspólnego z temperaturą na dworze. Uruchomił starego citroena i przed rozpoczęciem jazdy odczekał chwilę, żeby silnik należycie się podgrzał. Potrzebował odgłosów jego pracy, żeby przerwać monotonię tego groźnego spokoju.

Asfalt pokrywała warstewka lodu, ale do jazdy z prędkością nieprzekraczającą dwudziestu kilometrów na godzinę zmusiła go przede wszystkim mgła. Jechał, trzymając kierownicę mocno obiema rękami, pochylony do przodu tak, że jego twarz znalazła się parę centymetrów od przedniej szyby, żeby lepiej widzieć drogę. Na szczęście znał trasę tak dobrze, że jego umysł był w stanie wyprzedzać oczy, podpowiadając mu, jak jechać.

Dotarłszy do rozwidlenia dróg, wybrał kierunek prowadzący w stronę centrum miasteczka i właśnie wtedy dostrzegł coś w mlecznym całunie. Podjechał bliżej i odniósł wrażenie, że wszystko uległo spowolnieniu, niczym we śnie. W głębi białej zawiesiny ukazały się jasne, przerywane błyski. Wydawało się, że wychodzą mu naprzeciw, ale to on posuwał się w ich stronę. Z mgły wyłoniła się ludzka sylwetka. Wykonywała ramionami dziwne, szerokie ruchy. Zbliżywszy się, Flores uświadomił sobie, że to policjant, którego postawiono tu, żeby ostrzegał kierowców nadjeżdżających samochodów, aby zwiększyli ostrożność. Gdy psychiatra przejeżdżał obok niego, obaj wymienili przelotne pozdrowienie. Światła za plecami funkcjonariusza okazały się migaczami na dachu policyjnego auta, a przede wszystkim tylnymi lampami ciemnej limuzyny, która wypadła z drogi i utknęła w rowie.

Niedługo potem Flores dotarł do śródmieścia. Było całkowicie puste.

W gęstej mgle żółtawe światła latarni wyglądały jak miraże. Przejechał przez zamieszkane centrum i w końcu dotarł do celu.

W małym szpitalu w Avechot przywitało go dziwne ożywienie. Gdy tylko przekroczył próg, wyszli mu naprzeciw porucznik miejscowej policji i Rebecca Mayer, młoda prokurator, która w ostatnim okresie zyskała spore uznanie. Wyglądała na zaniepokojoną. Podczas gdy psychiatra ściągał grubą kurtkę, podała mu tożsamość nieoczekiwanego gościa, który trafił tu tej nocy.

– Vogel – rzuciła krótko.

Usłyszawszy to nazwisko, Flores zrozumiał powód aż tak wielkiego zaniepokojenia. Nie wiedział jednak, jaką rolę ma odegrać w tej sprawie, ponieważ to, że tej nocy wszystko zmieni się na zawsze, wciąż pozostawało dla niego tajemnicą.

– Co dokładnie mam zrobić? – spytał.

– Lekarze z pogotowia ratunkowego mówią, że czuje się dobrze, ale reaguje dziwnie. Być może z powodu szoku powypadkowego.

– Tylko że pani nie jest tego pewna, prawda? – Flores najwyraźniej trafił w sedno, bo pani Mayer nie odpowiedziała. – Popadł w katatonię?

– Nie, reaguje na bodźce, lecz okazuje nagłe zmiany nastroju.

– I nie pamięta nic z tego, co mu się przydarzyło – dodał Flores, kończąc to wypytywanie.

– Przypomina sobie wypadek. Ale nas interesuje to, co było wcześniej: koniecznie musimy się dowiedzieć, co wydarzyło się tego wieczoru.

– A zatem, pani zdaniem, on udaje – wyciągnął wniosek psychiatra.

– Obawiam się, że tak. I właśnie w tym punkcie potrzebujemy pańskiej interwencji, doktorze.

– Czego pani ode mnie oczekuje, pani prokurator?

– Nie ma wystarczających przesłanek, żeby postawić mu jakieś zarzuty, i on o tym wie, dlatego musi mi pan powiedzieć, czy on jest w stanie rozumieć swoje postępowanie i nim kierować.

– A gdyby był, to co pani zamierza z nim zrobić?

– Będę mogła sformułować oskarżenie i zarządzić oficjalne przesłuchanie, nie obawiając się, że później jakiś adwokat zakwestionuje je w sądzie, sięgając po pierwszy lepszy głupi pretekst.

– Ale… Powiedziała pani, że w wypadku nie było ofiar, prawda? Przepraszam, w takim razie o co miałaby go pani oskarżyć?

Prokurator Mayer przez chwilę milczała.

– Zrozumie to pan, gdy znajdzie się pan z nim twarzą w twarz.

* * *

Dziwnego gościa umieszczono w gabinecie psychiatry. Otworzywszy drzwi, Flores natychmiast dostrzegł mężczyznę siedzącego w jednym z dwóch foteli stojących przed zarzuconym papierami biurkiem. Ubrany w ciemny kaszmirowy płaszcz, przygarbiony, chyba nawet nie zauważył, że ktoś wszedł.

Flores powiesił kurtkę na wieszaku i zatarł ręce, ciągle jeszcze zgrabiałe z zimna.

– Dobry wieczór – powiedział, kierując się w stronę grzejnika, żeby sprawdzić, czy jest włączony. W rzeczywistości był to jedynie pretekst, żeby znaleźć się twarzą w twarz z mężczyzną i upewnić się co do jego stanu, a przede wszystkim zrozumieć sens tego, co powiedziała Mayer.

Vogel miał pod płaszczem eleganckie ubranie. Granatowy garnitur, szaroniebieski jedwabny krawat z drobnymi kwiatowymi motywami, żółtą chusteczkę w kieszonce marynarki i białą koszulę, której mankiety zapięte były na owalne spinki z różowego złota. Tyko że to ubranie wydawało się zmięte, jakby nosił je od wielu tygodni.

Uniósł na chwilę oczy, nie odpowiadając na powitanie. Potem jego wzrok opadł znowu na dłonie złożone na udach.

Psychiatra zastanawiał się, co za dziwaczny żart losu sprawił, że znaleźli się naprzeciwko siebie.

– Od dawna pan tu jest? – spytał na początek.

– A pan?

Flores skwitował jego odpowiedź śmiechem, ale tamten zachował poważną minę.

– Mniej więcej od czterdziestu lat – odparł. Z biegiem czasu pokój wzbogacał się o różne przedmioty i meble, aż w końcu zamienił się w istną rupieciarnię. Psychiatra zdawał sobie sprawę, że w oczach kogoś z zewnątrz to wnętrze może się wydać zagracone.

– Widzi pan tę starą kanapę? Odziedziczyłem ją po moim poprzedniku, natomiast biurko wybrałem już sam. – Na jego blacie stały oprawione zdjęcia członków rodziny lekarza.

Vogel sięgnął po jedno z nich i przyjrzał mu się, trzymając je w obu dłoniach. Był na nim Flores otoczony przez swoje liczne potomstwo w letni dzień, w którym urządzili sobie grilla w ogrodzie.

– Piękna rodzina – zauważył z roztargnieniem.

– Trzech synów i jedenaścioro wnucząt. – Flores był bardzo przywiązany do tej fotografii.

Vogel odstawił zdjęcie na miejsce i zaczął się rozglądać. Na ścianach oprócz dyplomu, otrzymanych pochwał i rysunków od wnucząt znajdowały się trofea, z których psychiatra był wyjątkowo dumny.

Uprawiał wędkarstwo sportowe i w jego gabinecie było wiele dobrze wyeksponowanych egzemplarzy wypreparowanych ryb.

– Kiedy tylko mogę, rzucam wszystko i jadę nad jakieś jezioro albo górski strumień – wyjaśnił Flores. – Dzięki temu zawieram na nowo pokój z wszelkim stworzeniem. – W jednym z rogów gabinetu stała szafa z wędkami oraz skrzynka z haczykami, przynętami, linkami, żyłkami i innym wyposażeniem wędkarskim. Z biegiem czasu wnętrze przestało wyglądać jak gabinet psychiatryczny. Zamieniło się w jego prywatną jaskinię, miejsce należące tylko do niego, toteż odczuwał przykrość na myśl o tym, że za kilka miesięcy przejdzie na emeryturę i będzie musiał usunąć to wszystko, zabierając stąd swoje rzeczy.

Do licznych historii, jakie mogłyby opowiedzieć te ściany, teraz doszła jeszcze jedna, dotycząca nieprzewidzianej wizyty w późny zimowy wieczór.

– Wciąż jeszcze nie jestem w stanie uwierzyć, że pan się tu znalazł – przyznał z lekkim zakłopotaniem. – Ja i moja żona tyle razy oglądaliśmy pana w telewizji. Jest pan bardzo znany.

Mężczyzna kiwnął tylko głową. Być może rzeczywiście znajdował się w szoku lub może był doskonałym aktorem.

– Jest pan pewien, że czuje się pan dobrze? – spytał Flores.

– Tak – odparł tamten ledwie słyszalnym szeptem.

Psychiatra odszedł od grzejnika i usiadł za biurkiem, w fotelu, który z biegiem lat dopasował się do jego kształtów.

– Miał pan szczęście, wie pan o tym? Dopiero co przejeżdżałem koło miejsca, w którym zdarzył się wypadek: wypadł pan z drogi po właściwej stronie. Jest tam całkiem głęboki rów, ale po drugiej stronie znajduje się prawdziwy jar.

– Mgła – odparł gość.

– Tak – zgodził się Flores. – Marznąca mgła, jakiej nie ogląda się często. Jazda tutaj zajęła mi dwadzieścia minut, podczas gdy zazwyczaj zajmuje połowę tego czasu. – Następnie oparł łokcie na poręczach fotela i odchylił na jego oparcie. – Jeszcze się sobie nie przedstawiliśmy: nazywam się Auguste Flores i jestem lekarzem. Proszę mi powiedzieć, jak mam się do pana zwracać? Jako do agenta specjalnego czy też po nazwisku?

Mężczyzna chwilę się zastanawiał.

– Niech pan sam wybierze.

– Myślę, że policjant nigdy nie traci swoich dystynkcji, również wtedy, gdy przestaje wykonywać swój zawód. Dlatego pozostaje pan dla mnie agentem specjalnym Voglem.

– Jeśli to panu odpowiada…

W umyśle Floresa kłębiły się dziesiątki pytań, wiedział jednak, że na początek musi wybrać te najbardziej właściwe.

– Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się zobaczyć pana jeszcze w tych stronach, sądziłem, że po tym, co się wydarzyło, już się pan tu nie pojawi. Dlaczego pan tu wrócił?

Agent specjalny Vogel powoli przeciągnął dłońmi po spodniach, tak jakby chciał usunąć z nich nieistniejący pył.

– Nie wiem…

Nie dodał nic więcej i Flores kiwnął tylko głową.

– Rozumiem. Przyjechał pan sam?

– Tak – odparł Vogel, ale po jego minie można było się domyślić, że niezbyt dobrze pojął sens pytania. – Jestem tu sam – potwierdził.

– Czy pańska obecność ma może coś wspólnego ze sprawą zaginionej dziewczyny? – zaryzykował Flores. – Bo jeśli dobrze pamiętam, nie ma pan już żadnego prawa zajmować się tym śledztwem.

Można było odnieść wrażenie, że jego słowa potrąciły jakąś strunę w umyśle mężczyzny, ponieważ zareagował w sposób, który Floresowi wydał się odruchem dumy. W jego głosie pojawiło się zniecierpliwienie.

– Można wiedzieć, dlaczego mnie tu przetrzymujecie? Czego policja chce ode mnie? Dlaczego nie mogę zwyczajnie stąd wyjść?

Psychiatra starał się przywołać całą swoją cierpliwość.

– Agencie specjalny Vogel, miał pan dziś wieczorem wypadek.

– Wiem o tym – odparł gniewnie tamten.

– I podróżował pan sam, zgadza się?

– Właśnie to panu powiedziałem.

Flores otworzył szufladę biurka, wyjął małe lusterko i postawił je przed Voglem, który zdawał się tego nie zauważać.

– I nic się panu nie stało. Wyszedł pan z tego bez szwanku.

– Czuję się dobrze, ile razy będzie mnie pan o to pytał?

Psychiatra pochylił się w jego stronę.

– W takim razie proszę mi wyjaśnić jedną rzecz… Skoro nie ma pan żadnych obrażeń, w takim razie do kogo należy krew, którą ma pan na swoim ubraniu?

Vogel zamilkł nagle, jakby nie wiedział, co powiedzieć. Zagniewanie wyparowało i jego wzrok spoczął na lusterku, które Flores przed nim trzymał.

Dopiero teraz je zauważył.

Małe czerwone plamki na mankietach białej koszuli. Parę większych na brzuchu. Kilka ciemniejszych, które zlewały się z kolorem garnituru i płaszcza, ale można było dostrzec ich obwódki. Wyglądało to tak, jakby agent specjalny zobaczył je po raz pierwszy. Ale Flores domyślił się natychmiast, że Vogel musiał o nich wiedzieć, ponieważ ani nie zdziwił się zbytnio ich widokiem, ani nie oświadczył od razu, że nie wie, skąd się wzięły.

W jego oczach pojawiło się nowe światło, a stan umysłowego zaburzenia zaczął się rozwiewać tak, jak to się dzieje w przypadku mgły. Tymczasem gęsta mleczna zawiesina wisząca nad światem za oknem gabinetu pozostawała nietknięta.

Dopiero co rozpoczęła się noc, podczas której wszystko zmieniło się na zawsze. Vogel spojrzał Floresowi prosto w oczy, nagle w pełni przytomny.

– Ma pan słuszność – powiedział. – Myślę, że powinienem to wyjaśnić.

25 grudniaDwa dni po zaginięciu

Jodłowe zagajniki schodziły z górskich zboczy niczym regularne wojsko szykujące się do ataku na dolinę. Była ona długa i wąska niczym stara blizna, a jej środkiem na przemian spokojnie i wartko płynęła rzeka o intensywnie zielonej barwie.

Avechot położone było pośrodku tego krajobrazu.

Alpejskie miasteczko odległe kilka kilometrów od granicy. Domy o spadzistych dachach, kościół z dzwonnicą, ratusz, posterunek policji, mały szpital. Zespół szkół, kilka barów i stadion z lodowiskiem.

Lasy, dolina, rzeka, miasteczko. Oraz przerażające instalacje kopalni, przypominająca futurystyczną szramę na przeszłości i naturze tych okolic.

Niedaleko centrum, przy drodze krajowej, znajdował się bar serwujący gorące posiłki.

Z jego okna rozciągał się widok na drogę i na stację benzynową. Przejeżdżającym tędy kierowcom rzucał się w oczy neon życzący Wesołych Świąt, jednak z wnętrza lokalu patrzyło się na litery od tyłu, przez co tworzyły ciąg niezrozumiałych hieroglifów.

W środku było ze trzydzieści stołów z niebieską okleiną, niektóre między przegródkami umocowanymi do ściany. Wszystkie były nakryte, ale zajęty był tylko jeden. Stojący na samym środku.

Agent specjalny Vogel jadł samotnie śniadanie złożone z jajecznicy na bekonie. Ubrany był w ciemnoszary garnitur, zgniłozieloną kamizelkę i granatowy krawat; kaszmirowego płaszcza nie zdjął nawet na czas posiłku. Siedział wyprostowany ze wzrokiem wbitym w czarny notes, do którego wpisywał jakieś uwagi eleganckim, srebrnym piórem wiecznym, które co jakiś czas odkładał na stół, żeby unieść do ust widelec z jajecznicą. Wykonywał te gesty na zmianę w dokładnie odmierzonych odstępach czasu, skrupulatnie przestrzegając czegoś w rodzaju wewnętrznego rytmu.

Zza lady wyszedł właściciel lokalu, starszy już człowiek, przepasany zatłuszczonym fartuchem, pod którym miał flanelową koszulę w czerwono-czarną kratę, z podwiniętymi do łokci rękawami. Niósł dzbanek świeżo zaparzonej kawy.

– Niech pan sobie wyobrazi, wcale nie zamierzałem dziś otwierać. Pomyślałem sobie: kto tu przyjdzie z samego rana w Boże Narodzenie? Jeszcze kilka lat temu było tu pełno turystów, całe rodziny z dziećmi… Ale od czasu, jak znaleźli to świecące gówno, wszystko się zmieniło. – Mężczyzna wypowiedział to zdanie tak, jakby opłakiwał szczęśliwą i odległą epokę, która już nie wróci.

Jeszcze nie tak dawno życie w Avechot toczyło się pogodnie i spokojnie. Ludzie żyli tu z turystyki i drobnego rzemiosła. Ale pewnego dnia ktoś spoza miasteczka stwierdził, że pod tymi górami mogą się kryć spore złoża fluorytu.

Rzeczywiście, pomyślał Vogel, staruszek ma rację: od tamtej chwili wszystko się zmieniło. Zjawiła się międzynarodowa spółka i kupiła koncesję na tereny znajdujące się nad złożem, płacąc szczodrze właścicielom małych działek. Wielu z nich z dnia na dzień stało się bogaczami. A ci, którzy nie mieli szczęścia być posiadaczami którejś z tych działek, zbiednieli nagle, ponieważ zniknęli turyści.

– Być może powinienem się zdecydować na sprzedaż tego biznesu i przejście na emeryturę – ciągnął właściciel lokalu. Potem, kręcąc z poirytowaniem głową, napełnił kawą filiżankę Vogla, chociaż ten go o to nie prosił. – Kiedy zobaczyłem, jak pan tu wchodzi, pomyślałem, że to jeszcze jeden z handlarzy, którzy co jakiś czas próbują mi coś opchnąć po promocyjnej cenie. Potem się domyśliłem… Pan w sprawie tej dziewczyny, prawda? – Niemal niedostrzegalnym ruchem głowy wskazał umocowaną do ściany przy wejściu ulotkę.

Wydrukowano na niej zdjęcie rudej, piegowatej roześmianej nastolatki, imię: Anna Lou, pytanie: Widziałeś mnie? oraz numer telefonu i kilka linijek tekstu.

Vogel zorientował się, że staruszek zagląda mu przez ramię, starając się przeczytać jego notatki, więc zamknął zeszyt. Potem odłożył widelec na talerz.

– Zna ją pan? – spytał.

– Znam jej rodzinę. Porządni ludzie. – Mężczyzna odsunął jedno z krzeseł stojących przy stole i usiadł naprzeciwko agenta. – Co, według pana, mogło się jej przydarzyć?

Vogel złożył dłonie pod brodą. Ile razy zadawano mu to pytanie? Zawsze ta sama historia. Wydawali się szczerze zaniepokojeni lub zmuszali się, żeby tak wyglądać, ale w końcu okazywało się, że są tylko ciekawi. Chorobliwie, egoistycznie, nielitościwie ciekawi.

– Dwadzieścia cztery – odparł. Restaurator zdawał się nie pojmować sensu tych słów, ale Vogel nie dał mu czasu na prośbę o wyjaśnienie. – Dwadzieścia cztery godziny to czas, jaki młodzi ludzie, którzy uciekli z domu, wytrzymują z wyłączoną komórką. Potem czują się zmuszeni zadzwonić do jakiegoś kolegi albo sprawdzić, czy mówi się o nich w internecie, i w ten sposób udaje się ich zlokalizować. W każdym razie większość wraca po czterdziestu ośmiu godzinach… Dlatego, jeśli nie spotka ich jakieś nieszczęście i nie zdarzy się wypadek, można powiedzieć, że jeszcze po dwóch dniach od zaginięcia istnieje realna możliwość, że koniec końców sprawy ułożą się jak najlepiej.

Przez chwilę właściciel lokalu wydawał się zbity z tropu.

– A co się dzieje potem? – zapytał w końcu.

– Potem przeważnie wzywają mnie.

Agent specjalny wstał, wsunął rękę do kieszeni i rzucił na stół banknot dwudziestoeurowy, żeby zapłacić za śniadanie. Potem ruszył do wyjścia, ale zanim przekroczył próg, odwrócił się jeszcze do właściciela baru.

– Niech mnie pan posłucha: proszę nie sprzedawać tego lokalu. Niedługo będzie tu znowu mnóstwo ludzi.

* * *

Na zewnątrz panował chłód, ale niebo było czyste i wszystko pławiło się w jasnym świetle zimowego słońca. Co jakiś czas drogą przejeżdżał tir i podmuchy powietrza targały połami płaszcza Vogla. Agent specjalny stał bez ruchu na dużym placu przed barem obok stacji benzynowej i spoglądał w górę, trzymając obie ręce w kieszeniach płaszcza.

Za jego plecami pojawił się młody mężczyzna około trzydziestki. On także był w garniturze, krawacie i ciemnym płaszczu, ale nie kaszmirowym. Miał jasne włosy uczesane z przedziałkiem z boku i jasnoniebieskie oczy. Twarz porządnego chłopaka.

– Witam – odezwał się, ale jego przywitanie pozostało bez odpowiedzi. – Nazywam się Borghi i jestem policjantem – dodał mimo to. – Powiedziano mi, żebym przyjechał tu po pana.

Vogel nadal patrzył w niebo, nie zwracając na niego uwagi.

– Odprawa rozpocznie się za pół godziny – oznajmił Borghi. – Są wszyscy, jak pan sobie życzył. – Wyciągnął szyję, żeby lepiej widzieć, co Vogel robi, i spostrzegł, że agent specjalny obserwuje coś na daszku nad dystrybutorem.

Kamerę monitoringu wycelowaną w kierunku drogi.

W końcu Vogel odwrócił się do niego.

– To jedyna droga prowadząca do doliny, prawda?

Borghi nie musiał zastanawiać się nad odpowiedzią.

– Tak. Nie ma innego sposobu, żeby się tu dostać albo stąd wydostać. Ta droga ciągnie się przez całą dolinę.

– Dobrze – powiedział Vogel. – W takim razie niech mnie pan zawiezie na jej drugi kraniec.

I szybkim krokiem ruszył w kierunku nieoznakowanej, ciemnej limuzyny, którą przyjechał po niego młody funkcjonariusz. Borghi wahał się przez chwilę, a potem poszedł za nim.

Niebawem zatrzymali się obok przerzuconego przez rzekę mostu, przez który prowadziła droga w głąb doliny. Młody policjant czekał w pobliżu zaparkowanego na poboczu samochodu, natomiast Vogel kilka metrów dalej odgrywał scenę sprzed kilku minut, tym razem przypatrując się kamerze zamontowanej na stojącym przy drodze słupie w celu kontrolowania ruchu. Kierowcy przejeżdżających obok samochodów trąbili donośnie, ale Vogel nie przejmował się tym i nadal niewzruszenie robił swoje. Czymkolwiek to było, Borghi nie tylko nie rozumiał jego zachowania, ale wręcz wydawało mu się niedorzeczne.

Gdy agent specjalny uznał, że wystarczy, wrócił do pojazdu.

– Jedziemy odwiedzić rodziców tej dziewczyny – powiedział i wsiadł do środka, nie czekając na odpowiedź Borghiego, który spojrzał na zegarek i spokojnie zajął znowu miejsce za kierownicą.

* * *

– Anna Lou nigdy nie sprawiała nam kłopotów – zapewniła stanowczo Maria Kastner. Matka dziewczyny była drobną kobietą, z której emanowała jednak wyjątkowa siła. Siedziała na kanapie obok męża, mężczyzny potężnej postury, ale o dobrotliwym wyglądzie. Oboje byli w szlafrokach narzuconych na piżamy i trzymali się za ręce.

Znajdowali się w salonie ich dwupiętrowego domu; w powietrzu unosił się słodkawy zapach gotowanego jedzenia i odświeżacza powietrza, którego Vogel nie znosił. Siedział teraz na wprost nich w fotelu, a Borghi nieco z boku na krześle. Między nimi a parą małżonków stał stolik z filiżankami kawy, która szybko stygła, bo nikt nie zdradzał ochoty, żeby się jej napić.

Pod ubraną świątecznie choinką siedmioletni bliźniacy bawili się dopiero co rozpakowanymi prezentami.

Jedna paczuszka z ładną czerwoną kokardką pozostała nietknięta.

Kobieta uchwyciła na chwilę spojrzenie Vogla.

– Chcieliśmy, żeby dzieci mimo wszystko mogły świętować narodziny Jezusa, również po to, żeby oderwać ich uwagę od tej przykrej sytuacji – powiedziała usprawiedliwiająco.

„Sytuacja” polegała na tym, że ich starsza, szesnastoletnia, córka zaginęła prawie dwa dni temu. Wyszła z domu w zimowe popołudnie, około siedemnastej, na spotkanie w kościele odległym o kilkaset metrów.

Nigdy tam nie dotarła.

Anna Lou miała do pokonania krótką drogę w dzielnicy jednakowych domów jednorodzinnych z ogródkami, gdzie wszyscy znali się od zawsze.

Ale nikt niczego nie widział ani nie słyszał.

Alarm podniesiono około dziewiętnastej, gdy matka stwierdziła, że córka nie wróciła do domu i ma wyłączoną komórkę. Minęły dwie długie godziny, w czasie których mogło się jej przydarzyć wszystko. Poszukiwania trwały cały wieczór, ale rozsądek podpowiadał, żeby je przerwać i podjąć akcję na nowo, gdy się rozwidni. Ponadto miejscowa policja nie miała środków do prowadzenia śledztwa w całej okolicy.

Na razie nie stawiano żadnych hipotez dotyczących powodów zaginięcia.

Vogel wrócił do milczącej obserwacji rodziców, których oczy już były podkrążone z niewyspania, co w najbliższych tygodniach miało przydać im lat, ale w tym momencie dopiero zaczynało odciskać na nich swój ślad.

– Nasza córka już od wczesnego dzieciństwa zachowywała się zawsze bardzo odpowiedzialnie – ciągnęła kobieta. – Nie wiem, jak to wyrazić… ale nigdy nie musieliśmy się o nią martwić, po prostu wyrosła sama. Pomaga w domu, zajmuje się braćmi. Nauczyciele w szkole są z niej zadowoleni. Od niedawna zaczęła próbować swych sił jako katechetka w naszym bractwie religijnym.

Salonik był skromnie umeblowany. Vogel natychmiast zauważył, że znajduje się tu mnóstwo przedmiotów świadczących o głębokiej religijności mieszkańców. Na ścianach wisiały obrazy ze scenami z Biblii. Przeważały podobizny Jezusa, również w postaci plastikowych figurek, ale było też dość dużo przedstawień Najświętszej Marii Panny. Towarzyszył im bogaty wybór świętych. Na telewizorze stał drewniany krucyfiks.

Po całym pokoju porozstawiano też oprawione rodzinne zdjęcia. Na wielu z nich widać było piegowatą dziewczynkę z rudymi włosami.

Anna Lou była żeńską kopią swojego ojca.

Na wszystkich prezentowała roześmianą buzię. W dniu przystąpienia do pierwszej komunii, w górach z braćmi, z łyżwami na ramieniu na tle lodowiska, pokazując z dumą medal zdobyty w jakimś wyścigu.

Vogel miał świadomość, że ten pokój, te ściany, ten dom już nigdy nie będą takie same. Było tu pełno pamiątek, które prędko zaczną zadawać ból.

– Nie rozbierzemy choinki, dopóki nasza córka nie wróci do domu – zapewniła niemal z odcieniem dumy Maria Kastner. – Lampki będą się paliły, żeby ją było dobrze widać przez okno.

Voglowi przemknęła przez myśl absurdalność tych zapewnień. Bożonarodzeniowa choinka w roli latarni wskazującej drogę do domu komuś, kto miał nie wrócić już nigdy. Ponieważ takie rozwiązanie było całkiem realne, tyle że rodzice Anny Lou jeszcze sobie tego nie uświadamiali. To świąteczne światło sygnalizowałoby wszystkim przechodzącym obok ich domu, że w jego ścianach przeżywany jest dramat. Stałoby się czymś zawadzającym. Sąsiedzi i inni ludzie nie mogliby nie dostrzegać tego drzewka i jego znaczenia, a z czasem zaczęłoby ich nawet irytować. Mijając ich dom, przechodziliby na drugą stronę ulicy, żeby uniknąć jego widoku. Ten symbol groził oddaleniem się ludzi od Kastnerów i pogłębieniem osamotnienia tej rodziny. Ponieważ ceną, jaką trzeba zapłacić za możliwość kontynuowania własnego życia, jest obojętność, pomyślał Vogel.

– Mówią, że w szesnastym roku życia buntowniczy postępek czy jakiś kaprys to coś normalnego – powiedziała Maria, ale potem stanowczo pokręciła głową. – Ale nie u mojej córki.

Vogel skinął głową; zgadzał się z tą kobietą, choć na potwierdzenie jej słów nie miał żadnego dowodu. Nie starał się tak po prostu wysłuchiwać matki, która nade wszystko próbowała usprawiedliwić samą siebie jako matkę, gotowa przysiąc, że jej córka nie jest zepsutym dzieckiem. Agent specjalny był naprawdę przekonany, że ona ma rację. Brał tę pewność z twarzy Anny Lou, która spoglądała na niego z uśmiechem ze wszystkich zakątków pokoju. Jej zwyczajny, niemal dziecinny wygląd mówił mu, że musiało wydarzyć się coś niezwykłego. I że to coś wydarzyło się wbrew jej woli.

– Jesteśmy do siebie niezwykle przywiązane, ona jest bardzo do mnie podobna. Zrobiła to dla mnie i podarowała mi tydzień temu… – Kobieta pokazała policjantowi bransoletkę z barwnych paciorków, którą miała na nadgarstku. – Ostatnio te rzeczy są jej pasją. Robi je sama i rozdaje w prezencie osobom, które lubi.

Vogel zauważył, że matka opowiada o tych szczegółach, niemających znaczenia dla śledztwa, nie zdradzając głosem ani spojrzeniem żadnego poruszenia. Ale nie był to chłód. Agent specjalny rozumiał, o co chodzi. Kobieta była przekonana, że to jest próba, coś w rodzaju egzaminu, jakiemu zostali poddani za sprawą tej „przykrości”, żeby mogli pokazać, że ich wiara jest mocna i nienaruszona. Dlatego w gruncie rzeczy akceptowała to, co się działo, ograniczając się do odrzucania myśli o niesprawiedliwości, w nadziei że ktoś tam wysoko, może nawet sam Bóg, prędko udzieli pomocy.

– Anna Lou zwierzała mi się, ale każda mama bierze pod uwagę to, że nie wie wszystkiego o swoich dzieciach. Wczoraj, kiedy robiłam porządki w jej pokoju, znalazłam to… – Kobieta na chwilę puściła dłoń męża, żeby pokazać Voglowi kolorowy zeszyt.

Agent specjalny pochylił się nad stolikiem i sięgnął po niego. Na okładce widniały dwa małe kotki z nastroszoną sierścią. Zaczął kartkować go z roztargnieniem.

– Nie znajdzie pan w nim nic, co by mogło coś zapowiadać – powiedziała kobieta.

Vogel zamknął pamiętnik dziewczyny i wyjął z wewnętrznej kieszeni płaszcza wieczne pióro i swój czarny notatnik.

– Wyobrażam sobie, że zna pani wszystkie osoby, z którymi spotyka się pani córka…

– Oczywiście – odparła Maria Kastner z lekkim oburzeniem.

– Czy ostatnio Anna Lou poznała kogoś? Na przykład nowego kolegę lub koleżankę.

– Nie.

– Jest pani tego absolutnie pewna?

– Tak – odparła kobieta. – Powiedziałaby mi o tym.

Dopiero co przyznała, że matka nie może wiedzieć wszystkiego o własnych dzieciach, a teraz upierała się, że jest tego pewna. Typowe zachowanie rodziców w przypadkach zaginięć, pomyślał Vogel. Chcą udzielić pomocy, ale wiedzą też, że ponoszą częściową odpowiedzialność, przynajmniej za niedopilnowanie swoich dzieci. A kiedy doświadcza się strachu z powodu jakiegoś niedopatrzenia, włącza się instynkt obronny, także za cenę zaprzeczenia oczywistej prawdzie. I Maria Kastner zaczynała już właśnie podejmować tego rodzaju grę. Ale agent specjalny potrzebował dowiedzieć się więcej o tej sprawie.

– Czy ostatnio zauważyła pani coś nietypowego w jej zachowaniu?

– Co pan ma na myśli?

– Wie pani, jakie są dzieci. Z drobnych sygnałów można wyczuć mnóstwo rzeczy. Czy dobrze spała? Jadła regularnie? Czy nie zmienił się jej nastrój? Może była bardziej zamknięta w sobie, drażliwa lub postępowała inaczej niż wcześniej?

– Była zwyczajną Anną Lou. Znam moją córkę, proszę pana, wiem, kiedy zdarza się coś, co jej nie odpowiada.

Dziewczyna miała telefon komórkowy. O ile Vogel wiedział, był to stary model, nie smartfon.

– Czy państwa córka korzystała z internetu?

Kastnerowie spojrzeli na siebie.

– Nasze bractwo odradza korzystanie z pewnych nowinek technicznych. Internet jest pełen zasadzek, proszę pana. Propagowane są tam idee, które mogą sprowadzić na manowce i zaszkodzić wychowaniu na dobrego chrześcijanina – odparła Maria. – W każdym razie nigdy nie zabranialiśmy niczego naszej córce, to był jej własny wybór.

Z pewnością, jakżeby nie, pomyślał Vogel. Ale pod jednym względem ta kobieta miała słuszność: zazwyczaj zagrożenie przychodzi z sieci. Wrażliwe nastolatki, takie jak Anna Lou, są łatwowierne i nietrudno im coś zasugerować. A po internecie buszują łowcy, którzy zręcznie manipulują najbardziej bezbronnymi umysłami, żeby wślizgnąć się do życia najmłodszych. Stopniowo niszcząc bariery ochronne i zdobywając zaufanie, są w stanie odizolować młodego człowieka od najbliższych, zająć ich miejsce i zmusić go do wykonywania poleceń. W tym sensie Anna Lou Kastner była idealną zdobyczą. Być może dziewczyna tylko udawała, że wypełnia wolę rodziców, ale spędzała czas w internecie; może nawet łączyła się z siecią poza domem, na przykład w szkole albo w bibliotece. Trzeba to będzie sprawdzić. Jednak w tej chwili musiał zgłębić inne aspekty sprawy.

– Należycie państwo do tych szczęśliwców z miasteczka, którzy sprzedali ziemię spółce wydobywczej, prawda?

Pytanie skierowane było do Bruno Kastnera, ale i tym razem odpowiedzi udzieliła jego żona:

– Mój ojciec pozostawił nam działkę w górach, po stronie północnej. Kto mógł przewidzieć, że ma taką wartość… Część pieniędzy przekazaliśmy bractwu i spłaciliśmy do końca raty za ten dom. Resztę odłożyliśmy dla dzieci.

Musiało chodzić o niezłą sumkę, pomyślał Vogel. Prawdopodobnie wystarczającą, żeby zagwarantować bardziej niż godne życie wielu przyszłym pokoleniom Kastnerów. Mogliby pozwolić sobie na różne luksusy lub choćby kupić większy, wystawniejszy dom. Postanowili jednak nie zmieniać poziomu życia. Agent specjalny nie mógł wręcz pojąć, jak można było tak łatwo zrezygnować z nieoczekiwanego dobrobytu. W każdym razie przyjął to do wiadomości i zapytał, ciągle pochylając głowę nad notesem:

– Nie zażądano od państwa pieniędzy, toteż odrzuciłbym hipotezę porwania dla okupu. Ale czy nie grożono państwu w przeszłości? Czy jest ktoś, może jakiś krewny lub znajomy, kto miałby względem was powody do zazdrości, żalu czy urazy?

Kastnerowie wydawali się zaskoczeni tymi pytaniami.

– Nie, nikt – odparła natychmiast kobieta. – Utrzymujemy kontakty wyłącznie z członkami naszego bractwa.

Vogel zastanowił się nad zawartą w ostatnim zdaniu informacją: państwo Kastnerowie byli naiwnie przekonani, że w bractwie nie ma miejsca na żadne konflikty. A zresztą, nie miał wątpliwości, że odpowiedź będzie właśnie taka. Przed pojawieniem się tutaj zasięgnął wiadomości o ich życiu, informując się o wszystkim, co było do zdobycia na temat tej rodziny.

Opinia publiczna opiera się zazwyczaj na pozorach. Dlatego gdy zdarza się jakaś anomalia, taka jak zniknięcie zwykłej, dobrze wychowanej dziewczyny, i dochodzi do tego w tak zwanej porządnej rodzinie, wszyscy skłonni są przypuszczać, że zło zjawiło się z zewnątrz. Ale tacy jak on, doświadczeni policjanci, zawsze mają opory przed rozpoczęciem śledztwa wychodzącego poza krąg rodziny, ponieważ w wielu przypadkach wyjaśnienie jest bardziej banalne i kryje się w czterech ścianach domu. A przy tym bywa przerażające. Miał do czynienia z ojcami, którzy wykorzystywali córki, a także z matkami, które zamiast je osłaniać, traktowały swoje pociechy jak niebezpieczne rywalki. A potem, żeby żyć w zgodzie, rodzice dochodzili do wniosku, że w celu uratowania małżeństwa najlepszym wyjściem będzie pozbycie się krwi z własnej krwi. Pewnego razu zdarzył mu się nawet przypadek żony, która po odkryciu molestowania postanowiła chronić męża, a w celu oszczędzenia sobie wstydu, sama zabiła córkę i ukryła zwłoki. Jednym słowem, widywał coraz bardziej niemieszczące się w głowie przykłady bestialskich zachowań.

Kastnerowie wydawali się porządnymi ludźmi.

Bruno Kastner zajmował się transportem samochodowym i nawet po nieoczekiwanym wzbogaceniu codziennie zakasywał rękawy i pracował. Ona była skromną gospodynią domową, całkowicie oddaną rodzinie i dzieciom. Ponadto oboje byli żarliwie wierzący.

Nigdy jednak nie można mieć całkowitej pewności.

Vogel udał, że ich odpowiedzi go satysfakcjonują.

– Wydaje mi się, że powiedzieliśmy sobie wszystko, przynajmniej na razie. – Wstał z fotela i jego śladem niezwłocznie poszedł Borghi, który przez cały czas zachował milczenie. – Dziękuję za kawę… i za to – dodał, unosząc pamiętnik Anny Lou. – Jestem pewien, że bardzo nam pomoże.

Kastnerowie odprowadzili obu policjantów do drzwi. Vogel rzucił jeszcze okiem na dzieci bawiące się beztrosko obok choinki. Kto wie, jakiego rodzaju wspomnienie po tym wszystkim pozostanie w ich pamięci, gdy będą już dorośli, pomyślał. Być może są jeszcze w wieku, który pozwoli im uratować się przed przeżyciem horroru. Ale nadal nierozpakowana paczka z czerwoną wstążką czekająca na Annę Lou mówiła mu, że w tym wnętrzu na zawsze pozostanie coś, co będzie przypominać o tragedii, jaka dotknęła ich rodzinę. Ponieważ nie ma nic gorszego od prezentu nietrafiającego do rąk osoby, dla której jest przeznaczony. Szczęście, jakie w sobie kryje, rozkłada się i gnije powoli, zakażając wszystko wokół.

W tym momencie agent specjalny uświadomił sobie, że również milczenie między nim i jego kolegą trwa wystarczająco długo, odwrócił się więc do Borghiego.

– Może pan zaczekać na mnie w samochodzie?

– Tak, jasne – odparł zdyscyplinowany funkcjonariusz.

Pozostawszy sam na sam z Kastnerami, Vogel odezwał się innym, bardziej serdecznym tonem, jakby naprawdę ta „sytuacja” leżała mu na sercu.

– Chciałbym być z państwem szczery – powiedział. – Media wywęszyły już sprawę, niebawem zjawi się tu masa reporterów… Czasami dziennikarze są lepsi od policji w zdobywaniu informacji i nie zawsze to, co trafia do telewizji, ma coś wspólnego ze śledztwem. Nie wiedząc, gdzie obrócić wzrok, skierują go na was. Dlatego, jeśli macie do powiedzenia coś jeszcze, cokolwiek… teraz jest na to najlepszy moment.

Nastąpiło milczenie, które Vogel przeciągnął dłużej, niż było trzeba. A więc pakt został zawarty. W rzeczywistości jego rada zawierała ostrzeżenie. Wiem, że macie sekrety, wszyscy je mają. Ale teraz wasze sekrety należą do mnie.

– Dobrze – przerwał w końcu ciszę, żeby wydobyć gospodarzy z zakłopotania. – Widziałem, że kazaliście państwo wydrukować ulotki ze zdjęciem córki. To był dobry pomysł, ale niewystarczający. Aż do tej chwili sprawą zajmowały się miejscowe media, teraz trzeba będzie poczynić następne kroki. Na przykład wystąpić z publicznym apelem do ludności. Co o tym sądzicie?

Małżonkowie spojrzeli na siebie w milczeniu. Potem matka Anny Lou zrobiła krok do przodu, zsunęła bransoletkę z paciorków, którą wykonała dla niej córka, ujęła lewą dłoń Vogla i wsunęła mu ją na nadgarstek, niczym w uroczystym akcie nadania własności.

– Zrobimy wszystko co konieczne, żeby panu pomóc. Ale niech ją pan odnajdzie i sprawi, żeby wróciła do domu.

* * *

Podczas oczekiwania w samochodzie Borghi włączył telefon komórkowy.

– Nie wiem, ile to jeszcze potrwa, on mnie o to poprosił – wyjaśnił jednemu z funkcjonariuszy, którzy od przeszło godziny czekali na rozpoczęcie zaplanowanej odprawy. – Ja też mam rodzinę. Postaraj się uspokoić i zapewnić kolegów, że nikt nie straci świątecznego obiadu. – Ale tak naprawdę bał się, że nie powinien dawać tego rodzaju zapewnień, ponieważ nie miał pojęcia, co ten Vogel zamierza. Wiedział tylko, co to jest wyższa konieczność, i tego ranka ograniczył się do przyjęcia na siebie roli kierowcy.

Poprzedniego wieczoru jego bezpośredni przełożony zakomunikował mu, że dziś rano będzie musiał stawić się w Avechot, żeby towarzyszyć agentowi specjalnemu Voglowi w śledztwie dotyczącym zaginięcia nastolatki. Potem wręczył mu cienką teczkę z aktami dotyczącymi sprawy i zakończył dziwnym zaleceniem, żeby włożył ciemny garnitur, kurtkę, krawat i dokładnie o ósmej trzydzieści czekał koło baru przy wyjeździe z alpejskiej osady.

Oczywiście, Borghi słyszał wiele plotek na temat Vogla i jego ekscentrycznych zachowań. Często mówiono o nim i prowadzonych przez niego śledztwach w telewizji, był też gościem różnych programów zajmujących się wydarzeniami kryminalnymi. O wywiady z nim zabiegały gazety i dzienniki telewizyjne. Vogel czuł się zawsze swobodnie przed kamerami, niczym doświadczony aktor umiejący w każdej sytuacji zaimprowizować występ, pewien swojego sukcesu.

Poza tym były też historyjki opowiadane w gronie policjantów, które opisywały go jako człowieka ambitnego, cynicznego, troszczącego się tylko o to, żeby dobrze wypaść na wizji; egocentryka starającego się usunąć w cień wszystkich wokół siebie.

Ostatnio jednak sprawy agenta specjalnego Vogla szły źle. Zwłaszcza jedno śledztwo postawiło go w nie najlepszym świetle. Niektórzy w policji cieszyli się z takiego obrotu spraw, ale Borghi być może zbyt naiwnie uważał, że od takiego gliniarza jak Vogel może się wiele nauczyć. W gruncie rzeczy znajdował się u progu kariery i z pewnością potknięcie agenta specjalnego nie powinno mu zaszkodzić.

Tylko że Vogel zawsze zajmował się głośnymi przestępstwami, bestialskimi zbrodniami, na których odciśnięte było silne piętno emocjonalne. Mówiono też, że zawsze uważnie dobiera sobie śledztwa.

Z tego powodu Borghi zadawał sobie teraz pytanie, co tak nadzwyczajnego agent specjalny dojrzał w zaginięciu jakiejś nastolatki.

Chociaż obawy rodziców Anny Lou uważał za zrozumiałe i podejrzewał, że mogło się wydarzyć coś bardzo złego, nie widział w tej sprawie nic specjalnie ciekawego dla mediów. A zazwyczaj takie właśnie śledztwa interesowały Vogla.

– Będziemy za chwilę – zapewnił rozmówcę, żeby tylko zakończyć rozmowę. I w tym samym momencie zauważył czarną furgonetkę zaparkowaną w głębi ulicy.

Siedziało w niej dwóch mężczyzn, którzy bez słowa wpatrywali się w dom Kastnerów.

Borghi miał ochotę wysiąść z auta i podejść do nich, żeby ich skontrolować, ale zobaczył agenta specjalnego, który wyszedł z domu i ruszył alejką w jego kierunku. Po chwili zauważył, że Vogel zwalnia kroku, a potem robi coś, co było kompletnie bez sensu.

Zaczął klaskać.

Najpierw cicho, potem coraz głośniej. A jednocześnie rozglądał się na wszystkie strony. Dźwięki rozchodziły się z echem i w oknach pobliskich domów zaczęły pojawiać się twarze sąsiadów. Starsza kobieta, małżeństwo z dziećmi, otyły mężczyzna i jakaś gospodyni z lokówkami na głowie. Stopniowo zaczęło przyłączać się coraz więcej oczu. Przyglądały się tej scenie, niczego nie rozumiejąc.

W końcu agent przestał klaskać.

Po raz ostatni rozejrzał się na oczach przyglądających mu się ludzi, a potem podjął marsz jakby nigdy nic i wsiadł do samochodu. Borghi miał ochotę zapytać go o powody tego dziwnego zachowania, ale i tym razem jako pierwszy odezwał się Vogel:

– Co pan dziś zauważył w tym domu, panie Borghi?

Młody policjant nie musiał zastanawiać się nad odpowiedzią.

– Kastnerowie przez cały czas trzymali się za ręce, wydawali się bardzo sobie bliscy… Ale mówiła tylko ona.

Agent specjalny kiwnął głową, spoglądając przez przednią szybę.

– Ten człowiek umiera z pragnienia, żeby coś nam powiedzieć.

Borghi nie zareagował. Uruchomił silnik, zapominając o klaskaniu i o czarnej furgonetce.

* * *

Posterunek policji był zbyt mały i ciasny dla rozmachu Vogla. Agent specjalny zażądał bardziej odpowiedniego miejsca do prowadzenia śledztwa. W związku z tym funkcję centrum operacyjnego podczas poszukiwań dziewczyny pełniła sala gimnastyczna przy szkole.

Materace i przyrządy służące do ćwiczeń zsunięto pod jedną ścianę. Wielki kosz z piłkami do siatkówki stał zapomniany w jednym z rogów. Ktoś przyniósł z sal szkolnych kilka stołów, żeby ich użyć jako biurek, ktoś inny zdobył składane krzesła ogrodowe. Biblioteka udostępniła dwa notebooki i komputer stacjonarny, ale tylko jeden telefon miał wyjście na zewnątrz. Pod koszem do koszykówki ustawiono tablicę, a na jej czarnej łupkowej powierzchni pojawił się napis kredą: Wyniki śledztwa. Pod spodem przyklejono dotąd zebrane elementy: zdjęcie Anny Lou, które widniało na ulotkach wydrukowanych przez rodzinę, oraz mapę doliny.

W tym momencie w pomieszczeniu rozbrzmiewały rozmowy niewielkiej grupy policjantów z Avechot – w cywilnych ubraniach – którzy zgromadzili się wokół ekspresu do kawy i tacy ciasteczek. Rozmawiali z pełnymi ustami i bezustannie ze zniecierpliwieniem spoglądali na zegarki. W panującym gwarze nie można było rozpoznać tematu rozmów, ale miny policjantów mówiły, że narzekania ich wszystkich mają ten sam powód.

Głuchy i niespodziewany odgłos jednoczesnego otwierania obu skrzydeł ognioodpornych drzwi sprawił, że wszyscy odwrócili się w ich stronę. Do sali gimnastycznej wkroczył Vogel, za plecami którego pojawił się Borghi, i gwar rozmów zamilkł. Drzwi zamknęły się z łoskotem za plecami agenta specjalnego i w przestronnej sali słychać było tylko zdecydowane odgłosy jego kroków i poskrzypywanie skórzanych butów, które miał na nogach.

Vogel podszedł w pobliże tablicy pod koszem, nie witając się z nikim ani nie racząc spojrzeć na żadnego z obecnych. Przez chwilę przypatrywał się „wynikom śledztwa”, tak jakby badał je uważnie. Potem zaskakującym gestem starł dłonią napis i zerwał zdjęcie oraz mapę.

Następnie napisał kawałkiem kredy datę: 23 grudnia.

Odwrócił się w stronę skromnego audytorium.

– Od zaginięcia minęły już prawie dwa dni – zaczął. – W przypadku zaginięcia czas jest naszym wrogiem, ale może też stać się sprzymierzeńcem. Wszystko zależy od nas. Musimy dobrze go wykorzystać, dlatego trzeba wykonać pierwszy ruch. – Pozwolił sobie na pauzę. – Chcę mieć blokady na drodze krajowej chroniące oba wjazdy do doliny – powiedział stanowczym tonem. – Nie musicie nikogo zatrzymywać, ale powinniśmy wysłać jakiś sygnał.

Obecni słuchali go w milczeniu. Borghi stał trochę z boku i przyglądał się im, opierając się o ścianę.

– Czy ktoś sprawdził kamerę na stacji benzynowej i tę drugą, kontrolującą ruch na drodze? Czy one działają? – spytał Vogel.

Po chwili wahania jeden z policjantów, facet z wystającym brzuchem, ubrany w koszulę w kratkę i niebieski krawat, uniósł filiżankę z kawą, którą trzymał w dłoni, sygnalizując, że chce zabrać głos. Był trochę zmieszany.

– Tak, mamy zdjęcia wykonane w godzinach bliskich chwili zaginięcia.

– Dobrze – rzucił z zadowoleniem Vogel. – Ustalcie nazwiska kierowców płci męskiej z pojazdów, które przejeżdżały drogą, i sprawdźcie powody, dla których zjawiali się w dolinie albo ją opuszczali. Skupcie uwagę na tych, którzy mają za sobą jakieś agresywne zachowania albo byli w przeszłości karani.

Ze swego uprzywilejowanego punktu obserwacyjnego Borghi mógł dostrzec rozczarowanie na twarzach obecnych.

Głos zabrał następny funkcjonariusz, który był starszy wiekiem i dlatego uważał, że może sobie pozwolić na pewną krytykę.

– Agencie Vogel, jest nas niewielu, nie mamy środków, a poza tym brakuje funduszy na godziny nadliczbowe.

W grupie jego kolegów dało się słyszeć coś w rodzaju szmeru poparcia.

Nie okazując najmniejszego zakłopotania, Vogel rozejrzał się po ustawionych w sali biurkach i całym tym niedostatecznym wyposażeniu, na tle którego wyglądali po prostu śmiesznie. Nie mógł potępiać tych ludzi za to, że są nastawieni sceptycznie i brakuje im motywacji. Ale nie mógł także pozwolić, żeby szukali wymówek. W związku z tym odparł spokojnie:

– Wiem, że chcielibyście być teraz w domu i świętować z rodzinami Boże Narodzenie. W waszych oczach ja i funkcjonariusz Borghi jesteśmy obcymi, którzy zjawili się tu, żeby wam rozkazywać. Ale kiedy ta historia się zakończy, my dwaj, ja i Borghi, będziemy mogli wrócić tam, skąd przybyliśmy. Za to wy… – Rozejrzał się szybko po ich twarzach, nie pomijając żadnego. – Wy będziecie musieli spotykać się na ulicy z rodzicami tej dziewczyny.

Zapadła krótka cisza. Potem odezwał się znowu najstarszy z policjantów. Tym razem bez cienia arogancji.

– Niech mi pan wybaczy pytanie: dlaczego mamy szukać mężczyzny, jeśli zaginęła dziewczyna? Nie powinniśmy skoncentrować się na niej?

– Ponieważ ktoś ją porwał.

Jak było do przewidzenia, jego oświadczenie podziałało na słuchaczy deprymująco, wykluczając jakiekolwiek odpowiedzi. Vogel przyjrzał się uważnie twarzom obecnych. Każdy policjant obdarzony zdrowym rozsądkiem odrzuciłby jego stwierdzenie jako śledczą herezję. Nie było dowodów potwierdzających tę hipotezę, nawet najdrobniejszej poszlaki. Było to oskarżenie rzucone w pustkę. Ale wystarczyło, żeby w ich umysłach mogło wykiełkować podejrzenie, że to jest możliwe. Wystarczało ziarenko prawdopodobieństwa, żeby w krótkim czasie wyrosła pewność. Vogel dobrze wiedział, że jeśli uda mu się trafić do przekonania tym ludziom, wtedy będzie mógł przekonać każdego innego. Wszystko rozgrywało się tutaj. Nie w prawdziwym centrum operacyjnym z wyposażeniem godnym jednostki kryzysowej, ale w szkolnej sali gimnastycznej. Nie z udziałem zawodowców zahartowanych od lat w tego rodzaju działalności, ale ze źle wyekwipowanymi lokalnymi policjantami, którzy nie mieli pojęcia, jak prowadzi się skomplikowane śledztwo. W ciągu tych kilku minut rozgrywał się los śledztwa, a być może również los zaginionej szesnastolatki. Z tego powodu Vogel zaczął sięgać po wszelkie chwyty, jakich nauczył się z biegiem lat, żeby dobrze sprzedać swój towar.

– Nie ma sensu kręcić się w kółko – podjął po chwili. – Musimy nazwać rzeczy po imieniu, ponieważ, jak powiedziałem wcześniej, cała reszta narazi nas tylko na stratę czasu. A ten czas należy do Anny Lou, nie do nas… – Potem wyciągnął z kieszeni płaszcza czarny notes, otworzył go zdecydowanym ruchem dłoni i przyjrzał się zapiskom. – Jest około siedemnastej dwudziestego trzeciego grudnia. Anna Lou Kastner wychodzi z domu na zebranie w odległym o jakieś trzysta metrów kościele. – Odwrócił się, żeby zaznaczyć na tablicy dwa dość odległe od siebie punkty. – Wiemy, że nie dotrze na miejsce. To nie jest typ dziewczyny uciekającej z domu. Mówią to ci, którzy ją znają, ale potwierdza to również styl życia, jakie prowadzi: w domu nie ma internetu, brak jej profilu w mediach społecznościowych, w komórce ma zapisanych zaledwie pięć numerów telefonicznych. – Policzył je na palcach: – Mama, tata, dom, dziadkowie i parafia. – Odwrócił się znowu do tablicy i połączył linią dwa zaznaczone wcześniej punkty. – Wszystkie odpowiedzi znajdują się na odcinku tych trzystu metrów. Mieszka tu jedenaście rodzin, w sumie czterdzieści sześć osób, z których trzydzieści dwie były w tym momencie w swoich domach… ale nikt niczego nie widział ani nie słyszał. Kamery monitoringu skierowane są do wnętrza nieruchomości, a nie w stronę ulicy, toteż nie zdadzą się na nic. Jak to się mówi? Każdy dba tylko o własny ogródek. – Wsunął do kieszeni czarny notes. – Porywacz zbadał przyzwyczajenia mieszkańców i wiedział, jak się poruszać, żeby pozostać niezauważonym. Fakt, że możemy tylko hipotetycznie przyjąć jego istnienie, mówi nam, że dobrze przygotował się do rozegrania tej partii, zanim jeszcze rozpoczął swoją grę… I że na razie wygrywa.

Vogel odłożył kredę, klasnął w dłonie, żeby otrzepać je z pyłu, a potem zaczął przyglądać się słuchaczom, starając się domyślić, czy przedstawiona koncepcja chwyciła. Tak, udało się. Zaszczepił im wątpliwość. Ale zrobił też coś więcej: podsunął im motyw, żeby się poświęcili. Od tej chwili będzie mógł łatwo nimi manipulować i nikt nie podda już pod dyskusję nawet jednego słowa z jego poleceń.

– Dobrze, zapamiętajcie zatem: pytanie nie dotyczy już tylko tego, gdzie jest obecnie Anna Lou. Rzeczywiste pytanie brzmi: w czyich ona jest rękach? – zakończył agent specjalny. – A teraz bierzemy się do roboty.

* * *

Borghi, o pustym żołądku, zaszył się w małym hotelowym pokoiku, który zarezerwował po południu, razem z pokojem dla agenta specjalnego Vogla. Był pewien, że w Boże Narodzenie nie będzie wolnych miejsc. Jednak mimo że hotel Fiori delle Alpi był jednym z ostatnich obiektów turystycznych, które jeszcze działały w dolinie, praktycznie biorąc stał zupełnie pusty. Inne pensjonaty i hotele zamknęły podwoje z chwilą rozpoczęcia wydobywania fluorytu. W pierwszej chwili Borghi zaczął się zastanawiać, dlaczego nie zostały zamienione na hotele dla pracowników międzynarodowej spółki, ale potem portier wyjaśnił mu, że prawie wszyscy robotnicy pochodzą stąd, natomiast kierownictwo firmy przylatuje i odlatuje własnymi śmigłowcami i nigdy nie pozostaje tu zbyt długo.

Avechot miało zaledwie trzy tysiące mieszkańców, z czego połowa męskiej siły roboczej znalazła zatrudnienie w wielkim zakładzie wydobywczym, który zdominował dolinę.

Znalazłszy się w pokoju, Borghi zsunął najpierw skórzane buty i rozwiązał krawat. Było mu potwornie zimno w ubraniach, które miał na sobie przez cały dzień. Zazwyczaj wkładał garnitur, gdy musiał udać się do sądu, żeby złożyć zeznania. Nie był przyzwyczajony do noszenia go przez tyle godzin. Odczekał, aż temperatura jego ciała dostosuje się do temperatury panującej w pokoju, po czym zdjął również marynarkę i koszulę. Musiał uprać koszulę i rozwiesić w łazience z prysznicem, mając nadzieję, że wyschnie do jutra, ponieważ żona, pakując mu walizkę, zapomniała włożyć drugiej na zmianę. Ostatnio Caroline była bardzo roztargniona. Pobrali się trochę ponad rok temu i teraz była w siódmym miesiącu ciąży.

Trudno jest wytłumaczyć młodej żonie spodziewającej się dziecka, dlaczego nie można spędzić z nią Bożego Narodzenia, nawet jeśli powodem jest praca w policji, od której nie można się wymigać.

Borghi zadzwonił do Caroline z łazienki, podczas gdy koszula moczyła się w umywalce. Rozmowa toczyła się dość szybko.

– A więc co się dzieje w tym Avechot? – zapytała rozdrażnionym tonem.

– Tak naprawdę jeszcze tego nie wiemy.

– W takim razie mogliby dać ci wolny dzień.

Było oczywiste, że Caroline chce wywołać kłótnię. Rozmowa z nią, gdy zachowywała się w ten sposób, była bardzo trudna.

– Powiedziałem ci, że moja obecność tutaj jest ważna dla mojej kariery. – Starał się mówić pojednawczym tonem, ale nie było to łatwe. Poza tym przeszkadzały mu głosy dochodzące z włączonego telewizora w pokoju. – Przepraszam cię, ale muszę iść, słyszę pukanie do drzwi – skłamał. I wyłączył się, zanim Caroline zdążyła rozpocząć od nowa swoje biadolenia. Wrócił natychmiast do pokoju, żeby obejrzeć zdjęcia nadawane w dzienniku telewizyjnym.

W bożonarodzeniowy wieczór, gdy ludzie skończyli już świętować i szykowali się do zakończenia długiego dnia, na ekranie telewizora pojawili się rodzice Anny Lou.