Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 222

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Dziewczyna wchodzi do baru - Helena S. Paige

Babski wieczór odwołany, a ty stwierdzasz, że oto jesteś samotną kobietą w zabójczej kreacji, siedzącą w ekskluzywnym barze wśród wyjątkowo interesujących gości. Co robisz?

Czy spędzisz wieczór z gwiazdą rocka, która onieśmiela, a jednocześnie gwarantuje wyjątkowe doznania? Czy na jedną noc dasz się uwieść biznesmenowi z tajemniczą walizką pełną ulubionych gadżetów? Twój wzrok przyciąga też młody barman, którego ciało z pewnością jest warte grzechu… Ale tuż obok siedzi muskularny ochroniarz, który zaprasza cię na przejażdżkę luksusowym samochodem swojego szefa. Możesz też – by nie szukać daleko – odwiedzić swojego nowego seksownego sąsiada, lub zamiast tego poznać bliżej tajemniczą kobietę.

Określenie miłosna gra jeszcze nigdy nie było tak trafne. „Dziewczyna wchodzi do baru” to powieść interaktywna, która pozwoli ci wybierać: więcej niż jeden raz i bez żalu o niewykorzystane okazje.

Tu nie ma złych wyborów ani zmarnowanych szans. Możesz wypróbować każdą opcję, w zależności od humoru, upodobań lub kaprysu. Twoja fantazja, twoje zasady.

 

„Pomysł wciąga doszczętnie; opowieść trzyma w napięciu.”

Books Live

Opinie o ebooku Dziewczyna wchodzi do baru - Helena S. Paige

Fragment ebooka Dziewczyna wchodzi do baru - Helena S. Paige

He­le­na S. Pa­ige

Dziew­czy­na wcho­dzi do baru

Prze­ło­żył Piotr Grze­go­rzew­ski

Ty­tuł ory­gi­na­łu: A Girl Walks into a Bar

Co­py­ri­ght © 2013, He­le­na S. Pa­ige

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Każ­da ko­bie­ta wie, że nie moż­na się zbyt wie­le spo­dzie­wać po zwy­czaj­nej pa­rze maj­tek. Za­bój­czo sek­sow­ny wy­gląd osią­ga się zwy­kle kosz­tem wy­go­dy. A je­śli przede wszyst­kim za­le­ży ci na wy­go­dzie, to ra­czej nie­praw­do­po­dob­ne, byś mia­ła na so­bie coś fi­ku­śne­go i efek­tow­ne­go. Two­im sprzy­mie­rzeń­cem mogą się oka­zać majt­ki wy­szczu­pla­ją­ce, tyle że nie­ła­two w nich od­dy­chać.

Ręcz­nik swo­bod­nie opa­da na pod­ło­gę i po­chy­lasz się naga nad bie­liź­niar­ką, roz­wa­ża­jąc róż­ne moż­li­wo­ści. Ty i two­ja naj­lep­sza przy­ja­ciół­ka Me­lis­sa nie wy­cho­dzi­ły­ście nig­dzie od ty­go­dni. Masz na­dzie­ję na su­per­wie­czór. W szu­fla­dzie leżą nie­do­rzecz­nie dro­gie strin­gi z fio­le­to­wej ko­ron­ki, z je­dwab­ny­mi wstąż­ka­mi wple­cio­ny­mi wzdłuż brzeż­ków. Prze­su­wasz pal­ca­mi po jed­nej z nich i ogar­nia cię no­stal­gia – od lat nie no­si­łaś sek­sow­nej bie­li­zny.

Obok nich leżą two­je ulu­bio­ne wy­god­ne maj­ta­sy. Ela­stycz­ne, choć nie tak opię­te, jak mo­gły­by być, i nie­znacz­nie wy­bla­kłe od pra­nia, ale za to wła­śnie je lu­bisz.

Kie­dy się­gasz po majt­ki wy­szczu­pla­ją­ce, in­stynk­tow­nie wcią­gasz brzuch. Czu­jesz się w nich tak, jak­byś zo­sta­ła we­pchnię­ta we flak od kieł­ba­sy, ale przy­najm­niej za­pew­nia­ją ci szczu­pły wy­gląd. Co jed­nak zro­bisz, je­śli tego wie­czo­ru ko­goś po­de­rwiesz? Bę­dziesz po­trze­bo­wać otwie­ra­cza do kon­serw, żeby się z nich wy­swo­bo­dzić. Może w ta­kim ra­zie po­win­naś iść bez bie­li­zny? Uśmie­chasz się nie­znacz­nie na tę myśl. Nig­dy jesz­cze tego nie ro­bi­łaś. Czy nie czu­ła­byś się nie­sły­cha­nie sek­sow­nie, bę­dąc je­dy­ną oso­bą, któ­ra wie, że nie masz nic pod su­kien­ką?

Je­śli wy­bie­rasz fio­le­to­we strin­gi, przejdź tu­taj.

Je­śli wy­bie­rasz wy­god­ne maj­ta­sy, przejdź tu­taj.

Je­śli wy­bie­rasz majt­ki wy­szczu­pla­ją­ce, przejdź tu­taj.

Je­śli wy­bie­rasz pój­ście bez bie­li­zny, przejdź tu­taj.

[Wybrałaś fioletowe stringi]

Do­ko­nu­jesz ostat­niej ko­rek­ty ma­ki­ja­żu przed lu­strem, po czym co­fasz się, by oce­nić swój wy­gląd. Je­steś tak za­bie­ga­na, że mi­nę­ły wie­ki, od­kąd się tak stro­iłaś, i za­po­mnia­łaś już, jaka to świet­na za­ba­wa. Mała czar­na z du­żym de­kol­tem eks­po­nu­je kształ­ty, a two­je ulu­bio­ne szpil­ki spra­wia­ją, że wy­glą­dasz jak bo­gi­ni. Je­steś za­chwy­co­na tym, co wi­dzisz w lu­strze: fio­le­to­we strin­gi to był strzał w dzie­siąt­kę. Kto wie, może ta noc bę­dzie prze­ło­mo­wa? Może ci się po­szczę­ści. O ile je­steś szczę­ścia­rą.

Przejdź tu­taj.

[Wybrałaś wygodne majtasy]

Przy­glą­dasz się swo­je­mu od­bi­ciu w lu­strze. Zu­peł­nie nie­źle: mała czar­na i wy­so­kie ob­ca­sy. Wy­glą­dasz na­praw­dę sek­sow­nie – po raz pierw­szy od wie­ków. Od­wra­casz się, żeby spraw­dzić tył su­kien­ki i spo­strze­gasz, że maj­ta­sy się od­zna­cza­ją. Nie ma mowy, coś trze­ba z tym zro­bić. Ścią­gasz je i przez chwi­lę się za­sta­na­wiasz, czy nie pójść bez bie­li­zny...

Je­śli chcesz iść bez bie­li­zny, przejdź tu­taj.

...ale osta­tecz­nie re­zy­gnu­jesz. Jest na to tro­chę zbyt chłod­no. Za­tem po­now­nie otwie­rasz bie­liź­niar­kę i się­gasz po fio­le­to­we strin­gi. Wkła­dasz je na sie­bie, uwa­ża­jąc przy tym, żeby nie ro­ze­rwać ich ob­ca­sa­mi.

Przejdź tu­taj.

[Wybrałaś majtki wyszczuplające]

Mu­sisz się po­ło­żyć na łóż­ku, żeby móc je na sie­bie wcią­gnąć. Kto wy­my­ślił to cho­ler­stwo? Pew­nie ja­kiś sa­dy­sta, któ­ry na­praw­dę nie­na­wi­dził ko­biet. I z cze­go oni wła­ści­wie je ro­bią – z tego sa­me­go ma­te­ria­łu, któ­ry wy­ko­rzy­stu­je się na pro­mach ko­smicz­nych? Wstrzy­mu­jesz od­dech, chwy­tasz majt­ki i prze­cią­gasz je przez uda.

Uda­je ci się wcią­gnąć je na brzuch i nie ze­mdleć przy tym z bra­ku tle­nu. Ocie­rasz pot z czo­ła, z tru­dem wsta­jesz i przy­glą­dasz się swo­je­mu od­bi­ciu w lu­strze. Za plus trze­ba uznać, że twój brzuch jest pła­ski. Wręcz nie­na­tu­ral­nie pła­ski – pra­wie wklę­sły. Za mi­nus to, że tro­chę krę­ci ci się w gło­wie, być może zła­ma­łaś że­bro i za­pew­ne przez całą noc nie bę­dziesz mo­gła usiąść.

Kto po­wie­dział, że pięk­no wy­ma­ga po­świę­ceń? Trze­ba coś z tym zro­bić. Bie­rzesz no­życz­ki i prze­ci­nasz ten gor­set z ly­cry, oswa­ba­dza­jąc się z nie­go. Po wszyst­kim od­dy­chasz z ulgą.

Po­tem się­gasz po fio­le­to­we strin­gi. Po cięż­kiej ly­crze ko­ron­ka wy­da­je się lek­ka jak piór­ko. Wcią­gasz brzuch przed lu­strem i daje to ten sam efekt, co sa­dy­stycz­ne maj­ta­sy, tyle że bez od­ci­na­nia tle­nu. Mu­sisz tyl­ko pa­mię­tać, by wcią­gać brzuch za każ­dym ra­zem, gdy ktoś na cie­bie pa­trzy. Z tą my­ślą się­gasz po to­reb­kę.

Przejdź tu­taj.

[Wybrałaś pójście bez bielizny]

Idziesz do kuch­ni, by na­lać so­bie wina. Ko­ły­szesz przy tym bio­dra­mi. Dziw­nie się czu­jesz, nie ma­jąc nic pod spodem. Tar­cie uda o udo jest bar­dzo przy­jem­ne. Każ­dy twój ruch dzia­ła na cie­bie pod­nie­ca­ją­co. Nig­dy jesz­cze nie by­łaś tak świa­do­ma swo­je­go cia­ła. Wła­śnie tak mu­szą się czuć fa­ce­ci – two­ja sek­su­al­ność przy­po­mi­na o so­bie z każ­dym ru­chem.

Prze­cho­dzisz z kie­lisz­kiem do sy­pial­ni. Na­wet ten krót­ki spa­cer roz­bu­dza pło­mień w two­im cie­le. To za dużo, my­ślisz. W ta­kim sta­nie nie doj­dziesz na­wet do baru. Uzna­jesz, że mu­sisz mieć coś pod su­kien­ką, je­śli chcesz spoj­rzeć ko­mu­kol­wiek w oczy bez ru­mie­nie­nia się. Się­gasz po ma­lut­kie fio­le­to­we strin­gi – wła­ści­wie w nich też je­steś pra­wie naga.

Przejdź tu­taj.

[Pojawiasz się w barze]

Mru­gasz kil­ka razy, za­nim twój wzrok przy­zwy­czai się do pół­mro­ku pa­nu­ją­ce­go w ba­rze. Mu­zy­ka jest ci­cha, ale sły­szysz ryt­micz­ny puls basu i czu­jesz przy­jem­ny dresz­czyk emo­cji. Tak bar­dzo kon­cen­tro­wa­łaś się na pra­cy, że mi­nę­ło spo­ro cza­su, od­kąd ostat­ni raz gdzieś wy­cho­dzi­łaś. Masz za­miar na­praw­dę do­brze się ba­wić.

Nig­dy tu jesz­cze nie by­łaś; wy­bra­nie się do tego ele­ganc­kie­go przy­byt­ku ce­le­bry­tów to po­mysł two­jej przy­ja­ciół­ki Me­lis­sy. Roz­glą­dasz się do­oko­ła, li­cząc na to, że gdzieś ją znaj­dziesz. Dłu­gi ma­ho­nio­wy bar bie­gnie przez całą dłu­gość sali. W bok­sach i przy sto­li­kach sie­dzą i śmie­ją się grup­ki osób. Z tyłu znaj­du­je się wy­dzie­lo­na stre­fa ze sto­ją­cym przed nią bram­ka­rzem po­stu­ry Co­na­na Bar­ba­rzyń­cy. To musi być sek­tor dla VIP-ów. Nie ma szans, że­byś się tam do­sta­ła.

Me­lis­sy nie ma przy ba­rze, za­czy­nasz więc przy­glą­dać się sto­li­kom. Two­ją uwa­gę przy­cią­ga za­bój­czo przy­stoj­ny męż­czy­zna sie­dzą­cy w jed­nym z bok­sów w ką­cie. Jest po­grą­żo­ny w po­ga­węd­ce z dru­gim męż­czy­zną. Nie mo­żesz ode­rwać od nie­go wzro­ku. Jest tro­chę star­szy od cie­bie, ale to przy­stoj­niak w ty­pie Geo­r­ge’a Clo­oneya. Uno­si wzrok, zu­peł­nie jak­by wy­czuł, że mu się przy­glą­dasz. Wa­sze spoj­rze­nia się spo­ty­ka­ją. Jego wzrok jest na­mięt­ny. Czer­wie­nisz się i pa­trzysz na ze­ga­rek, w rów­nym stop­niu po to, żeby spraw­dzić, któ­ra go­dzi­na, jak i po to, by ode­rwać od nie­go wzrok. Jest pięć po ósmej, wca­le się nie spóź­ni­łaś. Gdzie w ta­kim ra­zie po­dzie­wa się Me­lis­sa?

Jesz­cze raz się roz­glą­dasz – tym ra­zem dys­kret­niej – a po­tem sia­dasz przy ba­rze, ple­ca­mi do pana Na­mięt­ne­go. Drżysz – wciąż czu­jesz na so­bie jego wzrok.

– Dzień do­bry, co po­dać? – pyta bar­man.

Spo­glą­dasz na nie­go i ze zdzi­wie­niem kon­sta­tu­jesz, że jest bar­dzo przy­stoj­ny, nie mó­wiąc już o tym, że wy­glą­da tak mło­do, jak­by do­pie­ro co osią­gnął wiek, w któ­rym moż­na za­ma­wiać al­ko­hol. Ma pięk­ną skó­rę oraz wło­sy i oczy ko­lo­ru espres­so. Jest ubra­nyw bia­łą ko­szu­lę i dżin­sy, i uśmie­cha się słod­ko, a na­wet tro­chę nie­śmia­ło, kie­dy za­bie­ra pu­stą pusz­kę, któ­ra stoi na ba­rze obok cie­bie. Po­tem płyn­nym ru­chem od­wra­ca się i wrzu­ca ją do ko­sza. I wte­dy po raz pierw­szy za­pie­ra ci dech w pier­si z za­chwy­tu. Bia­łe rę­ka­wy ko­szu­li są pod­wi­nię­te, uwi­dacz­nia­jąc mię­śnie jego ra­mion. Nie mo­żesz się po­wstrzy­mać od za­sta­na­wia­nia się, ile może mieć lat – dwa­dzie­ścia je­den, może dwa­dzie­ścia dwa... Hmm. Mo­gła­byś go wie­le na­uczyć.

Nie bar­dzo wiesz, co za­mó­wić. To w koń­cu szpa­ner­ski przy­by­tek ce­le­bry­tów. Szam­pa­na? Ja­kiś kok­tajl? Mar­ti­ni? A po­tem przy­po­mi­nasz so­bie sce­nę, któ­rą wi­dzia­łaś w pew­nym fil­mie.

– Po­pro­szę pro­ces­so – mó­wisz, ma­jąc na­dzie­ję, że wy­ma­wiasz tę na­zwę wła­ści­wie.

Bar­man od­gar­nia z oczu nie­sfor­ną grzyw­kę i znów uśmie­cha się do cie­bie nie­śmia­ło. A to­bie już dru­gi raz za­pie­ra dech w pier­si.

– Pro­szę bar­dzo.

Się­ga po kie­li­szek od szam­pa­na. Jego ko­szu­la uno­si się i przez chwi­lę wi­dzisz gład­ki, umię­śnio­ny brzuch. Ciem­na li­nia je­dwa­bi­stych wło­sków bie­gnie od pęp­ka do pa­ska spodni. Zda­je się, że aż się ob­li­za­łaś. Gdzie ta Me­lis­sa? Po­win­na to zo­ba­czyć. Trze­ba przy­znać, że do­sko­na­le wy­bra­ła bar. Krzy­żu­jesz nogi i za­ci­skasz je ze wszyst­kich sił.

Ko­mór­ka wi­bru­je w two­jej dło­ni. Pod­ska­ku­jesz prze­stra­szo­na. To SMS od Me­lis­sy:

„Utknę­łam w ro­bo­cie. Szef nie ma nade mną li­to­ści. Prze­pra­szam! Ża­łu­ję, że mnie tam nie ma :(. Baw się do­brze! :)”.

Po­chmur­nie­jesz. I co te­raz? Od­kła­dasz gwał­tow­nie te­le­fon na blat. Całe to stro­je­nie się było na nic. Gdy­by tyl­ko dała ci znać odro­bi­nę wcze­śniej! Kie­dy Me­lis­sa w koń­cu na­uczy się od­ma­wiać temu cho­ler­ne­mu sze­fo­wi?!

Nie je­steś pew­na, czy masz jesz­cze ocho­tę na drin­ka, ale miły bar­man otwo­rzył już z wpra­wą bu­tel­kę wina mu­su­ją­ce­go. Na­le­wa go do prze­chy­lo­ne­go kie­lisz­ka, a po­tem sta­wia przed tobą, po­now­nie uśmie­cha­jąc się nie­śmia­ło. To nie­co po­pra­wia ci hu­mor. Za­sta­na­wiasz się, jak by to było prze­su­nąć pal­cem po jego ustach, któ­re są peł­ne i wprost stwo­rzo­ne do ca­ło­wa­nia. Uśmie­chasz się do nie­go i się­gasz do to­reb­ki, żeby za­pła­cić.

– Nie trze­ba – mówi on.

Czyż­by ci sta­wiał? Już chcesz mu po­dzię­ko­wać, kie­dy chło­pak z prze­pra­sza­ją­cą miną po­ka­zu­je na od­le­gły ko­niec baru.

– Ten pan już za­pła­cił.

Pa­trzysz na swo­je­go ad­o­ra­to­ra. Krzy­kli­wą ko­szu­lę ma roz­pię­tą aż po pę­pek i wię­cej wło­sów na pier­si niż na gło­wie. Gru­by zło­ty łań­cuch zwi­sa w tym gąsz­czu nad wy­sta­ją­cym ban­dzio­chem. W ustach trzy­ma wy­ka­łacz­kę. Wsta­je i kro­czy dum­nym kro­kiem w two­ją stro­nę. Może gdy­byś po­pa­trzy­ła mu w oczy, ten cho­dzą­cy ba­nał zro­zu­miał­by ko­mu­ni­kat... Nic z tego.

– Cześć, kot­ku – mówi, prze­su­wa­jąc ję­zy­kiem wy­ka­łacz­kę z jed­ne­go ką­ci­ka ust w dru­gi. – Moż­na? – Sia­da obok cie­bie, za­nim uda­je ci się od­po­wie­dzieć. – Stan­ley Glenn – mówi, zu­peł­nie jak­by się spo­dzie­wał, że jego na­zwi­sko coś ci po­wie. Beka i czu­jesz jego czosn­ko­wy od­dech. Od­su­wasz się naj­da­lej jak tyl­ko moż­na, lecz nie ma uciecz­ki od tego smro­du.

– Prze­pra­szam, ale, jak to mó­wią: z dwoj­ga złe­go le­piej tą stro­ną. – Uno­si obie ręce, ce­lu­je w cie­bie z pal­ców i uda­je, że strze­la, mru­ga­jąc przy tym i mó­wiąc: „pif paf”.

W pierw­szej chwi­li chcesz mu po­wie­dzieć, żeby spa­dał, ale by­ło­by to nie­grzecz­ne. Po­pra­wiasz się więc tyl­ko na miej­scu, dzię­ki cze­mu mo­żesz go kop­nąć w na­biał, gdy­by pró­bo­wał się zbli­żyć do cie­bie z tym swo­im za­bój­czym od­de­chem. Masz już grzecz­nie od­mó­wić drin­ka, kie­dy czu­jesz na swo­im ra­mie­niu czyjś do­tyk. Prze­stra­szo­na, od­wra­casz się do męż­czy­zny sto­ją­ce­go tuż za tobą. Na­tych­miast go roz­po­zna­jesz: to fa­cet, któ­ry od razu przy­cią­gnął two­ją uwa­gę, gdy we­szłaś do baru.

– Cześć, ko­cha­nie. Prze­pra­szam za spóź­nie­nie – mówi, po­chy­la­jąc się, i ca­łu­je cię w po­li­czek. Wstrzy­mu­jesz od­dech, zbi­ta z tro­pu tą nie­spo­dzie­wa­ną bli­sko­ścią. Męż­czy­zna pach­nie ce­drem. Z bli­ska wi­dzisz sek­sow­ną si­wi­znę na jego skro­niach i zmarszcz­ki w ką­ci­kach oczu.

Trzy­ma­jąc rękę na two­im ra­mie­niu, dru­gą wy­cią­ga do Stan­leya.

– Bar­dzo dzię­ku­ję, że do­trzy­mał pan to­wa­rzy­stwa mo­jej przy­ja­ciół­ce. Tro­chę się spóź­ni­łem. In­te­re­sy, sam pan wie, jak to jest.

Świa­do­ma, że bez­wstyd­nie wy­ko­rzy­stu­jesz sy­tu­ację, na­pie­rasz na rękę swo­je­go wy­baw­cy. Fa­cet o czosn­ko­wym od­de­chu mru­czy coś pod no­sem i wsta­je. Kie­dy męż­czyź­ni po­da­ją so­bie ręce, za­uwa­żasz, że Stan­ley krzy­wi się z bólu. Wy­ka­łacz­ka gdzieś znik­nę­ła i za­sta­na­wiasz się, czy przy­pad­kiem jej nie po­łknął. Jego twarz robi się czer­wo­na i fa­cet po­śpiesz­nie się od­da­la.

– Cześć, je­stem Mi­les – przed­sta­wia się twój nowy zna­jo­my, od­ry­wa­jąc rękę od two­je­go ra­mie­nia.

– Je­stem ci bar­dzo wdzięcz­na – mó­wisz. Czu­jesz mro­wie­nie na skó­rze w miej­scu, któ­re­go do­ty­kał.

– Mam na­dzie­ję, że nie uwa­żasz tego za bez­czel­ność z mo­jej stro­ny?

– Po­ra­dzi­ła­bym so­bie, ale dzię­ku­ję za po­moc – od­po­wia­dasz z uśmie­chem.

– Ani przez chwi­lę nie wąt­pi­łem, że spła­wi­ła­byś go jed­nym spoj­rze­niem, gdy­byś tyl­ko chcia­ła – mówi. – Ale po­trzeb­ny mi był pre­tekst, żeby do cie­bie po­dejść.

Brzmi to nad­zwy­czaj obie­cu­ją­co. Je­steś już bli­ska po­sta­wie­nia mu drin­ka, kie­dy do­da­je:

– Miło mi było cię po­znać, ale mu­szę wra­cać do ko­le­gi. Mamy waż­ne spra­wy biz­ne­so­we do ob­ga­da­nia.

– Ja­sne – od­po­wia­dasz. Nie chcesz, żeby od­cho­dził, lecz nie wiesz, jak go za­trzy­mać. – Jesz­cze raz dzię­ku­ję.

– Cała przy­jem­ność po mo­jej stro­nie. – Pa­trzy na cie­bie przez dłuż­szą chwi­lę i wra­ca do swo­je­go sto­li­ka. Od­pro­wa­dzasz go wzro­kiem. Ma na so­bie nie­na­gan­nie skro­jo­ne spodnie i ko­szu­lę w błę­kit­ne prąż­ki roz­pię­tą pod szy­ją. Ele­ganc­ką i na pew­no nie­zbyt ta­nią. Męż­czy­zna od­wra­ca się do cie­bie, uno­si rękę i ma­cha na po­że­gna­nie. Uśmie­chasz się, a po­tem od­wra­casz do baru, żeby się na­pić, bo za­schło ci w ustach.

– Jesz­cze raz to samo? – pyta mło­dy bar­man, kie­dy do­pi­jasz drin­ka. Bą­bel­ki są prze­pysz­ne, ale chce ci się pić, dla­te­go pro­sisz o per­rie­ra.

– Pro­sec­co, per­rier... Ktoś tu chy­ba jest w śród­ziem­no­mor­skim na­stro­ju – ko­men­tu­je bar­man, za­ska­ku­jąc cię. To nie wy­glą­da na zwy­kłą ba­ro­wą po­ga­węd­kę. Przy­glą­dasz mu się uważ­niej. Na­wet w mdłym, sztucz­nym oświe­tle­niu jego skó­ra lśni.

– Co taki miły chło­pak jak ty robi w ta­kim miej­scu? – py­tasz, czu­jąc, że je­steś w na­stro­ju do flir­to­wa­nia. Zwa­lasz to na karb bą­bel­ków.

– Za­stę­pu­ję ku­zy­na, on tu jest sta­łym bar­ma­nem. Przy­da mi się tro­chę kasy, pod­ręcz­ni­ki kosz­tu­ją.

– Je­steś stu­den­tem?

– Tak, ale pro­szę mnie nie py­tać, co stu­diu­ję...

– Nie za­mie­rza­łam, ale uda­ło ci się roz­bu­dzić moją cie­ka­wość.

Wy­glą­da na za­wsty­dzo­ne­go.

– Fi­lo­zo­fię re­li­gii. In­te­re­su­ją mnie zwłasz­cza re­li­gie Wscho­du.

– Se­rio? To chy­ba nie otwie­ra przed tobą zbyt wie­lu fur­tek do ka­rie­ry.

Chło­pak po­waż­nie­je.

– Zdzi­wi­ła­by się pani. Chciał­bym wstą­pić do kor­pu­su po­ko­ju, a po­tem wy­lą­do­wać w ONZ. Jeź­dzić po świe­cie i tak da­lej.

Je­steś co­raz bar­dziej za­in­try­go­wa­na. Twarz anio­ła, cia­ło grzesz­ni­ka i mózg! A jesz­cze do tego pra­gnie po­ko­ju na świe­cie.

Po­sy­łasz mu prze­cią­gły, obie­cu­ją­cy uśmiech. To za­kra­wa nie­mal na uwo­dze­nie nie­let­nich, ale masz ocho­tę jesz­cze chwi­lę to cią­gnąć. Naj­pierw jed­nak po­win­naś od­wie­dzić to­a­le­tę. Je­śli se­rio za­mie­rzasz flir­to­wać z przy­stoj­nym dwu­dzie­sto­kil­ku­lat­kiem, mu­sisz po­pra­wić ma­ki­jaż.

Dam­ska to­a­le­ta oka­zu­je się ską­pa­ną w ła­god­nym świe­tle oazą spo­ko­ju. W środ­ku jest tyl­ko jed­na ko­bie­ta. Oku­pu­je lu­stro, wła­śnie się ma­lu­jąc.

Jest jed­ną z naj­bar­dziej wi­do­wi­sko­wo wy­glą­da­ją­cych ko­biet, ja­kie kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łaś. Jej lśnią­ce loki są spię­te ko­ra­lo­wym grze­by­kiem. Brwi nie­mal sty­ka­ją się ze sobą, a na po­licz­ku ma pie­przyk. Dłu­ga spód­ni­ca jest udra­po­wa­na na bio­drach, a błysz­czą­cy ma­te­riał od­bi­ja świa­tło. Styl vin­ta­ge, może na­wet Va­len­ti­no. Ko­bie­ta uno­si wzrok, przy­glą­da ci się w lu­strze, po czym uśmie­cha się, jak­by po­do­ba­ło się jej to, co wi­dzi. Twój wzrok spo­czy­wa na pier­siach wy­le­wa­ją­cych się z ob­ci­słe­go ko­ron­ko­we­go topu: albo są od­por­ne na gra­wi­ta­cję, albo ko­bie­ta nosi naj­bar­dziej za­awan­so­wa­ny tech­nicz­nie biu­sto­nosz w dzie­jach ko­bie­cej mody.

W swo­jej ma­łej czar­nej czu­jesz się przy niej jak sza­ra mysz­ka.

– Prze­pra­szam, że blo­ku­ję lu­stro – mówi ko­bie­ta. Głos ma tro­chę chra­pli­wy. A może to obcy ak­cent?

– Nie szko­dzi, przy­szłam tu na siu­siu – od­po­wia­dasz, czu­jąc się co­kol­wiek nie­swo­jo przy tym uoso­so­bie­niu ele­gan­cji i opa­no­wa­nia. Ko­bie­ta znów uśmie­cha się do cie­bie, a ty ucie­kasz do ka­bi­ny z moc­nym bi­ciem ser­ca. Nie mo­żesz prze­stać my­śleć o tym pie­przy­ku.

Po wszyst­kim my­jesz ręce i pod­cho­dzisz do lu­stra, by po­pra­wić ma­ki­jaż. Kred­ka do oczu tro­chę się roz­ma­za­ła; mu­sisz też po­now­nie po­cią­gnąć usta szmin­ką.

– Po­do­ba­ją mi się two­je wło­sy – mówi ko­bie­ta, kie­dy wyj­mu­jesz z to­reb­ki szczot­kę.

– Dzię­ku­ję – od­po­wia­dasz, nie­śmia­ło do­ty­ka­jąc gło­wy. – Za­baw­ne, ale wie­le bym dała za ta­kie wło­sy jak two­je.

– Ty­po­we, praw­da? – mówi ona. – Wszy­scy pra­gnie­my tego, cze­go nie mamy. – Pa­trzy ci w oczy odro­bi­nę za dłu­go i ku wła­sne­mu zdzi­wie­niu przy­ła­pu­jesz się na tym, że wy­obra­żasz so­bie swój ję­zyk su­ną­cy po pie­przy­ku na jej po­licz­ku. Skąd w to­bie ta­kie my­śli?

– Chwi­lecz­kę, je­steś tro­chę... po­mo­gę ci – mówi ko­bie­ta. Od­wra­ca się do cie­bie, chwy­ta cię pew­ną ręką pod bro­dę i chu­s­tecz­ką wy­cie­ra roz­ma­za­ną kred­kę do oczu. Jej twarz jest tak bli­sko, że z tru­dem od­dy­chasz. Wy­czu­wasz jed­nak jej za­pach, eg­zo­tycz­ną mie­szan­kę przy­praw ko­rzen­nych.

Na­stęp­nie ko­bie­ta się­ga do ko­sme­tycz­ki po pę­dze­lek i pa­le­tę cie­ni do po­wiek. Trzy­ma ją przed tobą.

– Mogę, praw­da? Za­mknij oczy.

Mimo że nie je­steś do koń­ca pew­na, co ona chce zro­bić, speł­niasz jej proś­bę. Drżysz nie­co, kie­dy prze­cią­ga pę­dzel­kiem po two­ich po­wie­kach, a po­tem prze­su­wa po nich jesz­cze opusz­ką pal­ca. Po­wta­rza tę czyn­ność, tym ra­zem uży­wa­jąc ciem­no­po­pie­la­te­go cie­nia do po­wiek i kon­tra­stu­ją­ce­go roz­ja­śnia­cza, któ­re de­li­kat­nie na­kła­da na two­je po­wie­ki. Jej do­tyk na two­jej skó­rze jest nie­sły­cha­nie de­li­kat­ny i za­czy­na ci się tro­chę krę­cić w gło­wie.

Czu­jesz żal, kie­dy ko­bie­ta koń­czy.

– Pro­szę – mówi. – Te­raz je­steś praw­dzi­wą chi­ca. – Po­ka­zu­je na lu­stro. Przy­glą­dasz się swo­je­mu od­bi­ciu. Dzię­ki przy­dy­mio­ne­mu ma­ki­ja­żo­wi two­je oczy spra­wia­ją wra­że­nie o wie­le więk­szych. Wy­glą­dasz te­raz o nie­bo le­piej. Za­sta­na­wiasz się, czy two­ja ta­jem­ni­cza zna­jo­ma jest mo­del­ką czy kimś ta­kim.

– Wi­dzę, że ci się po­do­ba. Pro­szę. – Ko­bie­ta wy­cią­ga szczu­płą rękę ob­cią­żo­ną srebr­ny­mi bran­so­let­ka­mi i wkła­da ci w dłoń zło­żo­ną kart­kę pa­pie­ru. – Miło było cię po­znać. Mam na­dzie­ję, że przyj­dziesz – do­da­je, po czym bie­rze to­reb­kę i idzie do drzwi ła­zien­ki, ko­ły­sząc bio­dra­mi.

– Dzię­ku­ję za ma­ki­jaż – rzu­casz w ślad za nią, ale jest już za póź­no.

Roz­wi­jasz kart­kę, któ­rą wci­snę­ła ci w dłoń. To za­pro­sze­nie na wy­sta­wę w po­bli­skiej ga­le­rii. Przed sobą masz zdję­cie ko­bie­ty z krót­ki­mi wło­sa­mi. Uświa­da­miasz so­bie, że to two­ja nowa zna­jo­ma pa­trzy na cie­bie wy­zy­wa­ją­co tymi swo­imi pięk­ny­mi ocza­mi. Prze­bie­gasz pal­cem po sło­wie Im­ma­cu­la­ta na dole za­pro­sze­nia. Czy to jej imię? Na­zwa wy­sta­wy? Czy ta ko­bie­ta jest ar­tyst­ką?

Wkła­dasz za­pro­sze­nie do to­reb­ki i wra­casz do baru, ale nie znaj­du­jesz jej tam – mu­sia­ła już wyjść.

Wra­casz na swo­je miej­sce. Czu­jesz się tro­chę opusz­czo­na. Tyle szy­ko­wa­nia się i nie ma z kim za­mie­nić sło­wa. Przy­stoj­ny bar­man za­jął się ha­ła­śli­wą gru­pą po dru­giej stro­nie baru, a męż­czy­zna, któ­re­go wcze­śniej po­zna­łaś, w dal­szym cią­gu jest za­to­pio­ny w roz­mo­wie z ko­le­gą. Mo­żesz tu da­lej tkwić i są­czyć drin­ka albo iść na wy­sta­wę... Przy­najm­niej czę­stu­ją tam ka­nap­ka­mi.

Je­śli po­sta­na­wiasz zo­stać, wy­pić ko­lej­ne­go drin­ka i zo­ba­czyć, co się sta­nie, przejdź tu­taj.

Je­śli de­cy­du­jesz się pójść na wy­sta­wę w ga­le­rii, przejdź tu­taj.

[Postanowiłaś zostać w barze, wypić kolejnego drinka i zobaczyć, co się stanie]

Bar­man o twa­rzy anio­ła pod­cho­dzi do cie­bie z per­rie­rem. Zdą­ży­łaś już za­po­mnieć, że go za­ma­wia­łaś. Dzię­ku­jesz i pi­szesz SMS-a do Me­lis­sy, w któ­rym ob­wi­niasz ją o to, że cię wy­sta­wi­ła.

– Prze­pra­szam... – sły­szysz bar­dzo ni­ski głos. Uno­sisz wzrok znad te­le­fo­nu i wi­dzisz przed sobą ogrom­ne­go fa­ce­ta. Ma chy­ba ze dwa me­try wzro­stu i metr sze­ro­ko­ści. Ubra­ny jest w czar­ny gar­ni­tur, a w jego uchu tkwi słu­chaw­ka.

– Nie wiem, czy pani za­uwa­ży­ła, że są z nami The Spa­ce Cow­boys. – Po­ka­zu­je za sie­bie kciu­kiem, na stre­fę dla VIP-ów.

– Tak? – du­kasz zdzi­wio­na, po czym od­wra­casz się na stoł­ku i wy­cią­gasz szy­ję, żeby coś do­strzec. Mu­sie­li się zja­wić, kie­dy by­łaś w to­a­le­cie. Cała stre­fa VIP jest te­raz ob­lę­żo­na. Dwie kel­ner­ki idą w tam­tą stro­nę z wia­der­ka­mi z szam­pa­nem, a dru­gi go­ry­lo­wa­ty ochro­niarz strze­że wej­ścia, dba­jąc o to, by tyl­ko naj­waż­niej­si i naj­pięk­niej­si do­sta­wa­li się do środ­ka. Wi­dzisz prze­lot­nie wo­ka­li­stę ze­spo­łu, Jer­ry’ego, z ucze­pio­ny­mi jego ra­mion dwie­ma wy­so­ki­mi dziew­czy­na­mi w ty­pie mo­de­lek.

– Tak – po­twier­dza ochro­niarz. – Char­lie pro­sił mnie, że­bym tu przy­szedł i za­pro­sił pa­nią do stre­fy VIP na drin­ka.

– Na­praw­dę? – Je­steś za­sko­czo­na. Po­dej­rze­wasz, że za­wdzię­czasz to za­in­te­re­so­wa­nie ma­ki­ja­żo­wi, któ­ry zro­bi­ła ci ko­bie­ta w to­a­le­cie. Mu­sisz pa­mię­tać, żeby jej po­dzię­ko­wać, je­śli się jesz­cze kie­dyś zo­ba­czy­cie. – To ich per­ku­si­sta, zga­dza się? – py­tasz, spo­glą­da­jąc na stre­fę dla VIP-ów w na­dziei, że go zo­ba­czysz. Tak, jest tam, sie­dzi na skó­rza­nej ka­na­pie obok gi­ta­rzy­sty, któ­re­go imie­nia nie pa­mię­tasz. Pa­trzy na cie­bie, uśmie­cha się i ma­cha.

Wy­pro­sto­wu­jesz się i się­gasz po per­rie­ra, ża­łu­jąc, że nie masz pod ręką cze­goś moc­niej­sze­go.

– Bar­dzo mi to po­chle­bia – mó­wisz – ale pro­szę po­wie­dzieć Char­lie­mu z The Spa­ce Cow­boys, że je­śli chce, że­bym się do nie­go przy­łą­czy­ła, musi ru­szyć dupę, zstą­pić tu­taj, do świa­ta zwy­kłych śmier­tel­ni­ków i za­pro­sić mnie oso­bi­ście. A nie przy­sy­łać ochro­nia­rza, żeby wy­ko­nał za nie­go czar­ną ro­bo­tę. Bez ura­zy! – do­da­jesz szyb­ko.

– Nie ma spra­wy – od­po­wia­da wiel­ki fa­cet i wy­da­je ci się, że ką­ci­ki jego ust uno­szą się w uśmie­chu. – Ale na pew­no wie pani, kto to jest?

– Dla mnie to on może być na­wet pie­przo­nym księ­ciem Wil­lia­mem – mó­wisz. – Po­wiedz mu, że je­śli chce mnie za­pro­sić, wie, gdzie mnie zna­leźć.

Po­tem wy­chy­lasz się zza ol­brzy­ma, pa­trzysz w oczy Char­lie­mu i uśmie­chasz się do nie­go swo­im naj­bar­dziej sek­sow­nym uśmie­chem, po czym uno­sisz szklan­kę w to­a­ście.

– Do­bra – mówi ochro­niarz, tym ra­zem z wy­raź­nym uśmie­chem.

Od­wra­casz się z po­wro­tem do baru. Ręce ci się trzę­są.

Stre­fę dla VIP-ów wi­dać w lu­strze nad ba­rem, mu­sisz tyl­ko tro­chę prze­su­nąć gło­wę. Wi­dzisz ochro­nia­rza po­chy­la­ją­ce­go się nad Char­liem i szep­czą­ce­go mu coś do ucha. Na po­cząt­ku mu­zyk uno­si brwi, wy­glą­da­jąc na za­sko­czo­ne­go, a po­tem spo­glą­da w two­im kie­run­ku. Usi­łu­jesz wy­glą­dać jak naj­bar­dziej non­sza­lanc­ko, ale rów­no­cze­śnie upew­niasz się, że masz wcią­gnię­ty brzuch. Char­lie od­rzu­ca gło­wę do tyłu i wy­bu­cha śmie­chem. Chwi­lę póź­niej wsta­je ze skó­rza­nej ka­na­py. Ser­ce pod­cho­dzi ci do gar­dła, kie­dy wi­dzisz w lu­strze, że wy­cho­dzi ze stre­fy dla VIP-ów i idzie do baru. Pod­cho­dzi do cie­bie – le­piej prze­ćwicz za­sko­czo­ną minę.

Więk­szość dziew­czyn uga­nia się za wo­ka­li­sta­mi, cie­bie jed­nak za­wsze po­cią­ga­li per­ku­si­ści. Może dla­te­go, że wy­da­ją się ta­ki­mi nie­grzecz­ny­mi chłop­ca­mi. Char­lie ma dłu­gie wło­sy, któ­re spa­da­ją mu na oczy. Jest wy­so­ki i szczu­pły, a jego ręce są po­kry­te ta­tu­aża­mi. Przez całą dłu­gość pra­wej bie­gnie ja­kiś na­pis. Wło­sy na two­im kar­ku ro­bią mek­sy­kań­ską falę, kie­dy wy­obra­żasz so­bie, że wo­dzisz pal­cem po tych li­te­rach.

– Cześć – mówi, opie­ra­jąc się o bar przy to­bie. Wy­cią­ga rękę. – Miło cię po­znać. To ja, pie­przo­ny ksią­żę Wil­liam.

Pla­no­wa­łaś zgry­wać nie­do­stęp­ną, ale nie wy­trzy­mu­jesz i par­skasz śmie­chem. Po­da­jesz mu rękę, uświa­da­mia­jąc so­bie w tej sa­mej chwi­li, że jest lep­ka od potu. Two­je pal­ce zni­ka­ją w jego ogrom­nej dło­ni.

– Ale masz wiel­kie ręce! – wy­pa­lasz, a po­tem ga­nisz sie­bie w my­ślach za to, że wy­po­wie­dzia­łaś to na głos.

– Taa... – mówi on, uno­sząc dło­nie i przy­pa­tru­jąc im się w za­my­śle­niu. – Wiesz, co się mówi o fa­ce­tach z du­ży­mi gra­ba­mi, co?

Czer­wie­nie­jesz gwał­tow­nie.

– O czym ty my­ślisz, nie­grzecz­na dziew­czyn­ko? Mówi się, że są świet­ny­mi per­ku­si­sta­mi!

– Na­praw­dę to wła­śnie się mówi? – W na­głym przy­pły­wie od­wa­gi się­gasz po jed­ną z tych rąk i ota­czasz ją dłoń­mi. – Se­rio, masz chy­ba naj­więk­sze dło­nie, ja­kie w ży­ciu wi­dzia­łam. Po­wi­nie­neś tra­fić doKsię­gi re­kor­dów Gu­in­nes­sa. I je­śli to jest two­ja li­nia ży­cia, to bę­dziesz żył strasz­nie dłu­go. – Ob­ra­casz jego dłoń i wo­dzisz po niej pal­cem.

– To jesz­cze nic. Po­win­naś zo­ba­czyć moje sto­py – od­po­wia­da męż­czy­zna. A po­tem od­wra­ca się i roz­glą­da po ba­rze. – Więc to tak jest wśród was, zwy­kłych śmier­tel­ni­ków?

– Wi­ta­my w praw­dzi­wym świe­cie. Rzad­ko się zda­rza, żeby ktoś za­pra­szał mnie przez ko­goś in­ne­go. Ostat­ni raz chy­ba jesz­cze w szko­le.

– Masz ra­cję, za­cho­wa­łem się jak aro­ganc­ki du­pek. Czy na prze­pro­si­ny mogę po­sta­wić ci drin­ka? Tyle że naj­pierw mu­szę od­zy­skać rękę.

Uświa­da­miasz so­bie, że wciąż trzy­masz go za rękę i pusz­czasz ją jak go­rą­cy wę­gie­lek. W gło­wie ci szu­mi – i to chy­ba nie od szam­pa­na.

– By­ło­by miło, dzię­ku­ję.

Char­lie wy­stu­ku­je pal­ca­mi rytm na bla­cie. Mło­dy bar­man pod­cho­dzi do nie­go, pró­bu­jąc nie dać po so­bie po­znać, że wie, kim jest.

– Co po­dać?

Per­ku­si­sta pa­trzy na cie­bie, a w jego oczach bły­ska­ją fi­glar­ne ogni­ki.

– Dwa razy zło­ta te­qu­ila. Z po­ma­rań­czą za­miast cy­try­ny.

Masz już za­pro­te­sto­wać, ale pa­trzy na cie­bie z unie­sio­ny­mi brwia­mi i na­gle uświa­da­miasz so­bie, że za chwi­lę bę­dziesz piła te­qu­ilę z per­ku­si­stą The Spa­ce Cow­boys. Je­den z naj­sek­sow­niej­szych fa­ce­tów w tym ba­rze, a może na­wet w kra­ju, pro­po­nu­je ci drin­ka. To jed­na z tych chwil, któ­re zda­rza­ją się raz w ży­ciu. Albo ją wy­ko­rzy­stasz i zro­bisz coś sza­lo­ne­go, albo bę­dziesz ża­ło­wać do koń­ca ży­cia.

Za­sta­na­wiasz się, czy po­win­naś to zro­bić. Wiesz do­brze, jak re­agu­jesz na te­qu­ilę, zwłasz­cza gdy już przed­tem pi­łaś wino: wszyst­kie ha­mul­ce pusz­cza­ją. Wiesz, że z tej dro­gi nie ma od­wro­tu.

Na myśl o im­pre­zo­wa­niu z tym fa­ce­tem prze­cho­dzą cię ciar­ki. Uśmie­chasz się do Char­lie­go i ki­wasz gło­wą, pró­bu­jąc wy­glą­dać na opa­no­wa­ną, pod­czas gdy w środ­ku iskrzysz jak ta­nie chiń­skie fa­jer­wer­ki. Za­sta­na­wiasz się, co się sta­ło z pa­nem Na­mięt­nym, uprzej­mym star­szym męż­czy­zną, któ­ry po­mógł ci się po­zbyć nie­chcia­ne­go ad­o­ra­to­ra. Trud­no wy­obra­zić so­bie męż­czy­znę, któ­ry by się bar­dziej róż­nił od Char­lie­go.

Kie­dy cią­gle się wa­hasz, bar­man na­le­wa te­qu­ilę i umiesz­cza pół pla­ster­ka po­ma­rań­czy na kra­wę­dzi każ­de­go kie­lisz­ka. Char­lie uno­si swój w to­a­ście, pa­trząc na cie­bie wy­zy­wa­ją­co.

Je­śli chcesz się na­pić te­qu­ili z gwiaz­dą roc­ka, przejdź tu­taj.

Je­śli nie chcesz się na­pić te­qu­ili z gwiaz­dą roc­ka, przejdź tu­taj.

[Postanowiłaś napić się tequili z gwiazdą rocka]

Wła­ści­wie cze­mu nie? Prze­cież nie za­mie­rzasz się wią­zać z tym go­ściem. Nie po­je­dzie­cie ra­zem ku za­cho­dzą­ce­mu słoń­cu. Do­brze wiesz, co to za pta­szek. Je­śli to do­brze ro­ze­grasz, prze­ży­jesz ro­mans na jed­ną noc.

– Za pie­przo­ne­go księ­cia Wil­lia­ma – mówi Char­lie, stu­ka­jąc swo­im kie­lisz­kiem o twój. Pi­jesz, po czym krzy­wisz się, kie­dy tru­nek pali cię w usta i prze­łyk. Szyb­ko ssiesz po­ma­rań­czę, by zła­go­dzić pie­cze­nie. Char­lie śmie­je się z two­jej miny, sta­wia pu­sty kie­li­szek na ba­rze i ssie po­ma­rań­czę.

– Pró­bo­wa­łaś kie­dyś body shot? – pyta.

Krę­cisz gło­wą, czu­jąc go­rą­co te­qu­ili roz­cho­dzą­ce się po two­im cie­le.

Przy­su­wa się do cie­bie. Wprost ema­nu­je sek­sem, a na­wet nim pach­nie – sek­sem i te­qu­ilą. Wy­cią­ga rękę i od­gar­nia ci ko­smyk wło­sów za ucho. Masz dresz­cze od tego do­ty­ku i le­d­wo mo­żesz ode­rwać wzrok od jego ra­mie­nia – nie­mal czu­jesz bi­ją­ce od nie­go go­rą­co.

– Re­gu­ły rzą­dzą­ce body shot są pro­ste – mówi, na­chy­la­jąc się ku to­bie, i uśmie­cha się zna­czą­co. Jest tak bli­sko, że mo­gła­byś go po­ca­ło­wać. – Trzy­mam ka­wa­łek po­ma­rań­czy w ustach. Ty wy­bie­rasz do­wol­ne miej­sce na moim cie­le i sy­piesz tam sól. Po­tem ją zli­zu­jesz, wy­pi­jasz te­qu­ilę i za­gry­zasz po­ma­rań­czą, któ­rą trzy­mam w ustach. Masz ocho­tę?

Nie ufasz so­bie na tyle, by mó­wić, za­tem tyl­ko ki­wasz gło­wą. Na myśl o li­za­niu jego cia­ła na­tych­miast robi ci się mo­kro w majt­kach.

– Jesz­cze czte­ry te­qu­ile, pro­szę – mówi Char­lie do bar­ma­na – i tym ra­zem po­pro­si­my o tro­chę soli.

Czte­ry? W co ty się wda­jesz?

Bar­man na­le­wa te­qu­ilę do kie­lisz­ków i sta­wia je przed wami. Char­lie się­ga po sol­nicz­kę i po­da­je ją to­bie.

– Ty pierw­sza – mówi, pa­trząc ci wy­zy­wa­ją­co w oczy. – Któ­rą część mo­je­go cia­ła wy­bie­rasz?

Grasz na zwło­kę, przy­glą­da­jąc się mu od stóp do głów, ale już pod­ję­łaś de­cy­zję: to bę­dzie wy­ta­tu­owa­ne, mu­sku­lar­ne ra­mię per­ku­si­sty.

– Wy­bie­ram rękę – mó­wisz. Je­steś pod wra­że­niem tego, jak pew­nie brzmi twój głos. Czu­jesz, że sut­ki ci tward­nie­ją i na­pie­ra­ją na ko­ron­ko­wy sta­nik.

Char­lie uśmie­cha się z apro­ba­tą i się­ga po ka­wa­łek po­ma­rań­czy. Prze­gry­za skór­kę owo­cu ide­al­nie rów­ny­mi zę­ba­mi. Po­tem wy­cią­ga do cie­bie pra­wą rękę, tę, na któ­rej znaj­du­je się na­pis.

Się­gasz do jego ra­mie­nia; jego skó­ra jest go­rą­ca pod two­imi pal­ca­mi. Pa­trząc mu pro­sto w oczy, wy­sy­pu­jesz sól na jego przed­ra­mię. Opusz­czasz gło­wę i cały czas pa­trząc mu w oczy, zli­zu­jesz sól z jego skó­ry dłu­gi­mi liź­nię­cia­mi. Chcesz po­sma­ko­wać jak naj­wię­cej jego skó­ry. Po­tem od­su­wasz się, żeby się upew­nić, że nie prze­ga­pi­łaś ani jed­ne­go zia­ren­ka. Jego skó­ra sma­ku­je na­praw­dę wy­bor­nie, piż­mem i po­tem.

Char­lie pa­trzy otwar­ty­mi sze­ro­ko ocza­mi, jak su­niesz ję­zy­kiem po jego ręce. Po­tem się­gasz po kie­li­szek i wy­pi­jasz jego za­war­tość, a on przy­su­wa się do cie­bie, że­byś mo­gła się wgryźć w po­ma­rań­czę, któ­rą trzy­ma mię­dzy zę­ba­mi. Kła­dziesz mu rękę na kar­ku i przy­cią­gasz go do sie­bie. Czu­jesz na­cisk jego ust, kie­dy gry­ziesz owoc.

Pusz­czasz jego ra­mię, a męż­czy­zna kła­dzie ol­brzy­mią dłoń na two­jej no­dze i ści­ska ją de­li­kat­nie. Te­qu­ila, jego bli­skość, ręka na two­im udzie i smak jego cia­ła spra­wia­ją, że cała drżysz. Fa­cet od­chy­la się odro­bi­nę, a ty krzy­wisz się, czu­jąc kwa­śność owo­cu, ry­wa­li­zu­ją­ce­go z po­sma­kiem te­qu­ili.