Wydawca: Jaguar Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 422 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziewczyna w rozsypce - Kathleen Glasgow

Głupia dziewczyna. Wściekła dziewczyna.
Lekarze: dać jej leki.
Leniwa dziewczyna. Po lekach ma w głowie papkę.
Matka bije dziewczynę. Dziewczyna się kurczy.
Dziewczyna cichnie. Cicha w domu. Cicha w szkole. Cicha myszka.
Dziewczyna znajduje nóż. Robi się mała, coraz mniejsza. Świat znika.
Na pewno jest zła, więc się tnie. Zła dziewczyna. Świat znika.


Charlie zdecydowanie zbyt wcześnie doświadcza okrucieństw losu. Ukochany ojciec popełnia samobójstwo, a dziewczynka nie znajduje oparcia w pogrążonej w żałobie i niemocy matce. Zostaje sama z lękiem i bólem, z ciężarem nie do udźwignięcia. Ucieka w głąb siebie, milknie i wraz z upływem lat staje się całkowicie samotną, smutną dziewczyną. W szkole skrzętnie ukrywa blizny po samookaleczeniach. Zupełnie nie pasuje do wesołych, pewnych siebie rówieśników. I oto pewnego dnia nowa koleżanka zwraca na nią uwagę; szybko rodzi się bliska przyjaźń. Po pewnym czasie Charlie traci przyjaciółkę w tragicznych okolicznościach. Dziewczyna rozsypuje się na milion kawałków, rozpacz wygania ją na ulicę i niemal doprowadza do unicestwienia. Zostaje jednak w porę uratowana i trafia do kliniki pełnej dziewczyn takich jak ona – karzących siebie same za to, że nie potrafią być szczęśliwe. Wkrótce Charlie zaczyna wierzyć, że jej życie ma wartość, a bolesne doświadczenia mogą stać się źródłem siły. Bo nawet kiedy jesteśmy na samym dnie, nie należy tracić nadziei…

Wielu młodych ludzi zna ten temat i żyje z nim na co dzień w ogromnym bólu. Samookaleczenia to próba poradzenia sobie z emocjonalnym cierpieniem, traumami, codziennością. Sposób, który niszczy człowieka i wciąga go w cierpienie coraz głębiej i głębiej. Trzeba o nim mówić, trzeba dawać nadzieję na wyjście z autodestrukcji.

Justyna Sulej – psychoterapeutka

Ta książka uświadamia, dlaczego potrzebujemy opowieści: aby zrozumieć, co to znaczy przetrwać, gdy przetrwanie wydaje się niemożliwe. I pamiętać, że można znaleźć światło nawet w największym mroku.

Jeff Zentner, autor The Serpent King

Glasgow stworzyła wspaniałą powieść dla nowego pokolenia. Jej debiut – historia zagubionej nastolatki – przemawia do czytelników o szczególnej wrażliwości. To historia dziewczyny, która sama się okalecza, ponieważ wcześniej świat okaleczył ją. Każda rana, którą zadają jej bliscy i nieznajomi, odznacza się blizną na jej ciele. Na szczęście każda rana kiedyś się zagoi.

Melissa Febos, autorka Whip Smart and Abandon Me

Wspaniała i potrzebna książka, która pozostanie z tobą długo po przeczytaniu.

Nicola Yoon, autorka Ponad wszystko

Opinie o ebooku Dziewczyna w rozsypce - Kathleen Glasgow

Fragment ebooka Dziewczyna w rozsypce - Kathleen Glasgow

Tytuł oryginału: Girl in pieces

Redakcja: Barbara Syczewska-Olszewska

Korekta: Agnieszka Nowak

Skład i łamanie: Ekart

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Zdjęcia na okładce:

Zdjęcie twarzy: copyright © Alex Tihonovs

Zdjęcie włosów: copyright © Angelika Lingnau

Copyright © 2016 by Kathleen Glasgow

Polish language translation copyright © 2017 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7686-569-0

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2017

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: jaguar_ksiazki

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla mamy M. E.

i siostry Weasie.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Opowiedz swoją historię

JESTEM CAŁKIEM BIAŁA JAK MŁODE FOKI GRENLANDZKIE. Przedramiona są ciasno obandażowane, ciężkie jak kłody. Uda również, biała gaza wystaje z szortów, które pielęgniarka Ava wyciągnęła z pudła ze znalezionymi rzeczami, stojącego za punktem pielęgniarskim.

Jak sierota znalazłam się tutaj bez ubrania. Jak sierotę zawinięto mnie w powoli nasiąkające krwią prześcieradło w kwiatki, zostawiono w lodowatej chlapie i śniegu na trawniku przed szpitalem Regions.

Strażnika, który mnie znalazł, otaczał obłok woni mentolowych papierosów i mdłego smrodu kawy z automatu. Z jego nozdrzy sterczał kędzierzawy las białych kłaków.

– Matko Boska, dziewczyno, co oni ci zrobili? – powiedział.

Moja matka się nie pojawiła.

Z tamtej nocy zapamiętałam gwiazdy. Wyglądały jak sól na tle nieba, jakby ktoś upuścił solniczkę na bardzo ciemną tkaninę. Ich niezamierzone piękno miało dla mnie znaczenie. Pomyślałam, że może to być ostatnia rzecz, jaką widzę, zanim umrę na zimnej, mokrej trawie.

DZIEWCZYNY PRÓBUJĄ SKŁONIĆ MNIE DO MÓWIENIA. Chcą wiedzieć. Opowiedz swoją historię. Wysłuchuję ich historii każdego dnia w trakcie terapii grupowej, podczas lunchu, na zajęciach plastycznych, przy śniadaniu, obiedzie, bez ustanku. Nie mogą powstrzymać słów, które z nich wypływają, czarnych wspomnień. Te opowieści zżerają je żywcem, wywracają na drugą stronę. Dziewczyny nie potrafią przestać gadać.

Ja odcięłam się od wszystkich słów. Za bardzo wypełniały moje serce.

DZIELĘ POKÓJ Z LOUISĄ. JEST STARSZA ODE MNIE, a jej włosy przypominają czerwonozłoty wzburzony ocean. Jest ich mnóstwo, nie potrafi ich okiełznać za pomocą warkoczy, upięć czy gumek. Pach-ną truskawkami. Nie znam dziewczyny, która pachniałaby tak jak Louisa. Mogłabym ją wąchać bez końca.

Pierwszej nocy, kiedy na łóżku podciągnęła bluzkę, żeby się przebrać, zanim jej szalone włosy zdążyły zasłonić ciało niczym ochronna peleryna, zobaczyłam je wszystkie i wstrzymałam oddech.

Powiedziała wówczas:

– Nie bój się, mała.

Nie bałam się. Po prostu nigdy nie widziałam dziewczyny z taką skórą jak moja.

CZAS JEST DOKŁADNIE ROZPLANOWANY. Wstajemy o szóstej. O szóstej czterdzieści pięć pijemy letnią kawę lub rozwodniony sok. Mamy trzydzieści minut, żeby rozsmarować ser na kartonowych bułkach, wepchnąć blade jajka do ust czy przełknąć gruzłowatą owsiankę. O siódmej piętnaście możemy wziąć prysznic w łazience mieszczącej się przy pokoju. Nie ma drzwi i nie wiem, z czego zrobiono lustra, w każdym razie nie ze szkła, bo kiedy myje się zęby czy szczotkuje włosy, twarz wygląda w nim na zamgloną i zagubioną. Jeśli chce się ogolić nogi, musi przy tym asystować pielęgniarka bądź sanitariuszka. Nikt nie ma na to ochoty, więc nasze nogi są owłosione jak u chłopaków. O ósmej trzydzieści mamy terapię grupową – ciągną się opowieści, płyną łzy, niektóre dziewczyny krzyczą, inne jęczą, ja po prostu siedzę i milczę, a Blue, ta okropna starsza dziewczyna o fatalnym uzębieniu, powtarza każdego dnia: „Przemówisz dzisiaj, Cicha Sue? Chciałabym usłyszeć głos Cichej Sue, a ty, Casper?”.

Casper mówi, żeby odpuściła. Tłumaczy, że mamy oddychać, rozkładać ramiona jak akordeon, szeroko na boki, a potem ściskać, ściskać, ściskać i znów rozkładać. Pyta, czy nie czujemy się lepiej, kiedy tak po prostu oddychamy. Po grupie są leki, potem cisza, później lunch, po nim zajęcia plastyczne, potem spotkanie sam na sam z lekarzem, czyli terapia indywidualna, i znów się płacze, o piątej jest obiad, niezmiennie zimne jedzenie i znowu Blue: „Lubisz makaron z serem, Cicha Sue? Kiedy zdejmą ci te bandaże, Cicha Sue?”. Potem relaks, a po nim telefon i znowu łzy.

Później nadchodzi dziewiąta. Leki i do łóżka. Dziewczyny strasznie narzekają na rozkład dnia, jedzenie, na terapię grupową, leki, na wszystko. Ja się nie skarżę. Mam jedzenie i łóżko, jest ciepło, znajduję się w środku i jestem bezpieczna.

Nie mam na imię Sue.

JEN S. JEST Z TYCH, CO TNĄ PŁYTKO; podobne do gałązek krótkie blizny pokrywają jej nogi i ramiona. Nosi błyszczące sportowe spodenki, góruje nad wszystkimi wzrostem, nie licząc doktora Dooleya. Odbija niewidzialną piłkę, drybluje wzdłuż beżowego korytarza, wrzuca niewidoczną piłkę do niewidzialnego kosza. Francie to poduszeczka do szpilek. Kłuje się drutami do robótek, patykami, igłami, co jej wpadnie pod rękę. Ma gniewne oczy i pluje na podłogę. Sasha to gruba dziewczyna wypełniona wodą. Płacze na grupie, przy posiłkach, płacze w swoim pokoju – przecieka bez końca. Tnie się klasycznie – ukośne jasnoczerwone linie znaczą jej ramiona, nie wbija głęboko. Isis przypala. Ramiona ma usiane brzydkimi okrągłymi wypukłościami. Na grupie mówiła coś o sznurze, kuzynach i piwnicy, ale nie słuchałam, włączyłam wewnętrzną muzykę. Blue to skomplikowana istota, ma wszystkiego po trochu: złego tatę, zęby zniszczone od mety, ślady po przypalaniu papierosem, ślady po żyletce. Linda/Katie/Cuddles nosi babcine podomki, jej kapcie śmierdzą. Ma zbyt wiele wersji, można się pogubić, jej blizny są w środku, podobnie jak wszyscy ludzie. Nie wiem, co robi wśród nas, w każdym razie jest. Przy obiedzie rozsmarowuje sobie tłuczone kartofle na twarzy. Czasem wymiotuje bez powodu. Nawet jeśli siedzi całkiem cicho, wiadomo, że w jej wnętrzu mnóstwo się dzieje i nie jest to nic dobrego.

Znałam takich jak ona na zewnątrz, trzymam się od niej z daleka.

CZASAMI NIE MOGĘ ODDYCHAĆ W TYM ZASRANYM MIEJSCU, klatka piersiowa jest jak przywalona piachem. Nie rozumiem, co się dzieje. Za długo marzłam, za długo przebywałam na zewnątrz. Dziwi mnie czysta pościel, słodko pachnąca narzuta, magiczne jedzenie, które pojawia się przede mną w stołówce. Zaczynam panikować, trzęsę się i dławię, Louisa podchodzi bardzo blisko do mnie, wciśniętej w kąt pokoju. Oddech, którym owiewa mi twarz, pachnie herbatą i miętą. Dotyka mojego policzka, chociaż się wzdrygam, i mówi:

– Mała, nie jesteś sama.

W POKOJU JEST ZA CICHO, więc nocami chodzę po korytarzach. Płuca mnie bolą. Poruszam się powoli.

Wszędzie jest zbyt cicho. Przesuwam palcem wzdłuż ściany. Mogłabym tak godzinami. Wiem, że rozważają, czy nie podawać mi środków nasennych, kiedy rany mi się wygoją i już nie będę musiała łykać antybiotyków. Nie chcę pigułek na spanie. Muszę czuwać, zachować czujność.

On może być wszędzie. Także tutaj.

LOUISA JEST JAK KRÓLOWA. Mieszka tu od zawsze. Powiedziała mi:

– Byłam tu, kurwa, pierwsza, zaraz jak otworzyli.

Nieustannie notuje coś w czarno-białych zeszytach, nigdy nie chodzi na grupę. Większość dziewczyn nosi luźne dresowe spodnie i T-shirty, a Louisa codziennie się stroi: czarne rajstopy i błyszczące pantofle na płaskim obcasie, eleganckie suknie z lat czterdziestych, kupione w sklepach z używaną odzieżą. Włosy upina w jakąś dramatyczną fryzurę. W walizkach ma mnóstwo apaszek, filmowych koszul nocnych, kremowych podkładów, czerwonych jak krew szminek. Louisa jest jak gość, który nie zamierza wyjechać.

Mówi, że śpiewa w zespole, i dodaje cicho:

– Przeszkadza mi nerwowość, mój problem.

Ma na brzuchu koncentryczne koła po przypalaniu, a na wewnętrznej stronie ramion blizny przypominające korzenie. Jej nogi są poparzone i poznaczone starannymi, czystymi nacięciami. Plecy pokrywają tatuaże.

Louisa wybiega z pokoju.

KAŻDĄ GRUPĘ CASPER ZACZYNA W TEN SAM SPOSÓB. Akordeon, oddychanie, rozciąganie szyi, skłon do palców u nóg. Casper jest drobna i łagodna. Używa drewniaków na niewielkim obcasie. Pozostali lekarze noszą buty, które wydają mnóstwo głośnych dźwięków nawet na dywanie. Jest blada i całkowicie pozbawiona ostrych kątów. Ma ogromne oczy, okrągłe i bardzo niebieskie.

Przebiega po nas wzrokiem, jej wargi układają się w ciepły uśmiech.

– Wasza praca tutaj to wy same – mówi. – Jesteśmy tu, by poczuć się lepiej, prawda?

Co znaczy: aktualnie wszystkie tkwimy w kupie gówna.

Ale to już wiemy.

TAK NAPRAWDĘ NIE MA NA IMIĘ CASPER. Nazywają ją tak z powodu ogromnych niebieskich oczu i ponieważ jest taka cicha. Jak duch pojawia się czasem rano przy naszych łóżkach, by uzupełnić kartę. Ciepłe palce wsuwa za brzeg moich bandaży, by zmierzyć puls. Jak duch zjawia się niespodziewanie za moimi plecami w korytarzu, uśmiecha się, kiedy odwracam się zaskoczona.

– Jak się masz? – pyta.

W jej gabinecie stoi wielkie akwarium, a w nim żyje powolny, tłusty żółw, który pływa, pływa i pływa, ledwo posuwając się do przodu. Za każdym razem przyglądam się biednemu skurwielowi, mogłabym patrzeć na niego przez długie godziny, nawet przez całe dnie. Podziwiam jego niesamowitą cierpliwość, z jaką poświęca się czynności, która tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia. Przecież nieprędko wydostanie się z tego zasranego akwarium.

Casper przygląda się, jak obserwuję żółwia.

CASPER ŁADNIE PACHNIE. Zawsze wygląda schludnie, jej ubrania delikatnie szeleszczą. Nigdy nie podnosi głosu. Głaszcze Sashę po plecach, kiedy ta dławi się łkaniem. Otacza ramionami Lindę/Katie/Cuddles, gdy któryś ze złych ludzi wydostaje się na wolność. Widziałam ją nawet w pokoju Blue, kiedy dostała od mamy ogromne pudło z książkami. Dotykała okładek i uśmiechała się do Blue, która pod wpływem tego uśmiechu tak trochę, odrobinę tajała.

Casper mogłaby być czyjąś matką. Powinna być moją matką.

NIGDY NIE JEST CIEMNO. W każdym pokoju, na ścianie, są lampy, które robią „ping” o czwartej po południu i o szóstej rano. Małe, ale bardzo jasne. Louisa nie lubi światła. Wieczorem przed pójściem spać bardzo starannie zasuwa szorstkie zasłony w oknach, by nie wpuszczać do środka kwadratów żółtego światła z sąsiedniego budynku biurowego. A potem na wszelki wypadek zakrywa głowę kołdrą.

Dzisiejszej nocy, kiedy tylko zasypia, skopuję pościel i rozsuwam zasłony. Może szukam gwiazd z soli. Sama nie wiem.

Sikam do metalowej toalety, przypatrując się cichemu wybrzuszeniu na łóżku Louisy. W dziwacznym lustrze moje włosy wyglądają jak węże. Ściskam w palcach sfilcowane kosmyki. Pachną ziemią i betonem, strychem i kurzem, ten zapach doprowadza mnie do mdłości.

Jak długo tu jestem? Budzę się z jakiegoś stanu. Jakiegoś miejsca. Ciemnego miejsca.

Żarówki umieszczone w suficie na korytarzu przypominają długą jasną rzekę. Przechodząc, zaglądam do pokojów. Tylko Blue nie śpi, przysuwa książkę blisko do lampki.

Żadnych drzwi, żadnego szkła, żadnych żyletek, tylko miękkie jedzenie, które da się nabierać łyżką, i ledwo ciepła kawa. Tutaj nie można zrobić sobie krzywdy.

Czekam przy punkcie pielęgniarskim, bębnię palcami w kontuar. Czuję się poszarpana w środku. Dzwonię małym dzwoneczkiem. W cichym korytarzu jego dźwięk wydaje się bardzo głośny.

Zza rogu wyłania się Barbero, usta ma pełne czegoś chrupkiego. Na mój widok marszczy brwi. Barbero o grubym karku jest byłym zapaśnikiem z Menominee. Nadal zalatuje maścią i plastrami. Lubi tylko ładne dziewczyny. Wiem, bo Jen S. jest bardzo ładna, ma długie nogi i nos w piegach, a Barbero zawsze się do niej uśmiecha. Tylko do niej.

Kładzie stopy na biurku i wsadza do ust garść chipsów.

– Ej – mówi, a słone okruchy sypią się na niebieski strój – czego tu, kurwa, szukasz w środku nocy?

Biorę do ręki plik przylepnych karteczek i długopis i szybko piszę. Pokazuję mu kartkę: JAK DŁUGO TU JESTEM?

Patrzy na kartkę i kręci głową.

– E-e. Zapytaj.

Piszę: NIE. POWIEDZ MI.

– Nie mogę, Cicha Sue. – Barbero zgniata torebkę po chipsach, wpycha ją do śmietnika. – Musisz otworzyć swoje pieprzone usteczka i posłużyć się głosem.

Barbero sądzi, że się go boję, ale to nieprawda. Boję się tylko jednego człowieka na świecie, ale on jest bardzo daleko, po drugiej stronie rzeki, nie może mnie tu dopaść.

W każdym razie tak mi się wydaje.

Kolejna karteczka: NO POWIEDZ, BURAKU. Kiedy ją podnoszę, ręce trochę mi drżą.

Barbero się śmieje. Między zębami ma kawałki chipsów.

Oczy zaczynają błyszczeć, muzyka w mojej głowie gra bardzo głośno. Kiedy odchodzę, skóra mi drętwieje. Chciałabym oddychać zgodnie z zaleceniami Casper, ale nie potrafię. W moim przypadku, kiedy wpadam w gniew i zaczyna grać muzyka, to nie działa. Po chwili skóra już nie jest odrętwiała, tylko porządnie swędzi. Idę przed siebie, szukam, szukam, a kiedy znajduję i się odwracam, Barbero już się nie śmieje. Tylko, kurwa, robi unik.

Plastikowe krzesło odbija się od kontuaru. Pojemnik z długopisami ozdobionymi przyklejonymi kwiatkami z plastiku spada na podłogę, długopisy rozsypują się na beżowej wykładzinie, nieskończonej i wszechobecnej. Zaczynam kopać w kontuar. To niezbyt dobry pomysł, ponieważ nie włożyłam butów, ale ból jest przyjemny, więc nie przestaję. Barbero zrywa się z miejsca, ale ja znów chwytam krzesło, a on wyciąga ręce i mówi bardzo łagodnie: „Uspokój się, pojebie”. Może trochę się mnie boi. Nie wiem dlaczego, ale to mnie jeszcze bardziej rozwściecza.

Znów podnoszę krzesło, ale w tym momencie pojawia się doktor Dooley.

NAWET JEŚLI CASPER JEST ROZCZAROWANA z mojego powodu, to tego nie okazuje. Przypatruje mi się tylko, jak ja przyglądam się żółwiowi, a on robi swoje. Chciałabym nim być, żyć pod wodą w ciszy i samotności. Co za, kurwa, wspaniałe, spokojne życie ma ten żółw.

Casper mówi:

– Oto odpowiedź na pytanie, które zadałaś w nocy Bruce’owi: jesteś w Creeley Center od sześciu dni. Wcześniej byłaś w szpitalu, gdzie cię leczono i obserwowano przez siedem dni, potem trafiłaś do nas. Wiesz, że miałaś atypowe zapalenie płuc? Właściwie nadal je masz, ale antybiotyki powinny pomóc.

Bierze do ręki przedmiot leżący na biurku i przesuwa w moją stronę. To kalendarz. Sama nie wiem, czego szukam, ale moje oczy spoglądają na górny brzeg strony.

Kwiecień. Jest połowa kwietnia.

Casper ciągnie:

– Przegapiłaś Wielkanoc w Creeley. Trochę nie kontaktowałaś, ale niewiele straciłaś. W końcu nie możemy pozwolić, żeby po oddziale psychiatrycznym kicał gigantyczny królik, prawda? – Uśmiecha się. – Wybacz. Humor branżowy. Odbyły się zawody w szukaniu jajek. Święto Dziękczynienia jest znacznie bardziej zabawne; wiórowaty indyk, grudkowaty sos. Coś wspaniałego.

Wiem, że próbuje mnie rozweselić i skłonić do mówienia. Obracam głowę w jej stronę, ale gdy napotykam jej wzrok, czuję szczypanie łez pod powiekami, więc znów spoglądam na zakichanego żółwia. Czuję się tak, jakbym budziła się i jednocześnie wracała w ciemność.

Casper pochyla się do przodu.

– Przypominasz sobie, że byłaś w szpitalu?

Pamiętam strażnika i las kłaków w jego nosie. Jaskrawe jak słońce światła nad moją głową, pikający dźwięk, który nie chciał ucichnąć. Pamiętam, że chciałam kopać, kiedy mnie dotykali, rozcinali moje ubranie i ściągali buty. A także ciężar w płucach, jakby wypełniało je błoto.

Pamiętam przerażenie, że w drzwiach zaraz pojawi się Jebany Frank i zabierze mnie ze sobą, z powrotem do Seed House, do pokoju, w którym płaczą dziewczyny. Ja też płakałam.

Pamiętam wymiociny na butach pielęgniarki i jej twarz, która nawet nie drgnęła, jakby zdarzało się to na okrągło, próbowałam oczami powiedzieć jej „przepraszam”, ponieważ brakowało mi słów, ale jej twarz i wtedy się nie zmieniła.

A potem nic.

Nic, aż do Louisy.

– Jeśli sobie nie przypominasz, to nic nie szkodzi – kontynuuje Casper. – Nasza podświadomość jest niesamowicie plastyczna. Czasem wie, kiedy trzeba zabrać nas daleko, ochronić. Mam nadzieję, że rozumiesz.

Żałowałam, że nie wiem, jak jej wyjaśnić, iż moja podświadomość widocznie jest zepsuta, ponieważ nie zabrała mnie od Jebanego Franka, gdy mi groził, ani wtedy z tunelu, kiedy tamten facet chciał mnie skrzywdzić.

Złamany duży palec u nogi mrowi w szynach i dziwacznym bucie ortopedycznym, w który zapakował mnie doktor Dooley. Teraz kiedy chodzę, faktycznie wyglądam jak kompletny pojeb: kołtun zamiast włosów, ramiona jak kłody, ręce i nogi w bandażach.

Co ze mną będzie?

Casper mówi:

– Uważam, że potrzebny ci projekt.

TO NIEPRAWDA, ŻE CHCĘ BYĆ JAK ŻÓŁW, ZOSTAĆ SAMA. W rzeczywistości chcę, żeby Ellis wróciła, chociaż nigdy nie wróci. Nigdy, a w każdym razie nie taka jak przedtem. Jest też prawdą, że tęsknię za Mikeyem i DannyBoyem, nawet za Evanem i Dumpem, czasem za matką, chociaż to uczucie przypomina bardziej wściekłość niż smutek, który odczuwam, myśląc o Ellis. Nawet to ostatnie nie jest do końca prawdziwe, ponieważ pod „smutkiem” kryje się czarna dziura w moim wnętrzu, wypełniona gwoździami, kamieniami i kawałkami szkła oraz słowami, których już nie mam.

Ellis, Ellis.

CHOCIAŻ NOSZĘ CIUCHY Z PUDŁA ze znalezionymi rzeczami, nie jest do końca prawdą, że nie mam nic, ponieważ jednak coś mam, tylko że mi tego nie dają. Raz widziałam swoje rzeczy, kiedy doktor Dooley przyszedł w czasie relaksu i powiedział, że mam przerwać oglądanie filmu i udać się do punktu pielęgniarskiego. Gdy tam dotarłam, wyciągnął spod biurka mój plecak. Doktor Dooley jest niesamowicie wysoki i przystojny, i to w taki sposób, że wiesz, iż on zdaje sobie sprawę, że jest atrakcyjny i że jego życie jest dzięki temu znacznie łatwiejsze. Zwykle stara się być miły i wyluzowany wobec nas, nie tak atrakcyjnych jak on. Kiedy wyjaśnił: „Podrzuciło to dwóch chłopaków. Wygląda znajomo?”, na chwilę oślepiła mnie biel jego zębów i zafascynowała aksamitna miękkość zarostu.

Chwyciłam plecak i osunęłam się na kolana, rozpięłam zamek i włożyłam ręce do środka. Był znajomy. Wzięłam go w dłonie, wzdychając z ulgą, a doktor Dooley powiedział:

– Nie ekscytuj się. Jest pusty.

Wyjęłam zestaw awaryjny, umieszczony w pudełku po apteczce wojskowej, którą znalazłam, kiedy miałam czternaście lat i przeszukiwałam z Ellis używaki St. Vincent de Paul na Siódmej Zachodniej. Metal był miejscami wyszczerbiony, wielki czerwony krzyż na wierzchu podrapany, farba obłaziła.

W pudełku znajdowało się wszystko: maść, gaza, kawałki rozbitego słoika w woreczku z niebieskiego aksamitu, papierosy, zapałki i zapalniczka, guziki, bransoletki, pieniądze, zdjęcia owinięte w kawałek lnu.

Kiedy potrząsnęłam pudełkiem, nie wydało żadnego dźwięku. Jeszcze raz wsadziłam rękę do zielonego plecaka, pogrzebałam, ale był pusty. Zero zapasowych skarpetek i bielizny, papieru toaletowego, żadnych pojemników po filmie wypełnionych wyżebraną kasą ani tabletek czy zwiniętego wełnianego koca. Moje szkice też znikły. Podobnie jak woreczek z ołówkami i węglem oraz Polaroid Land Camera. Spojrzałam na doktora Dooleya.

– Dla twojego bezpieczeństwa musieliśmy wszystko wyjąć.

Wyciągnął do mnie dłoń. Nawet ona była ładna – palce smukłe, paznokcie wypolerowane. Zignorowałam ją i wstałam, przyciskając do piersi pudełko i plecak.

– Musisz to oddać – dodał. – Przechowamy te rzeczy do czasu, kiedy cię wypuszczą.

Wyjął plecak i pudełko z moich rąk. Położył je za biurkiem.

– To możesz zatrzymać.

Doktor Dooley wcisnął mi w dłonie lniane zawiniątko. W środku, chronione miękką tkaniną, leżały nasze zdjęcia: ja i Ellis, Mikey i DannyBoy. Idealni, razem, zanim wszystko się spierdoliło.

Odeszłam, przyciskając zdjęcia do piersi, a doktor Dooley zawołał za mną:

– Ci chłopcy powiedzieli, że im przykro!

Nie zatrzymałam się, ale czułam, że w środku przystaję, chociaż tylko na sekundę.

KIEDY JEN S. ZNAJDUJE MNIE W NOC PO WYPADKU z palcem, właśnie zachłannie przeglądam zdjęcia, jak zwykle gdy pozwalam sobie myśleć o Ellis. Wbijam wzrok w czarno-białe obrazy przedstawiające naszą czwórkę na cmentarzu. Przybieramy pozy gwiazd rocka, z papierosami w kącikach ust, zajęcza warga DannyBoya jest prawie niewidoczna, trądzik Ellis też. DannyBoy powtarzał, że ludzie lepiej wychodzą na czarno-białych fotografiach, i miał rację. Zdjęcia są małe i kwadratowe. Aparat był stary, chyba z lat sześćdziesiątych, pierwszy typ polaroida. Podarowała mi go babcia. Miał miech i sprawiał, że czułam się superfajna. Znaleźliśmy film w sklepie fotograficznym koło Macalester College. Był w rolce, wsadzało się go do aparatu, robiło zdjęcie, zrywało część filmu z boku i ustawiało mały okrągły licznik. Kiedy rozlegał się sygnał, trzeba było oderwać film. I oto my, tacy retro i nieskazitelni w czerni i bieli. Ellis piękna, z czarnymi włosami. I ja, mała głuptaska, ramiona splecione na piersi, dziurawy sweter i skołtunione włosy ufarbowane na czerwono i niebiesko w prawdziwym kolorowym świecie, ale błotnistej barwy w świecie czarno-białym. Zresztą, czy jest ktoś, kto zdołałby nie wyglądać beznadziejnie obok Ellis?

– Fajne. – Jen S. wyciąga rękę, ale ja szybko owijam zdjęcia w len i wsuwam pod poduszkę.

– Dziewczyno – mówi z westchnieniem. – Dobra, nieważne. Rusz się, Barbero czeka w świetlicy. Mamy dla ciebie niespodziankę.

Powietrze w świetlicy jest przesiąknięte zapachem popcornu, który jedliśmy wcześniej, oglądając film. Pusta miska nadal stoi na okrągłym stole. Jen oblizuje palce i przejeżdża nimi po wnętrzu naczynia, wsysa sól i kawałeczki zastygłego masła. Wydaje przy tym pełne zadowolenia pokwikiwanie. Barbero krzywi obwisłe wargi.

– Schumacher, zabijasz mnie – mówi.

Jen wzrusza ramionami, wyciera mokre palce o brzeg workowatego zielonego T-shirtu.

Zapuszcza nura w jeden z koszy „na wszystko”, szuka ulubionej talii kart. Kolorowe kosze są ustawione jeden na drugim pod ścianami o barwie kości słoniowej. Są w nich karty, wystrzępione pudełka z kredkami, flamastry, gry.

Pod jedną ze ścian stoją rzędem trzy komputery. Barbero odpala jeden z nich, strzela palcami w moją stronę, wpisuje hasło.

– Oto umowa, świrusko.

Barbero ciska we mnie broszurą. Pochylam się, by ją podnieść, a on zaczyna wstukiwać litery. Pokazuje się napis: SZKOŁA ALTERNATYWNA. MIEJSCE DLA CIEBIE.

– Dobra pani doktor uważa, że powinnaś mieć coś do roboty, by zapanować nad wybuchami złości, które najwyraźniej często się zdarzają, a także pozbyć się dziwacznego zwyczaju niespania po nocach. Wygląda na to, że wracasz do szkoły, kretynko.

Patrzę na Jen S., która uśmiecha się szeroko, tasując karty.

– Mam być twoją nauczycielką – mówi i chichocze.

Barbero pstryka palcami tuż przed moją twarzą.

– Skup się, jestem tutaj! Tutaj.

Rzucam mu wściekłe spojrzenie.

Barbero zabiera paluchy.

– Umowa przewiduje, że możesz przeglądać wyłącznie strony szkoły. Żadnego Facebooka, Twittera, poczty, w ogóle nic, tylko szkoła. Twoja koleżanka Schumacher zgodziła się zostać nauczycielką, będzie sprawdzała klasówki i te wszystkie gówna po skończonej lekcji.

Barbero patrzy na mnie, a ja na niego.

– Jeśli nie zechcesz – dodaje – to, jak mówi dobra pani doktor, będziesz musiała zacząć brać środki na sen, a coś mi się wydaje, że tego też byś nie chciała. Dobra pani doktor woli, żebyś siedziała tutaj, niż włóczyła się po korytarzach. Bo to jest, kurwa, naprawdę dziwaczne.

Nie chcę leków, a szczególnie na noc, kiedy najbardziej się boję i muszę zachować czujność. Lekarze pakowali we mnie leki od ósmego do trzynastego roku życia. Ritalin nie podziałał. Obijałam się o ściany, a raz wsadziłam ołówek w pękaty jak chmura brzuch Alison Jablonsky. W ósmej klasie po adderallu zesrałam się w gacie i do końca roku szkolnego siedziałam w domu. Matka zostawiała dla mnie w lodówce jedzenie owinięte plastikową folią: kanapki z gąbczastymi kotletami, rozmiękłe tosty ze śmierdzącą sałatką jajeczną. Po zolofcie czułam się, jakbym połykała bardzo ciężkie powietrze i przez wiele dni nie mogła go wypuścić. Większość dziewczyn tutaj jest naszprycowanych lekami po uszy, przyjmują kubeczki z tabletkami z rezygnacją lekko zabarwioną wkurwem.

Siadam na krześle i wpisuję nazwisko w okienko: WPISZ NAZWISKO.

– Dobry wybór, świrze.

– Jezu, Bruce – odzywa się Jen. – Wagarowałeś tego dnia, kiedy w szkole pielęgniarskiej uczyli podejścia do pacjenta?

– Mam doskonałe podejście do pacjenta, słonko. Daj znać, jak będziesz chciała je przetestować. – Barbero zwala się na trzeszczącą brązową sofę i wyciąga z kieszeni iPoda.

Jedną ze ścian świetlicy zajmuje długie okno. Zasłony są odsunięte. Na zewnątrz jest ciemno, już po dziesiątej. Nasze skrzydło ma trzy piętra; z Riverside Avenue dochodzi szum samochodów w deszczu. Jeśli zacznę się uczyć, Casper będzie zadowolona. Ostatni raz, kiedy byłam w szkole, wywalili mnie w środku roku. Wydaje się, że od tego czasu upłynęła cała wieczność.

Patrzę na ekran, próbuję przeczytać akapit, ale widzę tylko słowa „pojeb” i „głupia kurwa” na drzwiczkach mojej szkolnej szafki. Czuję w ustach smak wody z toalety, wyrywam się, ale mój kark przytrzymują czyjeś ręce, słyszę śmiechy. Mrowią mnie palce, ściska w piersi. Kiedy wywalili mnie ze szkoły, wszystko totalnie się popieprzyło. Nawet bardziej niż przedtem.

Rozglądam się po wnętrzu świetlicy. W mojej głowie myszkują myśli o tym, kto za to wszystko płaci. Odsuwam je. Matka przez lata pichciła w jadłodajni kotlety z cebulą i keczupem, i kupą tłuczonych ziemniaków na dodatek, a potem i to się skończyło. Nie należymy do zamożnych; jesteśmy z tych, którzy w poszukiwaniu drobnych muszą głęboko pogrzebać w portfelu i plecaku i przez cztery dni w tygodniu jedzą na kolację makaron z masłem. Zastanawiam się, jakim cudem stać mnie na pobyt tutaj, czuję lęk i niepokój.

Mam dach nad głową, jest mi ciepło, myślę. Mogę to zrobić, jeśli dzięki temu zostanę, a teraz tylko to się liczy. Trzeba przestrzegać reguł, żeby pozwolili mi zostać.

Palce Jen tasują karty. Dźwięk przypomina ptaki zrywające się z drzewa do lotu.

CASPER PYTA:

– Jak się czujesz?

Zadaje to pytanie każdego dnia. Raz w tygodniu pyta ktoś inny, na przykład doktor Dooley, jeśli akurat ma dyżur dzienny, albo lekarka o schrypniętym głosie, sztywnych włosach i zbyt grubo nałożonym tuszu do rzęs. Chyba ma na imię Helen. Nie lubię jej, przy niej staję się zimna w środku. Raz w tygodniu, w niedzielę, nikt nas nie pyta, jak się czujemy, i niektóre z nas są przez to zagubione. Jen S. powiedziałaby żartobliwie: „Mam zbyt wiele uczuć! Ktoś musi o nich usłyszeć!”.

Casper czeka. Wyczuwam jej oczekiwanie. Podejmuję decyzję.

Zapisuję wszystko na kartce i przesuwam ją w stronę Casper. Moje ciało bezustannie płonie, spala się w dzień i noc. Muszę usunąć ten czarny żar. Kiedy się myję i dbam o siebie, czuję się lepiej, chłodniejsza w środku i spokojna. Jak chłodny mech daleko w głębi lasu.

Czego nie napisałam: Jestem tak samotna, że mam ochotę zerwać z siebie całe mięso, by zostały tylko kości i chrząstki, i wejść prosto do rzeki, dać jej się pochłonąć, tak jak zrobił mój ojciec.

Zanim poczuł się gorzej, zabierał mnie na długie przejażdżki na północ. Zatrzymywaliśmy się i łaziliśmy po trasach prowadzących głęboko w gąszcz pachnących jodeł i obfitych świerków. Czasem mogło się wydawać, że zapadła noc, ponieważ było tam tyle drzew, iż nie było widać nieba. Byłam wtedy mała, często potykałam się na kamieniach, lądowałam na pagórkach z mchu. Na zawsze pozostał mi w pamięci dotyk kojącego chłodnego mchu pod palcami. Ojciec potrafił tak chodzić godzinami. Powtarzał: „Chcę tylko, żeby było cicho”. Wędrowaliśmy i wędrowaliśmy, szukając cichego miejsca. Las wcale nie jest taki cichy, jak się wszystkim wydaje.

Po jego śmierci matka zmieniła się w kraba; schowała wszystko w środku, został tylko pancerz.

Casper czyta do końca, starannie składa kartkę i wsuwa ją do segregatora na biurku.

– Chłodny mech. – Uśmiecha się. – Całkiem miłe uczucie. Gdybyśmy tylko mogli cię do niego doprowadzić, nie raniąc cię przy tym. Jak mamy tego dokonać?

Casper zawsze ma dla mnie na biurku czyste kartki papieru. Piszę, popycham w jej stronę. Marszczy brwi. Wyciąga teczkę z szuflady, przeciąga palcami wzdłuż strony.

– Na liście rzeczy z twojego plecaka nie widzę szkicownika – mówi i spogląda na mnie.

Wydaję cichy dźwięk. W szkicowniku było wszystko, cały mój świat. Portrety Ellis, Mikeya, krótki komiks o życiu na ulicy, o mnie, Evanie i Dumpie.

Czuję mrowienie w palcach. Muszę rysować. Muszę się pogrzebać. Wydaję kolejny dźwięk.

Casper zamyka teczkę.

– Porozmawiam z panią Joni. Zobaczymy, co da się zrobić.

MÓJ OJCIEC TO BYŁY PAPIEROSY i czarno-białe puszki piwa. Brudne białe T-shirty i brązowy fotel bujany, niebieskie oczy i drapiący zarost na policzkach, i „O, Misty”, kiedy mama rzucała mu karcące spojrzenie. Przez całe dnie potrafił nie wstawać z fotela, a ja bawiłam się u jego stóp na podłodze, zapełniałam kartki słońcami, domami i pyszczkami kotów za pomocą kredek, ołówków i długopisu. Nie zmieniał tych swoich T-shirtów przez całe dnie, czasem pełne ciszy, a kiedy indziej zbyt częstego dziwnego śmiechu, który zdawał się łamać go od środka, aż nie brzmiał już jak śmiech, ale płacz. Łzy ciekły mi po twarzy, kiedy wspinałam mu się na kolana i kołysałam razem z nim, w przód i w tył, w przód i w tył, w rytm bicia serca, a tymczasem światło na zewnątrz zmieniało się i świat wokół nas coraz bardziej ciemniał.

LOUISA MÓWI:

– Jesteś taka cicha. Cieszę się, że dali mi do pokoju taką osobę. Nie masz pojęcia, jakie to męczące, bez przerwy słuchać czyjegoś gadania.

Milczała tak długo, że pomyślałam, że śpi.

– Mówię do ciebie, wiesz o tym? Znaczy, w mojej głowie. Opowiadam ci wszystko, bo wyglądasz na dobrą słuchaczkę, ale nie chcę zajmować twojej przestrzeni do myślenia. Jeśli to ma sens.

Wydaje senny odgłos: „Mmmmm”.

– Opowiem ci całą swoją historię. Jesteś dobrym człowiekiem, aniołem.

Dobrym człowiekiem, aniołem, dobrym człowiekiem, aniołem – kołysanka dziewczyny, która się tnie.

CASPER NIE LUBI, KIEDY PODCZAS TERAPII GRUPOWEJ używamy słów: „ciąć się, przypalać, dźgać”. Tłumaczy, że nieważne, co ktoś robi czy jak to robi. Możesz chlać, ciąć się, brać metę, wciągać kokę, przypalać się, dźgać, chlastać, wyrywać rzęsy, rżnąć się aż do krwi, ale zawsze chodzi o to samo: samookaleczenie. Tłumaczy, że kiedy ktoś cię zranił czy sprawił, że czujesz się zła, bezwartościowa, brudna, zamiast racjonalnie dojść do wniosku, że ten ktoś jest palantem czy psycholem i należałoby go zastrzelić bądź powiesić, trzymać się od niego z daleka, to internalizujesz krzywdę, zaczynasz obwiniać siebie i wymierzać sobie karę. Kiedy człowiek raz zacznie się ciąć, przypalać czy rżnąć, bo czuje się gówniany i bezwartościowy, ciało wydziela ten przyjemny szit znany pod nazwą endorfin, który sprawia, że czujemy się, kurwa, wspaniale, a świat przypomina watę cukrową i wesołe miasteczko, tyle że krwawe i zainfekowane. Beznadziejna strona tego wszystkiego jest taka, że gdy zaczynasz robić sobie krzywdę, to stajesz się świrem, pojebem, ponieważ twoje ciało przypomina pełne blizn i oparzeń pole bitwy, a nikt nie chce oglądać takich rzeczy na dziewczynie, nikomu nie może się to spodobać, więc każda z nas jest totalnie popierdolona. Umyj, spłucz, kurwa, powtórz.

PRÓBUJĘ PRZESTRZEGAĆ REGUŁ. Usiłuję chodzić tam, dokąd powinnam, i siedzieć grzecznie, chociaż nic nie mówię, ponieważ moje gardło wypełniają gwoździe. Próbuję przestrzegać reguł, ponieważ nieprzestrzeganie ich oznacza ryzyko, że znów znajdę się NA ZEWNĄTRZ.

KIEDY DOKTOR DOOLEY POWIEDZIAŁ, że dwaj chłopcy podrzucili mój plecak? Ci chłopcy uratowali mnie raz, dwa razy, jak sądzę. Czy powiedział też, że kazali przekazać, że im przykro? Zastanawiam się nad tym.

Evan i Dump. Czy było im przykro, że uratowali mnie przez facetem w tunelu, który próbował mnie skrzywdzić? Było im przykro, że zima w Minnesocie jest mroźna i cała nasza trójka musiała zamieszkać z Jebanym Frankiem? Byłam chora i dłużej nie mogliśmy tkwić w vanie. Evan potrzebował dragów, a Dump szedł tam, gdzie Evan. Było im przykro, że nie mogłam zrobić tego, co kazał Jebany Frank? (Kazał to robić wszystkim dziewczynom w Seed House, jeśli chciały zostać.) Było im przykro, że nie pozwolili mi umrzeć na strychu w Seed House?

Przykroprzykroprzykroprzykroprzykroprzykroprzykroprzykro.

Mogłabym odciąć również to słowo, ale ono wciąż odrasta, coraz mocniejsze i bardziej złośliwe.

LOUISA NIE CHODZI NA TERAPIĘ GRUPOWĄ. Z Casper spotyka się wieczorami, a w nocy rozmawia przez telefon, przyciska się do ściany w świetlicy, zwija sznur między palcami, czubkiem błyszczącej balerinki delikatnie muska dywan. Może przychodzić i wychodzić, kiedy tylko jej się podoba, nie potrzebuje przepustki. Szepcze w ciemnościach:

– Muszę ci to powiedzieć. Nie jesteś taka jak my, wiesz? Rozejrzyj się. Pościel, łóżko, leki, lekarze – wszystko pachnie pieniędzmi. Słuchasz mnie?

Łóżko trzeszczy, kiedy Louisa się przesuwa, wspiera na łokciu, by jej twarz znalazła się naprzeciw mojej twarzy. W półmroku jej oczy mają kształt jajek, z cieniami pod spodem.

– Mówię tylko, że musisz się przygotować.

Pozwalam, by jej słowa po mnie spłynęły, śliskie i ciepłe. Odwraca się. Pieniądze, pieniądze. Nie chcę się zastanawiać, skąd pochodzą, a skąd nie.

Chcę tylko, by znów zasnęła, żebym mogła zjeść kanapkę z indykiem, którą trzymam schowaną pod łóżkiem.

DRZWI DO SALI, W KTÓREJ ODBYWA SIĘ TERAPIA GRUPOWA, otwierają się ze świstem. Do środka wślizguje się Casper, zajmuje miejsce obok Sashy, która wierci się na krześle i uśmiecha do niej jak szczeniaczek. Casper ma na sobie brązowe spodnie i swoje elfie drewniaki. Żółtawe włosy przytrzymuje opaska z czerwonej chustki, jej kolczyki są w kształcie księżyców. Ma różowe policzki i wygląda jak cholerna tęcza.

Zastanawiam się, jaka była w liceum. Z pewnością należała do grzecznych dziewczynek, tych, co przyciskają podręczniki do cycków, zawsze są uczesane, zagryzają wargi podczas pisania sprawdzianu. Pewnie należała do grupy przygotowującej księgę pamiątkową, do kółka matematycznego, może chodziła na zajęcia z debaty.

Musi być coś jeszcze pod tą wypolerowaną powierzchnią, czego nie widzimy. Ukryta rana, sekret czy coś innego, bo z jakiego powodu miałaby poświęcać życie takim jak my?

Rozdaje kartki i pisaki, a my się spinamy. Kiedy trzeba pisać, wiadomo, że będzie ciężko. Casper każe nam położyć przybory na podłodze i wykonać ćwiczenia z akordeonem. Nie mogę się skupić. Patrzę na zegar ścienny, bo muszę wcześniej wyjść. Dzisiaj zdejmują mi bandaże. Na samą myśl o tym czuję łaskotanie w żołądku.

Casper mówi:

– Chcę, byście zapisały, co do siebie mówicie, kiedy dokonujecie samookaleczenia.

Blue wydaje głośny jęk, przeciąga językiem po wargach, wygina gołe stopy. Nigdy nie nosi butów. Na trzech palcach u nóg błyszczą srebrne pierścionki. Kiedy siedzi się w kręgu naprzeciw niej, wygląda tak młodo, jak my wszystkie, ale z bliska, na stołówce czy w świetlicy, widać głębokie linie w kącikach jej oczu. Od dawna nie rysowałam, rzadko pojawiam się na plastyce. Patrzenie na Blue nie jest łatwe, ponieważ sprawia, że zaczynam tęsknić za ołówkami i węglem. Jest w niej coś, co chciałabym oddać na papierze.

Początkowo nic nie piszę, tylko stawiam drobne kreski czerwonym flamastrem i zerkam na Blue, by ją lekko, w zarysie, naszkicować. Uczucie jest przyjemne, palce trzymają flamaster, wyznaczają linie jej kocich oczu, pełnych warg. Trochę niewygodnie jest przyciskać kartkę do ud, ale palce nie zapomniały, co trzeba robić, jakby czekały na mój powrót.

Blue ma niezwykle pełne wargi. Moje są raczej cienkie. Ellis powiedziałaby: „Musisz je podkreślić”. Wzięłaby mój podbródek w palce, przycisnęła chłodną szminkę do warg. Jednak ten zabieg nie zdawał egzaminu. Nie widziałam w lustrze osoby z pięknymi ustami, tylko kogoś pomalowanego szminką.

Umysł zaczyna kręcić się w kółko, chociaż nie przestaję rysować. Dzieją się rzeczy, o których nie chcę myśleć, nie w tym momencie. Słowa, takie jak przykro mi, strych, tunel i boli.

Sasha pociąga nosem. Francie odchrząkuje.

Mój flamaster pisze: WYRZUĆ TO Z SIEBIE. ODETNIJ WSZYSTKO. Stawiam wielkie czerwone X na twarzy Blue, mnę papier i wsuwam pod udo.

– Isis. – Casper składa dłonie i czeka, aż dziewczyna odczyta swoją notkę.

Isis dotyka swojego nosa, czerwienieje.

– Dobrze – mówi w końcu. Niemal szeptem czyta: – Czy ty się, kurwa, nigdy nie nauczysz? To ci pomoże. – Zaciska powieki.

Francie:

– Nikt. Pustka. Kogo to obchodzi. – Przedziera kartkę na pół.

Ciało Sashy jest tak rozgrzane od płaczu, że emanuje dziwnym żarem. Nieco odsuwam krzesło. Czuję na sobie wzrok Blue.

Sasha spogląda na swoją kartkę, krztusi się.

– Ty. Tłusta. Dupo. Kurwa.

Blue, szybka jak ptak, pokonuje dzielącą nas przestrzeń i wyrywa kartkę spod moich ud. Rzuca mi mordercze spojrzenie.

Casper spogląda na nią spokojnie.

– Blue. – To ostrzeżenie.

Blue rozwija kartkę, wygładza ją. Na jej twarzy powoli rozlewa się uśmiech.

– To ja? Naprawdę niezłe, Cicha Sue. Podoba mi się ten iks.

Pokazuje rysunek reszcie.

– Przekreśliła mnie – dodaje. Gniecie kartkę i rzuca mi na kolana. Pozwalam, by spadła na podłogę. Wracając na miejsce, Blue mówi do Casper:

– Zrobiła to lepiej, niż bym sama potrafiła. Mniej więcej to właśnie dzieje się w mojej głowie, kiedy dokonuję samookaleczenia. Próbuję się przekreślić.

Casper zwraca się do Sashy, ale Blue nie dopuszcza jej do słowa:

– Pani doktor, to bardzo niesprawiedliwe.

– Co jest niesprawiedliwe? – Casper przygląda się Blue.

Twarz zaczyna mi płonąć. Patrzę na zegarek. Jeszcze dziesięć minut i będę mogła wyjść, pozbyć się bandażowych kłód.

– Ona nigdy nie musi nic mówić. My wszystkie musimy gadać, wywalać na wierzch flaki, a ona nie. Może jesteśmy dla niej jak przedstawienie komediowe.

– Zajęcia grupowe są dobrowolne, Blue. Jeśli ktoś nie chce mówić, nikt nie będzie go zmuszał. W przy…

– Powiedz wszystkim, co napisałaś na kartce, Cicha Sue – mówi Blue. – Nie? No dobrze, ja powiem. Napisała: „Wyrzuć to z siebie. Odetnij wszystko”. Co odetnij? Nadszedł czas zapłaty. Gadaj.

Jebany Frank nosił ciężkie srebrne pierścienie, groźnie wyglądające czaszki, którymi bezustannie pocierał o koszulę, aż idealnie błyszczały. Palce miał poplamione i poprzepalane od zapalniczek, zagłębiły się w mojej szyi, kiedy podniósł mnie z podłogi strychu. Evan i Dump popiskiwali jak kociaki za jego plecami, ale to byli tylko chłopcy potrzebujący dragów. Na zewnątrz było zimno. Kwiecień przyniósł niespodziewany śnieg, który zmienił się w zamarzającą chlapę. Najgorszy rodzaj pogody, kiedy nie ma się dachu nad głową: lodowata woda mrozi nagą twarz i przemienia palce w twarde kawałki kości.

Powinnam była się domyślić, że Jebany Frank nie pozwoli mi zostać za darmo, już w chwili, kiedy powitał nas w drzwiach. Powinnam była przyjrzeć się dziewczynom siedzącym na porwanej kanapie, kiedy Evan i Dump wnieśli mnie do środka. Czułam się otępiała, płuca miałam jak z cementu, wzrok nieostry, myślałam, że dziewczyny są po prostu naćpane, iż ich oczy zamgliły się od dragów. Teraz wiem, że ich oczy były martwe.

„Zrób to” – powiedział Jebany Frank tamtej nocy, a mój oddech znikał w mocnym uścisku jego palców. „Zrób to jak inne dziewczyny albo ci pomogę”.

Na dole znajdował się pokój, w którym były tylko materace. Frank wsadzał tam dziewczyny. Mężczyźni przychodzili, płacili Frankowi i wchodzili do tego pokoju. Jeśli byłaś dziewczyną, mieszkałaś w Seed House i chciałaś tam zostać, musiałaś się podporządkować Jebanemu Frankowi.

WYRZUĆ TO Z SIEBIE. ODETNIJ WSZYSTKO. Mojego ojca. Moją matkę. Nieobecną Ellis. Faceta z tunelu, Jebanego Franka, mężczyzn na dole, ludzi na ulicy, gdzie mieszka ich zbyt wielu. Głód, smutek i zmęczenie. Świadomość bycia nikim, brzydkim i niekochanym. Po prostu odetnij, skurcz się, znikaj, aż nic nie zostanie.

To właśnie słyszałam w swojej głowie wtedy na strychu, kiedy wyjęłam z zestawu awaryjnego odłamki szkła i zaczęłam się ciąć na maleńkie kawałki. Robiłam to od dawna, od lat, ale to miał być ostatni raz. Zamierzałam pójść dalej niż Ellis. Nie chciałam spierdolić sprawy tak jak ona: umrę, nie utknę gdzieś w połowie.

Tym razem naprawdę bardzo, kurwa, próbowałam umrzeć.

Ale wciąż jestem.

Muzyka w mojej głowie zasnuwa mi oczy mgłą. Ledwo widzę Blue, jej lizusowską twarz i zjebane zęby, ale kiedy ruszam w jej stronę, niemal namacalnie czuję, jak by to było, wcisnąć tę twarz w podłogę. Moje ciało jest ciężkie i lekkie zarazem i jakaś cząstka mnie oddziela się, odfruwa – Casper określa ten stan mianem „dysocjacji” – ale ja wciąż zmierzam w kierunku Blue, która zaczyna się śmiać ciut nerwowo.

– O kurwa – rzuca i czujnie zrywa się z miejsca.

Jen S. również wstaje.

– Proszę, nie – mówi.

Na ulicy, gdzie kiedyś mieszkałam, nazywałam to czuciem ulicznym. Przypomina elektryczny prąd płynący przez moje ciało. Dzięki niemu mogłam zacisnąć pięści i walczyć z dwiema starszymi kobietami o porzucony nad rzeką śpiwór. Dzięki niemu mogłam robić przeróżne rzeczy, by tylko przerwać noc do początku kolejnego dnia wypełnionego niekończącym się chodzeniem.

Głos Casper jest równy i jasny.

– Charlie. Jeszcze jedna sprzeczka i nie będę mogła ci pomóc.

Przystaję. Charlie. Charlie Davis. „Charlotte”, powiedział tamtej nocy na strychu pijany Evan, oczy mu lśniły, na policzku miał rozsmarowaną moją krew. „Jakie piękne imię”. Całował moją głowę, raz po raz. „Proszę, nie zostawiaj nas, Charlotte”.

Ojciec nauczył mnie, że można poznać godzinę, określając, ile jeszcze czasu zostało. „Długie ramię jest tutaj, a krótkie tutaj. Kiedy krótkie ramię znajdzie się w tym miejscu, a długie w tym, mama wróci do domu”. Zadowolony z siebie, zapalił papierosa i zakołysał się w fotelu.

Ramiona zegara na ścianie w sali terapii grupowej mówią, że czas zdjąć bandaże.

Ruszam do wyjścia, zasrany but zaczepia się o chodnik. Wreszcie dopadam do drzwi i zatrzaskuję je głośno za sobą.

BANDAŻE ZDEJMUJE VINNIE, jeden z pielęgniarzy dyżurujących w ciągu dnia. Ma szorstkie dłonie i działa metodycznie. W gabinecie jest chłodno, schludnie. Siadam na stole, niechcący mnąc papier. Spoglądam na szklane słoje, wypełnione patyczkami higienicznymi, butelki z alkoholem, starannie oznakowane szuflady. Vinnie przygotował tackę, na której leżą nożyczki, pęsety, zaciski i kremy.

Nie od razu zaczyna odwijać opatrunki z moich ramion, najpierw pyta:

– Chcesz, żeby ktoś przy tym był? Doktor Stinson za kwadrans skończy zajęcia grupowe.

Ma na myśli Casper.

Posyła mi swój specjalny uśmiech, ten, który obnaża wszystkie zęby. Każdy z nich otacza ramka ze złota, jak obraz czy fotografię. Ogarnia mnie chęć, by dotknąć któregoś z tych lśniących zębów.

Vinnie się śmieje.

– Podobają ci się moje ząbki? Ten uśmiech sporo kosztował, pod wieloma względami, jeśli wiesz, co mam na myśli. Chcesz lekarza czy nie?

Przecząco kręcę głową. Nie.

– No jasne. Jesteś twardzielką, Davis.

Delikatnie odwija gazę. Zdejmuje długie bawełniane płaty z mojego lewego ramienia. Potem z prawego. Kiedy wrzuca je do metalowego śmietnika, robią miękkie mokre „ffok”. Moje serce trochę przyspiesza. Jeszcze nie patrzę.

Vinnie przysuwa się bliżej i przecina szwy. Pachnie jedwabiście i ostro zarazem, jak olejek do włosów i kawa. Tak intensywnie wpatruję się w lampy na suficie, że przed oczami pokazują mi się ciemne chmury. Na jednym z paneli widnieje plama w kształcie nerki, o barwie masła zbyt długo podgrzewanego na patelni.

– Boli? – pyta Vinnie. – Staram się najlepiej, jak tylko potrafię, koleżanko.

Szumi woda. Pielęgniarz myje ręce. Unoszę ramiona.

Są blade i lekko spuchnięte, bo dużo czasu spędziły w opatrunkach. Obracam je, spoglądam na czerwone sznurowate blizny, biegnące od nadgarstków do łokci. Dotykam ich ostrożnie. Vinnie nuci. Melodia jest wesoła i żywa.

Jestem dla niego następną koszmarną dziewuchą, którą zajmuje się podczas kolejnego dnia w pracy.

– Mogę? – Rozciera krem na dłoniach i podnosi je wysoko.

Pod nowymi bliznami widzę stare. Moje blizny są jak tama, jak żeremia. Bobry przynoszą kolejne gałęzie, układają je na poprzednich.

Kiwam głową. Krem ogrzał się na jego dłoniach, sprawia przyjemne wrażenie na skórze.

Kiedy pocięłam się za pierwszym razem, najbardziej podobała mi się część, która nastąpiła potem: ocieranie rany wacikiem, osuszanie, staranne oględziny, z tej strony i z tamtej, opiekuńcze przyciskanie ramienia do brzucha. Tam, tam.

Tnę się, ponieważ sobie nie radzę. To bardzo proste. Świat staje się oceanem, który mnie zalewa, odgłos nacierającej wody brzmi ogłuszająco, woda zatapia mi serce, panika rośnie do rozmiarów planet. Potrzebuję ulgi, muszę zranić samą siebie mocniej, niż może zranić mnie świat, wtedy znajdę ukojenie.

Tam, tam.

Casper powiedziała nam:

– To niezgodne z intuicją, prawda? Że zadany sobie ból sprawi, iż poczujemy się lepiej. Że można w pewnym stopniu pozbyć się bólu, sprawiając sobie ból.

Problem zaczyna się później.

Do rzeczywistości sprowadza mnie dźwięk płynącej wody. Vinnie myje ręce.

Kiedy patrzę na swoją skórę, ściska mnie w żołądku.

Vinnie odwraca się od umywalki.

– Druga runda. Jesteś pewna, że nie chcesz, by ktoś przy tym był?

Kręcę głową, a Vinnie rzuca mi prześcieradło, mówi, żebym położyła się na stole, pokazuje, że mam ściągnąć szorty. Robię to pod prześcieradłem, szybko, wstrzymując oddech, przyciskając tkaninę do bielizny. Uda pokrywa gęsia skórka, w pomieszczeniu jest chłodno.

Chyba nie boję się Vinniego, ale uważnie śledzę ruchy jego dłoni, wydobywam na wierzch czucie uliczne, tak na wszelki wypadek. Kiedy byłam mała i nie mogłam spać, pocierałam prześcieradło między kciukiem a palcem wskazującym. Teraz pocieram nowiutkie majtki z miękkiej różowej tkaniny, znalazłam je na swoim wąskim łóżku z dołączoną karteczką. Siedem par, na każdy dzień tygodnia. Nie miały dziur ani plam i pachniały plastikowym opakowaniem, nie brudem czy moczem lub krwią miesięczną. Kiedy myślę o bieliźnie, gdy czuję w palcach czystą bawełnę, nagle następuje we mnie zmiana, jakby obsunął się stos kamieni, bo ktoś wyjął jeden z nich. Jęk, przesunięcie, haust powietrza…

– Ava. Pielęgniarka. Kupiła. Mi. Te. Majtki.

Nie wiem, dlaczego się odezwałam. Skąd wziął się ten szept. Nie wiem, dlaczego słowa uformowały się akurat teraz i dlaczego właśnie te słowa. Głos mam ochrypły od nieużywania, brzmię jak żaba. To długie zdanie, pierwsze od nie wiem ilu dni, i mam świadomość, że Vinnie pilnie zanotuje: C. Davis wypowiedziała pełne zdanie podczas zdejmowania opatrunków. C. Davis poskarżyła się, że nie ma bielizny. Pacjentka zwykle nie mówi, mutyzm wybiórczy.

– To niesamowicie miło z jej strony. Podziękowałaś?

Potrząsam głową.

Kiedy pocięłam się na strychu, miałam na sobie T-shirt, bieliznę, skarpetki i wysokie buty. Było strasznie dużo krwi. Evan i Dump nie wiedzieli, co robić. Zawinęli mnie w prześcieradło.

– Powinnaś podziękować.

Przyjechałam do Creeley w szpitalnym stroju i kapciach. Ava znalazła dla mnie ubranie. Przyniosła mi nowiuteńkie majtki. Faktycznie powinnam jej podziękować.

Vinnie ściąga gazę i waciki z moich ud, wrzuca je do śmietnika. Wyglądają jak plamiaste wstążki. Pociąga i przecina szwy.

Jest tak samo jak w przypadku ramion: nie boli, kiedy je wyciąga, ale cała skóra łaskocze i kłuje za każdym razem, gdy porusza pęsetą.

Znów nawiedza mnie to uczucie, tyle że tym razem jest jak wspomnienie, jak to jest, ciąć się, ciąć się mocno. Jak trzeba głęboko i równo wcisnąć szkło, by przerwać skórę, a potem pociągnąć bardzo mocno, by zrobić rzekę wartą tego, by w niej zatonąć.

O, robienie rzeki naprawdę boli. Ból jest ostry i mętny zarazem, zasłony rozsuwają się i zaciągają przed oczami, z nozdrzy wylatuje gwałtowny oddech.

Boli, boli jak cholera, ale kiedy pojawia się krew, wszystko staje się ciepłe i spokojne.

Vinnie chwyta moje spojrzenie, bo za szybko oddycham. Wie, co się dzieje.

– Gotowe. – Patrzy na mnie uważnie, kiedy siadam. Pode mną rozdziera się delikatny papier.

Blizny na udach wyglądają jak szczeble drabiny. Przesuwam palcami po kolejnych wybrzuszeniach, od kolana po górną cześć ud. Dłonie Vinniego z warstwą kremu są bardzo ciemne na tle mojej bladej skóry. Miłe uczucie. Potem każe mi podciągnąć szorty i podaje niebiesko-białą tubę z kremem.

– Nakładaj dwa razy dziennie. Teraz, na powietrzu, będzie szczypać jak cholera. Skóra będzie wydawać się napięta i jakby mrowiąca.

Przyciskam tubkę do piersi. Wciąż czuję na nogach jego dłonie, delikatny dotyk palców na mojej szpetocie. W pewnym sensie chciałabym, żeby wróciły, może tym razem objęłyby całe ciało. Może dotykałyby tak lekko, że głowa opadłaby w jego stronę i mogłabym tak posiedzieć przez chwilę, powdychać go, to nic takiego. Bicie serca, bicie serca, bicie serca, jak przy tacie. Czuję ucisk pod powiekami.

Ocieram twarz, nie zważając na drżenie rąk. Gorąco. Moje ciało zaczyna się nagrzewać. Ogarnia mnie lęk. Vinnie odchrząkuje.

– Wszyscy są na zajęciach plastycznych. Chcesz, żebym cię zaprowadził?

– Do pokoju. – Mocniej przyciskam tubkę do piersi. – Do pokoju.

Vinnie robi smutną minę.

– Dobrze, dziecko. Dobrze.

Louisy nie ma. Wszystkie są na zajęciach, pochylone nad patyczkami po lodach, torbami guzików i włóczki, ryzami naklejek w kształcie brokatowych gwiazdek.

Oczy gwałtownie wypełniają się wodą, zagrzebuję głowę w poduszce, żeby nikt nie słyszał. Całe ciało mnie boli. Chcę Ellis, która obmyłaby skaleczenia i ukradła tacie wino. Razem płakałybyśmy w jej pokoju, sącząc wino z butelki i słuchając naszej muzyki, patrząc, jak lampka nocna w kształcie układu słonecznego obraca się i świeci na suficie. Kiedy cierpisz, ale jest ktoś, kto cię kocha, to powinien ci pomóc, prawda? Gdy cierpisz, ta osoba całuje cię z czułością, przytyka ci butelkę do ust, gładzi twoje włosy, prawda? Casper byłaby dumna, że tak racjonalnie myślę.

Znajduję się w miejscu pełnym dziewczyn, które są przepełnione tęsknotą, ale nie chcę żadnej z nich. Chcę tylko tej, które nie mogę dostać, tej, która nigdy nie wróci.

Gdzie mam ich wszystkich trzymać, martwych, żywych, tych wszystkich ludzi, którzy krążą nade mną jak duchy? Ellis powiedziała kiedyś: „Straciłaś ojca w zbyt młodym wieku”.

Nieco ponad rok temu Mikey płakał podczas naszej rozmowy przez telefon. „Ona nigdy się nie cięła, to nie było w jej stylu”, mówił. „Czemu się pocięła? Byłaś obok”. On był mile stamtąd, w college’u, i nie miał pojęcia, co się wydarzyło między mną a Ellis. Wtedy rozmawialiśmy po raz ostatni, potem znalazłam się na ulicy i zmieniłam się w ducha.

Moja matka żyje, ale też jest duchem, jej zapadnięte oczy patrzą na mnie z oddali, jej ciało jest całkowicie nieruchome.

Jest tylu ludzi, którzy już nigdy nie wrócą.

KIEDY MOJE CIAŁO OGARNIA TO ZNUŻONE, sprane uczucie po zbyt długim płaczu, wstaję i ruszam nadmiernie oświetlonym korytarzem do punktu pielęgniarskiego. Vinnie miał rację, blizny potwornie swędzą.

Na zewnątrz stoję w ogniu, a moje wnętrze jest puste, puste. Nie mogę się ciąć, ale potrzebuję, by coś się ode mnie oddzieliło, potrzebuję ulgi.

Vinnie posyła mi złoty uśmiech zza kontuaru. Wszystkie pielęgniarki i pielęgniarze przypinają zdjęcia do ścianki umieszczonej z tyłu. Dzieci, całe mnóstwo. Pulchne i chude. Ponure nastolatki, a także psy, pełno fotografii psów. Córki Vinniego to pewnie te w falbaniastych białych sukienkach, o bardzo ciemnych włosach, takich samych jak jego włosy.

Dotykam swoich. Koszmarne gniazdo. Nagle sam ich zapach przyprawia mnie o mdłości. Chcę, by znikły, ostatni ślad po mieszkaniu na ulicy.

– Ściąć – mówię ochryple.

Vinnie unosi ręce.

– Ej. Zaczekaj, aż dostaniesz przepustkę, dziewczyno. Pójdziesz z innymi do salonu Supercuts czy gdzieś tam. Nie dotknę włosów żadnej dziewczyny.

Walę pięścią w kontuar i pochylam się.

– Teraz. Ma być teraz.

– Puta madre – mówi cicho Vinnie.

Wskazuje palcem gabinet.

– Dobra, chodź. Tylko nie płacz. W przypadku takich włosów można zrobić tylko jedno.

PIERWSZA NA STOŁÓWCE ODZYWA SIĘ ISIS, jej drobne usta otwierają się, makaron z serem wypada na talerz.

– O w mordę, ale widok.

Blue zaczyna się śmiać głośno i zaraźliwie, alarmując Francie, która siedzi obok niej i nigdy nic nie je. Francie uśmiecha się. Blue mówi:

– Nie cierpię cię, Cicha Sue, ale wyglądasz o niebo lepiej. Prawie jak człowiek.

Wcześniej nawet Vinnie gwizdnął, przejeżdżając maszynką elektryczną po mojej czaszce. Włosy spadały na podłogę kołtunami.

– Twarz! Ta dziewczyna ma twarz – powiedział.

Przyjrzałam się sobie w lustrze wiszącym na drzwiach w gabinecie, prawdziwym długim lustrze. Starałam się utrzymać wzrok powyżej ramion i patrzeć tylko na twarz, ale niezbyt długo, bo widząc się, znów poczułam smutek.

Zaczynam jeść, a dziewczyny milkną. Można by pomyśleć, że nie powinnam czuć się dziwnie, pokazując blizny grupie osób, które składają się wyłącznie z blizn, a jednak. Wbijam wzrok w talerz.

Po obiedzie zamierzam poszukać w koszu ze znalezionymi rzeczami bluzki z długim rękawem. Czuję się wystawiona na widok publiczny i przemarznięta. Tęsknię za rozpinanym swetrem w musztardowym kolorze, który nosiłam, zanim wyprowadziłam się z domu. Czułam się w nim ukryta i bezpieczna. Tęsknię za ubraniami, tymi z dawniejszych czasów, koszulkami z logo zespołów, spodniami w kratę i wełnianymi czapkami.

Isis przełyka jedzenie i mówi:

– Jezu, Chuck, czym to zrobiłaś? Nieźle zaszalałaś.

Isis ma nerwową, szczupłą twarz teriera. Obraca w palcach puszyste warkocze. Pozostałe czekają. Siedząca na końcu stołu Louisa posyła mi słaby uśmiech.

Uwielbiałam rozbijać słoje typu mason. Trzeba walnąć naprawdę mocno, bo szkło jest grube. W odróżnieniu od innych rozbija się na spore kawałki, zaokrąglone, błyszczące i niesamowicie ostre. Zostawiają szerokie i głębokie cięcia. Grube kawałki łatwo było myć i przechowywać wsunięte do aksamitnego woreczka i ukryte w zestawie awaryjnym do następnego razu.

Na myśl o tym czuję przyjemny dreszczyk, jak chwilę wcześniej w gabinecie, co, jak twierdzi Casper, jest niedopuszczalne, to czynnik spustowy. Widzę inne dziewczyny, między innymi bladą Sashę o błękitnych jak morze oczach. Marszczy brwi. Blue i Jen S. czekają z obojętnymi minami i uniesionymi widelcołyżkami.

Chyba chcę do nich przemówić. Czuję szum w piersi i podejrzewam, że może mam jakieś słowa, chociaż nie jestem pewna, jak je uporządkować i co mogłyby znaczyć. Mimo to otwieram usta…

Nagle odzywa się Louisa. Ma zmysłowy gardłowy głos, kiedyś śpiewała w zespole o nazwie Loveless.

– Szkło. – Louisa zbiera swoje rzeczy. Lubi dziobać w talerzu, nigdy nie siedzi długo przy stole. – Użyła szkła. Śniadanie zdesperowanych mistrzów. – Wzrusza ramionami, rusza w stronę śmietnika z tekturowym kubkiem, plastikowym talerzem i widelcołyżką.

Powietrze wokół stołu najpierw gęstnieje – każda z dziewczyn przypomina sobie swoje ulubione narzędzia – a potem rzednie.

Isis wraca do jedzenia.

– Ostra jazda, Chuck.

Wbijam wzrok w lśniącą górkę makaronu na moim talerzu, rządek zielonego groszku, brązowawą kałużę sosu.

– Nie Chuck, Isis. Charlie. Charlie Davis. – Mój głos już nie jest schrypnięty, lecz dźwięczny jak dzwon.

Jen S. mówi:

– Wow. Ktoś ma głos.

Blue kiwa głową, wpatrując się we mnie.

– Robi się interesująco – stwierdza, z namysłem upijając kawy.

CASPER POSYŁA MI UŚMIECH.

– Wielkie zmiany. Mówisz. Obcięłaś włosy. Zdjęłaś bandaże. Jak się czujesz?

Sięgam po leżące na biurku kartki i niebieski długopis.

– Nie – mówi Casper.

Żółw zamarł w bezruchu, jakby też na mnie czekał. Jego drobne ciało podskakuje w wodzie. Ciekawe, czy lubi stateczek na dnie akwarium, z otworem akurat tej wielkości, by mógł sobie przezeń przepływać. A skałę, na którą może się wspiąć i odpocząć? Czy kiedykolwiek myśli o tym, że chciałby się stąd wydostać?

Otulam się mocniej bluzą z kapturem, którą znalazłam w pudle, zaciskam kaptur wokół twarzy.

– Wstrętnie – odpowiadam. Głos mam zduszony, a twarz schowaną pod kapturem. – Wstrętnie. Wciąż czuję się wstrętnie.

TO NIE BYŁO TAK, ŻE NIE ZAUWAŻYŁAM, iż każdego wieczoru Jen S. znika, jak tylko Barbero zaśnie na kanapie w świetlicy. Za każdym razem uprzedzała. „Idę do łazienki”, oznajmiała, pochylając się, by sprawdzić, co robię na komputerze, aż jej długi koński ogon opadał na ramię. „Chyba mam coś z żołądkiem. To może chwilę potrwać”. Albo: „Pobiegam trochę po korytarzach. Czuję się tu jak w więzieniu. Bądź grzeczna”. Następnie znikała.

Zajęcia szkolne nawet mnie wciągnęły. Przerobiłam już dwanaście rozdziałów i zbliżałam się do połowy mitycznej ostatniej klasy. Z zadowoleniem klikałam AKCEPTUJ i czekałam, aż Jen S. wróci i dokona oceny za pomocą sekretnego hasła. Okazuje się, że szkoła jest niezwykle prosta, kiedy usunie się wszystkich innych uczniów, beznadziejnych nauczycieli i całe gówno, które zwykle się tam dzieje.

Tak więc czekam na nią i czekam, patrząc na Barbera chrapiącego na sofie, gdy nagle przychodzi mi do głowy, że być może Jen wcale nie zajmuje się dokładnie tym, co deklarowała. Nie zastanawiam się jednak, co ona w rzeczywistości robi, tylko jak ja mogłabym wykorzystać to, że jej nie ma, a Barbero śpi.

Zajmuje mi to tylko kilka minut. Otwieram kolejne okno w przeglądarce, tworzę konto gmail, przeszukuję pamięć, odnajduję jego ostatni znany adres, wpisuję w nadziei na sukces i otwieram okienko czatu. Nie rozmawiałam z nim od ponad roku. Może tam jest, może nie.

Hej, piszę.

Czekam, skubiąc podbródek. Trochę zimno mi w głowę, bo nie mam włosów. Naciągam kaptur. On musi tam być, bo nie widzę żadnej informacji.

I jest.

O kurwa, to naprawdę ty?

Tak.

Wszystko ok?.

Nie, tak, nie. Jestem w wariatkowie.

Wiem, mama mi powiedziała, a jej twoja mama.

Noszę, kurwa, ciuchy z pudła ze znalezionymi rzeczami.

Jestem na koncercie.

Kto gra?

Firemotuth wklubie Flycatcher. Znasz Firemouth? Spodobaliby ci się.

Moje palce zawisają nad klawiaturą. Tęsknię za tobą.

Nic. Żołądek lekko mi się zaciska. Powracają wspomnienia: jak bardzo lubię-lubiłam Mikeya, jak się czułam, kiedy odkryłam, że on woli Ellis, chociaż nie podobał jej się w ten sposób. Ellis już nie ma. Zagryzam wargi.

Znów zerkam na Barbera. Jedna noga opadła mu na podłogę.

Michael pisze… a potem: Powiem mamie, żeby przyniosła ci trochę rzeczy T.

Tanyi, jego siostry. Chyba już skończyła college. W domu Mikeya zawsze było ciepło. Zimą jego mama piekła wielkie, miękkie bochenki chleba i gotowała garnki parującej zupy.

Czat znowu ogłasza: Michael pisze. Nie powiedział, że za mną tęskni czy coś w tym stylu. Biorę głęboki oddech, próbuję uciszyć głosik w mojej głowie, który powtarza: Jesteś brudna i odrażająca, debilko. Niby czemu ktoś miałby cię chcieć?

Przyjeżdżam w maju na koncert w 7th Street Entry z grupą, z którą teraz pracuję. Zostanę dwa dni. Wpiszesz mnie na listę gości?

Tak! Szczerzę się jak wariatka. Moje ciało jest zrobione z piórek, czuję się taka lekka, zobaczę Mikeya! Mikey!

Michael pisze: Muszę lecieć, koncert się kończy, jutro szkoła. Nie mogę uwierzyć, że to ty. Masz telefon? Zrywam się i lecę do telefonu wiszącego na ścianie świetlicy, numer wypisano markerem permanentnym obok: Zakaz rozmów telefonicznych po 21:00. Zakaz rozmów telefonicznych przed 06:00. Wracam, powtarzając numer w myślach, ale nagle zaczepiam butem o plastikowe krzesło i wywalam się na podłogę. Barbero natychmiast się zrywa, rusza się zdumiewająco szybko, wyciąga słuchawki z uszu. Obraca się na pięcie.

– Gdzie jest Schumacher? Gdzie jest, kurwa, Schumacher?

Podczas gdy się gramolę, on już czyta to, co widnieje na ekranie komputera. Przyciska tłusty paluch do klawisza i ekran robi się czarny. Mikey znika.

– Wracaj do klatki, króliczku. Idę wytropić twoją koleżankę.

BARBERO I SIOSTRA AVA ODNAJDUJĄ JEN S. na schodach ewakuacyjnych. Wcale nie miała kłopotów żołądkowych, nie biegała też po korytarzach. Zajmowała się, jak później tego wieczoru poinformowała mnie Louisa, doktorem Dooleyem.

Leżę zakryta kołdrą. Kiedy mrugam, moje rzęsy ocierają się o tkaninę. Wydaję nieokreślony dźwięk.

– Rżnęli się już od baaardzo dawna – szepcze Louisa. – Dziwne, że dopiero teraz ich przyłapali.

Za drzwiami naszego pokoju sporo się dzieje: dzwonią telefony, Jen S. płacze w punkcie pielęgniarskim.

Louisa stwierdza:

– Szkoda. Wywalą i ją, i jego. A może jego