Wydawca: Filia Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 428 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziewczyna w lodzie - Robert Bryndza

Jej oczy szeroko otwarte. Usta rozchylone, jak gdyby miała przemówić. Ciało zamarznięte w lodzie.
A to dopiero początek.

Kiedy młody chłopak odkrywa w londyńskim parku zamarznięte ciało kobiety, detektyw Erika Foster zostaje wezwana, by poprowadzić śledztwo w sprawie morderstwa.

Ofiara, piękna członkini londyńskiej socjety, wiodła pozornie idealne życie. Jednak kiedy Erika zaczyna drążyć, łączy ze sobą fakty między tym, a innymi zabójstwami – ktoś pozbawił życia trzy prostytutki. Wszystkie trzy uduszono, związano im ręce w przegubach i wrzucono je do wody.

Ostatnie dochodzenie Eriki poszło fatalnie, a w jego rezultacie zginął jej mąż. Kariera pani detektyw wisi na włosku, a ona sama mierzy się nie tylko ze swoimi demonami, ale też z mordercą bardziej przerażającym niż wszystko, z czym do tej pory miała okazję się mierzyć. Czy uda jej się dotrzeć do seryjnego mordercy zanim ten uderzy ponownie?

Jakie sekrety kryje Dziewczyna w lodzie?

Detektyw Erika Foster dorwie psychopatycznego mordercę. Nieważne, jak to się dla niej skończy.



„Erika Foster to wspaniała bohaterka. Inteligentna, wytrwała, zdecydowana i pełna pasji… Pełna napięcia, sugestywna i fascynująca lektura”. Angela Marsons

„Wciągająca lektura – kiedy już zaczniesz, trudno ją odłożyć”. – Rachel Abbott

„Intrygująca sieć kłamstw, tajemnic i suspensu”. – Mel Sherratt

Opinie o ebooku Dziewczyna w lodzie - Robert Bryndza

Fragment ebooka Dziewczyna w lodzie - Robert Bryndza

Dla Jána, dzielącego ze mną życie,

które niegdyś było komedią,

a teraz jest dramatem.

Prolog

Kiedy Andrea Douglas-Brown szła szybko pustą główną ulicą, chodnik połyskiwał w blasku księżyca. Jej obcasy wystukiwały cichy, często przerywany rytm – był to skutek wypitej sporej ilości wódki. W ostrym styczniowym powietrzu gołe nogi piekły ją z zimna. Boże Narodzenie i Nowy Rok minęły, zostawiając po sobie chłodną, jałową pustkę. Kobieta mijała pogrążone w ciemnościach witryny sklepowe, oświetlony był tylko monopolowy znajdujący się pod mrugającą latarnią. W środku siedział zgarbiony przed świecącym laptopem Hindus, który jednak nie zauważył, że przechodziła obok.

Andrea była tak wściekła, tak bardzo chciała zapomnieć już o tym pubie, że zastanowiła się, dokąd idzie, dopiero gdy zamiast witryn sklepowych zaczęła mijać wielkie, oddalone od chodnika domy. Powyżej rozciągał się zarys wiązu, znikający na tle bezgwiezdnego nieba. Zatrzymała się i oparła o mur, by złapać oddech. Krew szalała w jej ciele, lodowate powietrze paliło, gdy wciągała je do płuc. Odwróciła się i zobaczyła, że zaszła całkiem daleko, ponieważ była już w połowie wzgórza. Za nią rozciągała się droga, w pomarańczowym świetle lamp sodowych plama brązu zlewała się ze stacją kolejową, która znikała w ciemnościach. Andrea poczuła, że cisza i zimno ją przytłaczają. Jedynym, co ruszało się w okolicy, była para wodna, powstająca na mrozie, gdy wypuszczała powietrze. Wsadziła pod pachę różową kopertówkę i zadowolona z faktu, że w pobliżu nikogo nie ma, zadarła przód krótkiej sukienki i wyciągnęła zza bielizny iPhone.Kryształki Swarovskiego migotały leniwie w świetle latarni. Na ekranie pokazała się informacja o braku zasięgu. Dziewczyna zaklęła, wsadziła telefon z powrotem za gumkę majtek i otworzyła małą różową kopertówkę. Wyjęła z niej drugi, starszy iPhone, również zdobiony kryształkami Swarovskiego, chociaż kilka z nich już odpadło. Brak zasięgu.

Poczuła narastającą panikę i rozejrzała się dookoła. Oddalone od drogi domy chowały się za wysokimi żywopłotami i stalowymi bramami. Jeśli uda jej się dotrzeć na szczyt wzgórza, pewnie złapie zasięg. Pieprzyć to, pomyślała, zadzwoni do kierowcy ojca. Coś wymyśli i jakoś wytłumaczy, dlaczego znalazła się na południe od rzeki. Zapięła króciutką skórzaną kurtkę, zaplotła ręce na piersi i ruszyła w górę, cały czas trzymając w dłoni stary iPhone niczym talizman.

Ciszę rozdarł ryk silnika. Odwróciła głowę, zmrużyła oczy oślepiona blaskiem reflektorów. Gdy światło padło na jej odsłonięte nogi, poczuła się niemal naga. Jej nadzieje, że to tylko taksówka, rozwiały się, kiedy dojrzała niski dach samochodu i brak napisu WOLNY. Odwróciła się i ruszyła dalej. Ryk silnika narastał, po chwili wóz ją wyprzedził i zaczął rzucać wielki krąg światła na chodnik przed nią. Przez kilka kolejnych sekund nic się nie zmieniło, reflektory cały czas ją oświetlały; niemal czuła ich gorąco. Odwróciła się, zmrużyła oczy. Samochód jechał wolno parę metrów za nią.

Wściekła się, uświadomiwszy sobie, czyj to wóz. Machnęła długimi włosami i ruszyła do przodu. Samochód trochę przyśpieszył i zrównał się z nią. Miał przyciemniane szyby. Sprzęt nagłaśniający dudnił i trzeszczał, hałas nieprzyjemnie łaskotał jej uszy. Nagle przystanęła. Kilka sekund później samochód również przystanął, a potem cofnął się trochę. Muzyka ucichła. Silnik mruczał.

Pochyliła się i próbowała coś dojrzeć przez czarną szybę, ale zobaczyła jedynie własne odbicie. Chciała otworzyć drzwi, ale były zablokowane. Walnęła w nie różową kopertówką i ponownie szarpnęła za klamkę.

– Nie mam ochoty na żadne gierki, tam w pubie nie żartowałam! – wrzasnęła. – Albo otworzysz drzwi, albo…

Samochód stał w miejscu, silnik nadal cicho pomrukiwał.

Albo co? – zdawał się odpowiadać.

Wsadziła torebkę pod pachę, wystawiła do szyby środkowy palec i ruszyła w górę, do pokonania miała już ostatni odcinek drogi. Obok chodnika rosło wielkie drzewo, którego gruby pień oddzielał ją od świateł. Ponownie spojrzała na telefon, podniosła go nad głowę, żeby złapać zasięg. Na niebie nie było gwiazd, a brązowopomarańczowe chmury wisiały jakby na wyciągnięcie ręki. Samochód ruszył powoli do przodu i stanął obok drzewa.

Zaczęła się bać. Pozostała w cieniu drzewa i rozejrzała się wokół. Wzdłuż chodnika po obu stronach drogi, prowadzącej w górę i zalanej światłem podmiejskich latarni, ciągnęły się gęste żywopłoty. Nagle Andrea dojrzała coś po przeciwnej stronie: między dwoma dużymi domami znajdował się zaułek. Zauważyła mały znak z napisem: DULWICH 1 1/4.

– Spróbuj mnie złapać – mruknęła. Nabrała powietrza i rzuciła się do przodu, żeby przebiec przez drogę, ale potknęła się o jeden z grubych korzeni. Poczuła ostry ból, gdy skręcała jej się noga w kostce. Straciła równowagę, a kiedy uderzała biodrem o krawężnik, upuściła torebkę i telefon. Z głuchym łomotem walnęła głową o asfalt. Leżała oszołomiona w świetle reflektorów.

Zamrugała, próbując dojrzeć coś w ciemnościach.

Usłyszała, że otwierają się drzwi, spróbowała się podnieść, ale asfalt pod nią zaczął się kołysać i wirować. Zobaczyła nogi, niebieskie dżinsy… Drogie adidasy zrobiły się niewyraźne, a potem zaczęło jej się dwoić w oczach. Wyciągnęła rękę w oczekiwaniu, że znajoma postać pomoże jej wstać, ale zamiast tego ten ktoś gwałtownie się poruszył, a dłoń w skórzanej rękawiczce zacisnęła się na jej ustach i nosie. Druga ręka otoczyła ją na wysokości przedramion, przyciskając jej ręce do tułowia. Skóra rękawiczki była miękka i ciepła, ale siła znajdujących się w środku palców zszokowała dziewczynę. Podniesiono ją, szybko zawleczono do samochodu i wrzucono na tylne siedzenie. Drzwi się zatrzasnęły i nagle przestała odczuwać chłód. Leżała zszokowana, nie pojmując, co się właśnie wydarzyło.

Samochód zakołysał się, gdy kierowca wsiadł z przodu na miejsce pasażera i zatrzasnął drzwi. Rozległ się szczęk zamykającego się zamka centralnego. Otworzono schowek, coś zaszeleściło, zamknięto schowek. Samochód ponownie się zakołysał się, gdy kierowca przeszedł między przednimi fotelami i usiadł na plecach Andrei, pozbawiając ją tchu. Kilka chwil później cienki plastik owijał jej ściągnięte na plecach nadgarstki, wrzynając się boleśnie w skórę. Napastnik szybko i zwinnie przesunął jej ciało, przycisnął umięśnione uda do związanych nadgarstków, następnie zaczął odklejać szeroką taśmę i owijać jej nogi. W tym momencie ból w skręconej kostce się nasilił. Kiedy intensywny zapach sosnowego odświeżacza samochodowego zaczął mieszać się z miedzianym posmakiem, zrozumiała, że leci jej krew z nosa.

Wściekłość wywołała przypływ adrenaliny, Andrea na chwilę odzyskała jasność umysłu.

– Co ty wyprawiasz, do kurwy nędzy? – zaczęła się buntować. – Zacznę krzyczeć. Wiesz, jak głośno potrafię się drzeć!

Ale kierowca odwrócił się, przycisnął kolanami jej plecy i wydusił z niej resztki powietrza. Kątem oka Andrea dojrzała cień, coś twardego i ciężkiego uderzyło ją w tył głowy.

Poczuła straszliwy ból i zobaczyła gwiazdy. Ręka uniosła się jeszcze raz i jeszcze raz, a potem wszystko stało się czarne.

Gdy zaczęły padać pierwsze płatki śniegu, wirując leniwie nad asfaltem, droga wciąż była cicha i pusta. Elegancki samochód o przyciemnianych szybach ruszył niemal bezgłośnie w ciemną noc.

Rozdział 1

Lee Kinney wyszedł z niewielkiego domku szeregowego, w którym nadal mieszkał z matką, i spojrzał w kierunku pokrytej białym puchem głównej ulicy. Wyciągnął z kieszeni dresu paczkę papierosów, zapalił jednego. Śnieg padał cały weekend i jeszcze nie przestał, zasypując od nowa ślady butów i opon. Znajdująca się u stóp wzgórza stacja kolejowa Forest Hill była cicha; w poniedziałek rano osoby dojeżdżające do pracy w centrum Londynu pewnie nadal leżały w ciepełku ze swoimi drugimi połówkami, ciesząc się z nieoczekiwanego poranka w łóżku.

Cholerni szczęściarze.

Lee był bezrobotny, odkąd sześć lat temu skończył szkołę, ale dobre czasy życia z zasiłku dla bezrobotnych dobiegły końca. Nowy rząd torysów zaczął czepiać się osób siedzących na zasiłku i teraz Lee musiał sobie na niego zapracować. Dostał spokojną pracę ogrodnika w Horniman Museum, od siebie szedł tam dziesięć minut. Chciał zostać dzisiaj w domu jak wszyscy, ale nie było żadnych wieści z pośredniaka, więc musiał iść do pracy. Podczas porannej awantury matka wykrzyczała, że jeśli nie pójdzie, wstrzymają mu wypłatę zasiłku i będzie musiał wynosić się z domu.

Rozległ się trzask i w oknie ukazała się wychudzona twarz matki. Pokazał jej środkowy palec i zaczął wchodzić na wzgórze.

Naprzeciwko szły cztery ładne nastolatki w czerwonych marynarkach, krótkich spódniczkach i podkolanówkach z emblematem szkoły dla dziewcząt w Dulwich. Wymachiwały iPhone’ami i gadały jedna przez drugą z tym swoim pretensjonalnym akcentem, jak to nie wpuszczono ich dzisiaj do szkoły. Z kieszeni ich marynarek zwisały charakterystyczne białe słuchawki. Szły całą szerokością chodnika i nie zrobiły miejsca dla Lee, musiał więc zejść z krawężnika w ciemną breję zostawioną przez piaskarkę. Poczuł, jak lodowata woda wlewa się do jego nowych adidasów, i spojrzał wściekle na dziewczyny, te jednak były zbyt zajęte plotkami, żeby zwrócić na niego uwagę, i aż piszczały z radości.

Walcie się, bogate zdziry, pomyślał. Gdy dotarł na szczyt wzgórza, pomiędzy gołymi gałęziami wiązów dostrzegł wieżę zegarową Horniman Museum. Gdzieniegdzie na gładkich piaskowych ścianach budynku pozostawały resztki śniegu, przypominającego grudki mokrego papieru toaletowego.

Lee skręcił w prawo w ulicę, która biegła równolegle do żelaznego ogrodzenia muzeum. Droga pięła się ostro w górę, domy stawały się coraz okazalsze. Gdy dotarł na szczyt, zatrzymał się na chwilę, żeby złapać oddech. Zimny śnieg padał mu na powieki. W pogodny dzień widać stąd było cały Londyn, rozciągający się przez wiele kilometrów aż do London Eye przy Tamizie, dzisiaj jednak wszystko skrywała biała chmura, Lee dostrzegał jedynie ogromne budynki osiedla Overhill po przeciwległej stronie wzgórza.

Furtka w żelaznym parkanie była zamknięta. Wiatr wiał teraz poziomo i ubrany tylko w dres Lee zaczął się trząść. Ekipą ogrodników zarządzał żałosny starygłupek. Lee miał na niego poczekać, żeby ten wpuścił go do środka, ale na ulicy było pusto. Rozejrzał się wokół dla pewności, a potem sforsował niewielką furtkę prowadzącą na teren muzeum i poszedł wąską ścieżką między wysokimi zielonymi żywopłotami.

Osłonięty teraz przed ostrym wiatrem świat wydawał się upiornie cichy. Śnieg szybko zasypywał ślady butów, gdy Lee szedł wzdłuż rzędów krzaków. Teren Horniman Museum zajmował prawie siedem hektarów, szopa dla ogrodników i konserwatorów znajdowała się z tyłu, przy wysokiej ścianie z zakrzywionym szczytem. Wszędzie widać było rozmazaną biel, Lee stracił orientację i wszedł w ogrody głębiej, niż się spodziewał, aż znalazł się przy Oranżerii. Spojrzał z zaskoczeniem na zdobiony kutym żelazem i szkłem budynek. Cofnął się, ale po kilku minutach znowu stanął na nieznanym sobie terenie, przy rozwidleniu ścieżek.

Ile razy chodziłem już po tych cholernych ogrodach? – pomyślał. Skręcił w prawo, w drogę prowadzącą do ogrodu na niższym poziomie. Na śnieżnobiałych plintach stały białe marmurowe cherubiny. Wiatr wiał wokół nich z rykiem, a gdy Lee je mijał, odniósł wrażenie, że małe puste oczka rzeźb za nim spoglądają. Przystanął i dłonią osłonił twarz przed śniegiem, próbując ustalić najkrótszą drogę do Centrum dla Odwiedzających. Z reguły ogrodników nie wpuszczano do muzeum, ale było koszmarnie zimno i pewnie mieli otwartą kawiarnię, a on chciał rozgrzać się jak każdy normalny człowiek.

Telefon zawibrował mu w kieszeni, wyjął go. Dostał esemesa z pośredniaka, że „z uwagi na niekorzystne warunki pogodowe nie będzie dzisiaj musiał przychodzić do pracy”. Schował komórkę. Miał wrażenie, że wszystkie cherubiny odwróciły głowy w jego stronę. Czy wcześniej też tak było? Wyobraził sobie, że powoli poruszają głowami i patrzą, jak chodzi po ogrodzie. Odsunął od siebie tę myśl, szybko przeszedł obok owych kamiennych oczu, wpatrując się w zasypaną śniegiem ziemię, i znalazł się na cichym terenie wokół opuszczonego jeziora.

Zatrzymał się i zmrużył oczy, próbując dostrzec coś wśród gęsto padającego śniegu. Wypłowiała niebieska łódka osiadła na nieskazitelnie białym owalu usypanym ze śniegu na zamarzniętym jeziorze. Na drugim brzegu jeziora stał mały rozpadający się hangar dla łodzi, Lee z trudem dojrzał pod dachem pokrowiec jednej z nich.

Do przemoczonych adidasów wpadał śnieg, mimo kurtki chłopak czuł, jak chłód ogarnia jego klatkę piersiową. Ze wstydem uświadomił sobie, że tak właściwie to się boi. Musiał się stąd wydostać. Jeśli zawróci do dolnego ogrodu, znajdzie drogę do parkanu i wyjdzie na London Road. Stacja benzynowa na pewno jest otwarta, kupi sobie fajki i czekoladę.

Już miał się odwrócić, gdy ciszę rozdarł jakiś hałas – metaliczny i zniekształcony, dochodzący od strony łodzi.

– Ej! Kto tam?! – wrzasnął cienkim, pełnym paniki głosem. Dopiero gdy dźwięk ustał, a po kilku sekundach znowu się rozległ, Lee doszedł do wniosku, że pewnie ktoś dzwoni do któregoś z jego współpracowników.

Przez padający gęsto śnieg nie umiał powiedzieć, w którym miejscu ścieżka się kończy, a w którym zaczyna, tak więc zdecydował się iść jak najbliżej drzew rosnących wokół jeziora, cały czas zbliżając się do źródła dźwięku. Dzwonek był bardzo cichy, ale gdy Lee znalazł się bliżej, zrozumiał, że dobiega z łodzi.

Doszedł do niskiego dachu, schylił się i zobaczył poświatę rozświetlającą ciemności za małą łodzią. Telefon przestał dzwonić, kilka sekund później światło zgasło. Lee poczuł ogromną ulgę – to tylko telefon. Nocą narkomani i bezdomni często przełazili przez płot, a ogrodnicy nieraz znajdowali puste portfele – porzucone, gdy już wyjęto z nich wszystkie pieniądze i karty płatnicze – zużyte prezerwatywy i igły. Ktoś pewnie zostawił telefon. Ale po co zostawiać telefon… To chyba musi być naprawdę gówniany sprzęt? – pomyślał Lee.

Obszedł małą łódź. Ze śniegu wystawały pale niewielkiego pomostu, który prowadził do wnętrza małego hangaru dla łodzi. Tam gdzie śnieg nie napadał, było widać zgniłe deski. Lee szedł powoli, schylając się pod okapem niskiego dachu. Drewno nad jego głową było przegniłe i pełne drzazg, wisiały pod nim płachty pajęczyn. Chłopak stanął obok łodzi i na wąskiej belce po drugiej stronie hangaru dojrzał iPhone.

Poczuł ekscytację. Taki telefon mógł bez problemu sprzedać w pubie. Szturchnął nogą łódź, ta jednak ani drgnęła; woda wokół niej była zupełnie zamarznięta. Obszedł dziób i zatrzymał się po drugiej stronie pomostu. Uklęknął i pochylił się, rękawem kurtki zmiótł śnieg, odsłaniając grubą warstwę lodu. Woda pod spodem była czysta, w głębi dojrzał dwie pływające leniwie ryby w czerwone i czarne cętki. Każda z nich wydychała serie małych bąbelków, które docierały do warstwy lodu i uciekały w przeciwnych kierunkach.

Telefon zaczął dzwonić i Lee skoczył na równe nogi tak gwałtownie, że niemal spadł z pomostu. Pod zadaszeniem rozległ się tandetny dzwonek. Chłopak widział, jak ekran telefonu oświetla teraz przeciwległą ścianę hangaru, aparat leżał na krawędzi belki tuż nad zamarzniętą powierzchnią wody. Był w wysadzanym kryształkami etui. Lee podszedł do łodzi i postawił stopę na drewnianym siedzisku, potem, cały czas stojąc drugą nogą na pomoście, sprawdził, czy łódź wytrzyma jego ciężar. Nie zachwiała się.

Wszedł do niej, ale nawet stąd telefon wciąż znajdował się poza zasięgiem jego rąk. Zmotywowany myślą o pliku banknotów, tworzących wybrzuszenie w kieszeni dresu, postawił nogę po drugiej stronie łodzi, złapał się jej krawędzi i delikatnie nadepnął na lód, ryzykując przemoczenie butów do końca. Lód okazał się wytrzymały. Wyszedł z łodzi, postawił na lodzie drugą nogę, nasłuchując ostrzegawczych trzasków czy skrzypnięć. Cisza. Zrobił mały krok, potem kolejny. Miał wrażenie, że idzie po betonie.

Okap drewnianego dachu wisiał krzywo. Aby dotrzeć do iPhone’a, będzie musiał usiąść. Gdy przykucnął, blask ekranu ponownie oświetlił wnętrze hangaru. Chłopak zauważył kilka wystających z lodu starych plastikowych butelek i śmieci, i nagle coś przykuło jego uwagę… to wyglądało jak koniuszek palca.

Serce zaczęło mu bić jak oszalałe. Wyciągnął rękę i ścisnął to. Zimne i gumowate. Pomalowany na purpurowo paznokieć pokrywał szron. Lee oczyścił rękawem kurtki lód wokół. Światło z iPhone’a zalało zamarzniętą powierzchnię mętnym zielonym blaskiem. Chłopak dojrzał dłoń, zakończoną wystającym z lodu palcem. Reszta ręki znajdowała się dużo głębiej.

Telefon przestał dzwonić, nastąpiła ogłuszająca cisza. I wtedy Lee to zobaczył. Dokładnie pod nim znajdowała się twarz dziewczyny. Jej jasnobrązowe oczy patrzyły na niego obojętnie. Obok unosiło się pasmo ciemnych włosów. Tuż przy twarzy przepłynęła ryba, która lekko dotknęła ogonem ust, rozchylonych, jakby dziewczyna chciała coś powiedzieć.

Lee cofnął się z krzykiem, odskoczył i uderzył głową w niski dach hangaru. Odbił się od niego, nogi mu się rozjechały i walnął plecami w lód.

Przez chwilę leżał ogłuszony. Potem usłyszał cichy trzask. Spanikował, zaczął kopać i drapać lód, żeby wstać, żeby jak najszybciej uciec od tej martwej dziewczyny, ale nogi znowu odmówiły mu posłuszeństwa i rozjechały się. Tym razem wpadł do lodowatej wody. Poczuł dotyk wiotkich rąk dziewczyny, jej śliska skóra zetknęła się z jego skórą. Im bardziej walczył, tym ciaśniej ich kończyny się ze sobą splatały. Chłód był ostry i dojmujący. Lee niechcący napił się brudnej wody, zaczął energiczniej kopać i młócić rękami. Jakimś cudem udało mu się dźwignąć i wspiąć na brzeg łodzi. Zwymiotował, żałując, że nie udało mu się dosięgnąć tamtego telefonu, jednak nie myślał już o sprzedawaniu go w pubie.

Teraz pragnął jedynie zadzwonić po pomoc.

Rozdział 2

Erika Foster czekała przez pół godziny w brudnej recepcji komisariatu policji na Lewisham Row. Wierciła się na niewygodnym krześle z zielonego plastiku, przymocowanym do podłogi tak jak reszta pozostałych. Siedzenia były wypłowiałe i błyszczące, przez wiele lat polerowane przez zaniepokojone, pełne skruchy tyłki. Duże okno wychodziło na parking, obwodnicę, szary biurowiec i rozrastające się centrum handlowe, teraz jednak wszystko to było niemal niewidoczne w szalejącej zamieci. Od głównego wejścia do biurka, przy którym siedział funkcjonariusz dyżurny, wpatrujący się zaczerwienionymi oczami w ekran komputera, prowadziła ścieżka błota. Mężczyzna miał szeroką twarz z podwójnym podbródkiem i w zamyśleniu grzebał sobie w zębach, po czym wyciągał znaleziska palcem, przyglądał im się i wsadzał je z powrotem do ust.

– Szef powinien zaraz się zjawić – powiedział.

Otaksował Erikę wzrokiem: jej szczupłą sylwetkę, wypłowiałe niebieskie dżinsy, wełniany sweter i krótką fioletową kurtkę. Potem popatrzył na małą walizkę na kółkach stojącą na podłodze. Erika spojrzała na niego groźnie i oboje odwrócili wzrok. Na ścianie obok niej wisiało mnóstwo różnych plakatów informacyjnych. NIE BĄDŹ OFIARĄ PRZESTĘPSTWA! – głosił jeden z nich. Pomyślała, że umieszczanie takiego plakatu w recepcji posterunku to jednak głupi pomysł.

Nagle drzwi obok biurka skrzypnęły i na korytarz wyszedł główny nadinspektor Marsh. Od ich ostatniego spotkania jego krótkie włosy znacznie posiwiały, ale mimo wyraźnego zmęczenia na twarzy nadal był przystojny. Erika wstała i podała mu rękę.

– Główna inspektor Foster, przepraszam, że musiała pani czekać. Jak minął lot? – spytał, odbierając od niej walizkę.

– Było opóźnienie… Więc leciałam pasażerskim – odparła przepraszająco.

– Ten cholerny śnieg nie mógł spaść w gorszym momencie – powiedział, a po chwili dodał: – Sierżancie Woolf, to główna inspektor Foster, przyleciała do nas z Manchesteru. Proszę natychmiast przydzielić jej samochód…

– Tak jest, sir. – Woolf skinął głową.

– I proszę o telefon – dorzuciła. – Byłabym wdzięczna, gdyby znalazł pan coś starszego, najlepiej z klawiaturą. Nienawidzę ekranów dotykowych.

– Zaczynajmy – rzekł Marsh. Machnął legitymacją, drzwi zabrzęczały, trzasnęły i się otworzyły.

– Co za zarozumiały babsztyl – mruknął Woolf, gdy zniknęli mu z pola widzenia.

Erika szła za Marshem długim, niskim korytarzem. Wszędzie dzwoniły telefony, mundurowi i pracownicy po cywilnemu śpieszyli w przeciwnym kierunku, na ich bladych, nieopalonych w styczniu twarzach widać było napięcie. Erika i główny nadinspektor minęli przypięty do ściany plakat z ligą fantasy football, a tuż obok wisiała identyczna tablica, tyle że z rzędami zdjęć i nagłówkiem: POLEGLI NA SŁUŻBIE. Zamknęła oczy i otworzyła je dopiero po chwili. Prawie wpadła na Marsha, który zatrzymał się przy drzwiach z tabliczką CENTRUM KOORDYNACYJNE. Przez wpółotwartą żaluzję zobaczyła, że pokój był pełen ludzi. Poczuła przypływ paniki. Zaczęła się pocić pod grubą zimową kurtką. Marsh złapał za klamkę.

– Miałeś mnie wprowadzić w temat, zanim… – zaczęła.

– Nie ma na to czasu – odparł. Gwałtownie otworzył drzwi i puścił ją przodem, nie dając jej szansy na reakcję.

Centrum koordynacyjne było dużą, otwartą przestrzenią. Kilkudziesięciu policjantów nagle zamilkło, ich pełne oczekiwania twarze błyszczały w ostrym świetle jarzeniówek. Szklane ścianki działowe po obu stronach były skierowane na korytarz, wzdłuż jednej z nich stał rząd drukarek i kserokopiarek. Od nich, między biurkami aż do białych tablic wiszących na przeciwległej ścianie, prowadziła wydeptana na cienkiej wykładzinie ścieżka. Gdy Marsh ruszył do przodu, Erika szybko postawiła walizkę przy kserokopiarce, która wyrzucała z siebie dziesiątki kopii, i przysiadła na biurku.

– Dzień dobry wszystkim – powiedział Marsh. – Jak już wiecie, cztery dni temu zgłoszono zaginięcie dwudziestotrzyletniej Andrei Douglas-Brown. Potem zapanował chaos medialny. Dzisiaj rano, tuż po dziewiątej, przy Horniman Museum w Forest Hill znaleziono ciało młodej dziewczyny odpowiadającej rysopisowi Andrei. Wstępnie zidentyfikowaliśmy telefon należący do Andrei, ale musimy mieć pewność. Kryminalistycy już tam jadą, jednak ten cholerny śnieg wszystko spowalnia…

Rozdzwonił się któryś z telefonów. Marsh przerwał. Telefon cały czas dzwonił.

– No ludzie, do ciężkiej cholery, to jest centrum koordynacyjne. Czy ktoś może odebrać ten telefon?

Jeden z siedzących z tyłu policjantów złapał słuchawkę i zaczął cicho do niej mówić.

– Jeśli tożsamość się potwierdzi, to mamy do czynienia z zabójstwem młodej dziewczyny, powiązanej z bardzo potężną i wpływową rodziną, więc musimy zapanować nad sytuacją. Między innymi dziennikarzami. Ktoś za to beknie.

Na biurku naprzeciwko Eriki porozkładano gazety. Na pierwszych stronach nagłówki krzyczały: ZAGINĘŁA CÓRKA PROMINENTNEGO DZIAŁACZA PARTII PRACY i PORWANIE ANDIE TO SPISEK TERRORYSTÓW? Najbardziej w oczy rzucał się trzeci nagłówek: nad wielkim na całą stronę zdjęciem Andrei widniał napis: UPROWADZONA?

– To jest główna inspektor Foster. Przyjechała do nas z policji w Manchesterze. – Poczuła na sobie wzrok wszystkich na sali.

– Witam, cieszę się, że… – zaczęła, ale przerwał jakiś policjant o tłustych czarnych włosach.

– Szefie, pracowałem przy sprawie Douglas-Brown, gdy była jeszcze osobą zaginioną, i…

– I? O co chodzi, inspektorze Sparks? – spytał Marsh.

– I mój zespół chodzi jak w zegarku. Sprawdzamy kilka wątków. Jesteśmy w stałym kontakcie z rodziną…

– Foster ma doświadczenie w pracy nad poufnymi sprawami.

– Ale…

– Sparks, bez dyskusji. Od tej pory Foster przejmuje dochodzenie… Zabiera się do pracy w tej chwili, wiem, że pomożesz jej, jak tylko będziesz potrafił – powiedział stanowczo Marsh. Zapadła niezręczna cisza. Sparks usiadł z powrotem na swoim krześle i zaczął wpatrywać się w Erikę z obrzydzeniem. Wytrzymała jego spojrzenie.

W tym czasie Marsh kontynuował:

– Nie wolno nikomu puścić pary z ust. Mówię poważnie. Żadnych dziennikarzy, żadnych plotek. Rozumiemy się?

Rozległ się pomruk oznaczający zgodę.

– Foster, idziemy do mnie.

Erika stała w znajdującym się na ostatnim piętrze biurze Marsha i patrzyła, jak mężczyzna przerzuca teczki na swoim biurku. Wyjrzała przez okno, z którego rozpościerał się jeszcze piękniejszy widok na Lewisham. Za centrum handlowym i stacją kolejową widać było nierówne zarysy czerwonych szeregówek, ciągnących się aż do dzielnicy Blackheath. Biuro Marsha bardzo różniło się od gabinetów innych głównych nadinspektorów. Na parapecie nie było żadnych modeli samochodów, na półkach nie stały rodzinne zdjęcia. Na biurku walały się stosy papierzysk, a te, które się na nim nie zmieściły, zostały przełożone na półki przy oknie i wepchnięte w grube teczki z aktami spraw. Wśród papierzysk znajdowały się nieotwarte koperty, stare pocztówki bożonarodzeniowe i pozwijane karteczki samoprzylepne pokryte gęstym, pełnym zawijasów pismem nadinspektora. Na krzesło stojące w jednym z kątów rzucono niedbale mundur i czapkę, a na nie pogniecione spodnie, obok migał na czerwono ładujący się Blackberry. Pokój stanowił dziwną mieszankę chłopięcej sypialni i gabinetu przedstawiciela władz. Wreszcie Marsh znalazł małą bąbelkową kopertę i wręczył ją Erice. Oderwała brzeg i wyjęła swój portfel, odznakę i legitymację.

– Czyli co, od zera do bohatera? – spytała, obracając odznakę w dłoni.

– Nie chodzi o ciebie. Ciesz się – odparł, obszedł biurko i usiadł na krześle.

– Jasno i wyraźnie powiedziano mi, że gdy wrócę do służby, co najmniej na pół roku trafię do administracji.

Wskazał jej miejsce naprzeciwko.

– Kiedy do ciebie dzwoniłem, mieliśmy sprawę zaginięcia. Teraz mamy już zabójstwo. Czy muszę przypominać, kim jest jej ojciec?

– Lord Douglas-Brown. Czy to nie on jest jednym z głównych rządowych dostawców sprzętu na wojnę z Irakiem? I jednocześnie zasiada w rządzie?

– Tu nie chodzi o politykę.

– A od kiedy ja się przejmuję polityką?

– Andrea Douglas-Brown zaginęła na moim terenie. Lord Douglas-Brown bardzo nas naciskał. Ma ogromne wpływy, może pomóc komuś w awansie albo złamać mu karierę. Później mam spotkanie z zastępcą komendanta i kimś z kancelarii rządu…

– Czyli chodzi o twoją karierę?

Spojrzał na nią ostro.

– Potrzebuję tożsamości ofiary i podejrzanego. I to natychmiast.

– Tak jest, sir. – Zawahała się. – Czy mogę spytać, dlaczego akurat ja? Czy chcecie rzucić mnie na pożarcie jako potencjalnego kozła ofiarnego? A potem Sparks posprząta cały bajzel i wyjdzie na bohatera? Mam prawo wiedzieć, jeśli…

– Matka Andrei jest Słowaczką. Tak samo jak ty. Pomyślałem, że jeśli matka będzie mieć pod ręką policjantkę, z którą może się identyfikować…

– Czyli chodzi o dobry PR?

– Jeśli chcesz patrzeć na to z tej strony, to tak. Ale wiem też, że jesteś świetna w tym, co robisz. Fakt, ostatnio były problemy, ale twoje osiągnięcia zdecydowanie przewyższają to, co…

– Proszę, nie wciskaj mi kitu – odparła ostro.

– Eriko, jedyne, czego nigdy nie opanowałaś, to polityki władzy. Gdyby było inaczej, pewnie siedzielibyśmy teraz na równorzędnych stanowiskach.

– Jasne. No cóż, mam swoje zasady. – Spojrzała na niego twardo. Zapadła cisza.

– Eriko… Ściągnąłem cię tutaj, bo wydaje mi się, że potrzebujesz przerwy. Nie rezygnuj z pracy, zanim ją zaczęłaś.

– Dobrze – odrzekła.

– A teraz pojedź na miejsce zbrodni. Złóż mi raport, gdy tylko zdobędziesz jakieś informacje. Jeśli to Andrea Douglas-Brown, to rodzina będzie musiała oficjalnie potwierdzić jej tożsamość.

Wstała i ruszyła do wyjścia. Marsh mówił dalej, już łagodniejszym tonem:

– Na pogrzebie nie miałem kiedy powiedzieć ci, jak bardzo mi przykro z powodu Marka. Był rewelacyjnym gliną i świetnym przyjacielem.

– Dziękuję. – Utkwiła wzrok w podłodze. Nadal ciężko znosiła, gdy ktoś wypowiadał jego imię. Z trudem powstrzymywała łzy. Marsh odchrząknął i znowu zaczął mówić oficjalnym tonem.

– Wiem, że zaangażujesz się w tę sprawę. Chcę, żebyś informowała mnie o każdej podjętej decyzji.

– Tak jest.

– I, Eriko?

– Tak?

– Włóż coś bardziej formalnego.

Rozdział 3

Erika znalazła damską szatnię i szybko przebrała się w zapomniany już, ale dobrze znany zestaw, składający się z czarnych spodni, białej bluzki, ciemnego swetra i długiej skórzanej kurtki.

Gdy upychała cywilne ubranie do szafki, na końcu jednej z długich drewnianych ławek zauważyła zgnieciony egzemplarz „Daily Mail”. Przyciągnęła do siebie gazetę i wygładziła kartki. Pod nagłówkiem: ZAGINĘŁA CÓRKA PROMINENTNEGO DZIAŁACZAPARTII PRACY znajdowało się duże zdjęcie Andrei Douglas-Brown. Była piękna i elegancka, miała długie, brązowe włosy, pełne usta i błyszczące piwne oczy. Na zdjęciu skąpa góra od bikini podkreślała jej opaleniznę, dziewczyna stała wyprostowana, by było widać jej pełne piersi. Pewna siebie patrzyła w obiektyw aparatu. Zdjęcie zostało zrobione na jachcie, niebo za nią było błękitne, promienie słońca odbijały się w wodzie. Z obu stron Andreę obejmowały silne męskie ramiona, jeden mężczyzna był wyższy, drugi niższy – reszta zdjęcia została ucięta.

W „Daily Mail” opisano dziewczynę jako „drugoligową bywalczynię salonów” – Erika była przekonana, że Andrei bardzo by się to nie spodobało – ale nie nazywano jej „Andie”, tak jak w pozostałych tabloidach. Dziennikarze rozmawiali z jej rodzicami, lordem i lady Douglasami-Brownami, i jej narzeczonym, którzy błagali, by Andrea się z nimi skontaktowała.

Erika zaczęła przeszukiwać kieszenie swojej kurtki i znalazła notes. Nadal tam był, po tylu miesiącach. Spisała nazwisko narzeczonego, Giles Osborne, i dopisała: Czy Andrea uciekła? Przez chwilę patrzyła na napisane słowa, a potem zaczęła je wykreślać z taką zaciekłością, że w końcu rozdarła kartkę. Wsadziła notes do tylnej kieszeni spodni, a do drugiej już miała schować legitymację, ale przerwała w pół ruchu: znajomy ciężar, skórzane etui było wygięte po wszystkich tych latach spędzonych w tylnej kieszeni spodni.

Podeszła do lustra wiszącego nad rzędem umywalek, otworzyła etui i wyciągnęła je przed siebie. Kobieta na zdjęciu miała zaczesane do tyłu blond włosy, była pewna siebie i patrzyła wyzywająco w obiektyw aparatu. Kobieta w lustrze była chuda i blada. Jej krótkie blond włosy posklejały się w strąki, zaczęły siwieć u nasady. Przez chwilę Erika patrzyła na swoją drżącą rękę, a potem zamknęła etui.

Będzie musiała poprosić o nowe zdjęcie.

Rozdział 4

Gdy Erika wyszła z damskiej szatni, sierżant dyżurny Woolf czekał już na korytarzu. Zaczął dreptać obok niej i zorientował się, że była od niego o głowę wyższa.

– Oto pani telefon: naładowany i gotowy do użycia – powiedział, wręczając jej przezroczystą plastikową torebkę z aparatem i ładowarką. – Po lunchu będzie na panią czekał samochód.

– Nie mieliście niczego z normalnymi przyciskami? – warknęła, gdy zobaczyła, że w torebce znajduje się smartfon.

– Ma przycisk do włączania i wyłączania – odparł równie złośliwie.

– Czy możecie wrzucić to do bagażnika samochodu, który po mnie podjedzie, sierżancie? – spytała po chwili, wskazując walizkę na kółkach. Minęła go i weszła do centrum koordynacyjnego. Nagle wszystkie rozmowy ucichły. Podeszła do niej niska, pulchna kobieta.

– Jestem detektyw Moss. Właśnie próbujemy zorganizować pani jakieś biuro. – Policjantka miała grube rude włosy, a na jej twarzy było tyle piegów, że tworzyły ogromne plamy. – Wszystkie informacje od razu trafiają na tablice, każę je też wydrukować i zanieść do pani gabinetu, gdy już…

– Wystarczy mi biurko – odparła Erika. Podeszła do tablic, do których na górze przypięto dużą mapę terenu muzeum, a poniżej zdjęcie Andrei z kamery przemysłowej.

– Ostatnie zdjęcie zrobiono jej przy stacji London Bridge, gdy o dwudziestej czterdzieści pięć wsiadała do pociągu do Forest Hill – powiedziała Moss, która poszła za Eriką. Na fotografii było widać, że wsiadająca do wagonu Andrea miała gołe nogi. Była wyraźnie wściekła. Miała na sobie eleganckie ubranie – obcisłą skórzaną kurtkę narzuconą na małą czarną, różowe szpilki i dobraną do nich kopertówkę.

– Czy weszła do pociągu sama? – spytała Erika.

– Tak, mam film z kamery na dworcu, z której pochodzi to zdjęcie – odparła Moss, wzięła laptopa i podeszła do Eriki. Ustawiła sprzęt na pliku teczek i powiększyła okno z filmem. Obejrzały nagranie w przyśpieszonym tempie, kamera obejmowała bok peronu. Andrea przeszła przez cały ekran i wsiadła do pociągu. Trwało to tylko kilka sekund, więc Moss zapętliła film.

– Wygląda na porządnie wkurzoną – zauważyła Erika.

– Tak. Jakby miała zamiar coś komuś wygarnąć – zgodziła się Moss.

– A gdzie był wtedy jej narzeczony?

– Ma mocne alibi, brał udział w imprezie w centrum Londynu.

Kilka razy obejrzały, jak Andrea idzie wzdłuż peronu i wsiada do pociągu. Poza nią na peronie nie było żywej duszy.

– To nasz dowódca, sierżant Crane – powiedziała po chwili Moss, wskazując na młodego blondyna z krótkimi, potarganymi włosami, który jednocześnie rozmawiał przez telefon, przeszukiwał teczki i jadł batona, próbując połknąć, ile tylko się da. Kątem oka Erika zobaczyła, że Sparks, który też rozmawiał przez telefon, odkłada słuchawkę. Włożył kurtkę i ruszył w kierunku drzwi.

– Dokąd pan idzie? – spytała.

Zatrzymał się i odwrócił.

– Technicy właśnie pozwolili nam wejść na miejsce zbrodni. Chyba nie zapomniała pani, że mamy jak najszybciej zidentyfikować ofiarę?

– Sparks, chciałabym, żeby został pan tutaj. Moss, ty jedziesz ze mną, a ty jak się nazywasz? – spytała wysokiego, przystojnego czarnoskórego policjanta, który rozmawiał przez telefon przy biurku obok.

– Peterson – odparł, zasłoniwszy słuchawkę dłonią.

– W porządku, detektywie Peterson. Też ze mną jedziesz.

– A ja co mam robić, siedzieć tutaj i przebierać palcami? – spytał ostro Sparks.

– Nie. Potrzebuję filmów ze wszystkich kamer na terenie Horniman Museum i okolicznych ulic.

– Już je mamy – przerwał jej.

– Nie, chcę, żeby rozszerzył pan poszukiwania na wszystko, co działo się na tym terenie w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin przed zniknięciem Andrei i po jej zniknięciu. Poza tym należy przepytać wszystkich ludzi z muzeum i okolic. Musimy mieć wszelkie możliwe informacje na temat dziewczyny. Rodzina, przyjaciele, wyciągi z kont, raporty lekarskie i billingi, maile, aktywność na portalach społecznościowych. Kto ją lubił? Kto jej nienawidził? Chcę wiedzieć wszystko. Czy miała komputer, czy laptopa? Na pewno laptopa, też chcę go mieć.

– Powiedziano mi, że nie możemy go dostać; lord Douglas-Brown wyraził się bardzo jasno… – zaczął Sparks.

– No to ja mówię, że ma pan go dostać. – W pokoju zapanowała idealna cisza. Niezrażona tym Erika kontynuowała: – I nikomu – powtarzam, nikomu – nie wolno rozmawiać z dziennikarzami ani przekazywać innym żadnych informacji. Słyszycie? Nie chcę nawet, żebyście mówili „Bez komentarza”. Gęby na kłódkę… Inspektorze Sparks, wie pan już, co robić?

– Tak – odparł, patrząc na nią wściekle.

– Crane, uda ci się wszystko zorganizować w centrum koordynacyjnym?

– Postaram się – odrzekł, połykając ostatni kęs batonika.

– Świetnie. Zatem zbieramy się tutaj o czwartej.

Wyszła z pokoju, Moss i Peterson podążyli za nią. Sparks rzucił kurtką.

– Co za suka – mruknął pod nosem i usiadł przy komputerze.

Rozdział 5

Moss patrzyła znad kierownicy na zasypaną śniegiem drogę. Erika siedziała obok niej, Peterson zajął miejsce z tyłu. Niezręczną ciszę od czasu do czasu przerywał pisk wycieraczek sunących po przedniej szybie, które sprawiały wrażenie posypanych wiórkami kokosowymi.

Południowa część Londynu wyglądała, jak gdyby ktoś pomalował ją wszystkimi odcieniami brudnej szarości. Mijali rozpadające się domy z zabetonowanymi ogrodami od frontu, tak by powstało miejsce na parkingi. Jedynymi kolorowymi plamami były czarne, zielone i niebieskie kosze na śmieci, pogrupowane kolorami.

Droga skręciła ostro w lewo, a potem zatrzymali się w korku na dojeździe do ronda Catford Gyratory. Moss włączyła koguta i samochody zaczęły zjeżdżać na chodnik, by ich przepuścić. Ogrzewanie w radiowozie było zepsute, więc Erika miała wymówkę, by schować trzęsące się ręce głęboko do kieszeni długiej skórzanej kurtki w nadziei, że dygoce z głodu, a nie z powodu presji, jaką odczuwała przy tym zadaniu. W schowku nad radiem dojrzała opakowanie długich żelków o smaku lukrecji.

– Mogę się poczęstować? – spytała, przerywając nieprzyjemną ciszę.

– Jasne, bardzo proszę – odrzekła Moss. Wcisnęła pedał gazu i przemknęli utworzonym przez inne pojazdy korytarzem, tylne koła zaczęły się ślizgać po pokrytej lodem drodze. Erika wyjęła żelka z paczki, wsadziła go do ust i zaczęła żuć. Spojrzała na odbicie Petersona w lusterku wstecznym. Siedział zgarbiony nad iPadem. Był wysoki, szczupły i miał owalną, chłopięcą twarz. Przypominał Erice drewnianego żołnierzyka. Popatrzył w górę i wytrzymał jej spojrzenie.

– No dobrze. Co możesz mi powiedzieć o Andrei Douglas-Brown? – spytała, przełykając żelka i sięgając po następnego.

– Czyżby nadinspektor nie wprowadził pani w temat, szefowo? – odparł zaczepnie.

– Wprowadził. Ale wyobraźmy sobie, że tego nie zrobił. Do każdej sprawy podchodzę tak, jakbym nic o niej nie wiedziała; zdziwiłbyś się, jakie można wtedy poczynić spostrzeżenia.

– Ma dwadzieścia trzy lata – zaczął.

– Pracowała gdzieś?

– Brak historii zatrudnienia…

– Dlaczego?

Wzruszył ramionami.

– Nie musiała pracować. Lord Douglas-Brown jest właścicielem firmy SamTech, prywatny sektor obronny. Produkują GPS-y i oprogramowanie dla rządu. Podczas ostatnich wyliczeń był wart trzydzieści milionów.

– Rodzeństwo? – spytała.

– Tak, młodszy brat David i starsza siostra Linda.

– Czyli Andrea i jej rodzeństwo utrzymują się z funduszu powierniczego?

– Tak i nie. Linda pracuje, ale dla swej matki. Lady Douglas-Brown jest dyrektorką firmy florystycznej. David robi studia magisterskie na uniwersytecie.

Dojechali do Catford High Street, która została posypana piachem, więc ruch na niej odbywał się normalnie. Mijali tanie sklepy, komisy i supermarkety wypchane egzotycznymi towarami.

– A co z narzeczonym Andrei, Gilesem Osborne’em?

– Latem mają… mieli mieć huczne wesele – odparła Moss.

– A czym on się zajmuje?

– Prowadzi firmę eventową, organizuje ekskluzywne imprezy: Henley Regatta, promocje nowych produktów, śluby w wyższych sferach.

– Czy Andrea z nim mieszkała?

– Nie. Z rodzicami w Chiswick.

– To w zachodniej części Londynu, tak? – upewniła się Erika. Peterson pokiwał głową.

Moss ciągnęła dalej:

– Powinna pani zobaczyć ich dom. Wyburzyli ściany i połączyli cztery budynki, wykopali piwnicę; musi być wart miliony.

Minęli Topps Tiles, sklep z glazurą i terakotą, najwyraźniej zamknięty, bo na pustym parkingu przed nim leżała nienaruszona warstwa świeżego śniegu, potem przejechali obok restauracji sieci Harvester, przy której mężczyzna w nausznikach ciął gałęzie bożonarodzeniowego drzewka. Warkot piły przetoczył się przez samochód, a następnie ucichł, gdy zaczęli mijać kiepskie knajpy. Przed jedną z nich, nazywającą się Stag, stara kobieta o twarzy kogoś, kto nadużywa alkoholu, opierała się o łuszczące się zielone drzwi i paliła papierosa. Obok niej jakiś pies wyżerał odpadki z kosza na śmieci, rozrzucając wokół resztki.

– Co, u diabła, robiła tam Andrea Douglas-Brown i do tego sama? To trochę dziwne miejsce jak na mieszkającą w Chiswick córkę milionera, prawda? – spytała Erika.

Na chwilę wiatr zasypał przednią szybę śniegiem, a gdy wycieraczki go zgarnęły, dojrzeli Horniman Museum. Budynek z piaskowca był otoczony wysokimi jukami i palmami, które wyglądały jak polukrowane.

Moss zwolniła przy żelaznej bramie i podjechała do młodego policjanta w mundurze. Erika opuściła szybę, mężczyzna pochylił się do przodu i oparł na drzwiach rękę w skórzanej rękawiczce. Płatki śniegu zaczęły wpadać do środka i przyklejać się do tapicerki. Erika pokazała mu legitymację.

– Teraz skręćcie w lewo. To strome zbocze. Wysłaliśmy tam piaskarkę, ale mimo to jedźcie powoli – powiedział. Kiwnęła głową i zamknęła okno. Moss skręciła w lewo i zaczęli jechać pod górę. Gdy dotarli na szczyt, zobaczyli blokadę, przy której stał kolejny policjant. Na chodniku po lewej stronie od rozwiniętej taśmy policyjnej czekała grupa ciepło ubranych dziennikarzy. Przyjazd radiowozu od razu zwrócił ich uwagę, zaczęły strzelać lampy błyskowe.

– Spieprzać! – ryknęła Moss i spróbowała wrzucić trójkę. Skrzynia biegów trzasnęła i radiowóz gwałtownie szarpnął do przodu. – Cholera! – wrzasnęła i złapała mocniej kierownicę. Wcisnęła hamulec, ale koła cały czas ślizgały się po lodzie. W lusterku wstecznym Erika widziała znikającą drogę. Fotografowie zareagowali błyskawicznie i zaczęli robić jeszcze więcej zdjęć.

– Skręć ostro w lewo, teraz! – krzyknął Peterson, szybko opuścił szybę w swoim oknie i odwrócił się. Gdy Moss pochyliła się nad kierownicą i spróbowała zatrzymać radiowóz na zwolnionym niedawno miejscu parkingowym, na którym nie było śniegu, Erika chwyciła się deski rozdzielczej. Opony złapały przyczepność na asfalcie i stanęli.

– Głupi to ma szczęście – rzucił Peterson i uśmiechnął się ironicznie. Wpadający przez okno śnieg przyczepił się do jego krótkich dredów.

– To był niczym nieposypany lód! – Moss odetchnęła głęboko.

Erika odpięła pasy i stwierdziła z zawstydzeniem, że trzęsą jej się nogi. Gdy wysiedli z samochodu, otoczyli ich dziennikarze, którzy zaczęli się z nich śmiać, a potem zadawać pytania o tożsamość ofiary. Kiedy wyjęli legitymacje i wpuszczono ich na teren otoczony taśmą, wiatr zawiewał im śnieg prosto w oczy. Erika poczuła radość z powrotu, uniesiono dla niej taśmę policyjną, znowu trzymała w dłoni odznakę.

Kolejny mundurowy skierował ich do żelaznej bramy prowadzącej na teren muzeum.

Nad hangarem stał teraz wielki biały namiot kryminalistyków, jego podstawa niknęła w śniegu. Asystent opiekuna miejsca zbrodni czekał już na Erikę, Moss i Petersona, by dać im kombinezony, które musieli włożyć przed wejściem do namiotu.

W środku jasne reflektory rozświetlały śnieg i gnijące deski niskiego dachu. Spojrzeli w dół, gdzie trzech techników pomagało opiekunowi miejsca zbrodni przeczesującemu każdy centymetr kwadratowy tego miejsca. Łódź stała na niewielkim pomoście, a policyjny nurek, bardzo przystojny w swym czarnym kombinezonie, wynurzył się z lodowatej wody, rozpryskując ją wokół i roztaczając zapach stęchlizny. Dookoła pływały śmieci, a w miejscach, w których lód topił się pod wpływem światła reflektorów, woda była mętna i nieprzenikniona.

– Inspektor Foster – rozległ się głęboki męski głos. Erika musiała wyciągnąć szyję, by spojrzeć na wysoką postać, która wyłoniła się zza hangaru. Mężczyzna zdjął maseczkę, odsłaniając dumną, przystojną twarz o dużych ciemnych oczach. Miał wyskubane, idealnie równe brwi. – Isaac Strong, lekarz sądowy – przedstawił się. – Moss i Petersona znam – dodał. Oboje kiwnęli głowami. Poprowadził ich dookoła, obok zewnętrznej ściany hangaru, i dotarli do metalowych noszy, ustawionych wzdłuż tylnej części namiotu. Pomijając resztki podartej i ubłoconej sukienki, zaplątanej wokół talii, martwa dziewczyna była naga. Poniżej znajdowały się pozostałości po podartych czarnych stringach. Pełne usta ofiary były lekko rozchylone, jeden z przednich zębów został wybity tuż przy dziąśle. Oczy były szeroko otwarte i patrzyły obojętnie, w długie włosy zaplątały się liście i śmieci z wody.

– To ona, prawda? – spytała cicho Erika. Moss i Peterson pokiwali głowami.

– W porządku – powiedział Isaac, przerywając ciszę. – Jej ciało zostało znalezione zamarznięte w wodzie. Na tym wczesnym etapie zakładam – powtarzam: zakładam – że była w wodzie co najmniej siedemdziesiąt dwie godziny. Temperatura spadła poniżej zera trzy dni temu. Gdy ją znaleziono, jej telefon nadal działał; młody chłopak, który tutaj pracuje, usłyszał dzwonek. – Podał Erice iPhone w plastikowej torebce. Etui było wysadzane kryształkami Swarovskiego.

– Wiemy, kto do niej dzwonił? – spytała, uczepiwszy się myśli, że może ma jakiś trop.

– Nie. Bateria padła tuż po tym, jak wyciągnęliśmy telefon z wody. Zdjęliśmy odciski palców, ale to jeden wielki bałagan.

– A gdzie jest chłopak, który ją znalazł?

– Z lekarzami w karetce przy Centrum dla Odwiedzających. Gdy policja przyjechała na miejsce, był w totalnej rozsypce. Spadł na ciało, lód się załamał; zszokowany chłopak zwymiotował, zesikał się i wypróżnił, teraz więc próbujemy jak najszybciej oddzielić jego DNA – odparł Isaac. Podszedł do ciała na noszach. – Opuchlizna na twarzy i ślady na szyi mogą wskazywać na uduszenie, dziewczyna ma złamany prawy obojczyk – powiedział i delikatnie przechylił głowę ofiary. – Wyrwano jej pasma włosów, mniej więcej w tym samym miejscu na obu skroniach.

– Ktoś, kto to zrobił, znajdował się za nią i ciągnął ją za włosy.

– Czy są ślady przemocy seksualnej? – spytała Erika.

– Żeby to stwierdzić, potrzebujemy więcej czasu. Na wewnętrznej części ud, piersiach i klatce piersiowej znajdują się pręgi i zadrapania… – Pokazał czerwone kreski pod każdą z piersi i odciski palców na klatce piersiowej. – Nadgarstki są poranione, co może oznaczać, że miała związane ręce, ale gdy wrzucono ją do wody, nie była związana. Znaleźliśmy również stłuczenie na potylicy i odpryski szkliwa zębowego na przednim filarze pomostu… Cały czas szukamy resztek zęba. Mogła go połknąć, więc być może znajdziemy go później.

– Gdy zaginęła, była w różowych szpilkach i nosiła różową torebkę. Znaleźliście je? – spytała Moss.

– Miała na sobie tylko sukienkę i majtki, żadnego stanika ani butów. – Isaac ostrożnie podniósł nogi ofiary. – Ma bardzo pokaleczone pięty.

– Ciągnięto ją, gdy była boso – stwierdziła Erika, wzdrygając się na widok pięt poranionych do tego stopnia, że spod skóry wyszło mięso.

– Jeden z naszych nurków znalazł to w wodzie. – Isaac podał jej przezroczysty plastikowy woreczek. Znajdowało się w nim prawo jazdy. Na chwilę zamilkli i przypatrywali się zdjęciu.

– Ma bardzo poważne zdjęcie. Tak jakby tutaj była i patrzyła na nas zza grobu – odezwał się wreszcie Peterson.

Erika pomyślała, że tak właśnie jest. Z reguły na zdjęciach z dokumentów oczy są zmrużone albo dana osoba wygląda, jakby była uwięziona w świetle reflektorów, jednak Andrea sprawiała wrażenie bardzo pewnej siebie.

– Jezu – powiedziała nagle, spoglądając to na zdjęcie, to na leżące na stoliku martwe, brudne ciało z szeroko otwartymi oczami. – Kiedy możecie ustalić dokładną przyczynę śmierci?

– Podałem pani tyle informacji, ile mogłem. Muszę przeprowadzić sekcję zwłok – najeżył się Isaac.

– I zrobi pan to dzisiaj. – Utkwiła w nim wzrok.

– Tak. Dzisiaj.

Na zewnątrz namiotu panowała cisza. Śnieg przestał padać, grupa mundurowych w milczeniu przeszukiwała teren wokół jeziora, brodząc w zaspach śniegu.

Erika wyjęła telefon i zadzwoniła do Marsha.

– To jest Andrea Douglas-Brown, sir – powiedziała.

Chwila ciszy.

– Niech to szlag.

– Właśnie idę porozmawiać z chłopakiem, który ją znalazł, a potem pojadę poinformować jej rodziców.

– Co o tym sądzisz?

– Z pewnością szukamy zabójcy, być może mamy do czynienia z gwałtem i uduszeniem lub utopieniem. Wszystko, co udało się ustalić, jedzie już do chłopaków w komisariacie.