Dziewczyna taka jak ja - Ginger Scott - ebook
lub
Opis

Wyczekiwana kontynuacja bestsellera "Chłopak taki jak ty"!

Joss kilkakrotnie uniknęła śmierci. Za każdym razem ratował ją jeden chłopak. Chłopak, który ponownie zniknął.

Jako dziecko znała go pod imieniem Christopher. Potem pojawił się w jej życiu jako Wess. Opuścił je nieoczekiwanie po tym, gdy ponownie ją ocalił. Teraz wszyscy uważają go za zaginionego. Nikt już nie chce go szukać.

Joss nie może przestać myśleć o wskazówkach, które zostawił jej Wess. Chociaż nikt nie wierzy, że chłopak żyje, dziewczyna stara się go odnaleźć. Teraz to ona ocali jego.

Zamierza sprowadzić go do domu.

Do niej. Do miejsca, do którego należy.

__

O autorce

Ginger Scott – autorka wielu książek Young adult i New adult, będąca jedną z najpopularniejszych na Amazonie. Oprócz pisania wciągających romansów uwielbia sport, który chętnie wplata w swoje powieści. Od zawsze operowała słowem, współpracując przy edycji magazynów i prowadząc bloga. Chętnie opowiada historie olimpijczyków, polityków, aktorów, przestępców i naukowców. Prywatnie mama, zawodowo urodzona pisarka. Debiutowała w 2013 roku, a jej książka Zapadnij w serce zdobyła pierwsze miejsce w rankingu Amazona w kategorii młodzieżowej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 418

Popularność


Dla Helen, najbardziej niesamowitej młodej kobiety, jaką znam. Kocham cię, dziewczyno, jak stąd do Księżyca.

O, wiem, jak śmiałą i chytrą jest w gniewie; Piekielną jędzą w szkole jeszcze była I zapalczywą, chociaż wzrostem małą.

– William Szekspir, Sen nocy letniej, przeł. Leon Ulrich

Kiedyś, jeszcze w czasach podstawówki, zaraz po tym, jak mama nas zostawiła, dręczyły mnie sny, w których ona udawała się jedynie do sklepu po coś, o czym zapomniał tata. Razem z tatą zawsze siedzieliśmy przy stole, czasem w coś graliśmy, innymi razy jedynie rozmawialiśmy. To wszystko było takie prawdziwe. Było… normalne. Budziłam się i wydawało mi się, że wszystko jest w porządku. Czasami to uczucie przepełniało mnie niemal przez minutę. Zawsze znikało, ale kolejnego wieczoru przed snem szeptałam modlitwy – do tego, kto wkłada sny do naszych głów – aby znowu mi się to przyśniło.

Tymczasem nigdy ten sen nie nawiedzał mnie wtedy, kiedy rzeczywiście był mi bardzo potrzebny.

Mijały lata, a mnie śniło się to coraz rzadziej. Zapewne proces dorastania zabijał niemądre dziecięce fantazje. Trzy lata minęły, odkąd po raz ostatni czułam we śnie obecność mamy, i prawie w ogóle już go nie pamiętałam.

Zeszłej nocy jednak znowu się pojawiła.

Tutaj.

Kyle i ja dotarliśmy do domu babci Grace w Tucson po tym, jak jechaliśmy samochodem przez całą noc, która następnie zmieniła się w ranek, a ten w popołudnie. Musiałam się z nią zobaczyć i to serce do spółki z rozumem wpadły wczoraj wieczorem na pomysł, aby ruszyć w drogę wraz z jedynym przyjacielem gotowym zrealizować mój każdy, najbardziej szalony pomysł. Kyle trwał przy moim boku przez cały czas – od samego początku aż do tej naznaczonej przeszkodami podróży. Kiedy go poprosiłam, by mnie tu przywiózł, żebym mogła zobaczyć się z babcią i uzyskać odpowiedzi na pytania związane z moją nieżyjącą mamą, on jedynie wskazał na swojego pikapa i z kluczykami w ręce gotowy był do drogi. A kiedy dodałam, że chcę także odnaleźć Wesa, Kyle okiem nie mrugnął, nie depcząc mojej nadziei i nie zadając żadnych pytań. Kocha mnie bardziej, niż na to zasługuję, ale nigdy mu tego nie powiem. Jestem egoistką i choć moje serce należy do Wesa, poczucie spełnienia zapewnia mi także przyjaźń Kyle’a.

Do taty zadzwoniłam z drogi, kiedy ujechaliśmy już zbyt daleko, żeby nas powstrzymał. Niechętnie zgodził się skontaktować z Grace i nas zapowiedzieć. Najpierw przez pół godziny wiercił mi dziurę w brzuchu, każąc natychmiast wrócić do domu. Nie wyjaśniłam, że nasz powrót do domu trwałby dwa razy dłużej… ponieważ „och, no i planujemy rozejrzeć się za Wesem, bo jestem przekonana, że on żyje i że wysyła mi zagadkowe wiadomości. Nie masz nic przeciwko?”.

Jechaliśmy dziewięć godzin. Kiedy w końcu się zatrzymaliśmy przed niedużym, wybudowanym z cegieł domem – otoczonym kaktusami i położonym w cieniu góry naznaczonej czernią po niedawnym pożarze – słońce zaczynało już zachodzić.

Powitanie okazało się krępujące. Grace mnie przytuliła, ale jej dłonie nie spoczęły na moich plecach, a ona cała sprawiała wrażenie pełnej rezerwy. W pokoju, w którym zajmowała się szyciem, naszykowała posłanie dla Kyle’a. Mnie zaprowadziła do mieszczącego się na końcu korytarza pokoju gościnnego z pustymi ścianami i oknem przysłoniętym firanką. Wyczerpana, zamknęłam oczy, gdy tylko dotknęłam głową poduszki.

To miało miejsce dwanaście godzin temu. Wszystko bym oddała, byle znowu zamknąć oczy, ale za późno. Otworzyły się, a to uczucie ze snu… już zniknęło.

Cała jestem obolała po długiej jeździe w pikapie Kyle’a i od spania na twardym materacu. Przekręcam się na bok i przyciągam kolana do klatki piersiowej, najpierw jedno, potem drugie, odpinam protezę i skopuję ciężką kołdrę. Częściowo się spodziewam ukłucia bólu fantomowego, ale od tygodni mam z tym spokój – a przynajmniej nie jest to już ból taki, jak zaraz po stracie nogi w wypadku autobusu.

Drzwi do pokoju są uchylone i przez kilkucentymetrową szparę próbuję coś wypatrzyć. Kiedy otwierają się w moją stronę, szybko siadam. Okazuje się, że to tylko Kyle.

– Jest śniadanie – mówi i się przeciąga, opuszkami palców niemal dotykając wiszącego pod sufitem wentylatora.

– Która godzina? – Trę zapuchnięte powieki.

– Jedenasta. – Kiedy otwieram szeroko oczy, jeden kącik jego ust unosi się lekko. – Aha, spaliśmy piętnaście godzin.

– Nie jest to więc już pora na lunch? – pytam, przeczesując palcami splątane włosy.

– Może i tak, ale Grace… to znaczy twoja babcia, to znaczy… Jak mam ją nazywać?

Wzruszam ramionami. Tak naprawdę to poza tymi kilkoma razami, kiedy spotkałam się z nią jako mała dziewczynka, była mi zupełnie obca.

– No dobrze, cóż… Grace… powiedziała, że zawsze chciała cię poczęstować śniadaniem, więc…

Nasze spojrzenia się spotykają i zaczynam się zastanawiać, czy to, co Grace powiedziała Kyle’owi, jest kłamstwem. Byłam taka odważna na tamtym polu, kiedy trzymałam w ręce zdjęcie, przekonana, że odnajdę Wesa i tę dawno utraconą więź z kobietą, którą ledwie znam. Teraz nie ma już we mnie tamtej odwagi. Wiara opuściła mnie razem z ciepłym uczuciem z niedawnego snu.

– Kyle, może powinniśmy po prostu…

W drzwiach staje kobieta z siwymi włosami zebranymi w kucyk, a ja urywam w połowie zdania. Jej dłonie okrywają brudne rękawice, jakich się używa do pracy w ogrodzie. W sumie nie przyjrzałam się dobrze Grace, kiedy przyjechaliśmy, a jej obraz w mojej głowie przedstawiał kogoś delikatniejszego albo przynajmniej bardziej wytwornego. Ta osoba, która się do mnie teraz uśmiecha, w niczym nie przypomina tamtej wersji. Ta Grace jest postawna i wygląda tak, jakby bez problemu potrafiła podnieść dwudziestopięciokilowy worek.

– Bekon gotowy. Umyję się i zaraz do was dołączę, ale śmiało zaczynajcie beze mnie.

Jej uśmiech przez kilka sekund pozostaje przyklejony do mnie, po czym Grace się odwraca i znika w głębi korytarza. Kyle i ja wpatrujemy się w miejsce, gdzie stała jeszcze przed chwilą. Robię wydech, dopiero kiedy słyszę, jak zamykają się drzwi.

– Ona wygląda jak ja.

Kyle podnosi na mnie wzrok i cicho chichocze.

– Założę się, że także klnie jak szewc – rzuca.

Mrużę oczy i robiąc nadąsaną minę, rzucam w niego poduszką wypełnioną puchem.

– Dosyć tego! Wisisz mi plaster bekonu – oświadcza, odrzucając poduszkę. Łapię ją w locie i raz jeszcze posyłam mu szyderczy uśmiech. – No tak… bo przecież ty mówisz językiem aniołów.

– A żebyś wiedział, mądralo.

Kyle odwraca się, aby sprawdzić, czy nikt go nie widzi, po czym pokazuje mi środkowy palec i wychodzi z pokoju. A ja się uśmiecham. Dam sobie radę. Tak wiele chcę – muszę – się dowiedzieć.

Po kilku minutach rozciągania zakładam protezę i udaję się do łazienki, aby się odświeżyć. Przyjechaliśmy prosto z plantacji kwiatów. Nie zajechaliśmy do mnie, bo się bałam, że tata coś zauważy. Może bałam się także, że zmieniłabym wtedy zdanie w kwestii tej podróży. Teraz, kiedy znajduję się ponad osiemset kilometrów od domu, bez szczoteczki do zębów, czystej bielizny i – unoszę lewą rękę i wącham pachę – antyperspirantu, coś mi mówi, że kolejny etap naszej wyprawy nie będzie należał do najłatwiejszych.

Spryskuję wodą twarz i palcem z wyciśniętą na niego pastą próbuję jakoś umyć zęby. Kiedy w końcu czuję się na tyle czysta, aby pójść do kuchni, do Kyle’a zdążyła dołączyć Grace. Jej uśmiech zbija mnie z tropu; jest taki sam jak wcześniej, niemal tak, jakby sądziła, że przez te wszystkie lata byłam zmyśloną historyjką i dopiero teraz się przekonała, że naprawdę istnieję.

– Proszę. – Wstaje, a skrzypnięcie krzesła na płytkach sprawia, że się wzdrygam. – To dla ciebie.

Biorę od niej talerz, nie będąc w stanie spojrzeć jej w oczy. Czuję onieśmielenie.

– Dziękuję – bąkam.

– Grace, co tu dodałaś? Mówię poważnie, to najlepsza jajecznica, jaką jadłem w życiu – mówi Kyle pomiędzy kęsami.

– Tylko odrobinę sera pepper jack. Według mnie daje fajny smaczek.

– Obym tylko nie miał po nim gazów – mamrocze Kyle z pełnymi ustami. Kopię jego krzesło na tyle mocno, że aż się przesuwa o parę centymetrów. – No co? – Patrzy na mnie ze ściągniętymi brwiami.

Zamykam oczy i kręcę głową. Czuję gorąco na policzkach.

– Nic – szepczę, rozpoznając uczucie, które kazało mi go zbesztać. Chcę, aby Grace mnie polubiła. To takie samo rozpaczliwe uczucie, jakie ogarniało mnie wtedy, kiedy dzieciaki w szkole gapiły się na mnie w jakiejś krępującej sytuacji – gdy dosiadałam się do Christophera… Wesa.

Kładę sobie na talerz dwa plastry bekonu i porcję jajecznicy, po czym zajmuję miejsce obok Kyle’a. Grace nalewa nam po szklance soku pomarańczowego, a ja w tym czasie skubię bekon.

– Dziękuję – mówię, kiedy kończy nalewać. Podnoszę na nią wzrok, ale natychmiast opuszczam go na zawartość swojego talerza.

Grace stawia dzbanek na stole obok mojego nakrycia, po czym delikatnie kładzie mi lewą rękę na ramieniu. Puls mi przyspiesza.

– Josselyn.

Przełykam ślinę. Możliwe, że gdzieś tam głęboko pamiętam, jak je kiedyś wypowiadała – dawno temu. Ponownie podnoszę na nią wzrok i choć boję się odrzucenia, uśmiecham się. Muska opuszkami palców moją brodę i unosi mi głowę tak, że muszę spojrzeć jej w oczy. Tak się denerwuję, że oddech mam urywany.

– Tak bardzo się za tobą stęskniłam.

Zagryzam drżącą wargę, ale niedostatecznie szybko, bo Grace dostrzega jej drżenie. Obiema dłońmi obejmuje mi twarz.

– Wyrosłaś na piękną dziewczynę – oświadcza.

Zmuszam się do tego, aby oddychać powoli, zarazem w każdym słowie szukając kłamstw. Nie dostrzegam ich jednak. Jedyne, co widzę, to odbicie w lustrze, swoją przyszłość. To dzięki tej kobiecie moje oczy mają niebieski kolor.

– Dziękuję – szepczę.

Z cichym śmiechem odsuwa palce od mojej twarzy. Serce bije mi już miarowo, a zdenerwowanie ukrywam za apetytem, zmiatając wszystko z talerza i prosząc nawet o dokładkę.

Kyle i ja pomagamy Grace sprzątnąć po śniadaniu, a potem wychodzimy za nią na werandę na tyłach domu, z której rozciąga się widok na pustynię. My siadamy na rattanowej sofie, ona zaś na stojącym naprzeciwko metalowym krześle.

Co rusz zerkam nerwowo na Kyle’a, nie mając pewności, jak się zabrać za te miliony pytań, które pragnę zadać. Powinnam je była przećwiczyć podczas drogi, ale wtedy nie uznałam tego za konieczne. Taka byłam pewna siebie… do czasu, aż stanęłam twarzą w twarz z rzeczywistością. Za każdym razem, kiedy Kyle unosi brew, dając mi tym samym sygnał do mówienia, mam go ochotę kopnąć. W końcu przewraca oczami i skupia się na krajobrazie.

– Ładnie tu – stwierdza, a ja prycham przez nos. Kyle kopie mnie z dezaprobatą w kostkę.

– Mnie się podoba. Kiedy odszedł Zeke… to znaczy twój dziadek. Zmarł krótko przed twoimi narodzinami – wyjaśnia Grace. – Zapragnęłam czegoś prostszego niż życie w Kalifornii. Po roku czy dwóch za pieniądze z jego planu emerytalnego kupiłam to miejsce, no a kiedy sprzedałam dom w Pasadenie, przeprowadziłam się tutaj.

„Przeprowadziła się”.

– Utrudniło to jednak mocno kontakty z tobą – dodaje, niemal tak, jakby czytała mi w myślach. Zaczynam powoli kiwać głową, nie spodziewając się dalszych wyjaśnień, ale Grace jeszcze nie skończyła. – Twoja mama i ja…

Jej usta pozostają na wpół otwarte, w końcu napiera językiem na policzek i kiwa głową. Wstaje i pokazuje uniesiony palec. Kiedy rusza w stronę drzwi, chcę iść za nią, lecz ona kręci głową.

– Zaraz wrócę.

Siedzimy z Kyle’em w milczeniu. Po niemal minucie w końcu się odzywam:

– Strasznie się boję – wyznaję.

Kładzie rękę na mojej dłoni, splata nasze palce, po czym unosi ją do ust i całuje w knykcie.

– Nie bój się – mówi. Ściska mi dłoń i ją puszcza.

Chwilę później na werandę wychodzi Grace. W ręce trzyma metalową puszkę. Zdejmuje wieko i stawia ją na szklanym stoliku między nami. Nachylam się, aby zajrzeć do środka.

– Mam więcej rzeczy, które chciałabym ci dać, ale tak dawno nie przeglądałam tych staroci w kartonach, że nie mam już pewności, co gdzie jest – mówi ze śmiechem, ale ja wyłapuję w tym dźwięku pewną wibrację świadczącą o tym, że ona także się denerwuje. – Przygotowałam to po telefonie twojego taty, żebyś miała coś, co zabierzesz do domu.

Wyjmuje z puszki stare zdjęcie zrobione polaroidem i choć jest wyblakłe, od razu rozpoznaję różową dzierganą czapeczkę na swojej niemowlęcej głowie. Widziałam już zdjęcia z tego dnia, tyle że nie to ujęcie.

– Byłaś u nas, kiedy przywieźli mnie ze szpitala? – Przyglądam się uważnie zdjęciu, wyłapując szczegóły maleńkiej mnie, leżącej w ramionach młodszej Grace.

– Czekałam na ciebie przez cały trzynastogodzinny poród. – Śmieje się. – Za nic nie wróciłabym do domu przed tym, co najlepsze.

Tym razem, kiedy unoszę głowę, nasze spojrzenia się spotykają. Przepełnia mnie ciepłe uczucie, podobnie jak w tamtym śnie, tyle że teraz to coś bardziej trwałego. Nachylam się i z pudełka wyjmuję złotą przypinkę w kształcie skrzydeł orła ze śmigłem pośrodku.

– Siły powietrzne – wyjaśnia Grace. Kiwam głową. – Twój dziadek do nich należał, co oznaczało, że często się przeprowadzaliśmy, kiedy twoja mama była mała.

Następne zdjęcie, które wyjmuję, przedstawia moją mamę jako nastolatkę. Ma mniej więcej tyle lat co ja teraz i stoi przed starym garbusem, machając do aparatu kluczykami. Ma kręcone włosy, ubrana jest w spodenki kąpielowe i górę od bikini, a jej twarz upstrzona jest piegami od letniego słońca. Nie pamiętam jej takiej szczęśliwej. Dostrzegam różnicę w jej oczach – kryje się w nich światło, którego pod koniec w ogóle nam nie pokazywała.

– Kupiliśmy jej wtedy samochód. Na siedemnaste urodziny – wyjaśnia Grace. Bierze ode mnie zdjęcie, siada wygodnie i bacznie mu się przygląda. Na jej ustach błądzi delikatny uśmiech, ale widzę w nim także pewną dozę smutku. – Tak często się przeprowadzaliśmy, że twoja mama właściwie nigdzie nie zapuszczała korzeni ani nie miała prawdziwych przyjaciół. Kiedy przenieśliśmy się do Kalifornii, Zeke w końcu otrzymał stałą posadę, a ja chciałam, aby twoja mama coś miała. Tamtego dnia była taka szczęśliwa. Tak sobie myślę, że to ostatni raz aż do twojego przyjścia na świat, kiedy ona i ja naprawdę się dogadywałyśmy.

– Czemu potem się nie dogadywałyście? – pytam. Moja odwaga rośnie.

Mijają długie sekundy, nim odkłada zdjęcie. Nasze role się odwracają – tym razem to Grace unika mojego spojrzenia. Spogląda w bok na poczerniałą górę.

– To się stało zeszłego lata – mówi, uchylając się przed moim pytaniem.

Czuję ucisk w klatce piersiowej, ale powstrzymuję westchnienie. Każdemu z nas trudno jest mówić o pewnych sprawach. Mnie też niełatwo jest poruszać temat mamy.

– Pożar? – pytam.

– Podpalenie.

Tym razem inaczej spoglądam na górę. Nie jestem pewna, jaka powierzchnia to jeden hektar, ale śmiało można założyć, że widzę ich całe setki.

– Trudno uwierzyć, że jedna osoba potrafi wyrządzić tak wielką szkodę – mówię, prześlizgując się wzrokiem po poczerniałych skałach i ledwie dostrzegalnych śladach odradzania się roślinności. Ponownie przenoszę spojrzenie na Grace i widzę, że na to czeka. Z jej oczu wyziera rozpacz, jakby przed chwilą rozmawiała z żywym trupem.

– Wiem, że przyjechałaś po odpowiedzi, i pragnę ci ich udzielić, ale… – Urywa. Usta ma uchylone.

Opieram się i kładę dłonie na kolanach, aby jej pokazać, że może mówić. Zamyka oczy na długą chwilę, prawdopodobnie modląc się o siłę. Czekam, aż będzie gotowa.

– Czasem, Josselyn, jest jak jest. Nie ma jakiegoś ważnego powodu albo momentu odkupienia, który sprawia, że cały ból i cierpienie odpływają w niepamięć. – Zamyka usta i nosem wypuszcza głośno powietrze.

– Czy ona choć trochę żałowała? – pytam, wypuszczając z rąk tę ostatnią nić nadziei, że musiał istnieć powód tego wszystkiego… że mama odeszła z powodu pieniędzy, bo ona i tata się kłócili, ponieważ miała depresję. Odeszła dla mężczyzny, człowieka, do którego żywię głęboką nienawiść.

Okazuje się, że odpowiedź zawsze była prosta – moja mama okazała się po prostu egoistką.

– Myślę, że tak – odpowiada w końcu babcia i dopiero po chwili przypominam sobie pytanie, które jej zadałam. – Swego czasu sugerowałam jej, aby wysłała coś razem z moimi kartkami czy listami. Proponowałam, aby zadzwoniła do twojego ojca i umówiła się na odwiedziny. Och… ależ my się o to kłóciłyśmy. Stanowczo twierdziła, że dokonała wyboru i że twój tata nigdy jej nie wybaczy, ale ja tego nie wiem.

Ja też nie. Gdyby to miało miejsce teraz, myślę, że tato może i byłby otwarty przynajmniej na rozmowę, ale wtedy… nie. Rany były zbyt świeże.

– Wydaje mi się, że naskakiwała na mnie głównie z powodu wyrzutów sumienia. Twoja mama od zawsze miała w głowie wizję tego, jak będzie wyglądać jej życie, ale tak to się przecież nie dzieje.

– Co się nie dzieje? – pytam.

– Wszystko.

Nie. Pewnie nie. Gdyby tak właśnie wyglądało życie – dokładnie tak, jak by się chciało – to ja nadal miałabym nogę, a Wes nie znajdowałby się… gdzieś tam. A moja mama…

Jej i tak pewnie by nie było.

– Niektórzy ludzie są po prostu inni – mówi cicho Grace, a jej spojrzenie przenosi się na poczerniałe zbocze. – Kiedy twoja mama dowiedziała się o raku… udała się na pustynię i rzuciła zapałkę.

„Podpalenie”.

– Bywała paskudna, kiedy coś się działo nie po jej myśli. Dlatego właśnie… dlatego nie układało się między nami. Przez wiele lat pozwalałam po prostu, aby wyżywała się na mnie za wszystko. Za każdym razem, kiedy zostawała nową uczennicą w szkole… to uczucie, jakie ją dopadało, ten strach przed byciem nowym – moja wina. Kiedy podobał jej się jakiś chłopak, a on zakochiwał się w innej – moja wina. Każda nasza przeprowadzka – moja wina. Byłam żoną wojskowego i tak po prostu wyglądało nasze życie rodzinne. Nie mogłam pozwolić, aby było to winą Zeke’a. Więc… pozwalałam, aby to mnie obarczała winą. A kiedy twój tata zaczął pić, a w ich małżeństwie zaczęło się psuć…

– To była ich wina – przerywam.

Powoli mruga oczami i uśmiecha się blado.

– Owszem, ale twoja mama tak tego nie postrzegała. Obwiniała mnie o każdy nieprzyjemny zwrot w jej życiu. Aż w końcu przestałam się zgadzać na bycie jej chłopcem do bicia – oświadcza Grace. Oddycha ciężko, a jej ramiona unoszą się i opadają. – Przez lata w ogóle z nią nie rozmawiałam. Nie miałam pojęcia, dokąd wyjechała po odejściu od twojego taty. Nie poznałam Kevina. Musiałam pozwolić jej odejść, pozwolić, aby ułożyła sobie takie życie, jakiego pragnęła. A potem zachorowała. Kevin znalazł sobie pracę tutaj, w miasteczku, myślę, że po to, abyśmy ona i ja mogły się do siebie zbliżyć.

– Przyjechała do ciebie – mówię.

Grace kiwa głową.

– Możliwe, że po raz pierwszy czuła się kompletnie bezsilna wobec czegoś, więc wyżyła się na Bogu. Spaliła do cna to, co stworzył. W oficjalnym raporcie jako przyczynę pożaru podano uderzenie pioruna podczas pory monsunowej, ale ja znalazłam ją kołyszącą się w garażu, z butami uwalanymi ziemią, z zapałkami w ręce. Nigdy nikomu o tym nie powiedziałam. Nawet Kevinowi.

Spojrzenie Grace wędruje poza mnie i po niemal minucie milczenia zaczynam się martwić. Wtedy jednak ponownie się odzywa.

– Twoja mama żywiła przekonanie, że urodziła się jako czarny charakter. – Nasze spojrzenia się spotykają. Nachyla się i ponownie przesuwa puszkę w moją stronę, następnie wstaje i podchodzi do drzwi. – Wyskoczę teraz do sklepu po parę rzeczy dla ciebie i twojego kolegi, na waszą dalszą drogę. Może przejrzyj to w tym czasie. – Stuka palcami w drewnianą framugę. – Powiem ci wszystko, co będziesz chciała wiedzieć.

Patrzę, jak znika za drzwiami, po czym skupiam się na metalowej puszce. Przysuwam ją bliżej, prostuję się i zastanawiam, czego jeszcze mogłabym chcieć się dowiedzieć.

– Dobrze się czujesz? – Głos Kyle’a jest cichy i senny. Nie powinnam była ciągnąć go tu ze sobą, ale zbyt się bałam, aby zrobić to w pojedynkę.

– Nie jestem pewna… chyba… nie bardzo – odpowiadam i wzruszam ramieniem.

– Co mogę zrobić? – pyta.

Przechylam lekko puszkę i w moją stronę wysuwają się zdjęcia i jakieś drobiazgi. Grace udało się tu upakować całkiem sporo rzeczy. To zabawne, jak bardzo mi się teraz wydają inne. Nie ma już mowy o ich wyjątkowości.

– Może prześpisz się trochę w moim pokoju?

Kyle kręci głową, udając twardziela, ale wiem, że jest zmęczony. Z kolei jutro czeka go dalsza droga, a nie mam wcale pewności, dokąd się udamy.

– Wiem, że na podłodze spało ci się beznadziejnie – mówię znacząco, kiedy przyłapuję go na ziewnięciu.

Próbuje się uśmiechnąć.

– No dobra, masz rację. Dasz sobie radę sama? – pyta i wstaje z trzeszczącej rattanowej sofy.

Stukam palcem w puszkę.

– Zajmę się kolejnymi tajemnicami i wspomnieniami.

– Okej. – Nachyla się i całuje mnie w czubek głowy. – Obudź mnie za jakąś godzinę. Nie chcę się kompletnie rozregulować.

Przytakuję i czekam, aż mam pewność, że jestem sama. Stawiam wtedy sobie puszkę na kolanach. Pierwsze, co dostrzegam, to stary skórzany brelok z logo Volkswagena. Wyjmuję go i pocieram kciukiem emblemat. Patrzę, w których miejscach brelok jest najbardziej zniszczony. Mój dotyk na jej dotyku – nasze opuszki są tej samej wielkości.

Kiedy wrzucam brelok z powrotem do puszki, upada na kolejne zdjęcie, które przesuwa się na bok. Wyjmuję je, żeby się nie zgięło i już–już mam je odłożyć na miejsce, bo to kolejna rodzinna fotka pstryknięta w dniu mojego przyjścia na świat, kiedy moją uwagę zwraca jedna z twarzy.

Oczy są takie same i uśmiech. Rysy twarzy mogłabym przypisać zbiegowi okoliczności – tak wielu z nas ma gdzieś na świecie swoich bliźniaków. Ale to laska – laska, którą się podpiera, trzymając mnie na drugiej ręce – nie pozwala mi zająć się kolejną pamiątką.

Intuicja mi podpowiada, że zdjęcie przedstawia Shawna Stokesa. Znał mnie. On tam był – tamtego dnia. Wstaję i razem z puszką wchodzę do domu. Stawiam ją na blacie w kuchni i w lepszym świetle bacznie przyglądam się fotografii. Im dłużej patrzę, tym większą mam pewność, że to on.

Po kilku minutach zaczynam krążyć po kuchni, czekając na powrót babci. Mam tylko nadzieję, że to jedna z tych tajemnic, o których wyjawieniu mnie zapewniała.

– Skąd moi rodzice znali Shawna Stokesa?

Pytanie to zadaję, nim jeszcze Grace zdąży dobrze wejść do domu. Obładowana jest plastikowymi reklamówkami z zakupami i nie widzę jej twarzy, ale wiele mówi mi fakt, że dosłownie zamarła.

– Czemu Shawn Stokes jest na zdjęciu ze mną i moimi rodzicami? – Moje pytanie po raz drugi zawisa w powietrzu i czekam, aż Grace znowu się zacznie poruszać. Biorę od niej kilka toreb, a ona wchodzi powoli do kuchni.

Czekam niecierpliwie, gdy tymczasem moja babcia wypakowuje paczki chipsów, chleb, przekąski i inne rzeczy, które kupiła dla mnie i Kyle’a na drogę, i staram się czuć wdzięczność za jej życzliwość, przestępuję jednak niecierpliwie z nogi na nogę, chcąc się jak najszybciej dowiedzieć, co oznacza to zdjęcie. Kiedy bierze się za rozpakowywanie trzeciej torby, wyszarpuję ją z jej rąk.

– Grace, proszę. – Serce wali mi tak mocno, że aż mi się trzęsą ręce. Wiem, że nie jestem adoptowana. Po odejściu mamy tata wykonał test na ojcostwo, no i widziałam jej zdjęcia w ciąży ze mną. Słyszałam opowieści o wielogodzinnym porodzie. Jestem ich córką… w sensie genetycznym. Ale co w takim razie na naszej rodzinnej fotografii robi Shawn?

Babcia wysuwa krzesło, siada i gestem pokazuje, abym zrobiła to samo. Po raz pierwszy, odkąd tu przyjechałam, dostrzegam, że jej spojrzenie zatrzymuje się na mojej nodze.

– To po wypadku na moście? – Jej spojrzenie przeskakuje na moją twarz, czekając na potwierdzenie.

Kiwam głową.

– Widziałam w wiadomościach i zadzwoniłam do twojego taty. Parę razy się potem odezwał i dał znać, jak przebiega twoja rekonwalescencja – wyjaśnia.

– Nauczyłam się z tym żyć. – Wzruszam ramionami. – Pracuję z trenerką… żeby znowu grać. W softball.

Kąciki jej ust opadają i nagle odczuwam palącą potrzebę bronienia siebie, wyjaśnienia, że dla mnie to nie jest jedynie fajne hobby. Gra to moje życie.

Opieram się na łokciach i patrzę Grace prosto w oczy.

– Dobra jestem.

Kąciki ust babci unoszą się tym razem do góry, a wokół jej oczu pojawiają się kurze łapki.

– Słyszałam, że bardzo dobra – oświadcza i dłoń leżącą na stole przesuwa w moją stronę.

Nie jestem przyzwyczajona do takiego okazywania uczuć, ale kiedy jej dłoń zamyka się na mojej, moje palce automatycznie wiedzą, w jaki sposób zareagować. Jej dłoń jest chłodna, skóra miękka, a na wierzchu widać brązowe plamy i niebieską siateczkę żył. Ciekawe, czy tak właśnie pewnego dnia będą wyglądać moje dłonie.

– Obiecałam opowiedzieć ci o wszystkim, co tylko jestem w stanie, ale są rzeczy, których lepiej może nie ruszać – mówi i nieco mocniej ściska mi dłoń, być może wyczuwając moją chęć ucieczki. Patrzę jej nieugięcie w oczy. Ta część układanki jest zbyt ważna, aby z niej zrezygnować z powodu bólu, jaki może sprawić.

– Jestem przygotowana – zapewniam.

Wyciąga drugą rękę, a ja naśladuję jej ruch i odwracam się na krześle tak, że po chwili Grace trzyma obie moje dłonie. To wyjątkowo niewygodna pozycja, ale tak sobie myślę, że bardziej chodzi o nią niż o mnie, oddycham więc głęboko i nie próbuję się odsuwać.

– Niepotrzebnie włożyłam do puszki to zdjęcie. Nie miałam pojęcia, ale teraz… teraz już za późno. Zresztą może rzeczywiście powinnaś poznać całą historię. Z twojego pytania wnioskuję, że pamiętasz Shawna? – Przechyla głowę, a jej spojrzenie łagodnieje.

– On jest… – Nie mam pewności, kim on jest. Jest ważny; jest wskazówką. Jest wujkiem Wesa… tak jakby. – Nasza znajomość wydaje się dość dziwna, ale był on opiekunem społecznym chłopaka, o którym wiem, że został adoptowany. Jest także wujkiem tego chłopaka… adoptował go jego brat.

Kiwa głową, niemal tak, jakby już to wszystko wiedziała.

– Czy ja zostałam… adoptowana?

To pytanie brzmi dla mnie samej niedorzecznie, ale czuję ulgę, kiedy w odpowiedzi słyszę śmiech babci. Wypuszczam powstrzymywane powietrze i także śmieję się smutno.

– Skarbie, nie. Choć może po tym, czego się ode mnie dzisiaj dowiedziałaś, żałujesz, że tak nie jest. – Puszcza moje dłonie i się odsuwa, nie przerywając jednak kontaktu wzrokowego. – Nie… nie jesteś adoptowana. Ale… tych kilka pierwszych lat… one były… trudne.

Ściągam brwi.

– Wydaje mi się, że twoja matka sądziła, iż urodzenie ciebie okaże się tym brakującym fragmentem… Że rozwiąże wszystkie jej problemy, położy kres kłótniom z twoim tatą – wyjaśnia.

Tyle że z wyjątkiem tej ostatniej kłótni nie pamiętam, aby dochodziło między nimi do awantur. Zdarzało się, że słyszałam krzyki. Najczęściej się czymś wtedy zajmowałam albo wychodziłam na podwórko. Unikałam problemu, nie zdając sobie z tego sprawy. Bywały okresy, kiedy spędzali osobno dużo czasu – tata pracował do późna, mama kładła się wcześnie spać. No a czasem w ogóle się do siebie nie odzywali, nawet przez kilka dni z rzędu. W sumie to dobrze im wychodziło udawanie przede mną.

– Shawn to wasz sąsiad, a przynajmniej był nim do czasu, kiedy miałaś dwa, może trzy latka i niemal każdego dnia bywałaś u niego w domu.

Sięgam w głąb swojej pamięci, rozpaczliwie szukając w niej czegoś, co stanowiłoby potwierdzenie słów Grace, ale nie znajduję ani jednej nici – z tamtych czasów nie pamiętam zupełnie nic. Jego twarz na zdjęciu nie wydaje mi się znajoma z przeszłości, ale w związku z tym, co się wydarzyło niedawno.

– To było dawno temu. – Śmieje się cicho. Z pewnością wyczuwa moją frustrację wywołaną brakiem związanych z Shawnem wspomnień.

– Nie miał pracy? Jeździłam do niej razem z nim? Spałam tam? – bombarduję ją pytaniami.

– Czasami. – Ta odpowiedź dotyczy wszystkich trzech pytań. – Miał dodatkowy pokój. Podobało ci się, kiedy gościł u siebie inne dzieci, klientów, którym musiał znaleźć dom. Był pewien chłopiec… – Odchyla się i zamyka oczy, a z jej gardła wydostaje się cichy śmiech. – Oboje mieliście wtedy mniej więcej dwa latka i kłóciliście się o każdą zabawkę w domu Shawna. Wybuchałaś płaczem, a ten słodki chłopczyk… – znowu chichocze – …zawsze ci ustępował.

Czuję potworny ciężar w klatce piersiowej, ramiona mi opadają. Niedobrze mi.

– Pamiętasz, jak miał na imię? – W uszach czuję pulsowanie krwi.

– Josselyn, ledwo pamiętam, jaki mamy dzień tygodnia.

Pulsowanie ustaje.

– Ale coś ci powiem… Nigdy w życiu nie widziałam dziecka z równie błękitnymi oczami. – Uderza dłońmi w blat, podkreślając znaczenie swoich słów, po czym wstaje i bierze się do szykowania dla nas torby na drogę.

Na moich ustach drży jego imię i niemal nie chcę go wypowiedzieć, bo to by była kolejna dziwna rzecz, ale jednocześnie – muszę wiedzieć.

– Wes – szepczę.

Gapiąc się na jej plecy, czekam na sygnał, że mam rację. Grace nie przerywa przekładania rzeczy z jednej torby do drugiej, a mnie zalewa fala rozczarowania. W pewnej chwili moja babcia nieruchomieje z paczką krakersów w ręce.

– Wiesz co, może… może i masz rację. Jego imię było krótkie, tego jestem pewna. To niesamowite, że pamiętasz! – Wraca ze śmiechem do pracy.

Nie pamiętam. Nie znaczy to jednak, że w głębi duszy nie znam prawdy.

– Wiesz, dokąd przeprowadził się Shawn?

Od tamtego czasu minęło wiele lat, pewnie z piętnaście, ale może przypadkiem…

– Nie znałam go zbyt dobrze. Twoja mama była z nim bardzo zżyta. Kiedy w czasie ciąży musiała leżeć w łóżku, często do niej zaglądał. Stało się to jego codziennym zwyczajem, a twój tata nie miał nic przeciwko, no bo Shawn… cóż, trudno go było uznać za konkurencję, zresztą twój tata tak bardzo się martwił o ciążę… Moja droga, nie było z tobą łatwo. – Zerka na mnie przez ramię i widzę, że jeden kącik ust ma uniesiony w krzywym uśmiechu.

– Żadna mi nowość – mówię, śmiejąc się. Wstaję od stołu przepełniona pewnością, że ta podróż da mi pełen obraz tego, jak bardzo toksyczne było małżeństwo moich rodziców, ale ani jednej wskazówki, która pomogłaby mi odnaleźć Wesa.

Zostawiam Grace w kuchni i udaję się do pokoju gościnnego. Ostrożnie uchylam drzwi, ale Kyle już nie śpi. Leży na łóżku z rękami pod głową i patrzy na mnie.

– Strasznie tu dziwnie. Wolałem już spać na podłodze w tamtym pokoju – stwierdza. Podnosi się i opiera się na łokciu. Siadam obok niego w takiej samej pozycji, a on zakłada mi za ucho pasmo włosów, po czym z uśmiechem szczypie mnie lekko w brodę.

– Nie wiem, co ja sobie myślałam. – Mrugam i zaciskam usta w cienką linię.

Kyle zerka na mnie z ukosa, następnie przekręca się na brzuch, splata dłonie pod policzkiem i tak leży.

– Myślałaś, że sama to wszystko zrobisz – rzuca.

Przewracam oczami i głośno wzdycham.

– Co zrobię?

Plecy Kyle’a unoszą się w rytm jego oddechu. Z twarzy znika uśmiech.

– Nikt tak naprawdę go nie szuka. Wszyscy dali za wygraną. Ale nie ty. – Unosi rękę i ponownie szczypie mnie w brodę. Nie zabierając ręki, przygląda mi się przez długą chwilę. – Wierzę ci.

Słysząc te proste słowa, przygryzam wargę. Opowiedziałam Kyle’owi o wszystkim, co pamiętałam, o tym, jak Wes złapał kamień, o tym, jaki był silny, że wszystko kończyło się dla niego najwyżej zadrapaniem i o tajemniczych wiadomościach. A on słuchał tego bez słowa.

I jechał. Jechał, aż przywiózł mnie tutaj.

– Myślisz, że on żyje? – pytam drżącym głosem, a do oczu napływają mi łzy, więc trę twarzą o chłodną pościel, aby się do końca nie rozkleić.

Kyle ponownie odsuwa mi z twarzy splątane włosy i tym razem dotyka mojego policzka.

– Tak – mówi. – I znajdziemy go.

Kładę rękę na jego dłoni i szepczę:

– Dziękuję ci.

Mieliśmy wybrać się dzisiaj na grób mojej mamy. Nie mam już na to ochoty. Tak naprawdę pochowałam ją dawno temu. Myślę, że w tej podróży bardziej chodziło o Grace. Albo przynajmniej tak się z czasem stało… o nią i o mnie.

Siadam i trę oczy, zastanawiając się, czy Kyle ja zdążymy się wyspać, nim rankiem wyruszymy w dalszą drogę donikąd. Wiem, że Shawn mieszka niezbyt daleko od Bakersfield, no bo przecież przyjechał po rzeczy Wesa. Liczę na to, że pomocne się okaże rozpytywanie w różnych miejscach, może w sklepach spożywczych w małych miasteczkach. Nie mam żadnego konkretnego planu, ale zamierzam prowadzić poszukiwania przez tyle dni, ile Kyle zgodzi się mnie wozić.

– Josselyn – odzywa się za mną Grace. Jej głos jest cichy, delikatny… ostrożny. Ma do powiedzenia coś niedobrego. Odwracam się i widzę, że stoi w otwartych drzwiach. Podchodzi do łóżka i podaje mi nieduży woreczek z przyborami toaletowymi. Biorę go od niej i uśmiecham się krzywo, czekając na to, co zaraz usłyszę. – Kevin – mówi. W moich żyłach zaczyna krążyć adrenalina. – Powinnaś się z nim spotkać.

– Nie. – Nie potrafię zamaskować chłodu w swoim głosie. Przykro mi, kiedy Grace się wzdryga, ale nie… Kevin to ten zły. Co tam moja mama. To on jest czarnym charakterem.

Dostrzegam, że spojrzenie Grace prześlizguje się na Kyle’a. Robi wydech i zaciska lekko usta, a nim zdążę zmienić pozycję tak, by zasłonić jej widok, wtrąca się Kyle.

– Dlaczego? – pyta.

– Nieważne dlaczego, Kyle. – Szybko się odwracam i piorunuję go wzrokiem. Zęby zaciskam tak mocno, że aż mi strzyka w żuchwie.

Mruga i przechyla głowę, co jeszcze bardziej mnie wkurza.

– Nie spotkamy się z Kevinem – oświadczam, nakreślając granicę, którą Kyle od razu przekracza, wstając z łóżka i podchodząc do Grace.

– Myślisz, że on też mógłby jej coś powiedzieć? O jej mamie? – pyta.

– Możliwe – odpowiada Grace i zaciska usta.

– Myślę, że dowiedziałam się już wystarczająco. – Dołączam do nich i tak oto wszyscy troje stoimy z rękami skrzyżowanymi na piersi: dwoje przeciwko jednej.

Im więcej przepływa między nami milczących oddechów, tym dobitniej czuję, jak Kyle walczy ze sobą. Zaraz położę temu kres.

– Bez względu na to, czego szukasz, skarbie… – ubiega mnie Grace. Po raz pierwszy nie zwróciła się do mnie po imieniu i nie zrobiła tego tonem protekcjonalnym. W jej głosie nie słychać żądania, ale coś, z czym ostatnio mało mam do czynienia. Wiarę. – Może swoistego zamknięcia między tobą a twoją mamą. Może czegoś innego. Nie mnie to wiedzieć, ale, Josselyn, nie zaznasz spokoju, dopóki nie zajrzysz w trakcie tej podróży pod każdy kamień.

– Kevin to rzeczywiście cholernie wielki kamień – prycham.

Uśmiecha się.

– Owszem, dla ciebie tak. Ale to nie jest zły człowiek. Z czasem go polubiłam i… – Unosi rękę, wiedząc, że zamierzam jej przerwać. – Ty wcale nie musisz darzyć go sympatią. Okoliczności pozwalają ci czuć to, co czujesz. Ale on jest elementem twojej układanki. I może… może… wie coś, czego się musisz dowiedzieć.

Przyglądam się badawczo jej twarzy, szukając w niej dodatkowego znaczenia tych słów.

– Gdzie on mieszka? Nie… nie twierdzę, że się z nim spotkamy, po prostu… gdybym się zdecydowała, jak daleko trzeba do niego jechać? – Ręce zaczynają mi się trząść na myśl o spotkaniu z Kevinem. W mojej pamięci pozostaje wyryta jego twarz z tamtego dnia, jednego z najgorszych dni w moim życiu. Przez te wszystkie lata próbowałam ją wymazać, ale ona tam tkwi niczym demon, który pojawia się w snach, aby kraść kawałki mojej duszy.

– Niedaleko uniwersytetu. Znalazł pracę na uczelni i tylko dlatego twojej matce i mnie udało się odnowić kontakt. Jestem pewna, że gdyby zależało to od niej, nie postawiłaby nogi w stanie, w którym ja mieszkam.

Grace się nie krzywi. Jej słowom nie towarzyszą łzy. Wzrusza ramionami, jakby przegrała dwa dolary na wyścigach konnych. Kiedy jednak wystarczająco długo patrzę jej w oczy, czekając na chwilę, w której pęknie jej fasada… choć minimalnie… w końcu to dostrzegam. Moja mama ją także porzuciła.

I to boli.

Babcia zostawia mnie i Kyle’a samych, prosząc na odchodnym, abym „to przemyślała”. Kyle nie naciska, choć wyczuwam, że głos w jego głowie próbuje wysłać mi sygnał zachęcający do zobaczenia się z Kevinem. Decyzję podejmuję dopiero rano, kiedy się pakujemy i zwijamy nasz wspólny przewód ładowarki do telefonów.

– Nie chcę tam jechać na długo.

Kyle się nie odwraca. Kontynuuje pakowanie toreb i kartonów do pikapa, upewniając się, że jedzenie znajduje się w chłodnym miejscu tuż za siedzeniami.

– W porządku – mówi w końcu, nadal się nie odwracając.

Uśmiecham się, kiedy na niego patrzę – mojego najlepszego przyjaciela. On nie chce, abym uciekła.

– W porządku – powtarzam za nim i z krzywym uśmiechem podaję mu skrzynkę butelek wody.

Uściskawszy na pożegnanie Kyle’a, Grace podchodzi do mnie. Stoję koło samochodu od strony pasażera. Czeka, aż drzwi Kyle’a się zamkną, po czym wciska mi w rękę małą kartkę i kopertę. Bez zaglądania do środka wiem, że znajdują się w niej pieniądze, i z miejsca odmawiam.

– Weź to – nalega, zaciskając moje palce wokół koperty. Dostrzegam podobieństwa w naszych dłoniach, zmarszczki, które pewnego dnia pojawią się także u mnie. – Zapisałam wskazówki, jak trafić do Kevina. I masz tam dwieście dolarów na wszelki wypadek, a może… może zatrzymacie się gdzieś w drodze powrotnej i zjecie dobrą kolację.

Uśmiecham się. Tata co do jednego miał rację – wiedział, że polubiłabym Grace.

– Dziękuję, babciu. – Wiem, że pozostawienie jej tego słowa, nazwanie jej babcią jest ważne, bo przytula mnie mocno, jedną ręką obejmując moją głowę.

– Kocham cię, skarbie. I twoja mama też cię kochała… na swój sposób – mówi mi cicho do ucha.

Kiwam głową, po czym odsuwam się i szybko wsiadam do samochodu. Posyłam uśmiech przez szybę i przykładam do niej dłoń na pożegnanie, ale Kyle wyczuwa zmianę w moim oddechu i od razu wie, czego mi trzeba. Gdy wycofuje auto z podjazdu, trzyma mnie za rękę, kiedy zaś znikamy z oczu Grace, ściska ją mocno, a ja pozwalam, aby po policzkach płynęły mi gorące łzy. Płaczę przez trzy przecznice, może cztery, a potem chowam w sobie ból i wycieram ręką twarz.

– Dokąd? – pyta Kyle.

Rozkładam kartkę od Grace i wyjaśniam, że musimy skręcić w lewo i wjechać na autostradę. I tak jedziemy przez jakieś pół godziny. Dom Kevina odnajduję na mapie w telefonie, a kilka minut później Kyle zatrzymuje się po przeciwnej stronie ulicy.

Gasi silnik, opiera się o fotel i razem ze mną spogląda przez szybę. Przez długą chwilę siedzimy w milczeniu.

– Wiem, że nie chcesz mnie popędzać – odzywam się w końcu. – Ale będziesz musiał. Nie chcę tego robić.

– No to jedźmy stąd i już – mówi szybko.

Odwracam głowę i nasze spojrzenia się spotykają.

– Nie mówisz poważnie.

Kręci głową i uśmiecha się blado.

– Nie – przyznaje.

Robię kilka głębokich wdechów, starając się napełnić płuca i sprawić, aby moja klatka piersiowa stała się twarda jak stal.

– Nienawidzę go – oświadczam.

– Wiem.

Kiwam głową, ciesząc się, że pozwala mi żywić takie uczucia.

– No dobrze – rzucam. Pora ruszać w drogę.

Otwieram drzwi i Kyle robi to samo. Razem wysiadamy i równym krokiem udajemy się w stronę niebieskich drzwi ze wstawką z witrażowego szkła. Naciskam dzwonek i nim zdążę stchórzyć, dostrzegam za kolorową szybką jakiś ruch. Prawa ręka zaczyna mi drżeć, a lewa gorączkowo szuka dłoni przyjaciela. Nawet kiedy Kyle trzyma mnie za rękę, i tak cała się trzęsę. Przestaję, gdy drzwi się otwierają i moim oczom ukazuje się mężczyzna z siwymi włosami, obciętymi krótko jak u wojskowego.

Choć rysy jego twarzy pokrywają się z moimi wspomnieniami, wygląda na zmęczonego życiem. Pod oczami ma ciemne worki, policzki pełniejsze niż przed laty. Zapuścił brodę, a uczelnianą bluzę zamienił na niebieską koszulę z wyhaftowanym nad sercem imieniem i nazwiskiem: KEVIN TOWLE. Dopiero teraz się dowiaduję, jak się nazywa. Śmieję się cicho pod nosem, wymawiając jego nazwisko w myślach – towel*.

Kevin wygląda na równie przerażonego jak ja chwilę przed otwarciem przez niego drzwi. Pobladł i w ogóle nie oddycha, kiedy tak stoimy i wpatrujemy się w siebie. Rozpoznaje mnie – to jedno jest pewne. Nie rozumiem tylko, jak to możliwe – wyglądam zupełnie inaczej niż dziecko, które zniszczył swoją niemożnością trzymania fiuta w spodniach i zostawienia w spokoju małżeństwa moich rodziców. Nie wysyłaliśmy mamie zdjęć.

– Grace cię uprzedziła, że przyjadę? – Głos mam silny, a po pokonaniu tej pierwszej przeszkody moja pewność siebie rośnie.

Kevin kręci szybko głową i wciąga powietrze przez nos.

– Nie. – Jego głos jest słaby i tak chropawy, że wypowiedzenie tego jednego słowa skutkuje kaszlem.

– Mogę wejść? – Staję się coraz śmielsza.

Kiwa głową i otwiera szeroko drzwi. Kyle i ja wchodzimy do środka. Wnętrze jest takie, jak lubiła mama. To styl Kristiny Winter – dostrzegam go w jasnych kolorach na ścianach, białych meblach w całym domu, drewnianych podłogach w kolorze dobrze kamuflującym brud. To nieduży dom na nieskazitelnie czystej ulicy z drogimi samochodami na podjazdach. Zupełnie nie przypomina Bakersfield. Założę się, że była tu szczęśliwa.

– Ładnie tu – stwierdzam i odwracam się, aby spojrzeć na Kevina. Opiera się o ścianę przy drzwiach. „Boi się wpuścić mnie zbyt daleko”.

– Zrobiliśmy remont, kiedy się tu wprowadziliśmy. – Jego słowom towarzyszy chrząknięcie.

Ponownie się odwracam i udaję się korytarzem do niedużego salonu połączonego z aneksem kuchennym. Nie pozostawiam Kevinowi wyboru – musi pójść za mną. Kyle, oczywiście, nie opuszcza mnie ani na krok.

Przesuwam dłonią po oparciu obitej kremowym płótnem sofy i zamykam oczy, przywołując obraz żółto-zielonej, którą mamy w domu: przetarcia na rogach, drewniane nóżki porysowane przez ciężkie buty i odkurzacze. Nasza sofa ma więcej lat niż ja, a ta wygląda jak prosto z salonu. Uznaję, że nie mam ochoty na niej siadać.

– W sumie to nie jestem pewna, dlaczego tu przyjechałam – mówię, krzyżując ręce na piersiach i przestępując z nogi na nogę. Raz po raz zerkam na Kevina. Nie potrafię patrzeć na niego dłużej niż przez sekundę.

– Twoja mama… chciała cię zobaczyć…

– Wcale nie. – Uśmiecham się cierpko, a w gardle czuję smak żółci.

Kevin podchodzi do stojącego naprzeciwko sofy fotela. Siada, kładzie łokcie na kolanach i nachyla się, splatając dłonie. Nadal nosi złotą obrączkę. Na jej widok ponownie muszę odwrócić wzrok.

– Chciała… pod koniec. Wiem… – urywa, żeby zaczerpnąć powietrza. Tym razem to on ucieka spojrzeniem. Ze wzrokiem wbitym w podłogę kontynuuje: – Wiem, że pewnie było już trochę za późno, ale kiedy Kristina chorowała, sporo… sam nie wiem… zaglądała w głąb duszy? – Podnosi głowę i po raz pierwszy nasze spojrzenia się spotykają. Mam wrażenie, że wokół serca zaciska mi się wielka pięść.

– Było za późno – mówię, starając się wlać siłę do swojego głosu.

– Wiem – odpowiada Kevin szeptem.

Przechodzę do otwartej na salon kuchni i przesuwam dłonią po gładkim granitowym blacie, następnie otwieram szafkę i widzę stosy wzorzystych naczyń. Cała zastawa.

– Napijecie się czegoś? – pyta Kevin.

Nieruchomieję plecami do niego, a moje palce zaciskają się wokół uchwytu od szuflady.

– Dziękuję, nie trzeba – mówię i otwieram szufladę. Moje spojrzenie zatrzymuje się na lśniących srebrnych łyżkach, nożach i widelcach. Popycham lekko szufladę i obserwuję, jak się powoli zamyka.

– Ja też dziękuję – odzywa się Kyle. Uśmiecham się do siebie, bo wiem, że mój przyjaciel mógłby umierać z pragnienia, a w ramach solidarności ze mną i tak nie przyjąłby propozycji Kevina.

– Wie pan, że w naszej kuchni brak jest listew na podłodze? – Ponownie odwracam się w stronę Kevina i patrzę mu w oczy. Kąciki jego ust opadają, bo przeze mnie czuje się skrępowany. – Aha, to zabawne. Kiedyś próbowaliśmy naprawić z tatą zlew i źle zakręciliśmy wodę, więc całe pomieszczenie zostało zalane – wyjaśniam ze śmiechem. – Minęło prawie dziesięć lat, a nadal nie położyliśmy nowych paneli.

Mruga powoli, a jego usta pozostają zaciśnięte w cienką, pozbawioną emocji kreskę. Opieram się plecami o blat i spoglądam na Kevina, zagryzając jednocześnie wnętrze policzka. Przez długą chwilę żadne z nas się nie odzywa, aż w końcu…

– Nie zamierzam przepraszać – mówi, a serce zaczyna mi bić w szaleńczym rytmie, który czuję wszędzie: w brzuchu, stopach, palcach u rąk.

– Nie po to tu przyjechałam – wyrzucam z siebie i zaciskam dłonie na krawędzi blatu. To prawda, nie przyjechałam po przeprosiny. To nie znaczy, że nie powinien mnie przeprosić i że nie chcę, aby się płaszczył i błagał o wybaczenie. Tyle że się tego nie spodziewam.

Spojrzenie Kevina ześlizguje się na moją nogę, a ja czekam. Nie zapyta mnie o nią. Jestem pewna, że wie o wszystkim od Grace.

– Kochałem ją. A twój tata jest pijakiem, który nie traktował jej tak, jak należy – oświadcza i ponownie patrzy mi w oczy.

Na wzmiankę o ojcu oddech mi przyspiesza. Kilka miesięcy temu skłonna bym była przyznać mu rację. A co tam, przybiłabym mu piątkę i pewnie uciekłabym i zamieszkała tutaj zamiast w żałosnym Bakersfield, ale to było przed… przed tym wszystkim.

– Był pijakiem – mówię dobitnie.

W oczach Kevina pojawia się gniewny błysk.

Wzruszam prawym ramieniem i odklejam się od blatu, po czym wracam do salonu.

– Skończył z piciem. Ja straciłam nogę. Jesteśmy sobie teraz bliżsi, a pan niezmiennie pozostaje osobą, która rozbiła związek – oświadczam, a każde słowo sprawia mi tak wielką przyjemność, jak sobie wcześniej wyobrażałam.

– Lepiej się czujesz? – Kevin wstaje i przeczesuje palcami krótkie włosy. Nadal się trzęsie, ale już nie tak bardzo.

– Nie. – Kręcę głową.

Oboje uciekamy wzrokiem, a Kevin wychodzi z pokoju i kieruje się w stronę mieszczącej się z tyłu domu sypialni.

– To był błąd – mówię do Kyle’a, gdy zostajemy sami.

– Zawsze tak mówisz. – Uśmiecha się pod nosem.

– Zamknij się. – Pociągam go za T-shirt i gestem wskazuję, aby poszedł razem ze mną do wyjścia.

Na drodze staje nam Kevin. W ręce trzyma starą żółtą kopertę.

– Zanim pójdziesz… – mówi i podaje mi ją.

Nie od razu biorę od niego kopertę, nie mając pewności, czy chcę się dowiedzieć, co się w niej kryje. Jakbym zaglądając do środka, miała się poczuć jeszcze gorzej.

– Weź. To głównie zdjęcia. Na wielu jesteś ty. Twoja mama je posegregowała i nigdy nie wyrzuciła. Trzymała w tej kopercie i… i powinnaś je mieć. Są dla ciebie ważne albo może takie się staną. Nie wiem.

Biorę kopertę i przyciskam ją do piersi.

– Dobrze – kiwam głową. Wzrok mam wbity w podłogę.

– Joss, żałuję, że nie mam nic więcej, co mógłbym ci dać. Żałuję, że nie mam nic więcej do powiedzenia, ale po prostu… nie mam – dodaje Kevin. – Nie przepraszam jednak za to, że kochałem twoją mamę, i nie żałuję naszego wspólnego życia. Ale przykro mi, że tym samym ty ucierpiałaś. Tyle mogę powiedzieć.

Przygryzam wargi, walcząc z pokusą powiedzenia mu, żeby spierdalał.

– W porządku – odpowiadam w końcu.

Kyle otwiera drzwi i udaję się za nim do naszego pikapa. Kevin nie zostaje, aby patrzeć, jak odjeżdżamy; po kilku krokach słyszę, że zamyka drzwi. A my jedziemy w milczeniu przez kilka kilometrów, aż w końcu Kyle wjeżdża na autostradę prowadzącą w stronę domu. Nie chcę już nawet szukać Wesa. Nie mam więcej wskazówek niż kilka dni temu. Nie wiem, od czego miałabym zacząć.

– Dokąd? – pyta mój przyjaciel.

– Do domu. – Wzdycham i opieram głowę o szybę.

– Okej. – Kyle włącza radio i zaczyna szukać jakiejś przyzwoitej stacji. Ostatecznie decyduje się na taką, która gra alternatywny rock.

Dopiero po niemal godzinie jazdy przez pustynię w końcu się poruszam. Zastanawiam się, czy nie zamknąć oczu, ale mam problem ze spaniem podczas jazdy. Szyba robi się ciepła od słońca, z każdą minutą coraz bardziej, aż w końcu muszę przesunąć głowę. Moje spojrzenie pada na kopertę, którą wcisnęłam między drzwi a siedzenie, sięgam więc po nią i kładę na kolanach.

– Jesteś pewna, że chcesz ją teraz otworzyć? – pyta Kyle.

– Czemu nie? – Wzruszam ramionami.

Kyle ponownie się skupia na drodze, a ja wyjmuję plik zdjęć i kartek i kładę je na kopercie. Najpierw przeglądam zdjęcia – większość przedstawia mnie jako niemowlę i kilkulatkę. Na jednym cała jestem w błocie i rozbawiona pokazuję je Kyle’owi.

– Ha, już nawet wtedy chętnie się brudziłaś. – Śmieje się.

Uśmiecham się cierpko i odkładam zdjęcie na leżący na kolanach stosik. Następnie przeglądam kilka kartek. To urodzinowe kartki dla mnie, których mama nigdy nie wysłała – jedna z okazji dwunastych urodzin, druga trzynastych, a trzecia osiemnastych. Otwieram tę ostatnią, bo urodziny miałam dwa tygodnie temu, co oznacza, że kupiła ją z wyprzedzeniem… zanim umarła.

Wiadomość w środku jest krótka, a charakter pisma mamy w ogóle się nie zmienił. Czytam, muskając kciukiem zakręcone J.

Kochana Joss,

żałuję, że nie mogę być świadkiem tego, jak kończysz osiemnaście lat. Nigdy nie potrafiłam tego wyjaśnić, ale po prostu musiałam odejść. Dusiłam się. Absolutnie nie z Twojego powodu. Mam nadzieję, że zrobisz coś wielkiego ze swoim życiem.

Całuję,

Mama

Te słowa powinny doprowadzić mnie do łez, ale tak się nie dzieje. Czytam je po raz drugi i nic nie czuję. Nie zawracam sobie głowy pozostałymi kartkami. Zbieram wszystko i chowam z powrotem do koperty. Kiedy to robię, wyczuwam, że kryje się w niej coś jeszcze. To list – zaadresowany do mamy. Nie ma na niej nazwiska nadawcy, a jedynie adres: LAKE ISABELLA.

Kartka jest krucha i pożółkła na rogach, więc ostrożnie ją rozkładam. List napisano jasnym ołówkiem, rozmazanym w kilku miejscach, ale udaje mi się wszystko odczytać.

Kristino,

dowiedziałem się, że Ty i Eric rozwiedliście się. Bardzo mi przykro. Mam nadzieję, że nie uznasz za narzucanie się tego, iż znalazłem w internecie Twój adres. Liczę, że właściwy. Chciałem się upewnić, że u Ciebie wszystko w porządku, no i czy Josselyn jest pod dobrą opieką. Przez to picie Erica martwię się o nią. Proszę, daj znać, czy mogę jakoś pomóc, zwłaszcza jeśli chodzi o Joss. Kocham tę dziewczynę, jakby była moją córką.

Życzę Ci dużo szczęścia.

Twój przyjaciel,

Shawn

Chwytam Kyle’a za ramię i natychmiast się prostuję. Odwracam kartkę, lecz nic więcej nie napisał. To jednak wystarczy. Koperta wystarczy. Puszczam ramię Kyle’a, który zjechał tymczasem na pobocze. Obok nas śmigają pędzące samochody.

– To on – oświadczam i ponownie rozkładam list.

Kyle bierze go ode mnie.

– Shawn… myślisz, że to ten Shawn? – Patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami.

– Nie ma innej opcji. – Przełykam głośno ślinę i spoglądam na widniejący na kopercie adres. Trzęsącymi się rękami próbuję go wpisać do nawigacji w telefonie. Kyle podłącza ładowarkę i wręcza mi drugi koniec, żeby nie rozładowała mi się bateria. Shawn zawsze był domem dla Wesa. Kiedy rodziny zastępcze wypinały się na niego, wracał pod opiekę Shawna. Człowieka, który był jedyną stałą jego w życiu – jako pracownik opieki społecznej i jako wujek, który wiedział, że Wes należy do rodziny Stokesów razem z Levim i TK. – Lake Isabella – mówię.

– To tak blisko domu.

Przytakuję i czuję trzepotanie w brzuchu, a serce wali mi jak młotem.

Kyle wrzuca bieg, ogląda się, po czym ponownie wjeżdża na autostradę. Mocno dociska pedał gazu. Kiedy wskaźnik prędkościomierza zaczyna się zbliżać do stu siedemdziesięciu, puszcza gaz, ale zwalnia tylko trochę.

On także uważa, że to właściwy Shawn. Co więcej, wierzy, że jesteśmy blisko.

Jesteśmy blisko odnalezienia Wesa.

*Towel – ang. ręcznik

Kiedy docieramy w okolice Lake Isabella, jest już noc. Nawet nie wieczór, bo minęła dziesiąta. Moje potrzeby nie zaczekają jednak do jutra. I tak nie zmrużyłabym pewnie oka. Kyle nie zadaje pytań. Pozwala, abym kierowała go pod podany na kopercie adres.

W okolicy nie ma dużego zagęszczenia domów, a drogi są kiepskiej jakości. Jedziemy drogą gruntową, coraz bardziej zbliżając się do jeziora, kiedy w końcu zauważamy skrzynkę pocztową z właściwymi numerami.

– Myślisz, że to tutaj? – pyta Kyle i hamuje. Koła wzbijają tuman kurzu.

Robię głęboki wdech, po czym głośno wypuszczam powietrze i wzruszam ramionami.

– Nie zabrzmiało to zbyt pewnie. – Kyle się śmieje.

– Bo nie jest pewne – odpowiadam z rozbawieniem.

Kyle zwalnia pedał hamulca i pikap rusza z głośnym chrzęstem. Jakąś godzinę temu wyłączyłam radio. Moje nerwy nie były w stanie znosić dłużej dźwięków. Teraz odgłos opon na żwirze wydaje się ogłuszający.

Kyle zatrzymuje się w połowie drogi między skrzynką pocztową a samotną przyczepą kempingową i gasi silnik. Prostuję palce, po czym zaciskam dłonie w pięści. W uszach słyszę głośne bicie serca i przełykam ślinę, bo zbiera mi się na mdłości.

– Nie widzę jego vana – mówię i przez kolejną minutę wpatruję się w nasze miejsce docelowe. – Jest tam jednak podjazd. Kiedy widziałam Shawna, jeździł na wózku. Podjazd byłby mu potrzebny.

– No tak. – Kyle opiera ręce na kierownicy i nachyla się. – Przez szpary w żaluzjach widać światło.

Kiwam energicznie głową.

– Powinniśmy tam zapukać – dodaje.

Ponownie przytakuję, ale nie ruszam się z miejsca. Siedzę w bezruchu, nie licząc drżenia nóg. Po niemal minucie Kyle w końcu otwiera drzwi.

– Ja to mogę zrobić – proponuje. – Jeśli chcesz.

Odwracam się i patrzę mu w oczy. Głos w mojej głowie krzyczy: „Tak, poproszę!”. Mimo to kręcę przecząco głową. Nie mogę scedować tego na niego. To… moje zadanie. Moje poszukiwanie odpowiedzi. I to ja muszę spotykać się z ludźmi, którzy są ich w stanie udzielić.

– Okej, ale idę z tobą. To tego rodzaju okolica, gdzie ludzie w zamrażarkach ukrytych w krzakach za domem trzymają zwłoki – rzuca, wysiadając z samochodu. Patrzy na mnie, czekając, aż zrobię to samo.

– Brzmi zachęcająco – mówię z udawaną powagą.

Kyle uśmiecha się lekko.

Jeszcze jeden oddech, potem cicho wysiadam i zamykam za sobą drzwi, nim zdążę się wycofać. Podchodzę do Kyle’a i bez słowa bierzemy się za ręce. Uspokajającym gestem ściska mi dłoń. Naszym krokom towarzyszy chrzęst żwiru pod butami. Idziemy powoli, ale miarowo, aż docieramy do obłożonych winylem drzwi. Moje spojrzenie prześlizguje się po przyklejonej nad wysłużoną gałką kartce z napisem „AKWIZYTOROM WSTĘP WZBRONIONY”. Jeśli to nie Shawn otworzy drzwi, powiemy, że się zgubiliśmy albo że ktoś nam podał niewłaściwy adres.

Patrzę na Kyle’a i kiwam głową. Zaciskam zęby ze zdenerwowania, a on puka do drzwi. Po chwili wyczuwam, że podłoga pod naszymi nogami wibruje od ruchu w przyczepie.

Opuszczam powieki i unoszę je dopiero wtedy, kiedy słyszę dźwięk otwierających się drzwi. Napotkawszy spojrzenie Shawna, nie mam pewności, czy powinnam płakać, czy krzyczeć. On nie od razu się odzywa. Dociska plecy do oparcia fotela, lekko przechyla głowę, a na jego twarzy pojawia się lekki uśmiech.

– Josselyn.

W tym momencie zalewa mnie fala tego wszystkiego, czego się dowiedziałam w ciągu ostatnich czterdziestu godzin. Wypowiadał już wcześniej moje imię – wiele razy. Napisał je w liście do mojej mamy. Karmił mnie, ubierał, uspokajał, opiekował się mną. Dlaczego nasze losy są tak ze sobą splątane? Czemu wcześniej o tym nie wiedziałam?

– Mogę wejść?

Kyle puszcza moją dłoń i kładzie rękę na dolnej części moich pleców. Kiedy to robi, skupia się na nim uwaga Shawna.

– Shawn Stokes – przedstawia się, wyciągając rękę do mojego przyjaciela.

Kyle najpierw zerka na mnie, a ja kiwam głową. Odrywa rękę od moich pleców i podaje ją Shawnowi. Mruży przy tym oczy.

– Miło pana poznać.

Jeden kącik ust Shawna unosi się ciut wyżej, kiedy uśmiecha się do mojego obrońcy. Wymieniwszy z Kyle’em uścisk dłoni, kładzie rękę na prawym kole i wycofuje wózek.

– Wchodźcie – mówi, zapraszając nas gestem do środka.

Przez chwilę stoję w bezruchu i wyczuwając moje wahanie, Kyle ponownie kładzie mi rękę na plecach.

Moje spojrzenie najpierw się skupia na stojącej pod przeciwległą ścianą brązowej sofie. Podchodzę do niej szybko na drżących nogach. Siadam, zostawiając z boku wystarczająco miejsca dla Kyle’a. Shawn chwyta za sznurek przytwierdzony do drzwi i za niego pociąga, po czym odwraca się do nas z uśmiechem.

– Czasem nie jestem w stanie dosięgnąć tej cholernej gałki. W sumie można to pewnie nazwać ułatwiaczem życia – Cicho się śmieje. Przyłączam się do niego, ale to nerwowy śmiech.

Nasze spojrzenia się spotykają. Ileż razy patrzyłam w te oczy jako dziecko? Przyglądam mu się równie uważnie, jak on mnie. Szukając w pamięci jego twarzy – ale nie tej, którą zapamiętałam tamtego dnia u państwa Stokes – wyczuwam, że jego zalewa na mój widok fala wspomnień. Oczy mu błyszczą, a policzki unoszą się w uśmiechu, który powoli wykwita na jego twarzy.

Odwraca wzrok i wjeżdża do aneksu kuchennego. Z blatu zdejmuje szklanki odstawione do wyschnięcia.

– Napijecie się czegoś? Soku? Mogę też zaproponować herbatę. Nie mam, niestety, nic gazowanego.

– Dla mnie może być woda – mówię.

– Dla mnie też – dodaje Kyle.

Rozglądam się. Wnętrze przyczepy jest raczej zwyczajne – główne pomieszczenie z sofą, telewizorem i lampą podłogową, obok aneks kuchenny z niewielkim stołem pod ścianą. Żadnych krzeseł, zresztą na podłodze nie ma niczego oprócz paru plastikowych koszy obok telewizora. Szerokie przejście po mojej lewej prowadzi najpewniej do sypialni i łazienki.

Ściany to zupełnie inna historia. Pełno na nich uporządkowanych drobiazgów – szklane gabloty z komiksami i figurkami, oprawione w ramki rysunki z autografem, kostiumy superbohaterów przytwierdzone do ściany, niektóre męskie, niektóre damskie.

Przestaję się rozglądać, dopiero kiedy przede mną zjawia się Shawn. Podaje mi szklankę z wodą.

– Dziękuję – mówię i biorę ją od niego drżącymi rękami. Nie potrafiąc się powstrzymać, uciekam spojrzeniem do tego, co zajmuje ściany. Shawn z przytwierdzonego do wózka uchwytu na napoje wyjmuje drugą szklankę i wręcza ją Kyle’owi, po czym obraca wózek tak, że siedzi naprzeciwko mnie. On także zerka na wiszące na ścianie kostiumy i chichocze.

– Takie hobby. Od dziecka mam hopla na tym punkcie. Po śmierci taty odziedziczyłem jego kolekcję. Większość kostiumów należała do niego – wyjaśnia.

Kiwam powoli głową i grzecznie się uśmiecham. Shawn unosi palec i podjeżdża do koszy. Jeden z nich kładzie sobie na kolanach, po czym wraca do mnie. Zaczyna grzebać w kartkach i broszurach, aż w końcu wyjmuje kopertę z papieru woskowanego i podaje mi ją.

Ściągam brwi i obdarzam go pytającym spojrzeniem.

– Śmiało. Tylko trzymaj za brzegi.

Ostrożnie otwieram kopertę i wyjmuję z niej kawałek taśmy filmowej. Unoszę ją do światła, aby się przekonać, czy coś uda mi się wypatrzyć na tych czterech czy pięciu klatkach.

– Wszystkie wyglądają tak samo. To kawałek dwudziestomilimetrowej taśmy z jednym z pierwszych wydruków Cienia. Upolowałem to w zeszłym tygodniu na osiedlowej wyprzedaży. Ten mały kawałek kliszy wart jest parę tysięcy dolarów.

Trzęsącymi się palcami chowam ją do koperty i oddaję Shawnowi.

– Przykro mi, nie wiem, co to takiego ten Cień – mówię i wsuwam dłonie pod uda.

Shawn przyciska kosz do brzucha i kładzie ręce na pokrywce. Śmieje się.

– Wątpię, aby wiedziały to takie młode osoby jak ty. – Jego spojrzenie ponownie zatrzymuje się na mnie.

Gapię się na swoje kolana i zaczynam skubać paznokieć przy lewym kciuku. Kyle trąca mnie lekko w nogę, a kiedy zerkam na niego, widzę, że kiwa lekko głową.

– O czym byś chciała ze mną porozmawiać? Coś mi mówi, że niełatwo wam się było dowiedzieć, gdzie mieszkam, a dotarcie tu o tej porze z pewnością też nie okazało się proste – przerywa nasze milczenie Shawn. Kyle znowu kiwa głową.

Robię głęboki wdech i z płucami pełnymi powietrza przenoszę wzrok na naszego gospodarza. On wie, po co tu przyjechałam. Wie o wszystkim, co i ja teraz wiem – mówi mi to sposób, w jaki mi się przygląda.

– Znalazłam to… Byłam u babci i dostałam od niej trochę rzeczy mojej mamy – wyjaśniam i prostuję się na tyle, aby wyjąć z tylnej kieszeni spodni zdjęcie, które przedstawia jego i mnie.

W jego oczach widać ciepło i z szerokim uśmiechem bierze ode mnie zdjęcie, po czym wyjmuje z kieszeni okulary i je zakłada.

– No proszę. Mam tu jeszcze włosy – mówi i znowu się trzęsie ze śmiechu. Na chwilę się odwraca, kaszle w rękaw, i zaraz znów przypatruje się fotografii.

Przygląda się i przygląda, a moja stopa zaczyna wybijać nerwowy rytm. Mimo to czekam. Shawn niczemu nie zaprzecza. Tyle że nie udziela żadnych wyjaśnień.

– Byłaś taka maleńka – mówi w końcu. Moja stopa nieruchomieje. – Wiedziałaś, że urodziłaś się trzy tygodnie przed terminem?

Mrugam raz… dwa razy.

– Nie.

– To prawda. – Posyła mi spojrzenie ponad okularami, po czym z powrotem skupia się na zdjęciu. Po kilku sekundach mi je oddaje. – Byłaś prawdziwą kruszynką. Chudziutkie rączki i nóżki. Szybko jednak rosłaś w siłę. Potrzebowałaś zaledwie paru dni, aby nadgonić to, czego ci brakowało.

Spojrzenie Shawna ześlizguje się na moją nogę, ale szybko wraca do twarzy. Kiwa powoli głową, zapewne podziwiając to, jak daleko udało mi się zajść z rehabilitacją. Jestem silniejsza. Silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.

– Byłeś naszym sąsiadem… tak mówiła Grace. – Słowa nieco łatwiej wydostają się z moich ust, ale niewystarczająco swobodnie.

– Zgadza się. Powinienem był coś pewnie powiedzieć, kiedy cię zobaczyłem, ale sam nie wiem… pora nie wydawała się odpowiednia, zresztą nie pamięta się raczej niczego z czasów, kiedy się miało dwa lata.

Za każdym razem, kiedy obdarza mnie spojrzeniem, kąciki jego ust lekko się unoszą. Stąd wiem, że dla nas obojga jest to gra. On próbuje wybadać, ile ja wiem albo ile mi się wydaje, że wiem o Wesie i o tym, co on potrafi, ja natomiast próbuję znaleźć odpowiednie słowa, które pomogą mi w uzyskaniu tak potrzebnych odpowiedzi. Sęk w tym, że ja nie mam w zwyczaju przegrywać.

– Opiekowałeś się Wesem, kiedy byłam mała – mówię i się prostuję. Kątem oka dostrzegam, że Kyle poprawia się na swoim miejscu. On już o tym wie. Po wyjeździe z Tucson wszystko mu opowiedziałam.

Shawn unosi rękę do twarzy, łokieć kładzie na oparciu wózka i knykciami muska dolną wargę. Kącik jego ust ponownie lekko drży.

– Pamiętasz.

Przez kilka sekund patrzę mu w oczy, zastanawiając się, czy lepiej skłamać i powiedzieć, że tak, czy trzymać się prawdy. Ostatecznie kręcę przecząco głową.

– Nie pamiętam. A szkoda.

Zaciska lekko usta, tłumiąc śmiech.

– Was dwoje od zawsze łączyła… więź.

Kiedy Shawn wypowiada te słowa, czuję, że między moimi brwiami pojawia się pionowa kreska. Unosi palec, puszcza do mnie oko, cofa się wózkiem i odjeżdża w stronę niewielkiego korytarza.

– Nie ufam temu gościowi – szepcze Kyle, nachylając się w moją stronę.

– On coś wie – odszeptuję.

Kiedy Shawn szuka czegoś na drugim końcu przyczepy, ja siedzę i stukam lewą stopą w podłogę. Prawa noga mnie boli, bo nie rozciągałam jej tak, jak powinnam, więc pocieram udo i wciskam kciuki w napięte mięśnie.

– Musisz jechać do domu – mówi Kyle, już nie szeptem.

– Musimy znaleźć Wesa. To nasz priorytet – odwarkuję i milknę, kiedy słyszę, że wraca Shawn.

Kyle przenosi spojrzenie z naszego gospodarza na mnie i daje mi kuksańca w bok, aż w końcu patrzę mu w oczy. Ściąga lekko brwi i zaciska usta w cienką, prostą linię. Wiem, że się o mnie martwi, ale to jest ważniejsze. Tak jest i już.