Dziewczyna o kruchym sercu - Elżbieta Rodzeń - ebook
lub
Opis

 Nawet okrutny los może czasem zrobić piękny prezent

Janek to chłopak towarzyski i lubiany, w szkole wzorowy uczeń, a w wolnych chwilach wolontariusz. Ulka to jego przeciwieństwo – opryskliwa, nieufna, skryta.

Oboje są w klasie maturalnej, a z racji częstych nieobecności dziewczyna ma zaległości z matematyki. Janek zgłasza się na ochotnika, aby jej pomóc. Chce po prostu wypełnić kolejne zadanie. Z biegiem czasu z zaskoczeniem odkrywa, że coraz bardziej zależy mu na Uli. Dziewczyna jednak cały czas go odpycha… Jaka tajemnica połączy tych oboje? Czy Ula pozwoli Jankowi zbliżyć się do siebie? Czy mają szansę być razem?

Nie jestem aniołem, choć to jako pierwsze może przyjść do głowy. Po prostu mam misję. Ważniejszą niż noszenie skrzydeł. Nie jestem jedyny, ale pracuję sam. Mam podopieczną, Ulę. Miałem dopilnować, żeby umarła, zniknęła. Nie spodziewałem się, że będzie tak intensywna. Słodka i pikantna. I wywróci moje życie do góry nogami. Będzie sądzić, że jestem lekiem, którego potrzebowała, ale to błąd. Jak mam ją ochronić? Kiedy jej serce pęknie, moje pójdzie w jego ślady. Jak mam ją uratować, skoro przyszedłem ją odprowadzić?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 583


Elżbieta Rodzeń Dziewczyna o kruchym sercu ISBN: 978-83-7785-985-8 Copyright © by Elżbieta Rodzeń, 2016 All rights reserved Redaktor: Witold Kowalczyk Projekt okładki i stron tytułowych: Krzysztof Kibart www.designpartners.pl Niniejsza książka jest dziełem fikcyjnym. Wszyscy jej bohaterowie i poszczególne wątki fabularne są wytworami wyobraźni autorki. Jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych zdarzeń, miejsc oraz osób, żywych bądź zmarłych, jest całkowicie przypadkowe. Ponadto książka nie przedstawia przekonań religijnych autorki ani żadnej innej osoby. Wydanie I Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Prolog

Siedzę na podłodze, na środku ciemnego pokoju, przy jej łóżku. Spełniło się moje marzenie, realizuję pierwszy poważny projekt. Dostałem to, czego chciałem, a mimo to nie jestem szczęśliwy. Mam ochotę ją obudzić i powiedzieć o wszystkim. O tym, co tutaj robię i jakim jestem kłamcą. Ale nie zrobię tego. Przynajmniej jeszcze nie teraz.

Słyszę, jak cicho wzdycha, przekręcając się na drugi bok. Uwielbiam, gdy wydaje z siebie dźwięki, jakby była małym, miękkim kotkiem. Pewnie strasznie by się wkurzyła, gdyby wiedziała, jakie kretyńskie myśli przychodzą mi do głowy.

Patrzę na jej spokojną twarz i zastanawiam się, jak długo będzie to jeszcze trwało. To jakiś cud, że do tej pory jeszcze tego nie spieprzyłem. Czuję, że jakąkolwiek podejmę decyzję, będzie ona zła. Nie ma dobrego wyjścia. Tak po prostu. Bo tylko ona jest moim dobrym wyjściem, ale nie będę w stanie jej zatrzymać.

1 września, sobota

Zaparkowałem swoją niedawno kupioną vespę przed budynkiem Cienistej Doliny. Całe wakacje harowałem w barze szybkiej obsługi i pomagałem przy remontach, aby móc zafundować sobie to cacko. Oficjalnie zakończyłem tym samym erę tłuczenia się autobusami. Może mogłem mieć za tę sumę mały, zdezelowany wóz. Ale wolę już moknąć na swoim stylowym kremowobrązowym cacku, niż z suchymi włosami modlić się, aby wóz nie odmówił mi posłuszeństwa, gdy akurat postanowię podwieźć jakąś dziewczynę. Poza tym podwożenie dziewczyn na skuterze ma jedną niezaprzeczalną zaletę. Młoda dama obejmuje mnie w pasie i przytula się klatką piersiową do moich pleców. Jak mógłbym dobrowolnie pozbawić się tak uroczej perspektywy?

Gdy przechodziłem przez hol, dotarło do mnie standardowe powitanie recepcjonistki — pani Krystyny:

— Witamy w Cienistej Dolinie… — przerwała, zanim zapytała, do kogo przyszedłem, bo już mnie rozpoznała. — A, to ty, Janek. — Rozpromieniła się na mój widok. — Już po wakacjach?

— Jeszcze mam ten weekend. — Posłałem jej swój najokazalszy uśmiech. W życiu nie połasiłbym się na pięćdziesięcioletnią panią Krystynę, ale kobieta mnie ubóstwiała, więc dawałem jej trochę radości życia. To nie ona była moim projektem, ale ten dom to mój rewir. Byłem tu wolontariuszem, odkąd skończyłem szesnaście lat. Spędzałem tu dwa popołudnia w tygodniu i sobotnie poranki, jak dziś. Nie prosiłem, aby trafić akurat tu. Szczerze mówiąc, wolałbym być gdzie indziej, ale dzięki znajomościom i dobrym układom z personelem miałem tam całkiem przyjemne zajęcia. Nigdy nie kazano mi wynosić basenów czy zmieniać pieluch. Byłem przyszywanym wnuczkiem, kimś do towarzystwa i całkiem nieźle odnajdywałem się w tej roli.

Muszę przyznać, że ta robota miała też jeden niekwestionowany atut. Gdy mówiłem jakiejś dziewczynie, że z własnej woli pomagam starszym ludziom, to właściwie nie musiałem robić wiele więcej, a ona już była moja. A kiedy na trzeciej randce przyprowadzałem tu koleżankę, a ona widziała mnie w akcji, takiego opiekuńczego i wrażliwego, to w mgnieniu oka była gotowa pokazać mi swoją bieliznę. Lepszy efekt dawałby tylko wolontariat na oddziale szpitala dziecięcego, ale to jeszcze nie moja liga. Może kiedyś mnie do tego dopuszczą. Szczerze mówiąc, o to właśnie walczyłem, ale to nie takie proste, bo to nie ja decydowałem.

Teraz, tuż po wakacjach, nie byłem jeszcze do nikogo przypisany, więc wziąłem udział w zajęciach z całą grupą staruszków. Nie przepadałem za tym, wolałem konkretne zadania i kontakt z jedną osobą przez dłuższy czas. Postanowiłem, że jutro koniecznie porozmawiam z moim zwierzchnikiem. Może uda mi się go nakłonić, aby wreszcie powierzył mi trudniejsze misje.

2 września, niedziela

Mój zwierzchnik patrzył na mnie, jakby chciał poddać mnie jakiejś błyskawicznej i dogłębnej zarazem ocenie. Siedzieliśmy w jego małym, ale jasnym saloniku, przy drewnianym stole, obaj na skrzypiących krzesłach. Do środka przez ultraczyste okna wpadały ciepłe promienie słońca, odbijając na podłodze wzór firanki. Kilka metrów dalej, w kuchni, gosposia szykowała obiad. Z powodu jej obecności szeptaliśmy, gdy już oczywiście coś mówiliśmy, bo tego dnia Piotr mnie prześwietlał, więc milczeliśmy. A ja czekałem.

Z kuchni dochodziły mnie smakowite zapachy i mój żołądek głośno domagał się zainteresowania ze strony otoczenia. Położyłem na nim rękę i uśmiechnąłem się przepraszająco, choć to było głupie, bo to Piotr trzymał mnie tak długo. Nie miałem kontroli nad organami wewnętrznymi, ale mimo to wypadało zachować się uprzejmie.

— Długo się nad tym zastanawiałem — odezwał się wreszcie Piotr. — Podczas ostatnich zadań świetnie się spisałeś, choć przydzielono ci trudne dla ciebie miejsce.

Zazwyczaj męczyło mnie jego ględzenie, ale czułem, że dziś do czegoś nas to doprowadzi, więc przytakiwałem mu ile wlezie. Bez kitu. Dziś zgodziłbym się na wszystko. Zwłaszcza na propozycję przejścia na wyższy stopień. I wreszcie padły te słowa:

— Dostaniesz nowe zadanie.

To był miód na moje uszy, więc zamieniłem się w kiwającego głową pieska z samochodów z poprzedniej epoki.

Piotr potarł dłonią czoło. Chyba zachowywałem się zbyt entuzjastycznie, bo on najwyraźniej ocenił, że za chwilę miał popełnić błąd. Nakazałem sobie powagę.

— Przejdziesz od razu na najwyższy stopień — powiedział ostrożnie.

— Jak to? — Nie wytrzymałem. Że też nie potrafiłem trzymać języka za zębami.

Byłem na stopniu najniższym, więc teraz powinienem przejść na średni, czyli na zadania średnio trudne, których realizacja zajmuje od kilku tygodni do maksymalnie trzech miesięcy. A on proponował mi robotę, na którą składało się wiele zmiennych, bez ograniczeń czasowych, coś naprawdę trudnego.

— Chodzi o kogoś z twojego otoczenia.

Zrobiło mi się nieprzyjemnie. Akurat tego każdy wolałby uniknąć.

— Miał się nią zająć ktoś z większym doświadczeniem, ale ona nie dopuściła go do siebie. Zgłosiła nawet na policję, że ktoś za nią łazi. Dawno już — zmarszczył brwi — nie mieliśmy takiego przypadku.

— Kto to jest? — Nie mogłem już wysiedzieć.

— To dziewczyna z twojej klasy. Powinieneś ją znać, choć przez dłuższy czas uczyła się w domu. Teraz wróci do szkoły.

Wiedziałem mniej więcej, o kim mówił. Była taka jedna, ale za cholerę nie mogłem sobie przypomnieć jej imienia. Nie była brzydka czy jakaś niesympatyczna, ale raczej niezauważalna. Chyba nawet nie potrafiłbym powiedzieć, kiedy przeszła na to nauczanie indywidualne. Pewnie też nie zwróciłbym uwagi, że się pojawiła. Nie ma to jak zadawać się z dziewczyną, która nie istnieje. To z pewnością nie wpłynie korzystnie na moją pozycję w szkole. Jeśli natomiast wywiążę się dobrze z tego zadania, już nigdy nie dostanę zadań ze stopnia niższego bądź średniego. O coś takiego warto było powalczyć.

— Zajmę się tym — powiedziałem stanowczo.

— Zajmiesz się nią — skorygował mnie. — Zaopiekujesz się Urszulą Borowską.

3 września, poniedziałek

Pierwszy oficjalny dzień szkoły. Rozpoczęcie roku, klasa maturalna.

Stałem dość długo na parkingu oparty o swój skuter. Czekałem na nią. Skoro jest na coś chora, to pewnie ktoś ją podwiezie i będzie musiał ją wysadzić właśnie tu.

Tymczasem podeszli do mnie kumple i witaliśmy się wylewnie, pokrzykując i wymierzając sobie udawane ciosy. Większości nie widziałem całe wakacje, więc wymienialiśmy się nowinkami. Kto gdzie był, kto z kim to zrobił. Sam też miałbym się czym pochwalić, bo okazało się, że dziewczyny, które zostały na lato w mieście, są jeszcze bardziej zdesperowane niż te, które wyjechały. Ale nie jestem z tych, którzy się chwalą. Brak dyskrecji jest marnym wabikiem. Poza tym nie miałem zamiaru robić nikomu krzywdy.

Dochodziła już dziewiąta, kiedy wreszcie ją zobaczyłem. Wysiadła z nowiutkiej toyoty. Za kierownicą siedziała jakaś kobieta, pewnie jej matka. Ulka przez chwilę o coś się z nią kłóciła, aż wreszcie trzasnęła drzwiami i ruszyła w stronę wejścia.

Przyjrzałem się jej, korzystając z okazji. Część twarzy zasłaniały jej ciemne, kręcone włosy. Miała białą bluzkę z długimi rękawami, zapiętą pod szyję, choć mimo wczesnej pory było gorąco. Przewidywałem, że się w tym ugotuje, zwłaszcza że miała jeszcze długie dżinsy. Choć nie widziałem jej oczu i żadnego odsłoniętego kawałka jej ciała, to wydała mi się całkiem ładna. Nie była klasyczną pięknością, ale przyjemnie się na nią patrzyło. Zwłaszcza na zgrabne nogi.

— Daj sobie spokój — mruknął do mnie Dominik, który najwyraźniej zrozumiał, na co się gapiłem.

— O co ci chodzi? — Udawałem, że nic się nie dzieje.

— O Borowską. — Pochylił się lekko w moją stronę. — Próbowałem w zeszłym roku. Posłała mnie do diabła, zanim zdążyłem dokończyć pierwsze zdanie.

— Może jej się nie podobasz? — Uniosłem zaczepnie jedną brew.

Dominik był jedynym facetem, który w tej szkole był w stanie pobić mnie w rankingu popularności wśród płci pięknej. Był po prostu przystojniejszy. A przy tym miał dystans i poczucie humoru, więc mogłem sobie pozwolić na takie teksty.

— Najwyraźniej. — Wzruszył ramionami niezbyt tym przejęty.

— Podoba ci się? — Musiałem to wiedzieć, bo jeśli wszedłbym mu w drogę tym, co zamierzałem zrobić, to byłyby problemy.

— Jest całkiem, całkiem, ale bez szału. Byłem ciekaw jej tajemnic. Nikt tak naprawdę jej nie zna.

Zdążyłem już zauważyć, że ona z nikim się nie wita. Szła zupełnie sama i po chwili zniknęła w budynku. Wyglądało na to, że moje zadanie będzie trudniejsze, niż przypuszczałem.

* * *

Tłoczyliśmy się w auli i czekaliśmy na zwyczajową przemowę dyrektora. Znalazłem Ulkę opartą o ścianę tuż przy otwartym oknie. Rzuciła swoją torbę na podłogę, a ręce wetknęła w kieszenie. Stanąłem tuż za nią, a ona lekko się odsunęła. Nie obejrzała się za siebie, aby sprawdzić, kto naruszył jej przestrzeń. Miałem nadzieję, że się odwróci i będę mógł jakoś zagaić, a tak musiałem wymyślić coś innego.

— Mogliby już nam darować. — Postanowiłem uderzyć w ton uczniowskiego zrzędzenia, bo wszyscy go czują. — Trzeci raz będziemy słuchać tej samej przemowy o istocie nauki.

Odwróciła się przez prawe ramię, nie podnosząc głowy od razu, jakby chciała się upewnić, czy mówiłem do niej. Kiedy przekonała się, że właśnie tak było, utkwiła we mnie spojrzenie swoich niemal czarnych oczu.

— Tak się składa, że ja będę słuchać tego po raz pierwszy. — Zmrużyła lekko powieki, a ja nie mogłem przestać patrzeć na jej długaśne rzęsy. — Masz mi jeszcze coś do powiedzenia, lalusiu?

Otworzyłem usta nieco zaskoczony. Dominik mnie ostrzegał, ale i tak nie spodziewałem się takiego ataku.

— Nie tak ostro, dziewczyno. — Uniosłem dłonie w obronnym geście. — Chciałem tylko pogadać.

— To znajdź sobie kogoś, kto ma na to ochotę.

Odwróciła się w stronę podwyższenia, na które wdrapywał się tęgiej postawy pan dyrektor. Nie słyszałem ani jednego jego słowa, bo miałem znacznie większy problem niż nauka. Istota mojego problemu stała przede mną i byłem pewny, że da radę zniszczyć moją ledwo co rozpoczętą karierę. To bez wątpienia była ta dziewczyna, która poskarżyła się policji na mojego poprzednika. Czułem, że gdybym odezwał się do niej tego dnia raz jeszcze, też gdzieś by na mnie doniosła. Może dlatego słuchała z taką uwagą słów dyrektora. Jakby chciała znaleźć w nich argument za tym, że wszyscy powinni dać jej święty spokój.

Nie miałem co marzyć o tym, że zostaniemy przyjaciółmi i będę ją wspierał w bezpieczny dla mnie sposób. Mogłem od razu się poddać albo spróbować ją przekonać, że mam coś do zaoferowania. Grać dla dobra sprawy. Byłem jednak kiepskim kłamcą, więc z wściekłością zacząłem układać w głowie tekst zgrabnego wyjaśnienia, dlaczego proszę o zmianę zadania. Przed oczami miałem już minę Piotra, ale nie to będzie najgorsze. Najtrudniej będzie wytłumaczyć to mojej rodzinie. Walnąłem krawędzią pięści w ścianę ze złości. Wtedy Ula odwróciła się ponownie i spojrzała mi prosto w oczy. To trwało tylko moment. Kilka sekund. Ale wystarczyło, abym zmienił zdanie.

4 września, wtorek

Postanowiłem, że na razie trochę jej się poprzyglądam. Nie było jeszcze pośpiechu, miałem kilka miesięcy, może nawet rok, więc jeden dzień obserwacji w niczym nie zaszkodzi.

Pierwsza była matma. Nasza nauczycielka — chuda okularnica w wieku emerytalnym — miała do mnie słabość, odkąd odkryła, że aktywnie udzielam się w jej parafii. W dodatku zawsze dobrze radziłem sobie z tego przedmiotu, więc posadę ulubieńca miałem w garści. Nie korzystałem zbytnio z tego przywileju, ale kiedyś mogło mi się to przydać.

Zająłem swoje stałe miejsce w trzeciej ławce pod ścianą. Przywitałem się z Kubą, który przez dwa poprzednie lata siedział ze mną niemal na każdej lekcji, i zacząłem wypatrywać Ulki. Jeszcze jej nie było, a do ósmej pozostały już tylko dwie minuty. Wreszcie weszła. Rozejrzała się niepewnie za wolnym miejscem i wybrała to przy przejściu, z brzegu dwóch złączonych ławek, niemal na końcu sali. Odrzuciła do tyłu kaptur zielonej bluzy, który do tej pory miała na głowie, i dostrzegłem, że ma zaczerwienione policzki. Wyglądała tak, jakby tu biegła. Skoro miała na to siłę, nie mogła być bardzo chora.

Zauważyłem, że skinęła głową tylko jednej osobie. Jakby z całej naszej klasy poznała tylko ją, a mimo to nie usiadła obok niej. Jednak dzięki temu ja miałem swój pierwszy trop. Musiałem porozmawiać z Gośką i dowiedzieć się czegoś o Ulce.

Nauczycielka zaczęła sprawdzać obecność i gdy wyczytała nazwisko Borowskiej, dziewczyna odpowiedziała, że jest obecna. Gdy psorka rozkładała kartkę z informacją wpiętą do dziennika, na chwilę zapadła cisza, a Ulka patrzyła nieruchomo przed siebie.

— Daj znać, jeśli źle się poczujesz.

Skinęła głową. Przynajmniej tylko tyle zauważyła nauczycielka. Ja dostrzegłem jeszcze, że zaciska dłonie w pięści. Chyba nie lubiła, gdy ktoś ją tak traktował.

Na długiej przerwie odszukałem Gośkę. Nie było to trudne, bo zawsze wtedy wychodziła ze szkoły na papierosa. Opierała się biodrem o wysoki murek ogrodzenia i była zajęta rozmową z innymi dziewczynami. Podszedłem do niej jak gdyby nigdy nic. Jej towarzystwo, widząc mnie, niby się ulotniło, ale wiedziałem, że baby mają tak wyczulony słuch w takich sytuacjach, że nie uświadczymy tu prywatności.

— Przejdziemy się? — zaproponowałem.

Spojrzała na mnie, zmarszczyła brwi, a potem sprawdziła godzinę na telefonie.

— Mamy tylko piętnaście minut. — Nie była do mnie wrogo nastawiona, raczej zwyczajnie nie chciało jej się nigdzie łazić, nie chciała też pewnie zrywać się z lekcji. Zawsze była cholernie obowiązkowa.

— Wystarczy — zapewniłem. — Nie zajmę ci więcej czasu.

Ruszyliśmy przed siebie wzdłuż ulicy.

— O co chodzi? — zapytała, zaciągając się papierosem.

— Powinnaś to rzucić. Zdaje się, że palenie już nie jest modne.

Westchnęła zniecierpliwiona.

— Naprawdę o tym będziemy gadać?

— Nie.

Nie podobało mi się to, że paliła, bo wiedziałem, że nauczyła się tego ode mnie. Zresztą nie była to jedyna rzecz, którą właśnie ze mną robiła po raz pierwszy. Ja nie paliłem od kilku miesięcy i wolałbym, aby ona też już tego nie robiła. Przynajmniej tej jednej rzeczy wiążącej ją ze mną mogła się pozbyć.

— Chodzi o Ulkę — wydusiłem z siebie. — Widziałem, że się z tobą wita.

— Co z tego?

— Wita się tylko z tobą.

— Możliwe. — Wzruszyła ramionami. — Co do niej masz?

— Chciałbym wiedzieć, jaka jest.

Zatrzymała się gwałtownie, tak że została o pół kroku za mną. Jej twarz wykrzywiał grymas. Jakby była czymś zniesmaczona.

— Jest chora — wypluła słowa, którymi chyba chciała mnie powstrzymać.

— Nie chcę jej podrywać — powiedziałem poważnie. — Jestem tylko ciekaw. — Widziałem po minie dziewczyny, że jej nie przekonałem. — Gośka — spróbowałem dotknąć jej ramienia, ale się ode mnie odsunęła — naprawdę tak źle o mnie myślisz?

Sam nie myślałem o sobie zbyt dobrze, kiedy w końcu dałem jej się przekonać. Wiedziałem, że nie powinniśmy tego robić, ale ona nalegała.

— Nie o to chodzi. — Odwróciła wzrok. — Zresztą nie mam do ciebie żalu. Nigdy nie miałam. Po prostu mnie zaskoczyłeś. Dlaczego o nią pytasz? Ona nie jest zbyt towarzyska.

— Tego się akurat domyśliłem. Znasz ją spoza szkoły? Bo w tych murach jest raczej gościem.

— Czasem chodzę do niej do domu. W ramach wolontariatu. Chyba kiedyś ci o tym wspominałam.

Poznałem Gośkę bliżej właśnie na naszym szkolnym kole wolontariatu, dzięki któremu miałem umowę z domem spokojnej starości.

— Pamiętam, że wspominałaś coś o jakiejś wrednej, chorej dziewczynie. Ale nie mówiłaś, że to ona.

— Nie ma o czym gadać. Na tym nauczaniu indywidualnym jest mało godzin, a materiału jest dużo. Co kilka dni podrzucałam jej notatki albo coś od nauczycieli.

— Wiesz, na co jest chora?

Przyjrzała mi się podejrzliwie.

— Wiem, ale zdaje się, że to nie twoja sprawa.

— Racja — przyznałem, bo czułem, że więcej i tak od niej nie wyciągnę.

— Czego ty w ogóle chcesz, Janek? Co ty kombinujesz? — uniosła się.

Nie zamierzałem jej denerwować. Naprawdę ją lubiłem i może nawet byśmy się przyjaźnili, gdyby to wszystko między nami się nie wydarzyło.

Powstrzymałem jej dłoń przed sięgnięciem po kolejnego papierosa. Tym razem nie odsunęła się ode mnie i pozwoliła się dotknąć.

— Gosia… — Odetchnąłem głęboko, bo wiedziałem, że muszę jej coś powiedzieć, ale nie przypuszczałem, że już dziś, właśnie teraz będę musiał szukać pierwszych usprawiedliwień dla mojej misji. Staliśmy przez chwilę, patrząc sobie w oczy, a ja nie potrafiłem nic wymyślić. — Chyba musimy już wracać — powiedziałem tylko, wrzeszcząc na siebie samego w środku za to, jak głupio się zachowałem.

Skinęła głową i ruszyliśmy z powrotem. Nie wyglądała na zaskoczoną czy rozczarowaną tym, że nie odpowiedziałem. I po chwili przekonałem się dlaczego.

— Więc upatrzyłeś sobie Borowską… — To nie było pytanie, ale stwierdzenie też nie.

Wzruszyłem tylko ramionami.

— Ona naprawdę ci się podoba czy chcesz ją tylko przelecieć? — Patrzyła na szary chodnik pod naszymi stopami.

— Nie chcę jej przelecieć! — Zabrzmiało szczerze, bo rzeczywiście tak było. Co do reszty, to nie podobała mi się aż tak bardzo, żebym stawał na głowie podczas rozmowy z Gośką, ale jakieś wytłumaczenie musiałem jej w końcu dać. Skoro ona uczepiła się właśnie tego, to może miało to jakiś sens. Afekt to chyba najbardziej niewinny i najmniej podejrzany powód, dla którego nastolatek chce się zbliżyć do koleżanki.

Gośka szturchnęła mnie łokciem i nieco się rozchmurzyła.

— Aleś sobie wybrał. — Pokręciła głową.

— Nawet jej nie znam. — Przygryzłem dolną wargę. — Zaciekawiła mnie.

— Przejdzie ci, kiedy ją poznasz. — Uśmiechnęła się, jakby coś sobie przypomniała. — Ale ja chyba zbytnio ci tego nie ułatwię. Ciężko jest z nią normalnie pogadać. To, co dzieje się w szkole, zupełnie jej nie interesuje. Możliwe, że w ogóle nie zarejestrowała, że istniejesz.

— Myślisz, że ma coś z głową?

Długo nie odpowiadała i zacząłem się bać, że zamienię długie miesiące wśród pachnących naftaliną staruszków na jeszcze dłuższe miesiące z jakąś wariatką. To już wolałbym zmieniać pieluchy. No dobra. Przesadziłem. Nie wolałbym. Na samą myśl o pieluchach i podmywaniu zbierało mi się na wymioty.

— Nie znam się na tym — powiedziała wreszcie — ale w pewnym sensie ją rozumiem. Miała do wyboru płacz, użalanie się nad sobą albo pokazanie wszystkim, co sądzi o losie, który ją spotkał.

Zbliżaliśmy się już do szkoły.

— Wspomnisz jej o mnie?

Prychnęła.

— Nie wiesz, o co mnie prosisz. — Nie była zła, mówiła serio i z jakichś powodów był to problem. — Ale nie będę na ciebie narzekać, jeśli kiedyś sama mnie o ciebie zapyta.

— Może wspomnisz jej, że chciałabyś się ze mną zamienić na wolontariaty? — Zagrałem najmocniejszą kartą.

— Chcesz oddać mi miejsce w Cienistej Dolinie? — Wydawała się zainteresowana. — To świetna robota w porównaniu z… — urwała i wyglądała tak, jakby zbytnio się zagalopowała.

— Myślisz, że ona się zgodzi?

Uniosła ręce w obronnym geście.

— No, ja jej nie powiem, że wolę staruszków. To już zostawiam tobie. Jeśli jakimś cudem uda ci się to załatwić, to u mnie masz otwartą furtkę.

7 września, piątek

Koniec pierwszego tygodnia szkoły. Jeśli chodzi o moje zadanie, nic się nie zmieniło. Postanowiłem dać sobie kilka dni na obserwację i dobranie odpowiedniej strategii. Mówiłem jej „cześć”, choć ona nigdy mi nie odpowiadała. Siadywałem obok niej na ławce przed klasą, ale nie zaczynałem rozmowy. Zresztą byłoby to trudne, bo ona bez przerwy miała słuchawki w uszach. Słuchała muzyki tak głośno, że niemal potrafiłem wychwycić słowa piosenek. Czasem naciągała na głowę kaptur i zamykała oczy, opierając się plecami o ścianę. Kiedy tego nie robiła i tak nie było widać części jej twarzy, bo zasłaniała ją rozpuszczonymi włosami.

Nie chowała się w szatni czy w kiblu. Nie uciekała od reszty klasy, nie chciała być sama, ale też nie miała ochoty z nikim rozmawiać. Co ciekawe, nikt jej nie zaczepiał. Nawet najwięksi klasowi idioci darowali sobie komentarze. Jakby była zupełnie niewidzialna. Nie wadziła nikomu, ale też nikomu nie była potrzebna.

Na ostatniej lekcji mieliśmy matmę. Ten przedmiot rozpoczynał i kończył tydzień. Baba od polaka pewnie słusznie zauważyłaby, że to niczym utwór o budowie klamrowej. Otworzyliśmy zeszyty i zaczęliśmy maglowanie funkcji, na co nikt nie miał ochoty, zwłaszcza o tej porze. Zostałem wywołany do tablicy, bo oczywiście wszyscy udawali, że nie mają pojęcia, jak rozwiązać zadanie, gdy w rzeczywistości większości po prostu nie chciało się ruszyć dupy z miejsca. Poniosłem konsekwencje bycia ulubieńcem pani profesor i przez dwadzieścia minut badałem cholerny przebieg zmienności cholernej funkcji. Ta tematyka wyjątkowo mi nie leżała, bo nie niosła za sobą żadnego problemu czy zagadki, trzeba było tylko być dokładnym. A ja byłem i moje stanie przy tablicy zakończyło się piąteczką za aktywność.

Wróciłem do ławki w blasku chwały, kiedy usłyszałem, że następnym zadaniem ma się zająć Borowska. Jakoś przegapiłem, dlaczego nauczycielka wywołała akurat ją, ale z pewnością dziewczyna nie zgłosiła się sama. Przyglądałem się jej uważnie, jak wolno podchodzi do tablicy. Nie spojrzała na nikogo, wzięła tylko kredę i zapisała na tablicy treść zadania. Jej dłoń poruszała się szybko i zostawiała małe, kształtne litery.

Kuba szturchnął mnie w bok. Spojrzałem na margines jego zeszytu. „Zajebiste nogi”. Skinąłem głową, a on dopisał: „Tylko problem z charakterem”. Z tym też nie sposób się było nie zgodzić.

Radziła sobie marnie. Profesorka próbowała jej pomóc, ale wyglądało na to, że dziewczyna ma zbyt duże zaległości. Obserwowałem uważnie, jak stoi tyłem do mnie, patrzy na tablicę i kompletnie nie wie, co dalej. Nie poddawała się, nie powiedziała, że nie potrafi. Miałem wrażenie, że czeka, aż nauczycielka jej podpowie. Pewnie można było przyzwyczaić się do tego na nauczaniu indywidualnym. Wreszcie profesorka westchnęła:

— Ktoś inny to dokończy, ale tobie przydałaby się jakaś pomoc, bo sama tego nie nadrobisz. Może poprosisz któregoś z kolegów?

Moja ręka wystrzeliła w powietrze.

— O co chodzi, Janku?

— Ja chętnie jej pomogę, pani profesor — zaoferowałem.

W klasie padło kilka głupich komentarzy. Chciałem rzucić im ciętą ripostę, ale nie zdążyłem, bo Ula spojrzała na mnie. W jej wzroku zdziwienie mieszało się z gniewem. Cała jej sylwetka wyrażała, jak głęboko ma moją ofiarność. Nie mogła mnie teraz spławić, nie przy nauczycielce, ale czułem, że będzie chciała się mnie pozbyć. Uśmiechnąłem się do niej bardzo niewinnie i spuściłem wzrok na kartkę, aby dokończyć rozwiązywanie zadania.

Po lekcjach chciałem ją złapać i jakoś się z nią umówić, ale przepadła bez śladu. Nie wiedziała jednak, że mnie nie można się tak łatwo pozbyć.

10 września, poniedziałek

— Zaczekaj! — wrzasnąłem za nią na parkingu, kiedy minęła mnie, nie reagując na moje „cześć” i „chyba musimy pogadać”.

Znów przyjechała tuż przed dzwonkiem, tym samym samochodem, i wyglądało na to, że miała już za sobą kłótnię z osobą, która ją podwoziła.

Podbiegłem do niej i chwyciłem za rękę tuż przed wejściem do szkoły.

— Puszczaj. — Wyrwała się. — Co ty sobie wyobrażasz?

— Okej — cofnąłem się — żadnego dotykania. Ale powinniśmy ustalić, kiedy będziemy się wspólnie uczyć.

— Nie zamierzam się z tobą uczyć. Niczego nie będę z tobą robić, lalusiu. — Patrzyła na mnie groźnie, tak że o mało nie zrobiłem kroku w tył. — Odwal. Się. Ode. Mnie. — Każde słowo wypowiedziała oddzielnie, aby zabrzmiało dosadniej.

Zebrałem się w sobie. Dziewczyna nie wiedziała, że ze mną nie pójdzie jej tak łatwo.

— Nie. — Zastąpiłem jej drogę.

Uniosła brew. Nie potrafiłem rozgryźć, czy była bardziej zaskoczona, czy poirytowana.

— Posłuchaj mnie — spuściła nieco z tonu — nie chcesz marnować swojego czasu ze mną. Nikogo nie zbawi to, że będę miała piątkę z matmy.

Zręcznie mnie ominęła i ruszyła w stronę klasy. Nie zamierzałem zostawać w tyle. Zrównałem z nią krok. Wcale nie szła szybko. W zasadzie to musiałem się pilnować, aby jej nie wyprzedzić.

— Zrozum, że skoro zadeklarowałem się przy matematycy, to teraz muszę się z tego wywiązać. — Mojemu głosowi towarzyszyło tylko skrzypienie jej trampek. Było już po dzwonku, a my byliśmy spóźnieni. — Jeśli nie nadrobisz zaległości, to ona także i mnie dobierze się do dupy.

Pokręciła głową. Ten argument chyba najlepiej do niej trafił.

— To po coś się tak wygłupiał? — Jej głos po raz pierwszy nie był tak bardzo wrogi, ale do normalności dużo mu jeszcze brakowało.

Wzruszyłem nonszalancko ramionami.

— Może dobry ze mnie chłopak.

Prychnęła.

— No co? — Uśmiechnąłem się do niej uroczo. — Nie wierzysz mi?

— Jak cholera, lalusiu, jak cholera.

— To może w czwartki? — Postanowiłem nie tracić więcej czasu. — Mamy wtedy najmniej lekcji.

Dotarliśmy do schodów. Klasa była zaraz za nimi na piętrze, ale Ula, zamiast iść dalej, przystanęła.

— Nie odczepisz się ode mnie? — Położyła dłoń na poręczy, ale wciąż stała. Nie rozumiałem dlaczego. Byliśmy spóźnieni. Na nic nie czekaliśmy. — Dobrze. — Przewróciła oczami. — Niech będzie czwartek. U mnie.

— Super — ulżyło mi.

Chciałem już ruszyć, gdy dostrzegłem, że ona ukradkiem na mnie spogląda. Wyglądała tak, jakby się czegoś wstydziła, ale to było kompletnie niedorzeczne.

— Idziemy? — zagadnąłem niewinnie, nie przeczuwając, co się może stać.

— Idź pierwszy. — Jej głos brzmiał sztywno.

— Ale…

— Czego nie zrozumiałeś? — warknęła.

Miała spuszczoną głowę, jakby wpatrywała się w swoje buty. Wiedziałem, że coś jej jest. Może miała coś z nogami i ciężko jej było chodzić po schodach. Pewnie chciała to ukryć, ale powinna wiedzieć, że w szkole nic się nie ukryje. A przynajmniej nie na długo.

— Może trzeba ci pomóc?

Zaczęła głębiej oddychać. Teraz chyba naprawdę ją wkurzyłem.

— Może wsadź sobie tę swoją pomoc?

Czułem, że powinienem się wycofać, ale było mi głupio tak ją tu zostawiać.

— Spieprzaj! — syknęła.

Jej chłód sprawił, że w jednej chwili przestało mi być głupio.

— Jak chcesz — powiedziałem, ruszając przed siebie.

Weszła do klasy jakieś siedem minut po mnie. Nauczycielka nawet nie zająknęła się na ten temat, choć mnie ochrzaniła za spóźnienie. Przyjrzałem się uważniej, czy utyka, kiedy szła do swojej ławki, ale nic takiego nie zauważyłem. Jeśli miała jakiś problem z nogami, protezę albo coś takiego, to najwyraźniej uwidaczniało się to tylko na schodach. Jakoś trudno było mi sobie wyobrazić, że jedna z jej pięknych nóg może być sztuczna.

12 września, środa

Ani wczoraj, ani przedwczoraj po naszej rozmowie nie zaszczyciła mnie choćby spojrzeniem. Jakbym zupełnie dla niej nie istniał, i ten układ zaczynał mi się nawet podobać.

Kiedy Piotr powiedział mi, że chodzi o kogoś z naszej szkoły, moja wyobraźnia podsunęła mi obrazy kogoś wiszącego na mnie albo mnie stale się za kimś uganiającego. Całe moje życie towarzyskie mogło się przez to rozsypać. A tak, dzięki podejściu Ulki, miałem luz. Byliśmy umówieni na jutro. Przy pomyślnych wiatrach będę się z nią spotykał w czwartki, pomagał w nauce i obserwował przebieg wydarzeń. Ale z tego, co mówił Piotr, wywnioskowałem, że takie zadanie może trwać długo, więc czekało mnie najprawdopodobniej kilka miesięcy spokoju.

Zmieniło się tylko to, że coraz częściej przyłapywałem się na tym, jak się na nią gapię.

— Hej, stary — głos Kuby wyrwał mnie z zamyślenia — ją też mam zaprosić? — Wskazał ruchem głowy na Ulkę. — Nie planowałem, ale jeśli ty planujesz z nią…

— Daj spokój. — Odwróciłem się w jego stronę.

— Bo wiesz, liczyłem na to, że zabawisz koleżanki, które już zaprosiłem.

Kuba urządzał w piątek imprezę. Coś w rodzaju poprawin po urodzinach, które miał latem.

— Możesz na mnie liczyć — zapewniłem.

— To dobrze, bo panie już o ciebie wypytywały.

Sam nie wiem, dlaczego zawsze miałem takie wzięcie. Nie żebym narzekał, bo jestem od tego daleki. Wydawało mi się kiedyś, że kobiety wolą wysokich brunetów z wypchanym portfelem lub z dzianymi starymi — jeśli mówimy o młodszej wersji. Typ sportowca, ale nie idioty.

Tymczasem ja miałem tylko odpowiedni wzrost i na tym kończyło się moje podobieństwo do ideału. Jasne włosy zawsze nosiłem przydługie i w nieładzie, co strasznie wkurzało mojego ojca, ale mamie się podobało. Ciuchy miałem całkiem zwyczajne, ale siostry nauczyły mnie, co do czego pasuje, więc nadrabiałem stylem. Miałem gadane, ale też chętnie słuchałem, i chyba to ostatnie znaczyło dla nich najwięcej. Lubiłem niezobowiązujący podryw, owszem, nie powiem, że nie. Ale gdy szedłem z dziewczyną do łóżka, potrafiłem już całkiem sporo o niej powiedzieć. Nigdy też nie rozpowiadałem ich sekretów i nie opowiadałem o tym, co robiliśmy. I te podstawowe, proste zasady były prawdopodobnie kluczem do sukcesu i dobrej sławy.

Po lekcjach Ulka wyszła razem z Gośką. Gośka nie zrezygnowała jeszcze z pomagania jej, bo ja nie przejąłem tej roli. Byłem ciekaw, czy będą o mnie rozmawiały.

Tymczasem ja pojechałem do Cienistej Doliny, gdzie pogadałem z dyrektorką i zrobiłem Gośce dobry grunt. Liczyłem na wzajemność. Nic więcej.

13 września, czwartek

Przez kilka minut błądziłem po snobistycznej dzielnicy, próbując odnaleźć właściwy adres. Ulka była w innej grupie z angielskiego i kończyła we czwartki godzinę wcześniej. Dlatego też znalazłem się tu z kartką z adresem napisanym jej drobnym pismem.

I tak byłem już spóźniony, bo musiałem wpaść jeszcze do domu po aparat.

Kiedy wreszcie odnalazłem tabliczkę z numerem domu, okazało się, że mam przed sobą wideofon i wysokie ogrodzenie chroniące duży dom. Nie spodziewałem się tego. Sprawdziłem adres raz jeszcze, ale wszystko się zgadzało. Jedyne, co przyszło mi do głowy, to to, że Ulka wyprowadziła mnie w pole i zaraz będę się tłumaczył komuś obcemu. No trudno. Raz kozie śmierć.

Nacisnąłem przycisk domofonu i po chwili, ku mojemu zaskoczeniu, usłyszałem jej głos:

— Drzwi domu są otwarte, właź.

Zabrzęczał sygnał oznajmiający, że zwolniła blokadę furtki. Wszedłem niepewnie po wyłożonej postarzaną cegłą ścieżce. Rozległy dom był otoczony pięknym ogrodem. Wyglądało to tak, jakby mieli wynajętego ogrodnika.

Wewnątrz było przyjemnie chłodno, choć na dworze mocno grzało słońce. Mieli klimatyzację. Słyszałem, że ludzie tak żyją, ale dotąd nie miałem takich znajomych.

Zdejmowałem buty, kiedy usłyszałem jej głos. Ledwo go wychwyciłem, bo był daleki od krzyku.

— Jestem w kuchni. Zaraz przyjdę.

Z miejsca, z którego dobiegał jej głos, docierał do mnie też obłędny zapach. Zdecydowanie czegoś słodkiego, może czekoladowego.

Po chwili rzeczywiście do mnie przyszła, a mnie zatkało na jej widok. Jak zwykle miała na sobie bluzkę z długim rękawem i bez dekoltu, ale ta ściśle opinała jej ciało. W dodatku jej spodnie zniknęły. No, nie do końca, bo miała ultrakrótkie spodenki, a ja przez zbyt długą chwilę nie mogłem oderwać wzroku od jej nóg. Nie miała żadnej protezy ani niczego w tym stylu. Jedynie długie, szczupłe nogi, które wprawiały małego generała w stan gotowości. Jeszcze tylko tego mi brakowało. Dziś nie spodziewałem się po nim zdrady.

Dopiero po chwili zauważyłem, że Ula trzyma w rękach talerz z muffinkami i szklankę.

— Mam nadzieję, że lubisz mleko.

— Jasne — odpowiedziałem, starając się, aby mój głos brzmiał normalnie.

— Mój pokój jest na końcu korytarza.

Odwróciła się, a ja ruszyłem w ślad za nią, starając się nie patrzeć na jej biodra. Skupiłem się na majtającej w rytm jej kroków kitce. Zapach czekolady mieszał się z zapachem dziewczyny, czymś świeżym, kwiatowym, ładnym. Moje reakcje mi się nie podobały. Musiałem wziąć się w garść. Nie po to tu przyszedłem.

Jej pokój był ogromny i było w nim chłodniej niż na korytarzu. Na drewnianej podłodze leżał miękki dywan z długim włosiem. Po lewej stało łóżko, a po prawej były szczelnie zamknięte drzwi prowadzące na taras. Na wprost wejścia było okno, a tuż pod nim szerokie biurko, przy którym można było siedzieć od przodu i z boku. Do ściany z drzwiami tarasowymi przytwierdzony był wielki telewizor. Tuż przy podłodze zamontowano obrotową szafkę na DVD. Wszystkie pozostałe fragmenty ścian pokryte były półkami z książkami.

— O kurde! — wyrwało mi się.

— Co jest? — Postawiła talerz na skraju biurka i odwróciła się do mnie.

— Masz ten pokój tylko dla siebie?

Spojrzała na mnie jak na skończonego idiotę.

— A widzisz tu kogoś innego?

— Miałem na myśli to, że razem z braćmi dzielę mniejszy pokój.

Przekrzywiła głowę.

— Nie wyglądasz mi na biednego.

— Nie jestem biedny. — Powinienem jej się jakoś odgryźć, ale po jej tekście opadły mi ręce. — Jestem normalny, zupełnie przeciętny, tylko mam dużą rodzinę. Masz jeszcze jakieś uwagi?

— W sumie mam. — Oparła się udami o krawędź blatu biurka. — Dlaczego stoisz tak daleko?

To był chyba rodzaj dziwnego zaproszenia do pracy, ale powiedzmy, że zrozumiałem. Rzuciłem swoją torbę przy drzwiach, ale futerał z aparatem odłożyłem ostrożnie na jeden z regałów z książkami. Widziałem, że przez chwilę patrzyła na aparat, ale nic nie powiedziała.

Ruszyłem w jej stronę, a ona podciągnęła się na rękach, usiadła na blacie i rozchyliła uda. Zamarłem w jednej chwili. W co ona ze mną grała? W co ja wdepnąłem?

Zauważyła moje wahanie i zaczęła mówić:

— Rozmawiałam o tobie z Gośką.

To jeszcze o niczym nie świadczyło, ale mogło doprowadzić do niezręcznej sytuacji. Choć ja i tak czułem się już odklejony od rzeczywistości, którą mi zaproponowała. Czekałem, aż powie coś jeszcze. Jeśli chciała palnąć coś głupiego, to nie zamierzałem jej w tym pomagać.

— Mówiła, że jesteś w tym dobry. — Na jej policzkach pojawił się lekki rumieniec, ale jej twarz nadal wyrażała zdecydowanie.

— Mam nadzieję, że rozmawiamy o matematyce.

— Możesz to nazywać, jak chcesz — uśmiechnęła się lekko — ale weź się wreszcie do roboty.

To naprawdę był jakiś niestrawny żart, a Gośka właśnie straciła życie. Miałem ochotę wyjść stamtąd i trzasnąć drzwiami. Tylko że wtedy znowu miałbym problem, jak się do niej zbliżyć. Sytuacja była maksymalnie popierdolona, a ja nie mogłem po prostu tego olać.

— Dla jasności, bo nie chciałbym źle odczytać twoich sygnałów w takiej kwestii. — Próbowałem nad sobą panować. — Co ona ci nagadała i czego ode mnie chcesz?

Lekko się zmieszała, ale zaraz odzyskała pewność siebie.

— Powiedziała, że pomogłeś jej się pozbyć pewnego problemu.

— Dlatego zgodziłaś się, żebym tu przyszedł? — Zabrzmiało to surowo, ale już się nie powstrzymywałem. Co ona sobie wyobrażała?

— Chyba nie odpuścisz takiej okazji, lalusiu?

No dobra, skoro postanowiła traktować mnie jak swoją zabawkę, to możemy się trochę pobawić.

Sięgnąłem do torby i z wewnętrznej kieszeni wyjąłem prezerwatywę. Rzuciłem ją Uli, a ona złapała opakowanie w ostatniej chwili.

— Lubię, kiedy dziewczyna mi ją zakłada, nie muszę wtedy przerywać pieszczot.

Spojrzała na srebrną folię, a potem na mnie.

— Okej. — Jakoś to przełknęła.

Zacząłem rozpinać guziki koszuli.

— Rozumiem, że jeszcze tego nie robiłaś. — Postąpiłem kilka kroków w jej stronę.

— Jeszcze nie. — Nie poruszyła się, ale nadal wyglądała na zdecydowaną.

— I wiesz, że po tym, co za chwilę zrobię, będziesz pamiętać mnie do końca swojego życia?

Rozbawiło ją to, co powiedziałem.

— Możesz mi wierzyć, że i tak będziesz pamiętał o tym dłużej niż ja.

— Ciekawe — sięgnąłem już ostatniego guzika — bo Gośka, która zarzeka się, że wszystko było super, do dziś nie może swobodnie patrzeć mi w oczy.

Teraz drgnęła. Jej wzrok zsunął się na moją klatkę piersiową, bo właśnie zdejmowałem koszulę. Byłem już jakiś metr od niej.

— Chcesz to zrobić tu czy na łóżku?

— Bezpośredni z ciebie laluś. — Spróbowała się uśmiechnąć, ale wyszedł z tego grymas. Była spięta.

— Pamiętaj, kto zaczął. — Rozpiąłem pasek i wysunąłem go ze szlufek. Zdjąłbym spodnie i bez tego, ale liczył się efekt.

Złączyła kolana. Niby nic takiego, ale ja już swoje wiedziałem.

— Hej, mała, ale musisz zrobić mi tam miejsce. — Wskazałem na jej uda.

Usłyszałem, że bierze głęboki wdech. Zdenerwowała się albo przestraszyła.

Podszedłem jeszcze bliżej i oparłem się dołem brzucha o jej kolana. Mały generał rozpoczął przygotowania swoich wojsk, ale ona nie mogła tego poczuć. Reagował na bliskość jej ciała, ale nie miałem najmniejszego zamiaru słuchać jego zdania.

— Rozbierzesz się sama czy mam ci pomóc? — Nie czekając na jej odpowiedź, sięgnąłem do krawędzi jej bluzki.

Odepchnęła moje ręce.

— Góra zostaje — zastrzegła i wreszcie była spłoszona.

— Nie robię tego z dziewczynami, które zdejmują tylko majtki.

— Bo co? — Próbowała jeszcze coś ugrać, choć nie wiem, po co, skoro i tak udało mi się ją już przestraszyć.

— Bo nie jestem dziwką i ty też nie! — podniosłem głos.

Patrzyła na mnie zaskoczona.

— Co ci w ogóle przyszło do głowy? — Nie mogłem się powstrzymać. — Myślisz, że kim ja jestem, że możesz mnie tak traktować? — Otworzyła usta, ale szybko je zamknęła i ściągnęła brwi. — Wydaje ci się, że na mnie coś takiego nie robi wrażenia? Że nic się wtedy nie czuje? Powiedz, co sobie myślałaś?

Cofnęła się i zgarbiła lekko, ale wyglądała na wkurzoną.

— To po co tu przyszedłeś? — Spojrzała na mnie wściekła.

— Po to, żeby pouczyć cię matmy.

— Nie wierzę ci, lalusiu. — Skrzyżowała ręce na piersi. — Na pewno masz w domu coś ciekawszego do roboty.

Zapiąłem koszulę i wciągnąłem pasek. Musiałem się przez chwilę zastanowić, jak to powiedzieć, aby zabrzmiało wiarygodnie.

— No dobra, przyznaję, nie byłem do końca szczery. I Gośka, i ja jesteśmy wolontariuszami — zacząłem. — Ona przychodzi do ciebie, a ja odwiedzam staruszków w pewnym domu seniora. Problem polega na tym, że ja mam już dość i chcę się z nią zamienić. Ona na to pójdzie, bo w tamtym domu przebywa jej babcia. Musieliśmy tylko przekonać ciebie.

— No popatrz. — Zeskoczyła z biurka. — I nie wyszło.

Ominęła mnie i otworzyła drzwi, dając do zrozumienia, że mam się wynosić.

No, musiałem przyznać, że nie było z nią łatwo. Zagotowałem się.

— Pokazujesz mi drzwi dlatego, że nie chciałem cię zerżnąć?

Cmoknęła.

— Oj, brzydkie słowo.

Normalnie miałem ochotę ją walnąć. Wtedy zdechłaby dość szybko, a moje zadanie dobiegłoby końca.

— Nie znam cię, więc nie mógłbym powiedzieć, że się z tobą kochałem. — Spojrzałem jej w oczy. Nadszedł czas na postawienie jej do pionu. — Przecież ty się mnie bałaś. Widziałem, jak trzęsłaś się jeszcze chwilę temu. Raczej zbyt szybko byś się nie wyluzowała, więc musiałbym to zrobić na siłę.

Nie wytrzymała mojego spojrzenia i spuściła głowę.

— Dobra, idź już sobie. Zapomnij o tym.

— Nie ma mowy. — Zamknąłem drzwi. — Potraktowałaś mnie jak śmiecia, więc teraz jesteś mi coś winna. Zamienię się z Gośką na ten wolontariat, bo znudziło mi się przesiąkanie naftaliną, będę się z tobą uczył matmy i czego będzie trzeba, a ty oszczędzisz mi takich wyskoków.

— Jaja sobie robisz? — palnęła cokolwiek, bo wiedziała, że i tak przegra.

— Wierz mi, że jestem od tego daleki. A teraz ogarnij się jakoś. Włóż spodnie czy coś i bierzmy się do tej matmy, bo jesteś beznadziejna w badaniu przebiegu zmienności funkcji.

Prychnęła i pokręciła głową, ale podeszła do szafy i wyjęła z niej spodnie dresowe. Wyszła na chwilę.

Kiedy zostałem sam, odetchnąłem głęboko i przeczesałem dłonią włosy. Dawno nie spotkałem tak popierdolonej laski. Gośka miała rację, to nie będzie przyjemniaszczy wolontariat, ale mimo że mnie ostrzegała, i tak zamierzałem ją wypatroszyć za to, że poddała Uli taką myśl. Na przyszłość będę miał nauczkę, aby nie ulegać, kiedy dziewczyna o coś mnie prosi.

Wróciła trochę za szybko, bo nie zdążyłem jeszcze zupełnie ochłonąć. Spojrzała na mnie ukradkiem i minąwszy mnie, podeszła do biurka. Wyjęła z plecaka swoje książki i zeszyty i usiadła na jednym z krzeseł. Podszedłem do drugiego i zrobiłem to samo.

— Dobra, to jeszcze raz od początku — powiedziałem, próbując przekonać samego siebie, że naprawdę chcę z nią pracować.

Sięgnąłem po jej zeszyt i sprawdziłem, czy dawała radę wszystko zanotować. Było tam, co trzeba, więc przynajmniej nie będę musiał się gapić, jak ode mnie spisuje.

— Zróbmy najpierw to, co jest zadane. Chciałbym zobaczyć, do którego momentu sobie radzisz.

Wzięła długopis i zaczęła wypisywać dane z książki. Sprawdziła, kiedy funkcja zeruje się w mianowniku, i czekała. Nie spojrzała na mnie, nic nie powiedziała. Po prostu czekała.

Może i dobrze. Nie miałem pojęcia, jak z nią teraz rozmawiać. Chciałem tylko zapomnieć o tym jej wyskoku. Skupienie się na zadaniu było dobrym wyjściem.

— Teraz zapiszemy, jaka jest dziedzina. — Przysunąłem sobie jej zeszyt i napisałem. — Rozumiesz, skąd to wziąłem?

Skinęła głową.

— To idziemy dalej.

Pierwszy przykład zrobiłem niemal zupełnie sam, nawijając jak nakręcony, co i dlaczego. Przy drugim z zaskoczeniem stwierdziłem, że co nieco załapała. Wyszło na to, że nie jest totalnym tępolem. Przynajmniej tyle. Nie będę tracił przy tych korepetycjach energii na darmo. Może ma to jakiś sens.

15 września, sobota

Następnego dnia w szkole udawaliśmy, że się nie znamy, i chwilowo bardzo mi to odpowiadało. Chciałem na jakiś czas przestać o niej myśleć, dlatego na imprezie u Kuby wypiłem kilka piw. Ale zapominanie o niej nie było takie proste, bo przecież była moim zadaniem i zbliżał się weekend.

Weekend był w mojej rodzinie świętością. Spędzaliśmy go wspólnie w domu albo w kościele, dokąd też zazwyczaj chodziliśmy razem. Ojciec wykorzystywał czas, gdy mama bawiła się z maluchami, aby przepytać nas z postępów w naszych nadzorach. Nie był naszym przełożonym w tych kwestiach, ale też musiał się tłumaczyć, gdy coś zawalaliśmy. Był kimś w rodzaju naszego doradcy.

Siedzieliśmy wszyscy w kuchni i podczas rozmowy wykonywaliśmy zlecone przez mamę prace, aby nie marnować ani chwili i nie obrażać Boga lenistwem. Mnie przypadło w udziale obieranie ziemniaków. Dla siedmioosobowej rodziny. Fascynujące.

Słuchałem w milczeniu, jak moja najstarsza siostra opowiada o małej dziewczynce, której była opiekunką. Rodzice nie wiedzieli, że dziecko ma umrzeć, bo nie chorowało i nic nie wskazywało na to, aby miało zacząć. Marta pilnowała, aby dziecko wybrało dobrze w chwili śmierci. Dusze dzieci łatwo było zwabić i nasi przeciwnicy lubili to wykorzystywać. Zawsze istniało też ryzyko, że dusza tak małego człowieka przestraszy się tego, co się dzieje, i będzie chciała pozostać na ziemi, blisko rodziców, co było kiepskim wyjściem, zwłaszcza na dłuższą metę.

Anna nadal zajmowała się staruszkami, ale to była bardziej formalność niż zadanie. Mój awans był dla niej niewątpliwie czymś w rodzaju kąśliwej uwagi na temat tego, że sobie nie radzi. Ojciec traktował ją inaczej niż nas i wyglądało na to, że nieprędko miało się to zmienić.

— Janek — zwrócił się wreszcie do mnie — zbliżyłeś się już do tej dziewczyny?

Oj, gdyby tylko wiedział, jak bardzo mogłem się do niej zbliżyć.

— Tak, będę pomagał jej w matematyce. — Miałem nadzieję, że to mu wystarczy.

— Jak często będziesz się z nią spotykał?

— Na razie raz w tygodniu, potem możliwe, że częściej.

Zmarszczył brwi.

— Nie sądzisz, że powinieneś bardziej się do tego przyłożyć? Rozmawiałem z księdzem Piotrem…

Nie znosiłem, kiedy się wtrącał. Nie znosiłem, kiedy mówił tak o Piotrze. Z takim namaszczeniem.

— Radzę sobie, tato — powiedziałem twardo w nadziei, że da już spokój, ale szansa na uniknięcie kłótni była mała.

— Może przyprowadzisz ją do nas do domu? Poznamy ją, może będziemy mogli z mamą coś doradzić.

Wyobraziłem sobie Ulkę, jak wchodzi do naszego salonu w ultrakrótkich szortach i z talerzem ciastek w rękach. Podchodzi do stołu i siada na nim, rozchylając uda.

— To kiepski pomysł. Ona jest chora.

— Co jej właściwie jest?

I tu mnie miał. Właśnie zanurzałem rękę w nocniku.

— Nie zaglądałem w jej dokumentację.

— Więc jeszcze nie wiesz.

— Tato — wycedziłem przez zęby — proszę cię, daj mi się tym zająć. Poradzę sobie. — Wstałem i odstawiłem pełny garnek na blat.

— Janek! — zawołał za mną.

Wyszedłem szybko z kuchni, a potem z domu. Nienawidziłem presji, jaką wywierał na mnie ojciec. Miał swoje odwieczne, nieomylne prawo do decydowania o moim losie, kontrolowania każdego aspektu mojego życia i nie zamierzał mi odpuszczać ani odrobinę.

Wziąłem aparat, ale wiedziałem, że nie wytrzymam teraz sam na sam ze sobą, więc szukanie dobrych ujęć odpadało już na starcie. Zabrałem go, żeby nie przegapić jakiejś wyjątkowej okazji, obrazu, który nie czekałby tak długo, aż wrócę po sprzęt.

Przez chwilę kręciłem się bez celu po ulicach, aż przypomniało mi się, że Kuba powinien mieć jeszcze wolną chatę i masę syfu poimprezowego do posprzątania. Wyciągnąłem komórkę i napisałem: „Hej, wyrzygałeś już wszystko?”.

Kuba koszmarnie chorował po wódce, co zupełnie nie powstrzymywało go przed piciem. Lubiłem go, ale najlepszemu przyjacielowi nie trzymałbym głowy nad kiblem.

„Zrobione” — odpowiedział. Kilka sekund później napisał znowu: „Odpaliłem już kompa, a ty pewnie znowu pożarłeś się ze swoim starym. Wpadaj. Ale na obiad nie licz”.

Uśmiechnąłem się z powodu tego obiadu. Matki Kuby nie było w ten weekend w domu, a nawet gdyby była, to jej potrawy okazywały się absolutnie niestrawne. Dlatego Kuba stołował się u nas przy każdej okazji.

Byłem u niego pięć minut później. Dokonywał przeglądu swojego plutonu. Miał fioła na punkcie wojennych gier strategicznych i właśnie sprawdzał, czy jego ludzie nie odnieśli obrażeń w czasie, gdy on masakrował swój żołądek wódką.

— Otruli mi konia! — wrzasnął, wściekle klikając myszką na jakieś pole. — Ja pierdolę! Konia, rozumiesz?

— Nie bardzo, stary. — Grzebałem właśnie w jego słoiku na cukierki w poszukiwaniu czegoś czekoladowego. — Ale przynajmniej solidaryzowałeś się w bólu z biednym zwierzęciem.

Spojrzał na mnie, wyszczerzył zęby i pokręcił głową.

— Stary — wzniósł oczy — to był megapaw. Znacznie większy od twoich. W życiu czegoś takiego nie widziałeś.

— Za co jestem ci dozgonnie wdzięczny.

Odepchnął się dłońmi od biurka i zaplótł palce za głową.

— Wyrwałeś coś wczoraj? — Uniósł jedną brew.

— Nic konkretnego.

— Nic konkretnego — przedrzeźniał mnie, bo pewnie widział, jak łaziła za mną taka jedna.

Musiałem ją od siebie odklejać i jeszcze delikatnie dać do zrozumienia, że nie mam ochoty się z nią zadawać.

— Nie wiesz, dlaczego facet musi być zawsze taktowny, podczas gdy kobieta może po prostu powiedzieć „spierdalaj”, gdy chce kogoś spławić?

— Życie, kolego. — Szturchnął mnie pięścią w ramię. — Baby rządzą światem, a jeszcze wpierają nam, że jest inaczej. Ale u was, katolików, zachował się chyba jeszcze tradycyjny model, co?

— Zapytaj moją mamę, kto obrał dziś kilka kilogramów ziemniaków.

— Wolałbym zapytać twojego ojca, czy twój tryb życia nie przeszkodzi ci w przyszłej karierze.

Uwielbiał o tym gadać i wiedział, że już tak bardzo mnie to nie wkurza, jak na początku. Ale mimo to przyjąłem jego zaproszenie do walki i jednym ruchem ręki powaliłem go na podłogę.

— Mam nadzieję, że wyrzygałeś już wszystko i niczym mi się nie oberwie. — Wymierzyłem mu kilka ciosów w żołądek.

Zaczął udawać, że zaraz czymś we mnie bluzgnie. Nie wytrzymałem. Rechotaliśmy jak dwaj gówniarze, leżąc na podłodze jego pokoju, a mnie trochę przeszło.

Godzinę później napisałem do mamy, że spóźnię się na obiad i że przyjdę z Kubą. Wiedziałem, że ojciec wychodzi około siedemnastej i chciałem jak najwięcej rodzinnego weekendu spędzić poza domem.

18 września, wtorek

Zmienili nam polonistkę. Ulka ją zna. Po raz pierwszy widziałem, jak się do kogoś uśmiechnęła. Mnie nie było do śmiechu. Zmiana nauczyciela z tego przedmiotu zawsze oznaczała dla mnie kłopoty. Musiałem się tłumaczyć i usprawiedliwiać, zanim dano mi spokój.

A co do uśmiechu Ulki Borowskiej…

Chciałbym powiedzieć, że mi się nie podobał.

Bo nie przepadałem za jego właścicielką.

20 września, czwartek

Wydała się zaskoczona, gdy zobaczyła mnie przez wideofon. Nie rozmawialiśmy przez cały tydzień i może myślała, że dałem sobie spokój po jej ostatnich wygłupach. Jakbym nie wyraził się jasno. Dlaczego ludzie nie traktowali serio tego, co mówię?

Wpuściła mnie do środka i powitała w drzwiach. Tym razem w normalnym stroju.

— Mam coś w piekarniku — powiedziała, machając dłonią w stronę kuchni. — Zaraz skończy się piec. Poczekasz?

Wzruszyłem ramionami.

Odwróciła się i ruszyła wolnym krokiem do kuchni. Poszedłem za nią. Zatrzymałem się w drzwiach i oparłem o futrynę. Usłyszałem szum chodzącej zmywarki, a w nos połaskotał mnie miły zapach. Właśnie wyjmowała z piekarnika coś, co chyba nazywało się sufletami. Dwa były jasne, a dwa ciemne. Wszystkie w foremkach nadających się na sporą porcję.

— Wolisz z białą czekoladą czy gorzką? — zapytała tonem pani z kiosku Ruchu.

Nie chciała mnie ugościć tym ciastem. Nie wyglądało to tak, jakby robiła je specjalnie dla mnie, ale najwyraźniej z jakiegoś powodu zależało jej na tym, abym się poczęstował.

— Obojętne.

Patrzyła na mnie przez chwilę, stojąc w bezruchu. Wreszcie drgnęła i położyła mi na talerzu dwie foremki — z jasną i ciemną zawartością.

— Oceniłaś, że dam radę wciągnąć obydwa?

Cofnęła ręce z talerzem.

— Nie mówiłeś, że masz cukrzycę.

— Nie mówiłem — zgodziłem się. Zrobiłem dwa kroki do przodu i zabrałem jej suflety. — Tylko się nie wściekaj, jeśli ta ilość przekroczy moje możliwości.

Wzruszyła ramionami.

— Ludzie nie gardzą moimi wypiekami.

Zdaje się, że ja wzgardziłem, tydzień temu. Byłem tak wkurzony, że nie tknąłem tamtych muffinek.

Normalnie potraktowałbym to jako zaproszenie, aby trochę się z nią podroczyć, ale nie mogłem sobie na coś takiego pozwalać z kimś, z kim musiałem mieć dobre relacje ze względu na zadanie. Nie potrafiłem jej wyczuć, więc ryzyko, że wystawi mnie za drzwi, istniało nawet w przypadku dyskusji nad zwykłym ciastkiem.

— Skoro tak mówisz. — Wziąłem od niej łyżeczkę.

Wyglądało na to, że byliśmy w domu sami, tak jak poprzednio. Nie mogła tu mieszkać sama, ale z pewnością nie miała zbyt wiele towarzystwa.

Zajęła grzecznie swoje miejsce przy biurku i czekała na mnie, gdy wygrzebywałem z torby coś, co dla niej przyniosłem. Ściągnęła brwi, nie rozumiejąc najwyraźniej, czego tam szukam.

— Pomyślałem, że nam się przyda. — Położyłem przed nią zeszyt z uśmiechniętym kwiatkiem na okładce. — Jakoś tak skojarzył mi się z tobą.

Byłem ciekaw, jak zareaguje na taką niewinną zaczepkę.

— Bardzo śmieszne, lalusiu — mruknęła. Przejechała palcami po śliskiej okładce.

— Powtarzałaś coś sama?

— Myślisz, że nie mam nic lepszego do roboty? — Spojrzała na suflety.

— Z takim podejściem nie zajdziesz zbyt daleko — palnąłem pierwsze, co mi przyszło do głowy. Zaczynałem truć jak mój stary.

— Ja nie wybieram się daleko. — Otworzyła zeszyt i wygładziła pierwszą stronę.

Przyglądałem się przez chwilę jej szczupłym palcom.

— Niełatwo się z tobą rozmawia. — Sięgnąłem po podręcznik.

— Nie musisz tego robić.

No i chyba właśnie mi się odechciało. Wybrałem dla niej zadanie i obserwowałem, jak się z nim zmaga. Chciałem, żeby trochę się z nim pomęczyła. No i się męczyła, a przy tym nie zamierzała prosić o pomoc. Pisała ołówkiem i bez przerwy coś ścierała. Czekałem na jakąkolwiek chęć współpracy, ale się nie doczekałem.

— No dobra. — Dałem za wygraną i nachyliłem się w jej stronę z westchnieniem. — Masz błąd w przekształceniu. Sprawdź to miejsce.

Przeniosła wzrok o kilka linijek wyżej i zrozumiała, o co mi chodziło. Poprawiła to. Skinąłem głową.

— Schemat postępowania masz dobry. Zmień tylko wszystko zgodnie z tym, co ci teraz wyszło.

Nie musiałem jej dwa razy powtarzać tego samego. Przynajmniej tyle.

Sięgnąłem po talerz z sufletami i przebiłem łyżeczką powierzchnię pierwszego, nabrałem trochę wilgotnego wnętrza i spróbowałem. Wtedy po raz pierwszy wydała się mną zainteresowana. No może nie do końca mną.

— Nie za dużo cukru? — zapytała.

Potrząsnąłem energicznie głową.

— Na pewno? — Uniosła podejrzliwie jedną brew.

— Na pewno. — Nabierałem już na łyżeczkę kolejną porcję. — Jest pyszny.

Uspokoiła się trochę i wróciła do zadania.

27 września, czwartek

Poznałem jej matkę. To ona otworzyła mi drzwi, gdy po kolejnym tygodniu udawania, że się nie znamy, zjawiłem się, aby dokształcać Ulkę z matmy.

— To ty jesteś tym chłopcem, który zajął miejsce Gosi? — zapytała, maskując coś uprzejmym uśmiechem.

— Tak, proszę pani. — Wszedłem do środka. — Mam na imię Janek.

Przyjrzała mi się uważnie. Przygryzła lekko wargę.

— Czy ja cię już wcześniej nie widziałam? — Przeczesała dłonią jasne włosy, zupełnie proste i inne od tych, jakie miała jej córka.

— To możliwe — odpowiedziałem uprzejmie. — Chodzę do tej samej klasy co Ula.

— Nie, nie miałam na myśli szkoły. — Zamachała ręką, jakby chciała zmienić temat. — Moja uparta córka jest w swoim pokoju.

Odprowadziła mnie do końca korytarza, ale najpierw sama wsunęła głowę w szparę uchylonych drzwi.

— Zmieniłaś zdanie?

— Nie będę piła tego gówna!

— To gówno może poprawić twoje wyniki krwi.

— A to zapewni mi długie i szczęśliwe życie.

Ulka przemówiła takim tonem, że aż mnie zrobiło się nieprzyjemnie. Jej matka cofnęła się urażona i wpadła na mnie plecami.

— Przepraszam. — Pokręciła głową. — Musisz być aniołem, że z nią wytrzymujesz.

— Niezupełnie, proszę pani — powiedziałem zgodnie z prawdą, której nie mogła znać.

Tymczasem ona zmarszczyła brwi. Nie mogła nic więcej o nas wiedzieć. Piotr uprzedziłby mnie, gdyby była taka jak ja.

— Wiem, skąd cię znam. — Uśmiechnęła się. — Śpiewasz w kościele, prawda? Twój ojciec jest organistą.

— Zgadza się.

— Masz piękny głos. — Zdjęła mi jakiś paproch z koszulki typowo matczynym gestem. — Cieszę się, że pomaga jej ktoś tak porządny, jak ty.

Znów stanął mi przed oczami obraz jej córki siedzącej na biurku z rozchylonymi udami. Nie mogłem pozbyć się go z pamięci.

Zostawiła nas samych. Wyglądało na to, że dokądś się spieszyła, a kłótnia ją zatrzymała.

Wszedłem do pokoju i napotkałem wzrok siedzącej na łóżku Ulki. Wyglądała tak, jakby coś ją rozbawiło. Drżały jej kąciki ust. Chciałem jej przypomnieć, że dopiero co krzyczała na własną matkę.

— Co jest? — zapytałem, odkładając futerał z aparatem na tę półkę co zwykle.

— Śpiewasz w kościele? — Nie wiedziałem, czemu miałoby to kogoś aż tak bawić. — Te wszystkie „alleluje” i „ciebie prosimy”?

— Też. — Zaczynała mnie wkurzać. Osiągnęła swój nowy rekord czasowy w wyprowadzaniu mnie z równowagi. — To jakiś problem?

— To rozszczepienie wizerunku.

Muszę wreszcie przycisnąć Gośkę i dowiedzieć się, co jej nagadała.

Nie chciałem tego komentować, bo moje śpiewanie było tylko wierzchołkiem góry, o którą roztrzaskał się „Titanic”. Wyjąłem z plecaka butelkę sprite’a i ostrożnie zacząłem odkręcać. Musiałem zająć czymś ręce.

— Pełnisz jeszcze jakieś funkcje kościelne? — zapytała, przesuwając się na krawędź łóżka i powoli wstając.

— Nie. — Nie przyjęłaby dobrze tego, co mógłbym jej powiedzieć.

Gdy się podniosła, miałem wrażenie, że zakręciło jej się w głowie, bo spoważniała i przymknęła na chwilę oczy.

— Nie spodziewałam się, lalusiu — powiedziała, biorąc głęboki wdech — że będziesz w stanie mnie zaskoczyć. A tymczasem robisz to już drugi raz.

I przekonasz się, mała, że nie po raz ostatni.

Minęła mnie i bez słowa wyszła na korytarz. No tak, nie byliśmy jeszcze w kuchni, a ja czułem kolejny intrygujący zapach.

Tym razem jego źródłem było jasne ciasto z budyniem i malinami.

— Kiedy ty je robisz?

Wzruszyła ramionami.

— To nie zajmuje wiele czasu. — Podeszła do szafki, aby wyjąć talerzyk, a ja zobaczyłem, że na stole obok ciasta stoi spory kubek z sokiem. Znałem tę knajpkę z sokami, w której był zrobiony, i domyślałem się, że jego bazą jest burak.

— O to się pokłóciłyście? — zapytałem, wskazując na brunatny płyn.

— O to i o całokształt. — Odkroiła mi spory kawałek.

— To tylko sok. — Przyjrzałem jej się uważnie.

Jej mama sprawiała wrażenie miłej osoby, nie kogoś, z kim trzeba się kłócić o takie pierdoły.

— To styl życia, lalusiu. — Przechyliła głowę w bok. — To wybór drogi i tego, czy chcesz iść, czy uciekać.

Nie byłem debilem, ale nie zrozumiałem ani słowa.

Sięgnęła po kubek i zaniosła go do zlewu.

— Szkoda tego wylewać, to same witaminy — walnąłem suchara, a ona się roześmiała. I słusznie.

— Wolałabym twoje puste kalorie — spojrzała na mojego sprite’a — niż te witaminy.

— Możemy się zamienić.

Nie miałem ochoty na koktajl buraczany, ale pracowałem w tej knajpce jakiś rok temu i wiedziałem, ile kosztował i jak wiele pracy wymagało jego przygotowanie. Poza tym ona nie mówiła poważnie. Miała w nosie mojego sprite’a.

— Masz jeszcze trochę malin? — Coś przyszło mi do głowy.

Wyjęła tekturowy pojemnik z lodówki i postawiła przede mną.

— Potrzebuję blendera, wysokiej szklanki i trochę lodu.

Podała mi wszystko po kolei, uważnie mi się przyglądając i niczego nie komentując.

Zmiksowałem maliny, skruszyłem lód i wlałem wraz ze sprite’em do szklanki w takiej kolejności, aby dwa płyny tworzyły osobne warstwy. Powinna być w tym jeszcze wódka, ale zważywszy na okoliczności, byłby to kretyński pomysł.

Rozpakowałem rurkę do napojów, ale zamiast wetknąć ją w sok, do którego była dołączona, włożyłem ją do szklanki. Kiedy wręczałem Uli moje dzieło, dostrzegłem, że uważa, aby mnie nie dotknąć. Pociągnęła nieufnie łyk z dolnej warstwy, a potem z górnej i pokręciła głową.

— Burzysz mój światopogląd, lalusiu.

Zająłem się jej sokiem z buraka, w trakcie gdy ona zmagała się z matmą, popijając ją moim nieziemskim drinkiem. Powoli dochodziliśmy z materiałem do końca działu. Zadania były bardziej złożone i zaczęły wychodzić jej braki z poprzednich klas. Długo staliśmy w miejscu, bo tłumaczyłem jej coś innego, bez czego nie dałaby rady zająć się kolejnymi rzeczami.

Okazała się wyjątkowo odporna na to, że wciąż pokazywałem jej, że czegoś nie wie. Ja zacząłbym już wrzeszczeć, a ona — mimo że nie należała do grzecznych i potulnych — prawie zupełnie nie reagowała. Słuchała, co mówiłem, i poprawiała to, co kazałem. Ciekawe, co by zrobiła, gdybym zaczął krytykować nie rozwiązanie zadań, lecz jej ciasto. Ale nie miałem powodów.

Było pyszne.

30 września, niedziela

Towarzyszyłem ojcu w trakcie dwóch mszy. Udało mi się wypatrzyć mamę Ulki, ale jej samej nie było. Zresztą kobieta przyszła sama i zacząłem się zastanawiać, co się stało z ojcem dziewczyny. W pokoju miała zdjęcie mężczyzny obejmującego ramieniem jej mamę, ale nigdy nie rozmawialiśmy o tym, kim tak naprawdę jest ten człowiek i co się z nim stało. Zresztą, my prawie wcale nie gadaliśmy.

1 października, poniedziałek

Pierwsza lekcja, matma, rozpoczęła się niezapowiedzianą kartkówką. Widziałem, jak zaskoczona Ulka ukradkiem rozgląda się wokoło. Chyba już dawno nie była poddawana tak brutalnemu sposobowi sprawdzania wiedzy. Miałem nadzieję, że trafią jej się zadania, które będzie umiała rozwiązać. Tak naprawdę cały czas w trakcie pisania zastanawiałem się, czy ona sobie poradzi.

Kiedy oddaliśmy kartki, poczułem szturchnięcie Kuby.

— Więc jednak Borowska — westchnął.

— Po prostu uczę się z nią matmy i jestem ciekaw, jak jej poszło.

— Aha.

— Serio, stary. — Spojrzałem na niego.

— Aha.

— Za często oglądasz Seksmisję. — Pokręciłem tylko głową.

— Aha.

Choć uważałem, że Kuba bredzi, to tego dnia po raz pierwszy podszedłem do Ulki na przerwie. Nie żebym nagle poczuł się źle w towarzystwie znajomych. Nie zrobiło mi się też jej żal. Nic z tych rzeczy. Chodziło mi tylko o matmę. Tylko i wyłącznie.

Siedziała na skraju ławki, pod ścianą, i coś czytała. Tak najczęściej spędzała czas — czytając lub słuchając czegoś. Gdy zorientowała się, że do niej podchodzę, zamknęła książkę i obciągnęła rękawy bluzki.

Usiadłem obok niej.

— Zrobiłaś drugie zadanie? — zagadnąłem. — Było dość trudne. Nie przerobiliśmy podobnych funkcji.

Przez dłuższą chwilę nie odpowiadała, więc spojrzałem na nią uważniej.

— Nie psujesz sobie właśnie reputacji? — zapytała, wskazując głową na Kubę i kilku innych chłopaków.

— Wyobraź sobie, że nie.

— Wytłumacz mi, jak to jest. — Odchyliła głowę do tyłu tak, że teraz ledwo słyszałem jej ściszony głos. — Skoro nie rozgrywacie konkursu „Kto pierwszy zaliczy dziwaczkę”, bo zakładam, że nie przepuściłbyś wtedy okazji do wygranej, i nie boisz się, że dostaniesz ode mnie trądu, to o co właściwie chodzi?

Spojrzałem jej w oczy, które na słabo oświetlonym korytarzu wydały mi się prawie czarne.

— Dokładnie o to, o co cię zapytałem. — Musiałem się pilnować, żeby się nie wkurzyć.

— Nie zrobiłam. — Wzruszyła ramionami. — Co za różnica?

— Nawet nie spróbowałaś? — No i się wkurzyłem.

— Powtarzam, to nie ma znaczenia. — Postukała palcem w okładkę książki. — Byłam zajęta, jeśli nie zauważyłeś.

Wyrwało mi się prychnięcie. Spojrzała na mnie jak na urażoną panienkę i miała rację, niestety. Ale zabrnąłem w to za daleko, aby pozwolić jej to olać.

— Weź ze sobą w środę zeszyt z kwiatkiem — nakazałem, to już nie był ton prośby.

— Lalusiu… — jęknęła, patrząc na mnie z litością.

Nie mogłem pojąć, dlaczego wcale jej nie zależało. Odniosłem zupełnie inne wrażenie, kiedy się u niej uczyliśmy.

— Przynieś ten cholerny zeszyt — wycedziłem przez zęby.

Wtedy jej wzrok się zmienił. Spoważniała i miałem wrażenie, że mówi całkiem serio.

— Lepiej aż tak się w to nie angażuj.

Wiedziałem, co miała na myśli. Kto inny miałby lepiej zdawać sobie sprawę, że ona umiera? Ale ona sugerowała to w taki sposób, jakby nie chciała, abym w ogóle ją polubił. I przynajmniej tu była w błędzie. Nie zamierzałem niczego do niej czuć. Mogłem załatwić swoje zadanie tylko poprzez bycie w jej pobliżu, nie musieliśmy się przyjaźnić. Tak przynajmniej działało to do tej pory, przy innych moich zadaniach.

3 października, środa

Po tym, jak niemal siłą wyrwałem Ulce zeszyt, poszedłem po lekcji za matematycą do pokoju nauczycielskiego.

— O co chodzi, Janku? — zapytała, sadowiąc się z westchnieniem ulgi przy długim stole.

— Chciałem porozmawiać z panią profesor o Uli Borowskiej.

Zmarszczyła siwe brwi.

— Biedna dziewczyna, ale nie mogłam odpuścić jej tej kartkówki.

Wskazała mi krzesło, a ja usiadłem, co było w pokoju nauczycielskim ewenementem na skalę krajową.

— Ja właśnie w tej sprawie. — Wyciągnąłem zeszyt z kwiatkiem na okładce i wytłumaczyłem jej, co robiliśmy i czego nie zdążyliśmy nadgonić. — Twierdzi, że odpuściła całe drugie zadanie. Mogła chociaż zacząć. Nie zrobiła tego, ale to nie znaczy, że nic nie umiała.

Profesorka w skupieniu oglądała kolejne kartki zeszytu.

— Nie podciągnę jej oceny tylko dlatego, że sporo nad tym pracowaliście.

W sumie nie o to mi chodziło. Chciałem tylko, żeby nie uznała Ulki za lenia.

— Mogę z nią porozmawiać, jeśli chcesz — zaproponowała.

No to by mogło okazać się ciekawe. Lepiej było trzymać tę dziewczynę z dala od ludzi, których mogła zniechęcić do siebie w dziesięć sekund.

— Nie trzeba, pani profesor. Chciałem tylko, żeby pani wiedziała, że pracujemy i za jakiś czas powinna nadgonić zaległości, bo jest dość pojętna.

Patrzyła na mnie uważnie przez chwilę. Nauczyciele zawsze patrzyli w ten sposób, oceniając, czy mówię prawdę, czy ściemniam.

— Dobry z ciebie chłopak, Janku. I dobrze z nią pracujesz. Myślałeś może, by zostać nauczycielem?

O tym, kim mam zostać, myślałem codziennie. Nie przesadzę, jeśli powiem, że od chwili, gdy tylko otworzę oczy. Nie jest to kariera w szkolnictwie, która — chociaż żałosna — i tak byłaby dla mnie wybawieniem. Gdybym tylko mógł ją wybrać.

4 października, czwartek

W czwartek mieliśmy pracę klasową z polaka. Ten dzień musiał nadejść, choć naprawdę miałem nadzieję, że do końca szkoły nie będę musiał się już nikomu tłumaczyć. Czułem, że nowa polonistka będzie niczym wrzód na mojej zabliźnionej już dupie. Miałem do wyboru: albo zacząć ostro się tłumaczyć, albo pożegnać się z moją stałą czwórką z tego przedmiotu. Moje oceny nie były wybitne. Wolałem jednak przedmioty ścisłe, a z polskiego mogłem naprawdę osiągnąć dół.

Wybrałem temat z lektury, którą udało mi się dorwać w formie audiobooka, i wyrzucałem na kartkę wszystko, co przyszło mi do głowy. Walnąłem sprawdzone zakończenie, które zawsze zawierało zdanie: „Podsumowując temat moich rozważań…”, i ledwo zdążyłem przed dzwonkiem. Teraz już mi się nie spieszyło, bo zamierzałem zostać z polonistką sam w klasie, gdy wszyscy już wyjdą. Zauważyłem, że Ulka jeszcze pisze, ale nie wyglądała na przestraszoną tym, że czas się skończył, a ona została w połowie zdania. Sprawiała raczej wrażenie pochłoniętej na maksa. Może podobnie wyglądała, gdy piekła ciasta.

Stanąłem za nią w kolejce do biurka.

— Jak tam, Ula? — zagadnęła ją nauczycielka.

Widziałem, jak wzrusza ramionami.

— Jak zwykle — westchnęła — za mało czasu.

Profesorka uśmiechnęła się do niej, ale kiedy dostrzegła mnie ponad sylwetką dziewczyny, szybko spoważniała. Nie zważając na jej zniecierpliwiony wyraz twarzy, odczekałem, aż Ulka wywlecze się z sali, i dopiero wtedy położyłem swoją pracę na stosie innych.

— Pani profesor, ja tylko chciałem zwrócić uwagę, że mam problemy z pisaniem.

— Masz opinię z diagnozą?

Przybrała formalny ton. Dlaczego wszyscy nauczyciele od razu podejrzewają, że ktoś chce ich oszukać?

— Tak.

Spojrzała na moje nazwisko na kartce z wypracowaniem, a potem odnalazła je w dzienniku. Dostrzegłem, że na arkuszu ocen dopisywała sobie przy mnie skrót „dys.”. Równie dobrze mogłaby mi wytatuować to na czole.

— No tak — mruknęła. — Co miałeś na koniec poprzedniego roku?

— Czwórkę.

— Dobrze, zobaczymy.

Zabrała się do pakowania swoich rzeczy, co uznałem za nazbyt czytelną sugestię, że nie będzie ze mną dłużej rozmawiać. Zacisnąłem dłonie w pięści i zabrałem stamtąd swój tyłek.

Oczywiście wtedy zadzwonił dzwonek, a ja miałem do przejścia całą długość naprawdę długiego budynku. Byłem spóźniony już na starcie, poza tym potrzebowałem chwili, aby się uspokoić, więc postanowiłem się nie spieszyć. Cholernie chciało mi się palić. Jeden dymek sprawiłby, że poczułbym się lepiej, ale odrzuciłem drogę na skróty, więc nic z tego.

Wszedłem do łazienki i przemyłem twarz zimną wodą. Postałem tam ze trzy minuty, zanim ogarnąłem się na tyle, aby ruszyć dalej. Przyznaję, byłem trochę przewrażliwiony w tej kwestii, bo wiedziałem, jak to się dalej potoczy.

Na korytarzu było już pusto, ale gdy zbliżałem się do pracowni biologicznej, usłyszałem, że ktoś rozmawia przez telefon. Rozmowę szybko zastąpił jednak atak kaszlu. Brzmiało to tak, jakby ktoś się dusił.

Dostrzegłem ją od razu, gdy minąłem zakręt. Stała oparta ramieniem o ścianę, tyłem do mnie. Właśnie zaczynała zjeżdżać w kierunku podłogi, kiedy podbiegłem i ją przytrzymałem.

Dyszała ciężko, nie mogąc swobodnie zaczerpnąć powietrza, ale była przytomna.

Objąłem ją ramieniem w pasie i podtrzymałem za oba łokcie. Rozejrzałem się nerwowo za jakąś ławką i dzięki Bogu była nie dalej niż dwa metry od miejsca, gdzie staliśmy.

— Usiądziemy, dobrze?

Pokiwała głową. Cała się trzęsła, gdy robiła te kilka kroków. Posadziłem ją ostrożnie, a sam przykucnąłem naprzeciwko niej.

— Mam dzwonić po pogotowie?

Zauważyłem, że ma sine wargi. Naprawdę wyglądała tak, jakby zaraz miała się przekręcić. Chciałem jak najszybciej zadzwonić i ściągnąć tu najlepiej pół szpitala. Nie mogła przecież paść tak szybko na szkolnym korytarzu.

— Nie — usłyszałem jej słaby głos.

No tak, po co nam lekarz, skoro i tak miała umrzeć.

Za cholerę nie wiedziałem, co robić.

Odgarnąłem ostrożnie włosy, które opadły jej na twarz, i założyłem jej za ucho, a sprężynki owinęły się wokół moich palców. Spojrzała na mnie zaskoczona i miałem wrażenie, że przez moment oddychało jej się jeszcze ciężej.

— Mam tak nie robić?

— Muszę — wykrztusiła — się uspokoić.

Uśmiechnąłem się do niej nerwowo, mając nadzieję, że wygląda to jednak naturalnie.

— Chcesz powiedzieć, że mój dotyk cię rozprasza?

Zgromiła mnie spojrzeniem, a zaraz potem potarła miejsce na klatce piersiowej, jakby dotykała czegoś, co miała pod ubraniem. Potem zamknęła na chwilę oczy i wyglądała, jakby próbowała się na czymś skupić.

— Może jednak przydałaby się nam jakaś pomoc medyczna?

Pokręciła wolno głową, znów na mnie patrząc. Chwilę później przełknęła z trudem ślinę, tak jakby coś niestrawnego podeszło jej do gardła. Potem wreszcie zaczerpnęła porządnie powietrza.

Otwarłem okno i usiadłem obok niej na ławce. Potem siedziałem tylko i wsłuchiwałem się w jej oddech. Po prostu tam siedziałem i kompletnie do niczego nie potrafiłem jej się przydać.

Po jakichś dziesięciu minutach poprawiło jej się na tyle, że mogła mówić.

— Dzięki za pomoc, lalusiu.

Niemal się uśmiechnąłem, gdy znowu mnie tak nazwała.

— Nie ma sprawy. — Zauważyłem, że nadal drży, więc zdjąłem sweter i ją nim okryłem, zatykając rękawy za jej ramiona. — Gdzie masz telefon? Zadzwonię do twojej mamy.

Przekazałem jej matce najspokojniej, jak potrafiłem, że Ulka źle się poczuła, że już jej się poprawiło, ale chyba będzie lepiej, jeśli wróci teraz do domu.

Kiedy się rozłączyłem, wpisałem do jej telefonu swój numer i wybrałem go. Mój aparat zabrzęczał w kieszeni.

— Ej — oburzyła się, choć przez jej słaby głos brzmiało to raczej smutno niż groźnie. — Nie powinieneś poczekać, aż sama dam ci ten numer?

— Pewnie bym się nie doczekał. — Obróciłem w dłoniach jej nowiutki i bardzo drogi aparat.

— Możliwe.

— Paskuda.

— Laluś.

Piętnaście minut naszego milczenia później zjawiła się jej mama. Pochyliła się nad Ulą i chciała zbadać jej puls, na co dziewczyna zareagowała dość opryskliwie i odsunęła jej dłoń.

— Miałaś impuls z ICD?

— Nie.

— Jak tylko wrócimy do domu, zadzwonię do doktora Kalitowskiego.

— Nic mi nie jest, mamo.

Z mojej perspektywy wyglądało to inaczej, ale co ja tam wiedziałem. Nie miałem jednak zamiaru się wtrącać i narażać na gniew tej dziewczyny.

— Skąd wiesz? — Jej matka musiała być zaprawiona w takich bojach. — Może znów ci się pogorszyło?

— Nie — odpowiedziała chłodno, podnosząc się przy tym z ławki.

Bałem się, że się zachwieje, ale nie, było w porządku.

— Coś się wydarzyło? — Matka Ulki wzięła ode mnie plecak córki.

— Tak. — Dziewczyna przygryzła wargę i spojrzała na mnie ukradkiem. — Później ci opowiem.

No tak, zapomniałem, że nie byłem kimś, przy kim zamierzała się zwierzać.

— Zobaczymy się w poniedziałek — pożegnała się ze mną, dając mi jednocześnie znać, że mam do niej dzisiaj nie przychodzić.

Nie było sensu, abym szedł na ostatnie minuty biologii. Opadłem znów na ławkę, po czym pokręciłem głową. Spędzanie czasu z tą dziewczyną było niczym przejażdżka kolejką górską. Nigdy nie wiadomo, co się stanie za zakrętem.

6 października, sobota

Rzadko śpiewam na pogrzebach, bo z reguły odbywają się rano, w tygodniu. Ale jeśli jakiś zdarzy się w sobotę, ojciec zawsze nalega, bym mu towarzyszył.

Kiedy przed moim pierwszym udziałem w takiej uroczystości zapytałem Piotra, co i jak mam śpiewać, odpowiedział, że tak, aby wszyscy płakali. Jego zdaniem ludzie, którzy wypłakali się podczas takiego pożegnania, łatwiej znosili późniejszą żałobę. Nie miałem pojęcia, czy to faktycznie mogło komuś pomóc, ale robiłem tak, jak mi radził.

Wybrałem najbardziej wzruszające pieśni, te, które rzadko śpiewa się w czasie normalnych mszy, ale unikałem tych typowo pogrzebowych.

Wszystko zaczynało się o jedenastej, a ja umówiłem się z Kubą, że wpadnie tu po mnie przed dwunastą i ruszymy w plener. Potrzebowaliśmy materiału na kółko fotograficzne, a październikowe słońce i początek jesieni świetnie robiły nam tło. Wystarczyło tylko dorwać jakiś temat i poczekać, aż światło zmieni się w popołudniowe i złagodnieje.

Z małego okna na chórze widziałem, jak samochód z zakładu pogrzebowego przywiózł trumnę. Niby powinienem być przyzwyczajony do takiego widoku i wierzyć, że tej osobie jest teraz dobrze, bo nasza religia tłukła nam do głowy, że dusza jest już w lepszym świecie. Wiedziałem, że jest coś po, choć stykałem się tylko z przedsionkiem. Nikomu nie mogłem dać gwarancji, że jego dusza trafi do przyjaznego miejsca. Wciąż natomiast nie mogłem pozbyć się obrzydzenia na myśl o sztywnym, chłodnym ciele zamkniętym w trumnie. Starałem się wyrzucić ten obraz z głowy, kiedy dostrzegłem dziwną grupkę żałobników.

Stali obok siebie, niejako w centrum, a na ich obrzeżach znajdowały się czuwające nad nimi satelity. Dziwne dzieciaki i pilnujący ich rodzice. Osobnicy z grupy mieli mniej więcej tyle lat co ja. Byli ubrani na czarno, ale każde z nich miało jeden kolorowy element: błękitny szal, biały kapelusz, żółtą bluzeczkę, czerwone spodnie. Miało to pewnie jakieś znaczenie, ale ja nie mogłem się go domyślić.

Spojrzałem na ojca zmieniającego swoje zwykłe buty na te z miękką podeszwą, których używał do grania na organach.

— Wiesz, kto umarł? — zapytałem szeptem.

Zmarszczył czoło.

— Jakiś młody chłopak. Długa i ciężka choroba.

— Miał swojego opiekuna?

— Nie — zaczął rozgrzewać palce i nadgarstki — nie było żadnych wątpliwości, a rodzina da sobie radę.

— Nigdy nie wiadomo — mruknąłem pod nosem, ale ojciec i tak to usłyszał.

— Nie musisz wciąż wszystkiego negować, aby stało się bardziej rzeczywiste.

Nie zamierzałem wdawać się z nim w filozoficzną gadkę. Przynajmniej teraz.

— Wiesz, o co chodzi z tymi dzieciakami w kolorowych ciuchach?

— Niezupełnie, ale był już kiedyś podobny pogrzeb, na który również przyszły tak ubrane.

Znów na nich spojrzałem, a moją uwagę przykuły stojące do mnie tyłem smukłe nogi w czerwonych spodniach.

Okazało się, że chłopak, którego mieli pochować, był tylko rok starszy ode mnie. Patrzył na mnie ze zdjęcia ustawionego na wieku trumny. Wyglądał całkiem zwyczajnie poza tym, że uśmiechał się zsiniałymi ustami. Takimi, jakie widziałem u Ulki trzy dni temu.

Jakaś dziewczyna strasznie płakała, jak małe dziecko, które spazmatycznie wciąga powietrze, zanosząc się szlochem. Próbowała tłumić to przytkniętą do ust chusteczką, ale marnie jej szło. Ta dziewczyna i to zdjęcie zupełnie mnie rozwaliły. Na myśl o Ulce i o tym, że miałbym ją zobaczyć, gdy jej życie się skończy, przyjść na jej pogrzeb, zrobiło mi się niedobrze. Zupełnie nie wiedziałem, skąd nagle mi się to wzięło, przecież towarzyszyłem kilku osobom, a ją ledwo znałem. Jedyną różnicą był wiek.