Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 605 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziewczyna na klifie - Lucinda Riley

Załamana poronieniem i oddalającą się wizją macierzyństwa, młoda rzeźbiarka Grania Ryan porzuca Nowy Jork i życiowego partnera, Matta. Po 10 latach nieobecności powraca do Irlandii, do rodzinnego domu położonego nad smaganą wichrami zatoką Dunworley. Pewnego dnia podczas spaceru brzegiem morza widzi stojącą na krawędzi klifu, zaledwie dwadzieścia parę metrów od potężnych fal rozbijających się o skały, dziewczynkę o rudych włosach ubraną w koszulę nocną. Jak zahipnotyzowana obserwuje trwające w bezruchu dziecko, sprawiające wrażenie, jakby nie zdawało sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Dość szybko pomiędzy Granią a osieroconą przez matkę samobójczynię ośmioletnią Aurorą Lisle zawiązuje się przyjaźń – na tyle silna, by ojciec Aurory powierzył jej opiekę nad małą. Fakt ten bardzo niepokoi matkę Granii, Kathleen, która przestrzega córkę przed zawieraniem bliższych znajomości z członkami rodziny Lisle’ów, obawiając się, że w ten sposób powiela wydarzenia z przeszłości, na których bardzo ucierpieli jej przodkowie. Historia lubi się powtarzać... Ze starych listów obejmujących okres prawie 100 lat oraz opowieści Kathleen Grania – która wcześniej nie zdawała sobie sprawy ze związków łączących jej matkę, babkę i prababkę z rodziną Lisle’ów – dowiaduje się o swoich korzeniach, o zawikłanych losach obu irlandzkich rodzin, gdzie miłość przeplatała się z tragedią. Ale to nie Grania, lecz obdarzona wielką przenikliwością i apetytem na życie Aurora, stanie się katalizatorem ostatecznego pojednania, zdejmie klątwę ciążącą na przyszłości...

Opinie o ebooku Dziewczyna na klifie - Lucinda Riley

Fragment ebooka Dziewczyna na klifie - Lucinda Riley

Wydanie elektroniczne

LU­CIN­DA RI­LEY

Pi­sar­ka bry­tyj­ska. Uro­dzi­ła się w Ir­lan­dii; w dzie­ciń­stwie spo­ro po­dró­żo­wa­ła, głów­nie na Bli­ski Wschód. Po prze­pro­wa­dze­niu się do Lon­dy­nu zo­sta­ła ak­tor­ką, wy­stę­po­wa­ła w fil­mach, te­atrze i te­le­wi­zji. Pierw­szą po­wieść Lo­vers and Play­ers na­pi­sa­ła ma­jąc 24 lata; po­tem, jako Lu­cin­da Ed­monds, wy­da­ła jesz­cze sie­dem ksią­żek prze­ło­żo­nych na 14 ję­zy­ków. W 2011 uka­zał się Dom or­chi­dei. Po­wieść pod­bi­ła eu­ro­pej­skie li­sty be­st­sel­le­rów – w Niem­czech była trze­cim naj­le­piej sprze­da­ją­cym się ty­tu­łem 2011 roku, a łącz­nie sprze­da­no po­nad mi­lion eg­zem­pla­rzy. W la­tach 2012-13 uka­za­ły się Dziew­czy­na na kli­fie i The La­ven­der Gar­den; ko­lej­na po­wieść bę­dzie no­sić ty­tuł The Still of the Ni­ght.

www.lu­cin­da­ri­ley.co.uk

Tej au­tor­ki

DOM OR­CHI­DEI

DZIEW­CZY­NA NA KLI­FIE

LA­WEN­DO­WY OGRÓD

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE GIRL ON THE CLIFF

Co­py­ri­ght © Lu­cin­da Ri­ley 2011

Au­thor’s mo­ral ri­ght has been as­ser­ted

First pu­bli­shed in the En­glish lan­gu­age by Pen­gu­in Bo­oks Ltd.

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Ma­rzen­na Rącz­kow­ska 2013

Re­dak­cja: Be­ata Ko­ło­dziej­ska

Ilu­stra­cja na okład­ce: Lee Frost/Tre­vil­lion Ima­ges (scho­dy)

Pro­jekt gra­ficz­ny ilu­stra­cji okład­ko­wej: Fi­ne­Pic®, Mün­chen

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki pol­skiej: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-143-1

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Ste­phe­na

Tak oto dą­ży­my na­przód, kie­ru­jąc ło­dzie pod prąd,

któ­ry nie­ustan­nie zno­si nas w prze­szłość.

Fran­cis Scott Fit­zge­rald, Wiel­ki Gats­by, przekł. Ariad­na Dem­kow­ska-Boh­dzie­wicz.

Aurora

Ja to ja.

A te­raz coś ci opo­wiem.

Dla każ­de­go pi­sa­rza te sło­wa są naj­trud­niej­sze. Tak mi przy­najm­niej mó­wio­no.

In­a­czej mó­wiąc– jak za­cząć. Po­peł­ni­łam pla­giat, gdyż ścią­gnę­łam po­mysł z pierw­szych ga­wę­dziar­skich prób mo­je­go młod­sze­go bra­ta. Urze­czo­na ich pro­sto­tą, na za­wsze za­pa­mię­ta­łam jego pierw­sze sło­wa.

Więc za­czę­łam.

Mu­szę cię ostrzec, że nie je­stem za­wo­do­wą pi­sar­ką. Tak na­praw­dę nie pa­mię­tam, kie­dy ostat­nio wzię­łam pió­ro do ręki. No bo wi­dzisz, za­wsze wy­ra­ża­łam swo­je uczu­cia cia­łem. Te­raz nie mogę już tego ro­bić, więc po­sta­no­wi­łam prze­lać my­śli na pa­pier.

Nie pi­szę z za­mia­rem pu­bli­ka­cji. Oba­wiam się, że cel mam bar­dziej sa­mo­lub­ny. Zna­la­złam się na eta­pie ży­cia, któ­re­go każ­dy się boi – wy­peł­niam dni prze­szło­ścią, bo przy­szło­ści zo­sta­ło mi nie­wie­le.

Przy­najm­niej mam co ro­bić.

I uwa­żam, że ta hi­sto­ria – moja i mo­jej ro­dzi­ny, któ­ra za­czę­ła się pra­wie sto lat przed moim na­ro­dze­niem – jest cie­ka­wa.

Wiem, że każ­dy tak samo my­śli o so­bie. I to praw­da. Ży­cie każ­de­go czło­wie­ka peł­ne jest fa­scy­nu­ją­cych wy­da­rzeń, a gra w nim wie­lu ak­to­rów: złych i do­brych.

I pra­wie za­wsze w któ­rymś mo­men­cie po­ja­wia się ma­gia.

Na­zwa­no mnie imie­niem słyn­nej księż­nicz­ki z po­pu­lar­nej baj­ki. Może dla­te­go za­wsze wie­rzy­łam w ma­gię. A w mia­rę do­ra­sta­nia zro­zu­mia­łam, że baj­ka to ale­go­ria wiel­kie­go tań­ca ży­cia, któ­ry po­dej­mu­je­my z chwi­lą na­ro­dzin.

I nie ma od nie­go uciecz­ki aż do śmier­ci.

Tak więc, Dro­gi Czy­tel­ni­ku – gdyż za­kła­dam, że mam od­bior­cę, sko­ro czy­tasz te sło­wa – opo­wiem ci moją hi­sto­rię.

Wie­le po­sta­ci, któ­re tu wy­stę­pu­ją, zmar­ło daw­no przed mo­imi na­ro­dzi­na­mi, więc po­sta­ram się po­słu­żyć wy­obraź­nią, aby ich na po­wrót oży­wić.

I kie­dy tak so­bie sie­dzę i roz­my­ślam nad dzie­ja­mi, któ­rych prze­kaz po­cho­dzi od dwóch po­ko­leń, od­naj­du­ję je­den głów­ny te­mat. To oczy­wi­ście mi­łość i wy­bo­ry, ja­kich do­ko­nu­je­my z jej po­wo­du.

Wie­le osób na­tych­miast po­my­śli, że cho­dzi mi o mi­łość mię­dzy ko­bie­tą i męż­czy­zną. Tak – tego jest tu mnó­stwo. Ale są też inne prze­ja­wy mi­ło­ści, o rów­nie wiel­kiej po­tę­dze. Na przy­kład mi­łość ro­dzi­ca do dziec­ka. Jest też ob­se­syj­na, nisz­czy­ciel­ska mi­łość, któ­ra pro­wa­dzi do spu­sto­szeń.

Inny wą­tek to za­pew­ne mo­rze wy­pi­ja­nej przez lu­dzi her­ba­ty – ale do­pusz­czam się dy­gre­sji. Wy­bacz mi tę przy­wa­rę sta­rusz­ków. Wra­cam do opo­wie­ści.

Kie­dy uznam, że trze­ba coś do­kład­niej wy­ja­śnić, prze­rwę wą­tek i po­słu­żę ci za prze­wod­ni­ka, bo hi­sto­ria jest skom­pli­ko­wa­na.

My­ślę, że dla jesz­cze więk­sze­go za­gma­twa­nia spraw za­cznę pod ko­niec, kie­dy by­łam ośmio­let­nim dziec­kiem bez mat­ki. Na urwi­stym brze­gu za­to­ki Dun­wor­ley, w moim ulu­bio­nym miej­scu na zie­mi.

Daw­no, daw­no temu…

1

Za­to­ka Dun­wor­ley, za­chod­nia część hrab­stwa Cork, Ir­lan­dia

Drob­na po­stać sta­ła nie­bez­piecz­nie bli­sko kra­wę­dzi kli­fu. Jej buj­ne, dłu­gie rude wło­sy po­wie­wa­ły za nią uno­szo­ne sil­ną bry­zą. Su­kien­ka z cien­kiej bia­łej ba­weł­ny się­ga­ła jej do ko­stek i od­kry­wa­ła małe bose sto­py. Ręce wy­cią­gnę­ła przed sie­bie, a dło­nie od­wró­ci­ła w stro­nę kłę­bią­cej się w dole, spie­nio­nej masy sza­re­go mo­rza. Bla­dą twarz skie­ro­wa­ła w górę, jak­by skła­da­ła z sie­bie ofia­rę na po­żar­cie ży­wio­łów.

Gra­nia Ryan sta­nę­ła i przy­glą­da­ła się jak za­hip­no­ty­zo­wa­na oso­bie, któ­ra wy­glą­da­ła ni­czym zja­wa. Nie była w sta­nie za­ufać swo­im sko­ła­ta­nym zmy­słom na tyle, by na pew­no stwier­dzić, czy to, co wi­dzi, dzie­je się na­praw­dę, czy jest wy­two­rem jej wy­obraź­ni. Na uła­mek se­kun­dy za­mknę­ła oczy, a kie­dy je otwo­rzy­ła, zo­ba­czy­ła, że po­stać jest tam nadal. Prze­ka­za­ła mó­zgo­wi od­po­wied­nie in­struk­cje i ostroż­nie zro­bi­ła parę kro­ków na­przód.

Kie­dy się zbli­ży­ła, zda­ła so­bie spra­wę, że po­stać jest za­le­d­wie dziec­kiem; ba­weł­nia­na suk­nia zaś ko­szu­lą noc­ną. Gra­nia zo­ba­czy­ła, że nad mo­rzem uno­szą się czar­ne bu­rzo­we chmu­ry, a na po­licz­kach po­czu­ła pie­cze­nie pierw­szych sło­nych kro­pe­lek wi­szą­ce­go w po­wie­trzu desz­czu. Bez­bron­ność ludz­kiej kru­szyn­ki na dzi­kim tle nad­mor­skie­go kli­fu spra­wi­ła, że przy­spie­szy­ła kro­ku.

Wiatr świ­stał jej koło uszu i po­wo­li co­raz bar­dziej wy­ra­żał swo­ją wście­kłość. Gra­nia za­trzy­ma­ła się nie­ca­łe dzie­sięć me­trów od dziew­czyn­ki, któ­ra nadal trwa­ła bez ru­chu. Zo­ba­czy­ła, jak małe sine pal­ce jej nóg wcze­pi­ły się w ska­łę, a wzma­ga­ją­cy się wiatr chłosz­cze chwiej­ne cia­ło, ko­ły­sząc nim jak mło­dą wierz­bą. Zbli­ży­ła się do dziew­czyn­ki i sta­nę­ła tuż za nią, nie­pew­na, co ro­bić. In­stynkt mó­wił Gra­ni, by pod­biec i ją chwy­cić, ale gdy­by dziew­czyn­ka spło­szy­ła się i od­wró­ci­ła, jed­no drob­ne po­tknię­cie mo­gło­by do­pro­wa­dzić do nie­wy­obra­żal­nej tra­ge­dii, gdyż dziec­ko spo­tka­ła­by nie­chyb­na śmierć na po­kry­tych mor­ską pia­ną ska­łach, któ­re szcze­rzy­ły zęby trzy­dzie­ści me­trów ni­żej.

Gra­nia za­trzy­ma­ła się ogar­nię­ta pa­ni­ką i de­spe­rac­ko szu­ka­ła w my­ślach spo­so­bu, by uchro­nić małą przed groź­bą upad­ku. Ale za­nim zdą­ży­ła coś po­sta­no­wić, dziew­czyn­ka od­wró­ci­ła się po­wo­li i po­pa­trzy­ła na nią nie­wi­dzą­cy­mi ocza­mi.

Gra­nia in­stynk­tow­nie wy­cią­gnę­ła do niej ręce.

– Nie skrzyw­dzę cię. Obie­cu­ję. Chodź do mnie. Bę­dziesz bez­piecz­na.

Ale dziew­czyn­ka bez ru­chu sta­ła na kra­wę­dzi kli­fu z wle­pio­nym w nią pu­stym wzro­kiem.

– Za­bio­rę cię do domu, je­śli mi po­wiesz, gdzie miesz­kasz. Tu­taj mo­żesz umrzeć. Pro­szę, po­zwól mi so­bie po­móc – bła­gal­nie na­ma­wia­ła ją Gra­nia.

Zro­bi­ła jesz­cze je­den krok w stro­nę dziec­ka, aż na­gle dziew­czyn­ka jak­by obu­dzi­ła się ze snu. Przez twarz prze­mknął jej cień stra­chu. W oka­mgnie­niu od­wró­ci­ła się w pra­wo i rzu­ci­ła do bie­gu wzdłuż brze­gu kli­fu, aby uciec Gra­ni. Wkrót­ce nie było jej wi­dać.

• • •

– Już mia­łam wy­sy­łać po cie­bie lu­dzi, żeby cię szu­ka­li. Prze­cie na do­bre roz­sza­la­ła się bu­rza.

– Ma­mu­siu, mam trzy­dzie­ści je­den lat, a z tego ostat­nie dzie­sięć spę­dzi­łam na Man­hat­ta­nie – su­cho od­par­ła Gra­nia. We­szła do kuch­ni i po­wie­si­ła kurt­kę nad go­rą­cą ku­chen­ką. – Nie mu­sisz mnie pil­no­wać. Je­stem już duża, wiesz? – Uśmiech­nę­ła się, po­de­szła do mat­ki, któ­ra na­kry­wa­ła do sto­łu przed ko­la­cją, i po­ca­ło­wa­ła ją w po­li­czek. – Na­praw­dę.

– Może i tak, ale zna­łam o wie­le sil­niej­szych męż­czyzn, co ich w taki sztorm wi­cher zmiótł z kli­fu.

Ka­th­le­en Ryan ge­stem wska­za­ła, jak dzi­ko wyje wiatr za ku­chen­nym oknem i jak szar­pie zmar­twia­łe, opa­dłe z kwia­tów ga­łąz­ki gli­cy­nii, tak że ude­rza­ją mo­no­ton­nie o szy­by.

– Za­pa­rzy­łam świe­żą her­ba­tę. – Ka­th­le­en wy­tar­ła ręce o far­tuch i po­de­szła do ku­chen­ki. – Na­lać ci do fi­li­żan­ki?

– Z chę­cią się na­pi­ję, mamo. Ale usiądź i daj no­gom parę mi­nut od­po­cząć, a ja na­le­ję nam obu. – Gra­nia pod­pro­wa­dzi­ła mat­kę do ku­chen­ne­go krze­sła, od­su­nę­ła je od sto­łu i de­li­kat­nie ją po­sa­dzi­ła.

– Tyl­ko na pięć mi­nut, bo o szó­stej chło­pa­ki wra­ca­ją na ko­la­cję.

Kie­dy Gra­nia na­le­wa­ła moc­ny płyn do dwóch fi­li­ża­nek, w mil­cze­niu po­dzi­wia­ła, jak mat­ka przy­kła­da się do prac do­mo­wych dla do­bra męża i syna. Nic nie zmie­ni­ło się od cza­su, gdy tu miesz­ka­ła: Ka­th­le­en za­wsze do­ga­dza­ła swo­im męż­czy­znom, a ich po­trze­by i za­chcian­ki przed­kła­da­ła nad wła­sne. Ale kon­trast mię­dzy ży­ciem mat­ki i jej świa­tem, w któ­rym eman­cy­pa­cja i rów­ność płci jest czymś nor­mal­nym, spra­wił, że Gra­nia po­czu­ła się nie­swo­jo.

No bo… mimo wol­no­ści od nie­mod­nej mę­skiej ty­ra­nii – tak to na­zy­wa­ło wie­le współ­cze­snych ko­biet – któ­ra z nich jest szczę­śliw­sza: mat­ka czy cór­ka?

– Pro­szę, mamo. Masz ocho­tę na ciast­ko? – Gra­nia po­sta­wi­ła przed Ka­th­le­en pusz­kę i otwo­rzy­ła ją. Jak zwy­kle była po brze­gi wy­peł­nio­na prze­kła­da­ny­mi kre­mem ozdob­ny­mi her­bat­ni­ka­mi cu­stard cre­ams, brą­zo­wy­mi bo­ur­bons z kre­mem cze­ko­la­do­wym i kru­chy­mi, okrą­gły­mi short­bre­ads. Na­stęp­na pa­miąt­ka z dzie­ciń­stwa, i to taka, na któ­rą wie­le jej dba­ją­cych o fi­gu­rę ko­le­ża­nek z No­we­go Jor­ku pa­trzy­ło­by z prze­ra­że­niem ni­czym na bom­bę ato­mo­wą.

Ka­th­le­en wzię­ła dwa i po­wie­dzia­ła:

– Weź choć jed­no dla to­wa­rzy­stwa. Jesz mniej niż jaka mysz­ka.

Gra­nia po­słusz­nie za­bra­ła się do sku­ba­nia ciast­ka. Po­my­śla­ła o tym, że od chwi­li przy­jaz­du dzie­sięć dni temu cały czas pęka z prze­je­dze­nia, ob­fi­cie kar­mio­na do­mo­wy­mi po­tra­wa­mi mat­ki. A są­dzi­ła, że może się po­chwa­lić naj­lep­szym ape­ty­tem wśród więk­szo­ści zna­jo­mych z No­we­go Jor­ku. Na do­kład­kę z pie­kar­ni­ka ko­rzy­sta­ła na­praw­dę zgod­nie z jego prze­zna­cze­niem, za­miast trzy­mać tam pod ręką ta­le­rze.

– Spa­cer tro­chę ci roz­ja­śnił w gło­wie? – za­ga­iła Ka­th­le­en, po­chła­nia­jąc trze­cie ciast­ko. – Kie­dy ja mam coś do prze­my­śle­nia, za­wsze idę na spa­cer i wiem, że jak wró­cę, będę wie­dzia­ła, co ro­bić.

– Szcze­rze mó­wiąc – Gra­nia łyk­nę­ła her­ba­ty – wi­dzia­łam nad mo­rzem coś dziw­ne­go, mamo. Małą dziew­czyn­kę, ośmio-, może dzie­wię­cio­let­nią. Sta­ła w noc­nej ko­szu­li na sa­mym brze­gu kli­fu. Mia­ła pięk­ne wło­sy, dłu­gie, krę­co­ne, rude… i jak­by lu­na­ty­ko­wa­ła. Od­wró­ci­ła się do mnie, kie­dy za­czę­łam iść w jej stro­nę, ale oczy mia­ła – Gra­nia szu­ka­ła od­po­wied­nie­go sło­wa – pu­ste. Jak­by mnie nie wi­dzia­ła. Po­tem chy­ba się ock­nę­ła i ucie­kła ścież­ką wzdłuż kli­fu jak spło­szo­ny kró­lik. Wiesz, kto to mógł być?

Gra­nia zo­ba­czy­ła, że Ka­th­le­en bled­nie.

– Nic ci nie jest, mamo?

Ka­the­en aż się wzdry­gnę­ła. Wle­pi­ła wzrok w cór­kę.

– Mó­wisz, że parę mi­nut temu wi­dzia­łaś ją na spa­ce­rze?

– Tak.

– Świę­ta Ma­rio, Mat­ko Bo­ska. – Ka­th­le­en prze­że­gna­ła się. – Wró­ci­li.

– Kto wró­cił, mamo? – za­py­ta­ła Gra­nia zmar­twio­na, że mat­ka jest aż tak wstrzą­śnię­ta.

– Po co mie­li­by wra­cać? – Ka­th­le­en nie­obec­nym wzro­kiem wpa­try­wa­ła się w noc za oknem. – W ja­kim celu? My­śla­łam, że to się na­resz­cie skoń­czy­ło… że wy­je­cha­li na do­bre. – Chwy­ci­ła Gra­nię za rękę. – Je­steś pew­na, że wi­dzia­łaś dziew­czyn­kę, a nie do­ro­słą ko­bie­tę?

– Jak naj­bar­dziej, mamo. Już mó­wi­łam, mia­ła osiem, dzie­więć lat. Mar­twi­łam się o nią, bo nic nie mia­ła na no­gach i wy­glą­da­ła na prze­mar­z­nię­tą. Szcze­rze mó­wiąc, za­sta­na­wia­łam się, czy nie jest du­chem.

– Bo i tro­chę tak było, Gra­niu. A jak­że – mruk­nę­ła Ka­th­le­en. – Pew­ni­kiem przy­je­cha­li w cią­gu paru ostat­nich dni. W ze­szły pią­tek by­łam za gór­ką i prze­cho­dzi­łam kole dwo­ru. Było tro­chę po dzie­sią­tej wie­czo­rem, ale w oknach się nie świe­ci­ło. Sta­ry dwór był za­mknię­ty na czte­ry spu­sty.

– Co to za miej­sce?

– Dwór Dun­wor­ley.

– Sta­ry, opusz­czo­ny pa­ła­cyk, któ­ry stoi za nami, nad kli­fem? – za­py­ta­ła Gra­nia. – Od lat stał nie­za­miesz­ka­ny.

– Kie­dy by­łaś dziec­kiem, nikt tam nie miesz­kał, ale – Ka­th­le­en wes­tchnę­ła – wró­ci­li po two­im wy­jeź­dzie do No­we­go Jor­ku. A po­tem, kie­dy… zda­rzył się ten wy­pa­dek, wy­je­cha­li. Wszy­scy my­śle­li, że ich w tej oko­li­cy nig­dy wię­cej nie zo­ba­czy­my. I lu­dzi­ska cie­szy­li się z tego – pod­kre­śli­ła.

– Mię­dzy nimi a nami są sta­re za­szło­ści. Ale co tam. – Ka­th­le­en ude­rzy­ła dło­nią w stół i szy­ko­wa­ła się, żeby wstać. – Co było, a nie jest… To­bie ra­dzę trzy­mać się od nich z da­le­ka. Na­sza ro­dzi­na tyl­ko się przez nich na­cier­pia­ła, ot co.

Gra­nia przy­glą­da­ła się, jak mat­ka pod­cho­dzi do ku­chen­ki. Kie­dy wyj­mo­wa­ła z pie­cy­ka gar­nek z wie­czor­nym po­sił­kiem, twarz mia­ła za­cię­tą.

– Je­śli dziec­ko, któ­re wi­dzia­łam, ma mat­kę, to na pew­no chcia­ła­by wie­dzieć, w ja­kim zna­la­zło się dziś nie­bez­pie­czeń­stwie, praw­da? – son­do­wa­ła Gra­nia.

– Nie ma mat­ki. – Drew­nia­na łyż­ka Ka­th­le­en ryt­micz­nie mie­sza­ła gu­lasz.

– Umar­ła?

– Tak.

– Ro­zu­miem… To kto opie­ku­je się dziec­kiem?

– Nie py­taj mnie o ich ro­dzin­ne ukła­dy. – Ka­th­le­en wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Nie ob­cho­dzi mnie to. Nie chcę wie­dzieć.

Gra­nia za­chmu­rzy­ła się. Re­ak­cja mat­ki była cał­kiem inna niż zwy­kle. Ka­th­le­en mia­ła wiel­kie ma­cie­rzyń­skie ser­ce, któ­re moc­no i gło­śno biło dla każ­de­go, kto zna­lazł się w opa­łach. Pierw­sza bie­gła do ko­goś z ro­dzi­ny lub przy­ja­ciół, kto po­trze­bo­wał po­mo­cy. Zwłasz­cza je­śli cho­dzi­ło o dzie­ci.

– Jak umar­ła jej mat­ka?

Drew­nia­na łyż­ka prze­sta­ła mie­szać w garn­ku i za­pa­dła ci­sza. W koń­cu Ka­th­le­en wes­tchnę­ła cięż­ko i od­wró­ci­ła się w stro­nę cór­ki.

– No cóż, je­śli ja ci nie po­wiem, za­raz zro­bi to ktoś inny. Tar­gnę­ła się na wła­sne ży­cie. No tak, wła­śnie.

– Czy­li po­peł­ni­ła sa­mo­bój­stwo?

– To jed­no i to samo, praw­da, Gra­niu?

– Kie­dy?

– Czte­ry lata temu rzu­ci­ła się z kli­fu. Cia­ło od­na­leź­li dwa dni póź­niej, wy­rzu­ci­ło je mo­rze na pla­ży w In­chy­do­ney.

Te­raz z ko­lei za­mil­kła Gra­nia. Po chwi­li od­wa­ży­ła się spy­tać:

– W któ­rym miej­scu sko­czy­ła?

– Wi­dzi mi się, że tam, gdzie dzi­siaj zo­ba­czy­łaś jej cór­kę… Moim zda­niem Au­ro­ra szu­ka­ła mat­ki.

– Wiesz, jak się na­zy­wa?

– Oczy­wi­ście. To żad­na ta­jem­ni­ca. Wszyst­ko w oko­li­cy na­le­ża­ło kie­dyś do ro­dzi­ny Li­sle’ów, łącz­nie z na­szym do­mem. Od za­mierz­chłych cza­sów byli pa­na­mi i lor­da­mi na tych wło­ściach. W la­tach sześć­dzie­sią­tych sprze­da­li zie­mię, ale dwór na kli­fie so­bie za­trzy­ma­li.

– Wi­dzia­łam gdzieś to na­zwi­sko. Li­sle…

– Cmen­tarz tu­taj pe­łen jest ich gro­bów. Ona też tam leży.

– Wi­dzia­łaś już kie­dyś tę dziew­czyn­kę, Au­ro­rę, na kli­fie?

– Wła­śnie dla­te­go tata ją stąd za­brał. Po śmier­ci mat­ki cho­dzi­ła po kli­fie i cią­gle ją wo­ła­ła. O mało nie osza­la­ła z roz­pa­czy. Moim zda­niem.

Gra­nia zo­ba­czy­ła, że twarz mat­ki nie­co zła­god­nia­ła.

– Bied­na mała – po­wie­dzia­ła i wes­tchnę­ła.

– Tak. Aż przy­kro było pa­trzeć, i nie za­słu­ży­ła na to, ale ich ro­dzi­na po­ku­tu­je za coś złe­go. Po­słu­chaj mnie, Gra­niu, i naj­le­piej się z nimi w ogó­le nie za­da­waj.

– Cie­ka­we, dla­cze­go wró­ci­li? – mruk­nę­ła Gra­nia nie­mal sama do sie­bie.

– Ci Li­sle’owie ro­bią, co chcą. Nie wiem co i wca­le mnie to nie in­te­re­su­je. Te­raz le­piej po­móż mi na­kryć do sto­łu.

• • •

Gra­nia po­szła na górę do sy­pial­ni tuż po dzie­sią­tej, jak co noc od cza­su po­wro­tu do domu. Na dole mat­ka krzą­ta­ła się w kuch­ni i przy­go­to­wy­wa­ła stół do śnia­da­nia. Oj­ciec drze­mał na fo­te­lu przed te­le­wi­zo­rem, a brat, Sha­ne, był w wiej­skim pu­bie. We dwój­kę męż­czyź­ni ob­ra­bia­li dwie­ście hek­ta­rów zie­mi na far­mie. Głów­nie pa­sły się tam mlecz­ne kro­wy i owce. „Chło­pak”, jak piesz­czo­tli­wie wo­ła­no na Sha­ne’a, nie zdra­dzał za­mia­ru wy­pro­wa­dze­nia się do wła­sne­go domu. Ko­bie­ty przy­cho­dzi­ły i od­cho­dzi­ły, ale rzad­ko któ­ra prze­kra­cza­ła próg cha­ty Ry­anów. Ka­th­le­en wzno­si­ła oczy do nie­ba na ka­wa­ler­ski stan syna, lecz Gra­nia wie­dzia­ła, że mat­ka by bez nie­go zgi­nę­ła.

• • •

Wtu­li­ła się w po­ściel i wsłu­cha­ła w dzwo­nią­cy o szy­by deszcz. Mia­ła na­dzie­ję, że bied­na Au­ro­ra Li­sle jest już w domu bez­piecz­na i ktoś cie­pło ją opa­tu­lił. Prze­wró­ci­ła kil­ka stron książ­ki, ale wzię­ło ją na zie­wa­nie i nie mo­gła się sku­pić. Może to przez tu­tej­sze świe­że po­wie­trze zro­bi­ła się taka śpią­ca? W No­wym Jor­ku rzad­ko kie­dy szła spać przed dwu­na­stą.

Ży­cie mat­ki wy­glą­da­ło cał­kiem in­a­czej. Gra­nia z tru­dem od­naj­dy­wa­ła w pa­mię­ci ja­kiś wie­czór, kie­dy Ka­th­le­en nie było w domu. A je­śli mat­ka mu­sia­ła iść gdzieś na noc, bo na przy­kład wzy­wa­no ją do opie­ki nad cho­rym krew­nym, przy­go­to­wa­nia do za­pew­nie­nia tego, żeby ro­dzi­na nie cho­dzi­ła głod­na i mia­ła po­pra­ne ubra­nia, przy­po­mi­na­ły ope­ra­cję woj­sko­wą. Co do ojca, Gra­nia bar­dzo wąt­pi­ła, żeby choć jed­ną noc z trzy­dzie­stu czte­rech lat mał­żeń­stwa spę­dził poza wła­snym łóż­kiem. Całe ży­cie wsta­wał o pią­tej trzy­dzie­ści i szedł do szo­py doić kro­wy; do domu wra­cał z far­my po za­pad­nię­ciu zmro­ku. Mąż i żona do­kład­nie wie­dzie­li, gdzie się któ­re w da­nej chwi­li znaj­du­je. Ich ży­cie sta­no­wi­ło jed­ność, byli nie­roz­łącz­ni.

A spo­iwem, któ­re trzy­ma­ło ich ra­zem, były dzie­ci.

Osiem lat temu, kie­dy za­miesz­ka­ła z Mat­tem, uzna­li za oczy­wi­ste, że któ­re­goś dnia przyj­dą dzie­ci. Jak ty­po­wa no­wo­cze­sna para do na­dej­ścia tej chwi­li bra­li się z ży­ciem za bary i ro­bi­li ka­rie­ry. Póki się da, żyli szyb­ko i in­ten­syw­nie.

Aż na­gle, pew­ne­go ran­ka, Gra­nia obu­dzi­ła się, jak co dzień wło­ży­ła dres i blu­zę z kap­tu­rem i po­bie­gła wzdłuż rze­ki Hud­son do par­ku Bat­te­ry. W Win­ter Gar­dens za­trzy­ma­ła się na kawę lat­te i baj­gla. Wła­śnie tam się to sta­ło. Są­czy­ła so­bie kawę, kie­dy jej wzrok padł na wó­zek, któ­ry stał przy sto­li­ku obok. W środ­ku było nie­mow­lę i moc­no spa­ło. Gra­nia na­gle po­czu­ła prze­moż­ną chęć, by wy­jąć dziec­ko z wóz­ka i dla ochro­ny przy­tu­lić do pier­si jego mięk­ką, pu­cha­tą głów­kę. Mat­ka ma­lu­cha uśmiech­nę­ła się do niej ner­wo­wo, po­tem wsta­ła i prze­su­nę­ła wó­zek poza za­sięg jej za­in­te­re­so­wa­nia, a Gra­nia po­bie­gła z po­wro­tem do domu. Emo­cje, któ­re w niej się obu­dzi­ły, spra­wi­ły, że bra­ko­wa­ło jej tchu.

My­śla­ła, że jej przej­dzie, więc cały dzień w sku­pie­niu wy­do­by­wa­ła kształt za­mó­wio­nej rzeź­by z mięk­kiej brą­zo­wej gli­ny, ale jej nie ulży­ło.

O szó­stej wy­szła z pra­cow­ni, wzię­ła prysz­nic i ubra­ła się na otwar­cie ga­le­rii sztu­ki, gdzie za­pro­szo­no ją na wie­czór. Na­la­ła so­bie kie­li­szek wina i po­de­szła do okna, z któ­re­go wi­dać było mru­ga­ją­ce świa­tła New Jer­sey i dru­gą stro­nę rze­ki Hud­son.

– Chcę mieć dziec­ko.

Wzię­ła po­tęż­ny łyk. I roz­chi­cho­ta­ła się z ab­sur­dal­no­ści słów, któ­re wła­śnie po­wie­dzia­ła. Po­wtó­rzy­ła je, żeby się upew­nić, że to non­sens.

Ale zda­nie wy­da­ło jej się w po­rząd­ku. I nie tyl­ko – spra­wia­ło wra­że­nie cze­goś cał­kiem na­tu­ral­ne­go, jak­by taka myśl i po­trze­ba tkwi­ły w niej całe ży­cie, a wszyst­kie po­wo­dy, dla któ­rych mia­ło­by tak nie być, po pro­stu wy­pa­ro­wa­ły i to one wy­da­ły jej się te­raz ab­sur­dal­ne.

Gra­nia po­szła na otwar­cie ga­le­rii, po­ga­da­ła o ni­czym z ludź­mi ze śro­do­wi­ska, któ­rzy zwy­kle przy­cho­dzi­li na ta­kie im­pre­zy, czy­li ar­ty­sta­mi, ko­lek­cjo­ne­ra­mi sztu­ki i in­ny­mi by­wal­ca­mi. Jed­nak w my­ślach roz­pa­try­wa­ła prak­tycz­ne aspek­ty pod­ję­tej wła­śnie ży­cio­wej de­cy­zji. Czy będą mu­sie­li się prze­pro­wa­dzić?

Nie, na ra­zie chy­ba nie – loft w dziel­ni­cy Tri­Be­Ca był prze­stron­ny, a ga­bi­net Mat­ta z ła­two­ścią moż­na za­mie­nić na po­kój dla dziec­ka. I tak rzad­ko go uży­wa, bo woli pra­co­wać na lap­to­pie w sa­lo­nie. Miesz­ka­ją na czwar­tym pię­trze, ale jest win­da to­wa­ro­wa, do któ­rej zmie­ści się wó­zek. Park Bat­te­ry ma do­brze wy­po­sa­żo­ny plac za­baw i świe­że po­wie­trze znad rze­ki. Moż­na tam cho­dzić na spa­ce­ry. Gra­nia pra­cu­je w do­mo­wej pra­cow­ni, więc na­wet je­śli będą mu­sie­li za­trud­nić nia­nię, bę­dzie za­le­d­wie kil­ka se­kund od dziec­ka i w ra­zie po­trze­by może wpa­dać.

W nocy po­ło­ży­ła się w du­żym, pu­stym łóż­ku i wes­tchnę­ła nie­cier­pli­wie na myśl, że jesz­cze ja­kiś czas swo­je pla­ny i emo­cje musi za­cho­wać dla sie­bie. Matt od ty­go­dnia był w po­dró­ży i miał wró­cić za kil­ka dni. Nie była to wia­do­mość, któ­rą moż­na po pro­stu za­ko­mu­ni­ko­wać przez te­le­fon. Za­snę­ła do­pie­ro nad ra­nem, w my­ślach wi­dząc dum­ną minę Mat­ta, kie­dy wrę­czy mu jego nowo na­ro­dzo­ne dziec­ko.

Po po­wro­cie do domu Matt prze­jął się po­my­słem tak samo jak ona. Na­tych­miast z przy­jem­no­ścią od­da­li się wpro­wa­dza­niu za­mia­ru w ży­cie. Obo­je bar­dzo się cie­szy­li, że łą­czy ich wspól­ny ta­jem­ny plan, któ­ry na do­bre sce­men­tu­je ich zwią­zek, po­dob­nie jak kie­dyś związ­ki ich ro­dzi­ców. Zna­leź­li bra­ku­ją­ce ogni­wo, któ­re raz na za­wsze po­łą­czy ich w jed­no­li­tą ko­mór­kę wspo­ma­ga­ją­cych się na­wza­jem lu­dzi. Krót­ko mó­wiąc – w ro­dzi­nę.

• • •

Te­raz Gra­nia le­ża­ła w wą­skim łóż­ku z dzie­ciń­stwa i słu­cha­ła, jak wście­kły wiatr obi­ja się o ka­mien­ne mury wiej­skiej cha­ty. Się­gnę­ła po chu­s­tecz­kę i wy­dmu­cha­ła nos.

To dzia­ło się rok temu. Strasz­li­wa praw­da zaś była taka, że ten „wspól­ny plan” nie po­łą­czył ich, ale znisz­czył.

2

Kie­dy obu­dzi­ła się na­stęp­ne­go ran­ka, po wie­czor­nym sztor­mie i sza­rych chmu­rach zo­sta­ło tyl­ko wspo­mnie­nie. Na nie­bie po­ka­za­ło się rzad­ko w zi­mie spo­ty­ka­ne słoń­ce. Oświe­tli­ło pa­gór­ko­wa­ty kra­jo­braz za oknem, uwy­dat­nia­jąc bez­kre­sną zie­leń pól wo­kół far­my, któ­rą od cza­su do cza­su uroz­ma­ica­ły bia­łe weł­ni­ste kłęb­ki pa­są­cych się na nich owiec.

Gra­nia z do­świad­cze­nia wie­dzia­ła, że taki stan rze­czy nie po­trwa dłu­go. Słoń­ce w za­chod­nim Cor­ku przy­po­mi­na­ło ka­pry­śną diwę, któ­ra ła­ska­wie po­ja­wia się na sce­nie jak dama ka­me­lio­wa, by ską­pać wszyst­kich w bla­sku swo­jej chwa­ły, a po­tem znik­nąć rów­nie szyb­ko, jak się po­ja­wi­ła.

Przez ostat­nie dzie­sięć dni bez prze­rwy pa­da­ło i Gra­nia nie mo­gła zgod­nie ze swo­im zwy­cza­jem rano po­bie­gać. Dla­te­go te­raz wy­sko­czy­ła z łóż­ka i za­czę­ła bu­szo­wać w nadal nie­roz­pa­ko­wa­nej wa­liz­ce, żeby zna­leźć blu­zę z kap­tu­rem, leg­gin­sy i spor­to­we buty.

– Ojej, ale wcze­śnie się dzi­siaj ze­rwa­łaś – sko­men­to­wa­ła mat­ka, kie­dy Gra­nia po­ja­wi­ła się na dole w kuch­ni. – Zjesz owsian­ki?

– Tro­szecz­kę, kie­dy wró­cę. Idę po­bie­gać.

– Ale się za­nad­to nie męcz. Moim zda­niem nie wy­glą­dasz zdro­wo. Bla­da je­steś, nie masz śla­du ru­mień­ców.

– Wła­śnie chcę ich na­brać, mamo. – Gra­nia stłu­mi­ła uśmiech. – Na ra­zie.

– Tyl­ko się nie prze­zięb, do­brze?! – za­wo­ła­ła Ka­th­le­en w stro­nę zni­ka­ją­cych ple­ców cór­ki. Wy­glą­da­ła przez ku­chen­ne okno, żeby po­pa­trzeć, jak Gra­nia bie­gnie wą­ską alej­ką przez pola koło sta­re­go muru, uło­żo­ne­go z ka­mie­ni bez za­pra­wy, któ­ry pro­wa­dził do dro­gi, a po­tem do ścież­ki nad kli­fem.

Kie­dy Gra­nia przy­je­cha­ła do domu, Ka­th­le­en na jej wi­dok do­zna­ła szo­ku. Jej pięk­na, do­rod­na cór­ka, któ­ra przy­pra­wia­ła męż­czyzn o za­wrót gło­wy, ob­da­rzo­na po­licz­ka­mi jak brzo­skwi­nie, kre­mo­wą cerą, krę­co­ny­mi blond wło­sa­mi i peł­ny­mi bla­sku tur­ku­so­wy­mi ocza­mi, wy­glą­da­ła, jak­by ktoś uszczk­nął jej ży­cia. Do męża Joh­na po­wie­dzia­ła, że Gra­nia jest jak ja­skra­wo­ró­żo­wa spód­ni­ca, któ­rą ktoś przez po­mył­kę wło­żył do pra­nia z ciem­ny­mi rze­cza­mi. I wy­cią­gnął po­sza­rza­łą szmat­kę bez ko­lo­ru.

Ka­th­le­en wie­dzia­ła, dla­cze­go tak się sta­ło. Gra­nia po­wie­dzia­ła jej, kie­dy za­dzwo­ni­ła z No­we­go Jor­ku, żeby spy­tać, czy może na tro­chę przy­je­chać do domu. Oczy­wi­ście Ka­th­le­en zgo­dzi­ła się, za­chwy­co­na nie­spo­dzie­wa­ną oka­zją by­cia z cór­ką. Ale nie po­tra­fi­ła zro­zu­mieć, dla­cze­go Gra­nia po­stą­pi­ła w ten spo­sób. Prze­cież był to czas, gdy ona i jej męż­czy­zna na­wza­jem się po­trze­bo­wa­li i po­win­ni wspie­rać się w ża­ło­bie, a nie od­da­lać na tak dużą od­le­głość.

Jej ulu­bie­niec, Matt, dzwo­nił co wie­czór, żeby roz­ma­wiać z Gra­nią, ale ona upar­cie od­ma­wia­ła po­dej­ścia do te­le­fo­nu. Ka­th­le­en za­wsze mia­ła do Mat­ta sła­bość. Był taki schlud­ny, przy­stoj­ny, miał mięk­ki ak­cent z Con­nec­ti­cut i nie­na­gan­ne ma­nie­ry. Przy­po­mi­nał Ka­th­le­en gwiaz­do­rów fil­mo­wych, któ­ry­mi za­chwy­ca­ła się jako mło­da dziew­czy­na. Mło­dy Ro­bert Red­ford – tak we­dług niej wy­glą­dał Matt. Nie ro­zu­mia­ła, dla­cze­go Gra­nia nie wy­szła za nie­go już parę lat temu. A te­raz cór­ka, jak za­wsze upar­ta, kie­dy się na ko­goś za­weź­mie, na do­bre go stra­ci.

Ka­th­le­en nie­wie­le wie­dzia­ła o zwy­cza­jach pa­nu­ją­cych w wiel­kim świe­cie, ale ro­zu­mia­ła męż­czyzn i ich ego. Nie byli stwo­rze­ni jak ko­bie­ty – bra­ko­wa­ło im od­por­no­ści na od­rzu­ce­nie – więc jed­ne­go była ab­so­lut­nie pew­na: wkrót­ce Matt prze­sta­nie co wie­czór dzwo­nić i się pod­da.

Chy­ba że jest coś, o czym Ka­th­le­en nie wie…

Wes­tchnę­ła, sprząt­nę­ła na­czy­nia po śnia­da­niu i wło­ży­ła je do zle­wu. Gra­nia była jej zło­tą dziew­czy­ną – je­dy­ną z kla­nu Ry­anów, któ­ra opu­ści­ła gniaz­do i zro­bi­ła wszyst­ko, by ro­dzi­na, a zwłasz­cza mat­ka, mo­gła być z niej dum­na. Była dziec­kiem, o któ­re py­ta­li krew­ni. Z za­chwy­tem oglą­da­li wy­cin­ki z naj­róż­niej­szych ga­zet przed­sta­wia­ją­ce szcze­gó­ły jej ostat­niej wy­sta­wy w No­wym Jor­ku. Fa­scy­no­wa­li ich bo­ga­ci klien­ci, któ­rzy za­ma­wia­li u Gra­ni rzeź­by, aby uwiecz­nić w brą­zie twa­rze swo­ich dzie­ci lub zwie­rzę­ta.

Suk­ces w Ame­ry­ce nadal był dla Ir­land­czy­ków szczy­tem ma­rzeń. Ka­th­le­en wy­tar­ła mi­secz­ki i sztuć­ce, a po­tem wsta­wi­ła je do ku­chen­ne­go kre­den­su. Oczy­wi­ście ni­czy­je ży­cie nie jest ide­al­ne, Ka­th­le­en o tym wie­dzia­ła. Za­wsze wy­da­wa­ło jej się, że tu­pot ma­łych nó­żek nie jest czymś, za czym Gra­nia spe­cjal­nie tę­sk­ni. Za­ak­cep­to­wa­ła to. Prze­cież ma jesz­cze wspa­nia­łe­go, sil­ne­go syna, któ­ry kie­dyś da jej wnu­ki. A jed­nak chy­ba się my­li­ła. Cho­ciaż Gra­nia pro­wa­dzi­ła ele­ganc­kie ży­cie i miesz­ka­ła w No­wym Jor­ku, któ­ry dla Ka­th­le­en był pęp­kiem świa­ta, bra­ko­wa­ło jej dzie­ci. I do­pó­ki cór­ka nie bę­dzie ich mia­ła, nie za­zna szczę­ścia.

Ka­th­le­en nie mo­gła po­zbyć się my­śli, że Gra­nia sama na­py­ta­ła so­bie bie­dy. Mimo wszyst­kich no­wo­mod­nych le­ków na to, aby wes­przeć lub roz­bu­dzić cud na­tu­ry, nic nie za­stą­pi mło­do­ści. Ona mia­ła za­le­d­wie dzie­więt­na­ście lat, kie­dy uro­dzi­ła Gra­nię.

I tak bu­zo­wa­ła ener­gią, że za dwa lata zna­la­zła siłę na dru­gie dziec­ko. Gra­nia ma lat trzy­dzie­ści je­den. Wbrew temu, co są­dzą współ­cze­sne pra­cu­ją­ce ko­bie­ty – wszyst­kie­go mieć się nie da.

Więc choć współ­czu­ła cór­ce z po­wo­du jej stra­ty, umia­ła go­dzić się na to, co ma, i nie roz­pa­czać nad tym wszyst­kim, cze­go mieć nie może. Z taką my­ślą we­szła na górę, żeby po­ście­lić łóż­ka.

• • •

Gra­nia opa­dła na wil­got­ną, omsza­łą ska­łę, by ode­tchnąć. Za­sa­pa­ła się jak sta­rusz­ka. Po­ro­nie­nie i brak ru­chu naj­wy­raź­niej da­wa­ły znać o so­bie. Wło­ży­ła gło­wę mię­dzy nogi i z ca­łej siły za­czę­ła ko­pać moc­ne kępy ostrej tra­wy pod bu­ta­mi. Z upo­rem trzy­ma­ły się ko­rze­ni, któ­ry­mi za­ko­twi­czy­ły się pod zie­mią. Nie da­wa­ły się wy­rwać. Gdy­by tyl­ko ma­leń­stwo, któ­re w niej było, rów­nie moc­no trzy­ma­ło się ży­cia…

Mi­nę­ły czte­ry mie­sią­ce… obo­je z Mat­tem w koń­cu uzna­li, że cią­ża jest nie­za­gro­żo­na – wszy­scy mó­wią, że po tym okre­sie zwy­kle jest bez­piecz­nie. Gra­nia, któ­ra do tego cza­su umie­ra­ła ze stra­chu, po­wo­li się uspo­ka­ja­ła i za­czę­ła się od­da­wać ma­rze­niom o tak bar­dzo wy­tę­sk­nio­nym, bli­skim ma­cie­rzyń­stwie. Ra­zem z Mat­tem prze­ka­za­li wia­do­mość obu pa­rom dziad­ków. Ro­dzi­ce Mat­ta, Ela­ine i Bob, za­bra­li ich do L’Esca­le, w po­bli­żu ich ogrom­ne­go domu na ogro­dzo­nym osie­dlu Bel­le Ha­ven w Gre­en­wich. Bob pro­sto z mo­stu spy­tał, kie­dy we­zmą dłu­go wy­cze­ki­wa­ny ślub, sko­ro Gra­nia spo­dzie­wa się dziec­ka. W koń­cu to ich pierw­sze wnu­czę i Bob nie krył, że dziec­ko musi otrzy­mać ro­do­we na­zwi­sko. Gra­nia po­szła w za­par­te – nie zno­si­ła, gdy ktoś, a zwłasz­cza oj­ciec Mat­ta, przy­pie­rał ją do ścia­ny, i od­par­ła, że mu­szą to jesz­cze z Mat­tem prze­dys­ku­to­wać.

Ty­dzień póź­niej, kie­dy byli u sie­bie w Tri­Be­Ca, przez do­mo­fon oznaj­mio­no, że przy­je­chał sa­mo­chód do­staw­czy z Blo­oming­da­le’s i przy­wiózł peł­ne wy­po­sa­że­nie po­ko­ju dla dziec­ka. Gra­nia była zbyt za­bo­bon­na, aby umie­ścić rze­czy w lof­cie, więc ka­za­ła za­nieść je do piw­ni­cy, gdzie mia­ły cze­kać, aż zbli­ży się roz­wią­za­nie. Przy­glą­da­jąc się usta­wia­nym w ką­cie pacz­kom i pa­czusz­kom, wie­dzia­ła, że Ela­ine po­my­śla­ła o wszyst­kim.

– Już po na­szych pla­nach wy­ciecz­ki do Blo­oming­da­le’s, żeby wy­brać łó­żecz­ko albo za­sta­no­wić się, ja­kie mi od­po­wia­da­ją pie­lusz­ki – nie­wdzięcz­nie bur­cza­ła wie­czo­rem do ucha Mat­to­wi.

– Mama chce nam tyl­ko po­móc, Gra­niu – bro­nił mat­ki Matt. – Wie, że mało za­ra­biam, a two­je za­rob­ki są co praw­da do­bre, ale spo­ra­dycz­ne. Może jed­nak po­wi­nie­nem za­cząć pra­co­wać u ojca, sko­ro w dro­dze jest ma­leń­stwo? – Matt wska­zał nie­du­żą, ale już wi­docz­ną wy­pu­kłość brzu­cha Gra­ni.

– Nie, Matt – za­pro­te­sto­wa­ła. – Usta­li­li­śmy, że tego nie zro­bisz. Nie miał­byś wła­sne­go ży­cia i ani tro­chę wol­no­ści, gdy­byś pra­co­wał u ojca. Wiesz, jaki bywa apo­dyk­tycz­ny.

Gra­nia zre­zy­gno­wa­ła z ode­rwa­nia tra­wy od ko­rze­ni i za­pa­trzy­ła się w mo­rze. Uśmiech­nę­ła się na myśl o tym, jak de­li­kat­nie opi­sa­ła Mat­to­wi ojca. Bob miał ma­nię kon­tro­lo­wa­nia swe­go syna. Ro­zu­mia­ła, jak bar­dzo roz­cza­ro­wa­ło go to, że Matt nie chce prze­jąć fir­my in­we­sty­cyj­nej ojca, nie po­tra­fi­ła jed­nak zro­zu­mieć bra­ku za­in­te­re­so­wa­nia i dumy z za­wo­du, któ­ry wy­brał. Mat­to­wi szło wspa­nia­le i zy­ski­wał na­zwi­sko i re­no­mę jako au­to­ry­tet w dzie­dzi­nie psy­cho­lo­gii dzie­cię­cej. Był wy­kła­dow­cą na Uni­wer­sy­te­cie Co­lum­bia i bar­dzo czę­sto za­pra­sza­no go z wy­kła­da­mi na uni­wer­sy­te­ty w ca­łych Sta­nach. Co wię­cej, Bob cały czas trak­to­wał Gra­nię pro­tek­cjo­nal­nie i rzu­cał drob­ne, ale uszczy­pli­we uwa­gi na te­mat jej wy­cho­wa­nia i wy­kształ­ce­nia.

Wspo­mi­na­jąc prze­szłość, Gra­nia z ulgą my­śla­ła o tym, że zre­zy­gno­wa­li z przy­ję­cia po­mo­cy fi­nan­so­wej ze stro­ny ro­dzi­ców Mat­ta. Na­wet na po­cząt­ku ich związ­ku, kie­dy do­pie­ro wy­ra­bia­ła so­bie na­zwi­sko jako rzeź­biar­ka, a Matt koń­czył dok­to­rat i z tru­dem opła­ca­li czynsz za dwu­po­ko­jo­we miesz­kan­ko, z ca­łej siły wal­czy­ła o nie­za­leż­ność. Mia­ła po temu po­wo­dy, po­my­śla­ła te­raz. Bły­sko­tli­we, nie­na­gan­nie ubra­ne dziew­czę­ta z Con­nec­ti­cut, któ­re po­zna­ła przez Mat­ta i jego ro­dzi­nę, dia­me­tral­nie róż­ni­ły się od pro­stej, wy­cho­wa­nej w klasz­tor­nej szko­le dziew­czy­ny z za­pa­dłej pro­win­cji w Ir­lan­dii. Roz­pad związ­ku był im chy­ba pi­sa­ny…

– Dzień do­bry…

Gra­nia pod­sko­czy­ła, sły­sząc głos. Ro­zej­rza­ła się do­oko­ła, ale ni­ko­go nie zo­ba­czy­ła.

– Po­wie­dzia­łam: dzień do­bry.

Głos do­cho­dził zza jej ple­ców. Od­wró­ci­ła się, aby zo­ba­czyć, kto do niej mówi.

I oto za jej ple­ca­mi sta­ła Au­ro­ra. Na szczę­ście dzi­siaj ubra­na była w dżin­sy, na szczu­płym cie­le mia­ła luź­ną kurt­kę, a na gło­wie weł­nia­ną czap­kę, któ­ra przy­kry­ła jej wspa­nia­łe rude wło­sy, uka­zu­jąc tyl­ko parę ko­smy­ków. Mia­ła drob­ną twarz w ślicz­nym, re­gu­lar­nym kształ­cie ser­ca, a ogrom­ne oczy i peł­ne usta nie trzy­ma­ły pro­por­cji w sto­sun­ku do resz­ty buzi.

– Dzień do­bry, Au­ro­ro.

Po­wi­ta­nie Gra­ni wy­wo­ła­ło zdzi­wie­nie w oczach dziew­czyn­ki.

– Skąd pani wie, jak się na­zy­wam?

– Wczo­raj cię wi­dzia­łam.

– Na­praw­dę? Gdzie?

– Tu­taj. Na kli­fie.

– Na­praw­dę? – Au­ro­ra za­chmu­rzy­ła się. – Nie pa­mię­tam, że­bym wczo­raj tu była. I na pew­no z pa­nią nie roz­ma­wia­łam.

– Nie roz­ma­wia­łaś, Au­ro­ro. Po pro­stu cię wi­dzia­łam. To wszyst­ko – wy­ja­śni­ła Gra­nia.

– Więc skąd pani wie, jak się na­zy­wam? – mó­wi­ła z ary­sto­kra­tycz­nym an­giel­skim ak­cen­tem.

– Za­py­ta­łam mamę, kim może być dziew­czyn­ka o pięk­nych ru­dych wło­sach. I mi po­wie­dzia­ła.

– A skąd ona może wie­dzieć? – spy­ta­ła wład­czym to­nem.

– Całe ży­cie miesz­ka w tej wio­sce. Po­wie­dzia­ła, że kil­ka lat temu wy­je­cha­li­ście.

– Tak, to praw­da. Ale wró­ci­li­śmy. – Au­ro­ra po­pa­trzy­ła na mo­rze i roz­po­star­ła ra­mio­na, jak­by je chcia­ła ob­jąć. – Uwiel­biam to miej­sce. A pani?

Gra­nia od­nio­sła wra­że­nie, że py­ta­nie dziew­czyn­ki jest wła­ści­wie stwier­dze­niem, z któ­rym nie wol­no się nie zgo­dzić.

– Oczy­wi­ście. Tu­taj się uro­dzi­łam i tu do­ra­sta­łam.

– Więc… – Au­ro­ra z gra­cją usia­dła na tra­wie obok Gra­ni, a jej błę­kit­ne oczy prze­szy­ły ją na wy­lot. – Jak pani się na­zy­wa?

– Gra­nia. Gra­nia Ryan.

– Nie mogę po­wie­dzieć, że­bym kie­dyś o pani sły­sza­ła.

Gra­nia stłu­mi­ła uśmiech, bo Au­ro­ra wy­ra­ża­ła się jak oso­ba do­ro­sła.

– Pew­nie nie ma po­wo­du, dla któ­re­go mia­ła­byś o mnie sły­szeć. Pra­wie dzie­sięć lat tu nie miesz­ka­łam.

Twarz Au­ro­ry roz­świe­tli­ła się z ra­do­ści i dziew­czyn­ka aż kla­snę­ła w małe dło­nie.

– A więc obie w tym sa­mym cza­sie przy­je­cha­ły­śmy w na­sze uko­cha­ne miej­sce.

– Chy­ba masz ra­cję.

– Więc mamy to­wa­rzy­stwo! Może pani być moją nową przy­ja­ciół­ką.

– Bę­dzie mi bar­dzo miło, Au­ro­ro.

– Pew­nie jest pani sa­mot­na.

– Może i masz ra­cję… – Gra­nia uśmiech­nę­ła się. – A ty? Też je­steś tu sa­mot­na?

– Tak. Cza­sa­mi. – Au­ro­ra wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Tata za­wsze ma dużo pra­cy i czę­sto wy­jeż­dża, więc zo­sta­je mi to­wa­rzy­stwo go­spo­dy­ni. A ona nie umie się do­brze ze mną ba­wić. – Dziew­czyn­ka z nie­sma­kiem zmarsz­czy­ła zgrab­ny, za­dar­ty i lek­ko pie­go­wa­ty no­sek.

– Ojej – po­wie­dzia­ła Gra­nia z bra­ku lep­szych po­my­słów na ko­men­tarz. Nie­zwy­kłe za­cho­wa­nie dziec­ka jed­no­cze­śnie roz­bro­iło ją i wpra­wi­ło w za­kło­po­ta­nie. – Masz chy­ba ko­le­żan­ki w szko­le?

– Nie cho­dzę do szko­ły. Oj­ciec chce, że­bym była z nim w domu. Mam gu­wer­nant­kę.

– Więc gdzie się dziś po­dzia­ła?

– Stwier­dzi­li­śmy z tatą, że jej nie lu­bi­my, i zo­sta­wi­li­śmy ją w Lon­dy­nie. – Na­gle się roz­chi­cho­ta­ła. – Spa­ko­wa­li­śmy rze­czy i po pro­stu wy­je­cha­li­śmy.

– Ro­zu­miem – po­wie­dzia­ła Gra­nia, choć ab­so­lut­nie nic nie ro­zu­mia­ła.

– Pra­cu­je pani? – za­py­ta­ła Au­ro­ra.

– Tak, je­stem rzeź­biar­ką.

– To ktoś, kto robi po­mni­ki z gli­ny?

– Coś w tym sty­lu – od­po­wie­dzia­ła Gra­nia.

– A wie pani, co to jest pa­pier ma­che? – Twarz Au­ro­ry cała się roz­świe­tli­ła. – Uwiel­biam pa­pier ma­che. Kie­dyś mia­łam nia­nię, któ­ra na­uczy­ła mnie ro­bić mi­secz­ki, a po­tem ma­lo­wa­ły­śmy je i da­wa­łam je ta­tu­sio­wi w pre­zen­cie. Mo­gła­by pani przyjść i zro­bić ze mną coś z pa­pier ma­che? Pro­szę.

Gra­nię ocza­ro­wał szcze­ry en­tu­zjazm ma­łej.

– Do­brze. – Ze zdzi­wie­niem stwier­dzi­ła, że kiwa gło­wą. – Cze­mu nie?

– Może pani przyjść te­raz? – Au­ro­ra chwy­ci­ła ją za rękę. – Chodź­my na górę, do domu, i zrób­my coś dla taty, za­nim wy­je­dzie. – Wy­cią­gnę­ła rącz­kę i po­cią­gnę­ła Gra­nię za kap­tur. – Pro­szę, niech pani po­wie, że tak.

– Nie, Au­ro­ro, te­raz nie mogę. Mu­szę pójść po rze­czy, któ­re będą nam po­trzeb­ne. A poza tym mama po­my­śla­ła­by, że gdzieś zgi­nę­łam – do­da­ła Gra­nia.

Zo­ba­czy­ła, jak na twa­rzy Au­ro­ry po­ja­wia się smu­tek, z oczu zni­ka­ją iskier­ki, a cia­ło tra­ci ener­gię.

– Ja nie mam mamy. Kie­dyś mia­łam, ale umar­ła.

– Tak mi przy­kro, Au­ro­ro. – Gra­nia in­stynk­tow­nie wy­cią­gnę­ła dłoń i po­kle­pa­ła małą po ra­mie­niu. – Na pew­no bar­dzo do niej tę­sk­nisz.

– Tak. Była naj­pięk­niej­szą, naj­cu­dow­niej­szą oso­bą na świe­cie. Tata za­wsze mówi, że była anio­łem i dla­te­go inne anio­ły po nią przy­szły, żeby mo­gła le­cieć do nie­ba, gdzie jest jej dom.

Gra­nia za­drża­ła na myśl o smut­ku, jaki wy­czu­ła u dziew­czyn­ki.

– Je­stem pew­na, że tata ma ra­cję – zgo­dzi­ła się. – Ale masz cho­ciaż jego.

– Tak – po­twier­dzi­ła Au­ro­ra. – Jest naj­lep­szym tatą na świe­cie, do tego naj­przy­stoj­niej­szym. Wiem, że gdy­by go pani zo­ba­czy­ła, od razu by się za­ko­cha­ła. Wszyst­kie pa­nie tak ro­bią.

– Więc mu­szę go po­znać, praw­da? – Gra­nia uśmiech­nę­ła się.

– Tak. – Au­ro­ra na­gle z pod­sko­kiem ze­rwa­ła się z tra­wy. – Bę­dzie pani tu­taj ju­tro o tej sa­mej po­rze.

Nie była to proś­ba, tyl­ko roz­kaz.

– Ja…

– Do­brze. – Au­ro­ra spon­ta­nicz­nie rzu­ci­ła się Gra­ni w ra­mio­na i uści­ska­ła ją. – Pro­szę przy­nieść rze­czy na pa­pier ma­che i pój­dzie­my do mnie, żeby ro­bić mi­secz­ki dla taty. Cześć, Gra­niu, do ju­tra.

– Do wi­dze­nia. – Gra­nia po­ma­cha­ła jej i przy­glą­da­ła się, jak Au­ro­ra ska­cze i plą­sa wzdłuż kli­fu niby mło­da ga­ze­la. Na­wet w kurt­ce i te­ni­sów­kach po­ru­sza­ła się z gra­cją.

Kie­dy znik­nę­ła z pola wi­dze­nia, Gra­nia głę­bo­ko ode­tchnę­ła.

Czu­ła się pra­wie tak, jak­by ktoś rzu­cił na nią czar. Drob­na ete­rycz­na isto­ta nie­mal ją znie­wo­li­ła. Wsta­ła, dla roz­ja­śnie­nia my­śli po­trzą­snę­ła gło­wą i za­czę­ła się za­sta­na­wiać, co po­wie mat­ka, gdy jej oznaj­mi, że na­stęp­ne­go dnia rano idzie do dwo­ru Dun­wor­ley ba­wić się z Au­ro­rą Li­sle.

3

Wie­czo­rem, kie­dy oj­ciec i brat ode­szli od sto­łu, zo­sta­wia­jąc mat­ce ta­le­rze i sztuć­ce do sprząt­nię­cia, Gra­nia po­sta­no­wi­ła po­móc w zmy­wa­niu.

– Dzi­siaj zno­wu spo­tka­łam Au­ro­rę Li­sle – rzu­ci­ła od nie­chce­nia przy wy­cie­ra­niu ta­le­rzy.

Ka­th­le­en ze zdzi­wie­nia unio­sła brwi.

– Czy i tym ra­zem była w ko­szu­li noc­nej, prze­bra­na za du­cha?

– Nie, była po­rząd­nie ubra­na. Dziw­na z niej dziew­czyn­ka, praw­da?

– Aja skąd mia­ła­bym to wie­dzieć? – Ka­th­le­en tak moc­no za­ci­snę­ła usta, że uło­ży­ły się w pro­stą, wą­ską kre­skę.

– Po­wie­dzia­łam, że mogę do niej przyjść i zro­bić z nią coś z pa­pier ma­che. Chy­ba jest sa­mot­na – cią­gnę­ła Gra­nia.

Na­stą­pi­ła chwi­la mil­cze­nia, po czym Ka­th­le­en po­wie­dzia­ła:

– Mó­wi­łam ci, Gra­niu, ostrze­ga­łam, że­byś się z ich­nią ro­dzi­ną nie za­da­wa­ła. Ale je­steś już do­ro­sła i nie mogę ci nic ka­zać.

– Ależ, mamo, to tyl­ko sa­mot­na, miła dziew­czyn­ka. Spra­wia wra­że­nie za­gu­bio­nej… nie ma mat­ki. Prze­cież ni­ko­mu nie za­szko­dzi, je­śli spę­dzę z nią kil­ka go­dzin?

– Nie będę już z tobą o tym ga­dać, Gra­niu. Usły­sza­łaś, co o tym my­ślę, i sama mu­sisz pod­jąć de­cy­zję. Na tym ko­niec. Ci­szę, któ­ra po tym na­stą­pi­ła, prze­rwał dzwo­nek te­le­fo­nu.

Gra­nia na­wet nie drgnę­ła, żeby pod­nieść słu­chaw­kę. Mat­ka też nie. Przy siód­mym dzwon­ku Ka­th­le­en po­ło­ży­ła dło­nie na bio­drach.

– Pew­nie, że wiesz, kto dzwo­ni.

– Nie – bez po­lo­tu od­po­wie­dzia­ła Gra­nia. – Skąd mam wie­dzieć, mamo? To może być kto­kol­wiek.

– Obie wie­my, kto dzwo­ni o tej po­rze wie­czo­rem, a ja już wsty­dzę się z nim ga­dać.

Te­le­fon da­lej dzwo­nił, w jego dźwię­ku dało się wy­czuć na­glą­cą po­trze­bę, coś cał­kiem od­mien­ne­go od bez­ru­chu mat­ki i cór­ki. Na­resz­cie za­milkł, a ko­bie­ty po­pa­trzy­ły na sie­bie nie­wi­dzą­cym wzro­kiem.

– Nie zga­dzam się na taki brak kul­tu­ry pod moim da­chem, Gra­niu. Za­bra­kło mi te­ma­tów, na któ­re mo­gła­bym z nim ga­dać. Co ci ten bie­da­czy­na zro­bił, żeby za­słu­żyć na ta­kie po­mia­ta­nie? Prze­ży­łaś strasz­ną stra­tę, ale to nie jego wina.

– Przy­kro mi, mamo. – Gra­nia po­krę­ci­ła gło­wą. – Ale nic nie ro­zu­miesz.

– Po raz pierw­szy po­wie­dzia­łaś coś, z czym się zga­dzam. Więc może mi wy­ja­śnisz, o co cho­dzi?

– Mamo! Pro­szę cię! Nie je­stem w sta­nie. – Gra­nia z roz­pa­czy za­ła­ma­ła ręce. – Po pro­stu nie mogę o tym mó­wić.

– Mnie się zda­je, że ta­kie tłu­ma­cze­nie nie wy­star­czy. Two­je prze­ży­cia mają wpływ na nas wszyst­kich i mu­si­my wie­dzieć, o co ci cho­dzi. Ja…

– Dzwo­ni Matt, ko­cha­nie – po­wie­dział oj­ciec, któ­ry wszedł do kuch­ni ze słu­chaw­ką w dło­ni. – Po­ga­da­li­śmy so­bie, ale on chce roz­ma­wiać z tobą. – John uśmiech­nął się prze­pra­sza­ją­co i po­dał cór­ce te­le­fon.

Zgro­mi­ła ojca wzro­kiem i wy­rwa­ła mu słu­chaw­kę. Wy­szła z kuch­ni i po­szła na górę do swo­je­go po­ko­ju.

– Gra­niu? Czy to ty? – Mięk­ki, zna­jo­my ton gło­su Mat­ta na­tych­miast spo­wo­do­wał, że po­czu­ła gulę w gar­dle. Za­mknę­ła za sobą drzwi i przy­cup­nę­ła na łóż­ku.

– Matt, pro­si­łam cię, że­byś do mnie nie dzwo­nił.

– Wiem, ko­cha­nie, ale… Jezu! Nie wiem, o co cho­dzi. Co ta­kie­go zro­bi­łem? Dla­cze­go ode mnie ode­szłaś?

Wol­ną ręką ści­snę­ła udo, żeby się uspo­ko­ić.

– Gra­niu? Je­steś tam jesz­cze, słon­ko? Pro­szę, wy­tłu­macz mi, co ta­kie­go zro­bi­łem. Może po­tra­fię się obro­nić.

Nadal mil­cza­ła.

– Gra­niu, pro­szę cię, po­roz­ma­wiaj ze mną. To Matt, fa­cet, któ­ry cię ko­cha. Z któ­rym spę­dzi­łaś osiem lat. Od­cho­dzę od zmy­słów, bo nie wiem, dla­cze­go wy­je­cha­łaś.

Zro­bi­ła głę­bo­ki wdech.

– Pro­szę, nie dzwoń do mnie. Nie chcę z tobą roz­ma­wiać. A ro­dzi­ce się de­ner­wu­ją, bo co wie­czór za­kłó­casz im spo­kój.

– Gra­niu, pro­szę cię. Ro­zu­miem, jaka cięż­ka była dla cie­bie utra­ta dziec­ka, ale mo­że­my prze­cież jesz­cze raz spró­bo­wać, praw­da? Ko­cham cię, słon­ko, i zro­bię wszyst­ko, żeby po­sta­rać się…

– Do wi­dze­nia, Matt. – Gra­nia na­ci­snę­ła gu­zik wy­łą­cza­ją­cy roz­mo­wę. Nie była w sta­nie da­lej tego słu­chać. Sie­dzia­ła nie­ru­cho­mo i ga­pi­ła się na wy­bla­kłe kwia­ty na ta­pe­cie w swo­im dzie­cię­cym po­ko­ju. Kie­dyś noc w noc pa­trzy­ła na ten wzo­rek i snu­ła dziew­czę­ce ma­rze­nia o przy­szło­ści, w któ­rych wy­stę­po­wał jej wła­sny ksią­żę z baj­ki i po­ry­wał ją w kra­inę ide­al­nej mi­ło­ści. Matt był dla niej księ­ciem… I nie tyl­ko. Uwiel­bia­ła go od pierw­sze­go wej­rze­nia. Lecz to wszyst­ko oka­za­ło się ułu­dą.

Po­ło­ży­ła się na łóż­ku i wtu­li­ła w po­dusz­kę. Te­raz na do­bre roz­wia­ło się jej prze­ko­na­nie, że mi­łość za­wsze zwy­cię­ża, po­ko­nu­je wszel­kie ba­rie­ry i ży­cio­we pro­ble­my, a na koń­cu od­no­si triumf.

• • •

Matt Con­nel­ly cięż­ko opadł na sofę. W dło­ni nadal trzy­mał te­le­fon ko­mór­ko­wy.

Przez dwa ty­go­dnie, od kie­dy Gra­nia tak na­gle wy­je­cha­ła, cały czas sta­rał się zna­leźć po­wód jej wy­jaz­du. Nic nie przy­cho­dzi­ło mu do gło­wy. Jak roz­wią­zać tę za­gad­kę? Gra­nia do­sta­tecz­nie ja­sno po­wie­dzia­ła mu, że nie chce z nim mieć nic wspól­ne­go… czyż­by ich zwią­zek na­praw­dę się za­koń­czył?

– Do dia­bła! – Ci­snął te­le­fon na dru­gą stro­nę po­ko­ju i przy­glą­dał się, jak wy­pa­da z nie­go ba­te­ria. Tak, ro­zu­miał, jak bar­dzo wstrzą­snę­ło nią po­ro­nie­nie, ale czy był to po­wód, dla któ­re­go i on miał­by znik­nąć z jej ży­cia? Może po­wi­nien wsiąść do sa­mo­lo­tu i po­le­cieć do niej, do Ir­lan­dii? A je­śli nie bę­dzie chcia­ła się z nim wi­dzieć? Lub jesz­cze bar­dziej się po­grą­ży w jej oczach?

Wstał i pod­jął szyb­ką de­cy­zję. Już w dro­dze do lap­to­pa wie­dział, że wszyst­ko jest lep­sze niż nie­pew­ność, któ­ra te­raz go drę­czy. Na­wet je­śli Gra­nia wy­raź­nie mu po­wie, że mię­dzy nimi ko­niec, woli to, niż to­nąć w do­my­słach.

Za­lo­go­wał się i za­czął się przy­glą­dać roz­kła­dom lo­tów mię­dzy No­wym Jor­kiem a Du­bli­nem. Tym­cza­sem za­dzwo­nił do­mo­fon. Zi­gno­ro­wał go. Ni­ko­go się nie spo­dzie­wał, zresz­tą nie miał naj­mniej­szej ocho­ty na go­ści. Do­mo­fon nadal upo­rczy­wie dzwo­nił, aż Matt tak się zi­ry­to­wał, że prze­szedł przez sa­lon i na­ci­snął przy­cisk słu­chaw­ki.

– Kto to?

– Cześć, słon­ko, wła­śnie by­łam w po­bli­żu, więc po­my­śla­łam, że spraw­dzę, jak się mie­wasz.

Matt na­tych­miast przy­ci­snął gu­zik wej­ścio­wy.

– Prze­pra­szam cię, Char­ley, wchodź.

Otwo­rzył drzwi na oścież i wró­cił do szu­ka­nia lotu. Char­ley była jed­ną z kil­ku osób, z któ­ry­mi był w sta­nie się spo­tkać. Znał ją od dzie­ciń­stwa, ale po­dob­nie jak wie­lu in­nych zna­jo­mych, znik­nę­ła z jego ży­cia, kie­dy zwią­zał się z Gra­nią. Gra­nia czu­ła się nie­swo­jo wśród jego sta­rej pacz­ki z Con­nec­ti­cut, więc uni­kał ich ze wzglę­du na nią. Kil­ka dni temu Char­ley za­dzwo­ni­ła do nie­go ni z grusz­ki, ni z pie­trusz­ki i oznaj­mi­ła, że sły­sza­ła od ro­dzi­ców, że Gra­nia wró­ci­ła do Ir­lan­dii. Prze­je­cha­ła przez całe mia­sto, żeby go za­brać na piz­zę. Faj­nie było znów się z nią spo­tkać.

Kil­ka mi­nut póź­niej oplo­tły go dłu­gie ra­mio­na i Char­ley zło­ży­ła mu na po­licz­ku mięk­ki po­ca­łu­nek. Na biur­ku obok lap­to­pa po­ja­wi­ła się bu­tel­ka czer­wo­ne­go wina.

– Po­my­śla­łam, że może ci się przy­dać. Przy­nieść kie­lisz­ki?

– Su­per. Dzię­ku­ję, Char­ley. – Matt nie prze­ry­wał po­rów­ny­wa­nia cza­su od­lo­tów i cen, a Char­ley od­kor­ko­wa­ła wino i na­la­ła je do dwóch kie­lisz­ków.

– Co prze­glą­dasz? – za­py­ta­ła, zrzu­ca­jąc bot­ki. Dłu­gie nogi pod­kur­czy­ła pod sie­bie i usia­dła na so­fie.

– Loty do Ir­lan­dii. Je­śli Gra­nia nie chce przy­le­cieć tu­taj, ja mu­szę le­cieć do niej.

Char­ley ze zdzi­wie­nia unio­sła ide­al­nie wy­re­gu­lo­wa­ne brwi.

– My­ślisz, że to ma sens?

– Więc co mam, do dia­bła, ro­bić? Cze­kać tu­taj bez­czyn­nie i od­cho­dzić od zmy­słów, za­sta­na­wiać się, jak roz­wią­zać pro­blem, ale wciąż lą­do­wać z ni­czym?

Char­ley od­rzu­ci­ła do tyłu grzy­wę po­ły­skli­wych czar­nych wło­sów i łyk­nę­ła wina.

– A je­śli ona po pro­stu po­trze­bu­je tro­chę prze­strze­ni? Żeby ochło­nąć… no wiesz, po czym. Mo­żesz wszyst­ko jesz­cze po­gor­szyć, Mat­ty. Czy Gra­nia po­wie­dzia­ła, że chce się z tobą zo­ba­czyć?

– Nie, do dia­bła! Przed chwi­lą do niej dzwo­ni­łem i po­wie­dzia­ła, że mam prze­stać się z nią kon­tak­to­wać. – Matt wstał od lap­to­pa, wziął duży łyk wina i usiadł koło Char­ley na so­fie. – Może masz ra­cję. – Wes­tchnął. – Może po­wi­nie­nem dać jej jesz­cze czas i w koń­cu doj­dzie do sie­bie. Utra­ta dziec­ka była dla niej strasz­nym cio­sem. Wiesz, jak bar­dzo mama i tata za­pa­li­li się do przy­wi­ta­nia no­we­go po­ko­le­nia. Tata nie­zbyt sta­rał się ukryć za­wód, kie­dy od­wie­dził ją w szpi­ta­lu po po­ro­nie­niu.

– Wy­obra­żam so­bie. – Char­ley prze­wró­ci­ła ocza­mi. – Sub­tel­ność nig­dy nie le­ża­ła w cha­rak­te­rze twe­go ojca, praw­da? Mnie nig­dy nie ob­ra­ził, ale by­li­śmy za­wsze jak ro­dzi­na, więc się do nie­go przy­zwy­cza­iłam. Ale ko­muś z ze­wnątrz, jak Gra­nia, może być z nim trud­no.

– Tak. – Matt oparł łok­cie na ko­la­nach i po­ło­żył gło­wę na dło­niach. – Może za sła­bo ją chro­ni­łem. Wiem, że źle się czu­ła z po­wo­du tego, że po­cho­dzi­my z in­nych śro­do­wisk.

– Mat­ty, słon­ko, na­praw­dę nic wię­cej nie mo­głeś zro­bić. Na­wet ja po­szłam w od­staw­kę, kie­dy po­ja­wi­ła się Gra­nia.

Spoj­rzał na nią i na­chmu­rzył się.

– No wiesz… Nie mó­wisz chy­ba po­waż­nie? Na­sze rand­ki nie pro­wa­dzi­ły prze­cież do ni­cze­go trwa­łe­go? Co do tego by­li­śmy zgod­ni, pa­mię­tasz?

– Ja­sne, Mat­ty. – Char­ley uśmiech­nę­ła się do nie­go ła­god­nie. – Ale prze­cież i wasz zwią­zek kie­dyś mu­siał się roz­paść, praw­da?

– Pew­nie tak. – Matt po­czuł się spo­koj­niej­szy, bo sło­wa Char­ley od­zwier­cie­dla­ły jego wła­sne my­śli.

– Wiesz co, kie­dy przy­glą­dam się ko­le­żan­kom, któ­re prze­cho­dzą ta­kie trau­my w związ­kach, jak ty te­raz, dzię­ku­ję nie­bio­som, że je­stem sin­giel­ką. Pra­wie nikt ze zna­jo­mych nie jest w do­brych re­la­cjach z part­ne­rem. Cho­ciaż my­śla­łam, że to­bie i Gra­ni się uda­ło.

– Też tak my­śle­li­śmy – od­po­wie­dział ze smut­kiem. – Ale chy­ba nie chcesz na po­waż­nie zo­stać do koń­ca ży­cia sta­rą pan­ną? Spo­śród na­szej pacz­ki w Gre­en­wich ty naj­mniej się na to za­po­wia­da­łaś. Kró­lo­wa dziew­czę­ce­go klu­bu, piąt­ko­wa uczen­ni­ca, naj­ład­niej­sza dziew­czy­na w kla­sie. A te­raz świet­na re­dak­tor­ka cza­so­pi­sma… do dia­bła, Char­ley, prze­cież wiesz, że mo­żesz mieć, kogo ze­chcesz.

– Tak. I może wła­śnie w tym leży pro­blem. – Char­ley wes­tchnę­ła. – Może je­stem zbyt wy­bred­na i nikt nie jest dla mnie dość do­bry. Ale to nie czas, żeby roz­ma­wiać o mnie. To ty je­steś w ta­ra­pa­tach. Jak mogę ci po­móc?

– Okay… czy two­im zda­niem po­wi­nie­nem le­cieć ju­tro do Du­bli­na i spró­bo­wać ura­to­wać swój zwią­zek? – spy­tał.

– Mat­ty, sam naj­le­piej wiesz, co ro­bić – Char­ley zmarsz­czy­ła nos – ale je­śli mnie py­tasz o zda­nie, da­ła­bym Gra­ni tro­chę cza­su i prze­strze­ni. Naj­wy­raź­niej musi coś prze­tra­wić. Je­stem pew­na, że wró­ci do cie­bie, kie­dy bę­dzie go­to­wa. Po­pro­si­ła, że­byś zo­sta­wił ją w spo­ko­ju, praw­da? Więc zrób, o co pro­si, a za kil­ka ty­go­dni znów się za­sta­no­wisz, co da­lej. Poza tym wy­da­wa­ło mi się, że masz po uszy ro­bo­ty.

– To praw­da – przy­znał Matt. – Może i masz ra­cję. Mu­szę dać jej swo­bo­dę, o któ­rą mnie pro­si­ła. – Wy­cią­gnął rękę i po­kle­pał Char­ley po wy­cią­gnię­tej no­dze. – Dzię­ki, sio­strzycz­ko. Za­wsze je­steś, kie­dy cię po­trze­bu­ję, co?

– Tak, słon­ko. – Char­ley uśmiech­nę­ła się spod rzęs. – Za­wsze przy to­bie będę.

• • •

Kil­ka dni póź­niej znów za­dzwo­nił do­mo­fon.

– Cześć, ko­cha­nie, tu mama. Mogę wejść?

– Ja­sne. – Matt otwo­rzył jej drzwi, zdzi­wio­ny nie­za­po­wie­dzia­ną wi­zy­tą. Ro­dzi­ce rzad­ko za­szczy­ca­li swo­imi oso­ba­mi jego dziel­ni­cę, a już nig­dy bez za­po­wie­dzi.

– Jak się masz, ko­cha­ny? – Ela­ine po­ca­ło­wa­ła syna w oba po­licz­ki i we­szła za nim do środ­ka.

– Do­brze – od­po­wie­dział Matt, zbyt przy­bi­ty i zmę­czo­ny, by zdo­być się na więk­szy wy­si­łek. Przy­glą­dał się, jak mama zrzu­ca z sie­bie fu­tro, szyb­kim ru­chem gło­wy po­pra­wia upięk­szo­ne de­li­kat­ny­mi pa­sem­ka­mi blond wło­sy i z gra­cją sa­do­wi na so­fie swo­je ide­al­nie ukształ­to­wa­ne, fi­li­gra­no­we cia­ło (roz­miar trzy­dzie­ści sześć). Szyb­ko sprząt­nął spod jej drob­nych, obu­tych w szpil­ki stó­pek buty spor­to­we i kil­ka pu­szek piwa. – Co cię tu spro­wa­dza?

– By­łam w mie­ście na obie­dzie do­bro­czyn­nym i mia­łam do cie­bie po dro­dze. – Ela­ine uśmiech­nę­ła się. – Chcia­łam zo­ba­czyć, jak so­bie ra­dzi mój chło­piec.

– Do­brze – po­wtó­rzył. – Zro­bić ci coś do pi­cia, mamo?

– Chęt­nie wy­pi­ję szklan­kę wody.

– Ja­sna spra­wa.

Ela­ine przy­glą­da­ła się, jak pod­cho­dzi do lo­dów­ki i na­le­wa wodę. Był bla­dy i zmę­czo­ny, a w każ­dym jego ru­chu wi­dać było, że jest nie­szczę­śli­wy.

– Dzię­ki – po­wie­dzia­ła, kie­dy przy­niósł jej szklan­kę. – Czy Gra­nia się ode­zwa­ła?

– Dzwo­ni­łem do niej kil­ka dni temu i chwi­lę roz­ma­wia­li­śmy, ale ona nie chce ze mną ga­dać.

– Do­wie­dzia­łeś się, dla­cze­go ode­szła?

– Nie. – Matt wzru­szył ra­mio­na­mi. – Nie wiem, co ta­kie­go zro­bi­łem. Chry­ste, mamo, to dziec­ko było dla niej wszyst­kim.

– Była bar­dzo ci­chut­ka, kie­dy od­wie­dzi­li­śmy ją w szpi­ta­lu. Po wyj­ściu z ła­zien­ki wy­glą­da­ła na za­pła­ka­ną.

– Tak, a na­stęp­ne­go dnia po­je­cha­łem do niej po pra­cy w od­wie­dzi­ny i stwier­dzi­łem, że wy­pi­sa­ła się ze szpi­ta­la. Wró­ci­łem tu­taj i zna­la­złem kart­kę z in­for­ma­cją, że wy­pro­wa­dza się do ro­dzi­ców, do Ir­lan­dii. Od tam­tej pory ani razu się przede mną nie otwo­rzy­ła. Wiem, że cier­pi, ale nie po­tra­fię do niej do­trzeć.

– Ty też na pew­no cier­pisz, ko­cha­ny. To było tak samo two­je dziec­ko, jak i jej – za­uwa­ży­ła Ela­ine, któ­rej bar­dzo przy­kro było pa­trzeć, jak uko­cha­ny syn roz­pa­cza w sa­mot­no­ści.

– Tak. Nie jest mi do­brze. Mie­li­śmy być ro­dzi­ną. To było moje ma­rze­nie… cho­le­ra! Prze­pra­szam, mamo. – Matt z ca­łych sił sta­rał się po­wstrzy­mać łzy. – Tak ją ko­cham… i to ma­leń­stwo, któ­re­mu się nie uda­ło, któ­re było czę­ścią nas. No…

– Ko­cha­nie. – Ela­ine wsta­ła, by przy­tu­lić syna. – Tak mi przy­kro. Je­śli tyl­ko mogę ci w czymś po­móc…

Mat­to­wi było głu­pio, że mat­ka przy­ła­pa­ła go na chwi­li sła­bo­ści. Bar­dzo sta­rał się zna­leźć w so­bie siłę i ja­koś się po­zbie­rać.

– Je­stem już do­ro­sły, mamo. Bę­dzie do­brze. Na­praw­dę. Chciał­bym się tyl­ko do­wie­dzieć, dla­cze­go Gra­nia ucie­kła. Po pro­stu tego nie ro­zu­miem.

– A może tro­chę byś po­miesz­kał u nas? Przy­kro mi, że je­steś tu taki sa­mot­ny.

– Dzię­ku­ję, mamo, ale mam kupę ro­bo­ty. Mu­szę tyl­ko uwie­rzyć, że Gra­nia w swo­im cza­sie wró­ci. Kie­dy już wy­li­że rany. Za­wsze ro­bi­ła to, na co mia­ła ocho­tę. Pew­nie dla­te­go tak ją ko­cham.

– Jest z pew­no­ścią nie­zwy­kła – zgo­dzi­ła się Ela­ine. – Jak­by nie przej­mo­wa­ła się za­sa­da­mi, któ­rych więk­szość z nas prze­strze­ga.

– Może dla­te­go, że tak ją wy­cho­wa­no – od­pa­ro­wał Matt, któ­ry nie miał ocho­ty na uszczy­pli­we uwa­gi ro­dzi­ców w sty­lu „A nie mó­wi­łam” na te­mat wy­bo­ru uko­cha­nej.

– Ojej, Matt, źle mnie zro­zu­mia­łeś – po­śpiesz­nie za­re­ago­wa­ła Ela­ine. – Bar­dzo po­dzi­wiam Gra­nię i was obo­je, że po­tra­fi­li­ście wyjść z ram kon­we­nan­sów i być ze sobą zwy­czaj­nie dla­te­go, że się ko­cha­cie. Może wię­cej z nas po­win­no słu­chać ser­ca, za­miast prze­strze­gać za­sad, w któ­rych nas wy­cho­wa­no. – Ela­ine wes­tchnę­ła. – Mu­szę wra­cać. Oj­ciec za­pro­sił ko­le­gów od gol­fa na co­rocz­ny zi­mo­wy obiad.

Matt pod­niósł, a po­tem przy­trzy­mał mat­ce fu­tro, kie­dy je wkła­da­ła.

– Dzię­ku­ję, że przy­szłaś, mamo. Bar­dzo to do­ce­niam.

– Do­brze było się z tobą zo­ba­czyć. – Po­ca­ło­wa­ła go w po­li­czek. – Wiesz, że je­stem z cie­bie dum­na, praw­da? Za­wsze mo­żesz na mnie li­czyć. Na­praw­dę. Ro­zu­miem… jak się czu­jesz. – Przez oczy prze­mknął jej cień smut­ku. – Cześć, Mat­ty.

Za­mknął za nią drzwi, od­no­sząc wra­że­nie, że jesz­cze nig­dy nie wczuł się w sy­tu­ację mat­ki. I choć ko­chał ją za to, jaka była, po raz pierw­szy zro­zu­miał, że mało zna ko­bie­tę ukry­tą za błysz­czą­cą ma­ską ide­al­nej żony i mat­ki z Con­nec­ti­cut.

4

Na­stęp­ne­go ran­ka, kie­dy tyl­ko Ka­th­le­en wy­ru­szy­ła do Clo­na­kil­ty na co­ty­go­dnio­we za­ku­py, Gra­nia po­szła do szo­py, gdzie prze­cho­wy­wa­no sta­re ga­ze­ty, i wzię­ła całą ich ster­tę. Po­grze­ba­ła w za­ba­ła­ga­nio­nym warsz­ta­cie ojca i z trium­fem wy­nio­sła stam­tąd pacz­kę nad­ple­śnia­łe­go kle­ju do ta­pet. Wło­ży­ła wszyst­ko do siat­ki i ru­szy­ła ścież­ką w stro­nę kli­fu. Je­śli Au­ro­ra się nie po­ja­wi – bo wczo­raj nie usta­li­ły go­dzi­ny spo­tka­nia, więc bar­dzo mało praw­do­po­dob­ne, żeby przy­szła – po pro­stu wró­ci do domu.

W dro­dze my­śla­ła o tym, że w środ­ku jest jak odrę­twia­ła. Jak­by jej ży­cie do­ty­czy­ło ko­goś in­ne­go, jak­by brnę­ła przez gę­sty sy­rop i nie po­tra­fi­ła do­trzeć do wła­snych uczuć. Po pro­stu nie ma siły pła­kać ani skon­fron­to­wać się z Mat­tem, żeby do­wie­dzieć się, czy jej re­ak­cja była uza­sad­nio­na. Coś ta­kie­go ozna­cza­ło­by zmie­rze­nie się z bó­lem, więc naj­bez­piecz­niej­szym i naj­lep­szym roz­wią­za­niem jest się za­mknąć. Co było, mi­nę­ło. Ni­cze­go nie da się wy­ma­zać.

Na szczy­cie kli­fu usia­dła na ska­le, z któ­rej roz­cią­gał się wi­dok na mo­rze, i wes­tchnę­ła. Kie­dy we dwój­kę przy­glą­da­li się roz­pa­do­wi związ­ków zna­jo­mych, na­praw­dę wie­rzy­ła, że z nimi jest in­a­czej. Za­ru­mie­ni­ła się ze wsty­du na wspo­mnie­nie za­ro­zu­mia­łych uwag, któ­re mię­dzy sobą wy­mie­nia­li. Ko­men­ta­rze typu „Nam nig­dy by się to nie przy­tra­fi­ło” albo „My je­ste­śmy szczę­śli­wi, a oni tacy bied­ni” te­raz bo­la­ły ją do ży­we­go. Oni tak­że pa­dli ofia­rą skom­pli­ko­wa­nych, wciąż zmie­nia­ją­cych się ukła­dów mię­dzy­ludz­kich. Wpa­dli w wir na­pięć mię­dzy ko­bie­ta­mi i męż­czy­zna­mi, któ­rzy chcą żyć w har­mo­nii.

Gra­nia ga­pi­ła się na zim­ne, sza­re mo­rze i na­gle po­czu­ła wiel­ki sza­cu­nek dla swo­ich ro­dzi­ców. Ja­kimś spo­so­bem osią­gnę­li nie­moż­li­we – szli na kom­pro­mi­sy, ak­cep­to­wa­li się na­wza­jem, a co naj­waż­niej­sze, w szczę­ściu prze­ży­li trzy­dzie­ści czte­ry lata.

Może to po pro­stu dla­te­go, że w dzi­siej­szych cza­sach lu­dzie mają zbyt duże ocze­ki­wa­nia. Zmie­ni­ła się hie­rar­chia po­trzeb. Mał­żon­ko­wie nie mu­szą się już mar­twić, czy będą mie­li do­syć je­dze­nia dla dzie­ci albo skąd we­zmą na­stęp­ny grosz. A przede wszyst­kim, czy ma­lu­chy prze­trwa­ją nie­bez­piecz­ną cho­ro­bę dzie­cię­cą. Te­raz nie cho­dzi o to, żeby w zi­mie mieć czym cie­pło się opa­tu­lić, ale któ­re­go pro­jek­tan­ta ciu­chy naj­le­piej na­da­ją się do pra­cy. W dzi­siej­szych cza­sach ko­bie­ty za­chod­nie­go spo­łe­czeń­stwa nie ca­łu­ją mę­żów na po­że­gna­nie, nie wie­dząc, czy ich jesz­cze zo­ba­czą, bo ci nie wy­ru­sza­ją na woj­nę. Naj­waż­niej­sze ży­cio­we spra­wy znacz­nie wy­szły po­nad po­ziom zwy­kłe­go prze­trwa­nia.

– Te­raz żą­da­my szczę­ścia. I je­ste­śmy prze­ko­na­ni, że na nie za­słu­gu­je­my.

Te sło­wa po­wie­dzia­ła na głos. Bar­dziej za­zdro­ści­ła ro­dzi­com ich sto­ic­kie­go po­dej­ścia do ży­cia, niż ich ża­ło­wa­ła. Mają nie­wie­le dóbr ma­te­rial­nych i wą­skie ho­ry­zon­ty, my­śla­ła. Rze­czy nie­istot­ne wy­wo­łu­ją u nich uśmiech, ale tym uśmie­chem ze zro­zu­mie­niem da­rzą sie­bie na­wza­jem i swój los. Ich świat jest mały, lecz w swo­ich gra­ni­cach bez­piecz­ny i two­rzy mię­dzy nimi sil­ne wię­zi. Ona i Matt żyli w otwar­tej me­tro­po­lii, gdzie każ­de z nich mia­ło nie­ogra­ni­czo­ne per­spek­ty­wy i gdzie ist­nie­je nie­bez­piecz­nie mało ogra­ni­czeń.

– Cześć, Gra­niu.

Za ple­ca­mi usły­sza­ła głos Au­ro­ry. Od­wró­ci­ła się i zo­ba­czy­ła ją. Po­my­śla­ła, że dziew­czyn­ka jest jak du­szek, któ­ry bez­gło­śnie po­ja­wia się na swo­im te­ry­to­rium.

– Cześć, Au­ro­ro. Jak się masz?

– Bar­dzo do­brze, dzię­ku­ję. Idzie­my?

– Tak. Przy­nio­słam rze­czy, któ­re będą nam po­trzeb­ne.

– Wiem. Wi­dzia­łam two­ją siat­kę.

Gra­nia po­słusz­nie wsta­ła i we dwój­kę skie­ro­wa­ły się w stro­nę dwo­ru.

– Może po­znasz tatę. Jest w swo­im ga­bi­ne­cie. Ale może bo­leć go gło­wa. Czę­sto boli go gło­wa.

– Na­praw­dę?

– Tak. Wszyst­ko przez to, że nie nosi oku­la­rów i nad­we­rę­ża wzrok czy­ta­niem pa­pie­rów do pra­cy.

– To nie­mą­dre, praw­da?

– Tak, ale te­raz, kie­dy mama nie żyje, nie ma kto o nie­go za­dbać. Oprócz mnie.

– Je­stem prze­ko­na­na, że świet­nie się spi­su­jesz – Gra­nia za­pew­ni­ła Au­ro­rę, kie­dy szły w stro­nę bra­my pro­wa­dzą­cej do dwor­skie­go ogro­du.

– Ro­bię, co mogę – po­wie­dzia­ła i pchnę­ła bra­mę, by ją otwo­rzyć. – To mój dom, dwór Dun­wor­ley. Od dwóch wie­ków na­le­ży do ro­dzi­ny Li­sle’ów. By­łaś tu kie­dyś?

– Nie – od­rze­kła Gra­nia i we­szła za Au­ro­rą. Wiatr, któ­ry gwiz­dał im koło uszu, kie­dy wspi­na­ły się na klif, na­gle ucichł. Sta­ło się tak dzię­ki gę­stym za­ro­ślom je­żyn i dzi­kich fuk­sji, z któ­rych sły­nął za­chod­ni Cork. Ota­cza­ły dwór i, jak mo­gły, chro­ni­ły go wraz z jego miesz­kań­ca­mi.

Gra­nia ze zdu­mie­niem po­pa­trzy­ła na pięk­nie za­dba­ny ogród, któ­ry sta­no­wił ide­al­ne oto­cze­nie dla sto­ją­ce­go po­środ­ku su­ro­we­go sza­re­go bu­dyn­ku. Obie stro­ny pro­wa­dzą­cej do domu ścież­ki ob­sa­dzo­no ni­ski­mi ży­wo­pło­ta­mi z waw­rzy­nu. Idąc za Au­ro­rą w stro­nę dwo­ru, Gra­nia za­uwa­ży­ła grząd­ki róż. Te­raz były mar­twe i bez­barw­ne, ale w le­cie za­pew­ne da­wa­ły po­sęp­ne­mu oto­cze­niu tak po­trzeb­ny tu blask ko­lo­ru.

– Nig­dy nie ko­rzy­sta­my z fron­to­we­go wej­ścia – oznaj­mi­ła Au­ro­ra i skrę­ci­ła w pra­wo na ścież­kę wzdłuż przed­niej ścia­ny domu, a po­tem za róg, by przejść na tył bu­dyn­ku. – Tata mówi, że za­mknię­to je pod­czas za­mie­szek i ktoś zgu­bił klucz. Wcho­dzi­my tędy.

Gra­nia sta­ła na du­żym po­dwór­ku, na któ­re wjeż­dża­ło się od stro­ny szo­sy. Ktoś za­par­ko­wał tam no­we­go ran­ge­ro­ve­ra.

– Pro­szę, wejdź – po­wie­dzia­ła Au­ro­ra, otwie­ra­jąc drzwi.

Po­dą­ży­ła za dziew­czyn­ką. Przez hol prze­szły do du­żej kuch­ni.

Całą jed­ną ścia­nę zaj­mo­wał wiel­ki so­sno­wy kre­dens z Wa­lii. Aż trzesz­czał pod cię­ża­rem nie­bie­sko-bia­łych ta­le­rzy i naj­róż­niej­szych na­czyń. Przy dru­giej ścia­nie stał piec ku­chen­ny, a przy na­stęp­nej sta­ry zlew dla służ­by umiesz­czo­ny po­mię­dzy prze­zna­czo­ny­mi do ob­rób­ki żyw­no­ści dwo­ma sta­ry­mi sto­ła­mi z me­la­mi­ny. Na sa­mym środ­ku stał dłu­gi dę­bo­wy stół przy­kry­ty ster­ta­mi ga­zet.

Nie było to przy­tul­ne po­miesz­cze­nie, gdzie czło­wiek mógł­by po­czuć się bez­piecz­nie. Nie ta­kie, gdzie mat­ka stoi przy ku­chen­ce i go­tu­je coś pysz­ne­go na ko­la­cję, a do­ko­ła zbie­ra się ro­dzi­na. Było to miej­sce su­ro­we, funk­cjo­nal­ne i od­py­cha­ją­ce.

– Nie­po­trzeb­nie przy­nio­słam ga­ze­ty – za­uwa­ży­ła Gra­nia, wska­zu­jąc le­żą­ce na sto­le ster­ty.

– No tak, tata roz­pa­la nimi we wszyst­kich ko­min­kach. Strasz­nie mar­z­nie. Zro­bi­my na sto­le miej­sce, że­by­śmy mia­ły gdzie pra­co­wać?

– Ja­sne… a nie są­dzisz, że po­win­ny­śmy ko­muś po­wie­dzieć, że tu je­stem?

– O nie. – Au­ro­ra po­krę­ci­ła gło­wą. – Tata nie chce, żeby mu prze­szka­dzać, a pani My­ther już po­wie­dzia­łam, że przyj­dziesz. – Zrzu­ci­ła nie­co stert ze sto­łu na pod­ło­gę i po­ka­za­ła Gra­ni, że zro­bi­ła miej­sce. – Co jesz­cze jest nam po­trzeb­ne?

– Woda do wy­mie­sza­nia z kle­jem. – Gra­nia opróż­ni­ła za­war­tość siat­ki. Czu­ła się nie­swo­jo, że wtar­gnę­ła tu bez za­po­wie­dzi.

– Za­raz przy­nio­sę. – Au­ro­ra wzię­ła dzba­nek z jed­nej z upa­ko­wa­nych po brze­gi pół­ek kre­den­su i na­peł­ni­ła go.

– I duży po­jem­nik do wy­mie­sza­nia kle­ju.

Au­ro­ra i to zna­la­zła i po­sta­wi­ła na sto­le przed Gra­nią. Kie­dy mie­sza­ła klej, przy­glą­da­ła jej się z oży­wie­niem, a oczy dziew­czyn­ki pro­mie­nia­ły ra­do­ścią.

– Praw­da, że to faj­ne? Uwiel­biam ro­bić ta­kie rze­czy. Moja ostat­nia nia­nia na nic mi nie po­zwa­la­ła, bo mar­twi­ła się, że się ubru­dzę.

– Ja całe ży­cie się bru­dzę. – Gra­nia uśmiech­nę­ła się. – Z bar­dzo po­dob­nych ma­te­ria­łów ro­bię rzeź­by. A te­raz usiądź przy mnie, to po­ka­żę ci, jak się robi mi­secz­ki.

Au­ro­ra oka­za­ła się po­jęt­ną, za­pa­lo­ną uczen­ni­cą. Go­dzi­nę póź­niej dum­nie po­ło­ży­ły na pły­cie kuch­ni mo­krą mi­skę z ga­zet.

– Kie­dy bę­dzie su­cha, mo­że­my ją po­ma­lo­wać. Masz ja­kieś far­by? – za­py­ta­ła Gra­nia, my­jąc ręce w zle­wie.

– Nie. Mia­łam w Lon­dy­nie, ale je zo­sta­wi­łam.

– Może znaj­dę ja­kieś u sie­bie.

– Mogę przyjść zo­ba­czyć twój dom? Moim zda­niem su­per by­ło­by miesz­kać na far­mie.

– Nie miesz­kam tam cały czas, Au­ro­ro – wy­ja­śni­ła Gra­nia. – Miesz­kam w No­wym Jor­ku. Tyl­ko na ra­zie je­stem u ro­dzi­ców.

– Och! – Twarz Au­ro­ry po­smut­nia­ła. – To zna­czy, że nie­dłu­go wy­je­dziesz?

– Tak, ale szcze­rze mó­wiąc, nie wiem kie­dy.

Wy­cie­ra­jąc ręce w ście­recz­kę przy zle­wie, czu­ła, że Au­ro­ra wręcz wpi­ja się w nią ocza­mi.

– Dla­cze­go je­steś taka smut­na? – za­py­ta­ła dziew­czyn­ka.

– Nie je­stem smut­na, Au­ro­ro.

– Je­steś. Wi­dzę to po oczach. Ktoś cię zde­ner­wo­wał?

– Nie, Au­ro­ro. Nic mi nie jest. – Gra­nia po­czu­ła, jak ru­mie­ni się pod wpły­wem prze­dłu­ża­ją­ce­go się spoj­rze­nia dziec­ka.

– Wiem, że je­steś smut­na. – Au­ro­ra skrzy­żo­wa­ła małe ręce na pier­siach. – I wiem, ja­kie to uczu­cie. Kie­dy je­stem smut­na, od­fru­wam do swo­je­go ma­gicz­ne­go miej­sca.

– Gdzie to jest?

– Nie mogę po­wie­dzieć, bo prze­sta­ło­by być ma­gicz­ne. I moje. Też po­win­naś mieć ta­kie miej­sce.

– Moim zda­niem to zna­ko­mi­ty po­mysł. – Gra­nia spoj­rza­ła na ze­ga­rek. – Le­piej już pój­dę. Czas na lunch. Pew­nie je­steś głod­na. Czy ktoś przyj­dzie dać ci coś do je­dze­nia?

– O, pani My­ther na pew­no coś tam zo­sta­wi­ła. – Au­ro­ra od nie­chce­nia mach­nę­ła ręką w kie­run­ku spi­żar­ni. – Pew­nie zno­wu zupę. Czy przed wyj­ściem chcia­ła­byś obej­rzeć resz­tę domu?

– Au­ro­ro… Ja…

– Pro­szę! – Mała chwy­ci­ła Gra­nię za ra­mię i po­cią­gnę­ła ją w stro­nę drzwi. – Chcę, że­byś go zo­ba­czy­ła. Jest pięk­ny.

Wy­szły z kuch­ni do du­że­go holu, gdzie pod­ło­gę wy­ło­żo­no czar­no-bia­ły­mi ka­fel­ka­mi, w rogu zaś znaj­do­wa­ły się ele­ganc­kie dę­bo­we scho­dy, a na­stęp­nie do du­że­go sa­lo­nu z wy­cho­dzą­cy­mi na ogród wy­so­ki­mi okna­mi bal­ko­no­wy­mi. W sa­lo­nie było nie­zno­śnie go­rą­co, bo w ko­min­ku wiel­kim pło­mie­niem pa­li­ły się kło­dy drew­na i z jego ele­ganc­kiej mar­mu­ro­wej obu­do­wy bu­cha­ło cie­pło.

Gra­nia zer­k­nę­ła nad ko­mi­nek i jej oko rzeź­biar­ki przy­cią­gnę­ła twarz na ob­ra­zie. Na­le­ża­ła do mło­dej ko­bie­ty, mia­ła kształt ser­ca, a ota­cza­ły ją ty­cja­now­skie loki. De­li­kat­ne i, jak za­uwa­ży­ła Gra­nia, sy­me­trycz­ne rysy były ozna­ką praw­dzi­wej pięk­no­ści. Wy­ra­zi­ste, kon­tra­stu­ją­ce z bia­łą cerą błę­kit­ne oczy były nie­win­ne, ale mą­dre. Jako pro­fe­sjo­na­list­ka Gra­nia oce­ni­ła, że ob­raz na­ma­lo­wał praw­dzi­wy ar­ty­sta. Od­wró­ci­ła się, by spoj­rzeć na Au­ro­rę, i na­tych­miast za­uwa­ży­ła po­do­bień­stwo.

– To moja mama. Każ­dy mówi, że je­stem do­kład­nie taka jak ona.

– Tak – ci­cho od­rze­kła Gra­nia. – Jak się na­zy­wa­ła?

Au­ro­ra ode­tchnę­ła głę­bo­ko.

– Lily. Na­zy­wa­ła się Lily.

– Bar­dzo mi przy­kro, że umar­ła, Au­ro­ro – spo­koj­nie po­wie­dzia­ła Gra­nia.

Dziew­czyn­ka nie od­po­wie­dzia­ła, tyl­ko da­lej wpa­try­wa­ła się w mat­kę.

– Kto to taki, Au­ro­ro?

Mę­ski głos za jej ple­ca­mi spra­wił, że Gra­nia pod­sko­czy­ła.

Od­wró­ci­ła się, roz­my­śla­jąc, jak dużo in­truz usły­szał z ich roz­mo­wy, lecz na­gle za­par­ło jej dech w pier­siach.

Przy drzwiach stał – Gra­nia zbesz­ta­ła się za wpa­da­nie w ste­reo­ty­py, ale fakt po­zo­sta­wał fak­tem – naj­pięk­niej­szy męż­czy­zna, ja­kie­go kie­dy­kol­wiek wi­dzia­ła. Wy­so­ki – miał do­brze po­nad metr osiem­dzie­siąt wzro­stu – o gę­stych, he­ba­no­wych, gład­ko za­cze­sa­nych wło­sach, któ­re były ja­kiś cen­ty­metr za dłu­gie, więc ko­smy­ki za­wi­ja­ły mu się na kar­ku.

Miał peł­ne usta, ale nie tak pulch­ne, jak u ko­bie­ty, i głę­bo­kie gra­na­to­we oczy, ocie­nio­ne gę­sty­mi ciem­ny­mi rzę­sa­mi.

Gra­nia po­dzi­wia­ła jego ostre jak brzy­twa ko­ści po­licz­ko­we, sil­ną szczę­kę i ide­al­ny nos wy­traw­nym okiem pro­fe­sjo­na­list­ki. Tę twarz chcia­ła za­pa­mię­tać w każ­dym szcze­gó­le, żeby ją po­tem wy­rzeź­bić.

Wszyst­ko to było uko­ro­no­wa­niem szczu­płej, ide­al­nie pro­por­cjo­nal­nej syl­wet­ki. Oczy Gra­ni przy­cią­gnę­ły smu­kłe, wraż­li­we pal­ce, któ­re za­ci­skał, a po­tem roz­luź­niał, co wska­zy­wa­ło na we­wnętrz­ne na­pię­cie.

Ogól­nie ro­bił wra­że­nie oso­by nie­zwy­kle ele­ganc­kiej, choć tej ce­chy za­zwy­czaj nie łą­czy­ła z męż­czy­zna­mi. Gwa­ran­to­wa­ła ona jed­nak, że kie­dy ktoś taki wej­dzie do po­ko­ju, za­wró­ci w gło­wie każ­de­mu z obec­nych – męż­czy­znom i ko­bie­tom.

Gra­nia nie­chcą­cy wes­tchnę­ła, co wy­ra­ża­ło re­ak­cję pro­fe­sjo­na­list­ki na czło­wie­ka, któ­ry, jej zda­niem, zbli­żył się do ide­ału fi­zycz­ne­go pięk­na. Za­re­ago­wa­ła w ko­bie­cy spo­sób – na chwi­lę za­mil­kła.

– Kim pani jest?

– To moja przy­ja­ciół­ka Gra­nia, tato. – Gra­nia po­czu­ła ulgę, kie­dy Au­ro­ra prze­rwa­ła ci­szę. – Pa­mię­tasz, mó­wi­łam ci, że spo­tka­łam ją wczo­raj na kli­fie. Świet­nie ba­wi­ły­śmy się w kuch­ni. Zro­bi­ły­śmy mi­secz­kę z kle­ju i ga­zet. Kie­dy już zo­sta­nie po­ma­lo­wa­na, dam ci ją w pre­zen­cie. – Au­ro­ra po­de­szła do ojca i ob­ję­ła go ra­mio­na­mi.

– Cie­szę się, że się ba­wi­łaś, ko­cha­nie. – Czu­le po­gła­dził ją po wło­sach, a Gra­nię ob­da­rzył nie­co po­dejrz­li­wym pół­u­śmie­chem. – No więc, Gra­niu, je­steś go­ściem w Dun­wor­ley?

Zmie­rzył ją gra­na­to­wy­mi ocza­mi. Gra­nia sta­ra­ła się opa­no­wać, ale czu­ła su­chość w ustach. Mu­sia­ła prze­łknąć śli­nę, za­nim po­wie­dzia­ła:

– Po­cho­dzę z wio­ski, ale przez ostat­nie dzie­sięć lat miesz­ka­łam za gra­ni­cą. Przy­je­cha­łam do domu od­wie­dzić ro­dzi­nę.

– Ro­zu­miem. – Zwró­cił wzrok ku bal­ko­no­wym oknom na roz­cią­ga­ją­cy się za ogro­dem wspa­nia­ły wi­dok mo­rza. – To rzad­kie, ma­gicz­ne miej­sce. Uwiel­biasz je, praw­da, Au­ro­ro?

– Wiesz, że tak, tato. To nasz praw­dzi­wy dom.

– Tak. – Z po­wro­tem sku­pił uwa­gę na Gra­ni. – Pro­szę, wy­bacz mi. Nie przed­sta­wi­łem się. – Ra­zem z Au­ro­rą, któ­ra nie od­kle­ja­ła się od jego bio­der, pod­szedł do niej i wy­cią­gnął dłoń: – Ale­xan­der De­von­shi­re. – Dłu­gi­mi, smu­kły­mi pal­ca­mi ujął jej dłoń.

Gra­nia całą siłą zmu­si­ła się, żeby ochło­nąć z po­czu­cia, że zna­la­zła się w ja­kimś sur­re­ali­stycz­nym świe­cie.

– De­von­shi­re? My­śla­łam, że miesz­ka tu ro­dzi­na Li­sle’ów?

Ciem­ne brwi unio­sły się pra­wie nie­zau­wa­żal­nie.

– Masz ra­cję, w ta­kim sen­sie, że dwór na­le­ży do Li­sle’ów, ale­ja wsze­dłem do tej ro­dzi­ny po ślu­bie. Moja żona – Ale­xan­der ocza­mi wska­zał ob­raz – była dzie­dzicz­ką dwo­ru Dun­wor­ley, któ­ry kie­dyś bę­dzie na­le­żał do cór­ki.

– Prze­pra­szam… Nie zda­wa­łam so­bie spra­wy.

– Nie szko­dzi, Gra­niu. Je­stem przy­zwy­cza­jo­ny, że w tych oko­li­cach mó­wią na mnie „pan Li­sle”. – Ale­xan­der jesz­cze moc­niej przy­tu­lił do sie­bie cór­kę i za­to­pił się w my­ślach.

– Le­piej już wró­cę do domu. – Gra­nia po­czu­ła się skrę­po­wa­na.

– Ojej, tato, czy Gra­nia na­praw­dę musi już iść? A nie może zo­stać na lunch? – Au­ro­ra pod­nio­sła wzrok na ojca i bła­gal­nie na nie­go spoj­rza­ła.

– Dzię­ku­ję za za­pro­sze­nie, ale na­praw­dę mu­szę już iść.

– Oczy­wi­ście – po­wie­dział Ale­xan­der. – To bar­dzo miło, że po­by­łaś z moją cór­ką.

– Jest dużo faj­niej­sza niż moja sta­ra nia­nia, tato. Może bę­dzie się mną opie­ko­wać?

– Ko­cha­nie, je­stem pew­ny, że Gra­nia ma mnó­stwo in­nych obo­wiąz­ków. – Ale­xan­der uśmiech­nął się do niej prze­pra­sza­ją­co nad gło­wą Au­ro­ry. – I nie mo­że­my zaj­mo­wać jej wię­cej cza­su.

– Ale to na­praw­dę ża­den kło­pot. Było mi miło.

– Przyj­dziesz ju­tro z far­ba­mi, kie­dy wy­schnie mi­ska? – po­pro­si­ła dziew­czyn­ka.

Gra­nia spoj­rza­ła na Ale­xan­dra, szu­ka­jąc jego apro­ba­ty, i otrzy­ma­ła ją.

– Oczy­wi­ście. Zo­ba­czę, co mi się uda zna­leźć. – Zro­bi­ła krok w stro­nę drzwi, a Ale­xan­der od­su­nął się na bok i zno­wu wy­cią­gnął dłoń.

– Dzię­ku­ję, Gra­niu. Je­steś bar­dzo miła, że ze­chcia­łaś po­świę­cić swój czas na za­ba­wia­nie mo­jej cór­ki. Pro­szę, przy­chodź, kie­dy tyl­ko ze­chcesz. Je­śli mnie nie ma, Au­ro­ra miesz­ka z pa­nią My­ther, któ­ra się nią zaj­mu­je. – Od­pro­wa­dził Gra­nię przez sa­lon i hol do kuch­ni. Cór­ka cały czas trzy­ma­ła go za rękę. – Au­ro­ro, po­szu­kaj pani My­ther i po­wiedz jej, że obo­je je­ste­śmy go­to­wi na lunch.

– Tak, tato – po­słusz­nie od­par­ła dziew­czyn­ka. – Do wi­dze­nia, Gra­niu, do ju­tra. – Od­wró­ci­ła się i znik­nę­ła na scho­dach.

Ale­xan­der po­pro­wa­dził Gra­nię przez kuch­nię do tyl­nych drzwi. Kie­dy je otwie­rał, od­wró­cił się do niej.

– Au­ro­ra po­tra­fi być bar­dzo prze­ko­nu­ją­ca. Nie daj się na­mó­wić, żeby być z nią dłu­żej, niż masz ocho­tę.

– Jak mó­wi­łam, było mi z nią miło.

Ale­xan­der stał tuż obok, co przy­pra­wi­ło ją o za­wrót gło­wy.

– Pro­szę, uwa­żaj. Wiem, jaka jest moja cór­ka.

– Do­brze.

– Zna­ko­mi­cie. Je­stem pew­ny, że wkrót­ce znów się tu zo­ba­czy­my. Do wi­dze­nia, Gra­niu.

– Do wi­dze­nia.

• • •

W dro­dze przez po­dwó­rze, a po­tem wzdłuż ścież­ki pro­wa­dzą­cej do bra­my, z któ­rej wy­cho­dzi­ło się w stro­nę kli­fu, Gra­nia roz­pacz­li­wie chcia­ła obej­rzeć się za sie­bie, żeby zo­ba­czyć, czy Ale­xan­der jesz­cze stoi przy drzwiach. Za bra­mą szyb­kim kro­kiem ru­szy­ła wzdłuż kli­fu, aż do­tar­ła do swo­jej ulu­bio­nej ska­ły. Osu­nę­ła się na nią. Bra­ko­wa­ło jej tchu i czu­ła się zdez­o­rien­to­wa­na.