Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 319 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziewczyna na karuzeli - Danya Kukafka

Kim jesteś, gdy nikt nie patrzy?

Kiedy lubiana przez wszystkich uczennica Lucinda Hayes zostaje zamordowana, mieszkańcy małego miasteczka w Kolorado są zszokowani. Najbardziej dziwi to chłopaka, który kochał ją za mocno, koleżankę, która zazdrościła jej idealnego życia i policjanta wyznaczonego do zbadania sprawy. Cameron, Jade i Rus będą musieli zmierzyć się ze swoimi najmroczniejszymi tajemnicami, aby poznać prawdę i odzyskać spokój…

Wspaniałe studium tożsamości pokazujące, jak cienka może być granica pomiędzy miłością a obsesją, podglądaniem a patrzeniem, prawdą a wspomnieniem.

Niepokojący początek i niewiarygodne zakończenie, wyraziści i nietuzinkowi bohaterowie odmieńcy. Thriller trzyma czytelnika w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Niezwykle udany debiut.

Paula Hawkins, autorka powieści Dziewczyna w pociągu i Zapisane w wodzie

Opinie o ebooku Dziewczyna na karuzeli - Danya Kukafka

Fragment ebooka Dziewczyna na karuzeli - Danya Kukafka

Dzień pierwszy

ŚRODA

16 LUTEGO 2005

Cameron

Kiedy mu powiedzieli, że Lucinda Hayes nie żyje, Cameron pomyślał o jej łopatkach i o tym, jak okalały jej nagi kręgosłup – niczym para nieruchomych płuc.

* * *

Zwołano apel.

Pod ścianą sali gimnastycznej nauczyciele szeptali nerwowo, zerkali na zegarki i wyciągali szyje. Cameron usiadł obok Ronniego w górnym kącie trybuny. Obgryzał paznokcie i obserwował kręcących się ludzi. Skórki jego małego palca u lewej dłoni, już wcześniej popękane i wysuszone, zaczęły krwawić.

– Jak myślisz, z jakiej to okazji? – zapytał Ronnie.

Nigdy nie mył rano zębów. W kącikach ust miał pryszcze, białe i wypełnione ropą. Cameron się odsunął.

Dyrektor Barnes stanął na mównicy umieszczonej przy linii środkowej boiska i poprawił marynarkę. Uczniowie dziewiątej klasy strzelali gumą do żucia i śmiali się w grupkach, podnosząc plecaki i trąc z piskiem podeszwami kolorowych butów o podłogę.

– Czy wszyscy mnie słyszą? – odezwał się dyrektor, oparłszy ręce po obydwu stronach pulpitu. Otarł rękawem strużkę potu z czoła i zacisnął oczy. – Liceum Jeffersona dotknęła tragedia – ciągnął. – Wczoraj wieczorem odeszła jedna z naszych najbardziej utalentowanych uczennic. Z żalem muszę was poinformować, że wasza koleżanka, Lucinda Hayes, nie żyje.

Mikrofon zapiszczał, zatrzeszczał.

W następnych dniach Cameron będzie pamiętał ten moment jako chwilę, w której ją stracił. Szum lamp jarzeniowych układał się w rytm współgrający z szeptami płynącymi z każdej strony. Cameron pomyślał, że gdyby ta chwila była piosenką, należałaby do cichych utworów, które sprawiają, że pogrążasz się w swoich smutkach. Była piękna i delikatna. Opadała, rwała się; Cameron mógł tylko poczuć ciężar tej melodii, zarazem przygniatającej i subtelnej.

– O kurwa – szepnął Ronnie.

Piosenka narastała i narastała, równomiernie.

Cameron potrzebował jeszcze sześciu sekund, by zauważyć, że nikt wokół niego nie miał twarzy.

Przechylił się przez barierkę i zwymiotował.

* * *

Poprzedni wieczór:

Migdałowe oczy wpatrujące się w trawnik. Różowa dłoń o rozczapierzonych palcach na oknie pokoju Lucindy. Szybko płynące po niebie chmury – szary koc zarzucony na zamszową ciemność.

* * *

– Pielęgniarka powiedziała, że zwymiotowałeś – stwierdziła matka, gdy przyjechała po niego po południu.

Cameron przesuwał krawędzią śniegowca pokruszone krakersy i kłaczki, tworząc z nich małe kopczyki na podłodze miniwana. Matka pociągnęła łyk kawy z kubka termicznego.

Gdy minął pierwszy szok, wszyscy zebrali się przed szkołą, żeby snuć przypuszczenia. Baseballiści twierdzili, że została zgwałcona. Dziewczyny ofermy mówiły, że się zabiła. Ronnie się z nimi zgadzał. „Pewnie popełniła samobójstwo, nie sądzisz? Ciągle coś pisała w tym swoim pamiętniku. Idę o zakład, że zostawiła liścik. Kurde, zarzygałeś mi but”.

– Cameronie. – Trzy przecznice dalej matka podjęła kolejną próbę zagajenia rozmowy. Używała przy tym swojego współczującego tonu, tego, którego Cameron nienawidził; wydobywał jej się z gardła słodkimi falami. Nie chciał sobie wyobrażać przepełniającego ją smutku. Jego matka na to nie zasługiwała. – Wiem, że to trudne. Coś takiego nie powinno spotkać osoby w twoim wieku, a już na pewno nie dziewczyny takiej jak Lucinda.

– Mamo, przestań.

Oparł głowę o zaszronioną szybę. Zastanawiał się, czy z odciskiem czoła jest tak samo jak z odciskami palców. Pewnie nie pozwalał na równie dokładną identyfikację, bo przecież nie każdy człowiek ma inne czoło, chyba że przyglądać mu się przez mikroskop, a jak często ludzie mają na to czas?

Zastanawiał się, jak by to było całować się z kimś przez szklaną taflę. Oglądał kiedyś film o facecie, który całował się z żoną przez szybę w więzieniu, i ciekawiło go, czy skazany odbierał to jako coś rzeczywistego. Według niego w pocałunku ważniejsza była intencja, a nie sam akt, więc nie miało znaczenia, czy usta stykają się ze szkłem, czy z wargami kogoś innego.

A skoro myślał o ustach, myślał o Lucindzie Hayes i nienawidził sam siebie, bo Lucinda Hayes nie żyła.

Gdy dotarli do domu, mama usiadła z nim na kanapie. Włączyła telewizor. „Zajmij czymś myśli”. Przełożyła do miski puszkę rosołu z kury. Niestety, głos prezentera wiadomości przebił się przez szum mikrofalówki.

– Dzisiaj rano na północy stanu Kolorado doszło do tragedii. Na szkolnym placu zabaw znaleziono ciało piętnastoletniej dziewczyny. Ofiarą okazała się Lucinda Hayes, uczennica dziewiątej klasy liceum Jeffersona. Pracownik, który dokonał owego potwornego odkrycia, odmówił komentarza. Dochodzenie poprowadzi porucznik Timothy Gonzalez z komendy policji w Broomsville. Uprasza się obywateli o zgłaszanie wszelkich podejrzanych zachowań.

Zdjęcie Lucindy z kroniki ósmej klasy uśmiechało się do widzów w rogu ekranu; jej twarz wydawała się płaska, niewyraźna. Pilot wypadł z dłoni Camerona na stolik kawowy – pokrywka na baterie odpadła i trzy paluszki AAA stoczyły się głośno na dywan.

– Cameronie? – zawołała z kuchni matka.

Znał ten park, szkołę podstawową w pobliżu. Znajdowała się tuż za ich osiedlową uliczką, w połowie drogi między domami jego i Lucindy.

Zanim matka zdołała go dogonić, Cameron przeszedł chwiejnym krokiem przez przedpokój i otworzył drzwi swojego pokoju. Nie dbał o to, by zapalić światło. Zdarł pościel z łóżka i z kryjówki pod materacem wyciągnął szkicownik, węgiel i wygniecioną gumkę do ścierania.

Wyrywał kartki ze szkicownika, jedną po drugiej, i rozkładał je w kręgu na podłodze. Jego oczy potrzebowały chwili, by przystosować się do ciemności panującej w pokoju, ale kiedy już się oswoiły, otoczyły go Lucindy Hayes.

Na większości rysunków była radosna. Na większości świeciło słońce i jedna strona jej twarzy były jaśniejsza od drugiej. Lewa, zawsze lewa. Na większości rysunków miała pełen uśmiech – nie jak na zdjęciu z kroniki, którego autor nacisnął spust, zanim zdążyła w pełni stać się sobą.

Łatwo było odwzorowywać Lucindę z pamięci. Miała wysokie, wyraziste kości policzkowe. Zmarszczki w pobliżu ust nadawały jej twarzy cechy swobodnej wesołości. Rzęsy miała gęste i wywinięte na zewnątrz, więc jeśli Cameron niewłaściwie oddał ich kształt lub umieścił je zbyt głęboko pod linią brwi, nadal było wiadomo, że rysował Lucindę. Na większości szkiców miała otwarte usta, bo się śmiała; ukazywały szczelinę między przednimi zębami, którą Cameron uwielbiał. Obnażała ją.

Przycisnął kolana do oczu. Nie mógł oglądać takiej Lucindy, bo brakowało w niej tego, co najważniejsze: tego, jak po latach uprawiania baletu wymachiwała rękami w czasie biegu; tego, jak kręciły się jej włosy z przodu, kiedy wracała do domu w upalny dzień; tego, jak siadała przy kuchennym stole po lekcjach i słuchała muzyki z błyszczącej, różowej empetrójki, stukając pomalowanymi na biało paznokciami w marmurowy blat. Zawsze sobie wyobrażał, że słuchała starych kawałków, bo takie według niego najbardziej do niej pasowały. Little Bitty Pretty One. Cameron nie potrafił odtworzyć jej zmrużonych oczu, kiedy nie widziała tego, co napisano na tablicy, a kurze łapki przypominały plastikowe żaluzje, które otwierała, żeby wpuścić do środka słońce.

Nie mógł oglądać takiej Lucindy, bo teraz już nie żyła, a jemu pozostały tylko bezużyteczne rysunki – rozmazana tęczówka, zbyt szybko naszkicowany, trochę za cienki palec.

– O Boże, Cam – szepnęła matka w drzwiach. – Mój Boże.

Stała z dłońmi opartymi o framugę, przyglądała się rysunkom i wydawało się, że zaraz upadnie. Jej różowy sweter w paseczki wyglądał fałszywie i smutno. Cameron zapragnął, żeby się w niego wtopiła, bo wówczas nie wyglądałaby tak staro. Sposób, w jaki przytrzymywała się futryny, przypomniał mu czasy, gdy był mały, a matka ćwiczyła w piwnicy balet. W roli drążka wykorzystywała brudne parapety okien i odtwarzała na magnetofonie kasety z Mozartem. Szeptała do siebie: „I raz, i dwa, i trzy, i cztery. Jeté, jeté, pas de bourrée”. Cameron przyglądał się jej zza balustrady schodów prowadzących do piwnicy. Jej stare plecy nigdy się nie prostowały, podobnie jak stare palce stóp, i wyglądała jak ptak z połamanymi kośćmi. Jej widok w tańcu zasmucał go, bo wydawała się zarazem taka krucha i ekspresyjna, szczęśliwa i rozbita. Jego matka była sobą, kiedy tańczyła – zawsze tak uważał.

Cameron chciał powiedzieć matce, że jest mu przykro w związku z tym wszystkim. Ale powstrzymywało go przerażenie malujące się na jej twarzy, gdy patrzyła na jego kolekcję Lucind.

Cameron opuścił głowę z powrotem na kolana i nie ruszał się, dopóki nie nabrał pewności, że matka sobie poszła.

* * *

Rzeczy, o których Cameron nie mógł myśleć:

1. Pistolet kalibru 22 w zamykanej kasetce pod łóżkiem matki.

Gandhiego zastrzelono z beretty M1934 – trzy kulki w klatkę piersiową. Lincoln dostał kulę z małego pistoletu kalibru 44. Ze strzelby myśliwskiej kalibru 30-06 zabito Martina Luthera Kinga juniora, a Johna Lennona – z pistoletu kalibru 38. Jedynym sławnym człowiekiem, do którego strzelano z broni kalibru 22, był Ronald Reagan, który wyszedł z tego incydentu właściwie bez szwanku. To sprawiało, że Cameron czuł się trochę lepiej, bo gdyby któreś z nich musiało użyć pistoletu, szanse na zabicie kogoś byłyby mniejsze, niż gdyby matka posiadała broń, powiedzmy, dziewięciomilimetrową.

2. Doktor Duncan MacDougall.

Doktor Duncan MacDougall w 1907 roku stwierdził, że ludzka dusza waży dwadzieścia jeden gramów. Cameron przeczytał o tym kilka lat temu, po odejściu swojej babki Mary. Obliczył dokładnie, gdzie się znajdował w chwili jej śmierci: zmywał w kuchni zaschnięty makaron z talerza. Żywe ciało chodziło po świecie i nagle przestało funkcjonować – czy nie należało wtedy czegoś odjąć? Po zgonie babki Mary ziemia ważyła dwadzieścia jeden gramów mniej, a Cameron dalej zmywał. Nic nie wydawało się lżejsze.

Cameron usiłował równie drobiazgowo określić, gdzie się znajdował poprzedniego wieczoru, gdy na boisku zginęła Lucinda. Nie potrafił tego dokonać – zupełnie jak wtedy, kiedy człowiek próbuje sobie przypomnieć, co jadł na śniadanie, i w trakcie dochodzenia do prawdy tylko coraz bardziej się pogrąża, aż wreszcie dochodzi do wniosku, że mógł jeść naleśniki, pizzę lub pięciodaniowy posiłek; tyle się nad tym zastanawiał, że już nic nie wie.

3. Szum. Lucinda prawdopodobnie była tam teraz – stała przed pomalowanymi na niebiesko drzwiami i zastanawiała się, jak gdzieś może być aż tak spokojnie.

4. Pasemka przezroczystych włosków na łydkach Lucindy, gdy zapomniała ogolić nóg.

* * *

Zanim mama przyjechała po niego do szkoły, Cameron udał się wraz z Ronniem na zajęcia z historii. Ronnie miał na sobie ubranie, które nosił od czwartku: parę ciemnozielonych dresów i białą koszulkę z zażółceniami pod pachami. A także za dużą czarną kurtkę narciarską, rozpiętą. Wystawała z niej głowa przypominająca kartonowe pudełko zamocowane na cienkiej jak ołówek szyi.

– Niezły obłęd, stary – stwierdził Ronnie.

Policjanci kręcili się na końcu korytarza. Z tej odległości wyglądali jak mrówki.

Cameron skończył piętnaście lat w ubiegłym miesiącu, ale nie zapisał się na kurs prawa jazdy. Nigdy nie nauczy się prowadzić. Nie chciał ryzykować tego, że zatrzyma go jakiś policjant, któremu musiałby spojrzeć w oczy. „Hej”, powiedziałby mundurowy. „Nie jesteś przypadkiem synem Lee Whitleya?”

Nie pomagało mu to, że byli do siebie tak podobni. Cameron i jego ojciec mieli żylaste długie ręce, którymi machali, kiedy szli. Obu rosły takie same jasnobrązowe włosy. (Cameron swoje zapuścił, bo tata strzygł się na jeża). Spiczasty nos, blada cera, orzechowe oczy. Wąskie barki, które Cameron ukrywał pod różnymi wersjami workowatej bluzy z kapturem. Kolana, które uciekały w naturalny sposób do środka. I stopy skierowane palcami do wewnątrz.

Ludzie powiadali, że Cameron i jego ojciec mieli taki sam śmiech, ale Cameron nie lubił tego wspominać.

Przez całą drogę do klasy Ronnie gadał, a Cameron go ignorował. Ronnie Weinberg był najlepszym – w zasadzie jedynym – przyjacielem Camerona, bo żaden z nich nie wiedział, co powiedzieć ani kiedy to zrobić. Ronnie był odrażający, a Cameron cichy i nikt inny z nimi nie rozmawiał.

Beth DeCasio, najlepsza przyjaciółka Lucindy, uznała dawno temu, że Ronnie śmierdzi, a Cameron jest dziwny. Ludzie wierzyli Beth DeCasio. To ona powiedziała kiedyś panu O. – ulubionemu nauczycielowi Camerona – że Cameron jest dzieciakiem zdolnym do tego, by przynieść do szkoły broń. Oprócz tego, że musiał się zmierzyć z wywołanym przez te słowa administracyjnym zamieszaniem – rozmowami ze szkolnym psychologiem, telefonami do mamy, zebraniem nauczycieli – Cameron przez cztery miesiące miał co noc ten sam koszmar. W owym śnie przynosił do szkoły broń i wszystkich zabijał, chociaż tego nie chciał. Nie to jednak było najgorsze. Musiał bowiem przeżyć resztę życia ze świadomością, że rodziny tęsknią za swoimi dziećmi. Matka odbyła mnóstwo spotkań z pedagogami i za każdym razem wracała do domu roztrzęsiona i zła. „To bezpodstawne podejrzenia, a im brakuje profesjonalizmu”, komentowała. Zaparzała Cameronowi herbatę i zapewniała go, że nie byłby zdolny do czegoś takiego, a poza tym nie sposób przypadkowo wystrzelać całej szkoły.

Cameron nadal się nad tym czasami zastanawiał. Nie chciał bynajmniej nikogo zastrzelić, ale ta myśl zatruwała mu krew.

Beth DeCasio szła przed Cameronem, trzymając za rękę Kaylee Walker i Anę Sanchez. Ubrała się na fioletowo – był to ulubiony kolor Lucindy. Cameron od razu pomyślał o jej pamiętniku – fioletowej zamszowej okładce i białej gumce, która ją owijała. Dziewczyny płakały, garbiły się i ściskały w dłoniach zmięte chusteczki.

Lucinda zazwyczaj wychodziła z domu między 7:07 a 7:18. Czasami jej ojciec nie szedł rano do kancelarii prawniczej – udawali się wtedy razem na śniadanie do Golden Egg, ale zdarzało się to nie częściej niż raz w miesiącu, a Cameron zawsze rejestrował odstępstwa od reguły. W tym momencie dotarło do niego, że ten poranek był inny, a on się nawet nie zorientował – Lucinda nie szła ulicą ani za nim, ani przed nim. Nie umyła zębów nad umywalką, nie zjadła croissanta, nie pokłóciła się z matką i nie wciskała rąk w żółtą kurtkę puchową.

Cameronowi zrobiło się szczerze żal Beth, Kaylee i Any, chociaż uważał, że nikt nie mógł uzurpować sobie prawa do większego bólu. Dziewczyna, przepiękna, nie żyła, i stanowiło to tragedię. Niektóre rodzaje miłości były cichsze od innych.

– Pewnie zginęła w jakiś zboczony sposób – odezwał się Ronnie, kiedy już usiedli na swoich miejscach w pracowni historycznej. – Przez uduszenie albo jakoś tak. Wszyscy gadają o jej byłym chłopaku, tym piłkarzu, Zapie. Koleś wygląda na zdolnego do różnych obrzydliwości. – Wykonał ruch, jakby kogoś dusił.

Pani Evans puściła film o wojnie stuletniej i zgasiła światła.

Cameron bał się ciemności. Przychodziły mu wtedy do głowy potworne możliwości, które próbował odrzucać: mógł dostać we śnie udaru, który doprowadziłby do paraliżu; mógł lunatykować i podejść do kuchennej szuflady z nożami do mięsa. Myślał o wszystkich okropnościach, które ciało mogło samo sobie wyrządzić. Maltretował swój nieszczęsny umysł tak długo, aż zapadał z wyczerpania w sen albo odsłaniał okno w pokoju i biegał. Żadne z tych wyjść nie było zbyt pomocne.

– Przepraszam – odezwał się szorstki głos dobiegający z progu. Ten zapach. Tata też tak pachniał: tytoniem, kawą, zardzewiałymi krzesłami. – Możemy porozmawiać z jednym z pani uczniów?

– Oczywiście – odparła pani Evans.

– Cameron Whitley? – Sylwetkę policjanta obrysowywało jarzeniowe światło wpadające do sali przez uchylone drzwi. – Proszę z nami.

Jade

Mam pewną teorię: łatwiej jest udawać szok niż smutek. Szok jest bardziej podstawową emocją – to wyolbrzymiona postać zaskoczenia.

– Ujawniono szczegóły – mówi wicedyrektor. Klaszcze w dłonie, gotowy do działania. – Ofiarą jest uczennica liceum Jeffersona, Lucinda Hayes. Dziewiąta klasa znajduje się w sali gimnastycznej, gdzie dyrektor Barnes właśnie przekazuje informację o tragedii. W piątek odbędzie się nabożeństwo pogrzebowe. W sekretariacie będą przyjmować psychologowie. Prosimy wszystkich o zachowanie czujności.

Jego wyjściu z sali towarzyszy szelest spodni w kolorze khaki.

Szczypię czubek nosa. Wyglądam głupio, ale inni wcale nie wyglądają lepiej. Połowa klasy wydaje się szczerze zasmucona – zawstydzająco smutna – a połowa podryguje z ekscytacją spotykaną tylko w tak dramatycznych chwilach.

Wyobrażam sobie, jak zszokowany musi być Zap, ale nie mam śmiałości się odwrócić.

Zap siedzi w charakterystyczny sposób. Odchyla się na krześle, rozstawia szeroko kolana, pozwala, żeby jego kończyny żyły własnym życiem. Nie świadczy to o arogancji lub lenistwie. Zap robi to celowo. Dla wygody. Opada na siedzenie i pozwala, by jego ciało wypełniło przestrzeń, jakby rozkazał krzesłu złożyć się pod nim, a ono go posłuchało.

Dzisiaj siedzi przy zepsutym biurku dla leworęcznych przy oknie, trzy rzędy za mną. Ma na sobie czerwoną bluzę i sztruksy z dziurami na kolanach. Nie zakrywają mu kostek, bo urósł zimą ponad dwanaście centymetrów. Okulary nadal ma zaciągnięte mgiełką, po tym jak szedł przez Willow Square w szczypiącym, lutowym mrozie.

Wiem to wszystko bez patrzenia na niego.

Reszta to dzieło mojej wyobraźni. Szok spowodowany śmiercią Lucindy Hayes ogarnia go powoli. Najpierw nie osiąga celu, zsuwa się z niego. Ale w końcu się zakorzeni. Przeniesie się z barków na kark, a potem na znamię na drugim lewym żebrze. A stamtąd we wszystkie miejsca, których nie widzę.

Szok to smutek, który nie dotarł do trzewi.

* * *

Naturalnie już wiem o śmierci Lucindy Hayes.

Dowiaduję się o tym przed szkołą, jedząc struclę odgrzaną w tosterze. Mama wyrzuca paczuszki z lukrem, żebyśmy za bardzo nie przytyły, dlatego ciasto jest skromnie brązowe i znaczą je tylko ciemniejsze ślady rusztu, na którym było opiekane.

– Siadajcie, dziewczynki – mówi mama. Strząsa papierosa do zlewu. Popiół syczy. Rankiem zmarszczki na twarzy mamy są głębokie jak kaniony.

Amy podchodzi chwiejnym krokiem do stołu i rzuca swoją gigantyczną torbę na moje krzesło. Doszła ostatnio do wniosku, że plecaki są dla dzieciaków, a nie siódmoklasistek, więc teraz taszczy do szkoły brązową torbę ze sztucznej skóry. Podręcznik do matematyki jest tak ciężki, że Amy chodzi przekrzywiona i utyka.

– Chodzi o Lucindę – ciągnie mama. – Tak mi przykro, kochanie. Ona… ona nie żyje. – Mama wzdycha w ten swój zbolały sposób (który zwykle rezerwuje dla urzędnika poczty i chorego na raka kolegi z klasy Amy).

Amy drży dolna warga. Wtem moja siostra wydaje z siebie pisk i wybucha zgrzytliwym płaczem. Teatralnie wstaje i podchodzi tyłem do przesuwnych drzwi, rozczapierza palce z pomalowanymi na różowo paznokciami i przywiera nimi do szyby jak rozgwiazda.

Mama gasi papierosa na papierowym talerzyku po pizzy, kuca w dresach obok Amy, a ta osuwa się na podłogę. Mama gładzi ją po włosach, przy okazji dyskretnie rozplątując kołtuny.

– Przykro mi, skarbie. Dzisiaj w szkole poinformują was o tym.

Mama lituje się nad Amy. Nade mną nie. Nigdy w ten sposób nie płakałam, tak gorączkowo i żałośnie. Nie staram się być dzielna albo niewzruszona. Po prostu nigdy nikogo aż tak bardzo nie lubiłam. Mama to wie. Patrzy na mnie gniewnie, a głowa Amy nadal spoczywa w zgięciu jej łokcia. Ciągnący się gil spływa z nosa Amy na piegowatą rękę mamy.

– Chryste, Jade – mówi, przenosząc wzrok na mój brzuch wystający spod koszulki Crucibles. Oprócz niej mam na sobie tylko rozpiętą wojskową parkę. – Idź włożyć jakąś normalną koszulę. Masz zaprowadzić dzisiaj siostrę do szkoły.

Pochylam się w stronę blatu i opieram łokcie na starej książce telefonicznej.

Emocje nie powinny mieć nazw. Nie wiem, dlaczego zawracamy sobie głowę ich opisywaniem, bo przecież nigdy nie są takie, jakie powinny. Możesz powiedzieć, że się cieszysz albo że masz poczucie winy, albo że czujesz do siebie wstręt. Możesz przyznać to wszystko naraz. Amy szlocha, a ja dostrzegam tylko obcą lekkość: jakby ktoś wyssał cały ciężar z moich nóg, zabrał straszne myśli z głowy, złagodził ostrość dźgającą mnie w żebra. Sama nie wiem.

Jest tak spokojnie.

* * *

– Czy ty jesteś w ogóle człowiekiem? – pyta Amy.

W oddali widać prostokąt gimnazjum Madison.

– Jestem kosmitką – odpowiadam. – Zdziwiona?

– Nawet nie jest ci smutno.

– Jest mi smutno.

– Wcale nie. Mama mówi, że masz poważne problemy z odczuwaniem empatii, panowaniem nad sobą i skłonnościami do smutku.

– Skłonnościami do sadyzmu – poprawiam ją.

– Lucinda nie żyje – ciągnie – a ty się tym nie przejmujesz.

Amy sięga po torbę, a jej kurtka w lamparci wzór rozchyla się z przodu. Nosi biustonosz w rozmiarze 70A i bez względu na to, jak się czuje, zawsze wygląda uroczo. To skutek szczęśliwego połączenia rudych włosów i milionów piegów rojących się na jej policzkach jak ziarenka piasku.

– To zupełnie popieprzone, Jade – stwierdza. Przed słowem „popieprzone” robi chwilową pauzę. – Znałyśmy ją od zawsze, a teraz nie żyje, a ty nawet nie udajesz, że jest ci smutno.

Wystawiam czubek języka przez srebrne kółeczko w wardze. Robię to wtedy, kiedy chcę, żeby ktoś przestał mówić. Zwykle działa.

Amy idzie przede mną, obejmując się rękoma; ramiona jej podrygują, gdy tłumi kolejny szloch. Zawsze była królową dramatu. Nie przyjaźniła się z Lucindą, tylko z jej siostrą Lex. Kiedy byłyśmy małe, mama zmuszała nas do cotygodniowych zabaw z innymi dzieciakami – Lex i Amy godzinami udawały księżniczki w piwnicy Hayesów, a Lucinda i ja musiałyśmy wspólnie znosić niezręczną sytuację do czasu, aż mama po nas przychodziła. Lucinda plotła bransoletki przyjaźni, a ja czytałam komiksy; celowo się ignorowałyśmy, podczas gdy nasze siostry odgrywały role. Lex i Amy były kiedyś nierozłączne, ale teraz spotykają się tylko wtedy, kiedy mama to zaaranżuje.

Zastanawiam się, jak by się czuła Amy, gdybym to ja umarła. Może czasami sypiałaby w moim łóżku. Może uszyłaby koc z moich starych koszulek i schowałaby go do pudełka, żeby pokazać go swoim dzieciom, gdy skończą szesnaście lat. A może poczułaby ulgę. Nagle uświadamiam sobie dzielące nas trzy metry, cztery rzędy płyt chodnikowych. Prawie do niej podbiegam, lecz pragnienie, żeby ją dogonić, znika tak nagle, jak się pojawiło, i zostawia po sobie tylko słabą nienawiść, pulsującą gdzieś, gdzie nie mogę dosięgnąć.

* * *

TO WSZYSTKO, CZEGO NIE MOŻESZ POWIEDZIEĆ, ŻEBY NIE WYJŚĆ NA GŁUPKA

Scenariusz Jade Dixon-Burns

PINE RIDGE DRIVE, BROOMSVILLE, KOLORADO. WCZESNY RANEK

CELLY (przygarbiona siedemnastolatka z farbowanymi włosami) i SIOSTRA (trzynastolatka będąca jej przeciwieństwem) idą do szkoły. Celly nuci skoczną, wesołą piosenkę.

SIOSTRA

Czy ty jesteś w ogóle człowiekiem?

CELLY

Jestem kosmitką. Zdziwiona?

SIOSTRA

Nawet nie jest ci smutno.

CELLY

Nie jest.

SIOSTRA

To popieprzone.

CELLY

Jak możesz twierdzić, że jest ci smutno? Przecież prawie jej nie znałaś.

SIOSTRA

Kogo obchodzi, jak dobrze ją znałam? To nie jest jakiś konkurs popularności.

CELLY

Wszystko jest konkursem popularności. Ten smutek, o którym mówisz. Wiem, jak to będzie wyglądało. Wejdziesz do szkoły i będziesz przyjmowała uściski od swoich ślicznych przyjaciółeczek. Powiesz im, jak to Lucinda pożyczyła ci kiedyś lakier do paznokci, pięć lat temu.

Siostra przyspiesza, żeby oddalić się od Celly.

CELLY

Nikt ci nie zarzuci, że wciskasz kit. Przyjaciółeczki będą się tłoczyły wokół ciebie, żeby lizać ci rany.

Siostra skręca gwałtownie za róg. Prawie biegnie. Celly woła za nią.

CELLY

(głośniej)

Będziesz się mimowolnie uśmiechać. Nauczyciele pozwolą ci nie odrobić pracy domowej. Mów dalej, że to nie jest konkurs popularności. Śmiało, siostro. Mów.

Siostra praktycznie wbiega po schodach i znika w budynku szkoły. Celly zatrzymuje się i patrzy za nią.

CELLY

(półgłosem)

Opowiedz mi o moim smutku.

* * *

Zap przykleił kiedyś mapę nieba do sufitu. Leżałam na jego łóżku i wpatrywałam się w czarne przestrzenie między gwiazdami, myśląc o tym, że jeden centymetr na plakacie oznaczał miliony kilometrów w rzeczywistości. Wyobrażałam sobie, że dryfuję w przestworzach dzięki ciągłej dostawie sztucznego tlenu. W ten sposób można było zapomnieć, że na ziemi obowiązuje skarłowaciały, sztuczny sposób bycia. Myślę o tym, kiedy staram się wyciszyć dziewczyny stojące przed lustrem; myślę o tym, jak żyłoby się bez powietrza i jak ów brak powietrza odczuwałoby się bez ludzi. Byłoby cicho.

– Podobno Zap poszedł do domu. Nic nie powiedział, tylko poszedł do domu po pierwszej lekcji.

– Na pewno jest przygnębiony.

Spuszczam wodę, żeby dać dziewczynom znać o swojej obecności. Niczego to nie zmienia. Gadają dalej jak piejące koguty i wybudzają mnie z zombicznego snu. Skupiam uwagę na postrzępionych sznurówkach ciężkich, czarnych butów, aż wreszcie drzwi się otwierają i do toalety wpadają urywki rozmów z zatłoczonego korytarza. Potem drzwi się zamykają. Zapada grobowa cisza.

Zap uwielbiał ten plakat. Najbardziej lubił konstelację Wagi, bo przypomina latawiec, co kojarzyło mu się z dzieciństwem i mieszkaniem w Paryżu. Twierdził, że pamięta Sekwanę – miał latawiec w czerwono-niebieską kratkę, który puszczał na brzegu rzeki w letnie dni. Wiele lat temu podarował mi muszlę z plaży na Lazurowym Wybrzeżu, gdzie spędzał wakacje. „Pewnego dnia pojedziemy tam”, powiedział mi. „To jest wielki świat. Zobaczysz”. Muszla jest beżowa i ma kształt ucha. Trzymałam ją kiedyś pod poduszką.

Oczywiście Zap w rzeczywistości się tak nie nazywa. Ma na imię Édouard, z akcentem na drugą sylabę. Jego rodzice są Francuzami. Oboje przeprowadzili się do Stanów w wieku osiemnastu lat. Poznali się w stowarzyszeniu francuskich licencjatów w Yale i od tamtej pory się kochają – prawdziwą miłością. W drodze z pracy do domu pan Arnaud kupuje żonie kwiaty, a czasami trzyma ją za rękę w miejscach publicznych. Matka Zapa wygląda jak jakieś leśne stworzenie, drobne i zielonookie.

Nikt nie potrafi wymówić prawidłowo „Édouard” i Zap został „Zapem” w czwartej klasie, po tym jak pewnego dnia przyszedł do szkoły przebrany za gigantyczną błyskawicę wykonaną z pudła po lodówce. To było w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym ósmym roku, tydzień po ulewnej burzy, która zabiła trzy osoby w Longmont, sąsiednim mieście. Pomalował błyskawicę na żółto i zawiesił ją sobie na szelkach. Przez cały dzień mówił „zap, zap, zap” i rozdawał cukierki. Twierdził, że jest żywiołem, ale dobrym, który zamiast krzywdzić, przynosi radość. Uznałam, że jest super. Wszyscy tak myśleli. Po szkole poszliśmy we dwoje na pole za moim domem i obserwowaliśmy, jak chmury przetaczają się w stronę gór.

Tamtego lata pani Arnaud przyniosła czekoladę w termosach, a pan Arnaud sprzęt biwakowy. Położyliśmy się w śpiworach na środku pola i patrzyliśmy na deszcz meteorów. Ostra trawa przebijała się przez nylon. Niebo zasnuwały gęste chmury i nie było widać meteorów, ale nie przejmowaliśmy się tym. Śpiwory pachniały domem Arnaudów: proszkiem do prania, bożonarodzeniowymi świecami. Leżeliśmy na plecach, a Zap recytował nieprzydatne informacje na temat kosmosu, na przykład: „Czy wiecie, że z naszego gównianego miejsca na Ziemi widać tylko pięćdziesiąt dziewięć procent powierzchni Księżyca?”.

Na myśl o Zapie robi mi się niedobrze. Pochylam się nad sedesem – mam gwałtowny odruch wymiotny. Brzmi jak wymuszony. Ktoś otwiera drzwi toalety, słyszy mnie i się wycofuje. Niczego nie zwracam.

Stojąc przy umywalce, zastanawiam się, czy nie ochlapać twarzy zimną wodą, ale jestem zbyt mocno umalowana. Rozmażę sobie czarny makijaż wokół oczu i będę wyglądać, jakbym płakała, a nie mogę dzisiaj płakać. Namalowałam grube kreski, dokładnie takie, jakich mama nie znosi.

Zazwyczaj unikam luster. Dzisiaj jednak liczę, że widok mojego ciała pomoże mi odnaleźć miejsce w nowym układzie wszechświata. Ramiona nadal mam ciastowate. Skóra wciąż jest biała. Pryszcze kwitną wszędzie, pomimo lekarstwa na receptę od mamy i comiesięcznych wizyt u dermatologa. „Przestań wyciskać”, powtarza mama, ale lubię pękanie skóry. Lubię odsłaniać czerwoną, lśniącą tkankę pod spodem.

Russ

Dlaczego zostałeś policjantem?

To się stało, kiedy był dzieckiem, odpowiada. Potworny akt przemocy. Nie chce podać szczegółów. Ludzie kiwają współczująco głowami, ale zawarte w tym geście podziw, szacunek i niezbędna dawka litości nie przynoszą Russowi satysfakcji.

W rzeczywistości Russ został policjantem, bo nie stać go było na studia i słyszał coś o korzyściach, które płyną z posiadania broni.

* * *

Russ odbiera telefon o 5:41.

Halo? – mówi.

Wargi kleją mu się od snu.

Russ, trzeszczy w słuchawce głos porucznika, mamy zwłoki.

* * *

Russ podnosi z podłogi wczorajsze bokserki. Wciąga je na siebie. Zwykle w drodze do łazienki przetacza się nad Ines – pozwala sobie na trzy sekundy znajomego ciepła, wyczucie gorącej słonej skóry pod znoszoną bawełnianą koszulą nocną. Ines nigdy się nie budzi, więc pod prysznicem Russ poświęca chwilę, by nienawidzić samego siebie, kiedy myje się tanim mydłem.

Dzisiaj Russ zsuwa się z łóżka po swojej stronie.

Mamy zwłoki. Russ jeszcze nigdy nie słyszał takich słów. To znaczy słyszał je w programach o gliniarzach. W thrillerach. No i, rzecz jasna, w wyobraźni – w trakcie rekrutacji, a potem lat nauki w miejscowej akademii policyjnej i podczas przygotowania do służby w Broomsville. To było wtedy, kiedy jego praca błyszczała jeszcze potencjałem, zanim się zorientował, że przez dziewięćdziesiąt procent czasu będzie obserwował samochody mijające go z wizgiem i nieznacznym przekroczeniem prędkości.

O 5:54 Russ siedzi już w swoim radiowozie. Radio się jąka. Jest jeszcze noc. Odrętwiałymi rękami chwyta lodowatą skórzaną kierownicę.

Przesuwa językiem po zębach. Żałuje tego. Kamień nazębny – matka wypowiadała te słowa jak przekleństwo, z kącikami ust skierowanymi do dołu w grymasie odrazy. Zapomniał umyć zęby.

* * *

O 6:03 Russ dociera na miejsce jako ostatni.

Ciało znaleziono przed szkołą podstawową. Pięć radiowozów przystanęło na środku ulicy, jakby zmyła je z chodnika apokaliptyczna powódź. Wóz strażacki i karetka pogotowia migają czerwonymi światłami po drugiej stronie skrzyżowania. Russ parkuje na rogu, a pod kołami jego auta skrzypi ugniatany śnieg. Nowa warstwa brei szpeci beton.

Fletcher, odzywa się ktoś na widok Russa. Potrzebował wielu miesięcy, żeby się przyzwyczaić do tego zwrotu. Nawet po roku służby jego umysł w pełni go nie przyswoił. Ktoś mógł wrzeszczeć Fletcher!, a Russ dalej wystukiwał na maszynie raporty, jakby nikt go nie potrzebował.

Policjanci zebrali się wokół karuzeli. Przecierają oczy, zapuchnięte po wczesnej pobudce. Stoją tu sierżant Capelli, porucznik Gonzalez, detektyw Williams oraz wszystkich pięciu funkcjonariuszy patrolujących okolicę. Tworzą zwarty krąg w samym środku czarnego poranka, rozjaśnianego na horyzoncie poświatą szarości w miejscu, w którym w końcu wyjrzy słońce.

Detektyw Williams ponagla Russa; trzyma ręce w kieszeniach i pyta, czemu jechał tu tak długo, przecież musi to zobaczyć – sprawa jest poważna, znaleźli ją w takim stanie, sam popatrz.

Ciało młodej dziewczyny. Ma piętnaście, może szesnaście lat. Pokrywa ją cienka warstewka świeżego śniegu, a jej skóra wydaje się żółta w świetle latarki technika kryminalistycznego. Krew i śnieg zamarzły w jedną bryłę z boku jej głowy (jest blondynką, o czym świadczy kilka nietkniętych kosmyków włosów). Ma skręcony kark, głowa opada na bok pod nienaturalnym kątem. Powieki ma opuszczone – zamknięto jej oczy po śmierci, myśli Russ, a czyjeś niezdarne ręce starły śnieg z jej czoła. Ma na sobie fioletową spódnicę i czarne nylonowe rajstopy przyprószone brokatem.

Russ obejrzy później zdjęcia tej dziewczyny, gdy jeszcze żyła – wyglądała jak wszystkie nastolatki, które zna. Jak dziewczyny, o których on i jego koledzy rozmyślali, kiedy trzepali konia wczesnym rankiem, nasłuchując lękliwie skrzypienia drzwi do garażu. Dziecięce biodra.

Lucinda Hayes, rzuca ktoś z tyłu.

To detektyw Williams. Kładzie włochatą dłoń na ramieniu Russa i mówi dalej: Rodzina zgłosiła jej zaginięcie wczoraj wieczorem. Rodzice usłyszeli coś na podwórku, sprawdzili, że nie ma jej w łóżku. Ciało pasuje do opisu. Musisz tu zostać z chłopakami i zabezpieczyć miejsce po tym, jak lekarz sądowy skończy oględziny. Potem przejdź się po okolicy. Zastukaj do różnych drzwi, popytaj.

To twoja pierwsza ofiara zabójstwa?

Russ nie odpowiada. Znowu patrzy na nieżyjącą dziewczynę. Nie wygląda spokojnie. Myśli o Ines i o tym, jak ona sypia, zmieniając raz po raz pozycję. Ma ich siedem, może osiem i co noc sprawdza je wszystkie, nie mogąc zdecydować, która jest wygodna. Zdaje się, że żadna.

Ciało – Lucinda Hayes – kojarzy się Russowi z jego żoną. Nie wie, jak się ułożyć. Nogi sterczą pod dziwnym kątem. Wygląda na niezadowoloną.

* * *

Russ miał zaledwie dwadzieścia jeden lat, gdy rozpoczął pracę w policji. Przez trzy lata po skończeniu liceum przesiadywał na kanapie rodziców, robiąc pompki na dywanie i czekając, aż będzie starszy. Od czasu do czasu chodził do szkoły pomaturalnej na zajęcia poświęcone walce z przestępczością, a po kolacji słuchał ojca, który przy szklaneczce szkockiej opowiadał mu o czasach własnego stażu. Sierżant wyciągał przeszkloną skrzyneczkę, w której trzymał starą odznakę i pistolet, i mówił z takim zapałem, że aż czerwieniał na twarzy. Kiedy ojciec Russa przeszedł na emeryturę, komenda policji ufundowała półmisek z wędlinami i serem oraz toast niedrogiego szampana.

Gdy nadszedł wreszcie właściwy czas, Russ zdał ze średnim wynikiem wszystkie testy: egzamin na urzędnika państwowego, egzamin pisemny i ustny, test psychologiczny i ocenę sprawności fizycznej. Potem odbył staż – dwadzieścia tygodni u boku starszego, bardziej doświadczonego funkcjonariusza.

Oddano go pod opiekę Lee Whitleya – bladego, kościstego policjanta, o którym reszta szeptała, że jest najsłabszym ogniwem komendy w Broomsville. Człowiekiem, który przez cztery lata udowodnił, że nie znaczy zupełnie nic.

* * *

Russ rzadko dopuszcza do siebie wspomnienia. Lecz w tych sporadycznych momentach zastanawia się, czy zawsze wiedział – gdzieś w ukrytych zakamarkach umysłu – kim okaże się Lee Whitley.

Spotkali się przed pokojem porucznika w pierwszym dniu stażu Russa. Był to przygnębiający poranek siedemnaście lat temu, w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym ósmym roku. Fryzury były bujniejsze, a papierosy jeszcze nie takie złe; wszyscy nosili sprane dżinsy i białe adidasy.

Lee był najchudszy. Kiedy mówił, uciekał spojrzeniem w dół i w lewo po skosie. Miał duży nos i stopy skierowane palcami do wewnątrz. Orzechowe oczy i wąskie źrenice. Z zapadniętej klatki piersiowej wydobywał się pusty dźwięk, kiedy klepnęło się w nią dla żartu.

Okej, powiedział Russ. Tylko na tyle było go stać.

Okej, rzucił w odpowiedzi Lee.

Russ klepnął go w plecy, jak mają w zwyczaju jowialni młodzi mężczyźni. Lee zakasłał. Posłał Russowi krzywy, zawadiacki uśmiech. Ścisnął papierowy kubek w dłoni i strużka kawy rozpuszczalnej pociekła mu aż do łokcia. Russ go wtedy lubił, tego wychudzonego szczeniaka usiłującego wyglądać na kogoś wielkiego, podczas gdy gorący napój spływał mu po przedramieniu.

I tak to się zaczęło – była z nich wspaniała, nieprawdopodobna para. Obaj aż nadto zdawali sobie sprawę, że ich partnerstwo od pierwszych minut zaczęło przekształcać się w coś śliskiego, wodę na drewnianej posadzce, masę o zmiennych kształtach, nad którą żaden z nich nie panował.

* * *

Kto ją znalazł? – pyta Russ jednego z policjantów na służbie.

Funkcjonariusz odpowiada, że nocny stróż. Wskazuje go zagiętym środkowym palcem. Russ podąża za nim wzrokiem, chociaż wie już, kogo zobaczy.

No jasne. Nocny stróż.

Ivan stoi z jedną dłonią wsuniętą do kieszeni uniformu. Drugą niedbale trzyma papierosa. Kiedy wypuszcza powietrze z ogromnych płuc, na zewnątrz wydobywa się gęsty obłok dwutlenku węgla i dymu nikotynowego. Żar papierosa ma jaskrawopomarańczowy odcień i migocze na tle czarnych mundurów policyjnych. Ponurego, szarego śniegu. Obecność Ivana na boisku nie dziwi Russa. Ivan pracuje na nocnej zmianie w szkole podstawowej. Ines poprosiła Russa, żeby spróbował użyć swoich wpływów. Ivanowi było tak ciężko. Więc spełnił prośbę.

Russ bardzo kocha żonę. Cichą Ines. Ale nie kocha jej brata. Tak naprawdę w głębi serca wolałby, żeby Ivan nie istniał.

Pozostawiony samotnie przy zwłokach Russ podnosi radio do ust i mówi. Mikrofon jest wyłączony. Jesteś tam? Russ mamrocze do kawałka plastiku i nie odrywa wzroku od włosów dziewczyny, zakrwawionych, słomianożółtych. Słyszysz mnie? Russ przyciska radio do spierzchniętych warg, ale nie potrafi powiedzieć nic innego. Ivan uśmiecha się szeroko i psotnie, zwalista masa testosteronu, a połyskujący bursztynowo papieros zwisa w jego dłoni jak wyzwanie.

Cameron

To ty jesteś stalkerem tej zabitej, prawda? – odezwała się do Camerona dziewczyna siedząca na odrapanym fotelu przed gabinetem dyrektora Barnesa.

– Słucham?

– Jesteś tym dzieciakiem z pierwszej klasy liceum, o którym wszyscy gadają. Śledziłeś tę zamordowaną. Zgadza się?

Głowę oparła o ścianę za fotelem, ze znużeniem, niedbale. Cameron już ją kiedyś widział. Mieszkała w okolicy i zawsze była sama. Chodziła w dżinsach z łańcuchami przy kieszeniach. Oczy malowała na czarno; miała kruczoczarne, tłuste włosy zasłaniające jedno oko i nosiła koszulkę z nazwą zespołu, którego Cameron nie znał. Koszulkę przycięto niechlujnie nad talią, by odsłaniała pięć centymetrów brzucha wylewającego się znad paska, mimo że była zima i dziewczyna pewnie marzła. Brodę i czoło miała upstrzone trądzikiem.

Dziewczyna uniosła jedną brew, patrząc na Camerona. Też chciał to potrafić, ale za każdym razem, gdy próbował, do góry automatycznie wędrowała druga brew, a nie chciał głupio wyglądać.

– Nie ma sprawy – powiedziała dziewczyna. – Tak się tylko zastanawiam. Nic mnie to nie obchodzi.

– Och – odparł Cameron.

– Ta zmarła dziewczyna i ja opiekowałyśmy się tym samym dzieciakiem.

– Lucinda.

– Nieważne. Oni łamią prawo. Nie mogą przesłuchiwać nieletniego bez zgody i obecności rodzica. Myślą sobie, że skoro w pomieszczeniu nie ma policjantów, mogą to nazwać pomocą psychologiczną, ale to bzdury, jeśli chcesz znać moje zdanie. Przyprowadzili nas tu policjanci. Według mnie to próba zastraszenia.

Pokiwała głową, zadowolona ze swego buntu. Oczy miała idealnie okrągłe. Cameron uwielbiał skośne oczy Lucindy, a te były ich przeciwieństwem: okrągłe jak kulki, szkliste.

– Jestem Jade – powiedziała. – Jak jadeit. Chodzę do przedostatniej klasy.

– Masz ładne imię.

– Upiekło mi się. – Wzruszyła ramionami. – Moja siostra ma na imię Amethyst. A ty jesteś Cameron Whitley z pierwszej klasy. Mieszkasz przecznicę od Lucindy. Wszyscy martwią się twoim zdrowiem psychicznym, bo twój ojciec jest policjantem, który…

– Proszę – przerwał jej Cameron. – Przestań.

– To się nie stało jakoś dawno temu?

Cameron żałował, że nie potrafi umiejętniej się wysławiać. Nie lubił rozmawiać z ludźmi, bo nigdy nie miał pewności, co powiedzieć. Nawet przy najprostszych pytaniach przytłaczał go szereg potencjalnych odpowiedzi – która zabrzmiałaby najlepiej, byłaby najstosowniejsza lub sprawiła, że druga osoba poczułaby się najmniej niezręcznie?

Mógł zapytać, dlaczego Jade się tak ubrała. Albo o czym myślała po przebudzeniu lub dlaczego rodzice dali jej takie imię, bo przecież było oryginalne, podobało mu się i sam chciał kiedyś dać swoim dzieciom ciekawe imiona. Mógł zapytać Jade, jaki przedmiot lubi najbardziej, chociaż wydawało mu się to głupie i banalne. Mógł zapytać, czy była kiedykolwiek zakochana, ale miał dość rozsądku, by wiedzieć, że byłby to zbyt osobisty temat.

– Bolało? – zagaił w końcu, bo Jade przyglądała mu się nieustępliwie, wyczekująco. Wskazał na cienkie, srebrne kółko w jej dolnej wardze.

– Tak, trochę.

– Och.

– Chcesz zobaczyć tatuaż?

– Jasne.

Jade wyciągnęła przed siebie lewy nadgarstek. Kontury smoka wymalowano czarnym atramentem; rozkładał skrzydła na białej skórze. Atrament falował i tańczył tam, gdzie przebiegały pod nim niebieskie żyły.

– Jest prawdziwy? – zapytał Cameron.

– Zwykle odpowiadam, że tak. Mówię to większości ludzi. Ale skoro przyglądasz mi się tak intensywnie, wyznam ci, że nie jest prawdziwy. Rysuję go codziennie rano.

Cameron nie potrafił stwierdzić, czy była to najmilsza, czy najzłośliwsza wypowiedź, jaką od kogoś usłyszał.

– A więc – podjęła na nowo – śledziłeś zabitą dziewczynę?

– Lucindę.

– Guzik mnie to obchodzi.

Cameron nie lubił określenia „śledzić”. Potrafił nazwać swój związek z Lucindą innymi słowami, ale nikt by ich nie zrozumiał. Słowami takimi jak: żywy, gorączkowy, iskrzący, przejmujący…

Drzwi gabinetu dyrektora Barnesa otworzyły się i na korytarz wyszła kobieta z włosami gładko spiętymi z tyłu głowy.

– Jade? – zapytała. – Jesteśmy gotowi.

Jade wywróciła oczami, jakby właśnie opowiedzieli sobie dowcip. Kiedy wstała, Cameron poczuł zapach szamponu winogronowego i dotarło do niego, że mógł wywrócić oczami w odpowiedzi, ale Jade już się od niego oddalała. Nie przypuszczał, że się na niego obejrzy.

* * *

Cameron zaczął się bawić w nocny posąg, gdy miał dwanaście lat. W wakacje po skończeniu szóstej klasy zauważył, że potrafi wyskoczyć z okna swojego pokoju. Mógł bezpiecznie wylądować w donicy na zewnątrz, jeżeli tylko w odpowiednim momencie ugiął kolana.

Zabawa w nocny posąg zaczęła się od Hansenów mieszkających tuż obok. Cameron godzinami stał na chodniku przed ich domem, patrząc, jak jedzą potrawy z mikrofalówki i się kłócą. Pani Hansen nawijała włosy na lokówkę jak kobieta z serialu komediowego z lat pięćdziesiątych, a pan Hansen chodził po domu w bokserkach; miał obwisłą skórę, którą zachwyciłby się Michał Anioł. Widać było jego kości. Ci ludzie zapalali wszystkie światła. Nie sposób było na nich nie patrzeć. Światło w naturalny sposób przyciąga ludzkie spojrzenie – taką informację o siatkówce Cameron przeczytał w podręczniku do anatomii.

Owego pierwszego lata Cameron przemieszczał się powoli wzdłuż Pine Ridge Drive. Jeżeli stał idealnie nieruchomo, nikt go nie widział. Cameron uwielbiał odkrywać drobiazgi: pani Hansen trzymała pana Hansena na ścisłej diecie, ale on przechowywał czekoladki w wolnowarze obok lodówki.

Pewnego razu Cameron przyglądał się, jak mieszkający obok Hansenów Thorntonowie uprawiali seks na stole w kuchni, po tym jak ich dziecko zasnęło. Początkowo wyglądało to na brutalny i niekontrolowany akt przypominający walkę psów, ale potem nabrało rytmu, niczym kołysanie łodzi. Na koniec pan Thornton zawisł nad żoną i pocałował ją powoli w czoło. W niektóre wieczory jego żona chodziła spać późno i kołysała płaczące dziecko w salonie, podczas gdy jej mąż o dwudziestej drugiej wyprowadzał na spacer kulejącego psa, przeganiając Camerona z ulicy swoją obecnością.

W oczekiwaniu na przesłuchanie Cameron wyciągnął ulubioną gumkę z kieszeni i nadawał jej różne kształty. Dostał ją od pana O., żeby z niej korzystać, kiedy musiał się rozplątać, czyli dość często. Usiłował nadać jej na udzie kształt sześcianu.

Cameron zaczął obserwować Lucindę mniej więcej w tym samym czasie, kiedy na zajęciach z panem O. przeszli do rysowania figur. Odtąd dostrzegał góry w kościach policzkowych ludzi i nogi pająków w ich rzęsach i przekładał owe kształty na różne odcienie czerni, bieli i szarości. Uwielbiał to, jak twarz Lucindy zwijała się i przetaczała.

Kiedy Cameron obserwował Lucindę, bawił się w nocny posąg. Lubił sobie wyobrażać, że jest jedną z rzeźb Michała Anioła, unieruchomioną na papierze, wykutą w danej pozie na wieki. Lecz w pewnym momencie słyszał bicie swojego serca lub nieuchronne westchnienie. Któraś z tych oczywistych oznak życia zakłócała ciszę i Cameron musiał uznać, że bez względu na to, jak spokojnie by stał, nadal istniał.

Nigdy nie wiedział, ile czasu minęło, ale w zabawie w nocny posąg nie miało to znaczenia.

Jedenastego lutego dwa tysiące czwartego, prawie rok temu, ojciec Lucindy otworzył przesuwne drzwi z tyłu domu. „Wiem, że tam jesteś”, ryknął, a jego głos przetoczył się po pustym trawniku. „Wiem, że nie chcesz zrobić nikomu krzywdy. Musisz jednak stąd odejść. Jeśli wrócisz, wezwę policję”. Cameron pobiegł do domu, na drugi koniec Pine Ridge Drive, i schował się pod kołdrą ze zniszczonym podręcznikiem do anatomii należącym niegdyś do ojca. Uczył się na pamięć funkcji ludzkiej nerki, bo wyobrażał sobie, że właśnie gdzieś w jej pobliżu organizm magazynował poczucie winy.

Miał nadzieję, że policja nie będzie go pytała o tamten wieczór na podwórku Lucindy. Cameron nie umiał kłamać, a przecież nie mógł wyjawić prawdy – powiedzieć, że fascynowali go ludzie w chwilach, w których myśleli, że nikt ich nie widzi. Nie mógł powiedzieć o szczerości życia za oknami – i o tym, że nienawidził siebie za to podglądactwo, ale nie potrafił z niego zrezygnować. Nie chciał.

* * *

Broomsville, ze swoimi niskimi pastelowymi budynkami i otwartymi przestrzeniami, miało klimat. CNN okrzyknęła je piątym najbardziej przyjaznym miejscem dla rodzin w Stanach i nikogo to nie dziwiło. Miasteczko było przerośniętym ślepym zaułkiem kwadratowych trawników zbrązowiałych od susz Kolorado. Okolica nie zadowoliłaby ludzi chcących żyć w świecie idealnym, niemniej znajdowały się tu dobre szkoły publiczne oferujące zajęcia pozalekcyjne dla tych, którzy nie dysponowali pieniędzmi. Przeciętna rodzina mieszkała w dwupiętrowym beżowym domu, takim jak dom Camerona, z trzema sypialniami i oknami z widokiem na łańcuch Front Range Gór Skalistych. Ludzie jeździli tu terenówkami, pikapami, outbackami lub trailblazerami i przyklejali do zderzaków naklejki z hasłem: „BUSH CHENEY ’04!”.

A nad tym wszystkim królowały góry. Zawsze czujne.

Powietrze w Kolorado było tak rześkie, że aż gryzło w nozdrza. Kiedyś przyjaciółka mamy ze studiów przyjechała tu z Florydy i pierwszego dnia zemdlała z powodu choroby wysokościowej. Trzeba było wezwać karetkę. Ratownik wsunął jej do nosa plastikowe rurki, żeby ułatwić oddychanie. Zdjęli jej bluzkę i biustonosz, żeby mieć lepszy dostęp do płuc, a jej nagie piersi spływały po bokach w stronę podłogi w salonie. Cameron starał się nie gapić.

Po jednym czy dwóch dniach doszła do siebie i chodzili na krótkie wycieczki po pogórzu – niewysokich wzniesieniach u podnóża Gór Skalistych. Latem Kolorado ogarniał specyficzny zapach igieł sosnowych tających po ciężkiej zimie i gorącej czerwonej ziemi zsuwającej się ze stromych zboczy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki