Wydawca: Wydawnictwo Kobiece Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Dziewczyna, która wróciła ebook

Susan Lewis  

3 (1)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 470 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziewczyna, która wróciła - Susan Lewis

Wciągający thriller psychologiczny o kobiecie gotowej pomścić śmierć córki bez względu na konsekwencje

Kiedy Jules Bright słyszy pukanie do drzwi, ostatnią osobą, której się spodziewa jest detektyw ze złymi wiadomościami. Okazuje się, że stało się coś, czego obawiała się nieustannie od trzech lat. Z więzienia zwolniono Amelię Quentin.

To dziewczyna, która zniszczyła życie Jules. Odebrała jej wszystko, co kobieta kochała. Wszyscy wiedzą, że sprawiedliwość nie została wymierzona i każdy chciałby, żeby Quentin zapłaciła za swój czyn. Co w obliczu powrotu morderczyni zrobi Jules i kto powinien bardziej się obawiać – ona czy Amelia?

__

To naładowana emocjonalnie opowieść o sprawiedliwości, zemście i szukaniu ukojenia w żałobie. – „The Parkersburg News and Sentinel”

__

O AUTORCE:

Susan LewisKiedy miała 9 lat jej mama zmarła na raka. Wówczas tata wysłał ją do szkoły z internatem. Nie chcąc tam mieszkać, mała Susan zachowywała się nieznośnie i doprowadziła do tego, ze ją wyrzucono. Powróciła do domu. Stanowczość i upór w dążeniu do tego, czego chce został w niej na zawsze. Po przekroczeniu magicznej granicy osiemnastu lat zaczęła pracować jako asystentka w „Thames”. W późniejszych latach pracowała w Hollywood, ale odkryła, że pisanie scenariuszy to nie jej powołanie. Choć robiła zakupy z Jennifer Anniston i od czasu do czasu gościła Nicholasa Cage’a, postanowiła poddać się sentymentom. Pisać powieści. Susan napisała już niemal czterdzieści książek.

Opinie o ebooku Dziewczyna, która wróciła - Susan Lewis

Fragment ebooka Dziewczyna, która wróciła - Susan Lewis

Jamesowi, ponownie i zawsze...

Nie powinna żywić takich uczuć.

Nie wobec własnej córki.

To dziecko ma zaledwie dziewięć lat, na litość boską. To niewinna, delikatna duszyczka, która próbuje znaleźć swoje miejsce w świecie. Tylko że ona ani nie wygląda na niewinną i delikatną, ani się tak nie zachowuje.

Nie była jak inne dzieci. Nie biegała, nie skakała, nie cieszyły jej dziecięce zabawy. Nie śpiewała, nie przekomarzała się i nie spała jak aniołek.

Nie patrzyła na ludzi, tylko wbijała w nich wzrok. Nie śmiała się, a jeśli już to robiła, jej śmiech brzmiał fałszywie, drażniąco, był smutny i pozbawiony humoru. Olivia nigdy nie słyszała dziewczęcego chichotu, który byłby emanacją bąbelków szczęścia czy ekscytacji w środku Amelii. Wyglądało to tak, jakby nic jej nie bawiło, jakby nic nie sprawiało przyjemności, choć często fascynowały ją różne rzeczy: owady, drobne zwierzęta, lalki, narzędzia, gadżety, zabawki innych dzieci. Zawsze chciała tego, co nie było jej, choć tym akurat nie różniła się od innych dzieci, Olivia znała takich mnóstwo.

Amelia niewiele też mówiła, przynajmniej do matki.

Gawędziła z ojcem, gdy miał dla niej czas.

Była jego oczkiem w głowie, jeśli tylko przypominał sobie o jej obecności.

Uważał, że należy jej się wszystko, byle tylko nie kolidowało to z jego zobowiązaniami.

Olivia była przekonana, że jeśli jej mąż kiedykolwiek obdarzył miłością jakąś osobę, to właśnie Amelię, choć kiedyś myślała, że kocha ją.

Ale to było bardzo dawno temu.

Zastanawiała się, dlaczego jej małżeństwo tak wygląda, dlaczego stała się ofiarą tak egoistycznego człowieka, tak otwarcie gardzącego tymi, których uważał za mało przydatnych.

Olivia nigdy nie była pewna, czy dla niego w ogóle jest przydatna.

Pod względem materialnym niczego jej nie brakowało. Mieszkali w dużym, imponującym domu tuż przy Chelsea Bridge. Miała pokoje tylko dla siebie, eleganckie auto, sporo pieniędzy i tyle wolności, ile sobie życzyła.

Miała też córkę, która była zdrowa i inteligentna, ułożona i porządna, ale brakowało jej radości i beztroski. Amelia była posępna i przebiegła.

Owszem, to prawda – posępna i przebiegła.

Olivia nigdy nikomu nie mówiła o swoich uczuciach wobec Amelii, a już zwłaszcza mężowi, Antonowi. Stwierdziłby oczywiście, że problem – o ile w ogóle jakiś istnieje, bo raczej by tego nie przyznał – leży całkowicie po jej stronie. To ona jest matką Amelii, więc to z nią dziewczynka spędza najwięcej czasu (gdy nie jest w szkole), z czego logicznie wynika, że to ona ma największy wpływ na życie córki.

Amelia była teraz w trzeciej szkole, w piątej placówce, przypomniała sobie Olivia, gdyby uwzględnić dwa przedszkola, do których wcześniej chodziła.

Amelia nie potrafiła znaleźć sobie miejsca. Inne dzieci nie lubiły jej, bały się jej albo ją bezlitośnie dręczyły. Olivia współczuła córce, że jest klasową ofiarą, i próbowała ją pocieszyć, ale Amelia nie znosiła, gdy się nad nią użalano.

Co z niej wyrośnie?

Czy zmieni się wraz z wiekiem? Zacznie rozumieć, że musi być bardziej jak inni, bo inaczej nie będą jej akceptować? Nie było sensu z nią o tym rozmawiać; po prostu wstawała i wychodziła. Albo mówiła matce, żeby się zamknęła lub żeby zostawiła ją w spokoju, bo jest zajęta.

Rodzice Antona byli zdumieni dziewczynką, choć ostatnio wszystko ich zdumiewało.

Rodzice Olivii rozstali się wiele lat temu, a ona od bardzo dawna nie widziała żadnego z nich. Nie wiedziała nawet, gdzie teraz mieszkają, choć przypuszczała, że mogłaby się tego łatwo dowiedzieć, gdyby tylko zechciała.

Czuła się tak boleśnie samotna od czasu, gdy wyszła za Antona, a nie czuła się tak, gdy była jeszcze singielką. Miała wtedy mnóstwo przyjaciół, pracowała jako sekretarka w kancelarii prawniczej, prowadziła bujne życie towarzyskie i zawsze była gotowa na nową przygodę. Anton też taki był, energiczny i elegancki, odnoszący sukcesy, romantyczny i troskliwy. Co go więc odmieniło?

Może jego nieodparty urok był jedynie udawany, a on przestał udawać, gdy tylko została jego żoną, bo nie musiał już dbać o jej dobre samopoczucie tak jak na początku znajomości.

Nie wiedziała, czy ma jakieś kobiety na boku, ale żywiła nadzieję, że tak, bo to dałoby jej solidną podstawę do odejścia, gdy nadejdzie czas.

Czy ten czas już nie nadszedł?

Nie, póki Amelia jest wciąż mała.

A więc widzisz, nie jestem aż taka zła. Naprawdę troszczę się o córkę, chcę dla niej jak najlepiej, nigdy się od niej nie odwrócę, znajdę sposób, by dotrzeć do jej serca.

Na razie Anton mógł ją wyśmiewać i poniżać, lekceważyć, a nawet bić, ale tylko do czasu, aż Amelia będzie w stanie poradzić sama sobie na świecie. Wtedy Olivia odejdzie i nigdy nie wróci.

Rozglądając się teraz za córką, dostrzegła, że stoi na górnym pokładzie jachtu i wpatruje się w nią. Bryza mierzwiła jej mysie włoski, a słońce paliło piegowate policzki.

– Posmarowałaś się kremem z filtrem? – zawołała do córki.

Amelia uniosła tubkę, zapewne, żeby pokazać, że tak.

– Idziesz popływać? – zapytała Olivia.

– Tylko z tobą.

Olivia poczuła wyrzuty sumienia.

– Wiesz, że nie mogę.

– Dlaczego nie?

– Bo nie umiem.

– To głupie.

– Owszem. – Olivia nie przyznała, że boi się wody. Gdyby to zrobiła, Amelia zapytałaby dlaczego, a na takie pytanie Olivia nie potrafiła udzielić dobrej odpowiedzi. Czy raczej takiej, która usatysfakcjonowałaby Amelię.

– Gdzie tatuś? – zapytała Amelia.

– W kabinie, śpi. Albo pracuje.

Amelia odwróciła się i parę chwil później była na pokładzie obok matki.

– Chcę, żebyś popływała – oznajmiła wprost.

– Kiedyś się nauczę – obiecała Olivia.

– Chcę, żebyś popływała teraz.

– To nie jest takie proste. Ktoś musi mnie nauczyć.

– Ja mogę cię nauczyć.

– Okej, ale nie tutaj. Jesteśmy zbyt daleko od brzegu, a ja muszę czuć dno pod stopami, na wypadek gdybym spanikowała – uśmiechnęła się, mając nadzieję, że Amelia odwzajemni się tym samym, ale nie zrobiła tego.

– Boisz się, że utoniesz? – zapytała Amelia.

– Oczywiście. To straszna śmierć.

Amelia jakby się nad tym zastanawiała, a potem nagle popchnęła matkę tak mocno, że przerzuciła ją przez reling prosto do morza.

Olivia była zbyt zaskoczona, by krzyknąć. Rozpaczliwie wymachiwała w wodzie rękami i nogami.

– Amelio! – zawołała, zachłystując się wodą. – Rzuć… rzuć mi… koło ratunkowe!

Amelia tylko ją obserwowała.

– Amelio! Proszę!

Córka odwróciła się i usiadła przy stoliku, na którym zostawiła swoją książkę.

Piętnaście minut później z kabiny na dole wyszedł jej ojciec.

– Cześć, skarbie – ziewnął, tarmosząc sobie włosy. – Wszystko okej?

Amelia pokiwała głową.

Rozejrzał się po spokojnej wodzie i odległym brzegu, wdychając świeże morskie powietrze.

– A gdzie twoja matka? – zapytał.

Amelia wzruszyła ramionami, nie przerywając lektury.

Rozdział 1

Szesnaście lat później

– Jules? Dzień dobry! Co u ciebie?

Jules Bright nie odpowiedziała. Ostatnio nie była przyzwyczajona, by niespodziewani goście dzwonili do jej drzwi. Jeśli już, to byli to zwykle pracownicy odczytujący liczniki albo młodzież zbierająca datki na szczytny cel. Zawsze była uprzejma wobec tych pierwszych i hojna wobec tych drugich, ale choć była miła, nigdy nie zapraszała nikogo do środka, jeśli tylko mogła tego uniknąć. Tak naprawdę nie sądziła, by ktokolwiek chciał wejść, nie dlatego, że by się jej bali, czy coś równie bzdurnego, tylko była pewna, że wcale nie mają ochoty wdawać się z nią w rozmowę. Nikt nigdy nie wiedział, co powiedzieć. Szczerze mówiąc, ona też nie wiedziała.

Był kiedyś czas, gdy każdego dnia mnóstwo ludzi kontaktowało się z nią w tej czy innej sprawie. Czasem tylko po to, by się pośmiać albo okazać współczucie z powodu jakichś kłopotów, podzielić się swoim sekretem, zdradzić czyjąś tajemnicę, wyrazić pełne ekscytacji przerażenie ostatnim skandalem… Jej drzwi zawsze stały otworem, jednak nie te, bo mieszkała wtedy gdzie indziej. Tam jej świat był pełen ludzi, muzyki, hałaśliwych oklasków, brzęku szkła i okrzyków na cześć drużyny, której tego dnia akurat kibicowali.

A więc kim była ta kobieta na progu jej obecnego domu, wysoka, ciemnowłosa, z oczami w kolorze morskiej zieleni, nieco skośnych, co sprawiało, że jej subtelna uroda przykuwała uwagę? Ten uśmiech sprawił, że Jules miała ochotę uśmiechnąć się w odpowiedzi, choć było w tym uśmiechu jakieś wahanie, jakby bała się, że przeszkadza, albo nie miała tak naprawdę żadnego powodu do uśmiechu.

Jules domyślała się, że powinna ją rozpoznać, to przekonanie krążyło po jej pamięci, szukając odpowiedniego obrazka, który wychynąłby z cienia, ale na razie bezowocnie.

I wtedy zupełnie znikąd przypomniała sobie, że ta kobieta nosiła kiedyś okulary w czarnych oprawkach, a włosy zwykle mocno ściągała do tyłu, jakby starała się ukryć swoją urodę, a przynajmniej ją pomniejszyć. Dziś nie miała okularów, a lśniąca lawina loków otaczała jej twarz i opadała na ramiona.

Nagle mentalna wyszukiwarka trafiła na odpowiedni link i serce Jules zamarło, a jej uśmiech jednocześnie uformował się i zgasł.

Bardzo lubiła tę kobietę; był taki czas, kiedy uważała, że to jedyna osoba, której może ufać. Tylko że gdy już było po wszystkim, nie sądziła, że ją jeszcze kiedykolwiek zobaczy. A na pewno nie tu, pukającą do jej drzwi.

– Jestem Andee – powiedziała kobieta. – Andee Lawrence.

Jules pokiwała głową. Przypomniała sobie to nazwisko, gdy tylko padło. „Detektyw Andrea Lawrence, ale proszę mówić mi Andee”. Czyżby awansowała od czasów, gdy Jules ją znała? Pewnie tak, a teraz pracowała tutaj, w Kesterly.

Dlaczego do niej przyszła?

– Dzień dobry, Andee – powiedziała cicho Jules.

– Dzień dobry. Wszystko u ciebie w porządku?

Jules wzruszyła ramionami. Nikt się nie spodziewał, że jest u niej w porządku, więc często już nawet nie udawała.

– Mogę wejść? – zapytała delikatnie Andee.

Jules się odsunęła, żeby ją przepuścić, niezdolna jeszcze do zabrania głosu, nawet gdyby miała taki zamiar. Była zbyt zdumiona, zaniepokojona i zaciekawiona. Może nawet trochę przestraszona.

Nie ma się czego bać, upomniała samą siebie, gdy prowadziła gościa do przestronnej, otwartej kuchni na tyłach budynku, który nazywała teraz swoim domem. To był nowoczesny domek jednorodzinny z trzema sypialniami, położony przy ulicy Risings, która miała kształt gitary banjo: z dwoma rzędami bliźniaków wzdłuż gryfu, drogą wiodącą pośrodku niczym struny i pięcioma odrębnymi posiadłościami tworzącymi wokół fragmentu zieleni pudło instrumentu. Jej dom leżał na godzinie dwunastej. Kontynuując porównanie do banjo, nadziemne kable telekomunikacyjne i energetyczne tworzyły dodatkowe struny, choć nie było w nich nic urokliwego. Natomiast tam, gdzie powinno być zakończenie pudła, znajdował się pośród drzew uroczy żeliwny mostek wiodący ponad strumykiem, który melodyjnie szumiąc, przepływał przez ogród z tyłu domu Jules.

Spostrzegła, że Andee Lawrence dyskretnie rozejrzała się po pokoju, i zaczęła rozważać, co też pomyślała sobie o jej skromnym nowym lokum, ze lśniącą czarno-białą kuchnią, sosnowym stołem na sześć osób i kominkiem na gaz z fałszywego marmuru z kilkoma sztucznymi drwami. Ten dom był o wiele mniejszy od poprzedniego domu Jules, nie miał żadnych historycznych zdobień, a ogródek przypominał wielkością znaczek pocztowy. Jules było jednak tutaj wygodnie. Taki dom łatwo ogarnąć, fragmenty tynku nie odpadają nagle od sufitu, jak zdarzało się w poprzednim, rury nie pękają, kawki nie zakładają gniazd w kominach i żaden chimeryczny duch nie krąży po nim przed świtem.

Jakże tęskniła za tamtym duchem! Czasem zastanawiała się nawet, czy duch za nią też, ta złośliwa mała kokietka. Teraz miała innych ludzi do straszenia, a Jules przypuszczała, że to dla niej żadna różnica.

Czy wspomniała kiedyś Andee o tym duchu?

Raczej nie. Miały wtedy inne tematy do rozmowy.

– Napijesz się herbaty? – zapytała, kierując się w stronę czajnika. – Mam przeróżne rodzaje.

– Może miętową? – zasugerowała Andee, rozpinając elegancką kremową kurteczkę ze skóry, która musiała sporo kosztować, i wieszając ją na oparciu krzesła przy stole.

Jules też miała drogie, eleganckie ubrania, ale teraz prawie ich nie nosiła. Nie bywała w takich miejscach, gdzie by się przydały. Nie żeby sobie odpuściła, tego zdecydowanie nie zamierzała robić, choć bywały chwile, że czuła się tak zniechęcona, tak pozbawiona celu czy wręcz sensu życia, że tylko z przyzwyczajenia nakładała rano makijaż i farbowała siwiznę na włosach. Wbrew jej odczuciom inni widzieli w niej atrakcyjną kobietę, wysoką, odrobinę za szczupłą, z raczej chłopięcą figurą, co sprawiało, że ubrania zwykle doskonale na niej leżały. Jej ładne, proste włosy były kruczoczarne i nosiła je luźno rozpuszczone na ramionach albo zwinięte w węzeł z tyłu głowy. Całkiem niedawno miała tryskające energią piwne oczy, otoczone gęstymi, ciemnymi rzęsami, i taką gotowość do współodczuwania i radości, że sprawiała wrażenie, jak gdyby niemal zawsze się śmiała albo współczuła, albo po prostu była zainteresowana tym, co dzieje się w danej chwili. Teraz jej oczy wyglądały inaczej – miały ten sam kolor, ale były smutniejszą, ostrożniejszą wersją siebie samych. Jeśli chodzi o wiek, to los obdarzył ją cerą, która sprawiała, że wyglądała o wiele młodziej, niż wskazywała metryka: wciąż wyglądała, jakby była przed czterdziestką, mimo tego wszystkiego, co przeżyła.

Kiedyś jej duch, jej joie de vivre, wydawały się nie do ugaszenia, niczym świeczka urodzinowa do robienia psikusów, wewnętrzny ogień, który nie przestawał płonąć…

Aż pewnego dnia zgasł.

– Dobrze wyglądasz – stwierdziła Andee, przysiadając na stołku barowym.

– Dziękuję – odpowiedziała Jules z delikatnym, ale trudnym do pomylenia akcentem z południowo-zachodniej Anglii. – Tak z ciekawości, jak mnie odnalazłaś?

– Zapytałam w pubie.

Oczywiście, to najprostszy sposób.

– Nadal pracujesz w policji? Nie podałaś mi swojego stopnia.

– Odeszłam, mniej więcej rok temu.

Ta odpowiedź zaskoczyła Jules, choć sama nie wiedziała dlaczego.

– Nigdy nie byłam do tego stworzona – przyznała Andee. – To znaczy zawsze traktowałam tę pracę z powagą i dawałam z siebie wszystko, ale… Powiedzmy, że doszłam do punktu, w którym poczułam potrzebę zmiany.

– Pewnie chciałaś odpocząć od brzydkiej strony życia?

Andee nie zaprzeczyła. Nie było po co, skoro zdaniem Jules nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby spędzić życia w konfrontacji z nienawiścią, przemocą i złem, które stanowią tak dużą część dzisiejszego świata. Nie żeby wskaźniki przestępczości były w tym mieście jakieś wyjątkowo wysokie, właściwie ludzie przeprowadzali się tutaj między innymi dlatego, by uciec z niebezpiecznych śródmiejskich dzielnic metropolii. Chociaż Kesterly-on-Sea też mogło się pochwalić własnymi mrożącymi krew w żyłach historiami. Jules przypomniała sobie, że ostatni raz słyszała coś o Andee mniej więcej rok temu, gdy jakaś nastolatka zaginęła na parkingu dla przyczep campingowych nad Paradise Cove. Śledztwo prowadziła wówczas sierżant Andee Lawrence, a więc faktycznie awansowała od czasu, gdy Jules ją poznała, i najwyraźniej przeniosła się do Kesterly.

Choć zaginioną dziewczynkę znaleziono, okoliczności sprawy były na pewno nieprzyjemne dla Andee, bowiem jej siostra zniknęła jako nastolatka i nigdy się nie odnalazła.

Wyobraźcie sobie – nigdy się nie dowiedzieć, co się stało z kimś, kogo kochaliście.

Czy to gorsze niż się dowiedzieć? Oczywiście zależy od tego, czego byście się dowiedzieli.

A więc Jules i Andee nie widziały się od ponad dwóch lat, choć Jules nie umiała sobie przypomnieć, gdzie wtedy były i jak się pożegnały. Natomiast niezwykle wyraźnie pamiętała ich pierwsze spotkanie, w Sądzie Koronnym w centrum Kesterly.

– A ty jeszcze pracujesz? – zapytała Andee, gdy Jules podała jej kubek z miętową herbatą.

Tak, Jules pracowała, ale w zupełnie innym zawodzie niż kiedyś.

– Jestem administratorką domu opieki Greensleeves, tu niedaleko, tuż przy plaży – odpowiedziała.

Andee ze zdziwieniem uniosła brwi.

Uśmiechając się z lekką ironią, Jules powiedziała:

– Mieszka tam moja matka. To praca tylko na część etatu. Większość rzeczy robię z domu. A ty? Co porabiasz po odejściu ze służby?

Andee wyglądała na nieco zmieszaną, gdy brała łyk herbaty.

– Cóż, próbowałam być mamą na pełny etat przez pewien czas, ale moje dzieci miały tego dość. Są teraz w wieku osiemnastu i szesnastu lat, więc jak łatwo odgadnąć, tylko im przeszkadzałam. Ja i ich ojciec kilka miesięcy temu wzięliśmy w końcu ślub, chyba się ucieszyły i oczywiście musiały pojechać z nami w podróż poślubną, podobnie jak nasze matki, choć udało nam się wyrwać na kilka dni tylko we dwoje do Paryża.

Jules aż zakręciło się w głowie, gdy pomyślała o trzech pokoleniach lubiących się tak bardzo, że były gotowe wyruszyć razem choćby w podróż poślubną. Jej rodzina też taka była, wszystko robili razem, wszędzie razem wyjeżdżali.

– Więc teraz się zastanawiam, czy nie zostać papugą – dokończyła Andee.

Jules natychmiast zobaczyła przed oczami barwne stado ptaków, ale szybko uświadomiła sobie, że Andee mówi o studiach prawniczych. Właściwie nadawała się na adwokata. Byłaby w tym dobra. Skrupulatna, dokładna, bezwzględna, gdy trzeba, wrażliwa, bystra, skuteczna, a przede wszystkim niezwykle uczciwa i nieprzekupna.

Zdarzali się tacy prawnicy, Jules nie miała co do tego wątpliwości, tylko że akurat ona i jej rodzina nigdy na takiego nie trafili.

– A co ze schroniskiem dla kobiet? – zapytała Andee. – Wciąż tam pomagasz?

Jules jednocześnie pokiwała i pokręciła głową.

Wydawało się, że to było tak dawno temu, kiedy założyła schronisko dla kobiet dotkniętych przemocą. Chyba dlatego, że faktycznie minęło sporo czasu. To się działo w innym życiu, gdy nie bała się ani konsekwencji, ani zbierania pieniędzy. Gdy nic sobie nie robiła z konieczności ubiegania się w radzie miejskiej o pozwolenia, a w opiece społecznej o pomoc ani z zabiegania o wsparcie finansowe, a nawet o ochronę dla kobiet i dzieci przed ich dręczycielami. Wspomnienia imprez dobroczynnych, jakie zorganizowały dla schroniska, i przedstawień dla dzieci zaczęły migotać jej przed oczami, jakby chciały przyciągnąć jej uwagę, ale szybko je od siebie odsunęła.

– Wciąż mają mnóstwo wolontariuszy, którzy pomagają – powiedziała Jules. – To cudowne, jak ludzie potrafią dawać wsparcie, zwłaszcza gdy nic za to nie otrzymują.

– Poza satysfakcją, że zrobili coś dobrego dla innych. To zawsze jest miłe.

Jules nie zaprzeczyła, choć nie kojarzyła, by kiedykolwiek zastanawiała się jakoś szczególnie nad tym, jak się czuje, pomagając innym. To było po prostu coś, co robiła, bo mogła, a zresztą kto odwróciłby się plecami, jeśli potrafiłby dokonać jakieś pozytywnej zmiany w życiu strasznie pokrzywdzonej przez los osoby albo wręcz całkowicie to życie odmienić?

Zaczęła się zastanawiać, czy pozna w końcu powód wizyty Andee. Może przyszła, żeby poprosić ją o pomoc przy jakimś nowym projekcie społecznym? Z radością pracowałaby z Andee w dowolnej sprawie, bo nie miała wątpliwości, że byłoby to coś ważnego. Tak naprawdę czuła podekscytowanie, zarówno tym, że zaangażowałaby się w coś nowego, jak i perspektywą zaprzyjaźnienia się z Andee. Od tak dawna nie miała z kim pogadać, nie miała komu się zwierzyć, z nikim nie dzieliła wspólnych celów. Poza Em, ale Em była teraz tak daleko, że Jules nie mogła już liczyć na nią jak wtedy, gdy Em mieszkała jeszcze w Kesterly.

Teraz Andee tu była, a kiedyś bardzo dobrze się dogadywały, choć tak wiele je dzieliło. Tak naprawdę były do siebie dość podobne, tyle że pochodziły z zupełnie odmiennych środowisk. Ona dorastała na cieszącym się złą sławą osiedlu Temple Fields po drugiej stronie miasta, podczas gdy Andee pochodziła z dobrej dzielnicy Londynu, gdzie jej ojciec doszedł przed emeryturą do wysokiego stanowiska w policji. Nie żeby uważała, że odmienne pochodzenie społeczne mogłoby stanowić jakiś problem dla Andee; gdy się znały, Andee nigdy nie okazywała wobec nikogo wyższości, co było raczej czymś wyjątkowym pośród osób z jej profesji. Nie, nawet jeśli Andee była doskonale wykształcona i ustosunkowana, oburzyła się tak samo jak Jules, gdy niemal trzy lata temu wymiar sprawiedliwości wydał taki, a nie inny wyrok.

Zaledwie w zeszłym tygodniu terapeutka Jules powiedziała jej, że nadszedł czas, by podjęła wysiłek i ruszyła do przodu. Choć Jules to wiedziała, rada terapeutki wywołała w niej chęć okopania się głębiej w żalu i gniewie i powiedzenia tej wstrętnej kobiecie, że nie ma pojęcia, o czym mówi, że gdyby była na jej miejscu, wiedziałaby, jaka to śmieszna, nietaktowna i nierealna sugestia. Niemniej jednak, gdy wróciła do domu, zaczęła zbierać zdjęcia i inne hołubione pamiątki i pakować je. Tyle zrobiła. Wtedy wydawało się to wielkim osiągnięciem wymagającym ogromnej siły, wyczerpującym, ale teraz, niczym anioł stróż, zjawiła się Andee, może aby pomóc jej z następnym etapem podróży?

Da radę. O cokolwiek poprosi ją Andee, zgodzi się.

– Przynoszę wieści – powiedziała Andee, a jej śliczne niebiesko-zielone oczy wpatrywały się w Jules tak, że aż poczuła, jak spina jej się ciało.

Pomyliła się. Andee nie przyszła do niej w jakiejś sprawie albo żeby się zaprzyjaźnić, przyszła tu wyłącznie z jednego powodu. Jules zapragnęła nagle, żeby Andee odeszła, zanim potwierdzą się jej najgorsze obawy.

– Zadzwonił do mnie dawny kolega – kontynuowała Andee. – Uznał, że powinnam… I zapytał, czy ci przekażę.

Choć serce Jules zaczęło mocniej bić, jego uderzenia były złe, za szybkie, za wolne, za gwałtowne, tak słabe, że mogłoby się zatrzymać ze strachu. Wiedziała, co nastąpi, a mimo to nie miała odwagi o tym pomyśleć, a co dopiero w to uwierzyć.

– Wypuszczą Amelię Quentin – powiedziała cicho Andee.

Jules poczuła w środku ogromny ucisk i pomyślała, że coś w niej pęknie. Dłoń, którą przytknęła do głowy, potem do policzka, była sztywna niczym szpon, a mimo to drżała. Wiedziała, że nie powinna być wstrząśnięta, powinna się tego spodziewać, ale że to już… Minęło tak mało czasu. Biorąc pod uwagę, co ta dziewczyna zrobiła, o wiele za mało.

– Chodź tutaj i usiądź – powiedziała łagodnym tonem Andee i wysunęła krzesło spod stołu.

Jules posłuchała jej i zapytała:

– Kiedy?

– Nie znam dokładnej daty – odpowiedziała Andee – ale na pewno w najbliższych dniach.

– I dokąd ona pójdzie?

Andee przełknęła ślinę i uciekła na ułamek sekundy wzrokiem, zanim powiedziała:

– Wydaje mi się, że wróci do Crofton Park.

Te słowa były niczym policzek. Crofton Park, jedna z kilku wiejskich rezydencji Quentinów, znajdował się mniej niż cztery mile od tej części Kesterly, na wrzosowiskach, niedaleko średniowiecznej wioski Dunster. Starsi państwo – dziadkowie Amelii, sędzia i jego żona – spędzili tam swoje ostatnie lata. Nikt z lokalnych mieszkańców ich nie lubił. „Krzyżyk na drogę!”, stwierdzili wszyscy, gdy złośliwy i skąpy starzec dołączył do swojej zmarłej żony, osoby snobistycznej, małodusznej i nieprzebierającej w słowach. Od ich śmierci rezydencja była już tylko celem weekendowych wypadów ich jedynego syna, Antona Quentina, znanego adwokata, oraz jego wyelegantowanych przyjaciół z Londynu. Prawie nigdy nie rozmawiali z sąsiadami, chyba że mieli na to ochotę z jakiegoś błahego powodu. Zazwyczaj uważali swoje towarzystwo za zbyt ekskluzywne, by choćby pomyśleć o zaangażowaniu się w kontakty z lokalną społecznością. Mieli za dużo przywilejów, za dużo pieniędzy i za dużo tytułów, a do tego prowadzili zbyt elitarne życie, o którym reszta świata – czyli zwykli prostaczkowie – mogła najwyżej poczytać w drogich magazynach z błyszczącymi okładkami albo w działach towarzyskich różnych gazet. Byli także, o czym Jules boleśnie się przekonała, tą częścią brytyjskiej wyższej klasy, która trzymała się razem za wszelką cenę, a nawet uważała, że może postępować według własnych reguł.

– Czy nie powinna najpierw trafić do domu przejściowego? – mruknęła Jules, wciąż trawiąc usłyszane wieści. – Tak się zwykle dzieje, gdy ktoś wychodzi z więzienia, prawda?

– Często, owszem – potwierdziła Andee.

Jules rzuciła na nią okiem. Oczywiście takich jak Amelia obowiązywały inne zasady. Co za głupota z jej strony, że o tym zapomniała.

Amelia Quentin miała wyjść z więzienia i wrócić do Crofton Park… Że też tej dziewczynie w ogóle przyszło do głowy, żeby tu wracać, że też w ogóle tego chce.

– Tak nie powinno być – powiedziała Jules ochrypłym głosem. – To nie w porządku.

– Wiem – odpowiedziała Andee.

– Wyrok, który otrzymała, to była farsa! Wołał o pomstę do nieba!

Andee nie zaprzeczyła.

– Jest tyle innych miejsc! – krzyknęła Jules ze złością. – Czemu wybrała akurat to?

Andee nie umiała odpowiedzieć.

– Nigdy nie powinna stamtąd wyjść – stwierdziła gwałtownie Jules. – Gdyby odbył się prawdziwy proces… A co z Deanem Foggartym? Czy on też zostanie wypuszczony?

– O nim nic nie słyszałam.

Na myśl o Deanie Jules znowu się wściekła.

– To była jedna wielka niesprawiedliwość, od początku do końca – warknęła. – Traktowali nas jak maluczkich, jak kretynów, którzy nie mają żadnego znaczenia… Dean nie powinien być tam, gdzie jest, wszyscy to wiedzą. To ona powinna za to zapłacić.

W oczach Andee widać było współczucie; to, co powiedziała podczas procesu, świadczyło, że jest tak samo oburzona obrotem sprawy.

– Jeśli ją spotkam, jeśli się do mnie zbliży… – kontynuowała Jules. Jak by postąpiła w takiej sytuacji? Wiedziała, na co miałaby ochotę.

– Na pewno tego nie zrobi.

Oddech Jules wciąż był urywany, bo starała się zapanować nad falą wściekłości, frustracji, poczuciem bezradności i głębokiej, pełnej goryczy krzywdy. Akurat gdy zbierała siły, by ruszyć dalej…

Nie da sobie rady…

– A gdzie jest Kian? – zapytała delikatnie Andee.

Jules spojrzała na nią, a jej oczy zrobiły się równie wielkie jak dziura w sercu. Po uprzejmym i pełnym zainteresowania wyrazie twarzy Andee widać było, że nie ma pojęcia o Kianie.

Andee Lawrence wyszła, zostawiając Jules samą z brutalną rzeczywistością niekończącego się koszmaru. Jules wiedziała, że gdyby Andee była w stanie w jakikolwiek sposób złagodzić wieści albo zmienić je w to, co każdy chciał usłyszeć – że Amelia Quentin nigdy nie wyjdzie z więzienia – zrobiłaby to. Ale nie miała takiej mocy. Mogła tyko przyjść tutaj w akcie altruistycznej troski, który daleko wykraczał poza jej rolę, skoro nie służyła już w policji. Miała swoje życie, nie musiała zajmować się czymś, co wydarzyło się kiedyś, gdy była jeszcze detektywem. A wtedy nawet nikt nie wyznaczył jej do sprawy rodziny Brightów; zrobiła to z czystej dobroci, a Jules nigdy tego nie zapomni.

Jules podejrzewała, że Andee jedzie teraz do domu, martwiąc się, że musiała wyjść w takiej chwili. Świadomość, że ma kogoś po swojej stronie, nieco poprawiała jej samopoczucie. Z drugiej strony chyba nie chciała teraz myśleć o Andee zbyt intensywnie, bo w jej głowie panował ponury chaos.

Zerknęła na zegar, by obliczyć, która godzina jest w Chicago, gdzie jej najlepsza przyjaciółka pracowała jako nauczycielka w pierwszej klasie, a jej amerykański mąż, Don, był dyrektorem stowarzyszenia absolwentów jednej z ekskluzywnych prywatnych szkół. Poznali się przypadkiem w Londynie, ponad dwadzieścia lat temu. Wtedy Em nie przyszłoby do głowy, że opuści kiedyś Kesterly i w ogóle Wielką Brytanię i zamieszka w Stanach. Lecz tak się właśnie stało, nawet ślub wzięła w Stanach, w domku nad jeziorem w Indianie, należącym do rodziny Dona. Od tamtej pory Jules i Kian spędzali tam niemal każde wakacje.

– Żartujesz? – wykrzyknęła Em, gdy Jules przekazała jej wiadomość o Amelii Quentin. W jej głosie słychać było dokładnie taką odrazę, jakiej oczekiwała Jules. – Jak to, do diaska, możliwe?

– Zwolnienie warunkowe. Najwyraźniej spełnia wymagania albo ktoś zadbał o to, żeby tak wyglądało. Będę musiała sprawdzić, bo nie znam się na tym, ale nie przesiedziała nawet trzech lat.

– A co z Deanem? Jego też wypuszczą?

Jules się skrzywiła, jak zazwyczaj na dźwięk jego imienia. Wiązało się z nim tyle emocji, poczucie winy, konsternacja, gniew, miłość, rozpacz… Pewnego dnia, gdy będzie w stanie spokojnie pomyśleć, może to rozgryzie.

– Nic o nim nie wiadomo – odpowiedziała. – Tylko o Amelii.

Em powiedziała z westchnieniem:

– Och, Jules. I co ty teraz zrobisz? Czy to absolutnie pewne, że ona wraca do Kesterly?

– Do Crofton Park, tak powiedziała Andee. Wystarczająco blisko.

– To dlaczego się nie spakujesz i nie przylecisz tutaj? Mogłabym ci pomóc…

– Wiesz dlaczego – przerwała jej Jules. – Pomijając wszystko inne, nie mogę tak po prostu porzucić własnej matki, nawet jeśli ledwo mnie rozpoznaje. Lubię myśleć, że nadal, na jakimś poziomie, dobrze się rozumiemy. Muszę to sobie wmawiać, bo inaczej nic nie miałoby sensu.

– Biedna Marsha. Żadnej poprawy, co?

– Ona nigdy nie nastąpi, a ja, szczerze mówiąc, czasem się z tego cieszę. Przynajmniej nie musiała przechodzić przez to wszystko co my. To by ją chyba zabiło.

– Rozumiem, co masz na myśli – zapewniła ją Em – ale słuchaj, patrzę właśnie na zegarek i muszę być w sali lekcyjnej za pół godziny. Zadzwonię do ciebie w południe, okej? Tylko powiedz mi, czy ty będziesz bezpieczna, jak ta dziewczyna wyjdzie na wolność?

Jules poczuła ucisk w żołądku i kwaśny posmak nienawiści i niepokoju.

– To ona powinna bać się mnie, a nie ja jej – oznajmiła zdecydowanie.

– Mhm… Ciebie i reszty rodziny Kiana. Kiedy to się ma stać?

– Nie znam dokładnej daty, ale ponoć niedługo.

– Stephie jest na miejscu?

– Nie, w Tajlandii.

– A Joe? Jesteś z nim w kontakcie?

– Dostałam od niego maila kilka tygodni temu. Przyjedzie tu pod koniec miesiąca, żeby rozpocząć tournée po Europie.

– Świetnie. Wspaniale, że utrzymujecie kontakt. I naprawdę miło ze strony Andee, że przyjechała i powiedziała ci o wszystkim. Zawsze ją lubiłam.

– Ja też. Nie wiedziała o Kianie.

– To dziwne. Powiedziałaś jej?

– Tak. Myślę, że to był dla niej wstrząs. Ale już cię nie zatrzymuję. Oddzwoń, jak tylko będziesz mogła.

Po rozłączeniu się Jules usiadła przed laptopem, nie bardzo wiedząc, co ma dalej robić, może poza sprawdzeniem poczty i nadgonieniem pracy. Miała świadomość, że powinna napisać do Stephie i Joego i zadzwonić do rodziny Kiana, ale tylko podeszła do okna i wyjrzała na deszcz. Na szczęście nie wystawiła prania. Miała taki zamiar, ale wtedy przyjechała Andee. Teraz była w stanie myśleć tylko o tym, co zrobi, jeśli, a raczej kiedy, spotka Amelię Quentin. Niemal widziała, niemal czuła tę dziewczynę, jak zakrada się do niej, gdy rozwiesza prześcieradła na sznurku albo wychodzi do samochodu, jak łapie ją, powala na ziemię i dźga, dźga raz za razem…

Obraz się rozmazał, gdy przeszłość wróciła w całym swoim szalonym i krwawym koszmarze.

Czuła własną dłoń zaciskającą się na rączce noża; jej ramię było napięte, jakby dokonywało szaleńczego ataku; jej serce wypełniały odraza i chęć mordu, które tłumiły wszelką naturalną dobroć i miłość…

Wyrywając się z objęć chaosu, pobiegła na górę do pokoju gościnnego i wyciągnęła pudełko, które schowała tutaj tak niedawno. Drżącymi rękami wyjęła zdjęcie Kiana trzymane dawniej przy łóżku. Dlaczego je ukryła? Nie musiała. Był jej mężem, powinna patrzeć na niego każdego dnia.

„Cześć, mój ukochany”, szepnęła, a szczupłe palce przesunęły się po łagodnej linii jego szczęki i jasnych, zmierzwionych lokach, które sprawiały, że wyglądał na skorego do zabawy zawadiakę. Śmiał się prosto do aparatu, beztroski, szczęśliwy, jakby nic nie mogło go dotknąć, jakby nikt nie miał tyle szczęścia co on.

I to właśnie powtarzał: „Bycie twoim mężem czyni ze mnie najszczęśliwszego człowieka na świecie”.

Jules usłyszała te słowa tak wyraźnie, jakby właśnie je wypowiedział. Opadały wokół niej niczym płatki kwiatów, czuła je na sobie jak orzeźwiający, wiosenny deszcz. Napełniał jej serce miłością, wyprowadzał z ciemności, wypełniał ją światłem i śmiechem, tak jak zawsze to robił, gdy się bała, gdy była smutna, zła albo zaczynała tracić nadzieję. Nigdy nie wątpiła ani w niego, ani w jego miłość, choć wiedziała, że on czasem wątpił w nią.

– Nie chciałam cię wykluczyć – szepnęła ze łzami w oczach. – Ale to właśnie robiłam, prawda?

Nigdy jej o to nie oskarżał, ale wyczuwała w nim czasami samotność i wiedziała, że coś mogłaby z nią zrobić, ale tego nie robiła. Teraz pękało jej serce za każdym razem, gdy o tym pomyślała.

– Powinnam była znaleźć czas – powiedziała ochrypłym głosem. – Gdybym tylko znalazła czas. Może wtedy to wszystko wcale by się nie wydarzyło.

Tak naprawdę nie sądziła, by to była prawda, a przynajmniej niecała, ale czasem karanie samej siebie poczuciem winy przynosiło ulgę. Jeśli to ona była odpowiedzialna, to znaczy, że miała kontrolę, a jeśli miała kontrolę, to mogła to powstrzymać…

Jej terapeutka była innego zdania. „Wiesz przecież, że to nie ma sensu”, mówiła jej, a Jules nigdy nie oponowała. Rozumiała, dlaczego terapeutka zawsze odwodzi ją od autodestrukcyjnych myśli. Na tym polegała jej praca, do tego była szkolona – na jej miejscu Jules robiłaby dokładnie to samo.

– Hej, ty – powiedziała czule, ponownie gładząc twarz Kiana.

Nadal się do niej uśmiechał, więc odwzajemniła uśmiech i nie broniła się, gdy jej umysł zabrał ją z powrotem do czasu, kiedy niemal każdy, kogo znali, uśmiechał się razem z nimi…

Rozdział 2

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 3

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 11

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 12

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 13

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 14

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 15

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 16

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 17

Dostępne w wersji pełnej

Podziekowania

Dostępne w wersji pełnej

Tyt uł ory ginału:

The Girl Who Came Back

Redaktor prowadząca: Ewelina Sokalska

Redakcja: Adrian Kyć

Korekta: Barbara Walus

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: © Alex Malikov (Shutterstock.com)

Copyright © Susan Lewis, 2016

First published as THE GIRL WHO CAME BACK by Century,

an imprint of Cornerstone Publishing. Cornerstone Publishing

is an imprint of the Penguin Random House group of companies.

Copyright © 2017 for Polish edition by Wydawnictwo Kobiece,

an imprint of ILLUMINATIO Łukasz Kierus

Copyright © for Polish translation by Daria Kuczyńska-Szymala, 2017

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2017

ISBN 978-83-65740-89-2

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: redakcja@wydawnictwokobiece.pl

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com