Wydawca: Amber Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Dziewczyna, która wiedziała za dużo ebook

Jayne Ann Krentz  

4.125 (8)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 392 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziewczyna, która wiedziała za dużo - Jayne Ann Krentz

Hollywood lat 30. Miasto marzeń, namiętności i zbrodni…


„Uciekaj!”
Te słowa widzi Anna na łóżku swojej martwej pracodawczyni. Napisane jej własną krwią...
Anna była sekretarką tej wpływowej kobiety. Znała jej sekrety… Jak widać, nie wszystkie. Takie jak zaszyfrowany notatnik, który zabiera, uciekając z Nowego Jorku.
Pod przybranym nazwiskiem Irene Glasson zaczyna pracę w plotkarskiej gazecie w Hollywood. Jest bezpieczna. Do chwili gdy w luksusowym hotelu gwiazd filmu znajduje piękną aktorkę na dnie basenu…
Oliver Ward, kiedyś iluzjonista światowej sławy, ma własne powody, by zdemaskować mordercę. Jako właściciel hotelu nie może pozwolić sobie na skandal. Nawet jeśli oznacza to, że będzie musiał zaufać Irene – fascynującej i tajemniczej kobiecie, która pojawiła się nie wiadomo skąd. Wspólne śledztwo poprowadzi ich w głąb mrocznych sekretów miasta snów...

Opinie o ebooku Dziewczyna, która wiedziała za dużo - Jayne Ann Krentz

Fragment ebooka Dziewczyna, która wiedziała za dużo - Jayne Ann Krentz

Korekta

Renata Kuk

Agnieszka Pyśk

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Kiselev Andrey Valerevich/Shutterstock

Zdjęcie autorki

© Marc von Borstel

Tytuł oryginału

The Girl Who Knew Too Much

Copyright © 2017 by Jayne Ann Krentz

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2017 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6558-2

Warszawa 2017. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. zo.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Tę książkę dedykuję mojej cudownej redaktorce Cindy Hwang

która powiedziała do mnie: „Zrób to!”

Dziękuję

Rozdział 1

Abstrakcyjny obraz na ścianie był nowy. Został namalowany świeżą krwią.

Krew była wszędzie, w całym eleganckim białym buduarze. Nasiąkła nią satyna srebrnej wieczorowej sukni i dywan, na którym leżało ciało kobiety. Białe aksamitne obicie staroświeckiego fotelika przed śliczną małą toaletką też było zbryzgane krwią.

W pierwszej chwili Anna Harris pomyślała, że trafiła w sam środek sennego koszmaru. To wszystko po prostu nie może być prawdą. Na pewno zasnęła i śni.

Ale dorastała na wiejskiej farmie. Polowała z dziadkiem na jelenie. Łowiła i patroszyła ryby. Pomagała rodzić się cielętom. Znała cykl życia i zapach śmierci.

Nie mogła jednak wyjść z tego pokoju, dopóki się nie upewni. Helen leżała na boku, twarzą do ściany. Anna przykucnęła obok jej ciała i wyciągnęła rękę, żeby poszukać pulsu. Nie było go, oczywiście.

Był za to rewolwer. Mały. Leżał na dywanie niedaleko prawej dłoni Helen. Idąc za głosem instynktu – w tej chwili z pewnością nie była w stanie jasno myśleć – Anna chwyciła broń.

I wtedy zauważyła wiadomość. Helen napisała ją własną krwią na połyskującej srebrzyście tapecie, tuż nad listwą przypodłogową. Uciekaj.

W tej chwili Anna zrozumiała, że jej idealne nowe życie, jakie od roku prowadziła, jest tylko iluzją. Rzeczywistość okazała się mroczną baśnią.

Uciekaj.

Pobiegła korytarzem do swojego ślicznego, biało-błękitnego pokoju, wyciągnęła z szafy walizkę i zaczęła wrzucać do niej ubrania. Tak jak buty i żakiet, który miała na sobie, niemal cała jej garderoba była nowa; prezent od jej hojnej chlebodawczyni. Moja osobista sekretarka nie może wyglądać tak, jakby ubierała się w sklepach z używaną odzieżą, powiedziała Helen przy kilku okazjach.

Anna dygotała tak mocno, że ledwo udało jej się domknąć walizkę i zamknąć ją na kluczyk. Z wysiłkiem podniosła ją z łóżka.

Wróciła do szafy i zdjęła z górnej półki pudełko po butach. Otworzyła je i sięgnęła po schowane w środku pieniądze. Do krachu doszło kilka lat temu, kiedy była jeszcze nastolatką. Jak wielu innych, którzy to przeżyli, nie miała jednak zaufania do banków. Swoje cenne oszczędności trzymała pod ręką, w pudełku po butach.

Zmartwiała, kiedy zajrzała do środka.

Pieniądze tam były, owszem – nawet za dużo.

Ponieważ wszystkie jej życiowe potrzeby pokrywała pracodawczyni, Anna mogła odkładać przez ubiegły rok niemal całą swoją pensję, ale z pewnością nie zaoszczędziła nawet połowy tego, co znajdowało się teraz w pudełku. Helen musiała włożyć tam dodatkowe pieniądze. Było to jedyne wyjaśnienie, choć wydawało się bez sensu.

Poza pieniędzmi był tam jeszcze mały, oprawny w skórę notatnik i list napisany na kosztownej papeterii Helen.

Droga Anno,

jeśli czytasz te słowa, znaczy to, że popełniłam największy błąd, jaki może popełnić kobieta – zakochałam się w niewłaściwym mężczyźnie. Obawiam się, że nie jestem osobą, za jaką mnie uważałaś. Przepraszam za to oszustwo. Weź notatnik, pieniądze i samochód, i uciekaj. Stawką jest Twoje życie. Wyjedź najdalej, jak będziesz mogła i zniknij. Stań się kimś innym, to Twoja jedyna nadzieja. Nikomu nie ufaj – ani policji, ani FBI. A przede wszystkim nigdy nie ufaj kochankowi.

Żałuję, że nie mogę dać Ci doskonałych referencji, na które zasługujesz. Ale dla własnego dobra nie wolno Ci nigdy przyznać się nikomu, że dla mnie pracowałaś.

Jeśli chodzi o notatnik, mogę powiedzieć Ci tylko, że jest niebezpieczny. Nie udaję, że rozumiem jego zawartość. Radziłabym Ci go zniszczyć, ale jeśli dojdzie do najgorszego, będziesz mogła wykorzystać go jako kartę przetargową.

Zawsze uważałam, że jesteśmy takie same – kobiety zdane tylko na siebie, które muszą polegać na własnym rozumie.

Życzę Ci wszystkiego najlepszego w nowym życiu. Uciekaj jak najdalej od tego domu i nigdy nie oglądaj się za siebie.

Twoja kochająca

Helen

Helen Spencer była śmiała, odważna i lubiła przygody – kobieta nowej epoki. Żyła z pasją i entuzjazmem; w ciągu ubiegłego roku Anna wsiąkła w jej szybki, olśniewający świat. Jeśli Helen uważała, że Anna musi uciekać, było pewne, że powinna uciekać.

Opróżniła pudełko do swojej sekretarskiej torby. Po chwili wahania włożyła do środka jeszcze mały rewolwer Helen. Zamknęła torebkę, chwyciła ją jedną ręką, podniosła walizkę i wybiegła na korytarz.

Przechodząc koło pokoju Helen, usiłowała nie patrzeć na ciało, ale nie potrafiła się powstrzymać.

Helen była uderzająco piękna: anielska blondynka o błyszczących błękitnych oczach. Bogata, czarująca, pełna wdzięku. Niewielkiemu gronu swoich pracowników – w tym sekretarce – płaciła bardzo dobrze. W zamian wymagała od nich wszystkich, żeby byli lojalni i absolutnie dyskretni. Dotyczyło to zwłaszcza jej drobnych, wydawałoby się, ekstrawagancji, takich jak okresy samotności i dość dziwny harmonogram podróży.

Podobnie jak inni zatrudnieni w rezydencji – kobieta w średnim wieku, pełniąca funkcję gospodyni, i kamerdyner – Anna z radością pracowała dla Helen. Było to cudowne życie, ale właśnie się skończyło.

Anna zeszła ze schodów. Zawsze wiedziała, że jej dobra passa nie będzie trwała wiecznie. Sieroty wcześnie zaczynają patrzeć na życie realistycznie.

Na parterze minęła gabinet Helen. Zajrzała do środka i zobaczyła, że drzwiczki sejfu są otwarte. Na biurku świeciła się lampa. W sejfie leżał niebieski aksamitny woreczek.

Zawahała się. Coś powiedziało jej, że musi zobaczyć, co jest w woreczku. Może pozwoli jej zrozumieć, co się tu wydarzyło tego wieczoru. Postawiła walizkę na podłodze, przeszła przez gabinet i sięgnęła do sejfu. Wzięła woreczek do ręki, rozluźniła ściągający go sznurek i wysunęła zawartość na blat biurka.

W świetle lampy błysnęły brylanty i szmaragdy. Naszyjnik był ciężki, staroświecki i wyglądał na niezwykle wartościowy. Helen miała sporo dobrej biżuterii, ale Anna była pewna, że tego naszyjnika nie widziała nigdy wcześniej. Nie był w stylu Helen. Może był jej rodzinnym dziedzictwem?

Ale bardziej palącym pytaniem było, dlaczego zabójca otworzył sejf i zostawił w nim coś tak kosztownego?

Bo szukał czegoś innego, pomyślała. Notatnika.

Wsunęła naszyjnik z powrotem do woreczka z aksamitu i włożyła go do sejfu.

Wróciła do holu, podniosła walizkę i szybko wyszła z domu. Sportowy packard coupe – Helen uparła się, żeby Anna go przyjęła – czekał na podjeździe. Wrzuciła walizkę i pudełko po butach do bagażnika, i usiadła za kierownicą. I omal nie osłabła z ulgi i wdzięczności, kiedy dobrze wyregulowany silnik odpalił od razu.

Włączyła światła, wrzuciła bieg i ruszyła długim, krętym podjazdem do bramy, i dalej, dalej od tego wielkiego domu.

Ściskała kierownicę mocno i starała się skoncentrować. Nie poznała tego wieczoru wszystkich tajemnic Helen Spencer, ale natknęła się na wystarczającą ich liczbę, żeby jedno stało się dla niej zupełnie jasne: musi zostawić Nowy Jork jak najdalej za sobą.

Wąska górska droga wiła się w dół doliny; trudna dla nieprzyzwyczajonych do niej kierowców, zwłaszcza w ciemności. Ale dziadek nauczył Annę prowadzić samochód, kiedy miała trzynaście lat, a praktykę zdobywała na kiepskich górskich drogach. Wiedziała, jak wchodzić w ostre zakręty, a tę akurat górską drogę znała bardzo dobrze. Woziła swoją pracodawczynię z jej apartamentu na Manhattanie do podmiejskiej rezydencji i z powrotem wiele razy w ciągu ubiegłego roku.

Zanim Anna została zatrudniona, wierny kamerdyner Helen, pan Bartlett, spełniał też funkcję jej szofera. Ale miał coraz słabszy wzrok. Zatrudniając Annę, Helen myślała też o nowym szoferze, ale z zachwytem odkryła, że nowa pracownica poza tym, że jest doskonałą stenotypistką, potrafi też dobrze prowadzić samochód. Oszczędzi mi to zatrudniania kolejnej osoby, powiedziała.

Helen zawsze starała się ograniczyć liczbę służby do niezbędnego minimum. Nie była skąpa – wręcz przeciwnie, prawdę mówiąc – ale jasno dawała do zrozumienia, że nie chce, żeby po jej rezydencji kręciło się zbyt wielu ludzi. Tego wieczoru Anna pojęła, że Helen tak bardzo ograniczyła liczbę osób w swoim domu, ponieważ miała sporo do ukrycia.

Byłam nieprawdopodobnie naiwna, pomyślała.

Zawsze była bardzo dumna ze swojego racjonalnego, chłodnego spojrzenia na świat. Kobiety w jej sytuacji nie stać na luksus optymizmu, nadziei i sentymentów. Na ogół uważała, że ma intuicję i potrafi dobrze oceniać ludzi. Kiedy jednak zdarzyło jej się popełnić błąd, rezultat nie był daleki od katastrofy.

Dojechała do małej, sennej wioski u podnóża góry, i skręciła na główną drogę. Zbyt zdenerwowana, żeby zdecydować, dokąd właściwie chce jechać, ruszyła po prostu przed siebie, mijając kilka maleńkich miasteczek.

Uciekaj.

Jechała tak, klucząc, przez cały kolejny dzień, zatrzymując się tylko, żeby zatankować i zjeść kanapkę. Ale wieczorem zmęczenie zmusiło ją do skorzystania z kempingu. Właściciele nie pytali o nazwisko, wystarczyło, że miała dość pieniędzy, żeby zapłacić za domek i gorący posiłek. Padła na łóżko, zapadła w niespokojny sen, i spała aż do świtu. W snach uciekała przed jakimś niewidzialnym zagrożeniem, a Helen dopingowała ją, żeby biegła szybciej.

Obudził ją zapach kawy. Kiedy jadła śniadanie, przygotowane przez obsługę kempingu, nadjechał samochód z prasą. Kupiła gazetę i rozłożyła ją, jednocześnie ze strachem i ciekawością. Wiadomość o morderstwie Helen Spencer była na pierwszej stronie.

„Śmierć bogatej bywalczyni nowojorskich salonów

Poszukiwana sekretarka

Skradziony naszyjnik znaleziony w sejfie zamordowanej”

Krew Anny zmieniła się w lód. Była teraz podejrzaną w sprawie morderstwa Helen Spencer. Wróciło do niej ostrzeżenie Helen: nikomu nie ufaj – ani policji, ani FBI, a przede wszystkim nigdy nie ufaj kochankowi.

Przynajmniej to ostatnie nie powinno być trudne, pomyślała Anna. Nie miała kochanka. Nie miała kochanka od czasu Bradleya Thorpe’a. Ten upokarzający epizod był ostatnią sprawą, w której zawiodła ją intuicja.

Cofnęła się znad krawędzi paniki. Była dumną absolwentką Gilbert School for Secretaries. Dziewczęta z Gilbert nie wpadały w panikę. Została dobrze wyszkolona w kontrolowaniu chaosu. Wiedziała, jak się ustala priorytety.

Najpierw to, co najważniejsze. Nie mogła włóczyć się dalej tam i z powrotem po Wschodnim Wybrzeżu. Sama myśl o tym, że mogłaby tak jeździć bez celu całymi tygodniami, a może nawet miesiącami, działała jej na nerwy. Poza tym pieniądze kiedyś przecież się skończą. Wcześniej czy później będzie musiała gdzieś osiąść. Złapać oddech. Znaleźć pracę. Wymyślić dla siebie jakieś nowe życie.

Nie była jedyną osobą, która spędziła tę noc na kempingu. Inni, którzy zebrali się wokół stołu, żeby zjeść śniadanie, nie mogli się już doczekać chwili, kiedy ruszą dalej. Rozmawiali swobodnie, dzielili się opowieściami z podróży. Wszystkie ich rozmowy zaczynały się tak samo: a wy dokąd jedziecie?

Odpowiedzi było wiele, ale jedna szczególnie zwróciła jej uwagę, bo wyraźnie budziła największe zainteresowanie, zachwyt i gorące potakiwania ze strony towarzystwa przy stole.

Zanim skończyła śniadanie, podjęła decyzję. Zrobi to co niezliczone rzesze innych, zmuszonych do stworzenia sobie nowego życia. Pojedzie do tej mitycznej krainy na zachodzie, gdzie pod bezchmurnym niebem migocze wielki błękitny ocean, a w ogrodach rosną drzewa pomarańczowe. Krainy, w której piękni, bogaci ludzie tworzą magię na srebrnym ekranie a w czasie wolnym angażują się w ekscytujące skandale. Krainy, w której wszyscy są zbyt zajęci tworzeniem przyszłości, żeby zauważyć, że ona nie ma przeszłości.

Usiadła za kierownicą i ruszyła na zachód.

Gdzieś po drodze wymyśliła dla siebie nowe imię i nazwisko. Irene Glasson. Pomyślała, że pasuje do Hollywood. Drogę do swojej przyszłości znalazła dokładnie tam, gdzie inni podróżni mówili, żeby jej szukać – w centrum Chicago.

Droga 66 zabierze ją aż do samej Kalifornii.

Rozdział 2

Nie udało ci się. – Graham Enright położył dłonie na stole. – Poza wykończeniem tej Spencer miałeś zdobyć notatnik.

Julian stał przed portretem w stylu art déco, wiszącym na ścianie, i oglądał go ze skupionym wyrazem twarzy konesera sztuki. Mógłby za takiego uchodzić, gdyby było to konieczne. Nie tylko otrzymał doskonałe wykształcenie, obejmujące także sztuki piękne, ale był też urodzonym aktorem.

Od świetnie ostrzyżonych jasnych włosów po modny garnitur, idealny węzeł krawata i elegancką poszetkę – cały wyglądał jak ktoś, kto w wolnym czasie grywa w polo. Jego akcent i maniery wyraźnie mówiły o starych pieniądzach ze Wschodniego Wybrzeża, i nie musiał udawać. Jego przodkowie nie przybyli wprawdzie do Ameryki na pokładzie „Mayflower”, lecz na statku, który przybił do brzegu niedługo później.

– Zakładałem, że notatnik będzie w sejfie Spencer – powiedział Julian. Wydawał się znudzony rozmową. – Wydawało mi się to logiczne, więc go otworzyłem. Zajęło mi to kilkanaście minut, jeśli już o tym mowa. Kiedy okazało się, że tego cholernego notatnika tam nie ma, przeszukałem gabinet i sypialnię. Nie byłem w stanie obejść całego domu. Jest wielki.

– Spencer miała pewnie drugi sejf, może ukryty w podłodze.

Julian zaciągnął się głęboko papierosem. Francuskim. Bardzo drogim i ekskluzywnym.

– A spodziewałeś się, że co zrobię? – spytał, nie odrywając wzroku od portretu. – Oderwę wszystkie deski podłogowe w poszukiwaniu ukrytego sejfu? Wybacz, nie jestem stolarzem. Nie zajmuję się pracami remontowymi.

– Nie powinieneś był pozbywać się Spencer, dopóki nie miałeś notatnika w ręce.

– Spencer miała rewolwer w szufladzie biurka. W pewnym momencie nabrała podejrzeń i sięgnęła po broń. Nie miałem wyboru. To nie moje wina, że nie znalazłem tego cholernego notatnika.

– Klient nie będzie zadowolony.

– To twój problem, nie mój. Ty tu rządzisz. Ja jestem tylko agentem terenowym, pamiętasz? Fakt, jestem twoim jedynym agentem, ale, tak czy inaczej, tylko wynajętym pracownikiem.

Graham zignorował prowokację.

– Enright & Enright zobowiązało się odzyskać notatnik i pozbyć się każdego, kto mógł mieć do niego dostęp. Oczekuję, że wywiążesz się z zadania do końca.

Julian się odwrócił.

– Z przyjemnością wrócę do tej sprawy, ale chcę czegoś w zamian.

Grahan z trudem zachował spokój. W tej sytuacji nie bardzo mógł się targować. Stawką była reputacja Enright & Enright.

– Czego chcesz? – zapytał.

– Awansu na wiceprezesa firmy.

Graham udał, że się namyśla. Potem krótko kiwnął głową.

– Doskonale – powiedział. – Ale będę oczekiwał rezultatów, i to szybko.

Zmysłowe usta Juliana wygiął lekki uśmiech. W zielonych jak szlachetne kamienie oczach błysnęło rozbawienie.

– Naprawdę zależy ci na tym kontrakcie, prawda?

– Chcę się z niego należycie wywiązać, tak. Klient ma bardzo głęboką kieszeń i szerokie zainteresowania. Jeśli będzie zadowolony, pojawią się szanse na wiele zleceń w przyszłości.

– Wydawało mi się, że szczególnie zależy ci właśnie na nim. Dlaczego jest taki ważny?

– Ponieważ dzięki niemu firma będzie mogła rozszerzyć działalność poza granice kraju.

To przyciągnęło uwagę Juliana, zgodnie z przewidywaniami Grahama.

– Więc ten klient działa na skalę międzynarodową? – zapytał Julian.

Graham pozwolił sobie na lekki uśmiech satysfakcji.

– W rzeczy samej.

– A o jakim rodzaju działalności rozmawiamy?

– Bardzo różnym. Czytasz gazety. Współczesny świat jest bardzo niestabilny.

Julian machnął ręką.

– To akurat nic nowego. Świat nigdy nie był stabilny. Ale aż do teraz Enright & Enright ograniczało swoje interesy do Stanów Zjednoczonych.

Graham odsunął fotel i wstał, a potem podszedł do okna. Patrzył na spektakularny widok Nowego Jorku, ale oczyma wyobraźni widział już Europę, Bliski Wschód, Rosję i dalej – aż do Dalekiego Wschodu. Chciał, żeby jego firma wykorzystała możliwości, których w przyszłości będzie w bród. To będzie jego dziedzictwo, pomyślał, dziedzictwo, które przejmie jego syn, a następnie powoła do życia kolejne pokolenia Enrightów.

Nie, żeby planował przekazanie tego dziedzictwa synowi w bliskiej przyszłości. Graham ciągle był w pełni sił, w pełni zdrowy i sprawny. Pochodził z długowiecznej rodziny. Niestety mężczyźni w jego linii nie byli zbyt płodni. Miał dwie żony – obie już nieżyjące – a udało mu się spłodzić tylko jednego dziedzica.

Firma prawnicza Enright & Enright została założona przez jego ojca, Neville’a Enrighta, w chaosie, jaki zapanował po wojnie secesyjnej. Neville rozumiał, że pragnienie pieniędzy, władzy i zemsty są formami żądzy a zatem należą do niezmiennych aspektów ludzkiej natury. Firmy, które pomagają te żądze zaspokajać, zawsze dobrze prosperują, bez względu na krachy giełdowe i wojny. Na powierzchni Enright & Enright było szanowaną spółką prawniczą, specjalizującą się w obrocie nieruchomościami sławnych i bogatych. Dodatkowo jednak zapewniało jeszcze bardzo dyskretne usługi tym, którzy nie zamierzali cofnąć się przed niczym, żeby osiągnąć swoje cele, jeśli tylko mogli nie ubrudzić sobie przy tym rąk. Enright & Enright, za wysokie stawki, chętnie wykonywało brudne zadania dla swoich klientów.

Po ostatniej wojnie, która miała być końcem wszelkich wojen, dla Grahama stało się jasne, że w przyszłości nie tylko będzie jeszcze więcej wojen, ale też jeszcze większe zapotrzebowanie na usługi w rodzaju tych, jakie świadczyło Enright & Enright. Stało się także jasne, że szybki postęp nowoczesnej technologii – coraz szybsze środki transportu i komunikacji, a także coraz skuteczniejsza broń – otworzą nowe rynki i nowe możliwości.

– Czasy się zmieniają – powiedział – i firma musi zmieniać się wraz z nimi. Żeby tak się stało, musimy dbać o klientów takich jak ten, który zlecił nam odzyskanie notatnika.

– Klient, który prowadzi międzynarodowe interesy – powtórzył cicho Julian. – Bardzo interesujące.

Nie wydawał się już znudzony. W jego głosie pojawiło się coś nowego. Oczekiwanie. Graham był zadowolony, a poza tym naprawdę mu ulżyło. Usatysfakcjonowany, odwrócił się do syna.

– Jedyny sposób, żeby zadowolić naszego klienta, to odzyskać notatnik i zlikwidować każdego, kto mógłby zdawać sobie sprawę z jego wartości – powiedział. – Masz, oczywiście, do dyspozycji wszelkie firmowe zasoby.

Julian ruszył do drzwi.

– Zajmę się tym natychmiast.

– Jeszcze chwileczkę, jeśli nie masz nic przeciw temu.

Julian zatrzymał się z ręką na klamce.

– O co chodzi?

– Zakładam, że masz jakieś pojęcie o tym, gdzie zacząć szukać?

– Owszem, prawdę mówiąc, mam – odparł Julian. – Spencer zatrudniała trzy osoby. Jedna z nich zniknęła.

Graham zesztywniał.

– Kto?

– Prywatna sekretarka, Anna Harris. Sierota, bez rodziny, i, biorąc pod uwagę jej zawód, bez większych pieniędzy, chyba że coś ukradła Spencer. Jest jedyną osobą z personelu, która uciekła, więc to prawdopodobne, że wzięła notatnik.

– Rozumiem.

– Rzecz w tym, że Anna Harris nie jest profesjonalistką jak Spencer. Nie ma pojęcia, jak zabrać się do sprzedaży rzeczy tak niebezpiecznej jak ten notatnik ani jak ukryć swoją tożsamość przed kimś, kto będzie czekał, aż wypłynie na podziemnym rynku.

– Przed kimś takim jak ty.

– Dzięki kontaktom firmy mogę trzymać rękę na pulsie. Nie martw się, Anna Harris i notatnik wypłyną na powierzchnię wcześniej czy później, a kiedy się to stanie, załatwię obie sprawy.

– Dlaczego wcześniej o tym nie wspomniałeś?

Na twarzy Juliana pojawił się uśmiech upadłego anioła.

– Bo chciałem wiedzieć, jak ważny jest dla ciebie ten kontrakt.

– Rozumiem. A dlaczego przypuszczasz, że Anna Harris zna wartość notatnika?

– Jestem pewny, że ją zna, ponieważ uciekła, nie zabierając naszyjnika, który leżał w sejfie. Musiała go zobaczyć. Biedna sekretarka mogła zostawić tak kosztowną rzecz tylko z jednego powodu: bo miała do sprzedania coś o jeszcze większej wartości.

– Racja – powiedział Graham. – Ale jestem zaskoczony, że Spencer ujawniła prawdę o notatniku swojej sekretarce.

Julian uniósł brwi.

– Naprawdę? Obaj wiemy, że wcześniej czy później sekretarki odkrywają wiele tajemnic swoich pracodawców.

– To prawda – mruknął Graham.

Tak się niefortunnie składało, że cechy dobrej sekretarki – inteligencja, talenty organizacyjne i zdolność uprzedzania potrzeb pracodawcy, zanim ten w ogóle stał się ich świadom – zwykle w końcu okazywały się też źródłem problemów.

Sam zawsze bardzo starannie wybierał doświadczone, samotne kobiety, które nie miały bliskiej rodziny ani powiązań towarzyskich. Jego obecna sekretarka była tego świetnym przykładem. Raina Kirk była po trzydziestce i była sama na świecie. W jej życiu nie było mężczyzny ani nikogo bliskiego. Kiedy nadejdzie jej czas, nie będzie żadnych problemów.

– Nie martw się – powtórzył Julian. – Anna Harris to tylko sekretarka, która uciekła z własnością swojej chlebodawczyni. W pierwszym rzędzie będzie chciała sprzedać notatnik. Ale nie będzie wiedziała, jak znaleźć nabywcę na tak egzotyczny przedmiot. Kiedy tylko wyciągnie macki, szybko się ujawni.

– Miejmy nadzieję. Jeszcze jedno.

Julian już zaczął otwierać drzwi. Westchnął trochę teatralnie i odwrócił się do ojca.

– Co tym razem?

– Czy to było absolutnie konieczne, ta jatka przy Spencer? Morderstwo dostało się na pierwsze strony gazet, bo policja uważa, że zabił ją jakiś szaleniec.

– Co odwraca ich uwagę od prawdziwego powodu jej śmierci – powiedział Julian z przesadną cierpliwością. – W tym właśnie rzecz. Teraz policja szuka wariata albo wariatki. Nie powiążą tego z notatnikiem.

Julian wyszedł do holu. Zanim zamknął za sobą drzwi, Graham widział jeszcze, jak rzucił Rainie ciepły, uwodzicielski uśmiech.

Grahan wrócił do biurka. Wyjaśnienie Juliana brzmiało racjonalnie, mógł jednak obrać jakąś mniej spektakularną metodę działania. Wypadek samochodowy albo samobójstwo też mogłyby dostać się do prasy – Helen Spencer należała do towarzystwa – ale nie wciągnęłyby we wszystko policji.

Uświadomił sobie, że tym, co go niepokoiło, było zamiłowanie Juliana do sensacji. Wyraźnie lubił ekscytację związaną z zabójstwami. Graham rozumiał to. Młodym jest się tylko raz, przypomniał sobie. Tak czy inaczej nadszedł czas, żeby Julian dojrzał i nauczył się panować nad swoją impulsywną naturą.

Graham patrzył przez chwilę na swój portret na ścianie. Artystka, Tamara de Lempicka, w pełni wykorzystała swój talent, nadając mu aurę tajemniczości i przepychu. Wyglądał niezwykle męsko, jednocześnie emanując mroczną zmysłowością. Światło zmieniło jego jasne włosy w złoto. Zielone oczy migotały jak szmaragdy. Lempicka nazwała go podczas sesji Lucyferem i próbowała go uwieść. O jej rozwiązłości krążyły legendy. Uśmiechnął się do siebie, wspominając.

Lepiej rządzić w piekle, pomyślał, zwłaszcza jeśli zarządza się tak dochodową formą Hadesu.

Rozmyślania o niebie i piekle nie wzbudzały w nim niepokoju, ponieważ nie był człowiekiem religijnym. Nie uważał się też za próżnego, choć musiał przyznać, że patrzenie na portret sprawiało mu przyjemność. Był jakieś trzydzieści lat starszy od Juliana, ale podobieństwo między nimi nie pozostawiało miejsca na żadne wątpliwości. Każdy, kto zobaczyłby Juliana obok portretu Lempickiej, natychmiast poznałby prawdę. Jaki ojciec, taki syn.

Rozdział 3

Kilka kilometrów za Chicago Irene zjechała z drogi 66, żeby spędzić kolejną noc na kolejnym anonimowym kempingu. Po kolacji, składającej się z gęstej zupy i domowych ciastek, poszła do swojego domku i wyjęła z torebki notatnik. Rzuciła na niego okiem tego wieczoru, kiedy uciekła z rezydencji, ale wtedy była zbyt skupiona na tym, żeby jak najszybciej opuścić Nowy Jork, aby przyjrzeć mu się dokładniej.

Usiadła na brzegu łóżka i obejrzała go przy świetle naftowej lampy. Na pierwszej stronie widniało nazwisko. Wypisane pewną ręką, równym pismem. Dr Thomas G. Atherton. Pod nazwiskiem był numer telefonu. Pozostałe strony były pokryte jakimś szyfrem, wypisanym tą samą ręką.

Zastanawiała się przez chwilę nad tymi dziwnymi cyframi i numerami, aż w końcu pojęła, że patrzy na jakieś naukowe notatki. Przyszło jej do głowy, że znalazła się w posiadaniu osobistego notatnika jakiegoś chemika albo matematyka. Ale to przecież nie miało sensu. Helen Spencer nigdy nie przejawiała cienia zainteresowania żadną z tych dziedzin.

O świcie obudziła się z niespokojnego snu z mocnym postanowieniem. Ucieka. Musi więc dowiedzieć się więcej o tym, przed czym ucieka.

Po śniadaniu, na które dostała jajka i tosty, zadzwoniła z budki telefonicznej na kempingu pod numer z pierwszej strony notatnika. Kobieta w centrali zażądała kilku monet.

– Co to za miejsce? – spytała Irene, wsuwając monety w szczelinę.

– New Jersey – odparła kobieta.

Chwilę później w słuchawce odezwał się elegancki damski głos.

– Laboratorium Saltwood. Z kim panią połączyć?

Irene wzięła głęboki oddech.

– Poproszę z doktorem Athertonem.

Po drugiej stronie przez chwilę panowała cisza.

– Bardzo mi przykro, ale doktora Arthertona nie ma już wśród nas.

– To znaczy, że już tam nie pracuje?

– Obawiam się, że doktor Atherton zmarł. Czy chciałaby pani porozmawiać z kimś z jego działu?

– Nie. Co się stało z doktorem Athertonem?

Recepcjonistka znowu umilkła na moment.

– Przepraszam, mówiła pani, że kto dzwoni?

– Wygląda na to, że chodzi o innego doktora Athertona – powiedziała Irene. – Przepraszam za kłopot.

Powiesiła słuchawkę i ruszyła dalej w drogę. Dwoje ludzi, którzy mieli związek z notatnikiem, nie żyło. Nie wróżyło to dobrze na przyszłość. Będzie musiała naprawdę dobrze zniknąć.

Rozdział 4

Burning Cove, Kalifornia, cztery miesiące później…

Irene zatrzymała się na krawędzi długiego basenu i spojrzała na ciało spoczywające we wdzięcznej pozie na jego dnie. Był kwadrans po północy. W wielkiej sali światła zostały już przyćmione, ale miękki blask kinkietu na najbliższej ścianie pozwalał dojrzeć włosy martwej kobiety unoszące się lekko wokół jej ładnej twarzy jak upiorna imitacja ślubnego welonu.

Irene odwróciła się od basenu. Chciała pobiec do wejścia hotelowego spa, żeby wezwać pomoc. Gdzieś w mroku skórzana podeszwa zaskrzypiała na kaflach. Irene zrozumiała, że nie jest tu sam na sam z martwą kobietą. Rozległ się cichy, krótki dźwięk i wszystkie kinkiety zgasły.

Wielka sala nagle pogrążyła się w głębokiej ciemności. Teraz jedynym światłem była widmowa poświata księżyca, który oświetlał tę część basenu, gdzie stała Irene. Równie dobrze mogłaby stać w świetle reflektora.

Jej puls przyspieszył, nagle musiała walczyć o każdy oddech. Najbliższym wyjściem ze spa był rząd oszklonych drzwi za jej plecami. Ale znajdowały się przy drugim końcu długiego basenu. Boczne drzwi, którymi tu weszła, były jeszcze dalej.

Uznała, że najlepiej zrobi, udając, że ma pełną kontrolę nad sobą i całą sytuacją.

– Doszło do wypadku – powiedziała, podnosząc głos. Miała nadzieję, że brzmi mocno i zdecydowanie. – Jakaś kobieta wpadła do wody. Musimy ją wyciągnąć. Może uda się ją jeszcze reanimować.

Było to raczej nieprawdopodobne. Gloria Maitland sprawiała wrażenie bardzo, bardzo nieżywej.

Nie było odpowiedzi. Nikt nie poruszył się w mroku.

Gdzieś w tej ciemności słychać było krople wody spadające na kafelki; słaby dźwięk niesamowitym echem odbijał się od ścian. Wilgoć w powietrzu nagle wydała jej się niemal dusząca.

Mogły być tylko dwa powody, dla których człowiek, który krył się mroku, nie chciał się ujawnić, pomyślała Irene. Pierwszym był strach przed skandalem. Hotel Burning Cove był jednym z najbardziej ekskluzywnych na Zachodnim Wybrzeżu. Położony niemal dwieście kilometrów na północ od Los Angeles, gwarantował prywatność i dyskrecję tym, których było na niego stać. Jeśli plotki nie mijały się z prawdą, wśród jego gości bywały wpływowe postacie podziemnego przestępczego świata, gwiazdy Hollywood i członkowie europejskich rodów królewskich. Kraj mógł przechodzić ciężkie chwile, ale kryzys nie sięgał ociekających luksusem wnętrz hotelu Burning Cove.

Gwiazdy i ci, którzy aspirowali do zostania gwiazdami, przybywali tu, żeby uciec przed wścibskimi spojrzeniami dziennikarzy gazet i plotkarskich magazynów. Więc, tak, możliwe, że schowany w cieniu obserwator bał się, że zostanie nakryty przy zwłokach kobiety, która niedawno utonęła. Skandal tego rodzaju z pewnością byłby skazą na dobrze rozwijającej się karierze filmowej.

Ale był też inny powód, dla którego człowiek ten nie miał ochoty wziąć udziału w bezcelowej zapewne akcji ratunkowej. Być może on – czy też ona – był bezpośrednio odpowiedzialny za śmierć kobiety leżącej na dnie basenu.

Myśl, że może próbuje właśnie wywabić zabójcę z kryjówki, wstrząsnęła Irene. Postanowiła pobiec do bocznych drzwi.

Ale czekała za długo. W ciemności rozległy się szybkie kroki, odbijające się echem od wyłożonych kaflami ścian i podłogi. Irene zdała sobie sprawę, że ten człowiek nie oddalał się od miejsca zbrodni, przeciwnie, on, czy też ona – trudno było to stwierdzić – zbliżał się do niej.

Stojąc w świetle księżyca na tle oszklonej ściany po drugiej stronie basenu, stanowiła idealny cel.

Zdjęła buty, odwróciła się błyskawicznie i rzuciła torebkę na drugi brzeg wąskiego basenu. Dorastała, przerzucając widłami siano i składając drwa na opał. Była wysoka jak na kobietę, a samotne życie, jakie prowadziła, sprawiło, że była silna i sprawna. Samotnej kobiety nie stać na luksus bycia delikatną.

Torebka wylądowała po drugiej stronie basenu z głuchym odgłosem. Irene wskoczyła do wody i zaczęła płynąć. Powinna dotrzeć na drugi brzeg w kilka sekund. Jeśli obserwator nie wskoczy za nią do wody, będzie miała duże szanse uciec. Na pewno nie zdążyłby obiec basenu dookoła, żeby przeciąć jej drogę.

Była dobrą pływaczką, ale modne szerokie spodnie natychmiast stały się ciężkie, jakby były z ołowiu. Płynęła jednak, starając się nie poddać sile ciągnącej ją w dół.

Nie po raz pierwszy skoczyła do wody całkowicie ubrana. Niedaleko farmy, na której się wychowywała, płynęła rzeka. Dziadek dopilnował, żeby nauczyła się pływać niedługo po tym, jak zaczęła chodzić.

Świadomość, że płynie nad ciałem martwej kobiety, była przerażająca, ale nie tak przerażająca jak fakt, że prawdopodobnie gonił ją właśnie jej zabójca.

Dopłynęła na drugą stronę i podciągnęła się na krawędź basenu. Wymagało to całej jej siły, Irene odkryła jednak, że strach doskonale motywuje. Z trudem podniosła się na nogi. Dysząc ciężko, odwróciła się za siebie. W ciemności nie dostrzegła nikogo, ale znowu usłyszała szybkie kroki. Tym razem oddalały się od basenu. Krótką chwilę później po drugiej stronie basenu otworzyły się drzwi, a potem znowu zamknęły.

Irene chwyciła torebkę i ruszyła do oszklonych drzwi po frontowej stronie spa. Wybiegła do zalanego światłem księżyca ogrodu. Kolejny raz uciekała z miejsca zbrodni, uciekała przed mordercą.

Akurat wtedy, kiedy zaczynała myśleć, że jej nowe życie w Kalifornii mogłoby mieć hollywoodzkie zakończenie.

Rozdział 5

Teraz, kiedy detektyw Brandon i ten policjant już się pożegnali, panno Glasson, myślę, że my dwoje powinniśmy porozmawiać na osobności – powiedział Oliver Ward.

Irene zastanawiała się przez chwilę nad tym, jaki ma wybór. Czuła niejasno, że jej pierwszy pomysł – wymyślić jakąś wymówkę i odmówić – raczej się nie uda. Była w Kalifornii od niedawna, ale nauczyła się już zawsze spodziewać niespodzianek; a Oliver Ward z pewnością należał do rodzaju bardzo niepokojących niespodzianek.

Rozejrzała się po salonie, próbując ocenić odległość między wielkim skórzanym fotelem, na którym siedziała, i frontowymi drzwiami. Może by się jej udało. Miała jedną sporą przewagę – Ward poważnie utykał. Poruszał się sztywno i powoli. Musiał podpierać się laską.

Powód tej niedyspozycji nie był tajemnicą; przeciwnie, należał do legend show-biznesu. Oliver Ward był niegdyś światowej sławy magikiem, dającym zdumiewające spektakle iluzji w największych salach Stanów Zjednoczonych, a także Europy. Ale dwa lata temu coś poszło nie tak. Ward omal nie został zabity w przedstawieniu, które okazało się jego ostatnim. Wypadek trafił na pierwsze strony gazet w całym kraju. Krew na scenie. Słynny magik ciężko raniony na oczach publiczności. Może nie przeżyć.

Pytaniem, co dokładnie poszło nie tak, prasa karmiła się przez wiele miesięcy. Na pewno wiadomo było tylko, że w broni, użytej w występie, były prawdziwe naboje. Ward stanowczo odmawiał udzielania wywiadów na ten temat. Wyszedł ze szpitala i znikł ze sceny.

Tego dnia Irene odkryła, że został hotelarzem.

W tej chwili stał po drugiej stronie pokoju przy eleganckim czarnym, lakierowanym barku, i nalewał whiskey do dwóch szklanek. Wydawał się tryskać zdrowiem, biorąc jednak pod uwagę, jak mocno utykał, Irene była niemal pewna, że dobiegłaby do drzwi przed nim.

Było jednak mało prawdopodobne, żeby udało jej się uciec z hotelu. Ward zatrudniał całą rzeszę dobrze ubranych ochroniarzy. Formalne czarno-białe uniformy, w których chodzili wieczorem, wyglądały elegancko, nie były jednak w stanie ukryć muskulatury. Nie żeby któryś z nich pojawił się w spa wtedy, kiedy akurat przydałaby jej się pomoc.

Zupełnie jak policjanci, pomyślała, nigdy ich nie ma, kiedy są potrzebni.

Porzuciła pomysł o ucieczce do drzwi.

– To był bardzo męczący wieczór – powiedziała zamiast tego, starając się wyglądać jak najżałośniej. Nie było to trudne: była ubrana w gruby hotelowy szlafrok, a na głowie miała turban z ręcznika. – Jestem wyczerpana. Jeśli nie ma pan nic przeciw temu, chciałabym wrócić do Cove Inn. Mam tam wynajęty pokój. Może porozmawiamy jutro rano?

Przy odrobinie szczęścia będzie siedziała w swoim samochodzie, wracając do LA, zanim Ward zorientuje się, że opuściła miasteczko.

– Wolałbym porozmawiać teraz – odparł.

Irene porzuciła chwyt na litość i postanowiła spróbować lodowatego oburzenia.

– Detektyw Brandon mnie nie aresztował – powiedziała. – Najprawdopodobniej dlatego, że jestem niewinna. Ma pan zamiar przetrzymywać mnie tu wbrew mojej woli? Bo jeśli tak, chciałabym panu przypomnieć, że jestem dziennikarką. Z pewnością nie chce pan skandalu większego niż ten, do którego już doszło.

W porządku, określenie „dziennikarka” było może trochę na wyrost – tak naprawdę była zaledwie asystentką w „Szeptach”, hollywoodzkim magazynie plotkarskim. Ale przyjechała do Burning Cove za zgodą swojej szefowej, żeby zdobyć materiał godny pierwszej strony – chodziło o morderstwo i skandal wokół znanego aktora, przez wielu uważanego za następnego Clarka Gablea.

Jakiś czas temu Ward wezwał swojego kierownika i głównego woźnego. Dostali oni wyraźne instrukcje: zrobić wszystko, co w ich mocy, żeby stłumić plotki i spekulacje. Ich zadaniem było przede wszystkim nie dopuszczać do hotelu dziennikarzy. Fakt, że ciało w basenie znalazła dziennikarka, czy też aspirująca dziennikarka, mógł okazać się dużym problemem dla Warda.

Można było spodziewać się pogróżek, pomyślała, Ward jednak musiał wiedzieć, że nie ma takiej siły, która zdołałaby zdusić w zarodku historię o morderstwie w hotelowym basenie. Poza tym Irene wątpiła, czy Ward zechce dolewać oliwy do ognia, każąc swoim ludziom zatrzymać ją tu siłą – w każdym razie przy świadkach. Niestety w tej chwili nie było świadków. Była sama z Oliverem Wardem w salonie jego prywatnej willi, Casa del Mar.

– Oboje wiemy, że nie sposób uniknąć przecieku do prasy – powiedział Oliver, wkładając korek z powrotem w szyjkę kryształowej karafki. – Jedyne, co mogę zrobić na tym etapie, to spróbować ograniczyć i kontrolować tę historię.

– Przynajmniej jest pan szczery co do swoich intencji. A jak zamierza pan ograniczyć i kontrolować ten skandal?

Uśmiechnął się chłodno.

– Pracuję nad tym. Może pani mogłaby mi pomóc.

– Dlaczego?

– Byłoby to w pani interesie.

Miała nadzieję, że zdobyła się na uśmiech równie zimny, jak jego.

– Grozi mi pan, panie Ward?

– Ja nigdy nie grożę. Po prostu stwierdzam fakty. Mam kilka pytań, które chciałbym pani zadać, zanim mnie pani dzisiaj opuści. – Oliver podniósł jedną ze szklanek i odwrócił się do Irene. – Proszę oszczędzić sobie wysiłku i nie rzucać się do drzwi. To prawda, nie jestem już czynnym magikiem, ale ciągle mam kilka sztuczek w zanadrzu. Nie jestem tak powolny, jak mógłbym się wydawać.

Wierzyła mu.

– Nie obchodzi mnie, że jest pan właścicielem tego hotelu, panie Ward – powiedziała. – Nie ma pan prawa przetrzymywać mnie tu jak więźnia.

– Mam nadzieję, że będzie pani uważała się za mojego gościa – odparł Oliver. Wziął laskę i przeszedł przez pokój, żeby podać jej szklaneczkę whiskey. Męski wdzięk tego gestu na moment odwrócił jej uwagę. Szklanka w jego dłoni zdawała się pojawić znikąd, z powietrza.

Podniosła na niego oczy znad szklanki, a jego spojrzenie na chwilę wytrąciło ją z równowagi. Miał oczy niezwykłej barwy – w odcieniu ciemnego bursztynu. Nie chciała przyznać, że w jego wzroku istotnie było coś hipnotyzującego, ale wyraźnie czuła siłę jego woli. Miała do czynienia z bardzo inteligentnym, doskonale opanowanym człowiekiem. Była pewna, że jeśli postawi przed sobą cel, jest bardzo trudno – jeśli nie w ogóle niemożliwe – zepchnąć go z raz obranej drogi.

Nie tylko jego oczy przyciągnęły i utrzymały jej uwagę. Nie był przystojny w taki sposób, jak aktorzy na srebrnym ekranie, ale w rysach jego twarzy była jakaś surowa siła, podobnie jak w szerokich ramionach i szczupłej postaci. Oliver Ward posiadał tę magiczną właściwość zwaną prezencją. Nic dziwnego, że potrafił rzucić czar na swoją publiczność.

W pierwszym odruchu chciała odmówić whiskey. Czuła, że powinna zachować pełną przytomność umysłu. Ale jej nerwy potrzebowały ukojenia. Wypadki w basenie mocno wytrąciły ją z równowagi.

Wzięła szklankę i upiła spory łyk alkoholu. Whiskey paliła jej przełyk, ale też przywracała siły.

Irene natychmiast jednak pożałowała, że się jej napiła, bo Oliver wyraźnie wydawał się zadowolony. Cóż, już za późno, pomyślała i upiła kolejny łyk.

Oliver wrócił do barku i wziął drugą szklankę, Podszedł do wielkiego, grubo wyściełanego fotela i usiadł na nim powoli, ostrożnie wyciągając przed siebie chorą nogę.

– Proszę powiedzieć mi jeszcze raz, jak uzyskała pani dostęp do mojego hotelu – powiedział.

– Słyszał pan, jak wyjaśniałam detektywowi Brandonowi, że panna Maitland poprosiła mnie, żebym spotkała się z nią w spa. Zostawiła moje nazwisko w recepcji. Miałam być jej gościem tego wieczoru.

– Gościem młodej kobiety, która teraz nie żyje.

– Sugeruje pan, że ja jestem za to odpowiedzialna? Detektyw Brandon był wyraźnie innego zdania.

Ale teraz już naprawdę chwytała się brzytwy. Brandon został wezwany przez szefa hotelowej ochrony. Przyjechał z policjantem z komisariatu w Burning Cove. Było oczywiste, że został wyrwany z łóżka, ale zachowywał się uprzejmie i profesjonalnie.

Niestety było też oczywiste od chwili, kiedy się pojawił, że jest dobrym znajomym Olivera Warda. Irene nie miała wątpliwości, że Brandon chętnie pomoże Wardowi zatuszować skandal. Burning Cove było małym miasteczkiem, ale wyraźnie rządziło się prawami Los Angeles – pieniądze i wpływy kontrolowały tu wszystko, łącznie z miejscową policją.

– Rozmawiałem z recepcją – powiedział Oliver. – To prawda, że panna Maitland zaprosiła tu panią dziś wieczorem, nie wspomniała jednak, że jest pani dziennikarką. Reporterzy nie są wpuszczani na teren hotelu.

– Cóż, obawiam się, że będzie pan musiał omówić to z panną Maitland.

– Która nie żyje. Ciągle wracamy do tego nieprzyjemnego faktu, prawda?

– To nie moja wina, że Gloria Maitland nie przestrzegała pańskich zasad – powiedziała Irene. – A skoro już mówimy o bezpieczeństwie, mogłoby się wydawać, że pański hotel ma z tym trochę problemów. W basenie właśnie została zamordowana kobieta. Nie stawia to pańskiej ochrony w najlepszym świetle, prawda?

– Owszem – zgodził się Oliver. – Ale fakt, że to akurat pani ją znalazła, nie stawia w najlepszym świetle pani – urwał. – Niektórzy mogliby uznać panią za główną podejrzaną.

Bez paniki, pomyślała. Na panikę będzie mnóstwo czasu później.

– Powiedziałam detektywowi Brandonowi prawdę – oznajmiła, starając się mówić pewnie. – Jestem dziennikarką. Byłam umówiona z panną Maitland na spotkanie. To ona wybrała miejsce i czas.

– Pracuje pani dla hollywoodzkiego brukowca. Nie jestem pewny, czy uprawnia to panią do nazywania się dziennikarką.

– Nie sądzę, żeby miał pan prawo prawić kazania na temat prasy brukowej. Jest pan byłym iluzjonistą, który wyrobił sobie nazwisko dzięki artykułom na pierwszych stronach takich właśnie gazet. Jestem pewna, że wówczas nie gardził pan żadnym rozgłosem.

– Obecnie jestem w innej sytuacji.

– Oboje wiemy, że pańscy goście nie przyjeżdżają tu dlatego, że pragną prywatności. Aktorzy i aktorki rezerwują tu pokoje, ponieważ chcą, żeby widziano, jak mieszkają w tak ekskluzywnym hotelu. Bogacze przyjeżdżają tu, bo chcą się otrzeć o sławnych i niesławnych. Musi pan przyznać, panie Ward, że ten hotel przyciąga ludzi właśnie dlatego, że chcą, żeby ich nazwiska znalazły się obok nazwisk gwiazd Hollywood, grubych ryb i gangsterów. Pańscy goście zrobiliby wszystko, żeby stać się tematem dla takich gazet jak „Szepty”.

Niestety, Oliver tylko skinął głową.

– To wszystko prawda – powiedział. – Z pewnością jednak rozumie pani, że nasza zasada, która nie pozwala dziennikarzom wchodzić na teren hotelu, jest częścią iluzji. Z pewnością gdybym pozwolił im się kręcić po hotelu, trudno byłoby zachować pozory ekskluzywności.

– Więc chodzi o zachowanie pozorów, tak?

– Chodzi o utrzymanie iluzji, panno Glasson.

– Czego pan ode mnie chce, panie Ward?

Oliver przez chwilę z roztargnieniem obracał w dłoni szklankę.

– Tej nocy w tajemniczych okolicznościach zginęła tu kobieta – powiedział. – Twierdzi pani, że miała z nią spotkanie w spa. Spotkanie to było umówione o dość późnej godzinie.

– Kwadrans po północy. Mnie w ogóle nie wydało się to dziwne. Wręcz przeciwnie. O tej porze pański hotel tętni życiem. Wszędzie było mnóstwo ludzi. Tańczyli, pili i z pewnością spotykali się z cudzymi żonami i kochankami w różnych pokojach i innych zakamarkach. Gloria Maitland mogła więc przypuszczać, że nikt nie zauważy, kiedy wymknie się do spa na wywiad z dziennikarką.

– Zdaje się, że ma pani dość cyniczne spojrzenie na to, co się tu dzieje.