Wydawca: Jaguar Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Dziewczyna, która chciała zbyt wiele ebook

Jennifer Echols

3.84848484848485 (99)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 265 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziewczyna, która chciała zbyt wiele - Jennifer Echols

Wszystko, czego pragnie Meg, to uciec. Uciec z rodzinnego miasteczka. Uciec ze szkoły. Uciec od przywiązanych do skrajnie nudnego życia rodziców. To dlatego pewnego dnia posuwa się za daleko. Łamie prawo i zostaje nakryta przez policję.

John ma dziewiętnaście lat. Był najlepszym uczniem w szkole. Mógł iść do collage’u. A jednak zdecydował się zostać. Przestrzegać prawa. Służyć i chronić. To dlatego nie potrafi spojrzeć przez palce na wybryk Meg i postanawia dać dziewczynie nauczkę, której szybko nie zapomni.

 

Opinie o ebooku Dziewczyna, która chciała zbyt wiele - Jennifer Echols

Fragment ebooka Dziewczyna, która chciała zbyt wiele - Jennifer Echols

Tytuł oryginału: Going Too Far

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2012

Redakcja: Urszula Przasnek

Skład i łamanie: EKART

ISBN 978-83-7686-184-5

Copyright © 2009 by Jennifer Echols

Cover design by Min Choi

Front cover photograph by Getty Images

Copyright for the Polish edition © 2012 by Wydawnictwo Jaguar

Książka dla czytelników w wieku 15 +

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. Jawna

ul. Kazimierzowska 52 lok.104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2012

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Cathy i Vicki,

które mnie namówiły

Podziękowania

Serdecznie dziękuję mojej redaktorce Jennifer Heddle, która wręcz zmuszała mnie do pisania, kiedy ogarniały mnie wątpliwości; Caren Johnson i  – jak zwykle – moim krytykom, Victorii Dahl i Catherine Chant.

1

– To najgorszy ze wszystkich pomysłów – oznajmiłam Erykowi i pociągnęłam łyk piwa. – Ale zróbmy to.

– Meg! – zawołała Tiffany, zdążyłam już jednak wysiąść z beemki Eryka. Energicznie ruszyłam przez ciemną polanę w kierunku mostu kolejowego, aż piwo chlusnęło mi pod nogi z kartonowego kubka.

Eryk dogonił mnie tuż przy moście. Chwycił dłonią za kark i zatrzymał. Spojrzeliśmy na siebie bez słowa. Kiedy powiedziałam mu, że Tiffany i Brian dołączą do nas dziś wieczorem, nie krył wściekłości. Wiedziałam dlaczego. Jeżeli nie będziemy sami, nie zrobimy tego. A jeżeli nie zrobimy, to po co się spotykać?

Teraz jednak wiedzieliśmy, że to niczego nie zmienia. Wszyscy czworo byliśmy tak pijani, że nie potrzebowaliśmy prywatności.

Spojrzałam na skąpaną w świetle księżyca twarz Eryka i jego starannie zmierzwione czarne włosy. Niezłe z niego ciacho. Podniecaliśmy się nawzajem. Wiedziałam, że już za chwilę będziemy się pieprzyć na moście kolejowym. Szkoda tylko, że niespecjalnie za sobą przepadaliśmy.

Zerknęłam na drugi koniec mostu.

– Nie jest aż tak długi, żeby te dzieciaki musiały zginąć. Mogły przecież dobiec do któregoś końca, gdy tylko usłyszały nadjeżdżający pociąg.

– Chyba nie wierzysz w tę historię – sapnął.

– Psujesz zabawę. Dlaczego więc chcesz tam wejść, skoro nie wierzysz w tę historię? To żaden wyczyn. Chyba że ty uważasz to za niebezpieczne.

– Tamtej dziewczynie po prostu utkwił but na torach – powiedział Brian, stając za nami. – Tak w każdym razie mówią. A chłopak zginął, bo wrócił, by jej pomóc.

– To takie romantyczne – zagruchała Tiffany. I chyba naprawdę tak myślała; pierwszy raz w życiu wypiła trzy piwa i w tym stanie trudno byłoby posądzać ją o ironię.

– A potem bum! – powiedziałam. – To bardzo niebezpieczne. Tak już lepiej. – Zakręciłam kubkiem, aż piwo zachlupotało. – Może na wszelki wypadek powinniśmy zdjąć buty.

Zostawiliśmy buty pod tablicą „Wstęp wzbroniony!” i w skarpetkach ruszyliśmy po podkładach kolejowych w stronę środka mostu – Eryk i ja, a za nami Tiffany z Brianem. Przez cienką bawełnę skarpetki czułam zimną, twardą powierzchnię. Z każdym pokonanym metrem powietrze również wydawało się coraz zimniejsze.

Nagle usłyszałam, że Tiffany potyka się, a potem głupawo chichocze. Brian pewnie myślał, że ta noc będzie jego. Od miesięcy męczył mnie na lekcjach matematyki, cichcem wypytując, jak wprowadzić związek z Tiffany na następny poziom. Powiedziałam, że nie jestem już z nią tak blisko. Zresztą z nikim nie byłam blisko. Ale stwierdził, że to nie ma znaczenia. Chyba myślał, że jestem ekspertką w sprawach seksu.

Czego się spodziewałam? Dobre wieści szybko się rozchodzą.

I w zasadzie dostawałam od Eryka to, czego chciałam. No i wyglądałam stosownie do swojej pozycji. Jako jedyna nastolatka w hrabstwie Shelby w stanie Alabama miałam niebieskie włosy i byłam prawdziwą specjalistką od złego zachowania. Dzisiaj wieczorem także założyłam wyzywający T-shirt z głębokim dekoltem i z napisem „Presja rówieśników”, mając nadzieję, że zachęcę w ten sposób Eryka do kolejnej seksualnej eskapady. Jakby potrzebował jakiejś zachęty. W zasadzie to sam zachęcał.

Gdy doszliśmy do środka mostu, znowu złapał mnie za szyję i podprowadził do barierki. Nie przeszkadzało mi trzymanie za szyję, ale nie cierpiałam być sterowana. Od silnego zapachu rdzy i smoły zakręciło mi się w głowie. Właśnie miałam odepchnąć rękę Eryka, gdy ta zsunęła się na mój pośladek, przyciskając mnie do barierki.

Pociągnęłam następny łyk piwa. Drugą ręką chwyciłam się zardzewiałych prętów i spojrzałam w dół, na czarną taflę rzeki, w której odbijał się blady księżyc. Na brzegu drzewa kurczowo czepiały się ścian wąwozu, a malutkie, wiosenne listki srebrzyście lśniły w świetle księżyca. Ludzie mówili, że widok z mostu jest piękny, chociaż tak naprawdę rzadko kto go oglądał. Mnie się udało.

Mogłabym powiedzieć, że teraz widziałam już wszystko – oto Brian Johnson, najlepszy uczeń w szkole, kapitan drużyny matematycznej przyciskał do barierki mostu Tiffany Hart, redaktorkę szkolnej kroniki, prymuskę mającą wygłosić mowę pożegnalną. Miał dość rozumu, by przynajmniej odstawić piwo. Ubierał się beznadziejnie – dowód na to, że rodzice nie pozwalali mu oglądać telewizji. Ona była ubrana nieźle, chociaż bardzo starannie i bez nadmiernego odsłaniania ciała. Brian przesunął dłońmi wzdłuż jej boków, ostrożnie zbliżając się do ryzykownych obszarów. Chciało mi się śmiać, bo co chwila zerkał w naszą stronę, jakby potrzebował instrukcji.

Tiffany sprawiała wrażenie, że nie dostrzega jego niezdarnych poczynań.

– Czemu te dzieciaki nie skoczyły z mostu? – spytała nagle, odrzucając z twarzy blond loki. – Czy to głupie pytanie?

Była kompletnie pijana. Zaczęłam żałować, że pozwoliłam jej i Brianowi, prawdziwie niewinnym stworzeniom, przyłączyć się do mojej dzikiej zabawy.

– Jesteśmy bardzo wysoko – powiedział Brian tonem profesora z serialu „Gilligan’s Island”1. – Uderzenie w wodę z tej wysokości byłoby jak upadek na beton.

– Uderzenie przez pociąg też jest bolesne – odpowiedziałam. – Ale dziewczynie utknął but, a chłopak nie chciał jej zostawić, więc tak czy siak utknęli.

– Mówię wam, że ta historia nie może być prawdziwa – stwierdził Eryk. – Jaki kretyn dałby się potrącić przez pociąg tylko dlatego, że jego durnej dziewczynie utknął but? – I zaraz po tych słowach, które świadczyły, że nie ma najmniejszego pojęcia, czym jest prawdziwa miłość, powrócił do całowania mojej szyi, robiąc mi przy tym malinkę.

Mimo wszystko próbowałam znajdować w tym przyjemność. Zimny, marcowy wiatr pieścił mi dekolt. Wstrząsnął mną dreszcz podniecenia. Odchyliłam głowę, jeszcze bardziej odsłaniając szyję na jego pocałunki.

Chwyciłam się go kurczowo, jakby był kołem ratunkowym, które przeniesie mnie przez trzy ostatnie miesiące liceum.

Tylko on trzymał mnie przy życiu, oprócz wycieczki do Miami podczas przerwy wiosennej od dziś za tydzień. Wiem, że to niewiele. Zamierzałam żyć przez ten tydzień na pełnych obrotach, co miało mi wystarczyć do czerwca czyli do końca roku szkolnego i przeprowadzki do Birmingham, do college’u. To zaledwie dwadzieścia minut autostradą międzystanową, ale przynajmniej nie będę tkwiła w tym miasteczku. Tymczasem miałam siedemnaście lat, chłopak chciał mnie przelecieć na moście kolejowym, a ja czułam, że żyję.

Na razie.

– Przestań. Ciiii. – Odepchnęłam Eryka od mojej szyi.

– Co jest? – spytał Brian, przekrzykując chichot Tiffany.

– Ciii. Cicho, Tiff. – Oparłam się o zardzewiałą barierkę i wychyliłam nad czarną wodę, która falowała pod wpływem wiatru, zniekształcając odbicie księżyca. Z uwagą wypatrywałam źródła cichego warkotu. – Słyszycie?

– Nie – odparł Brian.

Serce łomotało mi w piersi. Nienawidziłam być tą ostrożną, ale nic nie mogłam na to poradzić. Spojrzałam w głąb torów – nie zauważyłam przerażających świateł nadjeżdżającego pociągu. Spojrzałam w drugą stronę. Także ciemność. Postanowiłam odstawić kubek z piwem i przytknąć ucho do szyn, aby sprawdzić, jak na starych westernach, czy niosą jakikolwiek dźwięk.

Nagle poczułam strach.

Eryk znowu mnie objął i zaczął ugniatać mi cycki. Zbyt mocno.

– Jesteś zjarana – szepnął tak, by Brian i Tiffany nie słyszeli. Nawet nietrzeźwi byliby przerażeni, słysząc coś o trawce.

Minęła już wprawdzie godzina, pomyślałam, ale może to jeszcze działa. Może miałam paranoję od zioła, a w dodatku byłam pijana.

Nie wyjaśniało to jednak cichego brzęczenia w moich uszach.

Nagle polana przy moście rozbłysła niebieskimi światłami policyjnego wozu.

2

– Zejdźcie z mostu na tę stronę – dobiegła zniekształcona przez megafon komenda.

Poczułam, że Eryk sztywnieje. Na nieszczęście byliśmy bardzo do siebie podobni i dlatego przyszedł nam do głowy ten sam pomysł – natychmiast spojrzeliśmy w stronę przeciwległego krańca mostu. Ale gdybyśmy nawet uciekli glinom, zostalibyśmy bez samochodu i musielibyśmy iść wzdłuż torów do następnego miasteczka albo przez las do następnego mostu. W domu z pewnością czekałaby już na nas policja, bo Brian i Tiffany wydaliby nas, chcąc ratować swoją średnią ocen. A najgorsze, że tata powiedziałby, że bardzo zdenerwowałam mamę, bo pozwoliłam jej myśleć, że zostałam porwana, a nie tylko aresztowana.

Poza tym musiałam zostać z Tiffany. Co prawda nie ja wpakowałam ją w kłopoty, bo to ona przyszła do mnie, prosząc się o nie. Z drugiej jednak strony nie miałaby ich, gdybym się nie zgodziła. A Brian na pewno ją oleje. Już posłuchał polecenia glin i ruszył po podkładach kolejowych, zostawiając Tiffany przy zimnej, metalowej barierce. Pewnie liczył na to, że zwolnią go za dobre zachowanie. Nie oczekiwałam wsparcia ze strony Eryka, ale po Brianie spodziewałam się czegoś więcej.

Wyjęłam z drżącej dłoni Tiffany kubek z piwem i odstawiłam go wraz z moim na drewniany podkład. Gliniarz pewnie i tak już podejrzewał, że piliśmy, ale głupio byłoby iść ostentacyjnie z piwem w ręku. Objęłam ją ramieniem.

– Chodź.

– O Boże, o Boże, o Boże, o Boże.

Poszłyśmy za Erykiem. Nagle Tiffany wyciągnęła z kieszeni komórkę i wcisnęła klawisz.

– Do kogo dzwonisz? Do swojego adwokata? – Pomyślałam, że mały żarcik może ją rozweseli.

Nie tym razem.

– O Boże! – wykrzyknęła. – Mamo – zapiszczała do słuchawki. – Nic mi nie jest, wszystko w porządku, ale mam problem. Musisz przyjechać na posterunek policji zabrać mnie stamtąd.

– Tiffany, wyłącz telefon – rozległ się metaliczny głos.

Natychmiast wcisnęła czerwoną słuchawkę, jak ktoś, kto przywykł do wykonywania rozkazów.

– O Boże! – wrzasnęła. – On mnie zna!

To było nieco dziwne, ale nie niemożliwe. W końcu mieszkaliśmy w małym miasteczku i najprawdopodobniej chodziłyśmy do szkoły z córką tego gliniarza.

– I tak by się dowiedział, kim jesteś, gdyby tylko zajrzał w twoje prawo jazdy – powiedziałam. – Co to za różnica?

– On powie moim rodzicom!

Bardzo prawdopodobne. Już miałam jej przypomnieć, że przecież sama zadzwoniła do rodziców, ale w tym właśnie momencie Brian doszedł do końca mostu.

Z mroku wyszedł umięśniony gliniarz z wojskową fryzurą. Doskonale było go teraz widać w świetle księżyca i kręcącego się koguta policyjnego. Ten podstępny drań musiał przyjechać z wyłączonymi światłami.

Gliniarz powiedział coś do Briana, ten spuścił głowę i bez słowa wyciągnął rękę, pozwalając się przykuć do balustrady mostu. Następnie posłusznie rozstawił nogi i pozwolił się przeszukać. Cholera, pewnie poddałby się rewizji osobistej, gdyby tamten tylko zażądał.

Teraz do końca mostu dotarł Eryk. Miał metr dziewięćdziesiąt wzrostu, więc gliniarz nie wydawał się przy nim tak wielki, ale Eryk był chudy, a gliniarz zbudowany jak Matt Damon.

Eryk także pozwolił się przykuć do balustrady i przeszukać, jednak w odróżnieniu od Briana, cały czas rzucał obelgami, jakby znał gliniarza. Bardzo możliwe, biorąc pod uwagę to, co Eryk ostatnio wyczyniał. Zresztą Eryka wszyscy znali, ponieważ jego tatuś był wziętym adwokatem.

Pomogłam Tiffany usiąść na torach i założyłyśmy buty. Gliniarz stał tyłem do nas, więc nie słyszałam, co mówi. Ale usłyszałam kłamiącego Eryka:

– Nie jestem na haju. Myślisz, że ktokolwiek w mieście chciałby mi coś sprzedać? Bóg wie, że próbowałem. – A potem dodał: – Przyjście tutaj to był pomysł mojej dziewczyny.

– Dzięki, dupku! – krzyknęłam, unosząc kciuki do góry.

– Dobrze, że rycerskość jeszcze nie umarła.

– Przecież to był twój pomysł – przypomniała mu Tiffany. Spojrzała na mnie, mrużąc oczy. – Prawda?

– Nie rozmawiajcie ze sobą. – Gliniarz ciągle mówił jak przez megafon, spokojnie i chłodno, z wyraźną groźbą w głosie. Potem wskazał palcem na Tiffany. – Teraz twoja kolej.

– O Boże. – Tiffany wstała i podeszła do gliniarza. Obserwowałam ją na wypadek, gdyby się zachwiała i musiałabym ją podeprzeć. Przynajmniej spróbowałabym, bo sama ledwo trzymałam się na nogach.

Obserwowałam również, czy gliniarz nie jest jakimś zboczeńcem, ale ani jej nie przeszukał, ani nie przykuł do balustrady. Po prostu skuł jej ręce za plecami, potem chwycił za łokieć, poprowadził do radiowozu i posadził na tylnym siedzeniu. Zapiął pas bezpieczeństwa i zamknął drzwi. Tiffany cały czas zawodziła cicho: „O Boże, o Boże”.

Wreszcie przyszła kolej na mnie.

Znowu usłyszałam ciche brzęczenie. A może ono w ogóle się nie skończyło.

Eryk i Brian nagle się zaniepokoili.

– Ona ma mały problem. Źle znosi ograniczenie ruchu – wyjaśnił Eryk gliniarzowi. – Coś o tym wiem.

– To dobry powód, żeby nie pić alkoholu, gdy się jest niepełnoletnim i nie naruszać własności miasta – odpowiedział gliniarz, podchodząc do mnie.

– Ona naprawdę ma z tym problem, panie władzo – wtrącił Brian. – Ja nie próbowałem, ale w dziewiątej klasie doszło do wypadku.

Zastanawiałam się, czy Brian miał na myśli ten przypadek, gdy nie mogłam odwiązać nogi od nogi Julii Meadows po biegu trójnożnym na wuefie, czy też drugi, gdy Todd Pemberton uwięził mnie między piętrami w windzie dla niepełnosprawnych.

– Wstań – polecił gliniarz.

– Jeżeli ona będzie się opierać, nie chcę mieć z tego powodu problemów – stwierdził Eryk. – Pamiętaj, że cię uprzedzałem.

Jego słowa nie zrobiły na gliniarzu żadnego wrażenia. Wstałam powoli. Trzęsłam się bardziej niż Tiffany. Coś złego miało się wydarzyć. Zamierzał mnie skuć. A może złamię się i zacznę go błagać, żeby tego nie robił.

– Odwróć się.

Z mocno walącym sercem stanęłam twarzą do wozu policyjnego.

Gliniarz stanął za mną i złapał mnie za rękę w nadgarstku.

– Musisz zobaczyć, jak to jest – powiedział, a ja poczułam jego ciepły oddech na szyi.

– Wiem, jak to jest – szepnęłam.

– Nie sądzę. – Kajdanki otworzyły się z metalicznym brzękiem.

– Niech pan posłucha – powiedziałam nerwowo. Z lasu wyłoniły się kolejne niebieskie światła i na polanę wjechał drugi radiowóz. Może przyjazd posiłków odciągnie tego sumiennego funkcjonariusza od jego misji. – Czy jesteśmy aż takim zagrożeniem dla społeczeństwa? Czy to po prostu dzień, w którym nie zdarzyło się żadne przestępstwo? – Na polanę wjechał ogromny wóz strażacki. Nisko zwisające gałęzie ocierały się o czerwone światła pojazdu. – Albo nie wybuchł żaden pożar – dodałam. Pojawiła się karetka pogotowia. – Albo nikogo nie dopadł żaden udar. Dlaczego nie wezwaliście jeszcze wojska?

– Myśleliśmy, że będą potrzebni, kiedy potrąci was pociąg – wyjaśnił gliniarz.

– Jaki pociąg?

Ciche dotychczas brzęczenie przeszło w łoskot i nagle zza drzew wyłoniły się światła pociągu. W ciągu zaledwie kilku sekund lokomotywa znalazła się na środku mostu. Dwa kubki z piwem uderzyły o metalową barierkę i poleciały w dół, znikając w ciemności.

Po kilku następnych sekundach lokomotywa minęła nas. W tym momencie maszynista włączył ogłuszający klakson. Przykuci do barierki Eryk i Brian zasłonili uszy wolnymi rękami.

Potknęłam się, zanim zdałam sobie sprawę, że gliniarz przeklina i ciągnie mnie za łokieć do radiowozu.

Minęliśmy ratowników, wyraźnie rozczarowanych faktem, że nie mają nic do roboty.

– O, McPherson! – zawołał Quincy, którego miałam okazję już kiedyś poznać. – Wiedziałem, że będą z tobą kłopoty, wiedziałem to już jak miałaś trzynaście lat.

– Starałam się z całych pieprzonych sił! – odkrzyknęłam, zanim gliniarz wepchnął mnie do samochodu i zamknął drzwi.

Pociągnęłam za klamkę. Zamknięte.

Nie panikuj, upomniałam się w duchu. Zaczęłam równomiernie oddychać. Przynajmniej nie byłam skuta. No i nie mogłam przecież panikować przy Tiffany. Maksymalnie wyciągnęła pas bezpieczeństwa, położyła się na boku i szlochała.

Położyłam sobie na kolanach jej głowę i odgarnęłam z oczu mokre włosy.

– Czy oddałaś już szkolną kronikę do druku? Jeśli nie, mogłabyś dodać coś do listy osiągnięć pod moim zdjęciem. Na przykład: „Udało jej się sprawić, że aresztowano absolwentkę wygłaszającą mowę końcową”.

Pociągnęła nosem.

– To nie jest śmieszne, Meg. Mogą mi odebrać mowę końcową. Mogą nam obu odebrać stypendia uniwersyteckie.

Szczerze wątpiłam, by Uniwersytet Alabama w Birmingham śledził rejestry policyjne przyszłych pierwszoroczniaków.

– Nawet nie potrafią prawidłowo napisać mojego nazwiska – odpowiedziałam. – Dostałam formularze rejestracyjne zaadresowane na pana Maka McRearsona. Fajnie byłoby, gdyby dali mi miejsce w akademiku i przydzielili chłopaka na współlokatora.

Tak naprawdę w college’u planowałam pracować, żeby móc opłacić sobie mieszkanie. Nie chciałam mieszkać w akademiku, gdzie obowiązują określone godziny odwiedzin, godzina policyjna i wszędzie są kamery. Miałam dość domowego Big Brothera, którego zafundowali mi rodzice. A to dzisiejsze aresztowanie wcale nie polepszy sytuacji.

Tiffany zaśmiała się i znowu pociągnęła nosem.

– Po tym wszystkim będę potrzebowała nowego chłopaka.

To prawda. Teraz, gdy Tiffany i Brian zostali aresztowani, ich randki na polu golfowym z pewnością nie będą już takie same.

Z łoskotem przetaczały się obok nas cysterny, platformy i przyozdobione graffiti wagony. Gliniarz podszedł do chłopaków, pochylił się nad Brianem i powiedział coś podniesionym głosem. Następnie stanął przed Erykiem i zrobił to samo. Przez zamknięte szyby w radiowozie i huk przejeżdżającego pociągu nie słyszałam jego słów, jednak sądząc z wyrazu twarzy Briana i Eryka, było to coś poważnego. Jeden ze strażaków zrobił nawet krok w ich stronę, jakby chciał interweniować, ale drugi gliniarz położył mu rękę na ramieniu, wyraźnie go powstrzymując. Był trochę starszy od tego, który nas aresztował. Nie w wieku przedemerytalnym, ale stanowczo zbyt stary na patrolowanie ulic bez awansu na detektywa.

Pociąg chyba nie miał końca. Migające wagony sprawiły, że zakręciło mi się w głowie. Spojrzałam na Tiffany, która wróciła do powtarzania „O Boże”.

– Wykręcimy się z tego, Tiff – zapewniłam ją. – I to nawet bez większego trudu, zobaczysz. Chociaż dlaczego tylko na chłopaków krzyczy, jakby wyłącznie oni się liczyli? Powinnyśmy czuć się urażone.

– Więc idź i powiedz mu, że czujesz się urażona – warknęła Tiffany. – Niech przykują cię do mostu.

Pociągnęłam jeszcze raz za klamkę.

– Drzwi są zamknięte – rzuciłam żartobliwym tonem, ale znowu zaczęłam się trząść.

– Nie powinnam tego mówić. – Tiffany usiadła niezdarnie i oparła mi głowę na ramieniu. – Ty masz problem z zamknięciem. Cieszę się, że to mnie zakuto w kajdanki, a nie ciebie.

Ja też, pomyślałam, ale nie powiedziałam tego. Uważałam Tiffany za chodzącą i mówiącą wersję Microsoft Excel, ale miała więcej serca, niż sądziłam.

Nagle gliniarz otworzył drzwi i obie podskoczyłyśmy, pewnie jednak z kilkusekundowym opóźnieniem z powodu naszych zwolnionych odruchów. Usłyszałyśmy hałas pociągu. Przez most przejechał właśnie ostatni wagon. Patrzyłam, jak tylne światła znikają za zakrętem.

Gliniarz wbił się muskularnym ciałem w fotel kierowcy i z hukiem zatrzasnął drzwi. Następnie powiedział kilka słów do CB-radia, sięgnął po podkładkę do pisania i zaczął wypełniać formularze. Ani razu nie spojrzał za siebie, przez kratę, za którą umieszczono nas, niebezpieczne kryminalistki. Kropelka potu spłynęła po jego szyi.

Rozejrzałam się za Erykiem i Brianem i zobaczyłam ich siedzących na tylnym siedzeniu tego drugiego radiowozu. Niepotrzebny wóz strażacki i karetka odjechały już z wyłączonymi światłami.

– Dlaczego pan się tak tym wszystkim przejmuje? – spytałam gliniarza. – Czy to prawda, że dawno temu zginęła tu para nastolatków?

– Prawda – odparł, nie podnosząc wzroku. – I o mały włos wy nie zwiększyliście o cztery liczby ofiar.

– Nie o cztery – odpowiedziałam. – Gdybym utknęła na torach, z pewnością tylko ja bym zginęła. Mój chłopak nawet by nie kiwnął palcem, żeby mi pomóc.

– Niezły chłopak. – Gliniarz rysował duże zygzaki w rubrykach, które nas nie dotyczyły. Pewnie chodziło o karalność, zatrudnienie lub tym podobne.

– Jak nas tutaj znaleźliście? – spytałam.

– Po prostu nie mieliście szczęścia. Strzeżcie się Idów marca2.

Fala paranoi, którą poczułam już wcześniej na moście, ponownie mnie zalała. Był 15 marca. Mój tonący mózg z trudem wypłynął na powierzchnię.

Zanim jednak zdążyłam rzucić jakąś celną uwagę, pijany mózg Tiffany musiał rozpoznać cytat z Szekspira.

– Och, pan studiował angielski? Ja też mam taki zamiar.

– W tym stanie niczego nie będziesz studiować – odpowiedział gliniarz.

Z trudem powstrzymałam się, żeby na niego nie wrzasnąć. Czy on nie widzi, że Tiffany się boi? Jeżeli uzna, że jej studia są zagrożone, rozklei się i wyleje morze łez i piwa na to zniszczone winylowe siedzenie. A on będzie musiał po niej posprzątać. I bardzo dobrze.

– Wszyscy czytają „Juliusza Cezara” w liceum – powiedziałam na tyle głośno, żeby usłyszał. – Żeby zostać gliną, nie trzeba kończyć college’u. Bo i po co? Wystarczy umieć prowadzić wóz, trochę czytać i pisać. – Patrzyłam, jak stawia iks w kolejnej rubryce. – Albo i nie.

– Przestań – szepnęła Tiffany.

Ponownie objęłam ją ramieniem.

– Czy może jej pan zdjąć kajdanki? – spytałam gliniarza. – Ręczę za nią.

Wreszcie na mnie spojrzał. Przedtem nie zwróciłam na niego większej uwagi, teraz jednak, pewnie dlatego, że alkohol ze mnie już wyparował lub opadła adrenalina, po raz pierwszy zobaczyłam jego oczy – pięknie oprawione w prostokącie wstecznego lusterka. Miały dziwny, ciemnobrązowy kolor. Napotkawszy moje spojrzenie, spuścił wzrok na formularz.

– Czemu nie? – spytałam. – Czuje się pan zagrożony? Taki wielki, silny gość jak pan?

W końcu odwrócił się i spiorunował mnie wzrokiem. Wreszcie jedna ze złośliwych uwag trafiła do celu. Nie miałam wątpliwości – on czuł się zagrożony. Ale dlaczego, u diabła?

– Auć! – zawyłam, bo Tiffany uszczypnęła mnie w tyłek.

Gliniarz wysiadł i otworzył drzwi od strony Tiffany. Wykręciła się tyłem do niego, a on przyklęknął, by rozpiąć kajdanki.

– Ci chłopcy myślą tylko o tym, by dobrać się wam do majtek – powiedział. – Zdajecie sobie z tego sprawę? – Mówił chyba do Tiffany, bo na mnie nawet nie spojrzał.

W końcu jednak popatrzył mi w oczy, lecz zaraz powrócił do kajdanków.

– To nieprawda – odpowiedziała Tiffany.

Jasne, że prawda. Ale ona o tym nie wiedziała i nie był to najlepszy czas, aby ją uświadamiać.

– Skąd pan wie, że to nie my próbowałyśmy dobrać się im do majtek? – spytałam.

Gliniarz przestał gmerać przy kajdankach i zagapił się na mnie.

Zawodzenie Tiffany: „O Boże, o Boże” przerodziło się teraz w: „Zamknij się, zamknij się”.

– Przez tę twoją niewyparzoną gębę wpakujesz siebie i przyjaciółkę w jeszcze większe kłopoty, i to tylko po to, by mieć ostatnie słowo – stwierdził gliniarz.

– Niektórzy po prostu nie wiedzą, kiedy się zamknąć – powiedziałam.

– Zamknij się! – jęknęła Tiffany.

Uznałam, że to dobra rada. Gliniarz otworzył wreszcie kajdanki. Tiffany jęknęła i roztarła obolałe nadgarstki. Wtedy on zatrzasnął drzwi, obszedł radiowóz i otworzył drzwi z mojej strony.

– Wysiadaj.

Wygramoliłam się i stanęłam obok niego, usiłując się nie skulić, gdy trzasnął drzwiami. Zmierzył mnie spojrzeniem od stóp do głowy. Chyba szykował się podobny ochrzan, jaki dostali Eryk i Brian.

A może nie. Jego wzrok zatrzymał się na chwilę na mojej koszulce z napisem „Presja rówieśników”, czy raczej na moim dekolcie. Teoretycznie mogło to zadziałać na moją korzyść. Ale ja nie chciałam lub nie byłam w stanie wykorzystać sytuacji. Odwróciłam wzrok, aby sprawdzić, czy wóz starszego gliniarza wciąż stoi kilka metrów dalej, i upewnić się, że tamten nie zostawi mnie swojemu koledze na nieproszoną seks przygodę.

W końcu oderwał wzrok od mojej koszulki i spojrzał mi w oczy. Pewnie sprawdzał, czy mam rozszerzone źrenice. Mogłam mieć jedynie nadzieję, że upłynęło już wystarczająco dużo czasu, żeby źrenice wróciły do normalnej wielkości. Spojrzałam wprost na niego, jakbym nie miała nic do ukrycia.

Kiwnął głową w kierunku Tiffany siedzącej w samochodzie.

– Ile ona wypiła?

– Niech pan da jej spokój, dobra? Wiem, że jest zalana w trupa, ale to jej pierwszy raz. I jej pierwszy alkohol w życiu.

– Mhm – mruknął. Dzięki Bogu uwierzył mi. Chyba wybawiłam Tiffany z opresji. – A co z tobą?

– Z mną? – Zaśmiałam się. – Jestem winna.

Kiwnął głową.

– A co z ziołem?

Poczułam uderzenie gorąca. Może jednak blefował?

– Z jakim ziołem?

Oparł pięści na biodrach i przechylił na bok głowę. Żywa ilustracja hasła „sceptycyzm”.

– Może nie chodziłem do college’u – powiedział – ale byłem w akademii policyjnej.

Słowa „akademia policyjna” wypowiedział tak dobitnie, jakby to był jakiś obco brzmiący termin. Pomyślałam, że sam z siebie się śmieje. Też miałam ochotę się roześmiać, ale nie czułam się zbyt pewnie, by sobie na to pozwolić.

– A ty myślisz, że co robimy w akademii policyjnej? – spytał. – Surfujemy dla przyjemności po necie?

– Szczerze mówiąc, nigdy się nad tym nie za…

– Wiesz, że twój chłopak został wyrzucony z Auburn za rozprowadzanie trawki w akademiku? – powiedział.

– Dlatego się z nim umawiam.

– Chciałaś dostać od niego trochę zioła.

– Nie o to chodzi. Po prostu Eryk jest w moim typie.

– Eryk jest… – Urwał i skrzywił się. Potem spróbował ponownie. – Jesteś i…

Wyraźnie miał zamiar nazwać mnie idiotką. Nie mogłam się z tym kłócić, biorąc pod uwagę obecną sytuację, ale zaskoczyło mnie, że mówi mi to gliniarz. No, prawie powiedział.

– No kim? – podpuszczałam go.

Pokręcił głową.

– Nic do tych siedemnastolatków nie dociera. Myślą, że są nieśmiertelni. Nie słuchają. Muszą się przekonać na własnej skórze.

– Przekonać o czym?

Westchnął, wydmuchując powietrze przez nos.

– Zanim ściągnąłem was z mostu, zerknąłem do samochodu twojego chłopaka. Znalazłem tam cztery butelki piwa. Nie mogę cię do tego zmusić, ale bądź ze mną szczera, a może nie zrobimy twojemu chłopakowi testu na obecność narkotyków. Wiesz, że gdybyśmy to zrobili, postawilibyśmy mu zarzut prowadzenia samochodu pod wpływem narkotyków.

Z pewnością by to zrobili. Oparłam się o zimny samochód, aby poczuć się pewniej, i spojrzałam na zgarbione ramiona Eryka siedzącego w drugim radiowozie. W zasadzie chodziłam z nim, jeśli można to tak nazwać, zaledwie od kilku tygodni. Wrócił do rodzinnego domu „poukładać sobie wszystko w głowie” (to znaczy: palić dużo trawki) po wspomnianym już usunięciu z instytucji szkolnictwa wyższego.

Znałam go jednak wystarczająco dobrze, by przewidzieć, jaka będzie jego reakcja. Jeśli go wydam i będzie miał przez to kłopoty, wyzwie mnie od głupich dziwek. Jeśli nic nie powiem, zrobią mu badanie moczu i będzie miał jeszcze większe kłopoty. I też wyzwie mnie od głupich dziwek.

– Tylko ja i on – rzuciłam bez zastanowienia. – Tiffany i Brian nic o tym nie wiedzieli. Odbiłoby im kompletnie. Wypaliliśmy to, zanim na nich wpadliśmy. Byliśmy z Erykiem upaleni i głodni, poszliśmy więc do McDonald’sa na Big Maca. Tam spotkałam Tiffany w toalecie. Musiałam być już mocno pijana, gdy zaczęła mówić, że w przyszłym tygodniu jedzie na wycieczkę uczniów ostatniej klasy, a nigdy jeszcze nie wypiła nawet jednego drinka. Bała się, że wyjdzie na naiwniaczkę. A ja na to: „Och, biedaczko. Mogę ci kupić piwo”. Brian nie pije, ale też się z nami skumał. Pewnie z powodów, o których wcześniej pan wspomniał.

– Mhm – mruknął gliniarz.

– To było działanie pod wpływem impulsu. Tiffany nigdy by tego nie zrobiła, gdyby miała czas się zastanowić. A ja nie zrobiłabym tego, gdybym nie była upalona. Nie weszlibyśmy na most. To było kompletnie nieprzemyślane.

Starałam się ocenić jego reakcję. Nie potrafiłam. Ciemne oczy mogły się równie dobrze ze mnie śmiać albo zastanawiać się, jak będę wyglądała, gdy wyjdę z więzienia, by zasilić szeregi emerytów.

– Interesujące – powiedział. – Złamałaś dzisiaj mnóstwo przepisów.

Wyraźnie naśmiewał się ze mnie.

– W takim razie może je wymienimy, co? – rzuciłam od niechcenia. – Będzie świetna zabawa. Wtargnięcie na teren zakazany. Posiadanie marihuany. Kupowanie alkoholu, chociaż jestem nieletnia. Co jeszcze? Pozostawanie w stanie wskazującym na spożycie, wałęsanie się, nielegalne zgromadzenie. Deprawacja małoletnich. Zaraz, zaraz, ale czy można deprawować małoletnich, jeśli samemu jest się małoletnim?

– Ty mi to powiedz. Nosisz koszulkę z napisem „Presja rówieśników”.

A więc zauważył.

– Tak, widziałam, jak pan patrzy na moją koszulkę – powiedziałam, aby sprawdzić, co jeszcze zauważył.

No tak. Jego blada twarz i szyja oblały się czerwienią.

Byłam szczerze przerażona. Przez lata obserwowałam w telewizji, jak zachowywali się mężczyźni mówiący o Taylor Swift3 i Miley Cyrus4 i wynikało z tego, że czterdziestoletni panowie interesują się nastolatkami. Ale nie przyszłoby mi do głowy, że podobać się może także niebieskowłosa nastolatka. Cóż, o gustach się nie dyskutuje.

Tymczasem ten gliniarz pracował ciężko o 11:30 w nocy, by zapewnić byt żonie i czternaściorgu dzieciom, i odmawiał sobie wszystkiego, chcąc zaoszczędzić pieniądze na nowy blaszany składzik do przechowywania kosiarki do trawy. A ja paradowałam przed samym jego nosem z cyckami na wierzchu. To naprawdę nie była jego wina, że się gapił.

Znowu sapnął przez nos. Rumieniec powoli ustąpił i facet znowu panował nad sobą.

– Nie jest ci przykro?

Tak, żałowałam, że odciągnęłam go od żony na te dwie sekundy. Ale lepiej tego nie mówić.

– Przepraszam, że aresztował pan Tiffany. I jeszcze za to, że aresztował pan Briana. – Byłam wściekła, że zostawił Tiffany, ale uratował mnie przed kajdankami, bez ukrytych motywów wykręcenia z jeszcze większych kłopotów jak Eryk. – Czy mam też żałować, że się zjarałam?

– Nie żałujesz, że omal nie zginęłaś?

– Ale przecież nie zginęliśmy.

– Niewiele brakowało – rzucił z wściekłością. Teraz już krzyczał na mnie tak jak wcześniej na Eryka i Briana. – Czy byliście aż tak pijani, że nie widzieliście pociągu? – Wyglądał, jakby znowu chciał mi przyłożyć. Skuliłam się i czekałam.

Zmienił jednak zdanie. Zamilkł i cofnął się.

Potem odwrócił się w stronę mostu i zapatrzył w ciemność. Ja nie sięgałam wzrokiem dalej niż do tablicy z napisem „Wstęp wzbroniony”. Na gliniarzu ten most musiał robić szczególne wrażenie. Zupełnie jakby go widział nawet w ciemności.

3

W drodze na posterunek gliniarz rozchmurzył się nieco. A może sprawiło to radio, w którym nadawano Becka. Myślałam, że gliniarz będzie jechał w kompletnej ciszy, by nic nie odciągało go od zaprzysiężonych obowiązków. Albo że będzie raczej słuchał muzyki country. A może to ostatni więzień przełączył radio dla żartu na popową stację Birmingham.

Tiffany drzemała oparta o mnie i tylko pas bezpieczeństwa chronił ją przed zsunięciem się na podłogę. Ja też byłam senna. Rozmowa z gliniarzem pozbawiła mnie resztek sił, a do tego warkot silnika działał usypiająco. Mimo to trzymałam się środka siedzenia. Pochyliłam się nad Tiffany i odgarnęłam jej włosy z twarzy. W ten sposób mogłam oszukać gliniarza i trzymać środkowy pas bezpieczeństwa na kolanach, bez zapinania go. Nigdy nie używałam pasów. Jazda motocyklem pozwalała uniknąć tego problemu, w dodatku była znacznie tańsza.

Tiffany potrząsnęła głową i wyprostowała się.

– Meg, wiesz, kim my jesteśmy? – spytała, nie otwierając oczu.

– Kryminalistkami? – zasugerowałam.

– Tak, ale czym jeszcze?

– Zbrodniarkami?

– Nie, jesteśmy zerami!

W lusterku wstecznym zobaczyłam uśmiech na twarzy gliniarza. Najwyraźniej bardziej polubił Tiffany niż mnie.

Tiff otworzyła oczy i też zauważyła ten jego uśmiech.

– Czy pan także myśli, że jesteśmy zerami? – spytała.

– Tak, ale nie na długo.

– Chcę, żeby pan wiedział, że dostałam dziś nauczkę. Dowiedziałam się o sobie kilku rzeczy. Bardzo złych rzeczy.

Pogłaskałam ją uspokajająco po udzie. Ja niczego się o sobie nie dowiedziałam. Wszystkie te złe rzeczy dobrze już poznałam.

– Twoja przyjaciółka powiedziała, że to był twój pierwszy kontakt z alkoholem – powiedział gliniarz.

– O nie – odparła.

– To był twój pierwszy kontakt – powiedziałam przez zęby.

– Nie chcę kłamać panu policjantowi – oznajmiła, prostując się. – Latem zeszłego roku pojechałam z babcią do Anglii i wypiłam puszkę shandy, piwa zmieszanego z lemoniadą. Kupiłam to w automacie z colą. Babcia powiedziała, że nic się nie stało. Oczywiście, myliła się.

– Uderzyło ci do głowy?

– Nie wiem. Zjadłam do tego wielką porcję ryby z frytkami.

Policjant roześmiał się, ukazując dołeczki w policzkach.

Spróbowałam go zagadać.

– Ogląda pan w telewizji serial „Gliny”?

– Uwielbiam go – odpowiedział. – To jak moje życie, tylko bez nudnych kawałków.

– A „Reno 911”?

– Też. Ten serial jest chyba bardziej bliski prawdy niż „Gliny”. Przynajmniej w tym miasteczku. – Zaparkował przed więzieniem/sądem/ratuszem, obok minivana mamy Tiffany.

– Posiedźcie jeszcze chwilę spokojnie, moje panie. – Wysiadł, zamknął drzwi i powiedział coś do starszego gliniarza siedzącego w drugim radiowozie, z Brianem i Erykiem na tylnym siedzeniu.

Eryk powiedział coś do mnie przez szybę. Nie wyglądało to dobrze. Potem walczył przez chwilę ze skutymi z tyłu rękoma. W końcu zniknął z pola widzenia, a po chwili pokazał rękę z wysuniętym środkowym palcem.

Zwróciłam na to uwagę Tiffany.

– Cieszę się, że nie idę na bal. Teraz mógłby mnie olać.

Tiffany potarła skroń.

– To go zaproś. Poszlibyśmy we czwórkę. Możesz sobie wyobrazić, dokąd zabraliby nas na kolację?

– Do McDonald’sa – odpowiedziałam z przekonaniem.

Drugi gliniarz już wyciągał Eryka i Briana z samochodu.

Wiadomość, którą Eryk próbował mi przed chwilą przekazać, rozbrzmiała nagle na całym parkingu i odbiła się echem od budynku.

– Powiedziałaś mu o trawie. On blefował, ty głupia dziwko!

– No, no! Nieładnie tak mówić. – Domyślałam się, że dałam się podpuścić i wyrzucałam sobie ten brak refleksu. Trzeba było jakoś zachować twarz w pierdlu.

Nasz gliniarz nawet na mnie nie spojrzał. Byłam dla niego jedynie kolejnym kapusiem.

– Nie wolno wam ze sobą rozmawiać – powiedział gdzieś w przestrzeń między nami.

– Trawka? – powtórzyła Tiffany.