Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2008

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 413 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziewczyna komendanta - Pam Jenoff

1 września 1939 roku świat młodej żydówki Emmy Bau legł w gruzach. Jej nowo poślubiony mąż, Jakub, działacz ruchu oporu, musi się ukrywać. Rodzina trafia do getta. W wyniku splotu niezwykłych wydarzeń Emma nie dzieli tragicznego losu swoich rodaków, tylko z nowymi dokumentami - jako Polka Anna Lipowska - rozpoczyna nowe życie w okupowanym Krakowie. Pragnie w ukryciu przeczekać wojenną zawieruchę, lecz nie jest jej to dane. Pewnego dnia zostaje przedstawiona komendantowi Georgowi Richwalderowi. Wkrótce ten wysokiej rangi hitlerowski oficer postanawia zatrudnić ją w charakterze swojej asystentki w biurze na Wawelu. Nakłoniona do współpracy przez ludzi podziemia, Emma staje przed poważnym dylematem. By ratować siebie i innych, musi zbrukać wszystko, co dla niej święte. Początkowo wbrew sobie i logice przyjmuje propozycję Richwaldera. Młoda, nieśmiała i niedoświadczona dziewczyna rozpoczyna śmiertelnie niebezpieczną grę o najwyższą stawkę.

Opinie o ebooku Dziewczyna komendanta - Pam Jenoff

Fragment ebooka Dziewczyna komendanta - Pam Jenoff

Pam Jenoff

Dziewczyna komendanta

Przełożyła: Monika

Mojej rodzinie

PODZIĘKOWANIA

Od wielu lat, od czasu kiedy w 1998 roku wróciłam do Stanów Zjednoczonych, pragnęłam napisać powieść opartą na zdobytych w Polsce doświadczeniach, przede wszystkim wyniesionych ze spotkań z członkami tamtejszej społeczności żydowskiej, które wywarły na mnie głębokie wrażenie.

Urzekła mnie wizja młodej, zdenerwowanej dziewczyny, prowadzącej dziecko przez krakowski rynek w czasach hitlerowskiej okupacji, ale dopiero w 2002 roku miałam szczęście spotkać w pociągu z Waszyngtonu do Filadelfii starsze małżeństwo, które przeżyło Holocaust. Właśnie ci ludzie po raz pierwszy przedstawili mi niezwykłą historię ruchu oporu w okupowanym Krakowie. Na podstawie ich opowieści narodziła się „Dziewczyna komendanta”.

Wiele osób towarzyszyło mi w drodze od pomysłu do ukończenia powieści. Jestem winna dozgonną wdzięczność za zainteresowanie, bezgraniczną życzliwość i serdeczność mojej rodzinie, przyjaciołom, kolegom, łącznie z mamą, tatą i moim bratem, Jayem (tak, możesz to teraz przeczytać) oraz Phillipowi, Joanne, Stephanie, Barb i innym, zbyt licznym, by ich wymieniać.

Chciałabym również podziękować mojej nauczycielce sztuki pisarskiej, Janet Benton, oraz innym pisarzom, którzy służyli mi bezinteresownie radą, przyjaźnią i wsparciem na każdym kroku.

Napisanie tej książki nie byłoby możliwe bez niezmordowanej pracy mojego wspaniałego agenta, Scotta Hoffmana z Folio Literary Management, który pierwszy dostrzegł potencjalną wartość mojej pracy. Nie ustawał w wysiłkach nad nadaniem jej ostatecznej formy, podczas gdy inni dawno daliby za wygraną. Pragnę również złożyć wyrazy szacunku znakomitemu wydawcy, pani Susan Pezzack, za jej doskonałe wyczucie i wkład pracy, dzięki której książka ujrzała światło dzienne, a marzenie stało się rzeczywistością.

W trakcie pisania uświadomiłam sobie, że pojęcie „historycznej fikcji” można uznać za oksymoron. Wymyślając postacie i wydarzenia, dokładałam wszelkich starań, aby wyrazić prawdziwy stan ducha ludzi, którzy żyli i umierali podczas II wojny światowej i Holocaustu. Starałam się w sposób rzeczywisty oddać pełen zakres siły, słabości i emocji, jakie wydobywają z człowieka niezwykłe wydarzenia i okoliczności. Na koniec pragnę wyrazić bezgraniczny podziw dla żydowskich społeczności Polski oraz całej Środkowej i Wschodniej Europy w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Wasze bohaterskie zmagania stanowią dla nas wszystkich nieustanną inspirację.

Pam Jennoff

OD REDAKCJI

Powieść „Dziewczyna komendanta”, której akcja rozgrywa się w okupowanym Krakowie, święci spore triumfy na zagranicznych rynkach, wywołując przy tym liczne dyskusje, dlatego warto przedstawić ją polskim czytelnikom.

Zdajemy sobie oczywiście sprawę, że publikacja w Polsce tej powieści może wywołać liczne kontrowersje. Holocaust bowiem i okupacja hitlerowska pokazane są z punktu widzenia młodej Żydówki, która ukrywając się jako Polka, zostaje kochanką hitlerowskiego dygnitarza. Poza tym realia okupowanej Polski ukazane w tej książce wymagają naszych dodatkowych komentarzy, które zawarliśmy w przypisach.

„Dziewczynę komendanta” odczytaliśmy jako powieść, która zadaje trudne pytania, i to ostatecznie przekonało nas do jej wydania. Odległą inspiracją przeżyć Emmy wydają się losy biblijnej Żydówki Estery, która łamiąc prawa religii, została żoną perskiego króla, dzięki czemu mogła uchronić swój naród przed zagładą. Pytanie, co czuła każdego dnia Estera, mając świadomość straszliwego odstępstwa od wiary przodków, wydaje się tu zasadnicze. Jej zbawienne dla Izraela czyny dobrze znamy z Biblii, Żydzi do dziś je czczą podczas święta Purim, jednak jakim kosztem swoje zwycięstwo nad groźnym wrogiem okupiła Estera, możemy sobie tylko próbować wyobrażać.

I takie właśnie pytanie, obok wielu innych, stawia Autorka w swej powieści. Bo „Dziewczyna komendanta” to powieść świetnie napisana, akcja jest pasjonująca i nadzwyczaj dramatyczna, postaci znakomicie zarysowane, przy jednym bardzo ważnym zastrzeżeniu: „Dziewczyna komendanta” nie jest ani powieścią paradokumentalną, ani też osadzoną w skrupulatnie zbadanych realiach okupacyjnych fikcją literacką, tylko przypowieścią o Żydówce Esterze XX wieku, czasie straszliwych wojen, zagłady i najtrudniejszych wyborów.

Mira Weber

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Minęliśmy gołębie zgromadzone nad obfitymi kałużami na rynku Starego Miasta. Z obawą spojrzałam w górę, mocniej ściskając rączkę Łukasza. W myślach błagałam go, żeby przyspieszył kroku, lecz chłopczyk, obojętny na gęstniejące nad nami chmury, z zapałem lizał lody w waflowym rożku. Na złocistym loku zawisła pojedyncza kropla. Dziękowałam Bogu za jego jasne włosy. Ostry marcowy wiatr hulał po placu, a ja walczyłam z pokusą, żeby puścić dłoń Łukasza i ciaśniej owinąć cienki płaszcz wokół ciała.

Przeszliśmy pod centralnym łukiem Sukiennic. Chociaż jeszcze spory kawałek drogi dzielił nas od targu na Nowym Kleparzu poza dawnymi bramami, w północnej części śródmieścia Krakowa, Łukasz zwolnił kroku. Cienkie podeszwy coraz głośniej szurały po kamiennych płytach. Najchętniej bym go poniosła, ale swoje już ważył i z każdym dniem przybierał na wadze. Przy dobrym odżywianiu pewnie dałabym radę, ale tego dnia przeszłabym z dzieckiem na ręku najwyżej kilka metrów. Och, żeby tak szedł trochę prędzej!

– Szybko, kochanie, chodź – poprosiłam mocno zdyszana.

Przyspieszył dopiero przy straganach z kwiatami pod kościołem Mariackim. Po opuszczeniu placu wyczułam pod stopami znajomy turkot. Przystanęłam. Prawie od roku nie jechałam trolejbusem. Marzyłam o tym, żeby wnieść Łukasza do pojazdu, a potem, siedząc wygodnie, obserwować przez okno mijane budynki i ludzi. Dotarlibyśmy na targ w ciągu kilku minut. Szybko odpędziłam kuszącą wizję. Atrament na naszych nowych dokumentach ledwie wysechł, a zdziwiona mina chłopca, który nigdy wcześniej nie korzystał z tego środka lokomocji, z całą pewnością wzbudziłaby podejrzenia. Nie wolno mi było przehandlować bezpieczeństwa za wygodę. Ruszyliśmy dalej pieszo. Mimo że trzymałam głowę spuszczoną, żeby uniknąć kontaktu wzrokowego ze spieszącymi rankiem na zakupy przechodniami, zachłannie chłonęłam najdrobniejsze szczegóły. Ostatni raz byłam w śródmieściu ponad rok temu. Wciągnęłam głęboko w nozdrza wilgotne po roztopach powietrze. Pachniało prażonymi orzeszkami z kiosku na rogu.

Hejnał z wieży mariackiej przywitał mnie po długiej nieobecności niczym przyjaciel z dawnych lat. Zwalczyłam pokusę odwrócenia głowy w kierunku źródła dźwięku. Na końcu ulicy Floriańskiej Łukasz nagle zesztywniał. Ścisnął mocniej moją dłoń, upuścił ostatni kawałek bezcennego lodowego rożka, lecz nawet nie zauważył straty. Jego blada po miesiącach ukrywania się w zamkniętych pomieszczeniach twarzyczka nagle poszarzała. Kucnęłam koło niego, szepcąc słowa otuchy. Nie odpowiedział. Cały drżał. Podążyłam za jego wzrokiem. Dziesięć metrów przed nami, nieopodal łuku średniowiecznej Bramy Floriańskiej, stali dwaj hitlerowscy żandarmi z pistoletami maszynowymi.

– Bez obawy, kochanie, wszystko w porządku.

Otoczyłam chłopca ramionami, ale go nie uspokoiłam. Oczy miał rozbiegane, bezgłośnie poruszał ustami.

– Chodź. – Wzięłam go na ręce.

Łukasz schował głowę w moich ramionach. Szukałam wzrokiem jakiejś bocznej uliczki, ale żadnej nie było w pobliżu, a nagły odwrót wyglądałby podejrzanie. Upewniwszy się, że nikt nie patrzy, zepchnęłam butem upuszczony wafelek do rynsztoka. Ruszyłam dalej, wprost na hitlerowców. Nie zwrócili na nas uwagi. Kilka minut później, gdy poczułam, że chłopczyk znów spokojnie oddycha, postawiłam go na ziemi.

Wkrótce osiągnęliśmy Nowy Kleparz. Trudno mi było ukryć radość, że znów spaceruję i robię zakupy jak normalny człowiek. Torując sobie drogę w wąskim przejściu pomiędzy straganami, wysłuchiwałam narzekań klientów.

– Strasznie blada ta kapusta, do tego nadgniła.

– Cóż to za chleb? Twardy i czerstwy.

– To mięso, nie dość, że niewiadomego pochodzenia, to jeszcze niezbyt świeżo pachnie!

Jedzenie, które budziło odrazę w przyzwyczajonych do przedwojennego dostatku mieszczanach i wieśniakach, dla mnie stanowiło raj obfitości. Poczułam skurcz żołądka. Poprosiłam o dwa bochenki chleba. Ze spuszczoną głową wręczyłam sprzedawcy kartki żywnościowe. Popatrzył na mnie z zaciekawieniem. Wytłumaczyłam sobie, że to tylko złudzenie. W zwyczajnej sukience, z jasną cerą i nienagannym akcentem, w oczach obcego niczym nie różniłam się od przeciętnej Polki. Krysia z rozmysłem wybrała bazar w pobliżu dzielnicy robotniczej w północnej części miasta, ponieważ nikt z moich dawnych znajomych nie chodził tu na zakupy. Nikt mnie nie powinien rozpoznać.

Wędrując od straganu do straganu, przypominałam sobie, jakich produktów potrzebujemy: mąki, kilku jajek, kurczaka, jeśli jakiś się trafi. Nigdy nie spisywałam listy sprawunków. Teraz, w dobie niedostatku papieru, wyćwiczona pamięć dobrze mi służyła. Sprzedawcy byli uprzejmi, ale nie rozrzutni. Dbali o swój interes. Nie można było liczyć na dodatkowy plasterek sera za piękny uśmiech czy ciasteczko dla błękitnookiego malca. Chociaż szybko wykorzystałam wszystkie kartki żywnościowe, zapełniłam koszyk tylko do połowy.

W powiewach zimnego wiatru wyprowadziłam Łukasza z targu. Czekała nas daleka droga do domu, bocznymi ulicami. Kilka minut później skręciliśmy w Grodzką, elegancki bulwar, zabudowany pięknymi domami i sklepami. Zawahałam się. Nie zamierzałam tu przychodzić. Skurcz w klatce piersiowej utrudniał mi oddech.

To tylko kolejna ulica, nic łatwiejszego niż przez nią przejść, tłumaczyłam sobie. Po pokonaniu kilku metrów ponownie przystanęłam, tym razem przed jasnożółtą kamienicą z białymi drzwiami i drewnianymi skrzynkami na kwiaty w oknach. Mój wzrok powędrował na drugie piętro. Żal ścisnął mnie za gardło. Zabraniałam sobie wracać do przeszłości, ale samowolne myśli popłynęły własnym torem.

To był dom Jakuba. Nasz dom. Poznałam Jakuba jeszcze w czasach pokoju, w pewne piątkowe popołudnie, gdy pracowałam w bibliotece uniwersyteckiej. Pamiętam dokładnie, ponieważ w pośpiechu porządkowałam katalogi, żeby zdążyć do domu na szabas.

– Przepraszam – usłyszałam przed sobą głęboki baryton.

Podniosłam wzrok znad roboty, zła, że ktoś mi przeszkodził. Przybysz, niewysokiego wzrostu, nosił małą jarmułkę oraz starannie przystrzyżoną brodę i wąsy. Miał kasztanowe włosy z lekkim rudawym połyskiem.

– Mogłaby mi pani polecić jakąś dobrą książkę?

– Dobrą książkę? – powtórzyłam, w równym stopniu zaskoczona głębokim spojrzeniem ciemnych oczu, jak niezbyt konkretną prośbą.

– Tak, chciałbym przeczytać coś lekkiego w wolnych dniach, oderwać myśli od studiów. Może „Iliadę”? – sprecyzował.

Nie powstrzymałam śmiechu.

– Uważa pan Homera za rozrywkową lekturę?

– W porównaniu z podręcznikiem fizyki jak najbardziej. – Mrugnął do mnie figlarnie.

Zaprowadziłam go do działu literatury pięknej. Wybrał komedie Szekspira. Gdy podawałam mu tom, dotknął palcami mojej dłoni. Dreszcz przebiegł mi po plecach. Mimo że otrzymał, o co prosił, nadal zwlekał z odejściem. Dowiedziałam się, że ma na imię Jakub i jest o dwa lata starszy ode mnie. Skończył dwadzieścia lat.

Od tej pory odwiedzał mnie każdego dnia. Chociaż studiował z wielkim powodzeniem nauki ścisłe, jego prawdziwą pasję stanowiła polityka. Działał w wielu organizacjach. Pisał artykuły do studenckich i lokalnych gazet. Krytykował w nich nie tylko polski rząd, lecz również to, co nazywał „nienasyconą żądzą Niemiec panowania nad sąsiadami”.

Uważałam głoszenie takich poglądów za wielce ryzykowne. O ile Żydzi z sąsiedztwa gorąco dyskutowali na schodach, w sklepach czy przed synagogą, mnie wychowano w przekonaniu, że lepiej głośno nie wyjawiać swoich przekonań.

Lecz Jakub, syn znakomitego socjologa Maksymiliana Baua, nie podzielał mych obaw. Gdy słuchałam, z jakim zapałem przemawia, gdy obserwowałam jego rozognione oczy i żywą gestykulację, zapominałam o strachu.

Dziwiło mnie, że student z zamożnej, laickiej rodziny zainteresował się córką ortodoksyjnego żydowskiego piekarza, ale nawet jeśli dostrzegał różnicę pochodzenia, nic dla niego nie znaczyła. Zaczęliśmy razem spędzać niedzielne popołudnia na rozmowach i spacerach nad Wisłą. Pewnego dnia, w kwietniu, wędrowaliśmy ścieżką u stóp Wzgórza Wawelskiego tak pochłonięci rozmową, że zatraciłam poczucie czasu.

– Muszę już wracać – oświadczyłam, gdy spostrzegłam, że zapadał zmrok. – Rodzice będą się niepokoić.

– Wkrótce ich odwiedzę – oznajmił zdecydowanym tonem. – Należałoby przecież poprosić o zgodę na nasze spotkania.

Przystanęłam w miejscu, zaskoczona tą deklaracją. Ze zdumienia odebrało mi mowę. Chociaż w ciągu ostatnich miesięcy spędzaliśmy razem wiele czasu i nie ulegało wątpliwości, że Jakubowi odpowiada moje towarzystwo, nawet nie przemknęło mi przez głowę, że zależy mu na tym, by nadać naszej znajomości oficjalny charakter. Ujął mnie pod brodę i po raz pierwszy delikatnie pocałował w usta. Leciutko rozchyliłam wargi. Czułam, że ziemia ucieka mi spod nóg, jakbym miała za chwilę zemdleć.

Samo wspomnienie tamtego pocałunku rozgrzało krew w mych żyłach. W moim odczuciu od naszego ostatniego spotkania minęły całe wieki. Przez długie miesiące nie widziałam, nie dotykałam męża. Usiłowałam odpędzić smutek. Na próżno. Z tęsknoty bolało mnie całe ciało.

Z zadumy wyrwało mnie skrzypienie otwieranych drzwi. Wizja znikła. Znów stałam przed żółtą kamienicą, patrząc w górę. Jakaś starsza pani wyszła przed próg. Zauważyła nas. Spojrzała podejrzliwie na mnie, potem na Łukasza. Dałabym głowę, że zastanawia się, kim jesteśmy, po co przystanęliśmy pod jej domem. Później odwróciła się od nas lekceważąco, zamknęła drzwi i zeszła po schodach. Teraz to był jej dom. Dość tego! – nakazałam sobie w duchu. Nie wolno mi zwracać na nas uwagi. Pokręciłam głową, żeby przegnać wspomnienia o Jakubie.

– Chodźmy, Łukaszku – powiedziałam głośno, ściskając delikatnie małą rączkę.

Poszliśmy dalej, przez Planty. Drzewa stały już w pąkach, które w każdej chwili mógł zwarzyć spóźniony przymrozek. Łukasz zacisnął mocniej paluszki na mojej dłoni. Rozszerzonymi z przejęcia oczami śledził igraszki wiewiórek, wesoło baraszkujących wśród zarośli, jakby wiosna rzeczywiście już nadeszła.

Ruszyliśmy dalej, zostawiając za sobą sylwetkę miasta. Pięć minut później wkroczyliśmy w Aleje. Gdybyśmy skręcili w lewo, szeroki bulwar wyprowadziłby nas na południe, na drugą stronę rzeki. Spojrzałam w kierunku mostu. Pół kilometra za nim leżało getto. Skręciłam w tamtą stronę, myśląc o rodzicach. Może, jeśli podejdę do muru, zobaczę ich, znajdę sposób, żeby przemycić im trochę jedzenia, które właśnie kupiłam. Krysia nie miałaby nic przeciwko temu. Znowu przystanęłam. Nie powinnam ryzykować, nie w świetle dnia, nie z dzieckiem. Poczułam skurcz w żołądku, nie z głodu, lecz ze wstydu, że już go nie odczuwam, że korzystam z wolności, spacerując po ulicach, jakby wojna i okupacja nie istniały.

Pół godziny później dotarliśmy do Chełmskiej. Okolica miała wiejski charakter, i tu właśnie mieszkaliśmy. Bolały mnie nogi od długiego marszu po wyboistym trakcie i ręce od dźwigania zakupów, a przez ostatnich kilka metrów również dziecka. Przy rozwidleniu głównej drogi wciągnęłam chłodne już o tej porze, rześkie powietrze. Wyczułam w nim zapach ognisk. Po drugiej stronie rolnicy palili uschnięte przez zimę badyle. Gęsty dym snuł się nad łąkami niczym jezioro zielonoszarej mgły.

Skręciliśmy w lewo, w drogę pomiędzy domami rolników, która dalej prowadziła ku porośniętym Lasem Wolskim wzgórzom. Pięćdziesiąt metrów dalej, wśród sosen, stała trzykondygnacyjna, zbudowana z ciemnego drewna willa Krysi. Z daleka przywitał nas słup dymu z komina. Postawiłam Łukasza na ziemi. Ruszył pędem przed siebie. Usłyszawszy tupot małych nóżek, Krysia wyszła ku furtce zza węgła. W starannie upiętym siwym koku wyglądała, jakby szła na koncert do opery, tylko uwalane ziemią skórzane rękawice zdradzały, że pracowała w ogrodzie. Koronkowe lepiej by do niej pasowały. Ubrudziła brzeg prześlicznej sukienki, o jakiej nie śmiałabym nawet marzyć. Na widok Łukasza jej twarz rozjaśnił uśmiech. Pochyliła proste plecy, żeby wziąć chłopczyka na ręce.

– Czy wszystko dobrze poszło? – spytała, nie odrywając uważnego spojrzenia od dziecka.

Wcale mi nie przeszkadzało, że na mnie nie patrzy. Rozumiałam ją. Martwiło nas, że Łukasz, odkąd zamieszkał z nami, ani razu się nie uśmiechnął, nie wypowiedział ani słowa.

– Mniej więcej – odrzekłam.

– Co to znaczy? – Krysia gwałtownie uniosła głowę.

– Widzieliśmy… Niemców – odpowiedziałam po chwili wahania. Wolałabym nie poruszać przy dziecku bolesnego tematu. Odwróciłam ku niemu głowę. – Przeżyliśmy chwilę grozy, ale na szczęście nie zwrócili na nas uwagi.

– To dobrze. Dostaliście wszystko na targu?

– Mniej, niż się spodziewałam. – Uniosłam koszyk, kręcąc głową z dezaprobatą.

– Nieważne. Poradzimy sobie. Właśnie skopałam ogródek. W przyszłym miesiącu jak zwykle posiejemy.

Podążyłam za nią bez słowa do środka. Podziwiałam jej siłę i wdzięk. Zdecydowane ruchy Krysi przypominały mi Jakuba. Na górze odebrała ode mnie koszyk.

Zajęła się rozpakowywaniem sprawunków, natomiast ja poszłam do salonu. Chociaż mieszkałam tu od dwóch tygodni, obite aksamitem meble i mnogość dzieł sztuki nadal robiły na mnie wielkie wrażenie. Minęłam okazały fortepian, zatrzymałam się przy kominku. Stały na nim trzy fotografie w ramkach. Pierwsza przedstawiała Marcina, zmarłego męża Krysi, w smokingu i z wiolonczelą. Druga – Jakuba jako dziecko nad jeziorem. Wzięłam do ręki trzecią – z naszego ślubu. Staliśmy na schodach przed domem państwa Bau na Grodzkiej: Jakub w ciemnym garniturze, ja w lnianej ślubnej sukni do kostek. Wcześniej nosiły ją moja mama i babcia. Chociaż kazano nam patrzeć w obiektyw, zwróciliśmy głowy ku sobie. Śmiałam się jeszcze z żarciku, który Jakub szepnął mi przed chwilą do ucha.

Z początku planowaliśmy wziąć ślub rok później, gdy Jakub skończy studia, ale w lipcu 1939 roku hitlerowskie Niemcy zagarnęły czeskie Sudety[1] przy biernej postawie mocarstw zachodnich. Sytuacja robiła się coraz groźniejsza, gotowe do ataku wojska niemieckie stały przy polskiej granicy. Słyszeliśmy różne historie o prześladowaniach Żydów w Niemczech i Austrii. Niepewni, jaki los nas czeka, gdy wkroczy armia Hitlera, postanowiliśmy wziąć ślub jak najszybciej, żeby razem ruszyć w nieznaną, ale z pewnością niełatwą przyszłość. Pewnego popołudnia podczas przechadzki nad Wisłą Jakub przystanął, odwrócił się twarzą do mnie, następnie przyklęknął na jedno kolano i poprosił mnie o rękę.

Nawet nie byłam zaskoczona. Poprzedniego ranka poszedł do synagogi razem z moim ojcem. Spojrzenie taty po powrocie powiedziało mi, że nie dyskutowali o polityce czy religii, lecz o naszej wspólnej przyszłości. Mimo wszystko łzy napłynęły mi do oczu.

– Nadchodzą niepewne czasy – zaczął Jakub.

Nie powstrzymałam uśmiechu. Tylko on jeden potrafił nadać oświadczynom charakter politycznego przemówienia.

– Cokolwiek nas czeka, chciałbym, żebyśmy razem przez to przeszli. Czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją żoną?

– Tak – wyszeptałam.

Jakub włożył mi na palec srebrny pierścionek z maleńkim brylancikiem. Wstał i pocałował mnie, dłużej, namiętniej niż kiedykolwiek przedtem.

Wzięliśmy ślub pod baldachimem w eleganckim salonie teściów, tylko w obecności najbliższych członków rodziny. Po weselu przenieśliśmy mój skromny dobytek do wolnego pokoju w ich mieszkaniu, który odtąd mieliśmy zajmować. Wkrótce profesor Bau wyjechał wraz z żoną na wykłady do Genewy. Zostaliśmy sami. Wychowana w skromnym, trzypokojowym mieszkanku, nie przywykłam do takiego przepychu. Wysokie pomieszczenia z wyfroterowanymi do połysku parkietami przypominały mi muzeum. Z początku czułam się obco w przestronnych wnętrzach, wypełnionych muzyką, sztuką i książkami. Leżeliśmy z mężem do późna w nocy, szeptem snując plany na przyszły rok. Liczyliśmy na to, że gdy Jakub ukończy studia, stać nas będzie na kupno własnego domu.

Mniej więcej trzy tygodnie po ślubie, w pewne piątkowe popołudnie, postanowiłam odwiedzić żydowską dzielnicę, Kazimierz, żeby przynieść na szabas chałę z piekarni naszego ojca. Gdy weszłam do sklepiku, zastałam w nim sporo kupujących. Ponieważ klienci się spieszyli, żeby zdążyć ze świąteczną kolacją, stanęłam za ladą, by pomóc ojcu zrealizować liczne zamówienia. Właśnie wydawałam jakiemuś klientowi resztę, gdy do środka wbiegł młody chłopak i krzyknął od progu:

– Niemcy zaatakowali!

Zamarłam w bezruchu, jakby poraził mnie piorun. Wszyscy zamilkli. Ojciec przyniósł radio z zaplecza. Obecni zgromadzili się przy ladzie, żeby wysłuchać komunikatu. Niemcy uderzyli na Westerplatte, polską placówkę wojskową leżącą na terenie Wolnego Miasta Gdańska. Było oczywiste, że to początek wojny z hitlerowską potęgą. Kilka kobiet histerycznie zapłakało. Spiker zamilkł. Zagrano polski hymn. Parę osób zaczęło śpiewać.

– Polskie wojsko nas obroni – zapewnił pan Kłopowicz, zasuszony weteran pierwszej wojny światowej.

Ale ja wiedziałam, że polska armia, złożona głównie z piechoty i konnej kawalerii, nie odeprze niemieckich czołgów ani żołnierzy z karabinami maszynowymi. Popatrzyłam na ojca. Napotkałam jego wzrok. Zacisnął palce na modlitewnym szalu, aż mu kostki zbielały. Wiedziałam, że oczekuje najgorszego.

– Idź już – rozkazał, gdy wszyscy klienci opuścili sklep.

Nie poszłam do biblioteki, tylko prosto do domu. Jakub już na mnie czekał z poszarzałą twarzą. Bez słowa wziął mnie w objęcia.

W ciągu dwóch tygodni Niemcy rozgromili polską armię[2]. Nagle na ulicach Krakowa pojawiły się czołgi i mężczyźni o kwadratowych szczękach, ubrani w brązowe mundury. Gdy szli, tłum ustępował im z drogi. Zwolniono mnie z pracy. Wkrótce dziekan oznajmił Jakubowi, że Żydom nie wolno już studiować na uniwersytecie. Cały nasz świat niespodziewanie legł w gruzach. Liczyłam przynajmniej na to, że teraz, gdy Jakub już nie będzie uczęszczał na zajęcia, zacznie spędzać ze mną więcej czasu. Próżne nadzieje!

Polityczne zebrania w rozrzuconych po mieście prywatnych mieszkaniach przybrały gorączkowy charakter. Chociaż mąż nie zdradzał ich treści, przypuszczałam, że dotyczą oporu przeciw faszystom. Chciałam go poprosić, żeby zaprzestał tej ryzykownej działalności. Groziło mu aresztowanie albo coś jeszcze gorszego. Zdawałam sobie jednak sprawę, że moje obawy nie ostudzą jego zapału.

Pewnej wtorkowej nocy zasnęłam, czekając na niego. Obudziłam się o północy, nadal sama. Dawno powinien był wrócić, obowiązywała przecież godzina policyjna i za jej nieprzestrzeganie groziło aresztowanie czy też śmierć na miejscu od kuli niemieckiego żołnierza. Wstałam z łóżka. W mieszkaniu panowała cisza. Nie słyszałam żadnych dźwięków, prócz plaskania moich bosych stóp po podłodze, gdy nerwowo przemierzałam pokój. Co pięć minut biegłam do okna jak w gorączce, patrząc, czy Jakub nie nadchodzi.

Wkrótce po wpół do drugiej usłyszałam hałas w kuchni. Mąż wszedł na górę tylnymi schodami. Włosy i broda, które zawsze starannie pielęgnował, były zmierzwione. Nad górną wargą dostrzegłam kropelki potu. Cała drżąca, otoczyłam go ramionami. Jakub bez słowa wziął mnie za rękę i zaprowadził do sypialni. Nie próbowałam nawet nawiązać rozmowy. Przewrócił mnie na łóżko i kochał z taką gwałtownością, jak nigdy dotąd.

– Muszę cię opuścić, Emmo – wyznał później, jeszcze tej samej nocy.

Zimne jesienne powietrze osuszyło moją spoconą skórę. Poczułam chłód i nagły skurcz serca.

– Z powodu twoich zajęć?

– Tak.

Doskonale wiedziałam, że nie ma na myśli przerwanych studiów.

– Kiedy? – spytałam niespokojnie.

– Wkrótce. Pewnie w najbliższych dniach.

Wychwyciłam wahanie w jego głosie, które świadczyło o tym, że nie wyznał wszystkiego. Odwrócił się na bok. Przycisnął brzuch do moich pleców.

– Zostawię ci pieniądze. Będziesz ich potrzebować.

– Nie chcę ich. – Machnęłam lekceważąco ręką. Łzy napłynęły mi do oczu. Gdybym miała choć cień nadziei, że mnie wysłucha, błagałabym, żeby został.

– Emmo… Powinnaś zamieszkać u rodziców.

– Dobrze. – Kiedy odejdziesz, dodałam w myślach.

– Jeszcze jedno. – Sięgnął do szuflady w nocnej szafce i podał mi zwój papieru, opatrzony woskową pieczęcią. Był to kittubach, napisane po hebrajsku świadectwo ślubu. W natłoku dramatycznych wydarzeń nie zdążyliśmy zarejestrować naszego związku w urzędzie. – Spal to.

– Nigdy. – Oddałam mu dokument.

– Zdejmij obrączkę. Udawaj, że nigdy nie byliśmy małżeństwem. Poproś swoją rodzinę, żeby dochowała tajemnicy. Kiedy odejdę, nikt nie powinien wiedzieć o naszym związku. Jako mojej żonie grozi ci wielkie niebezpieczeństwo.

– Niebezpieczeństwo? – powtórzyłam z niedowierzaniem. – Trudno sobie wyobrazić coś bardziej niebezpiecznego niż być Żydówką w okupowanym przez hitlerowskie Niemcy kraju. Co jeszcze może mi zaszkodzić?

– Zrób, o co proszę, Emmo.

– Dobrze – obiecałam, wsuwając akt małżeństwa pod materac. Nie zamierzałam dotrzymać obietnicy. Za nic w świecie nie zniszczyłabym jedynego ogniwa, które połączyło nas na zawsze.

Leżałam jeszcze długo, słuchając jego równego oddechu, kiedy usnął. Gładziłam go delikatnie po głowie, wtuliłam nos w jego szyję, wdychałam jego zapach. Nakryłam dłoń męża swoją, żeby zachować w pamięci jej kształt.

Jakub drgnął. Uniósł głowę i krzyknął. Pewnie we śnie już bił się z wrogiem. Chociaż opadały mi powieki, zawzięcie walczyłam z sennością. Szkoda mi było każdej chwili, przecież czekało mnie wiele samotnych nocy.

W końcu zmogło mnie zmęczenie. Kilka godzin później obudziło mnie szuranie zamiataczy ulic i stukot końskich kopyt. Mimo ciemności kupcy już ciągnęli z towarem do miasta. Pogładziłam ciepłe jeszcze prześcieradło w miejscu, gdzie niedawno leżał mój mąż. Wiedziałam, że plecak i rzeczy Jakuba znikły. On też.

– Głodna? – Głos Krysi wyrwał mnie z zamyślenia.

Uświadomiłam sobie, że już od jakiegoś czasu stoi w salonie i mówi do mnie. Nie słyszałam ani słowa. Z ociąganiem odwróciłam ku niej twarz, obudzona z pięknego snu na jawie.

Krysia wyciągnęła ku mnie talerz z chlebem i serem.

– Nie, dziękuję. – Pokręciłam głową, nadal na pograniczu rzeczywistości i marzeń.

Krysia postawiła talerz na stoliku do kawy, podeszła do mnie.

– Piękne zdjęcie. – Wskazała fotografię, którą trzymałam w ręce.

Nie odpowiedziałam. Wzięła w rękę drugą, tę z dzieciństwa Jakuba.

– Trzeba je schować. Nikt nie może ich widzieć.

– Któż miałby je oglądać? – zaprotestowałam. – Mieszkamy tu tylko we trójkę.

Krysia zwolniła pokojówkę i ogrodnika, zanim sprowadziła mnie i Łukasza. W ciągu tych dwóch tygodni nikt nas nie odwiedzał.

– Nigdy nic nie wiadomo – odrzekła dziwnym, jakby nie swoim głosem. – Ostrożność nigdy nie zawadzi. – Wyciągnęła rękę w moją stronę.

Nie chciałam oddawać najdroższej pamiątki, ale nie miałam wyjścia. Z ciężkim westchnieniem wręczyłam jej ślubną fotografię.

A potem patrzyłam półprzytomnym wzrokiem, jak wynosi ją z pokoju.

ROZDZIAŁ DRUGI

Tego ranka, gdy Jakub zniknął, nie odważywszy się na choćby jedno słowo pożegnania, siedziałam na łóżku przez kilka minut. Rozglądałam się po pokoju, mrugając powiekami.

– Nie wrócił – powiedziałam głośno do siebie, zbyt oszołomiona, żeby zapłakać. Automatycznie ubrałam się. Tak szybko, jak to możliwe, spakowałam torby, jakbym wcześniej wielokrotnie przećwiczyła każdy ruch. Obrączki i świadectwo ślubu włożyłam na dno. W ostatniej chwili, już w drzwiach sypialni, zawahałam się. Na regale, pomiędzy podręcznikami fizyki a politycznymi rozprawami Jakuba, leżało kilka powieści, przeważnie zagranicznych pisarzy: „Ivanhoe”, „Duma i uprzedzenie” i parę innych. Przesunęłam palcami po grzbietach. Jakub podarował mi je na początku znajomości. Kiedy odwiedzał mnie w bibliotece, zawsze przynosił pomarańcze, kwiatek lub inny drobny upominek. Gdy ofiarował mi pierwszą książkę, parsknęłam śmiechem.

– Co to za pomysł przynosić bibliotekarce książki? – zażartowałam, przeglądając oprawione w skórę tłumaczenie „Wielkich nadziei” Karola Dickensa.

– Tej na pewno nie masz – zaprotestował z powagą, choć w ciemnych oczach błyszczały wesołe iskierki.

Rzeczywiście, chociaż dużo czytałam, jeszcze nigdy w życiu nie posiadałam żadnej książki na własność. Rodzice zachęcali mnie do nauki, posyłali do żydowskiej szkoły dla dziewcząt, póki mogli sobie na to pozwolić, ale nie było nas stać na nic innego prócz rodzinnej Biblii i modlitewnika. Dlatego ceniłam każdy tomik od Jakuba jak bezcenny skarb. Nigdy nie zdradziłam, że większość tych powieści już przeczytałam, niektóre tyle razy, że znałam je niemalże na pamięć. Wracałam do nich z przyjemnością, a znane historie nabierały nowych odcieni, odkąd należały do mnie. Przechowywałam je w szufladzie komody, a po ślubie zabrałam z sobą do domu męża.

Na wspomnienie pierwszego podarunku od Jakuba zapiekły mnie oczy. Otarłam łzę. Gdzie jesteś, kochany, kiedy wrócisz? – spytałam go w myślach ze wzrokiem wbitym w półkę. Nie mogłam zabrać wszystkich książek, bo były za ciężkie, ale chciałam jakieś wziąć na pamiątkę. W końcu wsunęłam dwie do torby.

Wychodząc z domu państwa Bau z torbami w obu rękach, zerknęłam na różowe jedwabne zasłony w wysokich oknach, przewiązane eleganckim, brązowym sznurem, na porcelanę ze złoconymi brzegami w kredensie w holu. Pomyślałam, że gdy opuszczę ten dom, nikt nie powstrzyma włóczęgów czy nazistów przed jego splądrowaniem. Przez chwilę rozważałam możliwość pozostania, jednak w końcu uznałam argumenty Jakuba, że zbyt wiele bym ryzykowała, mieszkając tu sama.

Gestapo coraz częściej dokonywało rewizji. Wielu żydowskich właścicieli już wywłaszczono, zrabowano dobytek, a mieszkania przyznano niemieckim oficerom wysokiej rangi. Miałam ochotę zabrać z sobą kilka cenniejszych przedmiotów, mniejszych obrazów lub też srebrnych lichtarzy, ale nawet gdybym je udźwignęła, u moich rodziców też nie byłyby bezpieczne.

Przystanąwszy w holu, rozejrzałam się po raz ostatni, zanim zamknęłam za sobą drzwi.

Ruszyłam Grodzką w stronę dzielnicy żydowskiej. W miarę oddalania się od centrum, ulice stawały się coraz węższe, budynki coraz bardziej zaniedbane. Mimo woli wspomniałam dzień, kiedy Jakub po raz pierwszy odprowadził mnie pod dom. Nalegał od paru miesięcy, ale zawsze odmawiałam, w obawie, że widok naszego ubóstwa unaoczni mu różnice między biedną, ortodoksyjną rodziną a jego zamożną i oświeconą. Bałam się, że mnie porzuci. Bacznie obserwowałam jego reakcję, gdy mijaliśmy odrapane kamienice i nędznie ubranych sąsiadów. Nie usłyszałam ani słowa komentarza. Tylko sposób, w jaki przygryzł wargę, powiedział mi, że przeżył wstrząs. Otoczył mnie opiekuńczym ramieniem. Od tej pory okazywał mi jeszcze więcej czułości. Chyba tego właśnie dnia zdecydował, że wyrwie mnie z niedostatku. Teraz zniknął, a ja wracałam sama na Kazimierz z oczami pełnymi łez.

Wkrótce dotarłam do Szerokiej, głównej ulicy dzielnicy żydowskiej. Przystanęłam. Popatrzyłam na domy i synagogi. Coś mi nie pasowało. Coś się zmieniło od mojej ostatniej wizyty. Zwykle o tej porze, w powszedni dzień rano, sąsiedzi nawoływali się przez otwarte okna, mężczyźni dyskutowali przed sklepami, kobiety w szalach dźwigały tobołki z żywnością i opałem. Teraz panowały tu pustki. Niezwykła cisza aż dzwoniła w uszach, jakby wszyscy mieszkańcy wymarli w ciągu jednej nocy.

Postanowiłam odwiedzić ojca w piekarni, zanim pójdę do domu. Otworzył ją w latach młodości, przed trzydziestu laty. Złożona z małego sklepiku i przyległej kuchni, stanowiła źródło utrzymania rodziny. Pracował tu codziennie. Nawet podczas okupacji nie zwinął interesu mimo kłopotów z zaopatrzeniem i małej liczby wypłacalnych klientów. Zaopatrywał rodzinę, sąsiadów i przyjaciół w niewielkie ilości zabronionych obecnie tradycyjnych żydowskich wypieków: chleba, chały na szabas i macy na Paschę.

Pomyślałam, że z pewnością zechce, żebym włożyła jeden z obszernych fartuchów i pomogła mu przy pracy. Po przeprowadzce z Kazimierza najbardziej brakowało mi właśnie wspólnego pieczenia. Zwykle gawędziliśmy godzinami przy zagniataniu ciasta. Tata często wspominał dzieciństwo, dziadków, których nie znałam, ich wielki sklep przy granicy niemieckiej. Czasami milkł nagle albo mruczał coś pod nosem. Nie musiałam na niego patrzeć, by wiedzieć, że się uśmiecha. Ciemną brodę miał zwykle przyprószoną mąką.

Skręciłam w lewo w ulicę Józefa, przystanęłam przed piekarnią, spróbowałam otworzyć drzwi. Były zamknięte. Z początku pomyślałam, że pomyliłam dni, że to szabas, kiedy nikt nie pracuje. Mój ojciec tylko raz nie otworzył piekarni w dzień powszedni: kiedy się urodziłam. Przycisnęłam nos do szyby. W środku panowały ciemności. Poczułam dziwny niepokój. Minęła ósma, więc ojciec powinien pracować od paru godzin. Czyżby mama zachorowała? Natychmiast pospieszyłam do mieszkania na Miodowej. Kilka minut później wchodziłam do mrocznej kamienicy, w której mieszkałam do ślubu z Jakubem. Na klatce schodowej wciągnęłam ciężkie, przesycone odorem cebuli i kapusty powietrze. Popędziłam na górę. Ciężko dysząc, postawiłam torby na korytarzu. Chwyciłam za klamkę.

– Dzień dobry! – zawołałam od progu.

Rozejrzałam się dookoła. Promienie słońca wpadały do saloniku przez wielkie okna. Jako dziewczynka bardzo lubiłam to nieduże, przytulne pomieszczenie i dopiero po ślubie, po przeprowadzce do domu państwa Bau, zaczęłam dostrzegać jego ubóstwo. Podczas pierwszej wizyty po miodowym miesiącu patrzyłam z niesmakiem na pożółkłe firanki i wytartą tapicerkę. Dręczyły mnie wyrzuty sumienia, że zostawiłam rodziców w starym, zaniedbanym domu, podczas gdy sama korzystałam z luksusów, ale oni nie widzieli powodu do zmartwień. Mieszkali tu od niepamiętnych czasów, innego domu nie znali. Teraz ja także muszę żyć w tej nędzy, pomyślałam z niechęcią. Jednocześnie gardziłam sobą za snobizm.

– Dzień dobry! – zawołałam ponownie, tym razem głośniej. Odpowiedziała mi cisza. Zerknęłam na zegar przy kominku. Minęło wpół do dziewiątej. Ojciec dawno powinien wyjść do piekarni, ale gdzie jest mama? Nigdy nie wychodziła tak wcześnie. Pociągnęłam nosem. Brakowało zapachu jajek i cebuli, które zawsze przyrządzała na śniadanie. Zaniepokojona pobiegłam do pokoju rodziców. Kilka szuflad komody było otwartych. Zwisały z nich sztuki odzieży. Mama nigdy nie zostawiłaby takiego bałaganu. Zniknął też szary, wełniany koc po dziadkach, który zawsze leżał w nogach łóżka. Wpadłam w popłoch.

– Mamo! – zawołałam. Popędziłam z powrotem przez salon na korytarz, wyjrzałam na klatkę schodową. W całym budynku panowała martwa cisza, słyszałam tylko echo własnych kroków. Zwykle przez cienkie jak papier ściany dochodził gwar rozmów, brzęk naczyń, szum cieknącej wody. Teraz wszystko zamilkło. Serce waliło mi jak młotem. Mieszkańcy znikli. Zamarłam w bezruchu, nie wiedząc, co robić. Nagle usłyszałam łoskot piętro wyżej.

– Halo? – zawołałam, ruszając na górę. Poprzez poręcz schodów mignęło gdzieś na górze niebieskie ubranie. – Jestem Emma Gershmann – wymieniłam swoje panieńskie nazwisko. – Kto tam jest? – zapytałam bez lęku. Nawet mi do głowy nie przyszło, że coś złego może mnie spotkać.

Ten ktoś na górze zrobił jeden krok, potem drugi. Mały, najwyżej dwunastoletni chłopiec wyszedł mi na spotkanie. Rozpoznałam jedno z licznych dzieci Rosenkrantzów z czwartego piętra.

– Jonasz, prawda? – zapytałam.

Chłopiec skinął głową.

– A gdzie pozostali?

Milczał przez dobrych kilka minut.

– Bawiłem się na podwórku, gdy nadeszli – zaczął prawie szeptem.

– Kto, Jonaszu? – dociekałam dalej, chociaż truchlałam ze strachu w przewidywaniu odpowiedzi.

– Mężczyźni w mundurach – odrzekł cichutko. – Całe mnóstwo.

– Niemcy?

Pokiwał głową. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Oparłam się o poręcz.

– Kiedy?

– Dwa dni temu. Wypędzili wszystkich, w wielkim pośpiechu. Całą moją rodzinę. Twoją również.

– Dokąd? – wykrztusiłam przez ściśnięte gardło.

– Na południe, w kierunku Wisły. Każdy zabrał walizkę.

Do getta[3], pomyślałam. Usiadłam na ostatnim schodku. Hitlerowcy odgrodzili murem Podgórze, osiedle na południowym brzegu, i zmusili Żydów z sąsiednich wiosek do przeprowadzki. Nigdy nie przypuszczałam, że moja rodzina też tam trafi. Mieszkaliśmy już przecież w żydowskiej dzielnicy.

– Przeczekałem w ukryciu, aż odejdą – dodał Jonasz.

Nie odpowiedziałam. Wstałam i wróciłam do mieszkania. Przystanęłam jeszcze przed drzwiami. Zerwano z nich mezuzę, metalowe pudełeczko z odręcznie napisanym wersetem z Pięcioksięgu, który miał zapewniać mieszkańcom długie, szczęśliwe życie. Wisiało tu od dziesięcioleci. Dotknęłam jaśniejszego śladu na futrynie. Przypuszczałam, że mezuzę zabrał ojciec. Przewidywał, że już tu nie wróci. Musiałam ich odnaleźć. Zabrałam torby, zamknęłam za sobą drzwi i zwróciłam się do Jonasza, który zszedł za mną:

– Nie możesz tu zostać, Jonaszu. Nie będziesz bezpieczny. Czy masz dokąd pójść?

Pokręcił głową. Nie mogłam go zabrać ze sobą. Wyciągnęłam z torebki garść monet, które zostawił mi Jakub.

– Weź, kup sobie jedzenie.

Chłopiec schował pieniądze do kieszeni.

– Dokąd idziesz?

– Odnaleźć rodziców – odparłam po długiej chwili wahania.

– Do getta?

Zaskoczył mnie. Nie przypuszczałam, że zdaje sobie sprawę, dokąd zabrano jego rodzinę.

– Tak.

– Jeśli tam wejdziesz, nie będzie ci wolno wyjść.

Podziwiałam jego dziecięcą logikę. Sama w nerwach i pośpiechu nie wzięłam pod uwagę, że dobrowolnie idę do więzienia. Znów się zawahałam.

– Muszę. Uważaj na siebie. Lepiej, żeby nikt cię nie zobaczył. – Położyłam mu rękę na ramieniu. – Jeżeli spotkam twoją mamę, powiem, że jesteś cały i zdrowy. – Nie czekając na odpowiedź, odwróciłam się i zeszłam po schodach.

Przystanęłam na chodniku, rozejrzałam się po wyludnionej ulicy. Hitlerowcy wygnali stąd wszystkich mieszkańców. Stałam bez ruchu, usiłując podjąć najwłaściwszą decyzję. Jeśli przekroczę bramę getta, nie będę miała odwrotu. Z drugiej strony, jakie miałam wyjście? Nie mogłam zostać w mieszkaniu. Nawet na ulicy nie byłam bezpieczna. Z całego serca żałowałam, że nie ma przy mnie Jakuba. On z pewnością wiedziałby, co robić. Gdyby ze mną został, siedziałabym teraz spokojnie w mieszkaniu, zamiast stać bezradnie na rogu ulicy. Czy w ogóle by odszedł, gdyby wiedział, co dalej nastąpi?

W końcu zdecydowałam, że pójdę do getta. Musiałam sprawdzić, czy przebywają tam moi rodzice i jak się czują. Obładowana ponad miarę, pospieszyłam pustymi ulicami żydowskiej dzielnicy na południe, w kierunku Wisły. Tylko stukanie moich obcasów i szuranie torby o płyty chodnika przerywały martwą ciszę tego wczesnego poranka. Spociłam się, ręce mnie bolały od dźwigania ciężkich bagaży.

Wkrótce dotarłam na brzeg Wisły, na granicę pomiędzy naszym starym a nowym światem. Przystanęłam przed mostem kolejowym. Popatrzyłam na przeciwległy brzeg. Nie znałam Podgórza, tłocznej, gwarnej dzielnicy handlowej. Wśród brudnych, zapuszczonych budynków wypatrzyłam zwieńczenie muru getta. Całe moje ciało przeszedł zimny dreszcz. Powiedziałam sobie, że zamieszkam zaledwie kilka kilometrów od domu, co mnie wcale nie uspokoiło. Getto to nie Kazimierz ani nie dom. To inny świat, równie daleki jak odległe planety. Przez chwilę rozważałam, czy nie lepiej zawrócić. Tylko dokąd? Nie znalazłam odpowiedzi. Z ciężkim westchnieniem wkroczyłam na most kolejowy. Nogi ciążyły mi niczym bryły ołowiu. W ciszy słyszałam plusk wiślanych fal o brzeg, który opuściłam. Czułam zapach wody. Zabroniłam sobie patrzeć wstecz. Gdy dotarłam na drugą stronę, gdzieś za moimi plecami zakwilił szpak. Mimo woli odwróciłam głowę. Mój wzrok bezwiednie powędrował ku skąpanym w słońcu dachom Wawelu i wieżom katedry. Od najmłodszych lat wzrastałam, bawiłam się, a potem pracowałam w ich cieniu. Sąsiedztwo starego zamku, dawnej siedziby polskich królów, dawało mi zawsze poczucie bezpieczeństwa. Teraz odbierałam jego przepych jak zdradę. Wypędzono mnie. Szłam do więzienia, podczas gdy kamienne mury stały jak zawsze niewzruszone, obojętne na mój los. Kraków, dawna stolica polskiej monarchii, przestał być moim miastem. Zostałam cudzoziemką w miejscu, które od urodzenia nazywałam domem.

ROZDZIAŁ TRZECI

Przeszłam kilkaset metrów od mostu wzdłuż granitowego muru getta. Wyrzeźbione na szczycie, szerokie na sześćdziesiąt centymetrów łuki, złowrogo przypominały płyty nagrobne. Serce podeszło mi do gardła. Przystanęłam przy żelaznej bramie, nabrałam powietrza w płuca przed spotkaniem z hitlerowskim strażnikiem.

– Nazwisko? – zapytał, zanim zdążyłam otworzyć usta.

– Ja… – wyjąkałam.

Podniósł wzrok znad notatnika.

– Nazwisko! – ryknął.

– Gershmann Emma – wykrztusiłam.

Sprawdził na liście.

– Nie ma.

– Nie, ale sądzę, że są tu moi rodzice, Chaim i Reisa Gershmann.

Zerknął jeszcze raz, odwrócił stronę.

– Tak, Limanowskiego 21 mieszkania 6.

– Wobec tego chciałabym do nich dołączyć.

Strażnik obrzucił mnie zdumionym spojrzeniem. Pomyślałam, że zabroni mi wstępu. Z początku niemalże poczułam ulgę, lecz on po chwili namysłu dopisał moje nazwisko obok rodziców, potem odstąpił na bok, żebym mogła przejść. Zawahałam się. Popatrzyłam na prawo, później na lewo. Wkrótce usłyszałam szczęk zamykanej za sobą bramy. Po drugiej stronie muru owionął mnie silny ludzki odór. Walczyłam z mdłościami. Oddychałam płytko, przez same usta. Zapytałam o drogę jakiegoś przechodnia. Pokazał mi kierunek. Przemierzając getto, starałam się nie patrzeć na obdarte, wymizerowane postacie, które nie kryły zdumienia na widok nowo przybyłej. Skręciłam w Limanowskiego, przystanęłam pod wskazanym domem. Budynek wyglądał jak przeznaczona do wyburzenia rudera. Weszłam na klatkę schodową. Na ostatnim piętrze postawiłam bagaże, wytarłam spocone dłonie o spódnicę. Przez zbutwiałe drzwi jednego z mieszkań dobiegł moich uszu głos mamy. Łzy napłynęły mi do oczu. Do tej pory nie chciałam wierzyć, że naprawdę ich tu zastanę. Zapukałam.

– Nu? – usłyszałam wołanie ojca, później odgłos kroków, wreszcie skrzypienie otwieranych drzwi. Na mój widok zrobił wielkie oczy. – Emmala! – wykrzyknął, zarzucając mi na szyję potężne ramiona. Tulił mnie do siebie tak mocno, że omal nie padliśmy na ziemię.

– Co ty tu robisz? – zawołała zza jego pleców mama, która właśnie nadeszła. Oczy jej pociemniały, w rękach miętosiła rąbek fartucha. Gdy tato wreszcie wypuścił mnie z objęć, wciągnęła mnie do środka.

Kiedy zobaczyłam, w jak nędznych warunkach przyszło im żyć, mimo woli zadrżałam. W porównaniu z jedynym, ciasnym, ciemnym, cuchnącym stęchlizną pokojem nasze skromne mieszkanko na Kazimierzu było pałacem. Przyznaję, że mama zrobiła, co w jej mocy, żeby uczynić wnętrze zdatnym do zamieszkania, ale niewiele to dało. W ponurym oknie z potrzaskaną szybą zawiesiła jasnożółte zasłony, przedzieliła prześcieradłami pomieszczenie na część sypialną i mieszkalną, tak małą, że pomieściła zaledwie mały stół i trzy krzesła. Mimo wszelkich wysiłków ich nowa kwatera nadal wyglądała koszmarnie.

– Wróciłam na Kazimierz, żeby z wami zamieszkać, ale was nie zastałam. – W moim głosie mimo woli zabrzmiała oskarżycielska nuta. Czemu mnie nie uprzedzili albo przynajmniej nie zostawili wiadomości?

– Dali nam pół godziny na spakowanie – wyjaśnił ojciec, podsuwając mnie i mamie krzesła. – Nie starczyło czasu, żeby cię zawiadomić. Gdzie Jakub?

– Pracuje – odrzekłam.

Pokiwali głowami. Nie zaskoczyłam ich. Doskonale wiedzieli o jego politycznej aktywności. Tylko tej jednej pasji w nim nie akceptowali, prócz tego, że nie był ortodoksyjnie religijny.

– Nie powinnaś tu przychodzić – wytknął ojciec, nerwowo przemierzając pomieszczenie. – My jesteśmy już starzy, nikt nie będzie sobie nami głowy zawracał. Gorzej z młodymi…

Nie musiał kończyć. Młodych ludzi deportowano z Krakowa. Ci, którzy otrzymali nakaz wyprowadzki do getta, wpadali w pułapkę bez wyjścia.

– Nie miałam dokąd pójść.

– Cóż, najważniejsze, że jesteśmy znów razem – stwierdziła mama, ujmując moją dłoń. – Chodź, pomożemy ci się rozlokować.

Następnego ranka poszłam do Judenratu, założonego przez okupanta żydowskiego organu administracyjnego, żeby się zameldować. Oddelegowano mnie do pracy w sierocińcu. Rodzice już otrzymali przydział. Im również dopisało szczęście. Ojciec pracował w komunalnej kuchni jako piekarz, mama w lecznicy jako pomoc pielęgniarki. Uniknęliśmy najgorszego, to znaczy ciężkich robót poza terenem getta pod okiem brutalnych faszystowskich nadzorców. Tego samego popołudnia rozpoczęłam pracę. Judenrat przeznaczył na sierociniec niewielki, dwukondygnacyjny budynek przy ulicy Józefińskiej. W środku było ciemno, ciasno, tłoczno, lecz niewielki trawiasty placyk z tyłu stwarzał dzieciom możliwość zabawy na dworze. Mieszkało tam około trzydziestu maluchów. Prawdopodobnie wszystkie straciły rodziców podczas wojny. Lubiłam je obserwować. Chociaż wychudły na głodowych racjach żywnościowych, zachowały dziecięcą psychikę. Nie zdawały sobie sprawy z koszmaru okupacji, okropnego otoczenia ani z tego, że zostały same, bez rodziców, w okrutnym, nieczułym świecie.

Mimo że odczuwałam satysfakcję z pracy, bardzo brakowało mi Jakuba. Przebywając stale w towarzystwie dzieci, często myślałam o tym, jaką rodzinę stworzylibyśmy, gdyby wojna nie wybuchła. Wciąż na nowo odtwarzałam w pamięci nasz ślub i następne dni, a zwłaszcza noce. Niewiele ich razem spędziliśmy. Pamiętałam każdą. Gdy patrzyłam w niski sufit w nędznej ruderze, w której przyszło mi zamieszkać, dręczyło mnie poczucie winy, że w tak rozpaczliwej sytuacji najbardziej brakuje mi pieszczot, nagłych uniesień, cudownego świata erotyki, w który na krótko wprowadził mnie Jakub. Gdzie teraz jest? – pytałam samą siebie każdej nocy, leżąc samotnie w ciemnościach. I z kim? W ruchu oporu na pewno działają również kobiety, a jednak Jakub nie poprosił, żebym do niego dołączyła. Czy jakaś dzielna, śmiała bojowniczka nie skradnie mu serca? Ze wstydem przyznawałam, że bardziej niepokoi mnie, czy dochowuje mi wierności, niż czy nie został ranny albo czy nie marznie.

Brakowało mi nie tylko męża, ale także towarzystwa. Po dwunastogodzinnym dniu pracy, wciąż na nogach, rodzicom ledwie starczało sił, żeby zjeść swoje racje żywnościowe. Zaraz potem szli spać. Getto już odcisnęło na nich swe straszliwe piętno. W krótkim czasie postarzeli się o wiele lat. Ojciec, niegdyś postawny, krzepki mężczyzna, teraz ledwie powłóczył nogami. Mama poruszała się z jeszcze większym trudem. Miała ciemne cienie pod oczami. Gęste, kasztanowe niegdyś włosy zrzedły i posiwiały. Niewiele spała. Często słyszałam w nocy stłumione łkania zza zaimprowizowanego przepierzenia.

– Reiso, Reiso – szeptał jej imię tato, żeby ją uspokoić. Bez skutku.

Jej płacz bardzo mnie martwił. Wychowała się w małej wiosce na wschód od Przemyśla, należącej przed pierwszą wojną światową do Rosji. Dochodziło tam często do nagłych aktów przemocy przeciwko żydowskiej społeczności. Widziała splądrowane, spalone domy, rozkradziony dobytek, zwłoki tych, którzy śmiercią przypłacili opór. W obawie przed kolejnymi pogromami po śmierci rodziców uciekła na zachód, do Krakowa. Jej rodzice zmarli od chorób, nędzy i zgryzoty, w okropnych warunkach. Ona przeżyła, ale zdawała sobie sprawę, co nam grozi.

Praca w ochronce także nie rozpraszała mojego poczucia osamotnienia. Pracowały tam głównie starsze kobiety, najczęściej ze wsi, bardzo miłe, ale zaharowane, wiecznie przemęczone. Karmienie, kąpanie i uspokajanie licznej gromadki sierot nie zostawiało wiele czasu na rozmowy. Najbardziej zaprzyjaźniłam się z Hadassą Nederman, tęgą wdową o okrągłej twarzy. Pochodziła z wioski w okolicach Bochni. Zawsze uśmiechnięta, dla każdego znajdowała miłe słowo czy żarcik. Gdy już ułożyłyśmy maluchy na popołudniową drzemkę, prawie codziennie zamieniałyśmy parę słów przy filiżance wodnistej herbaty. Chociaż nie mogłam jej opowiedzieć o Jakubie, wyczuła, że doskwiera mi samotność. Pewnego dnia, po dwóch miesiącach mojej pracy w sierocińcu, pani Nederman przyprowadziła do mnie ciemnowłosą dziewczynę o podobnej do niej, grubokościstej budowie.

– To moja córka, Marta.

– Cześć! – zawołała Marta tak radośnie, jakby znała mnie od lat.

Natychmiast ją polubiłam. Młodsza o kilka lat ode mnie, uśmiechnięta, spoglądała bystro zza ogromnych okularów. Jej głowę otaczała niesforna burza ciemnych loków. Paplała nieustannie. Pracowała dla Judenratu jako goniec. Nosiła paczki i listy wewnątrz getta, a czasami również poza obręb murów.

– Musisz do nas przyjść na szabasową kolację – zaproponowała po kilku minutach rozmowy.

– Do waszego domu? – spytałam zaskoczona. Niewielu mieszkańców getta przyznawało się do świętowania szabasu, jeszcze mniej zapraszało gości.

Marta pokręciła głową.

– Nie. Spotykamy się z przyjaciółmi w każdy piątek wieczorem niedaleko stąd. – Wskazała budynek po przeciwnej stronie ulicy. – Gdy mama opowiedziała mi o tobie, od razu spytałam, czy mogę cię przyprowadzić. Moi koledzy też wyrazili zgodę.

Pomyślałam o rodzicach. Chociaż w getcie jadaliśmy świąteczną kolację tylko we trójkę, nie miałabym sumienia zostawić ich samych. Ojciec przemycał z komunalnej kuchni maleńki bochenek zakazanej chały, mama zapalała na spodeczku bezcenne ogarki świec. Świeczniki zostały na Kazimierzu. Zmęczeni po całym tygodniu harówki rodzice w piątek wieczorem jakby nagle odzyskiwali siły, prostowali zgarbione plecy. Gdy odmawiali modlitwy przyciszonymi, lecz pewnymi głosami, na policzki występował rumieniec. Siedzieliśmy godzinami, wymieniając anegdoty z całego tygodnia. W dni powszednie byliśmy zbyt zmęczeni na pogawędki. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym ich opuścić choćby na jeden wieczór.

– Spróbuję przyjść – odrzekłam bez przekonania, właściwie pewna, że odmówię. Prócz przywiązania do rodzinnej tradycji przeszkadzała mi nieśmiałość. Przerażała mnie perspektywa wejścia do pełnego obcych ludzi pokoju.

Lecz pod koniec tygodnia ku własnemu zdziwieniu stwierdziłam, że chciałabym dołączyć do towarzystwa Marty. Wreszcie w czwartek wieczorem przedstawiłam rodzicom jej propozycję.

– Idź koniecznie – odpowiedzieli jednocześnie. Ich twarze rozjaśnił uśmiech. – Jesteś młoda, potrzebujesz towarzystwa rówieśników.

Następnego popołudnia pod koniec zmiany, gdy już nakarmiłam wszystkie dzieci, Marta bez zapowiedzi stanęła w drzwiach.

– Gotowa? – spytała, jakby ani przez chwilę nie wątpiła, że wezmę udział w spotkaniu.

Przeszłyśmy przez ulicę na Józefińską 13. Marta poprowadziła mnie słabo oświetloną klatką schodową ku otwartym drzwiom. Wkroczyłyśmy do wąskiego, długiego pokoju z kuchnią po prawej stronie i jeszcze jednymi drzwiami na końcu. Wyblakłe, postrzępione zasłony były zaciągnięte. Większą część pokoju zajmował stół. Otaczało go mnóstwo niepasujących do siebie krzeseł. Marta przedstawiła mnie co najmniej kilkunastu zgromadzonym. Jedni siedzieli przy stole, inni stali obok w grupkach. Większości imion nie zapamiętałam, ale nie miało to znaczenia. Wyglądało na to, że wszyscy przywykli do widoku nowych twarzy. Widocznie co jakiś czas przybywał ktoś, kogo jeszcze nie znali. Serdeczna atmosfera pomogła mi przełamać zahamowania i zapomniałam o wcześniejszych obawach. Rozpoznałam kilka osób z sąsiedztwa. Teraz w niczym nie przypominały posępnych postaci, które widywałam na ulicach. Wszyscy gawędzili, żartowali z przyjaciółmi, jakby wstąpiły w nich nowe siły, jak gdyby tysiące kilometrów dzieliły ich od ponurej rzeczywistości getta.

Kilka minut później ktoś zadzwonił małym dzwoneczkiem. Wszyscy umilkli i jak na komendę podeszli do stołu, żeby zająć miejsca. Marta zaprowadziła mnie na sam koniec, do dwóch wolnych krzeseł przy drzwiach wejściowych. Naliczyłam co najmniej osiemnaście osób. Wbrew moim obawom, jakoś się pomieściliśmy. Staliśmy ramię w ramię w milczeniu, jedno przy drugim. Ktoś otworzył drugie drzwi. Weszło przez nie dwóch mężczyzn, jeden krępy, miał około dwudziestu lat, drugi, nieco wyższy i starszy, z kozią bródką. Przystanęli przy dwóch wolnych krzesłach u szczytu stołu. Młoda kobieta, stojąca obok starszego z nowo przybyłych, zapaliła świece. Zgromadzeni patrzyli w skupieniu, jak trzykrotnie zatacza rękami kręgi wokół płomieni, odmawiając szabasową modlitwę.

– To Alek Landesberg – szepnęła Marta, wskazując starszego z mężczyzn. – Przewodzi tej grupie.

– Szalom aleichem – zaintonował głębokim barytonem. Pozostali mu zawtórowali. Razem odśpiewaliśmy tradycyjne szabasowe pozdrowienie. Popatrzyłam po twarzach obecnych. Jeszcze przed godziną nie znałam tu nikogo, lecz teraz, w świetle świec, wydawali mi się bliscy jak rodzina. Gdy śpiewali, odnosiłam wrażenie, że ich głosy tkają gobelin, który odgradza nas od straszliwego, zrujnowanego świata na zewnątrz. Łzy napłynęły mi do oczu. Widząc moje wzruszenie, Marta uścisnęła mi dłoń.

Gdy pieśń przebrzmiała, usiedliśmy. Alek uniósł zardzewiały kielich z winem. Wypowiedział błogosławieństwo kidusz. Następnie odmówił motze nad chałą, zanim posypał ją solą, pokroił i podał zgromadzonym. Chrupiące, miękkie w środku pieczywo nie pochodziło z kuchni getta, przypominało to, które mój ojciec wypiekał niegdyś w swojej piekarni. Gdy talerz krążył wokół stołu, żałowałam, że nie mogę wziąć dodatkowej kromki dla rodziców. Później kilka dziewcząt wyszło do kuchni, po chwili wróciły z dymiącymi garnkami. Nalewały z nich do misek solidne porcje wywaru z kurczaka, ziemniaków i marchwi. Poczułam ssanie w żołądku. Te produkty również z całą pewnością pochodziły spoza getta.

Podczas posiłku zebrani gawędzili bez przerwy, całkowicie zaabsorbowani sobą nawzajem. Padało wiele imion, przezwisk, anegdot o nieznanych mi osobach, których nikt mi nie objaśniał. Słuchałam z zainteresowaniem, jak Marta ponad moją głową plotkuje o chłopakach z przyjaciółką po mojej prawej stronie. Później dyskutowała z dwoma młodzieńcami z lewej, czy Stany Zjednoczone przystąpią do wojny. Wcale mi nie przeszkadzało, że nikt nie próbuje nawiązać ze mną rozmowy ani nie zadaje pytań. Zauważyłam, że mężczyzna, który zaintonował modlitwę, patrzy na mnie. Szepnął coś do krępego towarzysza z lewej. Czułam, że w tym dusznym, zatłoczonym pomieszczeniu płoną mi policzki.

Po kolacji dziewczęta podały mocną, czarną kawę w wyszczerbionych filiżankach na spodeczkach od różnych kompletów. Jakiś młodzieniec przyniósł gitarę i zaczął grać. Wszyscy odeszli od stołu, porozsiadali się wygodnie, odprężeni, weseli, jak na wczasach w Krynicy. Przez kilka godzin śpiewaliśmy piosenki w jidysz i po hebrajsku, nawet te, których nie słyszałam od lat. Dopiero strach przed godziną policyjną zmusił nas do opuszczenia zgromadzenia. Podziękowałyśmy za gościnę i wyszłyśmy.

Począwszy od tego wieczoru wracałam na Józefińską co piątek. Tłumiłam poczucie winy, że nie świętuję szabasu z rodzicami. W ciągu tych kilku godzin zapominałam, gdzie jestem, co mnie otacza. Świąteczne wieczerze stanowiły jedyny jasny punkt pośród mrocznej rzeczywistości tamtych dni.

Pod koniec pewnego piątkowego spotkania, po około sześciu tygodniach moich wizyt na Józefińskiej, wkładałyśmy z Martą płaszcze, żeby wyjść. Wtem podeszła do nas Helga, kobieta, która co tydzień przyrządzała dla nas kolację.

– Alek chciałby z tobą porozmawiać – zwróciła się do mnie.

Marta posłała mi pytające spojrzenie.

– Nie musisz na mnie czekać – powiedziałam z udaną swobodą, choć słowa z trudem przechodziły przez ściśnięte z emocji gardło.

Helga wskazała drzwi na końcu pokoju. Podeszłam, cała w nerwach, robiąc po drodze rachunek sumienia, czy czymś nie uraziłam Alka, lecz kiedy zapukałam, zaprosił mnie do środka szerokim, serdecznym gestem. W niewielkim pomieszczeniu stał mały, zarzucony papierami stolik, kilka krzeseł i łóżko. Gospodarz wyciągnął do mnie rękę.

– Jestem Alek, Emmo – powiedział ciepło na przywitanie. – A to Marek – przedstawił kolegę.

Zdziwiło mnie, że zna moje imię. Jego towarzysz skinął głową, zabrał stertę papierów ze stołu, przeprosił i wyszedł.

– Usiądź. – Alek wskazał mi krzesło.

Przycupnęłam na samym brzegu. Z bliska widziałam ciemne cienie i cieniutkie zmarszczki wokół jego oczu.

– Przepraszam, że nie przedstawiłem się wcześniej, ale absorbowały mnie pilne sprawy.

Byłam ciekawa, co też można załatwiać w getcie.

– Mówmy wprost, Emmo. – Ściszył głos. – Mamy wspólnego znajomego. – Uniósł brwi. – Bliskiego przyjaciela z uniwersytetu.

Moje serce przyspieszyło do galopu. Znał Jakuba. Nie od razu opanowałam emocje, dopiero po dłuższych wysiłkach udało mi się przybrać obojętny wyraz twarzy.

– Ja… nie wiem, o kogo chodzi – skłamałam.

– Bez obawy – uspokoił mnie, unosząc rękę. – Tylko ja jeden wiem. Mówił mi o tobie jakiś czas temu. Widziałem twoje zdjęcie.

Poczułam, że się rumienię. Chodziło o ślubną fotografię, tę samą, którą schowała Krysia. Wiedziałam, że Jakub ma odbitkę, ale nie przyszło mi do głowy, by miał ją komukolwiek pokazywać. Czy zachował zdjęcie do tej pory? Kiedy Alek je oglądał? – pytałam w myślach samą siebie.

– Prosił mnie, żebym miał oko na ciebie, gdybyś tu trafiła. Nie wiedziałem, kim jesteś, póki do nas nie dołączyłaś. Wykonuję tę samą pracę co twój przyjaciel.

– Czy… – Zabrakło mi odwagi, żeby dokończyć pytanie.

– Czasami przesyła nam wiadomość, przeważnie przez posłańca, jako że sam z oczywistych względów nie odwiedza getta. Zawiadomimy go, że nawiązaliśmy z tobą kontakt, że jesteś cała i zdrowa.

– Proszę, bardzo mi na tym zależy. – Gdy Alek przytaknął, dodałam nieśmiało: – Może i ja mogłabym w czymś pomóc.

Zdecydowanie pokręcił głową.

– Niestety nie. Nasz przyjaciel przewidział, że o to poprosisz, i surowo zabronił angażowania cię w jakąkolwiek działalność. Nie chce cię narażać.

– Wolałabym, żeby bardziej dbał o własne bezpieczeństwo – wypaliłam z urazą i zamilkłam, przerażona własną śmiałością.

– Twój mąż to dzielny bojownik. – Alek popatrzył na mnie z dezaprobatą. – Powinnaś być z niego dumna.

– Jestem – odrzekłam ze skruchą.

– To dobrze. Na razie uszanuję jego życzenie. Nie wyznaczam ci żadnych zadań, ale… – Przesunął palcami po brodzie. – Masz własną wolę. Jeżeli chcesz nam pomóc, być może nadejdzie czas, kiedy będziemy cię potrzebować. Jak widzisz, wiele kobiet dla nas pracuje. – Wskazał gestem sąsiedni pokój.

Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że szabasowe spotkania gromadziły działaczy ruchu oporu, do którego i Marta należała.

– Zawsze jesteś tu mile widziana. Oczywiście nikt nie może wiedzieć, czyją jesteś żoną. Musisz trzymać swoje małżeństwo w tajemnicy. Chciałem nawiązać z tobą kontakt, żebyś poznała nasze powiązania.

– Dziękuję. – Uścisnęłam ramię Alka z wdzięcznością i ulgą. Posłał mi ciepły uśmiech, po czym pochylił głowę nad papierami, dając mi w dyskretny sposób do zrozumienia, że posłuchanie skończone.

Opuszczałam lokal niemalże tanecznym krokiem. Alek znał Jakuba, wiedział o naszym małżeństwie. Po raz pierwszy od chwili zniknięcia męża nie czułam się tak beznadziejnie samotna.

ROZDZIAŁ CZWARTY

W poniedziałek po spotkaniu z Alkiem Marta odwiedziła mnie w sierocińcu pod koniec zmiany. Nie zaskoczyła mnie. Odkąd ją poznałam, wpadała prawie codziennie.

– Muszę jeszcze oddać kocioł do kuchni – powiedziałam.

Każdego ranka centralna kuchnia getta dostarczała sierotom sagan zupy, a raczej wodnistej polewki ze skrawkami ziemniaków albo kapusty. Dzieci dostawały dwa chude, niewystarczające do zaspokojenia głodu posiłki dziennie. Pani Nederman, ja i inne pracownice dzieliłyśmy pomiędzy nie w miarę możliwości własne racje żywnościowe.

– Pójdę z tobą – zaproponowała Marta.

– Dobrze. – Zdjęłam płaszcz z wieszaka, pożegnałyśmy jej mamę i ruszyłyśmy pokrytą śniegiem ulicą. Mróz nadal trzymał, ale przynajmniej ustał ostry, przenikający chłodem na wskroś wiatr, który wiał rano, kiedy szłam do pracy.

– O czym rozmawialiście z Alkiem w piątek wieczorem? – spytała Marta, kiedy skręciłyśmy w lewo, w ulicę Lwowską, prowadzącą wzdłuż muru. Wychwyciłam w jej głosie nutę zazdrości, że ja zostałam wybrana, podczas gdy ją odsunięto na boczny tor.

– Wspominaliśmy wspólnych znajomych – odrzekłam wymijająco, unikając jej wzroku.

– Aha… rozumiem. – Przetrawiała moją odpowiedź co najmniej kilka minut. Wyglądało na to, że ją uspokoiłam. – Miałaś chłopaka przed wojną? – spytała po dość długim milczeniu, już przy dawnym magazynie z cegieł, który obecnie pełnił funkcję kuchni.

Zbiła mnie z tropu. Gorączkowo szukałam właściwej odpowiedzi. Nigdy wcześniej nie miałam przyjaciółki od serca, z którą mogłabym dzielić osobiste zwierzenia. Rozpaczliwie pragnęłam opowiedzieć jej o Jakubie, ożywić najpiękniejsze wspomnienia. Być może spotkała go podczas swojej konspiracyjnej działalności. Nie wolno mi jednak było tego zrobić. Przyrzekłam mężowi, że zataję nasz związek przed całym światem. Musiałam dotrzymać słowa, tym bardziej że Alek również nalegał na zachowanie tajemnicy ze względów bezpieczeństwa.

– Nie, nikt mnie specjalnie nie interesował – skłamałam wreszcie po długiej wewnętrznej walce. Żal ściskał mi serce, że byłam zmuszona wyprzeć się Jakuba i naszej miłości.

– Z tego wniosek, że otaczało cię co najmniej kilku adoratorów – zachichotała Marta.

Pokręciłam głową. Z trudem powstrzymywałam śmiech. Podczas gdy ona wyobrażała sobie tłum wielbicieli wokół mnie, w rzeczywistości nikt przed Jakubem nie zwrócił na mnie uwagi.

– Odnoszę wrażenie, że wpadłaś Alkowi w oko – szepnęła mi do ucha, gdy odniosłam pusty kocioł na zaplecze.

– Ależ Marto, on jest żonaty! – A ja zamężna, dodałam w myślach. Och, gdyby znała prawdę! Oczywiście polubiłam Alka, ale głównie z tego powodu, że stanowił jedyne ogniwo łączące mnie z Jakubem.

Wyruszyłyśmy w drogę powrotną.

– A ty? Poznałaś kogoś ciekawego, kiedy tak wszędzie latasz jako posłaniec? – spytałam, żeby odwrócić jej uwagę od siebie.

Marta odwróciła wzrok, poczerwieniała.

– Tak – przyznała w końcu prawie bezgłośnie.

– Tak też myślałam! – wykrzyknęłam. – Opowiedz mi o nim.

– To jeden z naszych – zaczęła tęsknym, rozmarzonym głosem. – Ale niestety on mnie wcale nie zauważa.

– Nie trać nadziei, może z czasem coś z tej znajomości wyniknie. – Pocieszająco uścisnęłam jej ramię.

Zaczęło padać. Grube, ciężkie krople zwiastowały nadchodzącą burzę. Wróciłyśmy biegiem do sierocińca. Nie poruszałyśmy więcej osobistych tematów.

Kilka tygodni później przypomniałam sobie tamtą rozmowę. Pewnego wtorkowego popołudnia prałam bieliznę w naszym ciasnym, niewygodnym zlewie. Zostałam w mieszkaniu sama. Z przyjemnością skorzystałam z rzadkich chwil samotności, żeby uporządkować myśli. Zwykle o tej porze jeszcze pracowałam, ale jedna z koleżanek z sierocińca poprosiła mnie o zamianę. Za ten wolny dzień obiecałam zastąpić ją w niedzielę. Wspomniałam pytanie Marty o sympatie sprzed wojny. Nie mogłam wykluczyć, że wiedziała o Jakubie, ale chciała, żebym sama jej o nim powiedziała.

Nagle głośny stukot na chodniku zakłócił ciszę. Podskoczyłam jak oparzona, aż rozchlapałam mydliny. Wytarłam mokrą sukienkę. Wyjrzałam przez okno nad zlewem. Usłyszałam wysoki głos zawodzącej rozpaczliwie kobiety i drugi, niski, męski, wściekły. Stanęłam z boku, wciśnięta w ścianę, żeby móc obserwować ulicę, sama nie będąc widzianą. Ujrzałam dwie postacie. Na widok mężczyzny w mundurze w drzwiach kamienicy naprzeciwko wpadłam w popłoch. Hitlerowcy rzadko przekraczali bramę z obawy przed chorobami zakaźnymi, dlatego powołali Judenrat, żeby załatwiał wszystkie sprawy wewnątrz getta. Niemiec robił o coś awanturę chudej blondynce z zaokrąglonym brzuchem, której nigdy wcześniej nie widziałam. Nawet z mojego niezbyt dogodnego punktu obserwacyjnego dostrzegłam, że jest w dość zaawansowanej ciąży.

– Proszę – zawodziła błagalnie kobieta. Pojęłam, że usiłuje powstrzymać gestapowca przed wtargnięciem do środka. Podziwiałam jej odwagę. Przypuszczałam, że ukrywa coś ważnego. Nic nie wskórała. Niemiec jeszcze podniósł głos, wreszcie brutalnie odepchnął ją na bok. Uderzyła o futrynę, po czym padła z głuchym łoskotem bez czucia na ziemię. Gestapowiec przeszedł nad nieruchomym ciałem i wszedł do kamienicy. Przez jakiś czas dobiegały stamtąd hałasy, jakby ktoś przesuwał meble. Wreszcie żołdak wywlókł na dwór za kołnierz niskiego mężczyznę o wyglądzie duchownego.

Kobieta na chodniku nagle ożyła i chwyciła oprawcę za kostki.

– Proszę go nie zabierać! – błagała, nie bacząc, że ryzykuje własne życie. Gestapowiec próbował ją strząsnąć kopniakiem, ale nie puściła. Raz po raz ponawiała swe prośby. Wywleczony z mieszkania mężczyzna rozglądał się dookoła rozszerzonymi z przerażenia oczami niczym schwytane zwierzę, które szuka drogi ucieczki. Gdy spojrzał w górę, odeszłam od okna, żeby mnie nie zauważył.

Wrzaski przybrały na sile, następnie padł strzał. Zdrętwiałam. Teraz krzyczał mężczyzna. Zawodził piskliwym, niemalże kobiecym głosem. Musiałam jeszcze raz zobaczyć, co się wydarzyło, więc wróciłam do okna. Ciężarna leżała na chodniku z otwartymi oczami i z głową w kałuży krwi. W ostatnim odruchu osłoniła rękami zaokrąglony brzuch. Oprawca ciągnął skamlącego mężczyznę. Zemdliło mnie. Potężne fale skurczu targały moimi trzewiami. Zwymiotowałam do zlewu. W końcu, gdy ataki nudności ustały, otarłam usta i ponownie spojrzałam w okno. Drzwi mieszkania po drugiej stronie ulicy pozostały otwarte. Dostrzegłam w nich niewielki kształt. Wytężyłam wzrok. Maleńki chłopczyk o równie jasnych jak u kobiety włosach stał w bezruchu w progu. Patrzył na nieruchome ciało na chodniku wielkimi, błękitnymi oczami.

Po chwili para rąk wciągnęła go do środka. Ktoś zamknął drzwi. Zwłoki zostały na ulicy jak nikomu niepotrzebny śmieć.

Upadłam na podłogę, drżąca, bliska omdlenia. Nadal czułam gorzki smak w ustach. Uprzytomniłam sobie, że do tej pory chowałam głowę w piasek. Wmówiłam sobie, że getto to nic innego jak nowe otoczenie, nowe sąsiedztwo, oddzielone murem od zewnętrznego świata, w którym panują przemoc i gwałt. Chociaż słyszeliśmy o brutalnych egzekucjach w lasach, a nawet na ulicach, wygodniej nam było uważać relacje o aktach przemocy za mocno przesadzone. Tym razem dotarły do nas już nie pogłoski z Kielc czy Tarnowa, lecz śmierć sama przyszła pod nasze drzwi. Przez pozostałą część dnia usiłowałam dojść do siebie, zepchnąć potworny obraz na dno podświadomości. Nie chciałam martwić rodziców, życie dostarczało im dość strapień, lecz inni mieszkańcy kamienicy również obserwowali tamto wydarzenie albo przynajmniej o nim słyszeli, dlatego wieść rozeszła się lotem błyskawicy. Gdy rodzice wrócili do domu, nie byli w stanie rozmawiać o niczym innym jak tylko o morderstwie. Przy kolacji powtarzali uzyskany z trzeciej ręki opis zdarzenia. W końcu nie wytrzymałam napięcia.

– Ja to wszystko widziałam – wyznałam z płaczem. – Od początku do końca.

Patrzyli na mnie bez słowa z bezgranicznym zdumieniem. Później ojciec usiadł przy mnie. Mama wyszła do kuchni, wróciła z filiżanką gorącej herbaty. Odebrałam ją od niej drżącymi rękami. Następnie zdałam im pełną relację.

– Kobieta oczekiwała dziecka – dodałam na koniec.

Ojciec zbladł. Tego szczegółu nie znał z plotek.

– Czym zasłużyła na śmierć, tato? – spytałam bezradnie. – Czy zginęła tylko dlatego, że była Żydówką?

– Jej mąż, ten, którego zabrali, to Aaron Izakowicz, rabin z Lublina. Pochodzi ze znanej rabinackiej rodziny. Jego przodkowie pełnili tę funkcję od wieków. Pan Halkowski mówił, że przywieziono go kilka dni temu z żoną i dzieckiem. Nie wiedziałem, że zamieszkali tak blisko nas. Widocznie faszyści uznali, że jego obecność obudzi ducha oporu w mieszkańcach getta. Co za strata! – pokręcił bezradnie głową, jakby Aaron Izakowicz już nie żył.

– Sądzę, że nie zabiją tak szanowanego, słynnego człowieka – próbowałam go pocieszyć. Nie zabrzmiało to przekonująco. Sama czułam, że nie mogłam powiedzieć nic dalszego od prawdy.

– Zamordowali jego żonę – przypomniała mama oschłym tonem, jakiego nigdy wcześniej u niej nie słyszałam.

Ciężarną, dodałam w myślach. W nocy długo nie mogłam zasnąć. W ciemności wciąż widziałam przed sobą puste oczy jasnowłosego chłopczyka.

W następny piątek Marta po mnie nie przyszła.

– Jest przeziębiona – poinformowała mnie pani Nederman kilka godzin wcześniej.

Gdy tego popołudnia kąpałam i karmiłam maluchy, zastanawiałam się, czy powinnam iść bez niej na szabasową kolację. Przerażała mnie ta perspektywa. Chociaż od miesięcy brałam udział w piątkowych spotkaniach, uważałam się raczej za gościa Marty niż za pełnoprawną uczestniczkę. O piątej wzięłam płaszcz i wyszłam na ulicę. Kiedy uniosłam głowę, zobaczyłam przyćmione światło, przenikające przez żółte zasłony na Józefińskiej 13. Żal ścisnął mi serce na myśl, że mogłabym spędzić ten wieczór w naszym zimnym, cichym mieszkaniu zamiast w towarzystwie rówieśników. W mgnieniu oka podjęłam decyzję i weszłam na klatkę schodową, potem schodami na piętro. Wzięłam głęboki oddech, zanim nieśmiało zapukałam. Ponieważ nie usłyszałam odpowiedzi, nacisnęłam klamkę.

– Dobry wieczór, Emmo – powitała mnie Helga z kuchni.

– Dobry wieczór. Potrzebujesz pomocy?

– Na razie nie, ale będę wdzięczna, jeśli później pomożesz posprzątać. Katia złapała grypę.

– Chętnie zostanę. Marta też zachorowała.

W pokoju zastałam co najmniej dwanaście osób. Po tygodniach regularnych wizyt znałam już wszystkie twarze.

– Chodź do nas, Emmo – zawołał chłopak, który miał na imię Piotrek.

Po chwili słuchałam opowieści o jednonogim sprzedawcy butów. Nie brzmiała wiarygodnie, co mi wcale nie przeszkadzało. Najważniejsze, że traktowali mnie jak swoją. Kilka minut później zadzwonił dzwonek. Do pokoju wkroczyli Alek i Marek. Rozpoczęła się cotygodniowa ceremonia. Byłam szczęśliwa w otoczeniu znajomych, chociaż brakowało mi Marty. Wolałabym wymieniać z nią szeptem najnowsze ploteczki. Po deserze większość gości wyszła, została nas tylko garstka do sprzątania. Alek i Marek w towarzystwie jeszcze jednego mężczyzny wyszli do ostatniego pomieszczenia. Zauważyłam, że nie zamknęli za sobą drzwi. Dochodziły stamtąd odgłosy kłótni. Nie powstrzymałam ciekawości i podczas zbierania talerzy z tamtego końca stołu podeszłam bliżej. Wytężyłam słuch.

– Linia kolejowa za Płaszowem – powiedział Marek.

– Za wcześnie – zaprotestował Alek. – Najpierw trzeba zorganizować zaopatrzenie.

– Mamy dwadzieścia cztery karabiny, sto pocisków, parę granatów – wyliczał Marek.

– Za mało.

– W Warszawie trwają przygotowania – wtrącił nieznajomy.

– Warszawa to co innego. Getto jest większe, organizacja liczniejsza – zauważył Alek.

– Gdyby tylko Minka mógł zdobyć…

– Emmo! – zawołała Helga za moimi plecami. – Potrzebujesz pomocy?

– Nie, dziękuję… sama sobie poradzę – wyjąkałam, przerażona, że przyłapała mnie na podsłuchiwaniu. Chwyciłam stos talerzy i ruszyłam w stronę kuchni. Gdy umieściłam wszystko w zlewie, usłyszałam skrzypienie drzwi ostatniego pokoju.

Trzej mężczyźni wyszli, nadal pogrążeni w rozmowie. Alek przystanął przy wejściu do kuchni i szepnął coś Heldze do ucha, po czym cała trójka opuściła mieszkanie. Kilka minut później, gdy już wycierałam naczynia, Helga podeszła do zlewu i wyjęła mi z rąk ściereczkę.

– Ja to skończę. Mogłabyś zabrać śmieci, schodząc na dół? – Wskazała dwie torby przy drzwiach.