Dziewczyna bez makijażu - Zuzanna Arczyńska - ebook
Opis

W niewielkim mieście matka w skrajnej biedzie wychowuje cztery córki. Pewnego dnia najstarsza oznajmia, że wychodzi za mąż. I to już w najbliższą sobotę.
Kim okaże się mąż Angeliki? Dlaczego oferuje krocie za nazwisko młodej żony?
Historia o kobietach, które jak lwice walczą o każdy dzień, aby godnie żyć i zapewnić lepszą przyszłość dzieciom. Jaką cenę trzeba za to zapłacić? Co można kupić, a co nie jest na sprzedaż?
Matka i córka codziennie zadają sobie te pytania…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 375

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcia na okładce

sisterspro | stock.adobe.com

Emma Frances-Logan | unsplash.com

Redakcja

Justyna Nosal-Bartniczuk

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Barbara Kaszubowska

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I, Katowice2019

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

biuro@szaragodzina.pl

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina, 2018

tekst © Copyright by Zuzanna Arczyńska 2018

ISBN 978-83-66201-51-4

1

„Mamo, wychodzę za mąż”. Albo inaczej: „Mamo, postanowiłam wyjść za mąż”. A może: „Wpadnij w sobotę na mój ślub, mamusiu. Będzie fajnie”. Jak ja mam jej to powiedzieć? Cholera! Może nie powiedzieć? Co robić? Co robić?!

Schody się kończyły, a Angelika wciąż nie miała pomysłu na to, jak wybrnąć. Musiała zaprosić matkę na własny ślub. Obiecała, że jej rodzina będzie tam na pewno. Oczywiście oprócz starego. Jemu nie powie. Jeszcze czego! Stała na półpiętrze zapyziałej klatki schodowej w cuchnącej kocim moczem kamienicy przed odrapanymi drzwiami, pod którymi hulał wiatr. Co z tego, że były zabytkowe, skoro nieszczelne i nie dało się założyć w nich normalnego zamka? Zresztą po co komu zamek do mieszkania, z którego niczego nie warto kraść? Nic nie ma tam wartości. Nic prócz ludzi.

Weszła do środka. Miała nadzieję na koniec smrodu, a nastąpiła jedynie zmiana. Stary znów nalał gdzieś w kącie i pewnie spał oszczany. Nie dziwne, że matka wolała wąskie posłanie Angeliki od leżenia u boku pijanego, cuchnącego wieprza, który dawno temu zapomniał, do czego służy mydło. Cud, że trafił do domu, bo ze trzy noce go nie było. W sumie trzy spokojne noce z rzędu to komfort, który zdarzał się rzadko, a za który nie trzeba było płacić.

Matka w kuchni kroiła cebulę. Płakała. Angelika zastanawiała się, dlaczego zdarza się to zawsze właśnie wtedy. Może to metoda, by w biały dzień wylać z siebie smutek i nie być osądzanym? Być może matka miała już tak dość nędzy, że potrzebowała pretekstu, by móc nad swoim życiem jawnie szlochać? Dziewczyna nigdy o to nie zapytała. Nim odłożyła plecak w pokoju, który dzieliła z trzema młodszymi siostrami, wyjęła z niego paczkę fajek – jak nigdy: marlboro – i poszła do kuchni. Usiadła tuż obok matki, sięgnęła po popielniczkę i postawiła ją przed sobą.

– Zrób sobie przerwę, mamo. Zapalisz?

Rodzicielka spojrzała oczyma czerwonymi od płaczu, wytarła twarz rękawem, pociągnęła nosem i bez ostrzeżenia dała jej w gębę. Angelika chwyciła się za policzek, wstała nerwowo i już miała wyjść, gdy matka sięgnęła po papierosa z jej paczki.

– Mówiłam, nie puszczaj się! Skąd masz na drogie fajki? Skąd w ogóle bierzesz tę kasę?

– Piszę wypracowania za pieniądze! Przecież ci sto razy mówiłam! A soboty… No to przecież wiesz.

– To na dupę sobie coś kup, a nie przepalasz! Spodnie dziurawe, a kurtkę czwarty rok nosisz. Już się w niej po praniu ocieplenie zbiło w grudy i rękawy masz jak gołe.

– Dostałam te fajki. – Odpaliła papierosa.

Matka rolowała swojego w palcach i czekała na zapalniczkę.

– Sranie w banie. Ja raczej marlboro nie dostaję od nikogo. Jeśli usłyszę, że się puszczasz, to cię gołymi rękami zatłukę, jasne?

– Mamo, mam sprawę. – Dziewczyna spokojnie wydmuchnęła dym. – Tylko mnie posłuchaj, zanim mi znów w gębę przypieprzysz, dobra? I ani słowa staremu, bo wszystko zepsujesz.

– Co znowu wymyśliłaś? Tylko nie mów, że na studia chcesz iść… – westchnęła ciężko i zwiesiła głowę. – Już rozmawiałyśmy. Nie mam na to pieniędzy i nie będę miała. Przecież to rozumiesz.

– Za mąż wychodzę. – Nastolatka zaciągnęła się głęboko i oparła o krzesło.

Matka wybuchła śmiechem, strząsając popiół z papierosa. Usiadła i kręciła głową, nabijając się jak z dobrego kawału.

– Jasne. Kiedy? – zadrwiła, zaciągając się i wypuszczając kółeczka dymu. – I co to za książę z bajki zabierze cię złotą karetą do lepszego świata?

– W sobotę. W tę sobotę, czyli za pięć dni. – Świadomie olała drugą, drwiącą część pytania.

Matka spoważniała.

– Angelika, co ty pieprzysz, córuś? Taka mądra, a taka naiwna. No co ty?

– Mamo, daj sobie opowiedzieć… – Strząsnęła popiół. – Dziś pod szkołą stała taka wypasiona audica. – Oparła się łokciami o stół i poprawiła zbyt długą blond grzywkę. – Wielki zarośnięty facet zaczepiał dziewczyny. Pytał, czy by któraś nie wyszła za mąż, bo mu żona jest pilnie potrzebna. Proponował typowe papierowe małżeństwo, tylko że on taki starszy… No, ze trzydzieści parę lat, maksymalnie cztery dyszki ma. Wszystkie się śmiały. Dobry żart, nie? Właściwie już zeszłam ze schodów i miałam skręcać do domu, ale zaczęłam główkować. Wiesz, przez łeb mi przeleciało, że nie może już być gorzej. Jak się tak zastanowiłam, to wróciłam i spytałam, co ten brodacz konkretnie oferuje.

– Czyś ty, dziecko, rozum postradała?

– Dasz skończyć?

Matka tylko przytaknęła.

– Ja cię nie pytam o radę. Decyzję już podjęłam. Słuchaj. To był ochroniarz. Ten, co pytał. I tłumacz. Kandydat na męża siedział w środku. Rusek. Jak wysiadł, to niczego sobie. Pewnie student, a może gangster, cholera wie. Blondasek. – Zaciągnęła się i przewróciła oczami. – Od razu widać, że nadziany. Ubrany jak z katalogu, same firmowe rzeczy. Wyglądał jak chodząca reklama. Ładny. Nie wsiadłam z nimi do auta, bo się bałam. Tyle się złego dzieje na świecie: porwania, zabójstwa… – Gestykulowała. – Wiesz, w życiu trzeba być ostrożnym. Zawsze to powtarzasz. On, gdy wysiadł, zaprosił mnie na kawę. Ma fajny głos. Mówił po angielsku. Poszliśmy do knajpy, zamówił i zaraz się ten ochroniarz dosiadł, bo dojechał i zaparkował. Przydał się bardzo, bo jak się miałam z tym młodym porozumieć? Moim biednym szkolnym anglikiem? Co z tego, że wkuwam godzinami, skoro mówię tylko na zajęciach? To dopiero byłby obciach. Zresztą Rusek tylko słuchał, a ja z tym Arkiem gadałam. Sprawa wygląda tak, że chłopak ma ojca uwikłanego w coś politycznego w Rosji. Mówił, że go Putin nienawidzi i chce zamordować. Stary majątek wyprowadził z kraju. Zdążył, udało mu się. Teraz patrzy, żeby jego dzieci były bezpieczne. To nie będą jednorazowe pieniądze, mamo, a utrzymanie na pięć lat. Chodzi o to, by ten chłopak po ślubie dostał nasze nazwisko, a nie ja jego. On sobie tu będzie jakiś biznes kręcił. Nie wiem jaki. Nie pytałam. Dom już kupił. Tę pustą willę, co stała na sprzedaż na wzgórzu na prawo od wylotówki, tak w głębi, na skraju miasta. Pewnie i tak wiesz którą.

Matka potwierdziła, kiwając głową.

– Oni mają swoje warunki. Trzeba razem zamieszkać, choć wiadomo, że to będzie osobno. Wynoszę się stąd, mamo. – Córka podniosła głowę, popatrzyła matce w oczy i odgarnęła grzywkę. – Teraz posłuchaj uważnie: dziewczynki zabieram ze sobą. Nawet nie dyskutuj. Jeśli będziesz oponować, zrobię to oficjalnie przez sąd. Będzie mnie na to stać. Wybacz, że tak stawiam sprawę. Ty możesz zostać z tą mendą, jeśli chcesz – ruchem głowy pokazała na pokój, w którym chrapał ojciec – albo się cieszyć, że wygrałam dla nas los na loterii, i przeprowadzić się do willi już w piątek lub nawet w czwartek. Od razu wystąpisz o rozwód z tym menelem. Natychmiast. I nigdy, pamiętaj, nigdy nie wtrącisz się do mojego małżeństwa. Podczas ślubu i wesela będziesz cała w skowronkach, a stary o niczym się nie dowie. Przynajmniej nie od ciebie.

Papieros w ręce dziewczyny się skończył i z nerwów chciwie sięgnęła po kolejnego. Matka najpierw przypatrywała się jej bez słowa, a potem już nawet nie patrzyła na najstarszą córkę, która kontynuowała:

– Zabierzesz najpotrzebniejsze rzeczy. Wiadomo… Dokumenty i takie tam. Dziewczynki wezmą zeszyty i książki do szkoły. A on, gdy się obudzi w pustym i zimnym mieszkaniu, to będzie miał do końca życia nauczkę.

Kobieta wciąż milczała. Zgasiła papierosa, też wyjęła sobie drugiego i nastawiła wodę na herbatę. Z fajką w ustach wróciła do krojenia. Łzy już nie popłynęły. Uśmiechnęła się.

– Ty jednak jesteś dobre dziecko. – Zgarnęła cebulę na patelnię, umyła ręce i znowu usiadła na stołku.

Z radia popłynęły słowa Ciechowskiego:

…już tylko moja bądź

Angeliko, Angeliko, Angeliko…

anioły – uwięzione

nie widzą wokół krat

anioły – kiedy zranić je

nie czują nawet swoich ran

aniołom skrzydła płoną

a one ciągle jeszcze lecieć chcą

i w zakochaniu swym

spadają w niebo

aż na dno1

1 Utwór Moja Angelika Grzegorza Ciechowskiego (słowa i muzyka) w wykonaniu Republiki; fragment ścieżki dźwiękowej do filmu pod tym samym tytułem w reżyserii Stanisława Kuźnika.

2

Alosza był trochę zły na ojca. Doskonale rozumiał, że jego gniew absolutnie nie ma sensu, bo w niektórych dziedzinach życia stary niewiele mógł, ale co z tego? Sprawa wyglądała beznadziejnie, a bezpieczeństwo mimo wszystko było najważniejsze. Każdy, kto zadarł z władzą, kończył jak Anna Politkowska – jako prezent urodzinowy od zabójców dla cara Wołodii, który nazwisko powinien sobie zmienić na Stalin, bo z dnia na dzień przypomina go coraz bardziej.

Ojciec Aloszy od dawna wiedział, na co się zanosi, dlatego dzieci wysłał za granicę, a teraz próbował je ukryć, by nie dostały z jedzeniem czy z herbatą czegoś radioaktywnego, jak izotop polonu podany Litwinience. Nie chciał też, by zostały wykorzystane do zmuszenia go do powrotu i oddania się w ręce kata i oprawcy, który zagarnąłby majątek dla siebie i zamknął go do czasu, gdy dojdzie do tak zwanego samobójstwa w więziennej celi.

Któregoś pięknego i mroźnego dnia tuż po Nowym Roku pod uczelnią Aloszy pojawił się człowiek papy. Miał od niego pismo uwierzytelnione tak, jak się umówili. Czekał cierpliwie, aż chłopak się spakuje i po prostu wyjedzie z nim w nieznane. Jedyne, co udało się wytargować z ochroniarzem, to zabranie aktualnej kochanki, która bez słowa skargi porzuciła uczelnię, spakowała masę ciuchów i butów do walizek, toreb oraz kartonów, przez telefon poinformowała lakonicznie rodziców, że jedzie z narzeczonym w podróż dookoła świata i zadzwoni tylko od czasu do czasu, bo będzie bardzo zajęta.

Kate była słodka, miła i cudowna w łóżku. Do tego nie pozowała na gwiazdę i potrafiła nie rzucać się w oczy. Wierzyła, że Alosza wynagrodzi jej sowicie porzucenie studiów. Miała nadzieję, że po prostu się pobiorą. To, czego wtedy nie wiedziała, to fakt, że ojciec zlikwidował stare rachunki dzieci, a ich gotówką dysponowali teraz doskonale opłacani ochroniarze. Nie spodobało się to ani chłopakowi, ani jego pannie. Był to zabieg czasowy, ale denerwujący tak samo, jak skąpe informacje, które uzyskali. Kiedy para zasnęła w aucie, kierowca odpoczywał od pytań, na które jeszcze nie mógł udzielić odpowiedzi. W końcu młodzi obudzili się po długiej podróży przez kanał La Manche i kawał Europy na kompletnym zadupiu, gdzieś w Polsce. Wtedy okazało się, że nie są w wymarzonej Andaluzji, gdzie mogłaby zabrać ich wyśniona hiszpańska karawana Doorsów. Dom tylko częściowo spełniał ich oczekiwania. Nie było ani sauny, ani basenu, więc chłopak trochę kręcił nosem z tego powodu.

Tak się złożyło, że papa nie wiedział o tym, iż syn ma od pewnego czasu stałą dziewczynę. Uznałby, że to coś ważnego, gdyby jego pierworodny choć o niej napomknął, gdy od czasu do czasu rozmawiali przez satelitarne szyfrowane połączenie. To, o czym nie wiedział Topolow, nie istniało. Właśnie dlatego plan papy nie uwzględniał angielskiej panny, za to zakładał żonę z polskim nazwiskiem i rozwój biznesu blisko niemieckiej, jedynie teoretycznej granicy.

Kate się wściekła i Alosza w Polsce po raz pierwszy miał okazję zobaczyć, jak próbuje czymś rzucać. Niestety minimalizm nowego domu kompletnie jej tego nie ułatwiał. W końcu przestała tupać, kląć i wrzeszczeć i dała sobie powiedzieć, że żona ma tu co prawda zamieszkać, być może nawet rządzić, jak to gospodyni, ale górne piętro lub duża jasna sypialnia z łazienką na strychu z romantycznymi skosami i balkonem obrośniętym bluszczem, który teraz wyglądał jak suche patyki, jest do ich wyłącznej dyspozycji. Aloszy żona potrzebna jest wyłącznie na papierze. Jakoś ją to przekonało, choć nie było łatwo i nie obyło się bez obietnicy nowych złotych kolczyków słusznej wagi z niewielkimi rubinami, gdy tylko jej kochanek odzyska dostęp do gotówki. Przez kilka chwil odgrażała się, że gdyby wiedziała, iż chłopak ma się żenić, zostałaby w Anglii, ale żadne z nich nie traktowało tych słów poważnie.

To mogło się udać. Kobieta przełknęła gorzki fakt, że będzie tą drugą, bo w realnym życiu miała pozostać jedyną. Nikt wtedy nie wiedział jeszcze, że znalezienie papierowej żony będzie takie trudne. Nie chodziło o to, że w Polsce brakuje chciwych kobiet. Tych jest na pęczki. Niestety Topolow miał wymagania. Panna miała być bezdzietna i ładna. Inna sprawa, że intercyza zniechęcała, a fakt, że związek należy utrzymać przez pięć lat, dla większości był nie do przyjęcia. Trafiali na różne kobiety. Przeważnie zakompleksione panie w średnim wieku, które szukały miłości na portalach randkowych. Bywały i takie, na których widok obaj, Alosza i Arek, wybuchali niepohamowanym śmiechem: panny w wieku przedemerytalnym, rozwódki zrobione na Dolly Parton czy niepełnoletnie lolitki, które chciały uciec z domu, więc udawały dorosłe.

W końcu ochroniarz świadomy tego, że czas nagli, postanowił poszukać tam, gdzie Alosza nie chciał najbardziej: pod szkołami. Małolaty ich przerażały. Bez względu na to, skąd pochodziły, były nieobliczalne. Arek dla kamuflażu zapuścił wąsy i brodę. Nie chciał być później rozpoznawalny dla bandy nastolatek. Początkowo spotykały ich głównie wybuchy śmiechu i pukanie się w czoło, aż w końcu zadziałało. Pieniądze uruchomiły czyjąś wyobraźnię.

Dziewczyna, która wróciła, żeby pogadać, była przestraszona. Nosiła kurtkę, przez którą z pewnością mocno wiało, i miała buty z płótna zupełnie nieodpowiednie na taki ziąb. Była biedna. Arek dostrzegł to na pierwszy rzut oka. Jej plecak miał łatę na dnie i wielokrotnie doszywane szelki. To dlatego wróciła. Mimo wszystko twardo pertraktowała warunki, grzejąc zmarznięte dłonie o szklankę kawy. Mówiła wprost. Żądała i tłumaczyła, dlaczego to ważne. Negocjując przeprowadzkę matki i trzech sióstr, ich utrzymanie i warunki mieszkaniowe, wzbudziła tyle szacunku, że gdy już się rozeszli, Arek tylko kiwał głową. Aloszy spodobała się nieugięta mała lwica walcząca o tych, których kocha. Imponowała mu siłą charakteru. Być może byłaby gotowa oddać samą siebie, żeby jej matka dostała pensję, prowadząc dom, żeby dzieci były porządnie ubrane i żeby miały pokój większy niż dotychczas. Czego lwiątko chciało dla siebie? Żeby mąż lub jego ochroniarz obronił je przed gniewem i atakami wiecznie pijanego ojca. Tu żądała gwarancji i nie było miejsca na negocjacje. Chciała także kasy na studia. Nic więcej. Kiedy usłyszała obietnicę, podała im obu zmarznięte palce i umówiła się na wyjazd po przedślubne zakupy. Oczywiście z Arkiem, nie z Aloszą.

3

Szef był zadowolony. Sposób, w jaki Arek opisał mu rozmowę z Angeliką i ją samą, wywołał leniwy uśmiech zadowolenia na jego twarzy. Jewgienij Topolow niczego nie pragnął dla swoich dzieci tak bardzo, jak prawdziwej rodziny. Czuł, że już lubi tę małą. Kazał na nią zarejestrować firmę, matce dać etat, zatrudnić dla niej pomoc domową i oddać im do dyspozycji piętro, które syn obiecał Kate. Trudno, Arek wiedział, że Alosza będzie musiał przenieść się z kochanką na strych. Dobrze, że skosy mieściły spore garderoby, bo inaczej chłopak miałby wieczny salon mody w miejscu, gdzie musiał pisać pracę na zakończenie studiów.

Co papa powiedział, miało być wykonane. Młody Topolow nie posiadał jeszcze tyle siły, by decydować o sobie i przeciwstawić się ojcu. Nie był mięczakiem, a po prostu miał świadomość, że nie zarabia, natomiast korzystanie z zasobów ojca zobowiązuje do okazywania mu szacunku. Poza tym Alosza wierzył w rozum papy. W końcu doszedł on do majątku nie dzięki pracy swoich rąk, a dzięki umiejętności przewidywania i znajomości ludzkich charakterów. Dla chłopaka ojciec był wzorem. Nie widział potrzeby buntowania się przeciwko komuś, komu bezgranicznie ufał. Jewgienij Topolow był mądrym człowiekiem i kochał swoje dzieci. O tym Alosza był przekonany.

To właśnie dzięki takiemu nastawieniu chłopaka praca Arka była łatwiejsza, niż przypuszczał, że będzie. Byłoby ciężko, gdyby młody się stawiał i rządził, ale on słuchał. Dyskutował, lecz rozumiał, dlaczego decyzje rodzica są ważne. Z młodą lwicą mogło być inaczej. Topolow zażyczył sobie, by jej ojciec był obecny na ślubie. Nie chciał słyszeć argumentów, że chłop zalewa się w trupa byle czym od bardzo dawna. Kazał wykonać, więc Arek nie tylko musiał to zrobić, ale też przekonać lwicę do tego pomysłu.

Siedząc w luksusowej audicy z Angeliką, jej matką i trójką młodszych dzieci, co przekraczało liczbę dopuszczalnych osób, próbował z nią nawet pogadać, ale podekscytowane dziewczynki nie pozwalały na rozmowę, skutecznie zagłuszając każde słowo. W końcu powiedział im, jak otworzyć barek z przekąskami, i zasunął szybę, odgradzając tył samochodu i odcinając się od zgiełku.

– Pan Topolow, wkrótce twój teść, życzy sobie, żeby na ślubie pojawił się Suszyński – zaczął bez wstępów.

– Pan Topolow nie wie, o co prosi, panie… Jak mam się do pana zwracać?

– Arek.

– Panie Arek. Stary jest takim brudasem, śmierdzielem i pijakiem, że nawet moja ciągle sprzątająca matka nie była w stanie pozbyć się z domu jego cudownego aromatu – kpiła. – Trzeba by starego wymoczyć, wyszorować ten pijacki fetor, ubrać jak człowieka i jeszcze sprawić, żeby wytrzeźwiał. Zrobisz to?

– Muszę. Szef chce go na ślubnych fotografiach.

– No to gratuluję fuchy. Powiedz temu menelowi, panie Arek, że najlepiej zrobi, jeśli nie będzie się odzywał. Ciekawe, jak go przekonasz…

– Arek wystarczy, odpuść sobie pana. To bardzo proste. Dokładnie wiem, co zrobię… Zastraszę go. Powiem, że wżeniłaś się w ruską mafię, pomacham gazówką, a potem wyślę jakąś ekipę sprzątającą i zlecę, żeby go wykąpali. Nawet nie wiesz, do czego można zmusić ludzi, kiedy się odpowiednio płaci. – Uśmiechnął się pod nosem. – Kupię mu też garnitur.

– Rób, jak chcesz. Sukienkę też mi wybierzesz?

Tym razem wyszczerzył się w uśmiechu. Bezczelna. Szybko polubił tę smarkatą.

– Na szczęście matkę masz do rzeczy. Wiesz, że ona mnie spytała, czy może wydać po sto złotych na dziecko?

– Co się dziwisz? Ja też nie wiem, na czym stoję.

– Powiedziałem, że może wydać każdą kwotę, ale nie sądzę, że się uda przekroczyć pięćdziesiąt tysięcy na całą zgraję, no chyba że nie znam jej możliwości. Pewnie pomyślała, że żartuję.

– Klepałeś kiedyś biedę?

– Aż taką jak u was to pewnie nigdy.

– To skończ pieprzyć! Mama odetchnęła z ulgą, gdy dostała pięćset plus. Wyobrażasz sobie dwa tysie dodatkowo do jej marnej pensji? Myślała, że jest w niebie. I wiesz, co się wtedy wydarzyło? Wracający z meliny pijany stary ją sprał, tysiaka zarąbał i przewalił na picie w tydzień! Ona jest mądra. Szybko się uczy. Kupiła dwa worki ziemniaków, mięso pomroziła, nakupiła jedzenia niemal za całą kwotę, która jej została, i jeszcze ubrała dziewczynki w lumpeksie. Zrobiła, co mogła. Przyszłoby ci do głowy, że stary posprzedawał sąsiadom mięso, kawę, herbatę i owoce? Puścił, co się dało. Zostały ziemniaki. Wiesz, co mama zrobiła po kolejnej wypłacie?

– Ja pierdolę, ale sukinsyn! Zarąbałbym go siekierą. Dawaj, co zrobiła? – W myślach postanowił poturbować gościa bardziej, niż pierwotnie zakładał, i nastraszyć go mocniej.

– Kupiła używaną zamrażarkę i wstawiła ją do piwnicy. Tam prąd jest za złotówkę miesięcznie, więc nie ma kłopotu. Od tej pory zakupy zanosiła do piwnicy, bo on tam nigdy nie chodzi. Wmówiła mu, że już jej zabrał zasiłek i ktoś go okradł. Kupiła małym ciepłe buty, ale kazała chować w łóżkach, żeby im nie zwędził i nie przewalił. Nawet chleb na zapas miała w zamrażarce. Herbatę i kawę przynosiła do domu po trochę, serki do szkoły kupiła hurtem i dzieciom odmrażała co wieczór. W lodówce w mieszkaniu była tylko cebula i słonina. Aha, i margaryna do smarowania. Jemy obiady w szkole, więc jemu robiła ziemniaki ze skwarkami, żeby mu przez głowę nie przeszło, że ma co sprzedać. Taka jest moja matka. Podziwiam ją. Ty też będziesz. Sam zobaczysz.

Arek znacząco pokiwał głową. Doskonały traf. Topolow będzie zadowolony. Tak niezwykle przedsiębiorcza kobieta na pewno perfekcyjnie poprowadzi dom.

– Co twoja mama robiła do tej pory? To znaczy skąd miała pieniądze na opłaty?

– Sprzątała u ludzi. Wcześniej było różnie, na przykład pracowała na kasie w Biedronce, ale jak stary przyszedł pijany do niej do roboty i zaczął się awanturować, że ma mu dać flaszkę na krechę, to ją zwolnili. Wstyd na cały sklep. Za sprzątanie dostawała tygodniówki, więc robiła opłaty po trochę, żeby chociaż prądu nie wyłączyli. Telewizora ojciec nie sprzedał tylko dlatego, że nikt nie chciał kupić tak starego pudła.

– Ja pierdolę. Angelika, to Alosza ci spadł z nieba, co? – Z chwili na chwilę miał do niej coraz więcej szacunku.

– No co ty. To jego ojciec spadł mi z nieba. On i jego narzeczona w ciągu następnych pięciu lat niewiele mnie obejdą.

Przez głowę przeszło mu, że małolata wyrzekła się życia już na starcie. Nie wiedział, co powiedzieć.

– Aha, słuchaj, firmę trzeba otworzyć, a to trochę załatwiania jest. – Wrócił do interesów. – Spółkę zakłada się u notariusza i w sądzie trzeba zgłosić.

– Kończę lekcje o trzynastej trzydzieści. Jeśli chcesz, możesz po mnie przyjechać.

– W sobotę dostaniesz auto. Prezent ślubny. Sama możesz przyjechać. Umówimy się pod sądem. Poczekamy tam z Aloszą na ciebie.

Dziewczyna wybuchła śmiechem.

Nie wiedział, co ją rozbawiło, więc czekał.

– Arek, mam osiemnaście lat i nigdy nie miałam w ręku dwustuzłotowego banknotu! Z telewizji wiem, że istnieje pięćsetzłotowy, a ty myślisz, że prowadzę samochód? Pobudka! Słyszałeś kiedyś, że prawko kosztuje? Dawno się tak nie uśmiałam. – Wytarła łzy z kącików oczu. – Jesteś z innej bajki. Zupełnie innej. Ciężko się przyzwyczaić.

– Naprawimy to. A twoja mama?

– Nie wiem. Nie sądzę, ale zapytaj ją.

Wcisnął guzik. Szyba pomiędzy przednią a tylną częścią samochodu wolniutko się schowała.

– Pani Suszyńska, czy pani ma prawo jazdy?

Kobieta przybrała spanikowany wyraz twarzy. Po chwili domyślili się dlaczego. Z tyłu doszedł ich nieprzyjemny zapach wymiocin.

– Bardzo pana przepraszam. Pochorowały się po tych solonych orzeszkach. Nie chciałam głowy zawracać. Niczego nie zabrudziły, daję słowo. Wszystkie zwróciły do pojemnika z barku.

– Proszę się nie martwić, to auto po ślubie idzie na sprzedaż, bo jest niepraktyczne. Zbyt rzuca się w oczy. Poza tym zaraz się wywietrzy. Pojemnik na mrożonego szampana choć raz się przydał. To jak, prowadzi pani auto?

– Mam prawo jazdy. Jeszcze nawet nie wymieniłam na plastikowe, bo nigdy go nie używałam. Zrobiłam przed ślubem. Dawno temu.

– Doskonale. Mam kupić pani samochód do wożenia dzieci i zakupów. Ma pani jakieś wymagania?

– Może… bezpieczny? – wyszeptała kobieta.

Usłyszał to tylko dlatego, że chorujące dzieci nie odzywały się wcale.

– Mądrze – skwitował. – Proszę odnowić dokument, pani Karino. Jeździć nauczę was sam. A teraz wysiadamy i idziemy po zakupy. Aha, i nie zabieramy niczego. Wszystko nam przywiozą. Otworzę tu kredyt dla was. Jeśli czegoś zabraknie albo zapomnimy, wybierze pani później, a ja ureguluję rachunki. Proszę zacząć od sukni ślubnej, bo szef chce fotkę do aprobaty. Potem reszta. Zaczynamy od trzeciego piętra, dzieci na drugim. Zrobię zdjęcie, pozałatwiam formalności i pojadę posprzątać auto. Zamykają o dwudziestej. Macie trzy godziny. Dobrej zabawy.

4

Zakupy jeszcze nigdy nie były takie stresujące. Najpierw pani w salonie sukien ślubnych spytała, czy skoro Angelika bierze ślub tak młodo, sukienka będzie wymagała poszerzania w talii. Nie zrozumiały z Kariną, o co chodzi, bo przecież dziewczyna nie miała szans przytyć do soboty. Ekspedientka założyła, że suknia będzie potrzebna za pół roku lub ewentualnie trzy miesiące, nie na już, a tak młode narzeczone zwykle są w ciąży. Gdy usłyszała, że do soboty Angelika nie przybierze na wadze, uspokoiła się, rozpromieniła i zaczęła przynosić kreacje w najmniejszych rozmiarach.

Dopiero w dużym lustrze przymierzalni matka z córką zdały sobie sprawę z tego, jak bardzo są chude. Angelika miała tak małe piersi, że konieczne były dodatkowe wkładki do stanika typu push-up. Poza tym wszystkie proponowane sukienki leżały na niej modelowo. Wybrała gładką, rozkloszowaną od talii, kremową, z delikatną koronką zamiast pleców. Grzecznie zaproponowano im dodatki, aż do pełni szczęścia został tylko zakup butów. Arek zrobił zdjęcie panny w wybranej sukni i wysłał je szefowi. Poczekał na odpowiedź i tylko pokiwał głową.

Potem przyszła kolej na dzieci. Ich wielkie oczy rozwarły się jeszcze szerzej, gdy dziewczynki wybierały kolejno majtki, podkoszulki, bluzki, spodnie i sukienki z obrazkami z Disneya, ich niedoścignione marzenie. Potem przyszedł czas na kurtki, kozaki, rękawice, czapki i szaliki. Nowe, z metkami. Mierzone w przymierzalni sklepu, nie lumpeksu, takie, które w razie potrzeby można zamienić na mniejsze lub większe, a nie samemu przerabiać. Oszołomił je ogromny wybór wszystkiego w dobrej jakości, a w końcu Arkadiusz proszący ekspedientkę, by pomogła pani Suszyńskiej podwoić zamówienie. Nawet sprzedawczyni była zdziwiona tym poleceniem, ale z zapałem zabrała się do pracy, wiedząc, że w tym miesiącu dostanie premię jak marzenie.

Skąd Topolow wziął tego faceta? Karina patrzyła na niego z absolutnym zdziwieniem. W starym domu nie miałaby gdzie schować tylu ubrań, a on po prostu kazał przywieść wszystkiego dwa razy tyle. Ludzie wykonywali jego polecenia bez słowa i jeszcze byli wdzięczni, że je wydaje. Kiedy ubrania dla małych zostały już wybrane, skrzyknął całą trójkę i pojechał z nimi do kina, zostawiając Angelikę z matką.

Obie zmęczone skakaniem dokoła trzech małych zachwyconych iskierek usiadły w fotelach przy przymierzalni. Matka wykonała ręką nieskoordynowany gest, na który dziewczyna zareagowała, podnosząc głowę.

– Chciałabym to nazwać, dziecko. Chcę, bo wiesz… To wszystko i cała reszta… No nie wierzę. A jeśli to bańka mydlana? No nie. Przecież nie śpię. Ale jeśli śpię, to nie hałasuj, bo chętnie zostanę w śpiączce. Czuję się bezpiecznie i moje dzieci też tu są.

– Wiem, no wiem, przestań. – Angelika jakby czytała w jej myślach. Miała podobne odczucia. Była zadziwiona łatwością wchodzenia w stan posiadania.

– Dzieci zapomną o biedzie – tłumaczyła Karina mętnie, próbując ubrać w słowa swoje przemyślenia. – Nawet nie wiem, jak ci za to dziękować. Ja też kiedyś próbowałam naprawić nam życie. Chciałam sprzedać nerkę, ale za nic nie umiałam tego zorganizować. Sama wiesz, nowinki technologiczne są nie dla mnie. Nie znam się. Usiadłam w kawiarence internetowej, by zamieścić ogłoszenie, ale nie dałam rady z komputerem. Dopiero wtedy sobie uświadomiłam, że jeśli ktoś mnie rozbierze na części zamienne w jakimś sterylnym, ukrytym kącie, to nikt nie będzie mnie szukał, a wy zostaniecie same z potworem. Wtedy otrzeźwiałam. To, co zrobiłaś… Ta decyzja jest niezwykła. Podjęłaś ją dla nich. Dla nas.

– I dla siebie, mamo. Pamiętaj, że ja też korzystam. Na studia pójdę. To moja przyszłość. – Próbowała umniejszyć swoją rolę, odwołując się do własnego egoizmu, lecz myślała o historii, którą właśnie opowiedziała jej mama. – Jest inaczej, prawda? No sama powiedz.

– Zupełnie inaczej. Jakoś tak… Bezpieczniej. Głupio gadam, córuś? – Matka westchnęła.

– Nie. Nie głupio. Dobra, nie rozklej mi się tu. Dawaj, ruszamy się, bo do jutra nie skończymy. Na dole widziałam automat z kawą. Jeśli się uwiniemy, to zdążymy. W końcu będę wyglądać tak, jak chcę.

To, czego pragnęła Angelika, na pewno nie było tym, co spodobałoby się Topolowowi, ale w końcu on nie będzie oglądał jej na co dzień w szkole. Kupiła mnóstwo białych bluz i czarnych spodni. Właściwie prócz tego wybrała tylko kilka ciemnoczerwonych dresów. Żadnych spódnic, sukienek, niczego opiętego, bo cokolwiek by to było, uwydatniałoby jej nadmierną szczupłość. Wyszła z przymierzalni w czarnych dżinsach i białej bluzie z kapturem, z rękami upchanymi głęboko w kieszenie. Chwyciła szarą parkę i czarną ocieplaną skórę z kapturem. Czułaby się kompletnie ubrana, gdyby nie stare buty.

Karina była rozdarta. Marzyła o powrocie do zwiewnych sukienek, w których chodziła wiele lat temu. Nie czuła się młoda, o nie, może nawet wydawała się sobie starsza, niż była. Przytłaczały ją życiowe doświadczenia, ciągła walka bez efektów i milion drobnych porażek. Teraz ich jednak nie widziała. Sukienki kusiły i zapraszały. Myśląc, że raz się żyje, kupiła sześć. Do tego wybrała kilka kompletów luźnych ubrań do prac domowych, jakieś bluzki, spódnicę i żakiet. Postanowiła, że jeśli nie będzie musiała, już nigdy nie włoży spodni. Chciała poczuć się kobieco. Dorzuciła kilka spódniczek i bieliznę. Nie mogła odzyskać lat straconych w koszmarnym związku, za to czuła, że ma szansę odzyskać siebie taką, jaką się lubiła.

Nim ruszyły po buty, Angelika zjechała do automatu po kawę. Przyniosła dwie. Kobiety weszły z nimi do obuwniczego.

Gdy zrobiły zakupy, przed galerią stał już Arek, czekając na znajome, a małe kotłowały się z tyłu samochodu. Karina chciała porozmawiać z mężczyzną, więc zamieniła się z córką miejscami i dyskretnie poprosiła ochroniarza o zamknięcie szyby. Wypytywała o Topolowów, o ojca i syna. Dowiedziała się o istnieniu kochanki chłopaka i usłyszała, na jakie warunki przystała Angelika. Coraz bardziej podziwiała własne dziecko. Z jednej strony wiedziała, że to ogromne poświęcenie, z drugiej – dziękowała Bogu za to, że okoliczności postawiły na drodze jej córki kogoś, kto w zamian za kilka lat fikcyjnego związku zapewni jej dużo lepszy start. To układ jak z samym diabłem, ale jaki korzystny! Jadąc luksusowym autem do pięknego nowego domu, Karina modliła się w myślach, by się z tego dostatku jak ze snu nie obudzić. Wspominała entuzjazm córek ze sklepowej przebieralni, ich lśniące oczy i własną radość. Odczuwała dziwną niecierpliwość. W końcu zmierzały w nieznane. Rozpoczynały zupełnie nowe życie.

5

Po odstawieniu rodzinki do nowego domu i przekazaniu ich w holu w ręce Aloszy, który miał oprowadzić mieszkańców po rezydencji, Arek wziął od Kariny klucz i adres ich starego mieszkania.

Ulica okazała się nieciekawa. Nic dziwnego, że miejscowi mówili o niej Banditenstraße. Wiedział, że lepiej by było zastraszyć Suszyńskiego rano, ale nie miał na to czasu. Jeśli facet zmiarkował się, że domownicy nie pojawili się dziś w mieszkaniu, to dobrze, a jeśli nie, już on mu to szybko wyłoży.

Otworzył drzwi. Nie potrzebował klucza. Gdzieś paliło się światło. Poszedł w tym kierunku. W zimnym mieszkaniu śmierdziało, było nieprzyjemnie i wilgotno. Zapalił światło po prawej stronie i ujrzał bardzo skromną, czystą kuchnię. Nawet odchodząc, Karina zostawiła w domu porządek. Cofnął się i nacisnął włącznik po przeciwnej stronie. Długi, wąski pokoik dzieci okazał się wyjątkowo ciasną klitką. Tu też było czysto. Arek zastanawiał się, co tak śmierdzi. Doszedł do smugi światła padającej spod drzwi, otworzył je gwałtownie i jego oczom ukazał się najżałośniejszy widok świata.

Suszyński zasnął, siedząc na klozecie ze spodniami spuszczonymi do kostek, osranymi gaciami i w jednym bucie. Jego głowa opadła do tyłu i oparła się o wysoko zawieszoną spłuczkę. Usta miał otwarte. Spał w najlepsze we własnym smrodzie. Arek postanowił wykorzystać zastany obrazek do tego, by jeszcze bardziej sponiewierać gnoja. Najpierw uwiecznił delikwenta na krótkim filmiku, który miał wyjaśnić Topolowowi zachowanie przyszłej synowej. Potem trzasnął gościa w gębę na odlew i dopiero zapytał:

– Karol Suszyński?

Pijak czknął i otworzył oczy, nie próbując nawet wyprostować głowy.

– Kto pyta? – wycharczał i zamlaskał, by pozbyć się nieznośnej suchości w ustach. Niestety ślina nie chciała napłynąć.

– Bies. Arkadiusz Bies. – Wycelował broń w głowę Suszyńskiego. – Jak dla ciebie sam diabeł, cieciu. Teraz słuchaj! Przysyła mnie pan Topolow. Twoja córka wychodzi za mąż za jego syna. Na pewno słyszałeś, co on robi z takimi kanaliami jak ty, co? Nie masz już rodziny. Teraz to rodzina pana Topolowa i zostaje pod jego ochroną. Wiesz, co to znaczy ochrona Topolowa?

Facet miał coraz większe oczy.

– To znaczy, że one są nietykalne dla ciebie, gnoju, albo ołów w łeb. To by było łagodne rozwiązanie. Twoja córka jest u nas jak cariewna.Ponimajesz?2 Masz się stawić na jej ślubie w sobotę o trzynastej. Trzeźwy, czysty, pachnący. Garnitur kurier przywiezie w sobotę rano i niech ci do głowy nie przyjdzie go sprzedać lub nie dotrzeć na miejsce. Nawal, a twój własny demon cię dorwie. Rozszarpię cię na strzępy z przyjemnością. I pamiętaj, że my wiemy wszystko i możemy więcej, niż myślisz. Odezwij się nie tak, jak trzeba, to będzie ostatni dzień twojego życiorysu, glisto. A teraz przytaknij, jeśli zapamiętałeś. Jeżeli nie, chętnie ci coś uszkodzę, by wyrównać straty, jakie poniosła przez ciebie, szkodniku, rodzina pana Topolowa.

2 Twoja córka jest u nas jak księżniczka. Rozumiesz?

Suszyński wolno przytaknął, a Arek walnął go w pysk tak, że gość spadł z kibla. Ochroniarz szybko wyszedł z cuchnącego miejsca, czując obrzydzenie do zapitej kanalii. Marzył o kąpieli, by pozbyć się uczucia wszechogarniającego, ohydnego smrodu. Gdy zbiegał ze schodów, analizował, jakich synonimów własnego nazwiska może jeszcze użyć.

6

Alosza, który początkowo miał pokazać im dom, ostatecznie zostawił pięć kobiet, dwie dorosłe, dwie małe i niemal nastolatkę na pierwszym piętrze, mówiąc po angielsku, że tu będą mieszkać. Wycofał się w popłochu do apartamentu na strychu, każąc im się rozgościć. Kilka minut stały w holu, nim włączyły światło i przeszły po piętrze. Starsze pilnowały, by dzieci się nie rozbiegły, na co te, wystraszone i przejęte, wcale nie miały ochoty, trzymając się maminej spódnicy. W końcu z ciekawości pootwierały drzwi do poszczególnych pomieszczeń. Pozostawione same czuły onieśmielenie dopóty, dopóki nie pojawił się Arek, który wrócił szybciej, niż przypuszczał, i natychmiast zaproponował podział pokojów. Myśląc o poprzednim mieszkaniu rodziny, największe pomieszczenie z wyjściem na balkon biegnący niemal jak taras dookoła piętra przydzielił trzem dziewczynkom. Wewnątrz brakowało jeszcze mebli. Tylko część udało się poskręcać i przygotować, ale metraż był imponujący.

Następnie mężczyzna pokazał im przylegającą dużą łazienkę z kremową armaturą, ciemnoczerwoną podłogą, głęboką, wygodną wanną, bidetem i prysznicem z deszczownicą. Tego dzieci jeszcze nigdy nie widziały. W ich domu mama na podłodze w pokoju stawiała różową plastikową miskę, która służyła za wanienkę od czasów, gdy na świat przyszła Angelika. Po kolei czajnikiem przynosiły sobie ciepłą wodę, mieszały z zimną i myły się migiem, nim ostygła. W ubikacji było bardzo zimno, bo nie dało się jej opalać, a łazienki po prostu nie było. Wanna to luksus, którego maluchy nie umiały sobie wyobrazić.

Arek bez wahania zaproponował wybór pokojów dla Angeliki i Kariny. Z obu można było wejść do dzieci poprzez puste jeszcze garderoby wypełnione jedynie relingami z wieszakami i półkami. Te pomieszczenia były już z dużą starannością urządzone. Meble stały na swoich miejscach. Lawendowy pokój Kariny oczarował ją od momentu otwarcia drzwi. Kobieta weszła nieśmiało, rozejrzała się i uśmiech zagościł na jej twarzy. Pakt z diabłem, jak widziała do tej pory umowę Angeliki, okazał się mieć słodki smak luksusu. Córka weszła do swojej sypialni bez cienia zastanowienia. Rzuciła połatany plecak obok biurka i spojrzała na stojący na nim laptop. Natychmiast wróciła do pokoju dzieci, by upajać się ich radością. Jej siostry próbowały nie szaleć ze szczęścia, a matka zapobiegliwie starała się utrzymać je w ryzach, bo gdyby mogły, mimo zimna bawiłyby się po ciemku na balkonie.

Karina miała kłopot, by zapędzić do jedzenia trzy córki, które były przejęte posiadaniem ogromnego pokoju tak bardzo, że nawet brak łóżek im nie przeszkadzał. Wcale nie chciały go opuszczać. Dopiero wizja frytek z ketchupem okazała się nie do pokonania, bo gdy tylko usłyszały, że być może będą frytki, zbiegły po schodach jedna przez drugą.

Wspólna kolacja nie była szczytem marzeń nikogo, ale w jakiś sposób należało nawiązać chociaż przyjazne stosunki. Arek zamówił jedzenie w restauracji. Był realistą. Nie spodziewał się, że Karina po prostu wejdzie do domu i zawładnie kuchnią. Do tej pory z Aloszą i Kate jedli dania kupione w knajpach, więc jeden taki posiłek więcej nie mógł nikomu zaszkodzić, a dla dzieci okazał się niezwykle przyjemną odmianą. Zamawiając kolację, ochroniarz nie spodziewał się, że zwykłe frytki, skrzydełka czy pizza mogą wzbudzić tyle entuzjazmu.

Dopiero gdy nowi domownicy byli już w komplecie na dole, Alosza zszedł z Kate, która wystroiła się, jakby wybierali się do ekskluzywnej restauracji, a nie schodzili na parter do salonu.

Angelika dyskretnie rozmawiała z Arkiem, a właściwie próbowała z niego wyciągnąć szczegóły wizyty u jej ojca.

Brak wspólnego języka uderzał w każdego z osobna. Alosza przedstawił się Karinie po angielsku, bo przy poprzednim spotkaniu nie przyszło mu to do głowy. Teraz ona, nie wiedząc, co przyszły zięć do niej mówi, odezwała się resztkami rosyjskiego, który pamiętała jeszcze ze szkoły. Jego zaskoczenie i radość odmalowały się na twarzy wyjątkowo wyraźnie. Był zachwycony. Ucałował obie dłonie kobiety i zaczął tytułować ją mateczką. Oczywiście niewiele z tego rozumiała. Karina łamanym rosyjskim przedstawiła swoje młodsze dzieci. Marta, Nadia i Halinka ukłoniły się grzecznie. One również niewiele rozumiały w obcych językach. Tylko Angelika jako tako radziła sobie z komunikacją. Było jej to potrzebne. Przecież w urzędzie nie mogło się okazać, że nie rozumie swojego męża. Potem nastąpił ten niezwykle niezręczny moment, gdy należało rodzinie przedstawić Kate, która zaczynała się czuć jak piąte koło u wozu, a jej wyjątkowy strój aż kłuł w oczy na tle skromnych dresów, w których wystąpiła większość uczestników kolacji. Kobiecie wciąż jeszcze zdarzało się naciskać na Aloszę i próbować wyrwać go z okowów ojcowskiego planu. Niestety jej czar nie zdołał zmusić go do zagrania na niekorzyść bezpieczeństwa własnej rodziny. Musiała pogodzić się z tym, że jest tylko elementem na wielkiej planszy puzzli należącej do Topolowów.

Suszyńskie powitały ją wyjątkowo radośnie. Nie spodziewała się tego, a one nie zwracały uwagi na jej dystans i chłód. Uściskały Kate serdecznie i sprawiły, że się odrobinę pogubiła. Oczekiwała jawnej niechęci, może nawet nienawiści, a zyskała kilka szczerych uśmiechów i uścisków. Karina pochwaliła jej urodę, a Angelika natychmiast jej to przetłumaczyła, wprawiając kobietę w lepszy nastrój. Potem potencjalna rywalka poprosiła ją o pomoc, gdyż musiała jak najwięcej wiedzieć o Aloszy, a miała na to niewiele czasu. Co prawda Topolow zapłacił, ile trzeba, żeby jego syn nie musiał tłuc się do ambasady, a także zlecił wcześniej przygotowanie i przetłumaczenie dokumentów, jednak znalezienie tłumacza przysięgłego, który przełoży treści na rosyjski w takim tempie, graniczyło z cudem, więc małżeńską obietnicę pan młody miał składać po angielsku.

Dzieci zaczarowały Aloszę. Już po chwili z Marty, Nadii i Halinki zmieniły się w Maszę, Taszę i Galę. Uparcie próbowały nauczyć czegoś po polsku tego miłego pana, który miał być mężem Angeliki, tymczasem ona zaprzyjaźniała się z kobietą, której miejsce miała zająć oficjalnie. Musiała przyznać, że Kate niewiele wie o swoim partnerze. Nie umiała powiedzieć, co Rosjanin lubi jeść, za to potrafiła bez tchu wymienić trzydzieści restauracji, do których ją zabrał. Nie wiedziała, jakiej słucha muzyki, bo używał słuchawek, ani kiedy się urodził, za to była pewna, które płyty w jej kolekcji kupił i co podarował jej na urodziny. Nie miała pojęcia, jakim był dzieckiem ani kim jest jego matka. Cytowała fragment artykułu mówiący o szacunkowej wielkości majątku jego ojca. Kate zdała sobie sprawę z własnej niewiedzy. W końcu wymówiła się bólem głowy i pomaszerowała do apartamentu na strychu, głośno stukając szpilkami.

Angelice zrobiło się żal Aloszy.

Karina wzrokiem zapytała córkę, co się stało.

– Kate boli głowa, mamo. – Dziewczyna wzruszyła ramionami. – Dziwny jest ten ich związek. Ona wcale go nie zna. Niczego o nim nie wie. Za to recytuje stan finansów starego. Ciekawe, nie? – mówiła głośno, bo dzieci były zbyt zajęte zabawą, a Alosza pewnie niewiele rozumiał. Poza tym miała w nosie, co Arek powtórzy szefowi.

– Kiedy mnie boli głowa, chodzę na palcach, bo hałas jest nie do zniesienia. – Matka skomentowała teatralne wyjście flamy. – Może kupmy jej kapcie? Stać nas.

– No co ty, ona na pewno nawet kapcie ma na szpilkach. – Angelika poczuła, jak dobrze jest po prostu pożartować z mamą, nawet jeśli było to odrobinę uszczypliwe.

Zawsze podziwiała inteligencję matki i nie rozumiała, jak ta kobieta mogła wpakować się w związek z ojcem. Kiedyś nawet spytała o to rodzicielkę. Siedziały wtedy zamknięte w małym pokoju i słuchały, jak awanturujący się pijaczyna przewraca sprzęty i wali krzesłem w drzwi, by go wpuściły. Czuł wielką ochotę, by komuś przylać, ale biedny nie miał komu. Ciskał się i wrzeszczał. Dzieci spały, bo zapobiegliwa matka zdobyła zapas stoperów od farmaceutki, u której sprzątała, by nie musiały wysłuchiwać krzyków alkoholika. Nauczyła je od małego, że spać idą z zatyczkami w uszach. Chroniła je, jak umiała. Zamek w drzwiach pokoju dzieci też służył ich spokojowi. Kobiety zamontowały również łańcuch. Było ciasno, gdy matka i Angelika kładły się na jednym posłaniu, ale córka lubiła to, bo wtedy mogła pytać o wszystko i mama czasami odpowiadała, głaszcząc ją po głowie.

Ojciec był bardzo drażliwy na swoim punkcie. Nie wolno go było krytykować. Nie znosił tego. Zawsze wtedy kłamał, idąc w zaparte tak długo, aż zapętlił się we własnym łgarstwie i stawał w obliczu nagiej prawdy, zwykle smutnej lub strasznej. Wtedy wściekał się i bił. Zwykle nie wrzeszczał. Zaciskał gniewnie usta i patrzył, kogo zdzielić. Niestety, gdy matka go poznała, nie wiedziała o jego skłonnościach. To były inne czasy. Kilka razy poszli na spacer, on się oświadczył, a ona go przyjęła. Dała mu słowo i choć nie wiedziała o nim wiele, miała nadzieję na szczęście. Jeszcze jej wtedy imponował taki elegancki, zadbany i grzeczny. Nie umiał jedynie żartować i brakowało mu dystansu do siebie, ale nikt nie jest bez wad. Miał o sobie bardzo wysokie mniemanie i nienaganne maniery. Myślał, że z tego powodu wszyscy będą spełniać jego zachcianki, ale podły świat miał to w dupie i nie chciał wychodzić mu naprzeciw. Najpierw okazało się, że małe śrubki można bez widocznych strat wykręcać z biurokratycznej maszyny. On był jednym z tych elementów, które są przekonane o własnej ważności. Wraz ze zmianą burmistrza polecieli jego współpracownicy. Kiedy ojciec Angeliki stracił urzędniczą posadę, okazało się, że z wykształceniem, które zdobył, trudno o jakąkolwiek pracę umysłową bez znajomości. Niestety te, które posiadał, nie były już odpowiednie, a on brzydził się fizyczną robotą, bo nie do tego został stworzony, by harować. Gdy skończyła się państwowa posadka, okazało się, że prywaciarze się o niego nie zabijają. Nikt nie chce go przyjąć do dobrze płatnej pracy. Nie wpływały odpowiedzi na jego podania. Wtedy zaczął popijać. Wstydził się, że jego żona musi pójść zarabiać, bo obiecał jej, że będzie zajmowała się wyłącznie dzieckiem i domem. Wkrótce znajomi przestali pożyczać mu nawet drobne sumy, bo nie miał z czego oddać.

Nadszedł ten dzień, gdy Karina poszła do pracy w fabryce. Karol został wtedy po raz pierwszy sam w domu z Angeliką, z którą nie miał żadnego kontaktu, bo nigdy się nią nie zajmował dłużej niż pięć minut, stojąc z wózkiem przed sklepem, i to wyłącznie gdy nie było innego wyjścia. Gdy żona wróciła z pracy, mąż spał z poduszką na głowie, a w pokoju obok głodne, brudne i mokre dziecko darło się wniebogłosy w łóżeczku. Nie dotknął jej od rana. Miała na sobie te same śpiochy i tę samą pieluchę, co niemal dziewięć godzin wcześniej. Wściekły za wrzask wstał i zrobił żonie karczemną awanturę. Nie obchodziło go, że była w pracy, że bolały ją nogi nieprzywykłe do ciągłego biegania i ręce od noszenia ciężarów. Nie było obiadu, bachor się darł, a on przez cały dzień nie mógł wyjść z domu.

Kobieta co rano znosiła córkę do sąsiadki na parter, a potem każdego dziesiątego oddawała jej trzy czwarte uzyskanego minimalnego wynagrodzenia. Przecież to, że pracowała za najniższą stawkę, nie było argumentem, by opiekunce nie zapłacić umówionej sumy. Z zarobionymi groszami wracała do domu, gdzie rozparty w fotelu pan i władca od progu żądał kawy i mięsa. Poza tym nic go nie obchodziło. Kobieta ratowała się, prosząc o pomoc w opiece społecznej. Bez zasiłku nie poradziłaby sobie.

Właściwie Karol tylko raz wyrwał się z tego letargu. Kiedy odeszli jego rodzice, został po nich dom na wsi do podziału z bratem, który w nim mieszkał z rodziną. Suszyński spakował się wtedy i pojechał tam na tydzień, a wrócił już po dwóch dniach. Przed wyjazdem głośno planował, czego to on nie uzyska. Ćwiczył przed lustrem oświadczenie pełne roszczeń. Był zdeterminowany. Należało mu się niemal pół świata. Tkwił w przekonaniu, że tyle właśnie tym razem uzyska od życia. Gotów był nawet zrujnować brata i wysłać krewnych na bruk, by tylko dostać to, co mu się należy. Na miejscu szwagierka, płacząc, pokazała mu sterty urzędowych dokumentów, wezwania do zapłaty i pisma od komornika. Wycena majątku staruszków wyszła na minus. Mina mu zrzedła. Park maszynowy nie istniał. Traktor się rozsypał, ziemia była o krok od zajęcia. Na stole bratowa stawiała chleb i masło, wydzielając kromki, bo musieli oszczędzać. Nawet nie zabiła kurczaka na rosół, tylko zrobiła zupę z proszku, biadoląc, jak ciężko im się żyje, i prosząc przybyłego o pożyczkę. Brat nawet nie patrzył mu w oczy. Musiał się wstydzić, że doprowadził do ruiny gospodarstwo po rodzicach. Gdy tylko Karol usłyszał, ile jest do spłacenia, wziął nogi za pas, a po powrocie w te pędy gnał do notariusza, by zastrzec, że nie dziedziczy po rodzicach.

Brat wiedział, jak go podejść. Oskubał go w ten sprytny sposób. Zwykłe wydruki, kartki bez pieczęci, wezwania i wszystko inne sfabrykował, wiedząc, że na pewno się przydadzą. Karol po latach dowiedział się o fortelu krewnych. Było mu tak wstyd, że dał się oszwabić, że nie przyznał się do tego nikomu, a żonie zakazał kiedykolwiek się na ten temat wypowiadać.

Coraz częściej pił. W zasadzie nic innego nie robił. Nigdy nie pytał żony, czy ma ochotę na seks. Nigdy też się nie zabezpieczał. Po prostu biorąc ją po pijaku, zrobił jeszcze troje dzieci. Za każdym razem, gdy szła na porodówkę, płaciła sąsiadce za opiekę nad córkami, bo wiedziała, że ojciec nie poda im nawet wody. W ciąży z ostatnią córką Karina założyła zamek w drzwiach dziecinnego pokoju i spała tam razem z nimi. Życie skończyło się dla niej właściwie wtedy, gdy podpisała w urzędzie wyrok na siebie i złożyła obietnicę, która zdegradowała ją do roli niewolnicy. Potem był już tylko kierat i awantury o to, że jest zimno, bo nie napaliła w piecu, nie napaliła, bo nie narąbała drewna, nie narąbała, bo nie kupiła… A kto ma kupić? Przecież to ona zarabia. Na szczęście pani z opieki, która zajmowała się jej rejonem, wiedziała, że lepiej dać Karinie opał niż pieniądze na drewno i węgiel. Karol nawet zapasy opału kilka razy próbował sprzedać. Dopiero groźba, że żona zadzwoni po policję, usadzała go na dupie, wściekłego i niedopitego.

Ani Karina, ani Angelika nie potrafiły sobie wyobrazić, że na ślubie podadzą rękę zapitemu menelowi, który terroryzował je przez tyle lat. Panna młoda była jednak pewna, że Alosza, jak obiecał, wywiąże się z obietnicy i zapewni im bezpieczeństwo, a jeśli nie on, to Arek, który teraz także o nie się troszczył. Miało być bezpiecznie. Niewiele rzeczy stało się dla niej tak ważne jak bezpieczeństwo.