Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 363

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Dziewczęta i kobiety - Alice Munro

Dziewczęta i kobiety:

Na co dzień coraz bardziej staję się kobietą. Czuję to, gdy się poruszam, w każdym swoim spojrzeniu i geście.

Problemy dorastania i dojrzewania w scenerii prowincjonalnej miejscowości w Ontario. Kilkanaście opowiadań to epizody z życia młodej dziewczyny tworzące jedną całość. Główna bohaterka przeistacza się w kobietę, z czasem przenosi się do wielkiego miasta i zaczyna zdobywać nowe doświadczenia. Poznaje życie, wchodzi w nowe relacje z najbliższym otoczeniem. Staje się świadomą siebie i swoich potrzeb kobietą. Autorka dba o detale i psychologiczną głębię postaci.

Opinie o ebooku Dziewczęta i kobiety - Alice Munro

Fragment ebooka Dziewczęta i kobiety - Alice Munro

Ali­ce Mun­ro

DZIEW­CZĘ­TA I KO­BIE­TY

Prze­ło­żył Pa­weł Ło­pat­ka

Wy­da­no z po­mo­cą fi­nan­so­wą Ca­na­da Co­un­cil for the Arts (Con­se­il des arts du Ca­na­da)

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Li­ves of Girls and Wo­men

Co­py­ri­ght © Ali­ce Mun­ro 1971

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Dla Jima

Droga na Moczary

Spę­dza­li­śmy dnie nad Wa­wa­nash, po­ma­ga­jąc wuj­ko­wi Ben­ny’emu w ło­wie­niu ryb. Ła­pa­li­śmy dla nie­go żaby. Go­ni­li­śmy je, tro­pi­li­śmy, nie­po­strze­że­nie pod­kra­da­li­śmy się do nich błot­ni­stym brze­giem pod wierz­ba­mi i w ba­gni­stych za­głę­bie­niach peł­nych ostrej tra­wy, któ­ra zo­sta­wia­ła na na­szych bo­sych sto­pach drob­ne, nie­wi­docz­ne na pierw­szy rzut oka ran­ki. Sta­re żaby do­brze wie­dzia­ły, że nie po­win­ny wcho­dzić nam w dro­gę, nam jed­nak wca­le nie za­le­ża­ło na nich. Szu­ka­li­śmy smu­kłych zie­lo­nych mło­dych – so­czy­stych nie­do­rost­ków, chłod­nych i ośli­złych. Ści­ska­li­śmy je de­li­kat­nie w dło­niach, a po­tem wrzu­ca­li­śmy do wia­der­ka po mio­dzie, przy­kry­wa­jąc wie­kiem. Cze­ka­ły tam, aż wu­jek Ben­ny za­ło­ży je na ha­czyk.

Nie był on na­szym wuj­kiem, ani też ni­czy­im.

Sta­wał w pew­nym od­da­le­niu w płyt­kiej bru­nat­nej wo­dzie, gdzie mu­li­ste dno ustę­pu­je miej­sca ka­my­kom i pia­sko­wi. Przez całe ży­cie i wszę­dzie, gdzie tyl­ko się po­ja­wiał, nie­zmien­nie ubra­ny był w gu­mia­ki, ogrod­nicz­ki i zru­dzia­łą czar­ną ma­ry­nar­kę za­pi­na­ną na gu­zi­ki. Nie no­sił ko­szu­li, więc pod jego szy­ją czer­wie­niał za­wsze trój­kąt gru­bej skó­ry, lek­ko ob­wie­dzio­ny bie­lą. Fil­co­wy ka­pe­lusz na jego gło­wie zdo­bi­ły wą­ska wstąż­ka i dwa piór­ka, cał­kiem ściem­nia­łe od potu.

Nie od­wra­cał się nig­dy, a jed­nak za­wsze wie­dział, czy któ­reś z nas wcho­dzi do wody.

– Dzie­cia­ki, jak chce­cie się plu­skać w bło­cie i stra­szyć ryby, idź­cie so­bie gdzie in­dziej, wy­no­cha z mo­je­go brze­gu!

Brzeg wca­le nie był wuj­ka. Aku­rat miej­sce, w któ­rym zwy­kle ło­wił, było na­sze. Ale nie my­śle­li­śmy o tym. We­dług nie­go rze­ka, za­ro­śla i całe mo­kra­dła Gre­noch sta­no­wi­ły wuj­ka wła­sność, bo znał je le­piej niż kto­kol­wiek inny. Twier­dził, że jest je­dy­nym czło­wie­kiem, któ­ry prze­szedł przez mo­cza­ry wzdłuż i wszerz, i nie za­do­wa­la się krót­ki­mi wy­ciecz­ka­mi po ich obrze­żach. Ma­wiał, że są tam ru­cho­me pia­ski, któ­re mogą po­chło­nąć na raz dwu­to­no­wą cię­ża­rów­kę. (Ocza­mi wy­obraź­ni wi­dzia­łam, jak po­ły­sku­ją sre­brzy­ście, bo po­my­li­ły mi się z ży­wym sre­brem.) Opo­wia­dał, że w rze­ce są dziu­ry, któ­re w środ­ku lata do­cho­dzą do dwu­dzie­stu stóp głę­bo­ko­ści – i obie­cy­wał nam je po­ka­zać, ale tego nie zro­bił.

Ob­ra­żał się już na­wet na cień zwąt­pie­nia.

– Jak któ­reś z was tam wpad­nie, to wte­dy uwie­rzy­cie.

Miał gę­ste czar­ne wąsy, sro­gie oczy i szczu­płą twarz o dra­pież­nym wy­ra­zie. Nie był tak sta­ry, jak moż­na by są­dzić po jego ubra­niu, za­ro­ście i oby­cza­jach. Na­le­żał do lu­dzi, któ­rzy sta­ją się nie­złom­ny­mi eks­cen­try­ka­mi jesz­cze przed ukoń­cze­niem dwu­dzie­ste­go roku ży­cia. Każ­de jego zda­nie, prze­po­wied­nię lub po­gląd prze­peł­nia­ła żar­li­wość. Pew­ne­go dnia, pa­trząc na tę­czę w na­szym ogro­dzie, za­wo­łał:

– Wie­cie, co to jest? To bo­skie przy­rze­cze­nie, że nig­dy nie bę­dzie dru­gie­go po­to­pu!

Za­drżał na do­nio­słość tej obiet­ni­cy, tak jak­by wła­śnie zo­sta­ła zło­żo­na, a on sam był jej zwia­stu­nem.

Ile­kroć zło­wił ryby, któ­re chciał (oko­nie wrzu­cał z po­wro­tem do wody, a zo­sta­wiał kle­nie i red­fi­ny, twier­dząc, że red­fin jest smacz­ny, ale pe­łen ości jak po­du­szecz­ka igieł), gra­mo­li­li­śmy się z cie­ni­ste­go ko­ry­ta rze­ki i ru­sza­li­śmy przez pola w stro­nę jego domu. Owen i ja z ła­two­ścią szli­śmy na bo­sa­ka przez ścier­ni­sko. Cza­sem kil­ka kro­ków za nami biegł nasz nie­to­wa­rzy­ski pies Ma­jor. Ja­kąś milę da­lej, na skra­ju za­ro­śli, któ­re zmie­nia­ły się w mo­cza­ry, stał dom wuj­ka Ben­ny’ego – wy­so­ki i sre­brzy­sty, ze sta­rych nie­ma­lo­wa­nych de­sek, do cna wy­pło­wia­łych la­tem, z ciem­no­zie­lo­ny­mi, spę­ka­ny­mi i po­szar­pa­ny­mi ro­le­ta­mi za­cią­gnię­ty­mi we wszyst­kich oknach. Za­ro­śla za do­mem były czar­ne, roz­grza­ne, gę­ste od cier­ni­stych krze­wów i nie­prze­nik­nio­ne od ro­ze­dr­ga­nych owa­dzich kon­ste­la­cji.

Mię­dzy za­ro­śla­mi a do­mem było kil­ka za­gród, w któ­rych wu­jek za­wsze trzy­mał ja­kieś schwy­ta­ne zwie­rzę­ta – pół­oswo­jo­ną zło­tą fret­kę, parę dzi­kich no­rek, rudą li­si­cę z ro­ze­rwa­ną we wny­kach łapą. Li­si­ca ku­la­ła, wyła po no­cach i na­zy­wa­ła się Księż­na. Szo­pów wu­jek nie za­my­kał. Miesz­ka­ły so­bie w ogro­dzie i na drze­wach, po­tul­niej­sze od ko­tów, i żeby do­stać coś do zje­dze­nia, pod­cho­dzi­ły pod drzwi. Lu­bi­ły gumę do żu­cia. Do domu zbie­ga­ły się też wie­wiór­ki, od­waż­nie sia­da­ły na pa­ra­pe­tach i bu­szo­wa­ły w ster­tach ga­zet na we­ran­dzie.

W zie­mi pod mu­rem domu było tak­że coś w ro­dza­ju koj­ca, a wła­ści­wie płyt­ki wy­kop, z po­zo­sta­łych trzech stron ogro­dzo­ny de­secz­ka­mi wy­so­ko­ści oko­ło dwóch stóp. Tam wu­jek Ben­ny trzy­mał żół­wie. Któ­re­goś lata po­rzu­cił wszyst­ko, żeby ich na­ła­pać. Po­wie­dział, że sprze­da je pew­ne­mu Ame­ry­ka­ni­no­wi z De­tro­it po trzy­dzie­ści pięć cen­tów za funt.

– Robi się z nich zupę – rzekł, po­chy­la­jąc się nad żół­wią za­gro­dą.

Przy­kry los zwie­rząt cie­szył go tak samo jak ich oswa­ja­nie i kar­mie­nie.

– Zupa z żół­wi!!!

– Dla Ame­ry­ka­nów – od­parł, jak­by wy­ja­śnia­ło to spra­wę. – Ja bym jej nie tknął.

Ame­ry­ka­nie nie zja­wi­li się nig­dy, albo też nie za­pła­ci­li wuj­ko­wi tyle, ile żą­dał, a może po pro­stu wca­le nie ist­nie­li. Tak czy in­a­czej plan się nie po­wiódł. Mi­nę­ło kil­ka ty­go­dni. Ile­kroć ktoś wspo­mniał o żół­wiach, wu­jek Ben­ny przy­bie­rał obo­jęt­ny wy­raz twa­rzy i mó­wił: „E, ja już tym so­bie nie za­wra­cam gło­wy”, z ta­kim po­li­to­wa­niem, jak­by cała ta spra­wa na­le­ża­ła do za­mierz­chłej prze­szło­ści.

Sia­da­jąc na ulu­bio­nym krze­śle tuż przy drzwiach na­szej kuch­ni – a zwykł sia­dać tam w po­śpie­chu, tak jak­by nie chciał nas kło­po­tać, jak gdy­by za chwi­lę miał odejść – wu­jek Ben­ny za­sy­py­wał nas szcze­gó­ła­mi ja­kie­goś przed­się­wzię­cia, za­wsze nie­zwy­kłe­go, na któ­rym lu­dzie z oko­li­cy, z po­łu­dnia kra­ju albo z po­bli­skie­go kan­to­nu Gran­tly za­ra­bia­li kro­cie. Ho­do­wa­li szyn­szy­le. Ho­do­wa­li pa­puż­ki nie­roz­łącz­ki. Za­ra­bia­li po dzie­sięć ty­się­cy do­la­rów rocz­nie, na­wet nie ki­wa­jąc pal­cem. My­ślę, że wu­jek Ben­ny przez cały czas pra­co­wał u mo­je­go ojca, choć przed­tem nie miał żad­nej sta­łej pra­cy – po­nie­waż oj­ciec ho­do­wał srebr­ne lisy, co było przed­się­wzię­ciem tro­chę nie­bez­piecz­nym i nie­co­dzien­nym, no­si­ło rys groź­ny i wy­twor­ny, za­wie­ra­ło nie­zre­ali­zo­wa­ną na­dzie­ję na bo­gac­two.

Wu­jek czy­ścił ryby na swo­im gan­ku i kie­dy miał ocho­tę coś prze­ką­sić, szyb­ko sma­żył so­bie ryb­kę na pa­tel­ni, okop­co­nej i lep­kiej od wie­ko­we­go tłusz­czu. Ja­dał pro­sto z pa­tel­ni. Bez wzglę­du na to, jak ja­sno i go­rą­co było na ze­wnątrz, w jego domu za­wsze pa­li­ła się – zwi­sa­ją­ca z su­fi­tu – jed­na goła ża­rów­ka. Nie­prze­nik­nio­ne zwa­ły ru­pie­ci i bru­du po­że­ra­ły świa­tło.

Wra­ca­jąc od wuj­ka, Owen i ja nie­raz pró­bo­wa­li­śmy wy­li­czać przed­mio­ty, któ­re prze­cho­wy­wał w domu albo w sa­mej tyl­ko kuch­ni.

– Dwa to­ste­ry, je­den z drzwicz­ka­mi i dru­gi taki, że krom­kę kła­dzie się na gó­rze.

– Fo­tel sa­mo­cho­do­wy.

– Zwi­nię­ty ma­te­rac. Akor­de­on.

Nig­dy jed­nak nie uda­ło się nam zli­czyć na­wet po­ło­wy jego do­byt­ku i do­brze o tym wie­dzie­li­śmy. Rze­czy, któ­re za­pa­dły nam w pa­mięć, spo­koj­nie mo­gły­by znik­nąć i nikt by się tym nie prze­jął. Było to po pro­stu kil­ka roz­po­zna­wal­nych przed­mio­tów, któ­re wy­róż­nia­ły się na tle ist­ne­go pan­de­mo­nium, nie­prze­bra­nej masy ciem­nych gni­ją­cych dy­wa­nów, li­no­leum, czę­ści me­bli, wnętrz­no­ści ja­kiejś ma­szy­ne­rii, gwoź­dzi, dru­tu, na­rzę­dzi i róż­nych przy­bo­rów. Był to dom, w któ­rym nie­gdyś, przez cały okres mał­żeń­stwa, miesz­ka­li ro­dzi­ce wuj­ka Ben­ny’ego. (Przez mgłę przy­po­mi­nam so­bie, jak sta­rzy, ocię­ża­li i na wpół śle­pi sie­dzą na gan­ku w słoń­cu, opa­tu­le­ni w gru­be war­stwy roz­la­tu­ją­cych się ubrań.) Tak więc część na­gro­ma­dzo­nej w domu ma­te­rii sta­no­wi­ło bo­daj pięć­dzie­siąt lat ży­cia ro­dzin­ne­go. Ale na tę gra­ciar­nię skła­da­ły się rów­nież cu­dze przed­mio­ty jed­no­ra­zo­we­go użyt­ku, rze­czy, któ­re wu­jek do­sta­wał i przy­no­sił do domu, a cza­sem na­wet tasz­czył z wy­sy­pi­ska śmie­ci w Ju­bi­lee. Ma­wiał, że chce je zre­pe­ro­wać, by nada­wa­ły się do użyt­ku, i sprze­dać. Gdy­by miesz­kał w mie­ście, pro­wa­dził­by pew­nie wiel­ki sklep ze sta­rzy­zną; spę­dził­by całe ży­cie wśród sto­sów brud­nych me­bli, zu­ży­tych sprzę­tów, wy­szczer­bio­nych na­czyń i za­smo­lo­nych fo­to­gra­fii cu­dzych krew­nych. Ce­nił śmie­ci za sam fakt ist­nie­nia i tyl­ko uda­wał – przed sa­mym sobą i przed in­ny­mi – że pra­gnie przy­wró­cić im uży­tecz­ność.

Naj­bar­dziej jed­nak lu­bi­łam w domu wuj­ka sta­re ga­ze­ty pię­trzą­ce się na gan­ku – i one nig­dy mnie nie nu­dzi­ły. Nie ku­po­wał ani „He­rald-Ad­van­ce” z Ju­bi­lee, ani miej­skie­go dzien­ni­ka, któ­re tra­fia­ły do na­szej skrzyn­ki z jed­no­dnio­wym opóź­nie­niem. Nie pre­nu­me­ro­wał „Fa­mi­ly He­rald” ani „The Sa­tur­day Eve­ning Post”. Jego ga­ze­ta przy­cho­dzi­ła raz w ty­go­dniu i za­wsze była źle wy­dru­ko­wa­na, mia­ła szorst­ki pa­pier i na­głów­ki wy­so­kie na sześć cali. Sta­no­wi­ła dla wuj­ka je­dy­ne źró­dło in­for­ma­cji o świe­cie ze­wnętrz­nym, bo rzad­ko zda­rza­ło mu się mieć dzia­ła­ją­ce ra­dio. Był to świat od­mien­ny od tego, o któ­rym moi ro­dzi­ce czy­ta­li w ga­ze­tach albo słu­cha­li w po­ran­nych wia­do­mo­ściach. Na­głów­ki nie mia­ły nic wspól­ne­go z woj­ną, któ­ra wła­śnie się za­czę­ła, ani też z wy­bo­ra­mi, fa­la­mi upa­łów albo wy­pad­ka­mi, lecz brzmia­ły na­stę­pu­ją­co:

OJ­CIEC KAR­MI ŚWI­NIE BLIŹ­NIACZ­KA­MI

NA ŚWIAT PRZY­SZŁO DZIEC­KO MAŁ­PA

DZIE­WI­CA ZGWAŁ­CO­NA NA KRZY­ŻU

PRZEZ ROZ­SZA­LA­ŁYCH MNI­CHÓW

KO­BIE­TA WY­SŁA­ŁA TORS MĘŻA W PACZ­CE

Przy­sia­da­łam na skra­ju za­pad­nię­te­go gan­ku i czy­ta­łam, mu­ska­jąc sto­pa­mi goź­dzi­ka bro­da­te­go, któ­re­go za­sa­dzi­ła pew­nie mama wuj­ka. W koń­cu wu­jek po­wie­dział:

– Jak chcesz, mo­żesz so­bie wziąć te ga­ze­ty. Już wszyst­kie prze­czy­ta­łem.

Ja jed­nak wpa­dłam na lep­szy po­mysł. Czy­ta­łam co­raz prę­dzej, prę­dzej, ile tyl­ko dało się spa­mię­tać, a po­tem roz­ko­ły­sa­na bie­głam w słoń­ce na ścież­kę pro­wa­dzą­cą do na­sze­go domu, przez pola. Wprost roz­sa­dza­ły mnie i przy­pra­wia­ły o za­wrót gło­wy re­we­la­cje o złu, jego róż­no­rod­no­ści, o tym, jak bywa wy­myśl­ne i prze­ra­ża­ją­co swa­wol­ne. Ale im bar­dziej zbli­ża­łam się do domu, tym szyb­ciej te ob­ra­zy bla­kły. Dla­cze­go pro­sty mur bu­dyn­ku, bla­da wy­szczer­bio­na ce­gła, ce­men­to­wy sto­pień przed drzwia­mi do kuch­ni, wi­szą­ce na gwoź­dziach ba­lie, pom­pa, krzew bzu o li­ściach w bru­nat­ne plam­ki po­da­wa­ły w wąt­pli­wość, że ja­kaś ko­bie­ta po­sła­ła przy­ja­ciół­ce w Ka­ro­li­nie Po­łu­dnio­wej tors męża za­wi­nię­ty w świą­tecz­ny pa­pier?

Nasz dom stał przy koń­cu Dro­gi na Mo­cza­ry, któ­ra bie­gła na za­chód od skle­pu Buc­kle’ów. Ten roz­kle­ko­ta­ny drew­nia­ny skle­pik, tak wą­ski, że przy­po­mi­nał po­sta­wio­ne na boku tek­tu­ro­we pu­dło, bez­ład­nie po­kry­ty me­ta­lo­wy­mi i ma­lo­wa­ny­mi re­kla­ma­mi mąki, her­ba­ty, płat­ków owsia­nych, na­po­jów bez­al­ko­ho­lo­wych i pa­pie­ro­sów, za­wsze ozna­czał dla mnie, że je­stem na skra­ju mia­stecz­ka. Chod­ni­ki, la­tar­nie ulicz­ne, rów­ne rzę­dy cie­ni­stych drzew, wóz­ki mle­cza­rzy i lo­dzia­rzy, wa­nien­ki dla pta­ków, ra­ba­ty, we­ran­dy z wi­kli­no­wy­mi krze­sła­mi, z któ­rych pa­nie ob­ser­wo­wa­ły uli­cę – wszyst­kie te cy­wi­li­zo­wa­ne, upra­gnio­ne rze­czy koń­czy­ły się i szłam do domu (z Owe­nem, wra­ca­jąc ze szko­ły, albo z mat­ką, wra­ca­jąc ze spra­wun­ków w so­bot­nie po­po­łu­dnia) przez sze­ro­ką, krę­tą Dro­gę na Mo­cza­ry bez cie­nia, któ­ry rzu­cał sklep Buc­kle’ów, wśród pól po­strzę­pio­nych ziel­skiem i żół­tych od mle­czy, dzi­kiej gor­czy­cy lub na­wło­ci, w za­leż­no­ści od pory roku. Za­bu­do­wa była co­raz rzad­sza i spra­wia­ła wra­że­nie bar­dziej za­nie­dba­nej, bied­nej i oso­bli­wej niż domy w mia­stecz­ku: tu ktoś po­ma­lo­wał mur do po­ło­wy i po­rzu­cił pra­cę, zo­sta­wia­jąc dra­bi­nę, ktoś inny znów nie za­krył blizn po – wy­so­kim na trzy sto­py – wy­bu­rzo­nym gan­ku, albo za­po­mniał o scho­dach do fron­to­we­go wej­ścia, nie­któ­re okna były za­sło­nię­te po­żół­kły­mi ga­ze­ta­mi – za­miast ro­let.

Dro­ga na Mo­cza­ry nie była czę­ścią mia­stecz­ka, ale też nie była czę­ścią wsi. Za­ko­le rze­ki i mo­kra­dła Gre­noch od­ci­na­ły ją od resz­ty kan­to­nu, do któ­re­go no­mi­nal­nie na­le­ża­ła. Praw­dzi­wych go­spo­darstw rol­nych nie było. Grun­ty wuj­ka Ben­ny’ego zaj­mo­wa­ły po­wierzch­nię pięt­na­stu akrów, a dział­ka Pot­te­rów dwa­dzie­ścia, przy czym po­sia­dłość wuj­ka się­ga­ła za­ro­śli. Sy­no­wie Pot­te­rów ho­do­wa­li owce. My mie­li­śmy dzie­więć akrów i ho­do­wa­li­śmy lisy. Więk­szość lu­dzi mia­ła je­den czy dwa akry i ja­kiś żywy in­wen­tarz, za­zwy­czaj kro­wę i kury, a cza­sem coś dziw­niej­sze­go, cze­go nie spo­ty­ka się w zwy­czaj­nym go­spo­dar­stwie. Sy­no­wie Pot­te­rów mie­li stad­ko kóz, któ­re wy­pusz­cza­li, by pa­sło się przy dro­dze. W ka­mie­ni­stym rogu pola sku­bał tra­wę jak­by żyw­cem wy­ję­ty z Bi­blii sza­ry osio­łek San­dy’ego Ste­ven­so­na, ka­wa­le­ra. Przed­się­bior­stwo mo­je­go ojca nie wy­róż­nia­ło się tu szcze­gól­nie.

Mitch Plim i chłop­cy od Pot­te­rów trud­ni­li się przy Dro­dze na Mo­cza­ry prze­my­tem al­ko­ho­lu. Mie­li dia­me­tral­nie róż­ne cha­rak­te­ry. Mło­dzi Pot­te­ro­wie byli po­god­ni, acz wy­bu­cho­wi, kie­dy się na­pi­li. Raz pod­wieź­li Owe­na i mnie ze szko­ły swo­ją fur­go­net­ką. Sie­dzie­li­śmy z tyłu i strasz­nie nas wy­trzę­sło, bo je­cha­li tak szyb­ko, że co chwi­la pod­ska­ki­wa­li­śmy na wy­bo­jach. Gdy do­wie­dzia­ła się o tym mat­ka, mu­sia­ła wziąć głę­bo­ki od­dech. Mitch Plim miesz­kał w domu, któ­re­go okna za­sła­nia­ły ga­ze­ty. Nie pił, cier­piał na reu­ma­tyzm i z ni­kim nie roz­ma­wiał. Jego żona wy­cho­dzi­ła spraw­dzać skrzyn­kę na li­sty o wszel­kich po­rach dnia i nocy, w ob­szar­pa­nej po­dom­ce, boso. Ich dom zda­wał się ucie­le­śniać tak wiel­kie zło i ta­jem­ni­cę, że ba­łam się spoj­rzeć na nie­go choć­by ukrad­kiem i za­wsze mi­ja­łam go ze wzro­kiem utkwio­nym przed sobą, żeby opa­no­wać od­ruch uciecz­ki.

Przy Dro­dze na Mo­cza­ry miesz­ka­ło też dwo­je głup­ków. Pierw­szym był Fran­kie Hall. Miesz­kał ze swo­im bra­tem, Lo­uie’em, któ­ry po­kąt­nie re­pe­ro­wał ze­ga­ry i ze­gar­ki w nie­ma­lo­wa­nym skle­pie z krzy­wą fa­sa­dą obok skle­pu Buc­kle’ów. Był gru­by i bla­dy jak rzeź­ba z my­dła. Prze­sia­dy­wał w słoń­cu pod brud­ną wy­sta­wą, na któ­rej sy­pia­ły koty. Dru­gim głup­kiem była Ire­ne Pol­lox. Mniej de­li­kat­na i dur­na od Fran­ka, go­ni­ła dzie­ci na dro­dze i prze­wie­sza­jąc się przez furt­kę, pia­ła i wy­ma­chi­wa­ła ra­mio­na­mi jak pi­ja­ny ko­gut. Tak że prze­cho­dze­nie pod jej do­mem też było nie­bez­piecz­ne i ktoś wy­my­ślił ry­mo­wan­kę, któ­rą zna­li wszy­scy:

Ire­ne, jak bę­dziesz mnie go­nić,

To po­ża­łu­jesz, bo cię po­wie­szę

Za cy­cusz­ki na raj­skiej ja­bło­ni.

Po­wta­rza­łam ją, ile­kroć prze­cho­dzi­łam tam­tę­dy z mat­ką, oczy­wi­ście za­wsze zmie­nia­jąc „cy­cusz­ki” na „nóż­ki”. Skąd wzię­ła się ta ry­mo­wan­ka? Znał ją na­wet wu­jek Ben­ny. Ire­ne mia­ła siwe wło­sy – nie ze sta­ro­ści, tyl­ko taka już się uro­dzi­ła – i skó­rę bia­łą jak gę­sie pie­rze.

Dro­ga na Mo­cza­ry była ostat­nim miej­scem na świe­cie, w któ­rym chcia­ła miesz­kać mat­ka. Gdy tyl­ko do­ty­ka­ła sto­pą chod­ni­ka w mia­stecz­ku i uno­si­ła gło­wę, szczę­śli­wa, że wcho­dzi w cień, zo­sta­wia­jąc w tyle upal­ną Dro­gę, ema­no­wa­ło od niej po­czu­cie ulgi, po­czu­cie no­we­go sen­su. Po drob­ne spra­wun­ki wy­sy­ła­ła mnie do skle­pu Buc­kle’ów, ale praw­dzi­we za­ku­py ro­bi­ła sama w mia­stecz­ku. Cza­sem kie­dy mi­ja­ły­śmy sklep, Char­lie Buc­kle kro­ił mię­so na za­ple­czu. Wi­dząc jego po­stać za ciem­ną za­sło­ną, jak czę­ścio­wo ukry­ty ele­ment mo­zai­ki, kła­nia­ły­śmy się i przy­spie­sza­ły­śmy kro­ku w na­dziei, że nas nie zo­ba­czy.

Mat­ka po­pra­wia­ła mnie, gdy mó­wi­łam, że miesz­ka­my przy Dro­dze na Mo­cza­ry. Po­wta­rza­ła, że miesz­ka­my na jej koń­cu, tak jak­by mo­gło to coś zmie­nić. Po­tem oka­za­ło się, że Ju­bi­lee to tak­że nie jej miej­sce, na ra­zie jed­nak trzy­ma­ła się go z na­dzie­ją i ra­do­ścią i pil­no­wa­ła, by ją do­strze­ga­no – gło­śno po­zdra­wia­jąc pa­nie, któ­re spo­glą­da­ły na nią ze zdu­mie­niem, ale i uprzej­mie, kie­dy wcho­dzi­ła do mrocz­nej pa­sman­te­rii, roz­sia­da­ła się na jed­nym z wy­so­kich stoł­ków i wo­ła­ła, by ktoś ła­ska­wie ze­chciał po­dać jej szklan­kę wody po mę­czą­cym mar­szu w ku­rzu i upa­le. Wte­dy jesz­cze to­wa­rzy­szy­łam jej bez za­kło­po­ta­nia, szczę­śli­wa, że tyle się dzie­je.

Przy Dro­dze na Mo­cza­ry nie lu­bia­no mat­ki. Z jej miesz­kań­ca­mi nie roz­ma­wia­ła tak przy­jaź­nie jak w mia­stecz­ku, tyl­ko z su­ro­wą grzecz­no­ścią, do­bie­ra­jąc sło­wa w dziw­nej osten­ta­cji. Z żoną Mit­cha Pli­ma – któ­ra, o czym wte­dy nie wie­dzia­łam, pra­co­wa­ła swe­go cza­su w bur­de­lu pani McQu­ade – nie roz­ma­wia­ła wca­le. Wszę­dzie, w każ­dej sy­tu­acji sta­wa­ła po stro­nie bied­nych, Mu­rzy­nów, Ży­dów, Chiń­czy­ków i ko­biet, nie zno­si­ła jed­nak pi­jań­stwa, ani też roz­wią­zło­ści, wul­gar­nych słów, ży­cia z dnia na dzień i nie­uc­twa, mu­sia­ła więc wy­łą­czyć lu­dzi z Dro­gi na Mo­cza­ry z gru­py naj­uboż­szych i cie­mię­żo­nych – nę­dza­rzy, któ­rych prze­cież tak ko­cha­ła.

Oj­ciec był inny. Cie­szył się po­wszech­ną sym­pa­tią. Lu­bił Dro­gę na Mo­cza­ry, choć pra­wie w ogó­le nie pił, nie był roz­wią­zły sek­su­al­nie ani nie uży­wał wul­gar­ne­go słow­nic­twa, a ce­nił pra­cę i całe ży­cie ha­ro­wał jak wół. Czuł się tu­taj bar­dzo do­brze, pod­czas gdy w to­wa­rzy­stwie męż­czyzn z mia­stecz­ka, w to­wa­rzy­stwie każ­de­go, kto cho­dził do pra­cy w ko­szu­li i kra­wa­cie, za­wsze za­cho­wy­wał się ostroż­nie, nie­co wy­nio­śle, pe­łen lęku przed obe­lgą, uzbro­jo­ny we wła­ści­we nie­któ­rym lu­dziom ze wsi sub­tel­ne wy­czu­cie po­zo­ru. Wy­cho­wy­wał się (jak mat­ka, któ­ra cał­kiem usu­nę­ła to z pa­mię­ci) na far­mie w głę­bi kra­ju, ale i tam – w świe­cie sztyw­nych za­sad, dum­nej bie­dy i mo­no­to­nii ży­cia – czuł się nie­swo­jo. Dro­ga na Mo­cza­ry speł­nia­ła jego wy­ma­ga­nia w zu­peł­no­ści, a za przy­ja­cie­la star­czał mu wu­jek Ben­ny.

Mat­ka przy­wy­kła do wuj­ka Ben­ny’ego. Ja­dał z nami co­dzien­nie o dwu­na­stej, z wy­jąt­kiem nie­dziel. Za­wsze przy­kle­jał swo­ją gumę do żu­cia do rę­ko­je­ści wi­del­ca, a pod ko­niec po­sił­ku od­kle­jał tę nie­bie­sko­sza­rą kul­kę i po­ka­zy­wał nam zdo­bią­cy ją gra­we­ru­nek, tak ład­ny, że szko­da było wkła­dać ją z po­wro­tem do ust. Her­ba­tę na­le­wał so­bie na spodek i dmu­chał na nią. Na­bi­tym na wi­de­lec ka­wał­kiem chle­ba wy­cie­rał ta­lerz do czy­sta, jak kot. Wno­sił do kuch­ni za­pach, któ­ry na swój spo­sób lu­bi­łam – woń ryb, zwie­rząt fu­ter­ko­wych i ba­gna. Pa­mię­ta­jąc o swo­ich wiej­skich oby­cza­jach, nig­dy sam nie czę­sto­wał się je­dze­niem, ani też nie brał do­kład­ki, i ro­bił to do­pie­ro po trze­ciej za­chę­cie.

Opo­wia­dał roz­ma­ite hi­sto­rie, w któ­rych pra­wie za­wsze dzia­ło się coś nie­wy­obra­żal­ne­go dla mo­jej mat­ki – jak choć­by tę o mał­żeń­stwie San­dy’ego Ste­ven­so­na.

San­dy Ste­ven­son oże­nił się z gru­bą ko­bie­tą z po­łu­dnia, z za­gra­ni­cy, któ­ra mia­ła pon­tia­ka i dwa ty­sią­ce do­la­rów na kon­cie. Była wdo­wą. Le­d­wie za­miesz­ka­ła z San­dym przy Dro­dze na Mo­cza­ry, kil­ka­na­ście lat wcze­śniej, za­czę­ły dziać się dziw­ne rze­czy. Tego dnia o zmierz­chu na­czy­nia same roz­bi­ja­ły się o pod­ło­gę. Gu­lasz wzle­ciał z pie­cy­ka i roz­bry­znął się po ścia­nach kuch­ni. San­dy zbu­dził się w nocy z wra­że­niem, jak­by bódł go ko­zioł, lecz kie­dy zaj­rzał pod łóż­ko, nie było tam ni­cze­go. Naj­lep­szą ko­szu­lę noc­ną jego mał­żon­ki coś ro­ze­rwa­ło na dwo­je i za­wią­za­ło na sznu­rze za­sło­ny okien­nej. Wie­czo­rem, gdy chcie­li spo­koj­nie usiąść i po­ga­wę­dzić, roz­le­gło się stu­ka­nie w ścia­nę, tak gło­śne, że nie sły­sze­li wła­snych my­śli. W koń­cu żona po­wie­dzia­ła San­dy’emu, że wie, kto to robi. Jej nie­ży­ją­cy mąż, wście­kły, że po­ślu­bi­ła in­ne­go. Po­zna­ła go po stu­ka­niu, bar­dzo cha­rak­te­ry­stycz­nym. Pró­bo­wa­li go lek­ce­wa­żyć, ale na nic się to zda­ło. Po­sta­no­wi­li wy­brać się na prze­jażdż­kę sa­mo­cho­dem, li­cząc, że to znie­chę­ci męża. Ale on wy­ru­szył ra­zem z nimi. Na da­chu. Tłukł się, wa­lił w dach pię­ścia­mi, ko­pał i trząsł au­tem tak moc­no, że San­dy nie mógł utrzy­mać go na dro­dze. Wresz­cie San­dy’emu pu­ści­ły ner­wy. Zje­chał na po­bo­cze i ka­zał żo­nie siąść za kie­row­ni­cą, za­mie­rza­jąc wró­cić do domu pie­szo albo au­to­sto­pem. Po­ra­dził jej, by uda­ła się w swo­je stro­ny i sta­ra­ła się o nim za­po­mnieć. Ko­bie­ta wy­buch­nę­ła pła­czem, ale też zgo­dzi­ła się, że to je­dy­ne wyj­ście.

– Chy­ba w to nie wie­rzysz? – spy­ta­ła po­god­nie mat­ka, tłu­ma­cząc, że to zbieg oko­licz­no­ści, wy­bu­ja­ła wy­obraź­nia i au­to­su­ge­stia.

Wu­jek Ben­ny rzu­cił jej groź­ne spoj­rze­nie peł­ne po­li­to­wa­nia.

– Idź i za­py­taj San­dy’ego Ste­ven­so­na. Wi­dzia­łem siń­ce. Wi­dzia­łem na wła­sne oczy.

– Ja­kie siń­ce?

– Tam, gdzie to coś go bo­dło.

– Dwa ty­sią­ce na kon­cie – rzekł w za­du­mie oj­ciec, by po­wstrzy­mać sprzecz­kę. – To się na­zy­wa ko­bie­ta! Po­wi­nie­neś roz­gląd­nąć się za taką, Ben­ny.

– I tak wła­śnie zro­bię – od­po­wie­dział wu­jek, po­dej­mu­jąc żar­to­bli­wie po­waż­ny ton ojca – gdy tyl­ko się na to zdo­bę­dę.

– Przy­da­ła­by ci się taka bab­ka.

– Wciąż so­bie to po­wta­rzam.

– Py­ta­nie: gru­ba czy chu­da? Gru­be na ogół świet­nie go­tu­ją, ale by­wa­ją ła­ko­me. No ale co dru­gi chu­der­lak też to robi, nig­dy nie wia­do­mo. Gdy­byś tra­fił na gru­bą, któ­ra się czę­ścio­wo żywi wła­snym tłusz­czem, to tro­chę za­osz­czę­dzisz. Sprawdź, czy ma zdro­we zęby, a je­śli już nie ma wła­snych, to musi mieć po­rząd­ną sztucz­ną szczę­kę. Naj­le­piej, żeby nie mia­ła też wy­rost­ka ani wo­recz­ka żół­cio­we­go.

– Mó­wi­cie, jak­by cho­dzi­ło o kup­no kro­wy – rze­kła mat­ka.

Ale tak na­praw­dę nie prze­ję­ła się tym; zda­rza­ły jej się nie­prze­wi­dy­wal­ne chwi­le po­bła­ża­nia – co póź­niej za­tra­ci­ła – gdy jej rysy zda­wa­ły się ła­god­nieć, a zwy­kłe ru­chy, jak pod­no­sze­nie ta­le­rzy, wpraw­dzie nadal mia­ły w so­bie wyż­szość, ale i swo­bo­dę. Wte­dy jesz­cze była peł­niej­sza i ład­niej­sza, niż sta­ła się po­tem.

– Tyl­ko nie daj się na­brać – cią­gnął z po­wa­gą oj­ciec. – Za­wsze może prze­cież skła­mać, że wo­re­czek i wy­ro­stek ma wy­cię­te, niech więc ci po­ka­że bli­zny.

Wu­jek Ben­ny czknął, po­czer­wie­niał, za­śmiał się ci­cho i zwie­sił gło­wę nad ta­le­rzem.

Któ­re­goś dnia sie­dzia­łam na gan­ku u wuj­ka Ben­ny’ego i czy­ta­łam.

– Umiesz pi­sać? – za­py­tał, opróż­nia­jąc bla­sza­ny czaj­ni­czek z her­ba­cia­nych fu­sów, któ­re ście­ka­ły po ba­lu­stra­dzie. – Od kie­dy cho­dzisz do szko­ły? W któ­rej je­steś kla­sie?

– Gdy zno­wu za­cznie się szko­ła, będę w czwar­tej.

– Wejdź do środ­ka.

Pod­pro­wa­dził mnie do sto­łu w kuch­ni, zdjął z nie­go że­laz­ko, któ­re na­pra­wiał, i ron­del z dziu­ra­wym dnem, na­stęp­nie przy­niósł świe­ży blok li­sto­wy, bu­tel­kę atra­men­tu i wiecz­ne pió­ro.

– Po­ćwicz so­bie tro­chę.

– Co mam pi­sać?

– Nie­waż­ne. Chcę tyl­ko zo­ba­czyć, jak ci idzie.

Na­pi­sa­łam jego peł­ne na­zwi­sko i ad­res: Ben­ja­min Tho­mas Po­ole, Dro­ga na Mo­cza­ry, Ju­bi­lee, Hrab­stwo Wa­wa­nash, On­ta­rio, Ka­na­da, Ame­ry­ka Pół­noc­na, pół­ku­la za­chod­nia, Zie­mia, układ sło­necz­ny, wszech­świat. Czy­ta­jąc mi przez ra­mię, wu­jek Ben­ny spy­tał:

– Jak to się ma do Nie­ba? Nie za­szłaś za da­le­ko. Czyż­by wszech­świat nie był jesz­cze oto­czo­ny Nie­bem?

– Wszech­świat ozna­cza wszyst­ko. Wię­cej nic nie ist­nie­je.

– No do­brze, sko­ro je­steś taka mą­dra, to co znaj­du­je się na jego koń­cu? Musi tam coś być, bo in­a­czej nie miał­by koń­ca. Musi ist­nieć ja­kiś kra­niec, praw­da?

– Nie ma – od­par­łam z wa­ha­niem.

– Owszem, jest. Nie­bo.

– A gdy się do­trze na skraj Nie­ba, to niby co tam bę­dzie?

– Nig­dy się tam nie do­trze, po­nie­waż tam jest Naj­wyż­szy! – od­rzekł trium­fal­nie wu­jek, przy­glą­da­jąc się mo­je­mu pi­smu, któ­re było drżą­ce i nie­pew­ne. – Każ­dy od­czy­ta to bez tru­du. Sia­daj. Na­pi­szesz dla mnie list.

Wu­jek Ben­ny umiał do­brze czy­tać, ale pi­sać nie po­tra­fił. Mó­wił, że w szko­le był nie­ustan­nie bity przez na­uczy­ciel­kę, któ­ra w ten spo­sób chcia­ła wtłuc mu do gło­wy tę umie­jęt­ność, i cho­ciaż ją za to sza­no­wał, jej usi­ło­wa­nia oka­za­ły się da­rem­ne. Gdy mu­siał do ko­goś na­pi­sać, zwy­kle pro­sił o to moją mat­kę albo ojca.

Po­chy­lił się nade mną, spraw­dza­jąc, co na­pi­sa­łam na gó­rze: „Dro­ga na Mo­cza­ry, Ju­bi­lee, 22 sierp­nia 1942 roku”.

– Świet­nie! Do­sko­na­le! Za­czy­naj: „Dro­ga Oso­bo”...

– Za­czy­na­jąc od „Dro­gi”, po­da­je się imię – po­wie­dzia­łam. – Chy­ba że list jest ofi­cjal­ny i wte­dy pi­sze się „Sza­now­ny Pa­nie” albo „Sza­now­na Pani”. Czy to ofi­cjal­ny list?

– I tak, i nie. No pisz: „Dro­ga Oso­bo”.

– Jak ma na imię? – chcia­łam do­ciec. – Mo­gła­bym prze­cież je na­pi­sać.

– Nie znam jej imie­nia – znie­cier­pli­wio­ny wu­jek przy­niósł ga­ze­tę, tę swo­ją, otwo­rzył na ostat­niej stro­nie, na ru­bry­ce ogło­szeń, któ­ra nig­dy mnie nie cie­ka­wi­ła, i po­de­tknął mi pod nos.

„Oso­ba z dziec­kiem po­pro­wa­dzi go­spo­dar­stwo panu w spo­koj­nym domu poza mia­stem. Bar­dzo lubi ży­cie na wsi. Ewen­tu­al­ne mał­żeń­stwo”.

– To ta oso­ba, do któ­rej pi­szę, więc po co miał­bym na­zy­wać ją in­a­czej?

Pod­da­łam się i zro­bi­łam tak, jak chciał, opa­tru­jąc na­głó­wek sta­ran­nym du­żym prze­cin­kiem. Za­czę­łam pi­sać list z od­stę­pem, tak jak nas uczo­no.

– Dro­ga Oso­bo – rzekł z bra­wu­rą wu­jek Ben­ny – pi­szę ten list...

... pi­szę ten list w od­po­wie­dzi na to, co za­mie­ści­łaś w ga­ze­cie, któ­rą do­sta­ję pocz­tą. Je­stem męż­czy­zną trzy­dzie­sto­sied­mio­let­nim i miesz­kam sa­mot­nie na wła­snych pięt­na­stu akrach na koń­cu Dro­gi na Mo­cza­ry. Mam po­rząd­ny dom o ka­mien­nych fun­da­men­tach. Stoi on tuż przy le­sie, tak że zimą nig­dy nie bra­ku­je drew­na na opał. Jest tu po­rząd­na stud­nia, głę­bo­ka na sześć­dzie­siąt stóp, i zbior­nik na wodę. W le­sie jest wię­cej ja­gód, niż da się zjeść, i są do­bre ryby w rze­ce i moż­na by było zro­bić do­bry ogród wa­rzyw­ny, jak­by się dało od­stra­szyć kró­li­ki. Mam lisa w koj­cu koło domu, a tak­że fret­kę i dwie nor­ki, i wo­kół za­wsze peł­no szo­pów, wie­wió­rek i prę­gow­ców. Two­je dziec­ko bę­dzie mile wi­dzia­ne. Nie pi­szesz, czy to dziew­czyn­ka, czy chło­pak. Jak chło­pak, to mógł­bym go wy­uczyć na do­bre­go tra­pe­ra i my­śli­we­go. Pra­cu­ję u czło­wie­ka, któ­ry cho­wa srebr­ne lisy na zie­mi obok. Jego żona jest wy­kształ­co­na, gdy­byś chcia­ła ją od­wie­dzać. Mam na­dzie­ję, że wkrót­ce mi od­pi­szesz.

Z po­wa­ża­niem

Ben­ja­min Tho­mas Po­ole

Po ty­go­dniu na­de­szła od­po­wiedź.

Sza­now­ny Pa­nie Po­ole,

pi­szę w imie­niu mo­jej sio­stry, Ma­de­le­ine Ho­wey, aby Pana po­wia­do­mić, że chęt­nie roz­pa­trzy ona Pań­ską ofer­tę i jest go­to­wa przy­je­chać, kie­dy to Panu od­po­wia­da, po pierw­szym wrze­śnia. Ja­kie są po­łą­cze­nia au­to­bu­so­we lub ko­le­jo­we z Ju­bi­lee? Gdy­by wo­lał Pan przy­je­chać do nas, u dołu stro­ny po­da­ję ad­res w peł­nym brzmie­niu. Tra­fi tu Pan bez tru­du. Dziec­ko sio­stry to nie chło­piec, tyl­ko pół­to­ra­rocz­na dziew­czyn­ka. Ma na imię Dia­ne. Nie­cier­pli­wie ocze­ku­jąc li­stu, po­zo­sta­ję z po­wa­ża­niem

Ma­son Ho­wey

uli­ca Chal­mer­sa 121, Kit­che­ner, On­ta­rio

– Hmm, wi­dzę tu pew­ne ry­zy­ko – stwier­dził oj­ciec, kie­dy wu­jek Ben­ny po­ka­zy­wał nam list przy ku­chen­nym sto­le. – Skąd pew­ność, że jej wła­śnie pra­gniesz?

– Obej­rzę ją so­bie, co mi szko­dzi?

– Wy­glą­da na to, że bra­ci­szek chęt­nie by się jej po­zbył.

– Weź ją do le­ka­rza, zba­daj – po­wie­dzia­ła sta­now­czym to­nem mat­ka.

Wu­jek od­parł, że zro­bi to na pew­no. Czym prę­dzej za­ła­twił, co na­le­ży. Ku­pił so­bie nowe ubra­nia i po­ży­czył sa­mo­chód. Wy­je­chał do Kit­che­ner wcze­snym ran­kiem, w ja­sno­zie­lo­nym gar­ni­tu­rze, bia­łej ko­szu­li, zie­lo­no-czer­wo­no-oran­żo­wym kra­wa­cie, ciem­no­zie­lo­nym pil­śnio­wym ka­pe­lu­szu i brą­zo­wo-bia­łych bu­tach. Przed­tem skró­cił wło­sy, przy­ciął wąsy i wziął ką­piel. Wy­glą­dał oso­bli­wie – bla­do i ża­ło­śnie.

– Gło­wa do góry, Ben­ny! – po­cie­szał go oj­ciec. – Nie je­dziesz na eg­ze­ku­cję. Jak coś ci się nie spodo­ba, raz-dwa wra­caj do domu.

Mat­ka i ja ru­szy­ły­śmy przez pola z mo­pem, mio­tłą, szu­fel­ką, my­dłem i prosz­kiem do szo­ro­wa­nia. Ale mat­ka nig­dy do­tąd nie była w kuch­ni wuj­ka i za­ła­ma­ła się na jej wi­dok. Za­czę­ła wy­rzu­cać rze­czy na ga­nek, po chwi­li jed­nak stwier­dzi­ła, że to bez­na­dziej­ne.

– Trze­ba by­ło­by wy­ko­pać dół, aby to po­mie­ścić – po­wie­dzia­ła i usia­dła na scho­dach, pod­pie­ra­jąc bro­dę ki­jem szczot­ki jak cza­row­ni­ca z ja­kiejś baj­ki. – Gdy­by to nie było za­baw­ne, za­pła­ka­ła­bym się tu­taj na śmierć – do­da­ła ze śmie­chem. – Wy­obraź so­bie, jak ona tu przy­je­dzie... Nie wy­trzy­ma ty­go­dnia. Wró­ci do Kit­che­ner choć­by na pie­cho­tę. Albo rzu­ci się do rze­ki.

Sta­ran­nie wy­szo­ro­wa­ły­śmy stół, dwa krze­sła i pod­ło­gę po­środ­ku kuch­ni. Prze­tar­ły­śmy ku­chen­kę pa­pie­ro­wy­mi to­reb­ka­mi po chle­bie i zmio­tły­śmy pa­ję­czy­ny z ża­rów­ki. Na­zbie­ra­łam na­wło­ci i wsta­wi­łam je do dzban­ka na środ­ku sto­łu.

– Okien nie my­je­my – oświad­czy­ła mat­ka. – Nie ma sen­su jesz­cze do­świe­tlać tego pan­de­mo­nium.

Gdy wró­ci­ły­śmy do domu, po­wie­dzia­ła:

– Z ca­łe­go ser­ca współ­czu­ję tej ko­bie­cie.

Po zmro­ku wu­jek Ben­ny po­ło­żył klu­cze na sto­le. Spoj­rzał na nas jak ktoś, kto po­wra­ca z dłu­giej po­dró­ży peł­nej tylu przy­gód, że nie spo­sób je opi­sać, ale mimo to na­le­ży pod­jąć taką pró­bę.

– I jak? Po­ra­dzi­łeś so­bie? – spy­tał oj­ciec za­chę­ca­ją­co. – Nie mia­łeś pro­ble­mów z au­tem?

– Nie, żad­nych. Raz tyl­ko po­błą­dzi­łem, ale zo­rien­to­wa­łem się dość szyb­ko.

– Sko­rzy­sta­łeś z mo­jej mapy?

– Nie. Zo­ba­czy­łem czło­wie­ka na trak­to­rze, za­py­ta­łem o dro­gę, no i ka­zał mi za­wró­cić.

– Czy­li tra­fi­łeś bez prze­szkód?

– Taaa, tra­fi­łem bez prze­szkód!

– My­śla­łam, że przy­pro­wa­dzisz pa­nią Ho­wey na her­ba­tę – wtrą­ci­ła mat­ka.

– Jest tro­chę zmę­czo­na po po­dró­ży, a poza tym musi uło­żyć dziec­ko do snu.

– Dziec­ko! – rze­kła mat­ka ze skru­chą. – Zu­peł­nie o nim za­po­mnia­łam! Gdzie bę­dzie spa­ło?

– Coś wy­my­śli­my. Chy­ba gdzieś mam ko­ły­skę, tyl­ko trze­ba ją bę­dzie zre­pe­ro­wać. – Zdjął ka­pe­lusz, od­sła­nia­jąc czer­wo­ne wgnie­ce­nie na za­la­nym po­tem czo­le, i oznaj­mił: – Wiedz­cie, że nie ma już pani Ho­wey. Od­tąd na­zy­wa się Po­ole.

– No, Ben­ny, gra­tu­la­cje. Wszyst­kie­go do­bre­go! Zde­cy­do­wa­łeś się od razu, kie­dy ją zo­ba­czy­łeś, tak?

Wu­jek Ben­ny za­śmiał się ner­wo­wo.

– Ze­bra­li się tam wszy­scy. Przy­spo­so­bie­ni na ślub. Przy­go­to­wa­li się, jesz­cze za­nim przy­je­cha­łem. Za­mó­wi­li księ­dza, ku­pi­li ob­rącz­ki i mi­giem za­ła­twi­li u ja­kie­goś go­ścia po­zwo­le­nie. Od razu wy­czu­łem, że są przy­go­to­wa­ni. Na ślub. Nie za­po­mnie­li o ni­czym.

– Więc je­steś żo­na­ty, Ben­ny.

– Mhm, nie in­a­czej.

– No to te­raz bę­dziesz mu­siał przed­sta­wić nas pan­nie mło­dej – po­wie­dzia­ła dziel­nie mat­ka.

Fra­za „pan­nie mło­dej” za­brzmia­ła w jej ustach tak cu­dow­nie, że na­tych­miast wy­obra­zi­łam so­bie dłu­gi bia­ły we­lon, kwia­ty i uro­czy­stość – rze­czy nie do po­my­śle­nia w na­szych stro­nach. Wu­jek od­parł, że to zro­bi. Że zro­bi na pew­no. Że zro­bi to na sto pro­cent, kie­dy tyl­ko żona ogar­nie się po po­dró­ży.

Ale nie zro­bił. Ma­de­le­ine nie po­ja­wia­ła się u nas. Mat­ka są­dzi­ła, że wu­jek bę­dzie te­raz ja­dać ko­la­cje w swo­im domu, lecz on jak zwy­kle przy­cho­dził do na­szej kuch­ni. Na py­ta­nia mat­ki: „Co u żony?”, „Jak tam so­bie ra­dzi?”, „Zna ten typ ku­chen­ki?”, od­po­wia­dał twier­dzą­co, ale ja­koś męt­nie, chi­cho­cząc i krę­cąc gło­wą.

– Chcia­ła­byś coś zo­ba­czyć? – za­py­tał mnie któ­re­goś dnia pod wie­czór, skoń­czyw­szy pra­cę.

– Co ta­kie­go?

– Przyjdź, to się prze­ko­nasz.

Owen i ja po­szli­śmy za wuj­kiem przez pola. Na skra­ju ogro­du od­wró­cił się i za­trzy­mał nas.

– Owen chce zo­ba­czyć fret­kę – po­wie­dzia­łam.

– Na­stęp­nym ra­zem – od­parł wu­jek. – Zo­stań­cie tu­taj – przy­ka­zał, ru­sza­jąc w stro­nę domu.

Po chwi­li wy­ło­nił się z nie­go, z ma­lut­ką dziew­czyn­ką na ręku. Ogar­nę­ło mnie roz­cza­ro­wa­nie – to ją chciał mi po­ka­zać. Po­sa­dził małą na zie­mi. Prze­chy­li­ła się, za­ko­ły­sa­ła i pod­nio­sła wro­nie pió­ro.

– Po­wiedz, jak masz na imię – rzekł z per­swa­zją wu­jek. – Jak masz na imię? Di-ane? Przed­staw się dzie­ciom.

Mil­cza­ła.

– Jak chce, umie ład­nie mó­wić. Umie po­wie­dzieć „mama”, „Ben­ny”, „Dia­ne” i „pi­ciu”. Praw­da? Pi­ciu?

Na ga­nek wy­szła dziew­czy­na w czer­wo­nej kurt­ce.

– Chodź tu!

Czy zwra­ca­ła się do Dia­ne, czy do wuj­ka Ben­ny’ego? Jej głos za­brzmiał groź­nie. Bio­rąc dziec­ko na ręce, wu­jek szep­nął do nas:

– Bie­gnij­cie do sie­bie. Fret­kę mo­że­cie przyjść obej­rzeć kie­dy in­dziej.

I skie­ro­wał się do domu.

Po­tem wi­dzie­li­śmy dziew­czy­nę, też w tej czer­wo­nej kurt­ce, z da­le­ka, jak zmie­rza do skle­pu Buc­kle’ów. Szła z rę­ka­mi w kie­sze­niach, z od­chy­lo­ną gło­wą, kro­kiem ostrym jak no­życz­ki. Wresz­cie mat­ka po­zna­ła ją – w tym też skle­pie. Ogrom­nie jej na tym za­le­ża­ło. Spo­strze­gła przed drzwia­mi wuj­ka z Dia­ne w ra­mio­nach i za­py­ta­ła go, co tam robi.

– Cze­ka­my so­bie na ma­mu­się – od­po­wie­dział.

Więc mat­ka we­szła do środ­ka i sta­nę­ła przy la­dzie za dziew­czy­ną, kie­dy Char­lie Buc­kle wy­pi­sy­wał jej kwit.

– Pani Po­ole, nie mylę się, praw­da? – za­gad­nę­ła ją mat­ka i przed­sta­wi­ła się.

Dziew­czy­na nie ode­zwa­ła się sło­wem. Wi­dzia­ła ją do­sko­na­le i sły­sza­ła, co mówi, ale nie od­po­wie­dzia­ła. Char­lie Buc­kle spoj­rzał na mat­kę.

– Na pew­no jest pani za­ję­ta; trze­ba się prze­cież za­do­mo­wić. Pro­szę nas od­wie­dzać, kie­dy tyl­ko pani ze­chce.

– Dro­gą żwi­ro­wą cho­dzę tyl­ko wte­dy, kie­dy już na­praw­dę mu­szę.

– Moż­na przejść po­la­mi – od­rze­kła mat­ka, byle mieć ostat­nie sło­wo przed odej­ściem.

– To jesz­cze dziec­ko – po­in­for­mo­wa­ła ojca. – Po­dej­rze­wam, że ma sie­dem­na­ście lat, nie wię­cej. Nosi oku­la­ry. Jest bar­dzo szczu­pła. Nie jest głu­pia. Nie dla­te­go chcie­li się jej po­zbyć. Ale jest psy­chicz­nie cho­ra lub na gra­ni­cy obłę­du. Bied­ny Ben­ny. Nie­mniej tra­fi­ła ide­al­nie. Jak ulał wpa­su­je się w Dro­gę na Mo­cza­ry!

O dziew­czy­nie za­czę­ło się ro­bić gło­śno. Raz za­pę­dzi­ła Ire­ne Pol­lox do jej wła­sne­go ogro­du, póź­niej po scho­dach do domu, po­wa­li­ła ją na ko­la­na i chwy­ci­ła obu­rącz za te dzie­cin­ne bia­łe wło­sy. Tak mó­wi­li lu­dzie.

– Nie chodź tam – ostrze­gła mat­ka. – Od­ża­łuj so­bie tę fret­kę. Nie chcę, żeby ko­muś coś się sta­ło.

Ale i tak po­szłam. Nie za­bra­łam Owe­na, boby się wy­ga­dał. Stwier­dzi­łam, że za­stu­kam do drzwi i bar­dzo grzecz­nie spy­tam, czy mogę po­czy­tać ga­ze­ty na gan­ku. Nim jed­nak do­tar­łam do scho­dów, drzwi otwo­rzy­ły się i wy­szła Ma­de­le­ine z uchwy­tem do po­kry­wy ku­chen­ki. Być może usły­sza­ła mnie, pod­no­sząc po­kry­wę, i nie wzię­ła go ce­lo­wo, jed­nak wy­glą­da­ła z nim w ręku jak z orę­żem. Mia­ła twarz po­dob­ną do Dia­ne, szczu­płą, bla­dą. Nie od razu na mnie po­pa­trzy­ła. Nie od razu też wpa­dła w gniew. Mu­sia­ła go so­bie przy­po­mnieć, po­now­nie ze­brać siły. Już z jej pierw­sze­go spoj­rze­nia wy­czy­ta­łam, że nie mogę li­czyć na nic poza fu­rią. Naj­wi­docz­niej mia­ła w re­per­tu­arze tyl­ko złość i mil­cze­nie. Ru­szy­ła po scho­dach w moją stro­nę, wy­krzy­ku­jąc:

– Cze­mu przy­cho­dzisz mnie szpie­go­wać? Cze­go szu­kasz w moim domu? Le­piej się stąd wy­noś!

Za­fa­scy­no­wa­na, cof­nę­łam się przed nią, tak na wszel­ki wy­pa­dek, bez po­śpie­chu.

– Gno­jek z cie­bie! Mały szpie­gu­ją­cy gno­jek! Wstręt­ny gno­jek i szpieg, wiesz?

Mia­ła krót­kie, roz­czo­chra­ne wło­sy, a pła­ski pro­fil jej mło­de­go cia­ła okry­wa­ła ob­dar­ta wzo­rzy­sta su­kien­ka. Jej gniew spra­wiał wra­że­nie prze­my­śla­ne­go, wy­re­ży­se­ro­wa­ne­go jak w te­atrze. Chęt­nie zo­sta­ła­bym dłu­żej, żeby po­na­pa­wać się tym wi­do­wi­skiem, ale też – gdy unio­sła uchwyt nad gło­wę – było ja­sne jak słoń­ce, że je­śli ze­chce, roz­bi­je mi nim czasz­kę, to zna­czy: je­śli uzna, że wy­ma­ga tego sce­na. Pil­nu­je się, po­my­śla­łam, i w każ­dej chwi­li może prze­stać, zo­bo­jęt­nieć albo za­cząć cheł­pić się jak dziec­ko: „Ale cię na­stra­szy­łam! Nie wie­dzia­łaś, że to wy­głu­py, praw­da?”.

Ża­ło­wa­łam, że nie mogę opo­wie­dzieć o tym zaj­ściu w domu. Miesz­kań­cy Dro­gi na Mo­cza­ry mó­wi­li o Ma­de­le­ine nie­ustan­nie. Raz coś roz­draż­ni­ło ją w skle­pie i rzu­ci­ła w Char­lie’ego Buc­kle’a pu­deł­kiem tam­po­nów. („Całe szczę­ście, że aku­rat nie trzy­ma­ła pusz­ki sy­ro­pu ku­ku­ry­dzia­ne­go!”.) Wu­jek Ben­ny żył pod nie­ustan­nym gra­dem wy­zwisk i to bar­dzo do­no­śnych. „Wzią­łeś so­bie Ta­tar­kę, praw­da, Ben­ny?” – py­ta­li go lu­dzie, a on śmiał się ci­cho i przy­ta­ki­wał, zmie­sza­ny, tak jak­by od­bie­rał gra­tu­la­cje. Po pew­nym cza­sie sam za­czął opo­wia­dać aneg­do­ty. Żona wy­rzu­ci­ła przez okno czaj­nik, bo nie było w nim wody. Po­cię­ła no­życz­ka­mi jego zie­lo­ny gar­ni­tur, któ­ry wło­żył tyl­ko raz, z oka­zji ślu­bu. Nie wie­dział, co jej w nim prze­szka­dza. Gro­zi­ła, że pod­pa­li dom, bo ku­pił jej pa­pie­ro­sy złej mar­ki.

– My­ślisz, że pije, Ben­ny?

– Nie. Nig­dy nie przy­no­szę do domu al­ko­ho­lu. Sama so­bie prze­cież nie kupi, a na­wet gdy­by, to i tak bym od niej wy­czuł.

– Zbli­żasz się do niej na tyle, by wy­czuć co­kol­wiek, Ben­ny?

Wu­jek zwie­szał gło­wę, chi­cho­cząc.

– Pod­cho­dzisz do niej aż tak bli­sko? Na pew­no rzu­ca się jak ty­gry­si­ca. Mu­sisz ją kie­dyś zwią­zać, jak bę­dzie spa­ła.

Gdy wu­jek Ben­ny przy­cho­dził do nas, aby opo­rzą­dzać lisy, za­bie­rał ze sobą Dia­ne. On i oj­ciec pra­co­wa­li w piw­ni­cy. Zdej­mo­wa­li skó­ry z mar­twych zwie­rząt, wy­wra­ca­li je na dru­gą stro­nę i roz­cią­ga­li na dłu­gich de­skach, żeby schły. Dia­ne cho­dzi­ła w tę i z po­wro­tem po scho­dach do piw­ni­cy albo sia­da­ła na ich szczy­cie i ob­ser­wo­wa­ła pra­cę. Nie od­zy­wa­ła się do ni­ko­go poza wuj­kiem Ben­nym. Po­dejrz­li­wa wo­bec za­ba­wek, cia­ste­czek, mle­ka i w ogó­le wszyst­kie­go, co jej da­wa­li­śmy, nig­dy nie ma­ru­dzi­ła ani nie pła­ka­ła. Do­ty­ko­wi lub piesz­czo­tom pod­da­wa­ła się ostroż­nie, le­ciut­ko drżąc z prze­stra­chu, a ser­ce jej biło jak ser­dusz­ko pta­ka, kie­dy trzy­ma się go w dło­ni. Ale kła­dła się wuj­ko­wi na ko­la­nach albo za­sy­pia­ła wtu­lo­na w jego ra­mię, wiot­ka jak spa­ghet­ti. Wu­jek za­sła­niał ręką siń­ce na jej nóż­kach.

– Wiecz­nie gdzieś wła­zi, to i się obi­ja. Mam tyle rze­czy, że co rusz na coś tra­fia, no a jak się wspi­na, to musi spaść, wia­do­mo.

Wcze­sną wio­sną, nim jesz­cze stop­nia­ły śnie­gi, wu­jek Ben­ny oznaj­mił nam, że Ma­de­le­ine ode­szła. Gdy wró­cił do domu po­przed­nie­go dnia pod wie­czór, nie za­stał jej. Stwier­dziw­szy, że może jest w Ju­bi­lee, cze­kał, aż się po­ja­wi. I wte­dy za­uwa­żył, że znik­nę­ło kil­ka sprzę­tów – sto­ło­wa lam­pa, w któ­rej wła­śnie chciał wy­mie­nić ka­bel, ład­ny dy­wa­nik, tro­chę na­czyń, nie­bie­ski dzba­nek do her­ba­ty, któ­ry na­le­żał do jego mat­ki, i dwa skła­da­ne krze­sła w ide­al­nym sta­nie. Rzecz ja­sna za­bra­ła też Dia­ne.

– Pew­no po­je­cha­ła cię­ża­rów­ką, nie zmie­ści­ła­by tego wszyst­kie­go w sa­mo­cho­dzie.

Wte­dy mo­jej mat­ce przy­po­mnia­ło się, że mi­nio­ne­go dnia oko­ło trze­ciej po po­łu­dniu wi­dzia­ła fur­go­net­kę, chy­ba sza­rą, któ­ra zmie­rza­ła w stro­nę mia­stecz­ka. Nie za­cie­ka­wi­ło jej to jed­nak, to­też nie spo­strze­gła, kto w niej sie­dział.

– Sza­ra fur­go­net­ka! Idę o za­kład, że to ona! Mo­gła upa­ko­wać rze­czy z tyłu. Za­uwa­ży­łaś plan­de­kę?

Nie za­uwa­ży­ła.

– Mu­szę ją go­nić – rzekł wu­jek z pod­nie­ce­niem. – Nie może tak so­bie od­je­chać z rze­cza­mi, któ­re nie na­le­żą do niej. Wciąż po­wta­rza­ła: „Wy­wal stąd te gra­ty, wy­rzuć te ru­pie­cie!”. Tym­cza­sem te niby ru­pie­cie przy­pa­dły jej do gu­stu! Tyl­ko skąd mam wie­dzieć, do­kąd po­je­cha­ła? Naj­le­piej skon­tak­tu­ję się z jej bra­tem.

Po siód­mej, kie­dy po­łą­cze­nia były tań­sze, oj­ciec za­mó­wił roz­mo­wę mię­dzy­mia­sto­wą – od nas, bo wu­jek nie miał te­le­fo­nu – z bra­tem Ma­de­le­ine. Na­stęp­nie po­pro­sił do apa­ra­tu wuj­ka, któ­ry bez za­sta­no­wie­nia wrza­snął:

– U was jest?! Od­je­cha­ła fur­go­net­ką. Ucie­kła sza­rą fur­go­net­ką. Po­ka­za­ła się u was?

Po dru­giej stro­nie słu­chaw­ki naj­wy­raź­niej na­stą­pi­ła kon­ster­na­cja. Wrzask wuj­ka był chy­ba zbyt gło­śny. Oj­ciec prze­jął więc spra­wy w swo­je ręce i cier­pli­wie wy­ja­śnił, o co cho­dzi. Oka­za­ło się, że Ma­de­le­ine nie po­je­cha­ła do Kit­che­ner. Jej bra­ta nie­zbyt ob­cho­dzi­ło, do­kąd się uda­ła. Bez sło­wa po­że­gna­nia odło­żył słu­chaw­kę.

Oj­ciec za­czął prze­ko­ny­wać wuj­ka Ben­ny’ego, że może to i do­brze, że w koń­cu po­zbył się Ma­de­le­ine. Zwró­cił mu uwa­gę na fakt, iż nie była zbyt do­brą go­spo­dy­nią i że mimo wszyst­ko nie wpro­wa­dzi­ła w jego ży­cie wy­go­dy, ani też spo­ko­ju. Zro­bił to dy­plo­ma­tycz­nie, pa­mię­ta­jąc, że mówi o żo­nie. Nie wspo­mniał o jej bra­ku uro­dy ani o nie­chluj­nym stro­ju. Co zaś się ty­czy sprzę­tów, któ­re za­bra­ła – ukra­dła, jak po­pra­wił wu­jek – to oczy­wi­ście po­stą­pi­ła źle i ha­nieb­nie (oj­ciec miał dość wraż­li­wo­ści, by nie do­dać, że nie były wie­le war­te), lecz może jest to cena za po­zby­cie się jej i kie­dyś pew­nie wu­jek uzna, że mu się po­szczę­ści­ło.

– To nie tak... – ode­zwa­ła się na­gle mat­ka. – Tu cho­dzi o małą. O Dia­ne.

Wu­jek Ben­ny za­śmiał się ża­ło­śnie.

– Bije ją, praw­da? – za­wo­ła­ła mat­ka gło­sem peł­nym współ­czu­cia i trwo­gi. – To ja­sne. Stąd te siń­ce na nóż­kach...

Wu­jek Ben­ny roz­chi­cho­tał się tak, jak­by do­stał czkaw­ki.

– Yyy... No... Tak, ona...

– Dla­cze­go nic nam nie mó­wi­łeś, kie­dy jesz­cze tu była? Dla­cze­go nic nie po­wie­dzia­łeś ze­szłej zimy? Cze­mu sama się nie do­my­śli­łam? Gdy­bym zna­ła praw­dę, mo­gła­bym ją zgło­sić...

Wu­jek uniósł gło­wę, za­sko­czo­ny.

– Zgło­sić po­li­cji! Mo­gli­śmy wnieść po­zew prze­ciw­ko niej. Mo­gli­śmy za­ła­twić ode­bra­nie jej dziec­ka. A te­raz trze­ba na­słać na nią po­li­cję. Znaj­dą ją. Na pew­no.

Za­pew­nie­nie to naj­wy­raź­niej nie ura­do­wa­ło, ani też nie po­cie­szy­ło wuj­ka Ben­ny’ego.

– Skąd będą wie­dzie­li, gdzie jej szu­kać? – za­py­tał prze­bie­gle.

– Po­li­cja okrę­go­wa ma swo­je spo­so­by. Mogą dzia­łać w okrę­gu, a je­śli to ko­niecz­ne, na­wet w ca­łym kra­ju. Z pew­no­ścią ją znaj­dą.

– Za­raz, za­raz – rzekł oj­ciec. – Skąd pew­ność, że zaj­mą się tym tak chęt­nie? W ten spo­sób szu­ka się tyl­ko prze­stęp­ców.

– A czy ko­bie­ta, któ­ra bije dziec­ko, nie jest prze­stęp­czy­nią?

– Trze­ba mieć ar­gu­men­ty. No i świad­ków. Aby rzecz ujaw­nić, trze­ba mieć ja­kiś do­wód.

– Świad­kiem jest Ben­ny – od­par­ła mat­ka. – Po­wie­dział­by, jak było. Ze­zna­wał­by prze­ciw­ko niej.

Od­wró­ci­ła się do wuj­ka, któ­ry znów do­stał na­pa­du czkaw­ki i spy­tał tępo:

– No to co mam ro­bić?

– Zo­staw­my to na ra­zie – od­po­wie­dział oj­ciec. – Po­cze­ka­my, zo­ba­czy­my.

Mat­ka pod­nio­sła się z krze­sła z ob­ra­żo­ną i zdu­mio­ną miną. Mu­sia­ła coś do­po­wie­dzieć, ale nie od­kry­ła Ame­ry­ki:

– Nie wi­dzę po­wo­du, żeby zwle­kać. Dla mnie jest to ja­sne jak słoń­ce.

Ale to, co dla niej było oczy­wi­ste, dla wuj­ka było za­gma­twa­ne – i na­pa­wa­ło go prze­ra­że­niem. Nie wia­do­mo, czy oba­wiał się po­li­cji, lu­dzi, roz­gło­su, czy też plo­tek, a może nie­zna­nych miejsc, do któ­rych mu­siał­by się udać ze wzglę­du na sy­tu­ację. Tak czy in­a­czej za­ła­mał się i nie chciał już roz­ma­wiać o Ma­de­le­ine ani Dia­ne.

Co po­cząć? Mat­ka roz­wa­ża­ła pod­ję­cie dzia­łań na wła­sną rękę, lecz oj­ciec upo­mniał ją:

– Mie­sza­jąc się do cu­dzych spraw ro­dzin­nych, bądź pew­na, że na­ro­bisz so­bie kło­po­tu.

– Nie­mniej wiem, że mam słusz­ność.

– Za­pew­ne, ale to nie zna­czy, że mo­gła­byś tu coś za­ra­dzić.

O tej po­rze roku szcze­nią się sa­mi­ce li­sów. Gdy­by któ­ryś z sa­mo­lo­tów szko­le­nio­wych z jed­nost­ki woj­sko­wej nad je­zio­rem prze­le­ciał za ni­sko, gdy­by do za­gród zbli­żył się ktoś obcy, gdy­by zda­rzy­ło się coś nie­po­ko­ją­ce­go, za­kłó­ca­ją­ce­go spo­kój – li­si­ce mo­gły­by po­za­gry­zać małe. Nikt nie wie­dział, czy ro­bią to z roz­draż­nie­nia, czy też – wie­dzio­ne mat­czy­ną tro­ską – w lęku i za­ra­zem gnie­wie sta­ra­ją się tak oca­lić śle­pe jesz­cze szcze­nię­ta przed za­gro­że­niem, któ­re, co może pod­po­wia­dał im in­stynkt, same spo­wo­do­wa­ły. Nie były udo­mo­wio­ne. Żyły w nie­wo­li za­le­d­wie od paru po­ko­leń.

By jesz­cze bar­dziej znie­chę­cić mat­kę do jej za­mie­rzeń, oj­ciec za­su­ge­ro­wał, że Ma­de­le­ine mo­gła udać się do Sta­nów, gdzie nikt by jej nie zna­lazł. Osta­tecz­nie wy­jeż­dża­ła tam masa pod­łych i obłą­ka­nych oraz nie­spo­koj­nych i am­bit­nych lu­dzi.

Lecz Ma­de­le­ine nie tam ucie­kła. Ode­zwa­ła się póź­ną wio­sną. „Mia­ła czel­ność na­pi­sać”, po­wie­dział wu­jek Ben­ny i po­ka­zał nam jej list. Bez­ce­re­mo­nial­nie oświad­cza­ła: „Zo­sta­wi­łam u cie­bie żół­ty swe­ter i zie­lo­ną pa­ra­sol­kę i koc dia­ny przy­ślij mi je. Ri­dleya 1249, To­ron­to, Ont.”.

Wu­jek Ben­ny już wcze­śniej pod­jął de­cy­zję, że tam po­je­dzie. Po­pro­sił o po­ży­cze­nie sa­mo­cho­du. Do­tąd nig­dy nie był w To­ron­to. Oj­ciec roz­ło­żył na ku­chen­nym sto­le mapę dro­go­wą i po­ka­zał mu, jak do­trzeć na miej­sce, do­da­jąc jed­nak, że nie jest pe­wien, czy to naj­lep­szy po­mysł. Wu­jek od­parł, że chce przy­wieźć Dia­ne z po­wro­tem. Ro­dzi­ce zwró­ci­li mu uwa­gę, że to bez­pra­wie, i od­ra­dza­li wy­jazd. Ale wu­jek – śmier­tel­nie prze­ra­żo­ny, że bę­dzie mu­siał za­ła­twiać rzecz są­dow­nie i ofi­cjal­nie – ani tro­chę nie oba­wiał się przed­się­wzię­cia, któ­re mo­gło oka­zać się naj­zwy­klej­szym po­rwa­niem. Do­pie­ro te­raz po­wie­dział, co wy­pra­wia­ła Ma­de­le­ine. Przy­wią­zy­wa­ła nóż­ki Dia­ne do prę­tów ko­ły­ski skó­rza­ny­mi pa­sa­mi. Tłu­kła ją gon­tem. I pew­nie, gdy wy­cho­dził z domu, ro­bi­ła jesz­cze gor­sze rze­czy. We­dług nie­go dziec­ko mia­ło na ple­cach śla­dy po ude­rze­niach po­grze­ba­czem. Kie­dy opo­wia­dał o tych okrop­no­ściach, ogar­nął go ten dziw­ny skru­szo­ny pół­śmiech, aż mu­siał po­trzą­snąć gło­wą i prze­łknąć śli­nę.

Nie