Wydawca: Egmont Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 155 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziewczę z sadu. Seria romantyczna - Lucy Maud Montgomery

Eric Marshall, świeżo upieczony absolwent college’u przyjeżdża na Wyspę Księcia Edwarda, by w zastępstwie chorego przyjaciela poprowadzić szkółkę w Charlottetown. Poznaje tam piękną i tajemniczą Kilmeny – niemą dziewczynę obdarzoną słuchem absolutnym, która komunikuje się ze światem poprzez grę na skrzypcach. Eric się w niej zakochuje. Musi jednak zawalczyć o swoją miłość. Czy uda mu się zdobyć serce Kilmeny?

Dziewczę z sadu to opowiedziana z punktu widzenia młodego mężczyzny historia prawdziwej i głębokiej miłości, która okazuje się mieć uzdrawiającą moc.

Opinie o ebooku Dziewczę z sadu. Seria romantyczna - Lucy Maud Montgomery

Fragment ebooka Dziewczę z sadu. Seria romantyczna - Lucy Maud Montgomery

Tytuł oryginału: Kilmeny of the Orchard

© Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o.

Warszawa 2014

Tłumaczenie: Magdalena Koziej

Redakcja: Anna Kubalska

Korekta: Magdalena Adamska, Jolanta Gomółka, Joanna Egert

Projekt graficzny serii i okładki: Agnieszka Kucharz-Gulis

Zdjęcia na okładce: © Irene Lamprakou / Arcangel Images

Koordynacja produkcji: Jolanta Powierża

Wydawca prowadzący: Natalia Sikora

Przygotowanie pliku e-booka: 88em

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Wydanie pierwsze, Warszawa 2014

Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o.

ul. Dzielna 60, 01-029 Warszawa

tel. 22 838 41 00

www.egmont.pl/ksiazki

ISBN 978-83-281-0175-3

Skład i łamanie: KATKA, Warszawa

Mojej kuzynce,

Beatrice A. McIntyre

Kilmeny piękna, dzieweczko miła,

Gdzieżeś ty była, kędyś chodziła?

Czy się schroniłaś w zielonym gaju?

Może chłodziłaś stopy w ruczaju?

Róż białych trzymasz naręcze całe

Kilmeny piękna, gdzieś je zerwała?

[…]

Nie wie, co odrzec, i słowa waży.

Nie ma uśmiechu na pięknej twarzy.

The Queen’s Wake

JAMES HOGG

1MŁODZIEŃCZE PLANY

PROMIENIE WIOSENNEGO SŁOŃCA, złociste jak miód i tak samo rozkoszne, padały na ceglane budynki Uniwersytetu Queenslea i otaczający je teren. Przedzierały się przez nagie gałęzie pączkujących klonów i wiązów, rysując na ścieżkach niewyraźne graficzne wzory. Pieszczotliwie budziły rosnące pod oknami studenckiej szatni żonkile, które wychylały się zuchwale z zielonych pąków.

Kwietniowy wietrzyk, świeży i słodki, jakby przynoszący falę wspomnień, a nie uliczny pył, mruczał w koronach drzew i szarpał luźne pędy bluszczu porastające frontową ścianę głównego budynku. Ten wiatr śpiewał o wielu rzeczach, lecz każdy słyszał tylko to, co mu w duszy grało. Studentom, którzy właśnie włożyli birety i otrzymali dyplomy od Starego Charliego, szacownego rektora Queenslea, w obecności zachwyconych krewnych, ukochanych i przyjaciół, bajał pewnie o przyszłych sukcesach. Wyśpiewywał młodzieńcze marzenia, które może nigdy się nie spełnią, ale i tak warto je mieć. Biada temu, kto nie snuł takich marzeń, a po opuszczeniu uczelni nie czuł się królem życia i właścicielem zamorskich posiadłości. Taki człowiek nie skorzystał ze swoich przyrodzonych przywilejów.

Tłum wylał się z holu i rozproszył po kampusie, by znikać potem stopniowo w odchodzących od niego uliczkach. Eric Marshall i David Baker wyszli razem. Pierwszy z nich właśnie otrzymał dyplom nauk humanistycznych, z najlepszą lokatą na wydziale, drugi przyszedł, by wziąć udział w ceremonii, i rozpierała go duma z powodu sukcesu absolwenta.

Młodych ludzi łączyła długa, wypróbowana przyjaźń, chociaż David był dziesięć lat starszy od Erica, zgodnie z rachubą lat, a o sto bogatszy w doświadczenia. Poznał trudy życia, które postarzają człowieka szybciej niż upływ czasu.

Byli kuzynami, ale bardzo różnili się wyglądem. Wysoki, barczysty Eric Marshall szedł lekkim, sprężystym krokiem, zdradzającym drzemiącą w nim siłę. Na jego widok mniej fortunni śmiertelnicy zastanawiali się, jakim prawem wszystkie dary losu przypadły jednemu osobnikowi. Był nie tylko mądry i przystojny, ale również obdarzony nieokreślonym wdziękiem, niezależnym od powierzchowności i zalet umysłu. Miał spokojne, szaroniebieskie oczy, ciemnokasztanowe włosy o złotym połysku oraz wyraźnie zarysowany podbródek. Pochodził z zamożnej rodziny, pożegnał już lata młodzieńcze, a teraz otwierała się przed nim wspaniała przyszłość. Uważano go za rozsądnego człowieka, nieulegającego romantycznym mrzonkom.

„Obawiam się, że Eric Marshall nie ma donkiszotowskich zapędów – zauważył profesor z Queenslea, który często wygłaszał tajemnicze komentarze. – Jeśli kiedyś to zmieni, będzie bez zarzutu”.

David Baker był z kolei niskim, krępym mężczyzną o brzydkiej, lecz ujmującej twarzy. Jego brązowe oczy patrzyły przenikliwie, a usta układały się w zabawny grymas. David potrafił nim wyrazić ironię, ale także oczarowywać. Głos miał cichy i melodyjny, choć ten, kto słyszał, jak David unosi się słusznym gniewem, nie chciałby ponownie tego przeżyć.

Był laryngologiem i zaczynał już zdobywać sławę w całym kraju. Pracował na Wydziale Medycznym Uniwersytetu Queenslea, lecz krążyły słuchy, że wkrótce otrzyma dobrą posadę na Uniwersytecie McGilla.

Doszedł do sukcesu trudną, wyboistą drogą, która zniechęciłaby większość ludzi. W roku narodzin Erica David Baker był gońcem w wielkim domu towarowym Marshall & Spółka. Trzynaście lat później skończył z wyróżnieniem Wydział Medyczny Uniwersytetu Queenslea. Pan Marshall pomagał mu na tyle, na ile dumny podopieczny chciał przystać, a teraz nalegał, by młody człowiek kontynuował studia w Londynie i Niemczech. David Baker spłacił co do centa sumę, którą pan Marshall wydał na jego kształcenie, ale nigdy nie przestał okazywać wdzięczności temu szczodremu człowiekowi i kochał jego syna jak rodzonego brata.

Z czujnym zainteresowaniem śledził bieg studiów Erica i pragnął, aby ten po licencjacie podjął studia na wydziale medycyny lub prawa. Był wielce zawiedziony, że Eric postanowił zająć się prowadzeniem interesów wraz z ojcem.

– Zaprzepaścisz swoje zdolności – zrzędził, kiedy wracali z uniwersytetu do domu. – W prawie byś się wybił, zdobył sławę. Jesteś taki wygadany, doskonale nadajesz się na prawnika. Marnowanie talentu w handlu to działanie wbrew Opatrzności, na przekór przeznaczeniu. Człowieku, gdzie twoja ambicja?

– Na właściwym miejscu – odparł wesoło Eric, jak zawsze skory do śmiechu. – W naszym młodym kraju trzeba działać na różnych polach. Owszem, zamierzam zająć się prowadzeniem interesów. A ojciec zawsze żywił nadzieję, że tak się stanie, więc byłby niepocieszony, gdybym się wycofał. Życzył sobie, bym zrobił licencjat z nauk humanistycznych, ponieważ sądzi, że każdy powinien mieć wszechstronne wykształcenie, ale teraz, kiedy tak się stało, chce mieć mnie u swego boku w firmie.

– Nie oponowałby, gdyby się dowiedział, że chcesz zająć się czymś innym.

– On nie. Ale to ja wcale tego nie chcę; i tu jest pies pogrzebany, Davidzie. Nie znosisz wszystkiego, co wiąże się z handlem, więc nie mieści ci się w głowie, że ktoś inny może to lubić. Na świecie jest wielu prawników, może nawet zbyt wielu, ale zawsze brakuje uczciwych ludzi interesu, którzy mają czyste intencje, robią coś dla wspólnego dobra i rozwoju swojego kraju, planują wielkie przedsięwzięcia, a następnie mądrze i odważnie je realizują, zarządzają nimi i je kontrolują, mierzą wysoko i osiągają swoje cele. No, ale widzę, że się rozgadałem, więc na tym poprzestanę. Co zaś do ambicji, mam jej aż nadto! Bucha ze mnie wszystkimi porami! Zamierzam sprawić, że dom towarowy Marshall & Spółka stanie się znany od oceanu do oceanu. Mój ojciec zaczynał jako biedny chłopak z farmy w Nowej Szkocji. Udało mu się stworzyć firmę znaną w całej prowincji. Chcę ją rozwijać. Za pięć lat stanie się słynna na całym naszym wybrzeżu, za dziesięć w całej Kanadzie. Chcę, aby firma Marshall & Spółka podbiła rynek kanadyjski. Czyż nie jest to zadanie równie ambitne jak próba dowiedzenia na sali sądowej, że czarne jest białe? Albo odkrycie jakiejś choroby o potwornej nazwie, by dręczyć nieszczęśników, którzy mogliby umrzeć w błogiej nieświadomości tego, co im dolega?

– Skoro zaczynasz sobie dowcipkować, dajmy temu spokój – powiedział David, wzruszając ramionami. – Każdy musi iść własną drogą. Zresztą prędzej bym zdobył samotnie twierdzę, niż zdołał cię odwieść od decyzji, skoro już ją podjąłeś. Eh, wspinaczka tą ulicą może człowieka wykończyć! Co opętało naszych przodków, że zbudowali miasto na zboczu wzgórza? Nie jestem tak szczupły i sprawny, jak wtedy gdy sam odbierałem dyplom przed dziesięciu laty. Nawiasem mówiąc, na twoim roku zauważyłem wiele dziewcząt – chyba ze dwadzieścia, o ile dobrze liczyłem. Ze mną studiowały tylko dwie damy, pionierki na uniwersytecie. Pierwszą młodość już dawno miały za sobą, były ponure, kościste i poważne. Zresztą nawet w swoich najlepszych dniach nieczęsto zapewne zaglądały do lustra. Choć trzeba im oddać, że to były wspaniałe kobiety. Jednak sądząc po dzisiejszych studentkach, nastały zupełnie inne czasy. Jedna z nich miała najwyżej osiemnaście lat, a wyglądała, jakby została stworzona ze złota, płatków róż i kropli rosy.

– Wyrocznia przemawia wierszem – zaśmiał się Eric. – To była Florence Percival, prymuska z wydziału matematycznego. Uważana powszechnie za piękność. Ja nie podzielam tej opinii. Nie gustuję w takich słodkich blondyneczkach; wolę Agnes Campion. Zauważyłeś ją? Wysoka, ciemnowłosa dziewczyna z warkoczami i aksamitną cerą. Zdobyła dyplom z wyróżnieniem na wydziale filozoficznym.

– Owszem, zauważyłem – odrzekł David z naciskiem, zerkając przenikliwie na przyjaciela. – A nawet przyjrzałem jej się dokładnie i krytycznie, ponieważ ktoś wyszeptał jej imię, a potem dodał, że panna Campion ma zostać w przyszłości panią Ericową Marshall. Dlatego nie odrywałem od niej oczu.

– To nieprawda – rzucił Eric z rozdrażnieniem. – Agnes i ja jesteśmy tylko przyjaciółmi. Ogromnie ją lubię i podziwiam, ale jeśli przyszła pani Ericowa Marshall rzeczywiście istnieje, to jeszcze jej nie spotkałem. Nie zacząłem nawet się za nią rozglądać i nie zamierzam tego robić w najbliższych latach. Mam inne rzeczy na głowie – zakończył pogardliwym tonem, który powinien sprowokować zemstę Kupidyna, o ile ten nie jest równie głuchy jak ślepy.

– Pewnego dnia spotkasz swoją przyszłą żonę – zauważył oschle David. – I pomimo twojej wzgardy śmiem twierdzić, że jeśli los nie sprowadzi jej wkrótce, to niedługo sam rozpoczniesz poszukiwania. Jedna mała rada, młodzieńcze. Kiedy będziesz uderzał w konkury, zawsze zabieraj ze sobą zdrowy rozsądek.

– Sądzisz, że byłbym skłonny go zostawiać? – spytał Eric z rozbawieniem.

– No cóż, nie mam do ciebie zaufania – powiedział David, kręcąc z powagą głową. – W twoich żyłach płynie szkocka krew i ta jest w porządku, ale masz też domieszkę celtyckiej, po babci góralce, a z czymś takim nigdy nie wiadomo, kiedy da o sobie znać ani do czego człowieka doprowadzi, zwłaszcza jeśli chodzi o sprawy miłosne. Kto wie, czy nie stracisz głowy dla jakiejś trzpiotki albo zołzy z powodu jej powabów, a potem będziesz do końca życia nieszczęśliwy. Pamiętaj, że kiedy wybierzesz żonę, zastrzegam sobie prawo do wyrażenia szczerej opinii.

– Gadaj zdrów, ale i tak liczyć się będzie wyłącznie moja opinia – odpalił Eric.

– Och, wiem, ty uparty ośle – warknął David, patrząc na niego z uczuciem. – Wiem o tym i dlatego nie zaznam spokoju, dopóki nie zobaczę, że ożeniłeś się z właściwą dziewczyną. Nietrudno ją znaleźć. Dziewięć na dziesięć dziewczyn w naszym kraju nadaje się do królewskich pałaców. Ale przed dziesiątą trzeba się mieć na baczności.

– Jesteś jak ta Mądra Elżunia1 z bajki, która martwiła się o przyszłość swojego nienarodzonego dziecka – żachnął się Eric.

– Niesłusznie się z niej śmiano – odparł poważnie David. – My, lekarze, dobrze o tym wiemy. Być może Mądra Elżunia zbytnio się zamartwiała, ale w zasadzie miała rację. Gdyby rodzice bardziej troszczyli się o swoje nienarodzone dzieci, przynajmniej na tyle, by zadbać o ich podstawy fizyczne, mentalne i moralne, a przestali się o nie martwić potem, kiedy już się urodzą, ten świat byłby o wiele przyjemniejszym miejscem do życia, a rasa ludzka poczyniłaby większe postępy w ciągu jednego pokolenia niż w całej swej historii.

– Och, skoro zamierzasz dosiąść swojego konika i perorować o dziedziczności, nie zamierzam się z tobą spierać, Davidzie. Jeśli zaś chodzi o ponaglanie mnie do ożenku, to może byś tak…

Eric już miał na końcu języka słowa: „Sam się ożenił z tą właściwą dziewczyną i dał mi dobry przykład?”. Jednak się zmitygował. Wiedział, że w życiu Davida Bakera jest pewne smutne wspomnienie, którego nie należy przywoływać żarcikami, nawet płynącymi z ust przyjaciela. Powiedział więc:

– Może byś tak pozostawił to w rękach bogów, czyli w najwłaściwszym miejscu? Sądziłem, że wierzysz w przeznaczenie, Davidzie.

– Owszem, do pewnego stopnia – przyznał ostrożnie David. – Wierzę, że, jak mawiała moja wspaniała ciotka, „co ma być, to będzie, a czego ma nie być, czasem się odbędzie”. I właśnie takie pechowe zdarzenia krzyżują ludziom plany. Uważasz pewnie, że jestem staroświecki, Ericu, ale wiem o życiu nieco więcej od ciebie i wierzę niczym Tennysonowski Artur, że „nic pod słońcem tak nie działa chrobrze jak pierwsza, czysta miłość ku dziewicy”2. Po prostu chciałbym bardzo szybko zobaczyć, że zawinąłeś bezpiecznie do portu, związałeś się z jakąś wspaniałą kobietą. Żałuję, że twoją wybranką nie została panna Campion, gdyż bardzo mi się spodobała. Od razu widać, że jest dobra, silna i autentyczna. Jej oczy zaś mówią, że potrafi kochać, więc warto o jej miłość zabiegać. Poza tym pochodzi z porządnej rodziny, jest dobrze wychowana i wykształcona; a to trzy niezbędne przymioty, jeśli chodzi o wybór kobiety mającej zająć miejsce twojej matki, przyjacielu.

– Zgadzam się – rzucił niedbale Eric. – Nie mógłbym ożenić się z kobietą, która nie spełnia tych trzech warunków. Jednak, jak już mówiłem, nie jestem zakochany w Agnes Campion. A nawet gdybym był, nie miałbym u niej szans. Jest zaręczona z Larrym Westem. Pamiętasz go?

– To ten chudzielec, z którym przyjaźniłeś się przez pierwsze dwa lata studiów? Pamiętam, a co się z nim dzieje?

– Musiał rzucić uczelnię z powodów finansowych. Teraz samodzielnie przerabia materiał. Przez ostatnie dwa lata uczył w szkole w jakiejś zapadłej dziurze na Wyspie Księcia Edwarda. Biedak, podupadł bardzo na zdrowiu. Zawsze był cherlakiem, a zakuwał bez opamiętania. Nie miałem od niego żadnych wieści od lutego, a już wtedy wyrażał obawy, że nie wytrzyma do końca roku szkolnego. Mam nadzieję, że Larry nie rozłoży się na dobre. To wspaniały kolega i wart nawet Agnes Campion. No, to jesteśmy w domu. Wstąpisz na chwilę, Davidzie?

– Dziś nie mam czasu. Muszę się przejść do North End, żeby obejrzeć gardło pewnego mężczyzny. Nikt nie potrafi zdiagnozować jego choroby. Wprawił w zdumienie wszystkich lekarzy, mnie zresztą też, ale dojdę do tego, co mu dolega, jeśli jeszcze trochę pożyje.

2LIST OD LOSU

ERIC ZOBACZYŁ, że ojciec nie wrócił jeszcze z uniwersytetu. Poszedł więc do biblioteki i usiadł wygodnie, by przeczytać list, który wziął ze stolika w holu. Po chwili na jego twarzy odbiło się zainteresowanie.

„Mam do Ciebie pewną prośbę, Marshall – pisał Larry West. – Chodzi mianowicie o to, że dosięgła mnie ręka Filistynów3, to znaczy lekarzy. Przez całą zimę kiepsko się czułem, ale jakoś się trzymałem, mając nadzieję, że dotrwam do końca roku szkolnego.

W zeszłym tygodniu kobieta, u której wynajmuję pokój – istna święta w okularach i perkalowej sukni – spojrzała na mnie pewnego ranka przy śniadaniu i powiedziała BARDZO łagodnie: «Jutro musi pan pojechać do miasta i iść się zbadać». Pojechałem więc, nie zastanawiając się nad słusznością tego zalecenia. Z panią Williamson się nie dyskutuje. Zawsze potrafi ci wmówić, że ma absolutną rację, a ty postąpisz jak skończony głupiec, jeśli nie skorzystasz z jej rady. Czujesz, że jutro będziesz myślał to, co ona dzisiaj.

W Charlottetown udałem się do lekarza. Kłuł mnie, opukiwał, przystawiał do mnie różne wihajstry i potem przytykał do nich ucho, a wreszcie oświadczył, że muszę «bezzwłocznie» przestać pracować oraz «natychmiast» zmienić klimat i udać się w jakieś miejsce, gdzie nie szaleją północno-wschodnie wiatry nawiedzające Wyspę Księcia Edwarda na wiosnę. Nie wolno mi wykonywać żadnej pracy aż do jesieni. Takie są zalecenia doktora, a pani Williamson je popiera.

Będę prowadził lekcje jeszcze przez tydzień, a potem zaczynają się trzytygodniowe ferie wiosenne. Chciałbym Cię prosić, abyś przyjechał i objął za mnie zastępstwo w szkole w Lindsay przez ostatni tydzień maja i cały czerwiec. Wtedy kończy się rok szkolny i mnóstwo nauczycieli będzie szukać posady, ale teraz trudno mi zdobyć odpowiedniego zastępcę. Mam kilku uczniów przygotowujących się do egzaminów wstępnych do Akademii Królewskiej i nie chcę zostawiać ich na lodzie ani też wydać na pastwę jakiegoś trzeciorzędnego belfra, który nie zna przyzwoicie łaciny, nie mówiąc już o grece. Przyjedź tu i przejmij szkołę do końca semestru, ty rozpieszczony beniaminku. Świetnie ci zrobi, kiedy się przekonasz, jakim bogaczem czuje się człowiek, który zarabia samodzielnie dwadzieścia pięć dolarów miesięcznie!

A tak serio, Marshall, mam