Dzienniki Majskiego - Gabriel Gorodetsky - ebook + książka

Dzienniki Majskiego ebook

Gorodetsky Gabriel

3,7

Opis

Iwan Majski (1884-1975), Rosjanin żydowskiego pochodzenia, w czasach carskich rewolucjonista i emigrant polityczny, w Związku Sowieckim został dyplomatą i w latach 1932-1943 pełnił funkcję ambasadora w Wielkiej Brytanii. W Londynie znalazł się w samym centrum polityki międzynarodowej, i to w bardzo burzliwych czasach poprzedzających wybuch drugiej wojny światowej oraz pierwszych latach tego krwawego konfliktu.

Od 1934 roku Majski prowadził dzienniki, szczegółowo opisując swe działania, rozmowy i wrażenia. Na ich kartach pojawiają się czołowi politycy brytyjscy - z Chamberlainem, Churchillem i Edem na czele - a także plejada znaczących postaci z innych krajów, w tym przedstawicieli Polski. Obserwujemy także kulisy wielu ważnych wydarzeń.

Ambasador zapisał się w historii stosunków polsko-sowieckich jako negocjator i sygnatariusz układu z 30 lipca 1941 r., który w imieniu Rzeczypospolitej podpisał premier i Naczelny Wódz gen. Władysław Sikorski. W swych zapiskach poświęcił sprawom polskim sporo miejsca. Niestety, jego opinie są wyraźnie podszyte niechęcią i uprzedzeniami typowymi dla komunistycznej propagandy. Dowiadujemy się, jak silną presję Stalin i sowiecka dyplomacja wywierali na władze brytyjskie, aby zmusić rzad polski do ustępstw wobec Moskwy, zwłaszcza w sprawie granic.

Jak pisał Gabriel Gorodertsky, który dotarł do dzienników Majskiego, opracował je i wydał w Wielkiej Brytanii: „Nie wydobyto wcześniej z sowieckich archiwów żadnego innego prywatnego dokumentu o porównywalnym zakresie, wartości i objętości, który by rzucił tak wiele nowego światła na drugą wojnę światową i jej źródła. [Jego zaletami są] bezpośredni i szczery ton, jasność i przenikliwość spostrzeżeń, a także znakomita proza”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 979

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,7 (6 ocen)
1
3
1
1
0

Popularność




Podzię­ko­wa­nia

Podzię­ko­wa­nia

Niniej­szy dzien­nik został opu­bli­ko­wany za zgodą rodziny Schef­fe­rów-Woskrie­sien­skich, spad­ko­bier­ców Iwana Maj­skiego, któ­rym jestem głę­boko wdzięczny za współ­pracę i wspar­cie w przy­go­to­wa­niu tej pozy­cji. Chcę też podzię­ko­wać rosyj­skiemu Mini­ster­stwu Spraw Zagra­nicz­nych, prze­cho­wu­ją­cemu dzien­niki Maj­skiego, za umoż­li­wie­nie mi dostępu do ory­gi­na­łów i za pomoc w dotar­ciu do archi­wal­nych źró­deł i foto­gra­fii. Wyrazy szcze­gól­nej wdzięcz­no­ści należą się pro­fe­so­rowi Ita­ma­rowi Rabi­no­wi­czowi, byłemu pre­zy­den­towi Tel Aviv Uni­ver­sity, za zaan­ga­żo­wa­nie w zdo­by­cie spo­rego grantu, który pozwo­lił sfi­nan­so­wać prze­kład dzien­ników na język angiel­ski.

Nie­wielu wydaw­ców z otwar­tymi ramio­nami przyj­muje dziś pro­po­zy­cję opu­bli­ko­wa­nia trzech gru­bych tomów dzien­nika opa­trzo­nego mnó­stwem przy­pi­sów. Jestem wdzięczny Joh­nowi Dona­ti­chowi, dyrek­to­rowi wydaw­nic­twa Yale Uni­ver­sity Press i jego zespo­łowi, za nie­prze­rwane, trwałe wspar­cie. Szcze­gólne podzię­ko­wa­nia winien jestem Rober­towi Bal­doc­kowi, dyrek­to­rowi lon­dyń­skiego oddziału Yale Uni­ver­sity Press (na któ­rego zamó­wie­nie pisa­łem swoją poprzed­nią książkę, Grand Delu­sion: Sta­lin and the Ger­man Inva­sion of Rus­sia), za nie­za­chwiane zaufa­nie, jakim mnie darzy. Trudno byłoby zna­leźć rów­nie wni­kli­wego, kom­pe­tent­nego i pomoc­nego wydawcę. To on namó­wił mnie, by nie­za­leż­nie od kom­plet­nej, trzy­to­mo­wej edy­cji opra­co­wać też jed­no­to­mowy wybór frag­men­tów dzien­ni­ków Maj­skiego, dostępny szer­szemu gronu czy­tel­ni­ków. Nie­zwy­kła, pięk­nie wydana książka, która dzięki temu powstała, sta­nowi dowód jego nie­zrów­na­nych talen­tów.

Jest też efek­tem ponad dzie­się­ciu lat zakro­jo­nych na dużą skalę badań. Tak się wspa­niale zło­żyło, że mogłem sko­rzy­stać z kilku hoj­nych sty­pen­diów fun­do­wa­nych przez Insti­tute for Advan­ced Study w Prin­ce­ton, Insti­tute for Advan­ced Stu­dies we Fry­burgu i Bel­la­gio Cen­ter Fun­da­cji Roc­ke­fel­lera, które zapew­niły mi wyjąt­kowo sprzy­ja­jące warunki pracy i dały szansę skon­fron­to­wa­nia moich prze­my­śleń z opi­niami naj­zna­ko­mit­szych histo­ry­ków. Lwią część zada­nia wyko­na­łem jed­nak pod patro­na­tem oks­fordz­kiego All Souls Col­lege. To Isa­iah Ber­lin, legen­darny wykła­dowca All Souls Col­lege, wpro­wa­dził mnie w 1969 roku do Oks­fordu i namó­wił do pisa­nia tam pracy dok­tor­skiej; koło zamknęło się w magiczny spo­sób w 2006 roku, gdy po raz pierw­szy zapro­po­no­wano mi w All Souls visi­ting fel­low­ship, a potem wybrano na wykła­dowcę col­lege’u. Trudno o słowa, które pozwo­li­łyby opi­sać przy­jaź­nie, jakie zadzierz­gną­łem w All Souls, i wyma­ga­jące, ale sym­pa­tyczne śro­do­wi­sko, jakie tam spo­tka­łem – bez wąt­pie­nia straż­nicę nauki w naj­czyst­szej postaci. John Vic­kers, dyrek­tor col­lege’u, i John Davis, jego poprzed­nik, nie szczę­dzili trudu, by zapew­nić mi jak naj­da­lej idącą pomoc i wspar­cie.

Mia­łem ogromne szczę­ście, że tłu­ma­cze­niem dzien­nika zajęli się Tatiana Soro­kina i Oli­ver Ready. Dzięki ich połą­czo­nym wysił­kom powstał sta­ranny, a przy tym zgrabny prze­kład, idio­ma­tyczny, a jed­no­cze­śnie wierny jedy­nej w swoim rodzaju lite­rac­kiej pro­zie Maj­skiego. Rów­nie zna­ko­mity oka­zał się mój redak­tor Clive Lid­diard. Jego wni­kliwe, zwię­złe i mądre uwagi, jak też dosko­nała zna­jo­mość języka rosyj­skiego oraz kul­tur sło­wiań­skich i wschod­nio­eu­ro­pej­skich zde­cy­do­wa­nie wpły­nęły na jakość tek­stu.

Wyrazy szcze­gól­nego uzna­nia należą się Hil­le­lowi Adle­rowi, który na samym początku pomógł mi w zbu­do­wa­niu nie­zwy­kle zło­żo­nej bazy danych, co pozwo­liło nam opa­no­wać i wyko­rzy­stać obszerne zasoby źró­deł archi­wal­nych. Ogrom­nie pomocna była też Ruth Brown, autorka not o ponad tysiącu osób wymie­nio­nych w dzien­niku. Dok­tor James Womack doko­nał świet­nych prze­kła­dów napi­sa­nych po rosyj­sku listów znaj­du­ją­cych się w pry­wat­nym archi­wum Maj­skiego.

I wresz­cie Ruth Herz, moja żona, przy­ja­ciółka i brat­nia dusza; ona pierw­sza przy­znała, że lata spę­dzone z Maj­skim nie były w naszym życiu cię­ża­rem, ale fascy­nu­jącą wspólną podróżą.

prof. Gabriel Goro­det­sky

Iwan Maj­ski (1884–1975)

Wstęp

WSTĘP

Uni­ka­towy, fascy­nu­jący dzien­nik Iwana Michaj­ło­wi­cza Maj­skiego, amba­sa­dora sowiec­kiego w Lon­dy­nie w latach 1932–1943, to jeden z nie­licz­nych przy­kła­dów tego rodzaju pisar­stwa wśród sowiec­kich dygni­ta­rzy lat trzy­dzie­stych XX wieku i cza­sów II wojny świa­to­wej1. Sta­lin nie zachę­cał swego oto­cze­nia do się­ga­nia po pióro i nie pozwa­lał robić nota­tek pod­czas kon­fe­ren­cji na Kremlu. Należy pamię­tać, że w cza­sach, gdy śmier­tel­nie prze­ra­żeni ludzie palili doku­menty i archiwa, pro­wa­dze­nie dzien­nika sta­wało się przed­się­wzię­ciem ryzy­kow­nym. To głów­nie dzien­ni­ków szu­kała poli­cja, prze­trzą­sa­jąc miesz­ka­nia podej­rza­nych „wro­gów ludu”. Zapi­ski Maj­skiego i jego ogromne archi­wum oso­bi­ste prze­jęło osta­tecz­nie Mini­ster­stwo Bez­pie­czeń­stwa Publicz­nego, gdy aresz­to­wano go w lutym 1953 roku (dwa tygo­dnie przed śmier­cią Sta­lina) pod zarzu­tem szpie­go­stwa na rzecz Wiel­kiej Bry­ta­nii2. Po uwol­nie­niu w 1955 roku Maj­ski pro­wa­dził długą i daremną walkę o ich odzy­ska­nie. Mini­ster­stwo Spraw Zagra­nicz­nych odrzu­cało jego prośby, twier­dząc, że dzien­nik „zawiera różne mate­riały ofi­cjalne”. Autor uzy­skał dostęp do niego tylko na rok, w cza­sie gdy spi­sy­wał swoje wspo­mnie­nia, ale odmó­wiono mu korzy­sta­nia z jakich­kol­wiek innych źró­deł archi­wal­nych. Dla naukow­ców dzien­nik był nie­osią­galny przez kil­ka­dzie­siąt lat.

U źró­deł wielu odkryć nauko­wych czę­sto leży przy­pa­dek. W 1993 roku w poro­zu­mie­niu z Mini­ster­stwami Spraw Zagra­nicz­nych Izra­ela i Związku Sowiec­kiego roz­po­czą­łem bada­nia, któ­rych zwień­cze­niem miała być publi­ka­cja doku­men­tów doty­czą­cych sto­sun­ków izra­el­sko-sowiec­kich. Trudno opi­sać, jakie emo­cje ogar­nęły mnie, gdy szu­ka­jąc w rosyj­skim MSZ infor­ma­cji o udziale Maj­skiego w podej­mo­wa­niu decy­zji o popar­ciu przez Sowie­tów planu podziału Pale­styny3, zoba­czy­łem tam­tej­szego archi­wi­stę wycho­dzą­cego z maga­zynu z gru­bym dzien­ni­kiem Maj­skiego z pamięt­nego 1941 roku. Nie wydo­byto wcze­śniej z archi­wów sowiec­kich żad­nego innego pry­wat­nego doku­mentu o porów­ny­wal­nym zakre­sie, war­to­ści i obję­to­ści, który by rzu­cił tak wiele nowego świa­tła na II wojnę świa­tową i jej źró­dła. Ude­rzył mnie w tym mate­riale bez­po­średni i szczery ton, jasność i prze­ni­kli­wość spo­strze­żeń, a także zna­ko­mita proza. Dzien­nik, zawie­ra­jący ponad pół miliona słów, otwar­cie i szcze­gó­łowo rela­cjo­nuje obser­wa­cje, roz­mowy i dzia­ła­nia wszę­do­byl­skiego amba­sa­dora sowiec­kiego w Lon­dy­nie. Maj­ski spi­sy­wał swoje wra­że­nia na maszy­nie, wie­czo­rami, choć zda­rzają się też frag­menty odręczne (co zna­mienne, nie zamiesz­czono ich w wyda­niu rosyj­skim), czę­sto czy­nione z dala od czuj­nego oka i ucha Moskwy w samej amba­sa­dzie.

Wydaw­nic­two Yale Uni­ver­sity Press, świa­dome wyjąt­ko­wej war­to­ści dzien­nika, wspa­nia­ło­myśl­nie zgo­dziło się wydać go w cało­ści, w trzech tomach, z moim obszer­nym komen­ta­rzem. Zapro­po­no­wano mi jed­nak także opra­co­wa­nie niniej­szej, skró­co­nej wer­sji, która byłaby dostępna szer­szemu gronu czy­tel­ni­ków. Doko­ny­wa­nie wyboru dla tej pozy­cji (25 pro­cent ory­gi­nal­nego dzien­nika i mojego komen­ta­rza) było pro­ce­sem wyjąt­kowo bole­snym, ponie­waż tekst odrzu­cony oka­zy­wał się rów­nie fascy­nu­jący i ważny, jak to, co zostało włą­czone do wyda­nia. Przy­świe­cała mi zasada zacho­wa­nia cha­rak­teru i płyn­no­ści nar­ra­cji. Książka nie zawiera więc obszer­nego apa­ratu nauko­wego; zain­te­re­so­wany czy­tel­nik znaj­dzie go nie­ba­wem w peł­nej, trzy­to­mo­wej wer­sji dzien­nika4. Skróty zazna­czone są wie­lo­krop­kiem uję­tym w dwa nawiasy kwa­dra­towe. Jeśli Maj­ski sam używa wie­lo­kropka, nie poprze­dza go spa­cją. Wyrazy lub wyra­że­nia angiel­skie poda­wane są kur­sywą; tam, gdzie autor pod­kre­śla jakieś sfor­mu­ło­wa­nie, by zwró­cić na nie uwagę, zasto­so­wano pogru­bie­nie.

Pro­ces odtaj­nie­nia i opu­bli­ko­wa­nia dzien­ni­ków Maj­skiego w Rosji (co jest warun­kiem wyda­nia tego rodzaju doku­men­tów na Zacho­dzie) był długi i żmudny. Opra­co­wa­niem wer­sji rosyj­skiej zajął się Insty­tut Histo­rii Powszech­nej Rosyj­skiej Aka­de­mii Nauk pod kie­run­kiem jego dyrek­tora, Alek­san­dra Oga­no­wi­cza Czu­ba­riana, oraz Wita­lij Jurie­wicz Afiani, dyrek­tor Archi­wum Rosyj­skiej Aka­de­mii Nauk, gdzie prze­cho­wy­wane jest bogate archi­wum pry­watne Maj­skiego. Obu panom jestem winien głę­boką wdzięcz­ność za współ­pracę. Pro­fe­sjo­nal­nie przy­go­to­wana przez nich edy­cja ma jed­nak wyraźne cechy dzieła zgod­nego z ofi­cjalną wykład­nią i tra­dy­cyjną rosyj­ską histo­rio­gra­fią wyda­rzeń pro­wa­dzą­cych do II wojny świa­to­wej. Komen­ta­rze i dopi­ski w pre­zen­to­wa­nym tu tomie są zupeł­nie inne niż w wyda­niu rosyj­skim. Począt­kowo mia­łem ochotę ogra­ni­czyć wszel­kie inter­wen­cje redak­tor­skie do mini­mum i pozwo­lić Maj­skiemu, by snuł wła­sną opo­wieść. Jed­nak zwa­żyw­szy na burzę bijącą wtedy w bram amba­sady; na opre­syjny cha­rak­ter oko­licz­no­ści, w któ­rych autor pisał swój dzien­nik, z koniecz­no­ści pozo­sta­wia­jąc w skąd­inąd boga­tej w infor­ma­cje i poucza­ją­cej rela­cji liczne luki; nie­odzowny wydał mi się pre­cy­zyjny komen­tarz przed­sta­wia­jący tło wyda­rzeń. W oba­wie, że dzien­nik może ulec kon­fi­ska­cie i będzie stra­cony dla przy­szłych poko­leń, Maj­ski pisał go co naj­mniej w trzech egzem­pla­rzach. Dla­tego komen­tarz ni­gdy nie ogra­ni­cza się do zwy­cza­jo­wego dostar­cze­nia czy­tel­ni­kowi pod­sta­wo­wych narzę­dzi pomoc­ni­czych. Zesta­wia wpisy w dzien­niku z obszerną kore­spon­den­cją Maj­skiego znaj­du­jącą się w jego pry­wat­nym archi­wum (odna­le­zio­nym przeze mnie w Moskwie), a także z depe­szami, które wysy­łał do rosyj­skiego Mini­ster­stwa Spraw Zagra­nicz­nych; z apo­lo­ge­tycz­nymi wspo­mnie­niami pisa­nymi już po aresz­to­wa­niu i wie­loma innymi źró­dłami archi­wal­nymi. Szcze­gó­łowe odwo­ła­nia do źró­deł, z któ­rych korzy­sta­łem, znajdą się w obszer­nej, trzy­to­mo­wej edy­cji dzien­nika. Uzy­ska­łem też – co trak­tuję jako zaszczyt – dostęp do oso­bi­stych albu­mów foto­gra­ficz­nych Maj­skiego; wiele zdjęć w nich zawar­tych wiąże się lub ilu­struje wyda­rze­nia przed­sta­wiane w dzien­niku; część z nich została zamiesz­czona w książce. Zda­rza się, że oddają to, czego nie są w sta­nie prze­ka­zać tysiące słów. Jestem ogrom­nie wdzięczny dr. Alek­sie­jowi D. Woskrie­sien­skiemu, krew­nemu i spad­ko­biercy Maj­skiego, że pozwo­lił mi podzie­lić się z czy­tel­ni­kami tym nie­sły­cha­nie oso­bi­stym, cza­sem wręcz intym­nym świa­dec­twem.

Strona z dzien­nika Iwana Maj­skiego doty­cząca spo­tka­nia z mini­strem Antho­nym Ede­nem z 12 czerwca 1941 r., który prze­strze­gał amba­sa­dora przed nie­spo­dzie­wa­nym ata­kiem nie­miec­kim na ZSRS

Dzien­nik Maj­skiego nie jest typo­wym dla tego gatunku w Sowie­tach narzę­dziem samo­do­sko­na­le­nia, dobrze widzia­nym przez wła­dze jako śro­dek słu­żący poli­tycz­nej edu­ka­cji i prze­mia­nom. Ma cha­rak­ter zde­cy­do­wa­nie oso­bi­sty; wła­dze sowiec­kie oce­ni­łyby go jako „z natury bur­żu­azyjny”, gdyż nie jest samo­kry­tycz­nym zapi­sem sta­rań, by stać się dobrym komu­ni­stą, ale obraca się głów­nie wokół wła­snego „ja”. Świad­czy o decy­du­ją­cej roli oso­bi­stych przy­jaźni, kon­flik­tów i rywa­li­za­cji z wcze­snego okresu poli­tyki sowiec­kiej, wykra­cza­ją­cych poza kon­tro­wer­sje na temat poli­tyki i ide­olo­gii. Potwier­dza też, że spo­łe­czeń­stwa sowiec­kiego i poli­tyki nie da się sen­sow­nie opi­sać, nie odwo­łu­jąc się do czyn­nika ludz­kiego, ujaw­nia­ją­cego nie­znane więzi oso­bi­ste. Maj­ski, który mani­fe­sta­cyj­nie głosi swoje zaan­ga­żo­wa­nie w komu­nizm, jest głę­boko zanu­rzony w tra­dy­cji pro­wa­dze­nia dzien­ni­ków, wła­ści­wej zachod­niej „bur­żu­azyj­nej” inte­li­gen­cji. Abs­tra­hu­jąc od oczy­wi­stych róż­nic kul­tu­ro­wych, jego zapi­ski cel­no­ścią obser­wa­cji bry­tyj­skiej sceny poli­tycz­nej i spo­łecz­nej z dodat­kiem plo­tek i aneg­do­tek przy­po­mi­nają dzien­nik Samu­ela Pepysa. Podob­nie jak Chur­chill, Maj­ski – nie­spo­dzie­wa­nie – wychwala rolę, jaką w histo­rii odgrywa „wielki czło­wiek”. Wbrew mark­si­stow­skiej inter­pre­ta­cji, która pod­po­rząd­ko­wuje jed­nostkę więk­szym mode­lom spo­łecz­nym, uznaje też wyjąt­ko­wość wyda­rzeń. Nie odrzuca „oso­bi­stego wkładu w wielką sprawę powszechną” i w liście do Gie­or­gija Czi­cze­rina, komi­sa­rza spraw zagra­nicz­nych, otwar­cie stwier­dza: „Nie da się zaprze­czyć, że »oso­bo­wość« odgrywa lub może odgry­wać w histo­rii pewną rolę. Cza­sem nawet nie­małą”. Przy­po­mina Czi­cze­ri­nowi: „Wystar­czy pamię­tać, co dla naszej rewo­lu­cji zna­czył Iljicz”5.

Maj­ski oczy­wi­ście zda­wał sobie sprawę, że jest jedną z naj­waż­niej­szych postaci two­rzą­cych histo­rię. We wrze­śniu 1941 roku, gdy ważył się los Moskwy, tak pisał o nie­zwy­kle donio­słym spo­tka­niu z Chur­chil­lem:

„Wysze­dłem z domu kwa­drans przed umó­wioną godziną. Księ­życ świe­cił jasno. Chmury o fan­ta­stycz­nych kształ­tach pędziły z zachodu na wschód. Gdy prze­sła­niały księ­życ, a ich brzegi czer­wie­niały i ciem­niały, wszystko wokół sta­wało się przy­gnę­bia­jące i zło­wro­gie. Jakby świat zna­lazł się w przeded­niu zagłady. Jecha­łem zna­jo­mymi uli­cami i myśla­łem: »Jesz­cze kilka minut i nadej­dzie ważna, być może decy­du­jąca dla histo­rii chwila, nio­sąca ogromne kon­se­kwen­cje. Czy stanę na wyso­ko­ści zada­nia? Czy mam dosta­tecz­nie dużo sił, ener­gii i przy­tom­no­ści umy­słu? Czy okażę się wystar­cza­jąco bystry i zręczny, by ode­grać swoją rolę z jak naj­więk­szym suk­ce­sem dla ZSRS i całej ludz­ko­ści?«”.

Dzien­nik powsta­wał w dra­ma­tycz­nej, nie­zwy­kle waż­nej epoce i objął cały zestaw tema­tów. Pisany był naj­wy­raź­niej z myślą o przy­szło­ści6. Maj­ski zna­lazł się na pierw­szej linii wyda­rzeń, które w jego opi­nii – a wyra­ził ją znacz­nie wcze­śniej niż inni – gro­ziły wcią­gnię­ciem Europy w wojnę świa­tową. Dużo miej­sca poświęca zmia­nie w sowiec­kiej poli­tyce zagra­nicz­nej wcze­snych lat trzy­dzie­stych i argu­men­tom za przy­stą­pie­niem do Ligi Naro­dów oraz za respek­to­wa­niem zasady bez­pie­czeń­stwa zbio­ro­wego. To wła­śnie Maj­ski pierw­szy ostrze­gał Moskwę przed zagro­że­niami, jakie nio­sła poli­tyka ustępstw. Mocno sta­rał się godzić inte­resy sowiec­kie i bry­tyj­skie. Zada­nie to stało się jed­nak znacz­nie trud­niej­sze, gdy w 1937 roku, w cza­sie gdy w Moskwie roz­sza­lały się bru­talne czystki, pre­mie­rem Wiel­kiej Bry­ta­nii został Cham­ber­lain. Obszerne wpisy z roku 1938 dają wgląd w wyda­rze­nia pro­wa­dzące do kon­fe­ren­cji mona­chij­skiej i w ich kata­stro­falne skutki dla zbio­ro­wego bez­pie­czeń­stwa, a także dla oso­bi­stego i poli­tycz­nego losu zarówno Maj­skiego, jak i Mak­sima Litwi­nowa, sowiec­kiego komi­sa­rza spraw zagra­nicz­nych. Dzien­nik z 1939 roku poka­zuje, pod jak wielką psy­cho­lo­giczną pre­sją dzia­łał Maj­ski, gdy despe­racko pró­bo­wał przy­spie­szyć pod­pi­sa­nie trój­stron­nego poro­zu­mie­nia mię­dzy Związ­kiem Sowiec­kim, Wielką Bry­ta­nią i Fran­cją, by zapo­biec dry­fo­wa­niu Rosji ku izo­la­cji. I jak czę­sto popa­dał w spór ze swym rzą­dem, co w końcu dopro­wa­dziło do burz­li­wej narady na Kremlu 21 kwiet­nia, kiedy to Maj­skiego i Litwi­nowa pod­dano suro­wej kry­tyce. Dwa tygo­dnie póź­niej Litwi­now został usu­nięty ze sta­no­wi­ska. Dzien­nik Maj­skiego ujaw­nia też, jak ogromna dez­orien­ta­cja pano­wała wśród dyplo­ma­tów sowiec­kich w następ­stwie paktu Rib­ben­trop-Moło­tow, i obser­wuje pro­ces prze­cho­dze­nia Wiel­kiej Bry­ta­nii od pokoju do wojny.

Wyku­wa­nie soju­szu bry­tyj­sko-sowiec­kiego – pre­mier Win­ston Chur­chill i amba­sa­dor Maj­ski stu­kają się kie­lisz­kami z wódką

W rów­nie pasjo­nu­jący spo­sób Maj­ski, czło­wiek z zewnątrz, ale dobrze poin­for­mo­wany, opi­suje Lon­dyn w cza­sie cięż­kich bom­bar­do­wań, a także swoje czę­ste, oso­bi­ste spo­tka­nia z Chur­chil­lem i Ede­nem. Nie da się prze­ce­nić zna­cze­nia tych wojen­nych wspo­mnień. Mini­ster spraw zagra­nicz­nych miał wpraw­dzie zwy­czaj gro­ma­dzić raporty ze spo­tkań z amba­sa­do­rami, nie doty­czyło to jed­nak pre­mie­rów. W rezul­ta­cie nie ma w bry­tyj­skich archi­wach rela­cji z licz­nych, waż­nych roz­mów, jakie Maj­ski i Chur­chill pro­wa­dzili przed i w cza­sie II wojny świa­to­wej. Jedyne zacho­wane spra­woz­da­nia to wła­śnie szcze­gó­łowe i spo­rzą­dzane na gorąco wpisy Maj­skiego w dzien­niku i już bar­dziej lako­niczne depe­sze wysy­łane do Mini­sterstwa Spraw Zagra­nicz­nych. Tym samym histo­rycy, któ­rzy do tej pory dys­po­no­wali stron­ni­czymi i nie­peł­nymi prze­ka­zami pisa­nymi z per­spek­tywy czasu, zyskują nowe, nie­za­stą­pione źró­dło.

Nie ma prze­sady w stwier­dze­niu, że dzien­nik miej­scami pisze na nowo histo­rię, która już wyda­wała się nam znana. Bez­pre­ce­den­sowe, wyjąt­kowe sto­sunki z przy­wód­cami bry­tyj­skimi, jakie wyro­bił sobie Maj­ski, zna­la­zły odbi­cie w jego poże­gnal­nym, wysła­nym po odwo­ła­niu liście do Chur­chilla:

„Patrząc dziś wstecz na te jede­na­ście lat, mogę bez waha­nia powie­dzieć, że z mojego oso­bi­stego i poli­tycz­nego punktu widze­nia kon­takty z Panem, utrzy­my­wane przez tak długi czas, były naj­ja­śniej­szym punk­tem peł­nio­nej przeze mnie funk­cji amba­sa­dora […] Czer­pa­łem ogromną przy­jem­ność ze wszyst­kich naszych spo­tkań i z roz­mów, nie­za­leż­nie od tego, czy pro­wa­dzi­li­śmy je w Pana biu­rze, czy poza nim, ponie­waż zawsze czu­łem, że obcuję z jed­nym z naj­zna­ko­mit­szych Angli­ków naszych cza­sów”.

W zasad­ni­czą nar­ra­cję histo­ryczną Maj­ski wplata wątek walki oso­bi­stej o prze­ży­cie w okre­sie wiel­kiego ter­roru, który prze­trwali na sta­no­wi­skach w Euro­pie tylko wła­śnie on i jego przy­ja­ciółka, femi­nistka Alek­san­dra Koł­łon­taj, amba­sa­dor sowiecka w Sztok­hol­mie. Przez cały okres spra­wo­wa­nia urzędu Maj­ski musiał nie­ustan­nie lawi­ro­wać: zacho­wy­wać szcze­rość w roz­mo­wach z Bry­tyj­czy­kami i dbać, by nie nara­zić się Krem­lowi. To wewnętrzne napię­cie jest wyczu­walne w dzien­niku. Maj­ski oba­wia się, iż sto­sunki mię­dzy oboma pań­stwami zatruwa wza­jemna podejrz­li­wość, zdaje też sobie sprawę, że jego wła­sna pozy­cja jest ryzy­kowna i nie­pewna, dla­tego czę­sto rezy­gnuje z wysła­nia Krem­lowi waż­nych infor­ma­cji, jak w 1943 roku, gdy wstrzy­mał wia­do­mość doty­czącą wypo­wie­dzi Chur­chilla, który stwier­dził, że nie może w 1944 roku pod­jąć ataku przez kanał La Man­che.

Główny, histo­ryczny tekst oży­wiają i ubar­wiają wni­kliwe, cza­sem zabawne obser­wa­cje i aneg­doty doty­czące spo­łe­czeń­stwa bry­tyj­skiego, poli­ty­ków, rodziny kró­lew­skiej, pisa­rzy i arty­stów. Zami­ło­wa­nie Maj­skiego do upra­wia­nia poezji i prozy zdra­dza nie­od­partą potrzebę auto­ek­spre­sji. W efek­cie otrzy­mu­jemy połą­cze­nie lite­ra­tury i histo­rii. „Od dzie­ciń­stwa mia­łem skłon­no­ści pisar­skie – wspo­mina autor – jako chło­piec z zachwy­tem pro­wa­dzi­łem dzien­nik i kore­spon­do­wa­łem z krew­nymi i przy­ja­ciółmi […] jak daleko się­gam pamię­cią, zawsze coś ukła­da­łem albo opi­sy­wa­łem – las po desz­czu, sta­cję pogo­to­wia, podróż do Czer­no­łu­czja, las sosnowy pod Omskiem i podobne. Kiedy tro­chę pod­ro­słem, pró­bo­wa­łem sił w dzien­nikach, szkol­nych wypra­co­wa­niach i arty­ku­łach na bie­żące tematy”.

W póź­niej­szych latach Maj­ski zwie­rzył się Beatrice Webb, współ­za­ło­ży­cielce Towa­rzy­stwa Fabiań­skiego, która też prze­ja­wiała aspi­ra­cje lite­rac­kie, że „nie lubi zawodu dyplo­maty; oboje z żoną byliby znacz­nie szczę­śliwsi w śro­do­wi­sku aka­de­mic­kim czy w wol­nych zawo­dach, w czy­telni, biblio­tece lub labo­ra­to­rium”. Rze­czy­wi­ście, gdy w wieku lat 70 został aresz­to­wany, napi­sał inte­re­su­jącą powieść Bli­sko i daleko.

Maj­ski obda­rzony był też wyjąt­kową pamię­cią, która w połą­cze­niu z psy­cho­lo­giczną wraż­li­wo­ścią, wni­kli­wo­ścią i intu­icją, zna­ko­mi­tym zmy­słem obser­wa­cji i nie­za­spo­ko­joną cie­ka­wo­ścią uczy­niła go jed­nym z naj­by­strzej­szych świad­ków dra­ma­tycz­nych wyda­rzeń i oso­bo­wo­ści lat trzy­dzie­stych XX wieku. „Długa dyplo­ma­tyczna prak­tyka – tłu­ma­czył – spra­wiła, że moja pamięć upodob­niła się do kli­szy foto­gra­ficz­nej, która bez trudu może zare­je­stro­wać wszyst­kie cechy ludzi, jakich spo­ty­kam. Ich wygląd, słowa, gesty, into­na­cja zapi­sy­wały się na niej bły­ska­wicz­nie, two­rząc wyraźne, szcze­gó­łowe obrazy. Czę­sto wnio­ski na czyjś temat – pozy­tywne lub nega­tywne, z zastrze­że­niami lub bez – for­mu­ło­wa­łem w myślach od razu na miej­scu, tuż po zawar­ciu zna­jo­mo­ści”.

„Zwy­kle patrzył Pan na nas z góry, z gale­rii w Par­la­men­cie – wspo­mi­nał w liście do Maj­skiego Harold Nicol­son, pisarz, dyplo­mata, autor dzien­nika – z dobro­tli­wym zain­te­re­so­wa­niem, tro­chę jak bio­log obser­wu­jący traszki w akwa­rium”.

Maj­ski spę­dził na emi­gra­cji w Lon­dy­nie dwa lata pod­czas I wojny świa­to­wej, póź­niej dwa lata jako chargé d’affa­ires amba­sady w latach dwu­dzie­stych, wresz­cie przez jede­na­ście lat peł­nił funk­cję amba­sa­dora; krąg jego zna­jo­mych był więc nie­zwy­kle sze­roki. Utrzy­my­wał bli­skie sto­sunki z eli­tami poli­tycz­nymi i rzą­do­wymi Wiel­kiej Bry­ta­nii, a także z inte­lek­tu­ali­stami i arty­stami, miał więc dosko­nałe warunki do obser­wa­cji. Spo­rzą­dził notatki z roz­mów – mię­dzy innymi – z pię­cioma bry­tyj­skimi pre­mie­rami: Davi­dem Lloy­dem Geo­rge’em, Ram­sayem McDo­nal­dem, Stan­leyem Bal­dwi­nem, Neville’em Cham­ber­la­inem i Win­sto­nem Chur­chil­lem, a także z kró­lem Jerzym V i Edwar­dem VIII oraz z całą ple­jadą naj­zna­ko­mit­szych postaci, takich jak Anthony Eden, lord Hali­fax, lord Beaver­brook, lord Simon, Nancy Astor, Samuel John Hoare, Her­bert Mor­ri­son, Cle­ment Attlee, Sid­ney i Beatrice Web­bo­wie, Hugh Dal­ton, Staf­ford Cripps, John May­nard Key­nes, John Stra­chey, Robert Van­sit­tart, Joe Ken­nedy, Harry Hop­kins, Jan Chri­stian Smuts, Jan Masa­ryk, Ber­nard Shaw i H.G. Wells, by wymie­nić tylko nie­któ­rych.

Laikom, pozba­wio­nym dostępu do opu­bli­ko­wa­nych przez Rosjan boga­tych i fascy­nu­ją­cych doku­men­tów doty­czą­cych wyda­rzeń, które dopro­wa­dziły do wybu­chu wojny, dzien­nik daje rzadką oka­zję, by od wewnątrz spoj­rzeć na men­tal­ność sowiecką: zapi­ski Maj­skiego pod­wa­żają wiele domi­nu­ją­cych, czę­sto stron­ni­czych inter­pre­ta­cji histo­rio­gra­fii tak rosyj­skiej, jak i zachod­niej. Co ważne dla spe­cja­li­stów, uzu­peł­niają mate­riały opu­bli­ko­wane w Doku­mien­tach wniesz­niej poli­tyki malow­ni­czymi i szcze­rymi opi­sami roz­mów­ców autora, ujaw­niają też jego wła­sne emo­cje, poglądy poli­tyczne i ide­olo­giczne, któ­rych nie ma w ofi­cjal­nych doku­men­tach. Zdu­miewa ponadto szcze­rość i otwar­tość bry­tyj­skich poli­ty­ków i dostoj­ni­ków, takich jak: Beaver­brook, Lloyd Geo­rge, Eden i Van­sit­tart, oka­zy­wane w roz­mo­wach z amba­sa­do­rem sowiec­kim, cza­sem wyra­ża­jące więk­szą sym­pa­tię dla Sowie­tów, niż dotych­czas sądzono. Czym innym było usły­szeć od Beatrice Webb, „że jej zda­niem sys­tem kapi­ta­li­styczny nie prze­trwa dłu­żej niż 20–30 lat”, a czym innym dowie­dzieć się od Bren­dana Brac­kena, zaufa­nego Chur­chilla, że „nie jest pewien przy­szło­ści kapi­ta­li­zmu […] że świat zmie­rza ku zwy­cię­stwu socja­li­zmu, choćby nie był to socja­lizm taki, jaki mamy w Związku Sowiec­kim”. Pod­czas któ­rejś z poga­wę­dek na rzu­coną mimo­cho­dem uwagę Maj­skiego, że kapi­ta­lizm „wypa­lił się”, Eden stwier­dził: – Tak, ma pan rację. Sys­tem kapi­ta­li­styczny w obec­nym kształ­cie już się prze­żył. Co go zastąpi? Nie mogę powie­dzieć dokład­nie, ale z pew­no­ścią będzie to sys­tem inny. Socja­lizm pań­stwowy? Półsocja­lizm? Socja­lizm w trzech czwar­tych? Pełny, stu­pro­cen­towy socja­lizm? Nie wiem. Być może będzie to szcze­gólna, czy­sto bry­tyj­ska forma „socja­li­zmu kon­ser­wa­tyw­nego”.

W porów­na­niu z mnó­stwem pamięt­ni­ków i dzien­ni­ków pisa­nych przez poli­ty­ków zachod­nich, doty­czą­cych II wojny świa­to­wej, pustka po stro­nie sowiec­kiej jest ude­rza­jąca. Jedyne liczące się pamięt­niki, autor­stwa woj­sko­wych, poja­wiły się w Rosji w latach sześć­dzie­sią­tych XX wieku. Wobec braku oso­bi­stych rela­cji wspo­mnie­nia7 Maj­skiego (z wybiór­czymi cyta­tami z jego dzien­ni­ków) są dla histo­ry­ków nie­za­stą­pio­nym źró­dłem wie­dzy o pro­ce­sie rekon­stru­owa­nia poli­tyki sowiec­kiej. Jed­nak wspo­mnie­nia, jak­kol­wiek fascy­nu­jące, były pisane po upły­wie pew­nego czasu, na doda­tek w szczy­to­wym okre­sie zim­nej wojny, są więc bar­dzo kon­tro­wer­syjne i bała­mutne. Dla­tego powsta­jący na bie­żąco, pisany na żywo dzien­nik Maj­skiego ma tak ogromne zna­cze­nie histo­ryczne. We wspo­mnie­niach sowiecka poli­tyka zagra­niczna jest słuszna z moral­nego i poli­tycz­nego punktu widze­nia, a sprawy sporne ule­gają zatu­szo­wa­niu, pod­czas gdy dzien­nik prze­ka­zuje wra­że­nia na gorąco i w spo­sób znacz­nie mniej ten­den­cyjny.

Roz­bież­no­ści mię­dzy wspo­mnie­niami i dzien­ni­kiem nie są niczym zaska­ku­ją­cym. Pod koniec lat czter­dzie­stych gwiazda Maj­skiego przy­ga­sała. W gorączce anty­ży­dow­skiej nagonki po spi­sku leka­rzy z 1952 roku Maj­skiego aresz­to­wano i oskar­żono o szpie­go­stwo, zdradę oraz udział w spi­sku syjo­ni­stycz­nym8. Życie ura­to­wała mu śmierć Sta­lina, która nastą­piła dwa tygo­dnie póź­niej, w marcu 1953 roku; Maj­ski prze­sie­dział jed­nak w wię­zie­niu jesz­cze dwa lata z powodu domnie­ma­nych związ­ków z byłym zaufa­nym czło­wie­kiem Gene­ra­lis­si­musa, Ław­rien­ti­jem Paw­ło­wi­czem Berią. Beria, który chciał w 1953 roku mia­no­wa­nia Maj­skiego na sta­no­wi­sko mini­stra spraw zagra­nicz­nych, powie­rzył mu koor­dy­no­wa­nie w Mini­ster­stwie Bez­pie­czeń­stwa Pań­stwo­wego dzia­łań wywia­dow­czych w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Jed­nak w lipcu 1953 roku Beria sam został aresz­to­wany i rychło stra­cony. Uwię­zie­nie Maj­skiego i rze­kome powią­za­nia z Berią z pew­no­ścią odświe­żyły pamięć o jego daw­nych kon­tak­tach z mien­sze­wi­kami, czego mu zresztą ni­gdy nie zapo­mniano.

Natych­miast po śmierci Sta­lina Maj­ski pospiesz­nie, z celi wię­zien­nej skon­tak­to­wał się z Gie­or­gi­jem Malen­ko­wem, nowo wybra­nym prze­wod­ni­czą­cym Rady Mini­strów. „Gdyby uznano, że moż­liwe jest ura­to­wa­nie” mu życia – pisał – gotów był odpo­ku­to­wać swe dawne błędy, poma­ga­jąc stwo­rzyć grupę mło­dych, zdol­nych histo­ry­ków sowiec­kich, któ­rzy „spe­cja­li­zo­wa­liby się w zwal­cza­niu bur­żu­azyj­nych fał­szerstw doty­czą­cych współ­cze­snej histo­rii”. W 1955 roku, chory i osła­biony, mając lat 72, z czego dwa i pół roku upo­ko­rzeń i wię­zie­nia, pod­jął długą i roz­pacz­liwą walkę o odzy­ska­nie człon­ko­stwa par­tii, miej­sca w Aka­de­mii Nauk, a przede wszyst­kim o cał­ko­witą reha­bi­li­ta­cję. Tuż po wyj­ściu z wię­zie­nia poskar­żył się Niki­cie Chrusz­czo­wowi, że padł ofiarą ostra­cy­zmu i przy­rzekł „w imię dobra par­tii doło­żyć wszel­kich sta­rań […], słu­żąc sku­tecz­nie pań­stwu sowiec­kiemu jako aka­de­mik- histo­ryk”. Zapro­po­no­wał, że podej­mie bada­nia nad histo­rio­gra­fią II wojny świa­to­wej, które „kry­tycz­nie oce­ni­łyby lite­ra­turę wyda­waną na Zacho­dzie”. W roz­mo­wie z Woro­szy­ło­wem, prze­wod­ni­czą­cym Pre­zy­dium Rady Naj­wyż­szej, wyra­ził „naj­go­ręt­sze pra­gnie­nie […] by jak naj­le­piej słu­żyć sowiec­kiemu pań­stwu” w pozo­sta­łych mu jesz­cze latach życia jako „histo­ryk – na uży­tek wewnętrzny – poli­tyki zagra­nicz­nej ZSRS […] i dema­sko­wać naj­po­waż­niej­sze bur­żu­azyjne fał­szer­stwa doty­czące histo­rii współ­cze­snej, zwłasz­cza okresu II wojny świa­to­wej” (pod­kre­śle­nie Maj­skiego). Histo­ryczna war­tość jego wspo­mnień zma­lała póź­niej, gdy naj­pierw pod­dano je ostrej cen­zu­rze, a potem zmu­szono autora, by z osta­tecz­nej rosyj­skiej wer­sji z 1971 roku usu­nął kry­tykę Sta­lina.

Histo­ria dłu­giego amba­sa­do­ro­wa­nia Maj­skiego w Lon­dy­nie, szcze­rze poka­zana w dzien­ni­kach, rze­czy­wi­ście zapiera dech w pier­siach. Na początku XIX wieku dyplo­mata bry­tyj­ski Strat­ford Can­ning prze­wi­dział, że opi­nia publiczna może oka­zać się „siłą potęż­niej­szą niż wszystko, czego dotych­czas użyła ludz­kość”. Zda­niem jego fran­cu­skiego kolegi Jules’a Cam­bona, też doświad­czo­nego dyplo­maty, aby w pełni poznać kraj, amba­sa­dor nie powi­nien ogra­ni­czać się do kon­tak­tów rzą­do­wych; cza­sem za nie­zwy­kle war­to­ściową może uznać „nawet przy­jaźń z kobietą z wyż­szej sfery”. Ale to wła­śnie Maj­ski zapo­cząt­ko­wał rewo­lu­cyjny styl dyplo­ma­cji, który wów­czas iry­to­wał wielu jego roz­mów­ców, ale od tam­tej pory zyskał powszechną popu­lar­ność. Był pierw­szym amba­sa­dorem, który sys­te­ma­tycz­nie ura­biał opi­nię publiczną i mani­pu­lo­wał nią, wyko­rzy­stu­jąc do tego przede wszyst­kim prasę. Jeden z gości amba­sady wspo­mi­nał, jak na kory­ta­rzu pierw­szy sekre­tarz Maj­skiego tłu­ma­czył Cum­ming­sowi, redak­to­rowi poli­tycz­nemu „News Chro­nicle”, że jego tek­sty o woj­nie fiń­skiej są „mocno prze­sa­dzone”. Maj­ski, świetny pia­ro­wiec w cza­sach, gdy to poję­cie nawet nie ist­niało, bez pro­ble­mów znaj­do­wał wspólny język z ugru­po­wa­niami opo­zy­cyj­nymi, ze zwy­kłymi, sze­re­go­wymi posłami do Par­la­mentu, z redak­to­rami gazet, ze związ­kow­cami, z pisa­rzami, arty­stami i inte­lek­tu­ali­stami. „Nie spo­tka­łem przed­sta­wi­ciela obcego pań­stwa – wspo­mi­nał John Rothen­stein, dyrek­tor Tate Gal­lery – który by mówił tak ujmu­jąco, jakby darzył swego słu­cha­cza cał­ko­wi­tym zaufa­niem albo który by pod­jął tyle trudu, by obja­śniać poli­tykę, czy też rze­komą poli­tykę swego rządu ludziom pozba­wio­nym poli­tycz­nego zna­cze­nia. Ina­czej też niż więk­szość jego sowiec­kich kole­gów bar­dzo chęt­nie zawie­rał oso­bi­ste przy­jaź­nie9. Ive­rach McDo­nald, młody kore­spon­dent zagra­niczny „The Timesa”, pozo­sta­wił cie­kawy opis modus ope­randi Maj­skiego:

„Więk­szość bry­tyj­skich dygni­ta­rzy była zgor­szona meto­dami, jakich uży­wał Maj­ski. Kiedy mu to paso­wało, nie krę­po­wał się zwy­cza­jo­wymi dyplo­ma­tycz­nymi kon­we­nan­sami […]. Nie miał opo­rów, by zręcz­nie, w sto­sow­nej chwili użyć prze­cieku, który jego słu­cha­cze mogli wyko­rzy­stać prze­ciw Cham­ber­la­inowi, Joh­nowi Simo­nowi i innym. Obiady wyda­wane przez Maj­skiego bywały sztywne i ofi­cjalne, ale cza­sem wyglą­dały jak spo­tka­nia opo­zy­cyj­nych kote­rii […]. Ile­kroć odwie­dza­łem go w amba­sa­dzie na Mil­lio­na­ires’ Row, stwa­rzał wra­że­nie, jakby roz­mowa z mło­dym czło­wie­kiem była dla niego naj­waż­niej­szą rze­czą na świe­cie. Uprzej­mie wyłą­czał tele­fon na znak, że nikomu nie wolno nam prze­szka­dzać. Albo zabie­rał mnie na spa­cer na koniec ogrodu, oddzie­lo­nego tylko żywo­pło­tem od Ken­sing­ton Gar­dens, gdzie w roz­kosz­nym cie­ple słońca roz­ma­wia­li­śmy w cztery oczy”.

Maj­ski nie­sły­cha­nie umie­jęt­nie pod­trzy­my­wał kon­takty z dużą czę­ścią prasy bry­tyj­skiej. Czy­tał wszystko bez wyjątku – dzien­niki i tygo­dniki. Chwa­lił się, że może zamie­ścić list w „The Time­sie”, kiedy tylko zechce. „Chwy­tał w lot nastę­pu­jące z dnia na dzień zmiany w poglą­dach i odczu­ciach i genial­nie, z nie­wzru­szo­nym spo­ko­jem ana­li­zo­wał całą wojnę ze wszyst­kimi szcze­gó­łami” – stwier­dził dzien­ni­karz ame­ry­kań­ski. Był dzięki temu „jed­nym z naj­bar­dziej wni­kli­wych i kom­pe­tent­nych obser­wa­to­rów” w Lon­dy­nie. Jak sam Maj­ski powie­dział swo­jej przy­ja­ciółce, Beatrice Webb, amba­sa­dor powi­nien posta­wić sobie za cel „ści­słe rela­cje ze wszyst­kimi rzut­kimi, ener­gicz­nymi oso­bami w kraju pobytu – ze wszyst­kich par­tii i śro­do­wisk opi­nio­twór­czych. Nie wolno mu zamy­kać się w kręgu dyplo­ma­tów i przed­sta­wi­cieli wła­dzy – czy to kró­lew­skiej, czy innej”. Był oczy­wi­ście przede wszyst­kim przed­sta­wi­cie­lem swo­jego rządu, ale kiedy zabie­rał głos, spo­koj­nie, czę­sto w żar­to­bli­wym tonie, zawsze odno­siło się wra­że­nie, że „są to jego wła­sne słowa, a nie odgórna instruk­cja”.

Bar­dzo opła­calne oka­zały się zabiegi Maj­skiego mające na celu pozy­ska­nie magnata pra­so­wego, lorda Beaver­bro­oka. Jego „Daily Express” przed­sta­wiał umac­nia­ją­cego swą pozy­cję Sta­lina jako obrońcę sowiec­kich inte­re­sów naro­do­wych, a nie idei rewo­lu­cji świa­to­wej. Jesie­nią 1936 roku Beaver­brook wspo­mniał Maj­skiemu o „przy­ja­znym nasta­wie­niu” jego prasy do Gene­ra­lis­si­musa. „Żadna z kon­tro­lo­wa­nych przeze mnie gazet nie zrobi ani nie napi­sze niczego, co mogłoby zakłó­cić pana kaden­cję na urzę­dzie” – obie­cał. W 1939 roku dzięki pośred­nic­twu Maj­skiego Beaver­brook wysłał do Rosji jed­nego ze swych mło­dych dzien­ni­ka­rzy. Mło­dzie­niec ten, jak pisał do amba­sa­dora, „we wszyst­kich swych poli­tycz­nych opi­niach idzie w ślady swo­jego Mistrza. Powszech­nie uważa się oczy­wi­ście, że Mistrz naśla­duje Maj­skiego”. W 1942 roku Beaver­brook stał się też żar­li­wym orę­dow­ni­kiem utwo­rze­nia dru­giego frontu.

Grzecz­ność za grzecz­ność. „Ośmie­lam się speł­nić daną Panu obiet­nicę – pisał Maj­ski do Beaver­bro­oka – i mam nadzieję, że przy­pad­nie panu do gustu rosyj­ska wódka, którą panu posy­łam. Żona moja zapewne opo­wia­dała Panu coś nie­coś o rosyj­skim likie­rze »Zapien­kanka«; dołą­cza bowiem próbkę i spo­dziewa się, że Panu zasma­kuje”. Wil­liam Cam­rose, redak­tor naczelny kon­ser­wa­tyw­nego „Daily Tele­graph”, wyraź­nie chwa­lił sobie coroczne dostawy rosyj­skiego kawioru przy­sy­łane przez amba­sa­dora przed Bożym Naro­dze­niem:

„Drogi Panie Amba­sa­do­rze!

Żaden dar nie byłby bar­dziej sto­sowny i milej widziany niż puszki prze­pysz­nego kawioru, które otrzy­ma­łem wczo­raj wie­czo­rem.

Gdyby nawet Rosja nie dała światu żad­nych innych dóbr, sam tylko kawior byłby jej wiel­kim darem dla cywi­li­za­cji! Sto­krotne dzięki za pamięć”.

Fore­ign Office zde­cy­do­wa­nie krzywo patrzyło na to, że Maj­ski, „bez żad­nych ogra­ni­czeń robi sobie, co mu się podoba”, i ma „swo­bodny dostęp mię­dzy innymi do wszyst­kich mini­strów, z czego gor­li­wie korzy­sta”. Przy tym, jak z nie­chę­cią twier­dził Ale­xan­der Cado­gan, stały pod­se­kre­tarz stanu, „nie da się wykryć żad­nej oso­bi­stej sła­bostki pana Maj­skiego, która pomo­głaby sekre­ta­rzowi stanu albo pre­mie­rowi zna­leźć dla niego sto­sowny pre­zent”. Ofi­cjalne upo­mnie­nia oka­zały się rów­nie mało sku­teczne.

Z racji swych upodo­bań ide­olo­gicz­nych Maj­ski szu­kał bli­skich kon­tak­tów z City, która jego zda­niem kon­tro­lo­wała poli­tykę bry­tyj­ską. Zaraz po przy­by­ciu do Lon­dynu popro­sił swego sta­rego przy­ja­ciela H.G. Wel­lsa, by zor­ga­ni­zo­wał mu „nie­ofi­cjalne spo­tka­nie z »kil­koma inte­li­gent­nymi ban­kow­cami« […], z któ­rymi można by sen­sow­nie poroz­ma­wiać”. Wells zro­bił, o co go popro­szono. „Nie zro­bi­li­śmy nic – pona­glał Bren­dana Brac­kena – by zaspo­koić cho­ro­bliwą potrzebę Maj­skiego pokle­pa­nia ban­kie­rów po ple­cach i przej­ścia z nimi na ty”. Fran­cis Wil­liams, naczelny „Daily Herald”, wspo­mina, jak pod­czas pysz­nego lun­chu en deux w amba­sa­dzie zasko­czyła go nie­sły­cha­nie miła i kul­tu­ralna roz­mowa o lon­dyń­skim teatrze i lite­ra­tu­rze. Jed­nak gdy tylko „wyglą­da­jący z angiel­ska” kamer­dy­ner zosta­wił ich samych przy kawie i brandy, Maj­ski oznaj­mił swo­jemu gościowi, że bar­dzo ceni sobie jego rubrykę o City. Wil­liams poczuł się „odro­binę nie­kom­for­towo”, gdy po wypo­wie­dzi o skali nie­miec­kich inte­re­sów w City Maj­ski zaczął wypy­ty­wać go o ogólne nasta­wie­nie w City i jej wpływ na rząd Wiel­kiej Bry­ta­nii. Zorien­to­wał się, jak póź­niej przy­znał, „że jest to naj­de­li­kat­niej­sza forma son­do­wa­nia, na ile z rosyj­skiego punktu widze­nia jestem »godny zaufa­nia«”. Żegna­jąc się, Maj­ski wyra­ził nadzieję na jakiś wspólny lunch w przy­szło­ści i bez mru­gnię­cia okiem wysu­nął nastę­pu­jącą pro­po­zy­cję:

– Czy nie roz­wa­żyłby pan napi­sa­nia dla mnie od czasu do czasu infor­ma­cji o insty­tu­cjach i wyda­rze­niach w City? Bar­dzo by mnie to inte­re­so­wało. Jest z pew­no­ścią wiele spraw, któ­rych nie może pan opu­bli­ko­wać dru­kiem. Byłaby to rzecz bez­cenna, a my („my” zostało leciutko zaak­cen­to­wane), byli­by­śmy nie­zwy­kle wdzięczni.

Załącz­ni­kami do powyż­szego były przy­sy­łane co roku przed Bożym Naro­dze­niem słoik kawioru i butelka wódki z oso­bi­stymi życze­niami od amba­sa­dora. Jak wyraź­nie wynika z dzien­ni­ków, gra­nicę sza­rej strefy mię­dzy zwer­bo­wa­niem a zacho­wa­niem etyki zawo­do­wej prze­kra­czało wielu czo­ło­wych publi­cy­stów i dzien­ni­ka­rzy, a nawet poli­ty­ków.

Spu­ści­zna przyj­mo­wa­nych z góry (podob­nie jak dziś) poglą­dów na temat Rosji i jej miesz­kań­ców – naj­bar­dziej zgubna cecha sto­sun­ków bry­tyj­sko-rosyj­skich, począw­szy od XVIII wieku – spra­wiła, że pozy­cja Maj­skiego w Lon­dy­nie była wyjąt­kowo nie­pewna. Nie poma­gał mu też tra­dy­cyjny dla Rosji kse­no­fo­biczny punkt widze­nia, na który nało­żyła się jesz­cze rewo­lu­cyjna skłon­ność Sowie­tów do demo­ni­zo­wa­nia bur­żu­azji Zachodu. Maj­ski, mimo że powszech­nie uzna­wany za bodaj naj­wy­bit­niej­szego i naj­le­piej poin­for­mo­wa­nego amba­sa­dora przy Dwo­rze Świę­tego Jakuba, spo­ty­kał się z bra­kiem zaufa­nia gra­ni­czą­cym z wro­go­ścią. Na prze­szko­dzie jego misji stało dzie­dzic­two wie­lo­let­niej nie­uf­no­ści i wza­jem­nych podej­rzeń, a popu­lar­ność, jaką sobie zdo­był, budziła „iry­ta­cję i pogardę” wyż­szych sfer, dla któ­rych czę­sto był tylko „tatar­skim Żyd­kiem”. Nawet przy­ja­ciele nie potra­fili powstrzy­mać się od alu­zji do jego postury Fal­staffa. „Sie­dzi w tym swoim brzyd­kim wik­to­riań­skim gabi­ne­cie – pisał zja­dli­wie w dzien­niku Harold Nicol­son – jak mały gnom w fotelu, kręci młynka, bły­ska okiem i jakby sto­pami nie się­gał pod­łogi”. Mie­szane odczu­cia naj­le­piej bodaj ujął gene­rał Edward Spe­ars: „Mocno zbu­do­wany, naj­wy­raź­niej bar­dzo silny i bystry, typowy Tatar, bez wąt­pie­nia okrutny tak jak ludzie jego rasy” – pisał nie­po­mny, że Maj­ski miał, przy­naj­mniej ze strony ojca, korze­nie pol­skie i pocho­dził ze strefy osie­dle­nia (zachod­nia część impe­rium rosyj­skiego – przyp. tłum.), gdzie wolno było miesz­kać Żydom. Beatrice Webb, bli­ska zna­joma Maj­skiego, zasta­na­wiała się: „Co też ary­sto­krata Eden, faszy­stow­ski cza­ruś Grandi czy też nazi­stow­ska kana­lia von Rib­ben­trop czują w sto­sunku do tego przy­sa­dzi­stego i brzyd­kiego sowiec­kiego wysłan­nika, pół-Żyda, pół-Tatara, który wygląda raczej na chy­trego biz­nes­mena robią­cego inte­resy na świa­to­wym rynku niż na zawo­do­wego dyplo­matę poru­sza­ją­cego się wśród rzą­dzą­cych tego świata. Połowa rządu i połowa Fore­ign Office uważa go za wroga numer jeden, pod­czas gdy inni zer­kają ner­wowo ku niemu jako ewen­tu­al­nemu sojusz­ni­kowi w rato­wa­niu Impe­rium Bry­tyj­skiego przed agre­sywną zazdro­ścią Nie­miec i Włoch.

Malow­ni­czy opis takiego stanu rze­czy poja­wia się we wra­że­niach Harolda Nichol­sona z lun­chu wyda­nego przez Maj­skiego w amba­sa­dzie sowiec­kiej:

„Drzwi otwo­rzył dżen­tel­men w mięk­kim koł­nie­rzyku i z żół­tym, szcze­ci­nia­stym wąsem. Wpro­wa­dzono mnie do wyjąt­kowo okrop­nego pomiesz­cze­nia, gdzie wylew­nie powi­tał mnie pan Maj­ski […]. W tym ponu­rym holu podano nam sma­ku­jącą kor­kiem sherry, tym­cza­sem czło­wiek ze szcze­ci­nia­stym wąsem i nie­zbyt pocią­ga­jąca młoda chłopka nosili zastawę i banany do sąsied­niego pokoju.

Prze­szli­śmy na lunch podany w ogro­dzie zimo­wym, bar­dziej zimo­wym niż ogro­dzie. Zaczę­li­śmy od kawioru, dobrego zresztą. Potem był nieco wil­gotny mar­twy pstrąg. Po nim dosta­li­śmy coś, co w domach opieki nazywa się gala­retką owo­cową… Przez cały czas czu­łem, że jest w tym wszyst­kim coś dobrze mi zna­nego. Na pewno nie była to Rosja, jaką pamię­tam. I nagle zda­łem sobie sprawę, że to Wschód. Oni bawili się w Euro­pej­czy­ków […]. To Azja”10.

Innym jed­nak, na przy­kład labo­urzy­ście Her­ber­towi Mor­ri­so­nowi, Maj­ski jawił się jako „prze­ko­nu­jący roz­mówca”, który potra­fił „argu­men­to­wać barw­nie i roz­sąd­nie, z nie­mal zachod­nim obiek­ty­wi­zmem, co spra­wiało, że dys­ku­sja z nim – ina­czej niż w przy­padku więk­szo­ści komu­ni­stów – była inspi­ru­jąca i poży­teczna”. Rab Butler, ówcze­sny pod­se­kre­tarz stanu w Mini­ster­stwie Spraw Zagra­nicz­nych, uwa­żał, że ze wszyst­kich zagra­nicz­nych przed­sta­wi­cieli w Lon­dy­nie Maj­ski jest „nie­wąt­pli­wie naj­bar­dziej kon­se­kwentny”. Ber­nard Pares, nestor bry­tyj­skich histo­ry­ków zaj­mu­ją­cych się Rosją, zachwy­cał się, że ni­gdy nie usły­szał od Maj­skiego „pro­gnozy, która by się nie spraw­dziła”. I wresz­cie Bruce Loc­khart11 przy­zna­wał, że Maj­ski „dokład­nie zna Anglię; zda­niem nie­któ­rych nawet zbyt dokład­nie. Kiedy się poże­gna­łem, pomy­śla­łem jed­nak, że długo teraz będziemy cze­kać na rów­nie dobrego amba­sa­dora Rosji”.

W prze­ci­wień­stwie do suro­wego i szorst­kiego obej­ścia wła­ści­wego póź­niej­szej „sta­li­now­skiej szkole dyplo­ma­cji” Maj­ski i jego żona Agnija robili co mogli, by zjed­ny­wać sobie bry­tyj­ską opi­nię publiczną auten­tyczną życz­li­wo­ścią. Na obia­dach u Maj­skich kon­ser­wa­ty­ści byli rów­nie mile widziani, jak i labo­urzy­ści. Po przy­by­ciu do Lon­dynu Maj­ski popro­sił Bruce’a Loc­kharta, by wpro­wa­dził go do lon­dyń­skiego towa­rzy­stwa. Loc­khart, nieco zasko­czony, odparł, że Maj­ski zapewne zna bry­tyj­skich socja­li­stów lepiej niż on sam. – Ow­szem – odpo­wie­dział amba­sa­dor – ale chcę poznać wię­cej ludzi rzą­dzą­cych tym kra­jem. – Jak dało się zauwa­żyć, począt­kowo na przy­ję­ciach u Maj­skiego „pełno było lewi­cow­ców w oso­bli­wych ubra­niach […] stop­niowo goście zmie­niali czer­wone kra­waty na koszule ze sztyw­nym koł­nie­rzy­kiem i stroje wie­czo­rowe, aż pew­nego dnia H.G. Wells, który przy­szedł na uro­czy­ste przy­ję­cie w zwy­kłym gar­ni­tu­rze, stwier­dził, że jest jedy­nym tak ubra­nym gościem”.

Nawet w naj­trud­niej­szym okre­sie, gdy pod­pi­sano pakt sowiecko-nie­miecki i gdy Sowieci toczyli wojnę z Fin­lan­dią, Maj­ski stra­cił nie­wielu przy­ja­ciół. Louis Fischer, dobrze poin­for­mo­wany dzien­ni­karz zaj­mu­jący się spra­wami mię­dzy­na­ro­do­wymi, opi­sy­wał, jak amba­sa­dor sowiecki „z nie­sły­cha­nym zaan­ga­żo­wa­niem i odda­niem […] pie­lę­gnuje zna­jo­mo­ści z wie­loma waż­nymi posta­ciami bry­tyj­skiego życia poli­tycz­nego”, pod­czas gdy „jego atrak­cyjna żona zyskuje mu popu­lar­ność w wyż­szych sfe­rach”. Byli z Agniją nie­roz­łączni; w rzad­kich przy­pad­kach, gdy po dro­dze z kon­fe­ren­cji Ligi Naro­dów w Gene­wie pozwa­lała sobie na dłuż­sze zakupy w Paryżu, czuł się zagu­biony. „Naj­droż­szy Tur­czyku – pisał do niej wtedy – nudzę się śmier­tel­nie. Nie tylko jestem samotny, kom­plet­nie sam w czte­rech ścia­nach, ale nawet do wczo­raj nie wyściu­bi­łem nosa na ulicę […] dużo czy­tam, słu­cham radia i płyt. Maru­sia karmi mnie cał­kiem dobrze i w domu w ogóle wszystko w porządku […]. Nie mogę się Cie­bie docze­kać. Mocno całuję mojego Tur­czyka i cze­kam z nie­cier­pli­wo­ścią. Michaj­łycz”.

Dru­żyna: amba­sa­dor Maj­ski z żoną Agniją w oran­że­rii Amba­sady ZSRS w Lon­dy­nie

Two­rzyli parę „sil­nie skon­tra­sto­wa­nych tem­pe­ra­men­tów: ona wesoła, pewna sie­bie, bez­kom­pro­mi­sowa rewo­lu­cjo­nistka; on spo­kojny, cza­sem lekko zanie­po­ko­jony; lojalny i oddany amba­sa­dor swego kraju, ale dość libe­ralny w poglą­dach”12. Oboje zachły­snęli się kom­for­tem i splen­do­rem życia w Lon­dy­nie. Her­bert Mor­ri­son pisał, że Agnija „była zachwy­cona poby­tem w Lon­dy­nie, bo podzi­wiała lon­dyń­czy­ków i lubiła ich styl. Pamię­tam, jak na przy­ję­ciu w amba­sa­dzie sowiec­kiej sta­ra­łem się sta­nąć na wyso­ko­ści zada­nia, gdy bła­gała mnie, bym nauczył ją lam­beth walka13. Zawsze o tym pamię­tała. Kobieta o „sta­ro­świec­kim wdzięku i dobrych manie­rach, ładna”, przy tym „dobrze ubrana”; była jed­nak kry­ty­ko­wana w Par­la­men­cie za „wyda­nie 1500 gwi­nei na futro z norek”, w cza­sie gdy „Niemcy bili na głowę” rosyj­skie woj­ska, a ona sama zbie­rała w fabry­kach pie­nią­dze na Czer­wony Krzyż. W póź­nych latach dwu­dzie­stych Nar­ko­min­dieł (sowiec­kie Mini­ster­stwo Spraw Zagra­nicz­nych) zało­żył przed­się­bior­stwo kra­wiec­kie szy­jące ubra­nia dla dyplo­ma­tów i ich żon. Zda­niem Beatrice Webb, zorien­to­wa­nej w haute couture, były to stroje „zapro­jek­to­wane sta­ran­nie, zgod­nie z modą panu­jącą na dwo­rach i w sto­li­cach państw, do któ­rych się uda­wali. Tłu­ma­czy to ele­gan­cję pani Maj­skiej i pani Litwi­now, sze­roko komen­to­waną w pismach poświę­co­nych modzie”. Nie doty­czyło to amba­sa­dora, któ­rego „przy­sa­dzi­sta figura odziana była czę­sto w swo­bodny strój, nosił luźne, jasne ubra­nia o zupeł­nie nie­sza­blo­no­wym kroju i kolo­rze”. Agnija, ide­olo­gicz­nie zde­cy­do­wa­nie bar­dziej wojow­ni­czo nasta­wiona niż jej mąż, potra­fiła być zadziorna i dać upust emo­cjom. Na przy­ję­ciu w Pałacu Buc­kin­gham jedna z dam dworu caro­wej Rosji miała na szyi meda­lion z podo­bi­zną wład­czyni. Cho­dziły plotki, że pani Maj­ska „napluła na ten wize­ru­nek”.

Dru­żyna: Iwan i Agnija piją angiel­ską her­batę w oran­że­rii Amba­sady ZSRS w Lon­dy­nie

Z dzien­ni­ków Maj­skiego wyła­nia się zdu­mie­wa­jący zakres swo­body dzia­ła­nia pozo­sta­wia­nej amba­sa­do­rom nawet za naj­bar­dziej auto­ry­tar­nych rzą­dów Sta­lina. Wiele ini­cja­tyw autora zaak­cep­to­wano i przy­jęto jako ele­ment poli­tyki, cza­sem nawet wbrew poglą­dom panu­ją­cym na Kremlu; naj­bar­dziej zna­mien­nym tego przy­kła­dem było kon­se­kwentne popar­cie dla nego­cja­cji w spra­wie soju­szu trój­stron­nego z Zacho­dem pro­wa­dzo­nych na początku 1939 roku i kam­pa­nia na rzecz utwo­rze­nia dru­giego frontu w latach 1941–1943. By osią­gnąć cel, Maj­ski czę­sto musiał przy­pi­sy­wać wła­sne pomy­sły swoim bry­tyj­skim roz­mów­com, choć z archi­wów wynika, że ini­cja­tywa wycho­dziła z jego strony. W komen­ta­rzu zwra­cam uwagę czy­tel­nika na kilka takich przy­pad­ków; mię­dzy innymi na próby, jakie podej­mo­wał Maj­ski, by po przy­krych doświad­cze­niach zwią­za­nych z ukła­dem mona­chij­skim odwieść Sta­lina od myśli o izo­la­cjo­ni­zmie i zbli­że­niu z nazi­stow­skimi Niem­cami.

Nie udało mu się nato­miast prze­ko­nać Sta­lina i Litwi­nowa, by nie wyco­fy­wać się z Hisz­pa­nii. 1 paź­dzier­nika 1938 roku Maj­ski zapi­sał, że radził rzą­dowi, by trzy­mać się zasady zbio­ro­wego bez­pie­czeń­stwa; zacy­to­wał wtedy roz­mowę z Lloy­dem Geo­rge’em, który – przez niego zma­ni­pu­lo­wany – miał wykrzyk­nąć: – Bez względu na wszystko, nie wychodź­cie z Hisz­pa­nii! – a póź­niej twier­dził z upo­rem, że „izo­la­cjo­nizm będzie dla ZSSR złą poli­tyką”. To Maj­ski też wcze­śnie ostrze­gał o wra­że­niu, jakie wśród bry­tyj­skiej opi­nii publicz­nej wywo­łują infor­ma­cje o czyst­kach i suge­ro­wał, by wymie­rza­nie spra­wie­dli­wo­ści odby­wało się drogą pro­ce­sów sądo­wych. Póź­niej sygna­li­zo­wał Moskwie, że czystki w woj­sku będą miały fatalne skutki dla szans zawar­cia soju­szu trój­stron­nego. Dopro­wa­dził też do prze­ło­mo­wej wizyty Edena (a nie ówcze­snego mini­stra spraw zagra­nicz­nych, lorda Simona) w Moskwie w 1935 roku i jego spo­tka­nia ze Sta­li­nem. Już pod koniec 1937 roku suge­ro­wał Sta­li­nowi, jak trak­to­wać zwo­len­ni­ków ustępstw: – Niech „zachod­nie demo­kra­cje” odkryją karty w spra­wie agre­so­rów. Z jakiej racji mamy dla nich wycią­gać kasz­tany z ognia? Wal­czyć razem – oczy­wi­ście, jak naj­bar­dziej; słu­żyć jako mięso armat­nie – ni­gdy! – Słowa i poglądy amba­sa­dora Sta­lin rze­czy­wi­ście powtó­rzył nie­mal dosłow­nie w słyn­nym prze­mó­wie­niu z marca 1939 roku. W szczy­to­wym okre­sie pobytu Maj­skiego w Lon­dy­nie, gdy po ataku Nie­miec na Rosję Kreml ogar­nął para­liż, to wła­śnie Maj­ski inten­syw­nie pra­co­wał nad soju­szem, suge­ro­wał Chur­chil­lowi wygło­sze­nie słyn­nej póź­niej mowy i umoż­li­wił wizytę w Moskwie w lipcu 1941 roku Harry’ego Hop­kinsa, naj­bliż­szego doradcy Roose­velta, potem przy­jazd Edena w grud­niu tego samego roku i wresz­cie pierw­szą podróż do Moskwy Chur­chilla w sierp­niu roku 1942.

***

Maj­ski pisał swoje dzien­niki w szcze­gól­nych warun­kach, dla­tego konieczne są w nich pewne uzu­peł­nie­nia i wypeł­nie­nie luk. Poza tym dzien­nik ma sens tylko wtedy, gdy znany jest kon­tekst, w któ­rym powsta­wał, a to wyma­gało wni­kli­wych badań w archi­wach rosyj­skich i zachod­nich. Nale­żało też porów­nać zapisy Maj­skiego z pry­wat­nymi i ofi­cjal­nymi notat­kami z tych samych spo­tkań, spo­rzą­dza­nymi przez jego roz­mów­ców. Prze­ana­li­zo­wane też zostały pod tym kątem ofi­cjalne raporty amba­sa­dora. W peł­nym, trzy­to­mo­wym, opa­trzo­nym komen­ta­rzem wyda­niu dzien­ników znajdą się szcze­gó­łowe obja­śnie­nia i pełny wykaz źró­deł archi­wal­nych. Korzy­sta­łem głów­nie z mate­ria­łów Fore­ign Office, biura pre­miera, sze­fów szta­bów i pla­ni­stów połą­czo­nych sił mili­tar­nych, wywiadu woj­sko­wego, a także z licz­nych zbio­rów pry­wat­nych znaj­du­ją­cych się w doku­men­tach Fore­ign Office i bry­tyj­skich Natio­nal Archi­ves. Doku­menty nale­żące do Depar­ta­mentu Stanu, Depar­ta­mentu Wojny oraz innych insty­tu­cji pań­stwo­wych ana­li­zo­wa­łem w Natio­nal Archi­ves w Waszyng­to­nie. Dzięki mozol­nym sta­ra­niom uzy­ska­łem dostęp do ogrom­nej liczby źró­deł rosyj­skich, głów­nie w archi­wum Mini­ster­stwa Spraw Zagra­nicz­nych Rosji oraz w Archi­wum Woj­sko­wym i Archi­wum Pre­zy­denc­kim, jak rów­nież do doku­men­tów Sta­lina, zło­żo­nych nie­dawno w Archi­wum Pań­stwo­wym. Dotar­łem też do około 80 zbio­rów pry­wat­nych, przede wszyst­kim: Maj­skiego, Chur­chilla, lorda Beaver­bro­oka, Raba Butlera, Ale­xan­dra Cado­gana, Staf­forda Crip­psa, Davida Lloyda Geo­rge’a, lorda Hali­faksa, Harry’ego Hop­kinsa, Johna May­narda Key­nesa, Roberta Bruce’a Loc­kharta, gene­rała Geo­rge’a Mar­shalla, pre­zy­denta Roose­velta, Henry’ego Stim­sona, Alberta J. Sylve­stra, Roberta Van­sit­tarta i Beatrice Webb. Wszystko to uzu­peł­ni­łem wyczer­pu­ją­cymi bada­niami nad bar­dzo róż­no­rod­nymi dru­kami, opu­bli­ko­wa­nymi dzien­nikami i źró­dłami dru­go­rzęd­nymi, które zostaną w cało­ści przed­sta­wione w wyda­niu trzy­to­mo­wym.

Do ory­gi­nal­nego tek­stu dzien­ni­ków dołą­czone były liczne wycinki pra­sowe, kore­spon­den­cja, kopie depesz wymie­nia­nych pod­czas wojny przez Chur­chilla i Sta­lina. Więk­szość tych mate­ria­łów, opu­bli­ko­wana i obec­nie łatwo dostępna, została pomi­nięta w niniej­szym wyda­niu. W kilku przy­pad­kach dłu­gie rela­cje z roz­mów zapi­sane w dzien­niku posłu­żyły Maj­skiemu jako mate­riał do ofi­cjal­nych rapor­tów, z któ­rych część opu­bli­ko­wano, ale tylko w opra­co­wa­niach rosyj­skich.

Notki bio­gra­ficzne poja­wiają się przy wymie­nie­niu nazwi­ska po raz pierw­szy. W więk­szo­ści przy­pad­ków doty­czą pozy­cji zaj­mo­wa­nej przez wymie­nioną osobę w okre­sie obję­tym zapi­sami w dzien­niku. By uła­twić czy­tel­ni­kowi orien­ta­cję w skut­kach czy­stek prze­pro­wa­dzo­nych w kor­pu­sie dyplo­ma­tycz­nym, sta­ra­łem się prze­śle­dzić dal­sze losy ludzi zatrud­nio­nych w amba­sa­dzie w Lon­dy­nie i człon­ków sta­rej kadry Nar­ko­min­dieła usu­nię­tych w ramach repre­sji.

Do roku 1946 sowiecki mini­ster spraw zagra­nicz­nych nosił tytuł „ludo­wego komi­sa­rza spraw zagra­nicz­nych”; w roku 1941 „połpre­dów” (skrót od „полномочный представитель” – przed­sta­wi­ciel peł­no­mocny – przyp. tłum.) ofi­cjal­nie prze­mia­no­wano na amba­sa­do­rów, a w 1946 roku Nar­ko­min­dieł stał się Mini­ster­stwem Spraw Zagra­nicz­nych. W tek­ście sto­so­wa­łem naj­czę­ściej zachod­nie okre­śle­nia, uży­wane wtedy powszech­nie, także przez samych amba­sa­do­rów.

Dru­gim wyjąt­kiem była Alek­san­dra Koł­łon­taj, amba­sa­dor sowiecka w Sztok­hol­mie; zain­spi­ro­wana przez Maj­skiego, pro­wa­dziła dzien­nik, choć nie­re­gu­lar­nie. [wróć]

Patrz roz­dział „Cena sławy”. [wróć]

Patrz s. 394–396. [wróć]

Ta edy­cja uka­zała się w 2018 roku nakła­dem Yale Uni­ver­sity Press pt. The Com­plete Maisky Dia­ries, vol. I–III. [wróć]

Lenin. [wróć]

Patrz wpis z 19 stycz­nia 1943 roku. [wróć]

Before the Storm, Lon­don 1943; Jour­ney into the Past, Lon­don 1962; Who Hel­ped Hitler?, Lon­don 1964; Spa­nish Note­bo­oks, Lon­don 1966; Memo­irs of a Soviet Ambas­sa­dor: The War, 1939–1943, Lon­don 1967. [wróć]

O aresz­to­wa­niu i pro­ce­sie patrz roz­dział „Cena sławy. Repre­sje”. [wróć]

Maj­ski w fascy­nu­jący spo­sób opi­sał Moło­to­wowi swój modus ope­randi; patrz s. 406–407. [wróć]

Czy­ta­jąc te wspo­mnie­nia, wiele lat póź­niej Maj­ski stwier­dził: „Uwagi na temat mój i amba­sady sowiec­kiej nie są zbyt głę­bo­kie, ale bywają zabawne. Nie wie­dzia­łem, będąc w Lon­dy­nie, że taki z niego sma­kosz – zawsze opi­suje, co dostał do jedze­nia”. [wróć]

Sir Robert Hamil­ton Bruce Loc­khart, peł­niący obo­wiązki kon­sula gene­ral­nego w Moskwie w latach 1914–1917; stał na czele spe­cjal­nej misji wysła­nej do Moskwy w roku 1918, uwię­ziony tamże i wymie­niony na Litwi­nowa; w latach 1941–1945 był sze­fem Poli­ti­cal War­fare Exe­cu­tive (PWE, Kie­row­nic­two Wojny Poli­tycz­nej, powstałe z zaj­mu­ją­cego się pro­pa­gandą pionu SOE, czyli Spe­cial Ope­ra­tions Exe­cu­tive – Kie­row­nic­twa Ope­ra­cji Spe­cjal­nych – przyp. tłum.). [wróć]

Bez­czel­ność Agniji mie­wała dla Maj­skiego fatalne skutki; patrz. s. 508. [wróć]

Modny taniec ubo­gich warstw miesz­kań­ców Lon­dynu nawią­zu­jący do ich życia; wziął nazwę od pio­senki pocho­dzą­cej z wysta­wio­nego w 1937 roku musi­calu Me and My Girl.[wróć]

For­mo­wa­nie dyplo­maty sowiec­kiego

FOR­MO­WA­NIE DYPLO­MATY SOWIEC­KIEGO

Iwan Michaj­ło­wicz Lacho­wiecki uro­dził się 7 stycz­nia 1884 roku w sta­rym rosyj­skim mie­ście Kirył­łow w pobliżu Niż­nego Nowo­grodu, w kom­for­to­wym oto­cze­niu szla­chec­kiej sie­dziby, gdzie jego ojciec był nauczy­cie­lem syna wła­ści­cieli. Lite­racki pseu­do­nim „Maj­ski” przy­jął w 1909 roku, na emi­gra­cji w Niem­czech. Dzie­ciń­stwo spę­dził w Omsku na Sybe­rii, ponie­waż tam, po ukoń­cze­niu stu­diów medycz­nych w Peters­burgu, ojciec pra­co­wał jako lekarz. Michał Lacho­wiecki pocho­dził z pol­skich Żydów, co syn skrzęt­nie ukry­wał. W peł­nych uroku wspo­mnie­niach z dzie­ciń­stwa Maj­ski robił wszystko, by pod­kre­ślić ate­istyczną atmos­ferę domu, choć „ofi­cjal­nie oczy­wi­ście uwa­żani byli­śmy za pra­wo­sław­nych […], w szkole musia­łem uczyć się kate­chi­zmu, cho­dzić na nie­szpory w sobotę, na mszę w nie­dzielę i obo­wiąz­kowo do spo­wie­dzi przed Wiel­ka­nocą”. Trud­niej było pozbyć się „żydow­skiego wyglądu”. Maj­skiego brano za Żyda tak w Związku Sowiec­kim, jak i w Anglii. Sio­strze­niec zna­nego rosyj­skiego histo­ryka Jew­gie­nija Tar­lego opi­suje swoją ciotkę Manieczkę, która „miała nosa do Żydów wypro­mo­wa­nych pod­czas »rewo­lu­cji pro­le­ta­riac­kiej«”. Zwie­rzyła mu się ona, że jej zda­niem „Maj­ski wcale nie nazywa się Maj­ski, a tym bar­dziej »Iwan Michaj­ło­wicz«: raczej »Izaak Moj­sie­je­wicz«”. Jak wspo­mi­nał jeden z jego naj­bliż­szych bry­tyj­skich przy­ja­ciół, lewi­cowy żydow­ski wydawca Vic­tor Gol­lancz, Maj­ski opo­wia­dał „cudowne żydow­skie histo­ryjki. Mówił, że to ormiań­skie i z zachwy­tem słu­chał moich opo­wie­ści, które też nazy­wał ormiań­skimi”.

„Sekretną miło­ścią” i „moto­rem życia” ojca Maj­skiego było „uwiel­bie­nie nauki”. Wielki inte­lekt, nie­na­sy­cona cie­ka­wość, ofiarna praca i nie­po­ha­mo­wana ambi­cja – wszyst­kie te cechy spra­wiły, że dla syna stał się wspa­nia­łym wzo­rem do naśla­do­wa­nia i źró­dłem inspi­ra­cji. Pewną suro­wość i nieco skrytą naturę ojca łago­dziła matka, Nad­ieżda Iwa­nowna (z domu Dawi­dowa), wiej­ska nauczy­cielka o sze­ro­kich zain­te­re­so­wa­niach lite­rac­kich i arty­stycz­nych. Maj­ski wspo­mi­nał ją z czu­ło­ścią jako osobę o „wybu­cho­wym tem­pe­ra­men­cie – żywą, nie­kon­se­kwentną, poryw­czą i gada­tliwą […]. Miała w sobie coś nie­po­wta­rzal­nego, jakiś urok; przy­cią­gała do sie­bie ludzi i natych­miast sta­wała się ośrod­kiem zain­te­re­so­wa­nia”.

Maj­ski od wcze­snych lat miał kon­takt z lite­ra­turą. Na gęsto zasta­wio­nych domo­wych pół­kach stały pięk­nie opra­wione dzieła zebrane Szek­spira, Byrona i Schil­lera, ale też prace przed­sta­wi­cieli bar­dziej rady­kal­nej inte­li­gen­cji, takich jak: Nie­kra­sow, Dobro­liu­bow, Her­cen i Pisa­riew. Młody Iwan Michaj­ło­wicz dobrze orien­to­wał się w toczą­cej się wów­czas dys­ku­sji o celach lite­ra­tury i sztuki, o reali­zmie i este­ty­cy­zmie. W póź­niej­szych latach wpraw­dzie, z powo­dów oczy­wi­stych, twier­dził, że popiera „uty­li­ta­ry­stów”, w mło­do­ści jed­nak bez­kry­tycz­nie pochła­niał „stosy ksią­żek i cza­so­pism”. Zachły­snął się Heinem, który stał się na całe życie jego busolą i towa­rzy­szem. Por­tret poety powie­sił nad biur­kiem. Miał zale­d­wie 16 lat, gdy swój podziw wyra­ził w liście do Eli­za­wiety, kuzynki i powier­niczki:

„To naj­pięk­niej­sza twarz, jaką widzia­łem. Każ­dego dnia na nowo odkry­wam jego dosko­na­łość i jestem pewien, że ten wiecz­nie kpiący, wiecz­nie scep­tyczny Ary­sto­fa­nes XIX wieku to jeden z naj­więk­szych geniu­szy i sędziów duszy ludz­kiej w ogóle, a nam współ­cze­snych w szcze­gól­no­ści. Heine to ludz­kość. Uosa­bia ją w spo­sób abso­lut­nie dosko­nały jak nikt inny. Odbija się w nim wszystko, co w niej dobre i złe; roz­le­gła i barwna pano­rama ludz­kiego tar­go­wi­ska, wszyst­kie jego cier­pie­nia i cały smu­tek, wszy­stek gniew i obu­rze­nie”.

Lite­racka atmos­fera domu wyostrzyła w Maj­skim dar wni­kli­wej obser­wa­cji, wzmoc­nio­nej dodat­kowo bogatą wyobraź­nią i docie­kli­wo­ścią. Ufor­mo­wała jego zło­żoną oso­bo­wość, roman­tyczną i arty­styczną, ale także kie­ru­jącą się wiarą w „rozum, naukę, wie­dzę i prawo czło­wieka do pano­wa­nia nad życiem na ziemi”. Powie­ści otwarły mu okno na Europę i obu­dziły w mło­dym czło­wieku tęsk­notę za podró­żami oraz zain­te­re­so­wa­nie geo­gra­fią, co w efek­cie pod­czas pobytu na emi­gra­cji stop­niowo ukształ­to­wało jego kosmo­po­li­tyczne poglądy. Cie­ka­wość z kolei pod­sy­cał gwarny, tęt­niący życiem port w Omsku, gdzie Maj­ski spę­dzał każdą wolną chwilę, wędru­jąc po nabrze­żach obok parow­ców; „przy­glą­da­jąc się wszyst­kiemu, słu­cha­jąc i mysz­ku­jąc […], słu­cha­łem, jak piloci i mary­na­rze opo­wia­dali o swo­jej pracy, o przy­go­dach, o dale­kich mia­stach i miej­scach, jakie widzieli”.

Przy­kładny uczeń gim­na­zjum: młody Jan sie­dzi w pierw­szym rzę­dzie czwarty od lewej

Póź­niej, odtwa­rza­jąc swą rewo­lu­cyjną prze­szłość, zna­lazł w rodzi­nie wątek wywro­towy – duchow­nego, który w poło­wie XIX wieku porzu­cił Kościół i zwią­zał się z krę­gami rewo­lu­cjo­ni­stów. Twier­dził też, że jego rodzice sym­pa­ty­zo­wali z ruchem narod­ni­ków, że matka nawet cho­diła w narod, a ojciec popadł w kon­flikt z wła­dzami szpi­tala, gdzie pra­co­wał, ponie­waż w roku 1905 nie powstrzy­mał mło­dych pod­cho­rą­żych sani­tar­nych przed gło­sze­niem rewo­lu­cyj­nych idei. Maj­ski przy­wią­zy­wał wielką wagę do szcze­gól­nych sto­sun­ków ze swym arty­stycz­nie uta­len­to­wa­nym wujem M.M. Cze­mo­da­no­wem, leka­rzem ziem­stwa, żyją­cym w odle­głej wio­sce i luźno zwią­za­nym z dzia­łal­no­ścią rewo­lu­cyjną. Zasad­ni­czo jed­nak śro­do­wi­sko i wykształ­ce­nie Maj­skiego było w typowy dla pra­cu­ją­cej klasy śred­niej spo­sób pozba­wione jakiej­kol­wiek świa­do­mo­ści poli­tycz­nej.

Mając lat 17 ukoń­czył ze zło­tym meda­lem gim­na­zjum w Omsku, po czym wstą­pił na uni­wer­sy­tet w St. Peters­burgu. Stu­dio­wał histo­rię i filo­lo­gię. W tym samym cza­sie zauwa­żono jego talent lite­racki – pismo „Cибирская Жизнь” („Życie Sybe­rii”) zamie­ściło jego pierw­szy wiersz Chciał­bym być wielką burzą, pod­pi­sany pseu­do­ni­mem „Nowy czło­wiek”. Uni­wer­sy­tecką edu­ka­cję gwał­tow­nie i przed­wcze­śnie prze­rwało aresz­to­wa­nie i oskar­że­nie o agi­ta­cję rewo­lu­cyjną. Maj­skiego objęto poli­cyj­nym nad­zo­rem w Omsku, gdzie zwią­zał się z mien­sze­wic­kim skrzy­dłem socjal­de­mo­kra­cji rosyj­skiej. W 1906 roku zatrzy­mano go ponow­nie za czynny udział w rewo­lu­cji 1905 roku i ska­zano na wygna­nie do Tobol­ska. Tam powstał jego ręko­pis inspi­ro­wany pracą History of Trade Unio­nism (Histo­ria ruchu związ­ko­wego) Beatrice i Sid­neya Web­bów. Maj­ski tra­fił na tę książkę przy­pad­kowo za stu­denc­kich cza­sów w Peters­burgu. Póź­niej zwie­rzał się Beatrice i Sid­ney­owi, że „miała ona ogromny wpływ” na jego poli­tyczną edu­ka­cję. – W pew­nej mie­rze pomo­gła mi odna­leźć drogę, którą kro­czy­łem w póź­niej­szym życiu – twier­dził. „Żad­nej powie­ści – pisał w 1901 roku do swo­jej kuzynki – nie czy­ta­łem z takim zachwy­tem jak książkę Web­bów! Jakże marny, nędzny i non­sen­sowny wydaje mi się cały mój wcze­śniej­szy lite­racki entu­zjazm!”. Ewo­lu­cyjny fabia­nizm, z moc­nym wąt­kiem spo­łeczno-huma­ni­stycz­nym, odpo­wia­dał tem­pe­ra­men­towi Maj­skiego i słu­żył mu za poli­tyczny dro­go­wskaz; jego ślady zawsze tliły się gdzieś pod powierzch­nią, nawet gdy Maj­ski musiał zerwać z mien­sze­wicką prze­szło­ścią i demon­stro­wać wier­ność bol­sze­wi­zmowi. Bli­skie kon­takty z Web­bami, jakie nawią­zał po przy­jeź­dzie do Anglii, utrzy­my­wał do końca życia, o czym świad­czą dzien­niki nie tylko jego wła­sne, ale i Beatrice Webb.

Osta­tecz­nie Maj­skiemu zła­go­dzono wyrok i ska­zano go na emi­gra­cję. We wspo­mnie­niach, pisa­nych gdy na fali czy­stek będą­cych następ­stwem paktu Rib­ben­trop–Moło­tow jego noto­wa­nia w Moskwie spa­dły, twier­dzi, że do wyjazdu cią­gnęła go chęć bada­nia „socja­li­zmu i euro­pej­skich ruchów robot­ni­czych”. Wydaje się jed­nak, że urok emi­gra­cji tkwił głę­biej i wią­zał się z nutką kosmo­po­li­ty­zmu i ogrom­nej cie­ka­wo­ści, się­ga­ją­cej lat dzie­ciń­stwa, gdy towa­rzy­szył w dale­kich roz­jaz­dach po Sybe­rii ojcu, który uwa­żał, że „nic tak nie roz­wija dziecka jak podróże i pozna­wa­nie nowych miejsc, nowych ludzi, nowych ras i oby­cza­jów”. Gdy rodzina prze­pro­wa­dziła się na rok do Peters­burga, dzie­wię­cio­letni Iwan z zachwy­tem „wysta­wał na gra­ni­to­wych nabrze­żach Newy, obser­wu­jąc skom­pli­ko­wane manewry łodzi fiń­skich, zała­du­nek obcych stat­ków i małe fiń­skie parowce sunące żwawo w różne strony jak ciem­no­nie­bie­skie żuki”. Emi­gra­cja wzmo­gła w nim jesz­cze stały podziw dla kul­tury euro­pej­skiej, zwłasz­cza nie­miec­kiej, co otwar­cie przy­zna­wał w liście do matki: „Wciąż jestem nie­sły­cha­nie szczę­śliwy z pobytu za gra­nicą. Czuję, że roz­wijam się tu szybko i inten­syw­nie, duchowo i umy­słowo. Szcze­rze mówiąc, jestem nie­mal wdzięczny oko­licz­no­ściom, które kazały mi porzu­cić rosyj­ską zie­mię.” „Lubię podró­żo­wać – zwie­rzał się po latach Ber­nar­dowi Sha­wowi – i sporo jeź­dzi­łem po Euro­pie i Azji […]. Na widok ludzi wsia­da­ją­cych do pociągu, na sta­tek lub do samo­lotu ogar­nia mnie roman­tyczny nastrój”.

Po krót­kim poby­cie w Szwaj­ca­rii Maj­ski osiadł w Mona­chium, ówcze­snym cen­trum rosyj­skich emi­gran­tów i arty­stów, zwłasz­cza śro­do­wi­ska Kan­din­sky’ego. Zwią­zany był wpraw­dzie z rosyj­skim ruchem rewo­lu­cyj­nym, ale rów­nie mocno zaan­ga­żo­wał się w dzia­ła­nia Socjal­de­mo­kra­tycz­nej Par­tii Nie­miec oraz związ­ków zawo­do­wych. Sto­pień magi­stra eko­no­mii uzy­skał na Uni­wer­sy­te­cie Mona­chij­skim i dalece posu­nął już pracę nad roz­prawą dok­tor­ską, gdy nastą­piła nie­prze­wi­dziana –i pro­ro­cza – zmiana pla­nów. Zano­siło się na wojnę. Maj­ski wyemi­gro­wał do Lon­dynu. Koczow­ni­czy tryb życia odpo­wia­dał jego natu­rze:

„Po Niem­czech bar­dzo dobrze będzie poznać życie i ludzi w Wiel­kiej Bry­ta­nii; zresztą i tak jest mi obo­jętne, gdzie miesz­kam: w Mona­chium czy w Lon­dy­nie. W dro­dze do Anglii zatrzy­mam się na tydzień w Paryżu, żeby rzu­cić okiem na mia­sto […]. A potem ruszę do bry­tyj­skiej sto­licy. Nowe kraje budzą we mnie wiel­kie zain­te­re­so­wa­nie i ocze­ki­wa­nia; zoba­czymy, czy te ostat­nie się zisz­czą. Osta­tecz­nie uwa­żam, że naj­więk­szym uro­kiem życia są cią­gle nowe wra­że­nia, a nic temu nie sprzyja lepiej niż podróż, szyb­kie prze­no­sze­nie się z jed­nego miej­sca na dru­gie”.

Pierw­sze spo­tka­nie Maj­skiego z Lon­dy­nem w listo­pa­dzie 1912 roku raczej nie zapo­wia­dało jego póź­niej­szej fascy­na­cji Anglią. Rosyj­skie wycho­wa­nie i śro­do­wi­sko nie­miec­kich socja­li­stów nie pre­de­sty­no­wało go do śle­pych zachwy­tów nad bry­tyj­skim libe­ra­li­zmem, wła­ści­wych wielu XIX-wiecz­nym roman­tycz­nym wygnań­com. „Lon­dyn – jak pisał – połknął go i zadu­sił”. Maj­ski nie znał języka i poczuł się zagu­biony w tym „ogrom­nym kamien­nym oce­anie” . Z listu do matki prze­bi­jały pierw­sze, posępne wra­że­nia:

„Lon­dyn jest oczy­wi­ście bar­dzo cie­kawy z poli­tycz­nego i spo­łeczno-eko­no­micz­nego punktu widze­nia, i wcale mi nie żal, że spę­dzam tu tego­roczną zimę. Nie chciał­bym jed­nak zostać w tych stro­nach zbyt długo. Na samą myśl, że utknął­bym tu na zawsze, czuję prze­raź­liwą nudę. Nie, Lon­dyn zde­cy­do­wa­nie mi się nie podoba! Wielki, ciemny i brudny, nie­wy­godny, z mono­ton­nymi rzę­dami iden­tycz­nych dom­ków, wiecz­nie spo­wity mgłą […] słońca nie widzi się tu tygo­dniami i jest to strasz­li­wie przy­gnę­bia­jące. Rozu­miem teraz, dla­czego spleen nazywa się cho­robą angiel­ską i rozu­miem, czemu Heine tak nie lubił kraju dum­nych Bry­tyj­czy­ków. »Ocean pochło­nąłby Anglię już dawno« – stwier­dził kie­dyś – »gdyby nie bał się, że mu to zaszko­dzi na żołą­dek«. Nie­wiele się mylił: połknąć taki »orzech« jak Anglia nie byłoby łatwo”.

Jed­nak lata spę­dzone w Lon­dy­nie, a także przy­jaźń z Gie­or­gi­jem Wasil­je­wi­czem Czi­cze­ri­nem i Mak­si­mem Mak­si­mo­wi­czem Litwi­no­wem (któ­rzy przez dwa­dzie­ścia lat jako komi­sa­rze spraw zagra­nicz­nych kie­ro­wali sowiecką poli­tyką zagra­niczną), oka­zały się nie­zwy­kle ważne dla póź­niej­szej kariery Maj­skiego. Połą­czyła całą trójkę przy­szła żona Litwi­nowa, Ivy, uro­dzona w Lon­dy­nie jako owoc trud­nego do wyobra­że­nia związku żydow­skiego inte­lek­tu­ali­sty i córki puł­kow­nika wojsk indyj­skich. Ivy, non­kon­for­mistka, pisarka i bun­tow­niczka, zatrud­niona w fir­mie ubez­pie­cze­nio­wej, wytchnie­nie od pogar­dza­nej pracy znaj­do­wała w domu wujo­stwa Ede­rów, lewi­co­wych inte­lek­tu­ali­stów, w Gol­ders Green. Odby­wały się tam inte­re­su­jące spo­tka­nia z udzia­łem rewo­lu­cjo­ni­stów, zwo­len­ni­ków Freuda, fabia­nów, a także przed­sta­wi­cieli świata lite­ra­tury, takich jak Ber­nard Shaw i H.G. Wells. Maj­ski bywał tam czę­stym gościem i wła­śnie w domu Ede­rów zacie­śnił przy­jaźń z Litwi­no­wem i Czi­cze­ri­nem.

Cała trójka miesz­kała bli­sko sie­bie, naj­pierw w Gol­ders Green, a póź­niej w Hamp­stead Heath, w roj­nej kolo­nii uchodź­ców poli­tycz­nych, któ­rzy nawią­zy­wali więzi ponad podzia­łami ist­nie­ją­cymi w rosyj­skim ruchu socja­li­stycz­nym.

Czi­cze­rin, rodem z ary­sto­kra­tycz­nej rodziny się­ga­ją­cej korze­niami cza­sów cara Iwana III, kiedy to w Rosji osiadł jej zało­ży­ciel, dwo­rza­nin przy­były z Ita­lii, wcze­śniej pra­co­wał w archi­wum car­skiego Mini­ster­stwa Spraw Zagra­nicz­nych. Wszech­stron­nie wykształ­cony, na doda­tek obda­rzony ency­klo­pe­dyczną pamię­cią, był czło­wie­kiem rene­sansu, dobrze obe­zna­nym ze spra­wami lite­ra­tury i kul­tury, przy tym zna­ko­mi­tym pia­ni­stą i auto­rem wysoko cenio­nej książki o ope­rach Mozarta. W Lon­dy­nie sty­li­zo­wał się na eks­cen­tryka i ascetę i obra­cał się w krę­gach bohemy. Gnę­biony wyrzu­tami sumie­nia, naj­pierw stał się uczniem Toł­stoja, a potem dołą­czył do rosyj­skiego ruchu rewo­lu­cyj­nego na emi­gra­cji, skła­nia­jąc się ku mien­sze­wi­kom. To krót­ko­trwałe odchy­le­nie nie prze­szko­dziło póź­niej Leni­nowi mia­no­wać go ludo­wym komi­sa­rzem spraw zagra­nicz­nych. Pod­pis Czi­cze­rina wid­nieje pod ukła­dami z Brze­ścia Litew­skiego i Rapallo, czyli dwoma fila­rami sowiec­kiej dyplo­ma­cji.

Litwi­now, czło­wiek ze skrom­nego śro­do­wi­ska żydow­skiego, pozba­wiony pre­ten­sji inte­lek­tu­al­nych, wyka­zy­wał póź­niej, pra­cu­jąc w Nar­ko­min­diele, skru­pu­lat­ność dopro­wa­dzaną do prze­sady; pedan­tycz­nie prze­strze­gał zasad i ety­kiety dyplo­ma­tycz­nej i nie zawsze liczył się z narzu­ca­nymi mu ogra­ni­cze­niami natury ide­olo­gicz­nej. Co dziwne, mimo jaw­nej oso­bi­stej pogardy, jaką żywił dla Czi­cze­rina, potra­fił współ­pra­co­wać z nim zgod­nie przez bli­sko dekadę.

Zanim spo­tkał w Lon­dy­nie Maj­skiego, młod­szego od niego o osiem lat, zdą­żył już doro­bić się opi­nii zapra­wio­nego w boju rewo­lu­cjo­ni­sty. W spo­sób zupeł­nie natu­ralny stał się więc men­to­rem Iwana Michaj­ło­wi­cza, wpro­wa­dza­jąc go w sprawy Anglii, jej insty­tu­cje poli­tyczne, kul­turę i sze­roki krąg ludzi. Zjed­nał sobie Maj­skiego: sil­nym cha­rak­te­rem, umie­jęt­no­ścią uchwy­ce­nia istoty pro­blemu bez zagłę­bia­nia się w detale oraz skłon­no­ścią do iro­nii.

Wybuch I wojny świa­to­wej spo­wo­do­wał jed­nak pewne ozię­bie­nie sto­sun­ków mię­dzy oboma panami, co póź­niej popsuło też ich rela­cje zawo­dowe. Litwi­now opo­wie­dział się za gło­szo­nym przez Lenina rewo­lu­cyj­nym defe­ty­zmem, nato­miast Maj­ski poparł inter­na­cjo­na­li­styczne, pacy­fi­styczne sta­no­wi­sko mien­sze­wi­ków, dążą­cych do zakoń­cze­nia wojny. Przez jakiś czas nawet mocno inte­re­so­wał się popu­lar­nymi wów­czas ide­ami lan­so­wa­nego przez Frie­dri­cha Naumanna ruchu Mit­te­leu­ropy, który pró­bo­wał połą­czyć dwa naj­po­tęż­niej­sze nurty nie­miec­kiej histo­rii – naro­dowo-bur­żu­azyjny i pro­le­ta­riacki, ukie­run­ko­wany na kwe­stie spo­łeczne, a póź­niej dążył do syn­tezy zasad chrze­ści­jań­stwa z nie­miec­kim ide­ali­zmem, huma­ni­zmu z soli­dar­no­ścią kla­sową i demo­kra­cją. Z bie­giem wojny na czoło wysu­nęły się wro­dzony Maj­skiemu prag­ma­tyzm i poglądy huma­ni­styczne, wzmoc­nione póź­niej doświad­cze­niami wynie­sio­nymi z Anglii. Prze­śla­do­wała go myśl o losie zachod­niej cywi­li­za­cji i euro­pej­skiej inte­li­gen­cji, mor­do­wa­nej masowo na fron­cie; marzył, by huma­nizm wziął pierw­szeń­stwo nad wzglę­dami par­tyj­nymi. „Widzisz – odpo­wia­dał upo­mi­na­ją­cemu go Mar­to­wowi, przy­wódcy mien­sze­wi­ków – im dłu­żej cią­gnie się wojna, tym więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo zagraża wal­czą­cym naro­dom: ogromna liczba inte­lek­tu­ali­stów – pisa­rzy, arty­stów, naukow­ców, inży­nie­rów itp. – zgi­nie na bitew­nych polach. Pań­stwa tracą swoją ary­sto­kra­cję ducha, bez któ­rej, cokol­wiek mówić, żaden postęp umy­słowy, spo­łeczny czy poli­tyczny nie jest moż­liwy […]. Oczy­wi­ście, każdą stratę trudno znieść: stratę chło­pów, robot­ni­ków itp., myślę jed­nak, że straty w śro­do­wi­sku inte­li­gen­cji są sto­sun­kowo naj­gor­sze, bo naj­trud­niej je wyrów­nać. Inte­li­gen­cja to owoc, który doj­rzewa powoli i może się oka­zać, że trzeba będzie całego poko­le­nia, by ubytki w jej sze­re­gach, spo­wo­do­wane wojną, zostały choć czę­ściowo uzu­peł­nione.

Spo­tka­nie sta­rych zna­jo­mych: ludowy komi­sarz spraw zagra­nicz­nych ZSRS Mak­sym Litwi­now (drugi od lewej) wraz z mał­żonką podej­mo­wani przez Maj­skich w Amba­sa­dzie ZSRS w Lon­dy­nie, 1935 rok

Dla­tego uwa­żam, że przy­szedł czas, kiedy instynkt samo­za­cho­waw­czy naro­dów każe im chro­nić inte­lek­tu­ali­stów, tak jak chro­nią na przy­kład zdol­nych mecha­ni­ków, che­mi­ków, wykwa­li­fi­ko­wa­nych robot­ni­ków fabryk zbro­je­nio­wych itp.”.

Maj­ski bar­dzo sta­rał się poka­zać w dzien­niku (a jesz­cze bar­dziej w auto­bio­gra­fii) więzi i ser­deczne sto­sunki łączące go z Litwi­no­wem – co skła­nia histo­ry­ków do koja­rze­nia ich ze sobą – w cza­sach, gdy ich rela­cje były burz­liwe. Tem­pe­ra­menty mieli bar­dzo różne; Litwi­now ocho­czo ganił Maj­skiego, kry­ty­ko­wał jego opra­co­wa­nia doty­czące spraw zagra­nicz­nych; kilka razy nawet poskar­żył się na niego Sta­li­nowi; w ogóle zresztą trzy­mał ludzi na dystans, choć wyni­kało to w znacz­nym stop­niu z głę­boko zako­rze­nio­nej pogardy, jaką żywił dla kosmo­po­li­tycz­nie nasta­wio­nych inte­lek­tu­ali­stów.

„Litwi­now nie miał przy­ja­ciół – wspo­mi­nał Gustaw Hil­ger, doświad­czony i dobrze poin­for­mo­wany radca amba­sady nie­miec­kiej w Moskwie. – Zna­łem pew­nego członka »kol­le­gium« Komi­sa­riatu Spraw Zagra­nicz­nych, z któ­rym darzy­li­śmy się wza­jem­nym zaufa­niem. Kie­dyś na moje pyta­nie, jak się doga­duje z Litwi­nowem, udzie­lił mi zna­mien­nej odpo­wie­dzi: »Z Litwi­nowem się nie doga­duje; z nim się tylko pra­cuje, jeśli się nie ma innego wyj­ścia«”.

Litwi­now nie zno­sił też dyplo­ma­tów (a Maj­ski nie­wąt­pli­wie do takich nale­żał), któ­rzy chcieli być w cen­trum uwagi. „God­ność, mówiło się o nim, jest dla niego rze­czą natu­ralną […] pochleb­stwa i lizu­so­stwo – cał­ko­wi­cie obcą. Nie cier­piał też tych cech u innych”. A jed­nak ci dwaj ludzie tak samo oce­niali mię­dzy­na­ro­dową scenę w latach trzy­dzie­stych XX wieku; Litwi­now nie zawa­hał się wspie­rać Maj­skiego, a nawet chro­nić go przed repre­sjami, które dotknęły mini­ster­stwo w roku 1938. Maj­ski na­dal utrzy­my­wał spe­cjalne sto­sunki wypra­co­wane na emi­gra­cji. Gra­tu­lu­jąc Litwi­nowowi prze­biegu nego­cja­cji w Waszyng­to­nie, które dopro­wa­dziły do uzna­nia w 1934 roku Związku Sowiec­kiego przez Ame­rykę, pisał: „Być może z racji naszej dwu­dzie­sto­let­niej zna­jo­mo­ści i wspól­nych lat na emi­gra­cji w Lon­dy­nie zawsze ze szcze­gól­nym zain­te­re­so­wa­niem i z nie­mal oso­bi­stym zaan­ga­żo­wa­niem obser­wuję waszą pracę i wystą­pie­nia w kraju i na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej […]. Dłu­go­let­nia zna­jo­mość upo­waż­nia mnie, by mówić wam szcze­rze to, co w innych oko­licz­no­ściach byłoby nie na miej­scu”.

Zupeł­nie inne były rela­cje Maj­skiego z Alek­san­drą M. Koł­łon­taj, eks­tra­wa­gancką, woju­jącą femi­nistką, która póź­niej została amba­sa­do­rem sowiec­kim w Nor­we­gii, a potem w Szwe­cji. To w jej domu Maj­ski poznał Litwi­nowa. Do końca życia łączyła go z nią ser­deczna przy­jaźń. „Prze­by­wa­nie z Maj­skim jest cie­kawe – pisała Koł­łon­taj w swoim dzien­niku – bo roz­ma­wiamy nie tylko o spra­wach służ­bo­wych. To czło­wiek ener­giczny, o oczach, umy­śle i wraż­li­wo­ści goto­wych na pozna­wa­nie życia we wszyst­kich jego prze­ja­wach i dzie­dzi­nach. Nie żaden ogra­ni­czony nudziarz, trzy­ma­jący się tylko bie­żą­cych zagad­nień”.

Gdy nie­długo po rewo­lu­cji luto­wej, która oba­liła carat, Maj­ski wró­cił do Rosji, Alek­san­der Kie­ren­ski zapro­po­no­wał mu funk­cję wice­mi­ni­stra pracy w Rzą­dzie Tym­cza­so­wym. Jego poglądy poli­tyczne szybko skrę­cały w stronę pra­wego skrzy­dła par­tii mien­sze­wi­ków. W stycz­niu 1918 roku bol­sze­wicy roz­wią­zali Zgro­ma­dze­nie Usta­wo­daw­cze, wybu­chła wojna domowa. Maj­skiemu nie udało się prze­ko­nać mien­sze­wi­ków, by poparli zało­żony w Sama­rze, anty­bol­sze­wicki komi­tet (Komucz), któ­rego celem było ponowne zwo­ła­nie Zgro­ma­dze­nia. Ape­lo­wał o to w zgo­dzie z prze­ko­na­niem – wyro­słym z doświad­czeń euro­pej­skiej socjal­de­mo­kra­cji – że zacho­wa­nie neu­tral­no­ści w woj­nie domo­wej jest „sprzeczne z ludzką naturą i z logiką” i że rząd Komu­cza, zło­żony z byłych człon­ków Zgro­ma­dze­nia, sta­nowi „demo­kra­tyczną kontr­re­wo­lu­cję”. Wierny wła­snym poglą­dom, prze­ciw­sta­wił się par­tii i w lipcu 1918 roku został mini­strem pracy w ska­za­nym osta­tecz­nie na porażkę rzą­dzie Komu­cza. Obja­wił się w ten spo­sób jako orę­dow­nik jedy­nej zbroj­nej socja­li­stycz­nej rebe­lii prze­ciw bol­sze­wi­zmowi. Poku­to­wał za ten krok do końca życia, a jego upo­ka­rza­jącą skru­chę mien­sze­wicy uznali za „wspo­mnie­nia zdrajcy” i wyrzu­cili „prze­chrztę” ze swo­ich sze­re­gów. Przy­jęło go nowe śro­do­wi­sko, ale pięt­nem Kaina został nazna­czony już na zawsze.

Gdy w 1919 roku „biały” admi­rał Koł­czak prze­jął kon­trolę nad rzą­dem powstań­czym, nastą­piły prze­śla­do­wa­nia socja­li­stów i Maj­ski musiał ucie­kać ponow­nie, tym razem do Mon­go­lii. Rok, który tam spę­dził „prze­mie­rza­jąc dawną ojczy­znę Dżyn­gis–chana konno albo na wiel­błą­dzie, przez bez­ludne góry i stepy, z dala od poli­tycz­nych walk, pod­grze­wa­nia nastro­jów spo­łecz­nych, wpły­wów tra­dy­cji i uprze­dzeń par­tyj­nych”, dał mu czas na roz­my­śla­nia nad naturą rewo­lu­cji – i nad wła­sną przy­szło­ścią.

Już wcze­śniej, latem 1919 roku, nie­śmiało i z ocią­ga­niem pró­bo­wał zerwać z prze­szło­ścią i pogo­dzić się z bol­sze­wi­kami w cza­sie, gdy ich losy jesz­cze się ważyły; żal za grze­chy oka­zał się jed­nak nie­wy­star­cza­jący. Rok póź­niej napi­sał do ludo­wego komi­sa­rza oświaty Ana­to­lija Wasi­lie­wi­cza Łuna­czar­skiego, z któ­rym przy­jaź­nił się w latach emi­gra­cji:

„Widzę teraz, że mien­sze­wicy byli dziel­nymi, ale pozba­wio­nymi talentu dziećmi prze­szło­ści, wystra­szo­nymi naśla­dow­cami dawno prze­brzmia­łych wzo­rów; trzy­mali się sta­rych, książ­ko­wych ste­reo­ty­pów i for­mu­łek, bez wyczu­cia życia, epoki […]. Bol­sze­wicy za to wyróż­niali się śmia­ło­ścią i ory­gi­nal­no­ścią; naka­zów prze­szło­ści ani dogma­tycz­nych zaklęć nie trak­to­wali zbyt naboż­nie. Byli ela­styczni, prak­tyczni i zde­cy­do­wani […] w sfe­rze rewo­lu­cyj­nej kre­atyw­no­ści mówili nowym języ­kiem, stwo­rzyli nowe formy pań­stwa, życia gospo­dar­czego i sto­sun­ków spo­łecz­nych […] któ­rych inni nie zre­ali­zo­wali z braku odwagi”.

Przez całe życie, zwłasz­cza w mrocz­nych dniach „wiel­kiego ter­roru”, dawne związki Maj­skiego z mien­sze­wi­kami, przede wszyst­kim rola, jaką ode­grał pod­czas wojny domo­wej (sta­ran­nie tuszo­wana przez niego w pismach i wspo­mnie­niach), rzu­cały głę­boki cień na jego karierę i wia­ry­god­ność w Moskwie. Opo­wieść o nawró­ce­niu na bol­sze­wizm, skon­stru­owana na uży­tek Łuna­czar­skiego – pokuta za to, że nie uznał prze­wrotu bol­sze­wic­kiego za praw­dziwą rewo­lu­cję socja­li­styczną – kryła udręki dłu­gich roz­wa­żań zwią­za­nych z prze­mianą ide­ową, ni­gdy zresztą do końca nie­roz­strzy­gnię­tych.

Ten wewnętrzny kon­flikt zna­lazł swój wyraz w czte­ro­ak­to­wym wier­szo­wa­nym dra­ma­cie Wier­sziny (Szczyty), w któ­rym ujaw­nił się roman­tyczny cha­rak­ter prze­my­śleń Maj­skiego, głę­boko zanu­rzo­nych wtedy w XIX-wiecz­nej uni­wer­sal­nej huma­ni­stycz­nej tra­dy­cji rosyj­skiej inte­li­gen­cji i zabar­wio­nych uto­pij­nymi wizjami. Kodeks inte­li­gencki kształ­to­wał rosyj­skiego inte­lek­tu­ali­stę nie­za­leż­nie od tego, z jakiej klasy się wywo­dził. Na tytu­ło­wej stro­nie Wier­szyn wid­niały słowa Heinego, ulu­bio­nego poety Maj­skiego, po nie­miecku i w prze­kła­dzie rosyj­skim: „Pra­gniemy stwo­rzyć kró­le­stwo nie­bie­skie tu, na ziemi!”. Dra­mat mówił o „nie­usta­ją­cym ruchu ludz­ko­ści ku lśnią­cym szczy­tom wie­dzy i wol­no­ści, widocz­nym i pięk­nym, ale nie­osią­gal­nym, ponie­waż ruch ten nie ma końca”. Trudno oce­nić, na ile szczere były wyrazy żalu Maj­skiego i w jakim stop­niu rze­czy­wi­ście iden­ty­fi­ko­wał się on z bol­sze­wi­kami (do czego mani­fe­sta­cyj­nie się przy­zna­wał w pierw­szym tomie wspo­mnień, pisa­nym w dra­ma­tycz­nych oko­licz­no­ściach w latach 1939–1940). W reflek­syj­nym nastroju ze zro­zu­mie­niem odnosi się do opo­wie­ści Czi­cze­rina o nawró­ce­niu na bol­sze­wizm, sta­no­wią­cej wierne odbi­cie jego wła­snych doświad­czeń: „Wpraw­dzie byłem kie­dyś mien­sze­wi­kiem, ale nasze drogi się roze­szły. Wojna nauczyła mnie wiele i teraz cał­ko­wi­cie popie­ram rosyj­skich jako­bi­nów”. Zawa­hał się przez chwilę, a potem dodał: „To zna­czy bol­sze­wi­ków”. Nie mam pew­no­ści, czy w chwili tej roz­mowy Gie­or­gij Wasi­lie­wicz był cał­ko­wi­cie prze­ko­nany do bol­sze­wizmu.

Beatrice Webb, jedna z naj­bar­dziej zaufa­nych i bli­skich Maj­skiemu osób, zwięźle i pre­cy­zyj­nie przed­sta­wiła póź­niej w swoim dzien­niku jego inte­lek­tu­alny i poli­tyczny wize­ru­nek:

„Maj­ski należy z pew­no­ścią do naj­bar­dziej otwar­tych umy­słów mark­si­stow­skich i jest w pełni świa­dom ułom­no­ści mark­si­stow­skiej ter­mi­no­lo­gii, scho­la­stycz­nej i dogma­tycz­nej. Żyje jed­nak za gra­nicą, wśród pogan i fili­sty­nów, moż­liwe więc, że jego umysł nieco ska­ziły obce, sofi­styczne i agno­styczne poglądy na zamknięty świat moskiew­skich mark­si­stów”.

Maj­ski oba­wiał się, że w Moskwie czeka go „ziem­ska kara” za „poli­tyczne grze­chy” i miał nadzieję zała­twić sobie przez Łuna­czar­skiego amne­stię oraz list żela­zny chro­niący go „przed aresz­to­wa­niem po dro­dze, rewi­zją, pobo­rem itp.”. Łuna­czar­ski prze­ka­zał poemat i list Leni­nowi, zapro­po­no­wał reha­bi­li­ta­cję, a nawet przy­ję­cie do par­tii bol­sze­wic­kiej. Polit­biuro wyra­ziło zgodę (choć w ostroż­nych sło­wach) i zasu­ge­ro­wało wyko­rzy­sta­nie dorobku Maj­skiego w gospo­darce „naj­pierw na pro­win­cji”. Naka­zano mu więc wyjazd do Omska, gdzie opra­co­wał pierw­szy sybe­ryj­ski Gospłan. Tym­cza­sem jego wyrazy skru­chy uka­zały się w „Praw­dzie”.

Maj­ski miał ambi­cje raczej inte­lek­tu­alne niż poli­tyczne. Zawio­dły go one przy pierw­szej nada­rza­ją­cej się oka­zji do Moskwy, gdzie natych­miast nawią­zał kon­takty z Czi­cze­ri­nem i Litwi­no­wem – „jak za daw­nych cza­sów”, jak póź­niej wspo­mi­nał, ale naj­wy­raź­niej z zamia­rem popra­wie­nia swo­jej wia­ry­god­no­ści, znisz­czo­nej przez związki z mien­sze­wi­kami. Bez entu­zja­zmu przy­jął pro­po­zy­cję pokie­ro­wa­nia wydzia­łem prasy Ludo­wego Komi­sa­riatu Spraw Zagra­nicz­nych (Nar­ko­min­dieła) i potrak­to­wał ją jako odskocz­nię do rze­czy więk­szych. W mini­ster­stwie poznał swoją póź­niejszą, trze­cią żonę, dzia­łaczkę socja­li­styczną Agniję Alek­san­drowną Ski­pinę, kobietę silną i zde­cy­do­waną (z wcze­śniej­szego, krót­kiego mał­żeń­stwa uro­dziła mu się córka, która miesz­kała z matką w St. Peters­burgu; utrzy­my­wał z nią spo­ra­dyczny kon­takt, pozo­stała jego jedy­nym dziec­kiem). Miał też za sobą fik­cyjne, papie­rowe mał­żeń­stwo zawarte w Lon­dy­nie, by pomóc osa­mot­nio­nej i zda­nej na wła­sne siły Rosjance.

Rychło po obję­ciu nowego sta­no­wi­ska Maj­ski pokłó­cił się z Lwem Kara­cha­nem, pro­te­go­wa­nym Czi­cze­rina, i zaczął zabie­gać o jego dymi­sję. Gdy nie osią­gnął celu, zała­twił sobie u Moło­towa, ówcze­snego sekre­ta­rza orga­ni­za­cyj­nego Komi­tetu Cen­tral­nego par­tii, wyjazd do St. Peters­burga, gdzie – nie­zbyt długo – był zastępcą redak­tora naczel­nego „Pie­tro­grad­skiej Prawdy”. Skoń­czyło się to ostrym kon­flik­tem z naczel­nym. Jak skar­żył się Maj­ski Moło­to­wowi, „doło­żył sta­rań, by unie­moż­li­wić mi pracę w gaze­cie”. Podob­nie wyglą­dał finał krót­kiego kie­ro­wa­nia w 1925 roku spo­łeczno-lite­rac­kim cza­so­pi­smem „Zwiezda” („Gwiazda”), zakoń­czo­nego sprzeczką w łonie redak­cji. Życie w Lenin­gra­dzie zresztą nie odpo­wia­dało Maj­skiemu (choć może raczej jego mło­dej żonie). Czuł się, jak tłu­ma­czył Moło­to­wowi, jak „out­si­der […] oby­wa­tel dru­giej klasy”. W sto­sun­kowo spo­koj­nym cza­sie Nowej Poli­tyki Eko­no­micz­nej (NEP, Nowaja Eko­no­mi­cze­skaja Poli­tika) mógł swo­bod­nie kie­ro­wać swoją karierą, oznaj­mił też Moło­to­wowi, że „poważ­nie roz­waża powrót” do pracy w Nar­ko­min­diele.

Pierw­sze kroki Maj­skiego na dro­dze kariery bol­sze­wic­kiej ujaw­niły jego zawy­żoną samo­ocenę, poczu­cie inte­lek­tu­al­nej wyż­szo­ści i zacię­tość; nie zjed­ny­wało mu to sym­pa­tii kole­gów ani prze­ło­żo­nych, a czę­sto pro­wa­dziło do koli­zji. W cięż­kich latach trzy­dzie­stych XX wieku cechy te nieco przy­tłu­mił instynkt prze­trwa­nia; dały jed­nak o sobie znać na nowo w okre­sie amba­sa­do­ro­wa­nia Maj­skiego w Lon­dy­nie, zwłasz­cza przy oka­zji spo­tkań z bry­tyj­skimi dygni­ta­rzami.

Po powro­cie do Moskwy brat­nie rela­cje z Litwi­no­wem, który jako silny czło­wiek w Nar­ko­min­diele stop­niowo przej­mo­wał obo­wiązki Czi­cze­rina, zaczęły przy­no­sić owoce. W 1925 roku Maj­skiego mia­no­wano radcą w amba­sa­dzie sowiec­kiej w Lon­dy­nie. Bar­dzo sobie cenił to sta­no­wi­sko. „Wyna­ję­li­śmy – pisał do matki – mały domek, w któ­rym miesz­kamy sami, mamy poko­jówkę i zaj­mu­jemy się swoim gospo­dar­stwem […]. Agnija uczy się śpiewu i angiel­skiego; zaczyna tro­chę paplać po angiel­sku. Nasz dom stoi w jed­nej z naj­lep­szych pod­miej­skich dziel­nic Lon­dynu, w pobliżu ogrodu bota­nicz­nego; powie­trze jest wspa­niałe, okropne tylko, że nie mamy za wiele oka­zji, by się nim nacie­szyć”.

I znów kiep­skie sto­sunki z prze­ło­żo­nymi w amba­sa­dzie zepsuły pobyt w Lon­dy­nie. Maj­ski posta­no­wił wró­cić do Moskwy, ale nie minął rok, jak uległ argu­men­tom Litwi­nowa i ponow­nie objął sta­no­wi­sko. W rela­cjach angiel­sko-sowiec­kich, po „liście Zino­wiewa” z 1924 roku i spra­wie „rosyj­skiego złota” dla gór­ni­ków pod­czas strajku powszech­nego w roku 1926, były to lata dość burz­liwe. W Moskwie oba­wiano się zerwa­nia sto­sun­ków, a być może nawet nowej inter­wen­cji woj­sko­wej. Sytu­ację dodat­kowo pogor­szyła przed­wcze­sna śmierć amba­sa­dora sowiec­kiego w Lon­dy­nie, Leonida Kra­sina. Maj­ski, jeden z nie­licz­nych rewo­lu­cjo­ni­stów zna­ją­cych bie­gle angiel­ski i dobrze zorien­to­wa­nych w spra­wach bry­tyj­skich, oka­zał się bar­dzo uży­teczny. Rzadko mówi się o tym, że gdy w Lon­dy­nie zabra­kło amba­sa­dora, Maj­ski, który był radcą, de facto funk­cjo­no­wał jako połpred. „W daw­nych cza­sach – cheł­pił się w liście do ojca – radca figu­ro­wałby bar­dzo wysoko w »tabeli rang«. Dziś tabela stra­ciła dla nas jakie­kol­wiek zna­cze­nie, choć zapew­niam Cię, że praca radcy w takim miej­scu jak Lon­dyn jest nie­zwy­kle inte­re­su­jąca i ważna […]. Lon­dyn jest dziś wiel­kim cen­trum świa­to­wej poli­tyki, porów­ny­wal­nym jedy­nie z Moskwą”.

Przy­mu­sowy wyjazd z Anglii w wyniku zerwa­nia sto­sun­ków dyplo­ma­tycz­nych w maju 1927 roku wzbu­dził w Maj­skim „uczu­cie bar­dzo podobne do oso­bi­stego żalu”, jak zwie­rzał się S.P. Scot­towi, pro­ro­syj­sko nasta­wio­nemu redak­to­rowi naczel­nemu „Man­che­ster Guar­dian”. Życie na emi­gra­cji w Lon­dy­nie, a potem lata spę­dzone w amba­sa­dzie spra­wiły, że „rozu­mie i sza­nuje bry­tyj­ską kul­turę, która – choć tak inna od rosyj­skiej – ma w sobie wiele rze­czy cen­nych i wiel­kich”.

Po sze­ściu tygo­dniach odpo­czynku i kura­cji „z pole­ce­nia leka­rzy” w sana­to­rium w Kisło­wod­sku na Kau­ka­zie Maj­ski otrzy­mał nomi­na­cję na radcę amba­sady sowiec­kiej w Tokio, gdzie spę­dził kolejne dwa lata. Przez jakiś czas wszystko ukła­dało się dobrze. „Przy­je­cha­łem do Tokio pod koniec paź­dzier­nika – pisał do H.G. Wel­lsa – i na razie roz­glą­dam się z naj­więk­szym zacie­ka­wie­niem, poznaję ten zupeł­nie nie­zwy­kły kraj, który mniej wię­cej dwa­dzie­ścia lat temu zain­spi­ro­wał Pana do napi­sa­nia Współ­cze­snej uto­pii”. W liście do lewi­co­wego publi­cy­sty Henry’ego Bra­ils­forda Maj­ski wychwa­lał Japo­nię jako „kraj jedyny w swoim rodzaju […] łączący w jakiś nad­zwy­czajny spo­sób śre­dnio­wieczny Wschód z naj­no­wo­cze­śniej­szym ame­ry­ka­ni­zmem […]. Dodajmy do tego piękno przy­rody, »Eigen­tum­lich­keit« (szcze­gólne cechy, oso­bli­wość – przyp. tłum.) ludzi, zwy­cza­jów i oby­cza­jów […] nic dziw­nego, że nie mam na razie powo­dów do narze­kań na nasze Mini­ster­stwo Spraw Zagra­nicz­nych, które mnie tutaj wysłało”.

Maj­ski zawsze czuł się ura­żony, gdy miał nad sobą jakie­goś zwierzch­nika; z zado­wo­le­niem przy­jął więc prze­nie­sie­nie amba­sa­dora sowiec­kiego do Paryża, bo dzięki temu prze­jął, przy­naj­mniej na jakiś czas, kie­ro­wa­nie amba­sadą. Doświad­cze­nia japoń­skie ukształ­to­wały jego poglądy na dyplo­ma­cję, zwłasz­cza prze­ko­na­nie, że dyplo­mata powi­nien świet­nie znać język i kul­turę kraju, do któ­rego wyjeż­dża. Posta­no­wił też zapo­znać Rosjan z kul­turą japoń­ską i spro­wa­dził do Rosji na wiel­kie tournée jeden z naj­lep­szych teatrów kabuki. Sprze­ci­wiły się temu kon­ser­wa­tywne śro­do­wi­ska w Japo­nii. Na pierw­szym przed­sta­wie­niu teatru po powro­cie z trium­fal­nego objazdu Rosji wyna­jęte opry­chy wypu­ściły „żywe węże pod krze­sła w całej sali, tuż przed roz­po­czę­ciem spek­ta­klu. Gady syczały i roz­peł­zły się po widowni. Wybu­chła panika. Męż­czyźni naro­bili zamie­sza­nia, kobiety pisz­czały, dzieci pła­kały, trzeba było opu­ścić kur­tynę i występ został prze­rwany”.

Kilka mie­sięcy póź­niej Maj­ski, znów jako pod­władny gdzieś na obrze­żach dyplo­ma­cji, daleko od Moskwy i Europy, po raz kolejny wpadł w przy­gnę­bie­nie. Ponadto dawało się zauwa­żyć, że łatwo ulega kapry­som żony, która, jak zwie­rzał się jed­nemu z przy­ja­ciół, „czuje się nie­ważna, a przede wszyst­kim bez­ro­botna”. Amba­sada zamie­niła się w miej­sce intryg i pomó­wień. Agnija darła koty z żoną przed­sta­wi­ciela han­dlo­wego, bo każda z pań chciała pod­czas ofi­cjal­nych spo­tkań być „pierw­szą damą”. Spór wywo­łał oży­wioną kore­spon­den­cję mię­dzy amba­sadą i Nar­ko­min­die­łem i został roz­strzy­gnięty nie po myśli Agniji, co z kolei podzie­liło rosyj­ską kolo­nię na frak­cje. Nie­spełna rok po obję­ciu sta­no­wi­ska Maj­ski skar­żył się Czi­cze­ri­nowi, że życie w Japo­nii oka­zało się „ogól­nie nudne i męczące: poli­tycz­nych zadań jest nie­wiele (za mało dla dwóch osób), a o wszyst­kich, nawet naj­mniej waż­nych spra­wach, decy­duje Moskwa”. W tym cza­sie jed­nak Czi­cze­rin zma­gał się z ciężką cukrzycą i tra­cił kon­trolę nad Nar­ko­min­die­łem.

Maj­ski zwró­cił się więc do Litwi­nowa i dość zde­cy­do­wa­nie zażą­dał szyb­kiego prze­nie­sie­nia. Uza­sad­nił to cho­robą Méniere’a, która tra­piła jego żonę od czasu pobytu w Lon­dy­nie i, jak twier­dził, nasi­liła się w Tokio, powo­du­jąc głu­chotę w jed­nym uchu. Skar­żył się też, że i w jego zdro­wiu tokij­ska pogoda doko­nuje spu­sto­sze­nia. I choć decy­zja o kolej­nej nomi­na­cji zale­żała od kole­gium Nar­ko­min­dieła, nie zawa­hał się zazna­czyć, że chęt­nie spę­dziłby rok czy dwa w Moskwie, ale też – skwa­pli­wie dodał – „nie zapro­te­sto­wałby prze­ciw powro­towi na Zachód”. Litwi­now zare­ago­wał przy­chyl­nie, zapro­po­no­wał mu sta­no­wi­sko amba­sa­dora w Kow­nie jako czwarte co do waż­no­ści po Ber­li­nie, Paryżu i War­sza­wie. Gotów był jed­nak do nego­cja­cji, gdyby Maj­ski nie zachwy­cił się tą ofertą. Jak widać, na prze­ło­mie dzie­się­cio­leci dyplo­mata sowiecki wciąż jesz­cze mógł dyk­to­wać wła­sne warunki zatrud­nie­nia.

Z wielką ulgą przy­jął Maj­ski w stycz­niu 1929 roku wia­do­mość o decy­zji Polit­biura odwo­łu­ją­cej go z Tokio. „Jak było do prze­wi­dze­nia – pisał do Litwi­nowa, tym razem nieco pro­tek­cjo­nal­nie, ale zręcz­nie – wasze nasta­wie­nie oży­wia mój »resor­towy patrio­tyzm« i wolę dzia­ła­nia w tym śro­do­wi­sku”. 4 kwiet­nia dostał przy­dział do wydziału prasy Nar­ko­min­dieła, ale w nie­spełna tydzień póź­niej posta­no­wiono mia­no­wać go mini­strem peł­no­moc­nym w Hel­sin­kach, gdzie spę­dził kolejne trzy lata. Zwień­cze­niem jego pobytu w Fin­lan­dii stało się pod­pi­sa­nie w 1932 roku fiń­sko-radziec­kiego paktu o nie­agre­sji.

Pla­cówka hel­siń­ska była wpraw­dzie ważna, ale nie prze­sad­nie atrak­cyjna dla Maj­skiego, który naj­wy­raź­niej aspi­ro­wał do znacz­nie bar­dziej pre­sti­żo­wego i ambit­nego sta­no­wi­ska w środ­ko­wej lub zachod­niej Euro­pie. „Tutej­sza ruso­fo­bia i sowie­to­fo­bia – uża­lał się w liście do H.G. Wel­lsa – jest ogromna. To jakiś atak zbio­ro­wego deli­rium”. Na razie jed­nak usi­ło­wał zacho­wać „dobrego i rado­snego ducha bojo­wego”.

Lon­dyn wciąż go pocią­gał. Nawet po wyda­le­niu z Anglii w 1927 roku Maj­ski żył wyda­rze­niami na bry­tyj­skiej sce­nie poli­tycz­nej. Bra­ils­ford, H.G. Wells i inni dokład­nie infor­mo­wali go o pro­gno­zach przed wybo­rami par­la­men­tar­nymi 1929 roku, które mogły zapo­wia­dać wzno­wie­nie sto­sun­ków dyplo­ma­tycz­nych, a może nawet jego powrót do Lon­dynu. Nadzieje te roz­wiały się jed­nak po wybo­rach, gdy Arthur Hen­der­son, mini­ster spraw zagra­nicz­nych w rzą­dzie Ram­saya Mac­Do­nalda, uza­leż­nił ponowne nawią­za­nie sto­sun­ków ze Związ­kiem Sowiec­kim od spła­ce­nia dłu­gów car­skich. Jak się dowie­dział Maj­ski ze swych lon­dyń­skich źró­deł, Mac­Do­nald „czy to przy­pad­kiem, czy świa­do­mie, wpadł pro­sto w pułapkę tory­sów i powtó­rzył stare twier­dze­nia utoż­sa­mia­jące rząd sowiecki z Komin­ter­nem [sic!]”. Trzy mie­siące spę­dzone w Moskwie przed obję­ciem pla­cówki w Hel­sin­kach prze­ko­nały go, że mimo kry­tycz­nej sytu­acji wewnętrz­nej rząd sowiecki „by­naj­mniej nie ma ochoty pła­cić tak nie­bo­tycz­nych sum”. Celem Maj­skiego stała się więc Europa Środ­kowa.

Szanse awansu wzro­sły, gdy w lipcu 1930 roku cho­rego Czi­cze­rina zastą­pił na sta­no­wi­sku komi­sa­rza spraw zagra­nicz­nych Mak­sym Litwi­now. Maj­ski pospie­szył z gra­tu­la­cjami, choć w nieco pro­tek­cjo­nal­nym tonie, przy­po­mi­na­jąc wspólne nadzieje i marze­nia snute na emi­gra­cji w Lon­dy­nie i nie­koń­czące się nocne dys­ku­sje o spra­wach mię­dzy­na­ro­do­wych w „mrocz­nym, zakop­co­nym miesz­ka­niu na Oakley Squ­are 72”. Był to dopiero wstęp do pona­wia­nych próśb o prze­nie­sie­nie z Hel­si­nek, „małego poli­tycz­nego graj­dołka […] na doda­tek strasz­nie nud­nego”, gdzie żaden „aktywny i ener­giczny połpred