Opis

Indie to ojczyzna Kamasutry – niedoścignionego traktatu o rozkoszach i technikach erotycznych. Jednocześnie jednak ta część świata jest najbardziej przywiązana do idei małżeństwa aranżowanego, bez miłości. To również kraj purdah, czyli praktyki zasłaniania kobiety przed światem za pomocą stroju i wysokich murów wokół domu, ale także matriarchalnych grup etnicznych traktujących mężczyzn jak narzędzia rozpłodowe i rolnicze. To kraj, w którym rodziny kłaniają się realistycznym rzeźbom fallusa w pochwie, czyli śiwalindze, ale policja rutynowo zaczepia pary grzeszące publicznym trzymaniem się za ręce.

Sally Howard – brytyjska dziennikarka i podróżniczka – bada społeczne i seksualne patologie kraju Kamasutry, w którym młodzież zaczęła zatykać zużytymi prezerwatywami muszle klozetowe w centrach obsługi klienta, ogląda więcej pornoli niż mieszkańcy jakiegokolwiek innego kraju na świecie i coraz głośniej protestuje przeciwko przemocy seksualnej.

Podróż –  autorka nazywa ją „seksploracją” – odbywa się pociągiem, samolotem i autorikszą. Prowadzi przez ogromne połacie Indii: z zalesionego Madhja Pradeś na północ w stronę Śimli u podnóża Himalajów, przez ludne równiny do Amritsaru i Delhi, a następnie na wschód do starożytnego miasta Waranasi nad Gangesem i dalej do górzystego Śilongu, gdzie indyjska topografia i kultura zlewają się z topografią i kulturą sąsiedniego Bangladeszu, Chin i Nepalu, następnie ze wschodu na południe do słonecznej Kerali i dalej do Madrasu, a kończy się w dusznym Bombaju.

W swojej seksploracji Sally Howard analizuje seksualność przez pryzmat epoki: najpierw cofa się o dwa milenia do duchowych i filozoficznych korzeni indyjskiej seksualności opisanych w słynnym traktacie Watsjajany, potem zwraca się ku okresowi wiktoriańskich kolonialistów brytyjskich, następnie analizuje lata 60. i hipisowski zachwyt „nieskrywaną cielesnością dawnego hinduizmu”, aż dochodzi do czasów współczesnych, usiłując uchwycić obraz narodu w trakcie zmian społecznych, które dokonują się w zawrotnym tempie, a które są w dużym stopniu skoncentrowane wokół tematu seksu, płci i seksualności.

Dzienniki Kamasutry to reporterska podróż, w której oglądamy Indie oczyma brytyjskiej reporterki – dziecka zachodniej rewolucji seksualnej. Jej towarzyszką i przewodniczką jest Dimple, młoda mieszkanka Delhi, która stara się wyzwolić spod krępującego jarzma tradycji. Obserwujemy więc ojczyznę Kamasutry również oczyma kobiety, której osobiste szczęście zależy od rezultatów dokonującej się transformacji społecznej.

 

Dziennniki Kamasutry. Podróże intymne po współczesnych Indiach zostały uznane przez dziennik „The Scotsman” za jedną z najlepszych książek 2014 roku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 247

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PRZEDMOWA

Do Indii po raz pierwszy pojechałam w wieku dwudziestu kilku lat. Podobnie jak wielu innych ludzi Zachodu natychmiast urzekła mnie żywa historia, barwność i chaos tego kraju. I podobnie jak wielu innych wielokrotnie tam wracałam. Podczas mojego teraz już piętnastoletniego romansu z Indiami wiele od nich dostałam: zachwycające panoramy, szkolenia z zachowywania zimnej krwi w obliczu bizantyjskiej biurokracji, przepyszne jedzenie i dramatyczne choroby. Przede wszystkim jednak Indie dały mi swoje historie.

Historie te zaczęły nadawać kierunek mojej pracy jako dziennikarki-podróżniczki i reporterki. Wyspecjalizowałam się w pisaniu o Indiach. Pisałam relacje z marszów kobiet z Bhopalu – rok w rok pokonują one boso siedemset kilometrów, aby zaprotestować przeciwko katastrofie chemicznej, która doprowadziła mieszkanki tego miasta do bezpłodności, przez co na okrutnym indyjskim rynku matrymonialnym nigdy nie znajdą sobie męża. Pisałam o buntowniczej karierze małżeństwa z miłości w społeczeństwie indyjskim i o coraz donośniej zabierającej głos społeczności LGBT, która próbuje zobaczyć swoją przyszłość przez pryzmat bogatej indyjskiej historii seksualnej inności.

Mimo tych licznych wypraw coś nie dawało mi spokoju. Wiele aspektów rzeczywistości nadal mi umykało. Dręczyła mnie zagadka, jaką stanowią Indie i ich mieszkańcy pod względem społecznym, duchowym, a przede wszystkim seksualnym. Jest to przecież kraina, która dała nam Kamasutrę, wciąż niedościgniony traktat o rozkoszach i technikach erotycznych. Ale jednocześnie ta część świata jest najbardziej przywiązana do idei małżeństwa aranżowanego, bez miłości. To kraj pardy, czyli zasłaniania kobiety przed światem za pomocą stroju i wysokich murów wokół domu, ale także matriarchalnych grup etnicznych traktujących mężczyzn jak narzędzia rozpłodowe i rolnicze. Jest to kraj, w którym rodziny kłaniają się realistycznym rzeźbom fallusa w pochwie, czyli śiwalingom, ale policja rutynowo zaczepia pary grzeszące publicznym trzymaniem się za ręce.

Projekt tej książki, próby zbadania tych społecznych i seksualnych patologii – nazwijmy go moją „seksploracją” – zaczął nabierać kształtu cztery lata przed jej ukończeniem. Zauważyłam bowiem w Indiach pewną zmianę klimatu: młodzi Indusi zaczęli zatykać zużytymi prezerwatywami muszle klozetowe w centrach obsługi klienta, oglądali więcej pornoli niż mieszkańcy jakiegokolwiek innego kraju na świecie i coraz głośniej protestowali przeciwko przemocy seksualnej, co zresztą czynią do dzisiaj. Ponieważ Indie rozwijały się w zawrotnym tempie, a zmiany społeczne były w dużym stopniu skoncentrowane wokół tematu seksu, płci i seksualności, uznałam, że czas wyruszyć w podróż, o której przeczytacie niżej. Teraz albo nigdy.

Podróż ta – pociągiem, samolotem i autorikszą – prowadzi z północy na wschód i południe przez ogromne połacie Indii. Z zalesionego stanu Madhja Pradeś kieruję się na północ w stronę Śimli u podnóża Himalajów, stamtąd zmierzam na ludne północne równiny do Amritsaru i Delhi, a następnie obieram kurs na wschód do starego miasta Waranasi nad Gangesem i dalej do górzystego Śilangu, gdzie indyjska topografia i kultura zlewają się z topografią i kulturą sąsiedniego Bangladeszu, Chin i Nepalu. Ze wschodu jadę na południe do żyznej, słonecznej Kerali i dalej do Ćennaju (dawniej Madras), miasta tak rozgrzanego jak młodzi klienci zatłoczonych klinik seksualnych. Podróż kończę w dusznym Mumbaju (dawniej Bombaj), metropolii nad Morzem Arabskim, która hołduje dwudziestopierwszowiecznym ambicjom, dlatego związki zawiera się tam przez internet i w sferze seksualnej wszystko jest dozwolone, włącznie z traktowaniem potencjalnych partnerów jak towaru w witrynie sklepowej.

W mojej seksploracji patrzę na Indie przez pryzmat epoki: najpierw cofam się o dwa milenia do duchowych i filozoficznych korzeni indyjskiej seksualności opisanych w słynnym traktacie autorstwa Watsjajany, dzisiaj prezentowanych w całej swojej okazałości na tak zwanych świątyniach Kamasutry w Madhja Pradeś. Potem, w Śimli, zwracam się ku znacznie nowszej historii, a mianowicie ku okresowi wiktoriańskich kolonialistów brytyjskich, których Indusi nazywają Britishers. Trzy pokolenia wiktorian usiłowały zmodyfikować i poskromić indyjską seksualność, a ich dziedzictwo, podobnie jak spuścizna odwiecznej sanskryckiej tradycji duchowej, jest nadal żywe zarówno w Indiach, jak i na Zachodzie. Następnie przenoszę się do współczesności, usiłując uchwycić obraz narodu w trakcie sejsmicznych zmian społecznych.

Podchodzę do tego wszystkiego jako dziennikarka, a także kobieta zafascynowana zmianami społecznymi. Nie da się jednak uciec od tego, że na metamorfozy indyjskiej seksualności i polityki seksualnej patrzę również z własnej, bardziej osobistej perspektywy dziecka zachodniej rewolucji seksualnej. Pokolenie moich rodziców, ośmielone wynalazkiem pigułki antykoncepcyjnej i drugą falą feminizmu, stworzyło nowy, wspaniały świat seksualny i społeczny. Wierzyło – i przekazywało tę wiarę nam, swoim dzieciom – że możemy mieć wszystko: wolną miłość, jeśli zechcemy, a jeśli nie zechcemy, małżeństwo nieskrępowane przymusem ekonomicznym. Próbuję uzyskać odpowiedź na pytanie, dlaczego tak wielu przedstawicieli mojego pokolenia czuje się zawiedzionych tym, co z tej obietnicy zostało.

Badam także trwające od kilku stuleci balansowanie na linie między wschodnią i zachodnią seksualnością – od czasów, kiedy pierwsi urzędnicy Kompanii Wschodnioindyjskiej cieszyli oczy widokiem „dorodnych hurys Orientu”, przez skandal wywołany przybyciem przekładu Kamasutry do Anglii jęczącej w okowach późnowiktoriańskiej moralności seksualnej, po hipisowskich „cudaków”, którzy przyjechali do Indii w latach sześćdziesiątych, licząc na to, że trochę pooddychają nieskrywaną cielesnością dawnego hinduizmu. Przyglądam się temu, jak seksualne wizerunki i autowizerunki Wschodu i Zachodu oddziaływały na siebie nawzajem, od kiedy elżbietańscy emisariusze z zimnej i niezbyt ważnej wyspy po raz pierwszy zachwycili się wspaniałością Indii za panowania dynastii Mogołów.

Podróżuję z dodatkową parą oczu, w każdym razie wtedy, kiedy pozwalają na to obowiązki zawodowe i rodzicielskie Dimple, trzydziestodwuletniej mieszkanki Delhi. Poznałam ją w 2005 roku, kiedy zatrzymałam się w hotelu, którego była rzecznikiem prasowym. Jak to często bywa z indyjskimi kobietami, za fasadą nienagannych manier kryła się rozkoszna obrazoburczość. Po ośmiu latach jest moją dobrą przyjaciółką i należy do niewielkiej, ale rosnącej grupy kobiet, które miały czelność uciec od nieszczęśliwego aranżowanego małżeństwa. Można więc powiedzieć, że jest żywym ucieleśnieniem indyjskich przemian społecznych. Moja podróż to zatem również próba spojrzenia na zmieniające się Indie oczami kobiety, której osobiste szczęście w jakimś stopniu zależy od rezultatów tej transformacji.

Żeby czytelnik mógł sobie wyrobić choćby ogólne wyobrażenie o zmianach na subkontynencie indyjskim, przytoczę trzy wydarzenia z czasów mojej podróży: gwiazdka Bollywood Sherlyn Chopra jako pierwsza obywatelka Indii wzięła udział w rozbieranej sesji dla „Playboya”, jednego z parlamentarzystów przyłapano na oglądaniu pornografii podczas obrad, a w wielu miastach kraju wybuchły zamieszki, kiedy pewna muzułmańska aktorka oskarżyła indyjskie czasopismo dla mężczyzn o przyprawienie jej Photoshopem sutków. W tym samym czasie pojawiły się również pierwsze zwiastuny społecznych protestów, kiedy to dziesiątki tysięcy Indusów demonstrowało przeciwko powtarzającym się przypadkom brutalnych gwałtów.

Podczas naszej podróży doznajemy kilku olśnień dotyczących tego, co nas uformowało, a otoczenie często uśmiecha się na nasz widok – chociaż czasem marszczy brwi. Przede wszystkim jednak spróbujemy zajrzeć pod kołdrę zjawisku, które dygocze pod tym wszystkim jak elektryczne zabawki seksualne nielegalnie kupowane przez młode pary na straganach przy bocznych uliczkach Delhi, czyli indyjskiej rewolucji seksualnej.

CZĘŚĆ PIERWSZAPÓŁNOC INo to powiedz mi, jak to kiedyś robili

ROZDZIAŁ 1POZYCJA NIEMOŻLIWA, MADHJA PRADEŚEROTYCZNE ŚWIĄTYNIE KAMASUTRY W KHADŹURAHO

Wreszcie Miłowanie to przy współudziale jaźni słuszna skłonność zmysłów słuchu, wzroku, smaku i powonienia, których ostoją jest serce, ku odpowiednim przedmiotom. Rozkosz płciowa to rezultat szczególnego kontaktu z przedmiotem zmysłów. Przepełnia ją szczęście zespolenia miłosnego i owocuje nasieniem. Jest ona najpierwszą pośród innych rozkoszy, dlatego cała owa dziedzina żywota zowie się Miłowaniem.

Kamasutra, s. 17–181

– Patrzcie tam: Kali – mówi Adźaj, nasz przewodnik. – Kali, dzika bogini. Kali, bogini czasu i zmiany.

Spotykamy się z Adźajem w bramie zachodniego kompleksu świątyń w Khadźuraho, miejscowości w środkowoindyjskim stanie Madhja Pradeś. Jest to pozbawiony dostępu do morza obszar spalonych słońcem równin, lasów i porośniętych karłowatymi krzewami pagórków, zajmujący mało zaszczytną pozycję lidera indyjskiego indeksu głodu. Większość turystów przyjeżdża tutaj dla dwóch rzeczy: tygrysów w parkach narodowych Bandhawagarh i Kanha oraz świątyń w takich miejscowościach jak Bhodźpur, i dla Ćitrakutu, domniemanego miejsca pobytu bohaterów indyjskiego eposu Ramajany, Ramy i Sity, tragicznie rozdzielonych, uważanych w Indiach za wcielenia boga Wisznu i bogini Lakszmi. I jeszcze dla Khadźuraho, gdzie średniowieczny kompleks świątynny w ostatnich dwóch dekadach stał się drugą po Tadź Mahalu najczęściej odwiedzaną atrakcją turystyczną Indii.

Adźaj prowadzi nas do świątyni Kandarija Mahadewa (Wielkiego Boga Jaskini, czyli Śiwy), największej i najbogaciej rzeźbionej w całym kompleksie Khadźuraho. W swoich żółtych, rozszerzanych u dołu spodniach wydaje się sunąć jak na rolkach po trawie, którą palące słońce indyjskich równin barwi na złocistą zieleń.

– Poświęcony Kali mit stworzenia mówi, że jej joni, czyli pochwa, spadła z nieba na święte wzgórze w pobliżu Guwahati w Asamie – ciągnie Adźaj. – Na płaskorzeźbach jest zatem przedstawiona jako kucająca z rozwartą joni. Często kuca nad fallusem, reprezentującym najświętszy z nich, linga Śiwy, albo też trzyma fallusy w swoich licznych dłoniach. Kali jest najważniejszą boginią hinduizmu tantrycznego i z jej najwcześniejszych przedstawień wynika, że seks był głównym elementem indyjskiej religii. Wiele osób widzi w Kali boginię śmierci, gniewu i zniszczenia, ale to karykaturalny obraz. Kali była również zawsze związana z seksualnością, ściślej, z hinduską ideą seksualności, czyli śakti, żeńską siłą stwórczą. W czasach Ćandellów i wiele stuleci wcześniej droga do oświecenia była oczywista: prowadziła przez oddawanie czci kobiecym pochwom. Rządziła zasada żeńska – Matka Ziemia.

Ćandellowie – dynastia władająca środkowymi Indiami od X do XIII wieku, która przybyła z terytoriów dzisiejszego Pakistanu i Afganistanu – mieli swoją stolicę w Khadźuraho, a później w Mahobie, w dzisiejszym stanie Uttar Pradeś. Pasji do sztuki rzeźbiarskiej, z którą dynastia ta zaczęła być później utożsamiana, Ćandellowie najbardziej oddawali się jednak w Khadźuraho. To tutaj zbudowali na leśnych polanach co najmniej osiemdziesiąt pokrytych misternymi rzeźbieniami świątyń (zachowało się tylko dwadzieścia pięć) z żółtego piaskowca, w kojarzącym się z pszczelim ulem stylu nagara, w którym bryła budynku zwieńczona jest wieżą, śikharą, przypominającą szczerbaty szczyt górski.

Utrzymane w tym stylu świątynki w Khadźuraho odróżnia od podobnych, licznych w Indiach konstrukcji temat wystroju rzeźbiarskiego. Najniższe fryzy to ogromne erotyczne komiksy. Rzeźby mieszczą się w przedziale od najokazalszych prac w świątyniach Kandarii Mahadewy, Wiśwanathy, Lakszmany w grupie zachodniej, powstałych w XI wieku w okresie największego rozkwitu imperium, po bardziej prymitywne dzieła w kompleksie wschodnim i świątyniach południowych, kiedy chylące się ku upadkowi państwo Ćandellów już tylko nieudolnie powielało swoje dawne osiągnięcia z dziedziny wyobraźni i sztuki erotycznej.

W Khadźuraho setki metrów dynamicznych fryzów zaludnia cała chmara postaci: zwierzęcych, boskich, ludzkich i hybrydowych. Niebiańskie nimfy, apsary, rozpościerają ozdobione klejnotami nagie ciała, nakładają makijaż, myją włosy i co krok zawiązują i rozwiązują pasy szat kojarzące się ze znakami interpunkcyjnymi na świątynnych ścianach. Często pojawiają się również rzędy gryfów oraz nagich antropomorficznych bóstw opiekuńczych (jest tu także bóg Brahma jako lubieżny podglądacz z tłustym brzuchem). My jednak jesteśmy tutaj dla głównej atrakcji: par splecionych ze sobą w akrobatycznym uścisku, czyli par mithuna.

– Wah! – ten gromki indyjski wykrzyknik, który lokuje się gdzieś pomiędzy zaskoczeniem i potwierdzeniem, wychodzi z ust mojej dobrej przyjaciółki, która stoi obok mnie. Kiedy ją poznałam, właśnie zasłużyła na stworzony przez indyjskie feministki szyderczy przydomek GIG, czyli Good Indian Girl, ponieważ podążała w życiu drogą wytyczoną dla większości dziewczyn z wyższej klasy średniej: uniwersytet dla dziewcząt, a później zaaranżowane małżeństwo z inżynierem z bogatej stolicy Pendżabu, Ćandigarhu. Nosiła się stosownie do swojej roli: włosy długie i błyszczące od olejku jaśminowego, biżuteria z matowego złota i schludne, stonowane sari.

Dzisiaj nadal ubiera się w stylu, jak to nazywa, arty smarty, czyli pretensjonalnie artystowskim. Stanowczo odrzuca dżinsowy uniform młodych mieszkanek metropolii na rzecz jedwabnych szali z Majsuru i eleganckich śalwar kamiz – ten strój złożony z luźnych spodni i sięgającej do kolan tuniki w indyjskich wyższych sferach znamionuje kobiecą skromność. Pod wszystkimi innymi względami przeistoczyła się jednak w bardziej interesujące, a nawet asertywne stworzenie: rozwiedzioną samotną matkę, która nie przeprasza za swój status matrymonialny, kiedy oddaje się licznym „zdrożnym” obyczajom – je ciężkie posiłki, lemoniadę popija dżinem i używa cukru, co jest powszechną słabością w kraju, w którym dziewięć procent ludności choruje na cukrzycę typu 2.

Pod wieloma względami Dimple jest pionierką: wytycza szlak przez ziemię niczyją między indyjskimi oczekiwaniami społecznymi a wolą jednostki, dokonuje własnych wyborów, lekceważąc ogromną presję, żeby była Good Indian Girl. Bez wątpienia bardzo sprytnie radzi sobie w społeczeństwie, które z punktu widzenia kobiety należy do najbardziej zagmatwanych i pełnych sprzeczności na świecie.

– Na jakimś etapie – ciągnie Adźaj – hinduizm stracił śakti. Zachowaliśmy boginie, ale śakti gdzieś się zgubiło. Wynikało to z jednej wielkiej idei wspólnej dla dwóch potęg, które podbijały Indie, czyli patriarchatu.

Najpierw na południe subkontynentu przybyli muzułmanie. W czasach swoich pierwszych wypraw, złotym wieku islamskiej nauki i handlu, tolerowali liczne indyjskie bóstwa niezależnie od ich płci. Jednak w epoce Mogołów (1526–1857), zwłaszcza za panowania cesarza Aurangzeba, stali się brutalni. Kilkakrotnie burzyli hinduską wieczną świątynię w Somnath w Gudźaracie, dewastowali tantryczne świątynie poświęcone joginkom.

Nie była to jednak cała historia. Jeszcze na początku XVII wieku spod pióra Muhammada Kuliego Kutuba Śaha (1580–1612), piątego sułtana z dynastii Kutub Śahi panującej w obsypanej diamentami Golkondzie (część dzisiejszego Hajdarabadu), a jednocześnie poety, wyszły następujące wersety (Basant, hymn na cześć wiosny):

Jej sutki pod wilgotnym stanikiem zdają się czarne niby noc,

Jak noc może się oprzeć słońcu? To dla mnie zupełnie niepojęte.

– Później oczywiście do Indii przybyli Brytyjczycy – ciągnie Adźaj – z nową koncepcją nieba i ziemi, którą zarządzali biali mężczyźni. Miało to wpływ na hinduizm śiwaicki, w którym bóg Śiwa jest uważany za najwyższe bóstwo.

W okresie największego rozkwitu Indii Brytyjskich, kiedy samą Wielką Brytanię zalała bezprecedensowa fala purytanizmu, zaczęło być głośno o erotycznych świątyniach w Khadźuraho. Przez kilka stuleci te zespoły świątynne stały zapomniane, ukryte w gęstych lasach środkowych Indii, nietknięte przez panujących w Indiach władców muzułmańskich. W 1853 roku ponownie odkrył je dla nas Alexander Cunningham, generał, który prowadził w Madhja Pradeś prace geodezyjne w ramach badań prowadzonych przez Archaelogical Survey of India.

Cunningham, przemieszczający się w palankinie niesionym przez kulisów, w raporcie przesłanym do Kalkuty, stolicy imperium brytyjskiego, określił świątynne fryzy odkryte w Khadźuraho jako „dosyć gorące”. Późniejsze reakcje na tę sztukę miały mniej eufemistyczny charakter. W latach siedemdziesiątych XIX wieku obiekty te uznano za zagrożenie „moralności publicznej”, co sprawiło, że zarówno indyjskich poddanych, jak i Brytyjczyków odcięto od nich z obawy, że wyuzdana cielesność scen zdemoralizuje kobiety, brytyjskie memsahiby2, na których spoczywał obowiązek stania na straży cywilizowanych norm seksualnych w krajach kolonialnych.

– Brytyjczycy nazywali je „świątyniami Kamasutry” – kontynuuje Adźaj – chociaż w Kamasutrze tak naprawdę nie chodzi wyłącznie o seks. – Wyjmuje z kieszeni chusteczkę i przeciera spocone czoło. – Kamasutra to tylko jeden z tomów całego zbioru tekstów erotycznych i poradnikowych – Kamaśastra – jak dobrze i zacnie żyć. Konkretne porady dotyczące poszukiwania kamy, czyli rozkoszy, były przeznaczone dla dysponującego dużą ilością wolnego czasu playboya, światowca z przeżywającego rozkwit imperium Guptów. Tekst powstał między I a V wiekiem, a jego autorstwo przypisuje się mędrcowi Watsjajanie. Niewiele o nim wiemy poza tym, że być może żył w celibacie!

– A kim był wiktoriański tłumacz na angielski? – pyta Dimple. – Dużo ryzykował, prawda?

– Sir Richard Burton – odpowiada Adźaj – urzędnik Indii Brytyjskich, uczony i poszukiwacz przygód. Rzeczywiście dużo ryzykował. Niewiele brakowało, a razem z pomocnikiem, niejakim Arbuthnotem, zostałby aresztowany za swój przekład, ponieważ tekst uznano za skrajnie obsceniczny. Trudno uwierzyć, ale przekład Burtona, który przez te wszystkie lata krążył po świecie, oficjalnie opublikowano w Wielkiej Brytanii i Ameryce dopiero w 1962 roku!

Te pocztówki z wyzwolonej seksualnie przeszłości Indii – sztuka i literatura erotyczna podciągnięta pod ogólną kategorię Kamasutry – miały wielki udział w pogłębieniu się wiktoriańskiego stereotypu Indii jako kraju rozwiązłego. Rozpoczęto politykę represji wymierzonych w praktyki i grupy ludności uznane za szczególnie rozwiązłe, na przykład w dawną tradycję tawaif, nadwornych konkubin, dewadasi, tancerek świątynnych poślubianych bogom (czasami, chociaż nie zawsze, uprawiające prostytucję) oraz hidźry, trzecią płeć.

Przeprowadzając w 1868 i 1871 roku spisy powszechne, skupiono się na wybranych grupach, które reformatorzy Indii Brytyjskich chcieli nadzorować, między innymi na prostytutkach, trędowatych i hidźrach (nawiasem mówiąc, kobiet nie wymieniano z imienia, podawano tylko ich liczbę w gospodarstwie domowym). Prestiż społeczny tych grup zaczął się powoli obniżać, ale przetrwały. Coraz trudniejsza droga, na którą je zepchnięto, mogła prowadzić tylko w jednym kierunku – w stronę seksu zarobkowego.

Na płaskorzeźbie, którą mamy przed oczami, bogini Kali nie tyle przyjmuje pozycję seksualną, ile stanowi część seksualnej sceny. Nie ma piersi, czemu nie są jednak winni muzułmańscy władcy, lecz upływ dziesięciu stuleci. Ale w innych miejscach kształty jej ciała zachowały się tak dobrze, jakby wyrzeźbiono ją w zeszłym tygodniu.

Szpiczasta fryzura Kali przypomina kojarzące się z plastrami miodu świątynne wieże, które w dowolnym miejscu Indii otaczają pierścieniem horyzont. Na jej ramionach siedzą w pozycji lotosu dwie nagie apsary i bawią się własnymi piersiami, dużymi i okrągłymi jak melony. U jej stóp dwa gryfy ciągną się za penisy: ten po lewej jednocześnie robi dobrze sąsiadowi, a ten po prawej wolną ręką wkłada sobie do ust liść.

– To jest liść betelu – wyjaśnia Adźaj i wyjmuje z kieszeni pan, indyjski specyfik na trawienie, czyli zawinięte w liść betelu orzechy arekowe oraz słodkie i słone dodatki, takie jak miąższ kokosa i konfitura z płatków róży. – Dzisiaj jemy betel w takiej postaci, a prawdziwy nałogowcy żują same liście. Jednak zawsze służył jako afrodyzjak. W Kamasutrze jest rada, żeby przygotowując się do seksu, kochankowie natarli się nawzajem olejkiem sandałowym i nakarmili betelem; zachodnim odpowiednikiem byłby pewnie olejek do ciała i szampan.

Obchodzimy dokoła Kandariję Mahadewę i oglądamy paradę jeszcze lubieżniej pornograficznych par mithuna w świątyni Lakszmany. W pierwszej grupie dłoń kobiety spoczywa na genitaliach mężczyzny, a na prawo od niej dwaj mężczyźni wysuwają ku sobie języki. Kolejna grupa składa się z mężczyzny, który na stojąco kopuluje z kobietą ze skrzyżowanymi nogami, podtrzymywaną przez dwóch masturbujących się pomocników. Trochę dalej mężczyzna obsługuje oralnie innego mężczyznę, a gryf patrzy na to z krotochwilną miną.

Kiedy przyglądamy się tym kłębowiskom ciał, mija nas sześcioosobowa indyjska rodzina: dwóch nastoletnich synów (jeden ma na sobie koszulę z wysokim kołnierzem w stylu muzułmańskim, a drugi czarny podkoszulek z Iron Maiden), córka w okularach z grubymi oprawkami, konserwatywnie wyglądający rodzice i babcia, która ma na sobie dwa rozpinane swetry i japonki włożone na skarpetki.

Ponieważ niewielu przedstawicieli narodu indyjskiego uważa przyglądanie się komuś za niegrzeczne, rodzina przystaje i gapi się – nie na erotyczne fryzy, lecz na oglądających je firangi, cudzoziemców. Najstarszy z synów wyjmuje aparat i prosi o „jedno zdjęcie”. Staje sztywno obok mnie, opasuje mnie ramieniem, drugą ręką pokazując na bezkompromisową scenę.

Dimple cmoka, kiedy rodzina się od nas oddala. Zjawisko „one photo” (jedno zdjęcie) – nagminne zaczepianie nas przez indyjskich turystów, którzy dopraszają się o wakacyjną fotografię z wysoką białą kobietą – zawsze ją irytuje. Zastanawiam się dlaczego. Czyżby uważała takie zachowanie za wieśniackie, za złą reklamę dla jej mało kosmopolitycznych rodaków? Nie mam czasu zapytać. Kiedy turyści są już poza zasięgiem słuchu, Dimple mówi teatralnym szeptem:

– To mi przypomina wspinanie się na drzewa w dzieciństwie. – Pokazuje na fryz z parą, która spowija się nawzajem kończynami jak w harcerskim węźle. Kobieta opiera jedną stopę na stopie mężczyzny, a drugą na jego biodrze. Jednym ramieniem trzyma się jego pleców, a drugim szyi, obejmując ją. Do tego wszystkiego dochodzi typowy dla Khadźuraho pikantny szczegół, a mianowicie parę flankuje dwójka innych bóstw z twarzami wykrzywionymi bólem albo ekstazą i penisami w dłoniach.

Wyciągam z plecaka zaczytaną książkę, pamiątkę z wcześniejszej podróży do Goa, i wytrzepuję z niej drobiny jasnego piasku.

– To jest jeden z czterech głównych sposobów obłapiania w Kamasutrze – mówię. – Posłuchajcie: „Jeśli wsparłszy jedną nogę na jego stopie, drugą albo na udzie wesprze, albo udo nią otoczy i jednym ramieniem plecy obłapi, a drugim jego bark przyciągnie i przez chwilę jedną okrzyk wydaje cichy lub jak gołębica grucha, a dla całunku jakby wspiąć się chciała – to będzie wspięcie się na drzewo” (Kamasutra, s. 42).

Dimple śmieje się zachwycona.

Kiedy idziemy dalej wzdłuż zacienionej ściany świątyni Lakszmany, przypominam sobie pozostałe trzy główne pozycje z Kamasutry. „Spowicie liany” dzisiaj nazwalibyśmy pozycją na stojaka. W „ryżu i sezamie” uda i ramiona pary „niczym do walki ciasno się ze sobą splotą”, a w bardziej rozpoznawalnej dla ludzi Zachodu pozycji „mleko i woda” kobieta siedzi w objęciach mężczyzny twarzą do niego.

W Khadźuraho, tak samo jak w Kamasutrze, jest wiele znajomych, ale również wiele bardzo egzotycznych przedstawień seksu. Przede wszystkim repertuar pozycji seksualnych jest znacznie bogatszy niż sztampowe ruchy w zachodnich filmach pornograficznych, co budzi we mnie myśl, że przez lata, które upłynęły od tego czasu, przestrzeń seksualnych rozkoszy się zawęziła, a nie poszerzyła.

Adźaj prowadzi nas do zachodniego rogu świątyni i mówi, błyskając zębami w uśmiechu:

– Patrzcie, tutaj widać, czego dawni hindusi mogą nas nauczyć o tym, żeby nie traktować seksu i religii zbyt poważnie. To jest Ganeśa, bóg z głową słonia, który szeroko się uśmiecha. Na co patrzy?

Mamy do czynienia ze skrótem perspektywy. Mijamy róg świątyni i widzimy za plecami Ganeśi łysego bramina3 in flagranti ze zgiętą wpół dwórką przytykającą czoło do kolan. Teraz już wiemy, że uśmiech Ganeśi jest uśmiechem zadowolonego z siebie podglądacza. Taka frywolność byłaby nie do pomyślenia w tradycji judeochrześcijańskiej albo w islamie, zwłaszcza dwudziestopierwszowiecznym, szarpanym bolesnymi zmianami.

Jaki był zatem pierwotny cel radykalnej sztuki erotycznej w Khadźuraho? Tak naprawdę nikt tego nie wie. Niektórzy twierdzą, że pary mithuna służyły jako narzędzie edukacji seksualnej, były czymś w rodzaju średniowiecznego Mastertona. Wielu naukowców zwraca uwagę, że pojawiają się tylko w dolnych partiach, a zatem być może symbolizują niskie żądze, które trzeba przezwyciężyć, żeby osiągnąć wyższe poziomy duchowości i oświecenie. Trzecia hipoteza mówi, że pary mithuna miały być rozrywką dla bogów, aby powstrzymali się od wybuchów gniewu w porze monsunowej. Jeszcze inni przypuszczają, że prace rzeźbiarskie w Khadźuraho obrazują noc poślubną boga Śiwy i jego małżonki Parwati.

Siadamy na wysokim kamiennym cokole świątyni Warahy. W głębi, między dwiema ogromnymi kamiennymi kolumnami, znajduje się świątynne bóstwo w postaci gigantycznego kamiennego dzika: jest to Waraha, trzecie wcielenie hinduskiego boga Wisznu, najważniejszego bóstwa wisznuizmu, jednego z czterech głównych nurtów w hinduizmie. Przed nami rozciąga się piękny widok na kompleks zachodni z mrowiem turystów i fioletoworóżowe słońce znikające za sylwetkami świątyń.

Ucieczka na ten wysoko położony punkt widokowy pozwoliła nam uwolnić się od naganiaczy i przekupniów ciągnących za nami przez ostatnie piętnaście minut. We współczesnym miasteczku dla turystów, które powstało wokół Khadźuraho, pracowicie handluje się seksem – od stosunkowo mało drastycznych plastikowych pamiątek, po prostytutki, w tym dzieci, oferujące swój towar w najbardziej ruchliwych miejscach, a także, co jest zjawiskiem nowym, młodych żigolaków, którzy nagabują starsze turystki w miejskich kawiarniach.

– Khadźuraho raczej nie ma nic wspólnego z Kamasutrą – mówi teraz Adźaj, krzyżując odziane w dzwony nogi, żeby nie stracić równowagi na wysokim cokole. – Od razu mówię, że słowo „kama” z tytułu eposu nie odnosi się do pojęcia przyczyny i skutku, jak uważa wielu ludzi Zachodu, lecz do jednego z czterech głównych hinduskich celów życia określanych terminem „puruszartha”: przyjemności seksualnej czy erotycznej. Pozostałe cele to dharma, co z grubsza oznacza odpowiednie postępowanie, powinność, zacność albo odpowiedzialność społeczną, artha, który dotyczy pieniędzy, władzy politycznej albo sukcesu, i moksza, ostateczny cel życia hindusa – wyzwolenie duchowe. Kama obejmuje również inne rozkosze zmysłowe, takie jak jedzenie, pachnidła i muzykę, więc jest pojęciem znacznie szerszym, niż się dzisiaj powszechnie sądzi. Sutra dosłownie znaczy „nić” albo „sznur” i odnosi się do dobitnego stylu literackiego, pełnego aforyzmów, co ułatwia nauczenie się tekstu na pamięć.

– Wah! – mówi znowu Dimple. – Tak wiele straciliśmy.

– Wiedziały panie, że w sanskrycie jest ponad dwadzieścia słów oznaczających seks? I że w hindi są słowa związane z seksem, które nie mają bezpośrednich odpowiedników w angielskim? Na przykład: ćudasi znaczy „smutek po seksie”, a mitha dard, dosłownie „słodki ból”, to uczucie ciężkości w kończynach po stosunku.

– Tak wiele straciliśmy – powtarza Dimple, patrząc na grupę nastolatków w schludnych mundurkach chrześcijańskiej szkoły, którzy śmieją się z fryzów, zasłaniając usta dłońmi.

Zanim przedrzemy się do wyjścia z kompleksu, chcę zapytać Adźaja o jeszcze jedną rzecz: o tantrę. Słowo to pojawiło się dzisiaj kilka razy, a ten aspekt indyjskiej praktyki duchowej na Zachodzie jest chyba najsłabiej rozumiany. Ludziom Zachodu tantra kojarzy się przede wszystkim z rytuałami seksualnymi, na przykład technikami opóźniania orgazmu rozsławionymi przez Stinga i Trudie Styler.

Kiedy o tym wspominam, Adźaj wzdycha z rozpaczą:

– Tantryzm jest dzisiaj bardzo źle rozumiany nawet w Indiach – mówi. – Jest to metoda praktyk religijnych, której rytuały były przez ponad siedemset lat dominujące w hinduizmie, dźinizmie i buddyzmie. W odróżnieniu od wcześniejszych tradycji, które opisywały świat jako ułudę, tantra radowała się doczesnością i włączała ją w swoje obrzędy. „Tu i teraz” należało pielęgnować, a nie odrzucać. Pewna bardzo niewielka liczba tych rytuałów opierała się na śaktyjskiej szkole tantry – znowu śakti, widzicie? Według tej szkoły męska energia mogła się w pełni zrealizować tylko poprzez duchowe i seksualne zespolenie z żeńską. Stąd rytuały seksualne – wyjaśnia. – Dobro i zło, podobnie jak to jest w przypadku wielu pojęć indyjskiej religii, ujawniają się w działaniu. Tantryzm śaktyjski celebruje ludzką seksualność, ale ma również ciemniejszą stronę, mianowicie zrodził praktykę zmuszania dewadasi, młodych kobiet oddanych bogu, do prostytuowania się w tantrycznych świątyniach.

Współcześni Indusi głośno protestują przeciwko zachodniemu spojrzeniu na tantryzm w tych pikantnych kategoriach, istnieje jednak obfity materiał uzasadniający to hormonalne podejście. Choćby mechanika takich praktyk, jak na przykład wadźroli – młody wtajemniczony ćwiczy się w cofnięciu amryty, czyli wewnętrznych płynów organizmu, niby przez słomkę. Albo cały wachlarz praktyk zmierzających do pobudzenia kundalini, energii uznawanej za napęd ośrodkowego układu nerwowego.

Skoncentrowane na sferze analnej techniki wymyślone przez tantrę w celu pobudzenia „zwiniętego węża” kundalini obejmują tada (uderzanie pośladkami o ziemię w celu pobudzenia kręgosłupa), przetaczanie kulki bawełny po kości ogonowej, a przede wszystkim adhoratę, najważniejszą tantryczną technikę seksualną. Podstawowym celem adhoraty jest wytrysk nasienia do odbytu, co rzekomo pobudza gruczoł kundalini – umieszczony podobno między ścianą odbytu a kością ogonową – „tak jak białko jajka użyźnia żółtko” oraz odżywia i stymuluje wewnętrzne śakti. Jeszcze w latach dwudziestych XX wieku roiło się od wyśmienitych „specjalistek analnych” wśród indyjskich prostytutek i chłopięcych trup aktorskich ei czou (wywodzących się z Chin) i objeżdżających Indie młodych tancerzy z Cejlonu (dzisiejszej Sri Lanki, w XIX wieku słynącej z męskiej prostytucji).

Dimple i ja odjeżdżamy spod bram zachodniego kompleksu jak maharadżowie, a mianowicie wskakujemy na tylne siedzenie autorikszy, która pyrkocze wyczekująco otoczona przez naganiaczy. W kabinie tego pojazdu, od zewnątrz pomalowanego na zielono i żółto, można znaleźć typowe akcesoria: kierowcę z niespokojną prawą stopą, przyciemnianą przednią szybę i tapicerkę z grubego skaju z wzorem w kreskówkowe truskawki. Ruszamy spod wyszczerbionego krawężnika i po chwili odgłosy klaksonów i naganiaczy zamieniają się w jednostajny szum za naszymi plecami, jak huk fal, kiedy oddalasz się od brzegu.

Patrząc przez otwarte drzwi autorikszy na pylistą drogę, która szybko ucieka do tyłu, zastanawiam się, jak wybujałą cielesność Khadźuraho odbierali wiktoriańscy Brytyjczycy. W końcu Cunningham pojawił się w tej okolicy w szczytowej fazie rozkwitu ruchu na rzecz czystości w Wielkiej Brytanii. Ten późnodziewiętnastowieczny ruch społeczny dążył do wprowadzenia zakazu prostytucji i innych czynności seksualnych, które uważano za niemoralne. Gromadził przede wszystkim kobiety, działał w krajach anglojęzycznych od końca lat sześćdziesiątych do mniej więcej 1910 roku i wywarł istotny wpływ na ówczesne ideologie związane z kontrolą urodzin, eugeniką i emancypacją kobiet. A zatem kiedy hindusi proponowali ożywcze praktyki koitalne, Brytyjczycy doświadczali w swojej ojczyźnie bezprecedensowego tłumienia swobód seksualnych: faktycznego zakazu edukacji seksualnej, potępienia masturbacji jako szkodliwej dla rozwoju psychiki, i głoszenia wszystkich tych przejawów pruderii, które dzisiaj tak łatwo przychodzi nam wykpiwać, na przykład obowiązku zakrywania kobiecych kostek i nóg fortepianu.

W czasach ekspedycji Cunninghama Wielka Brytania już dawno nie pamiętała o seksualnej wybujałości z XVIII i początku XIX wieku, czyli z czasów, kiedy opiewano bajroniczną męską potencję, kiedy Londyn był światowym liderem eksportu pornograficznych obrazków, a w jego burdelach można było zaspokoić wszelkie upodobania seksualne – od słabości do Japonek po pederastię. Jeszcze w 1830 roku pewien londyński dom opieki troszczył się o zapracowanych chłopców-prostytutki zarażonych chorobą weneryczną. W połowie stulecia rozpoczęła się jednak na brytyjskiej ziemi energiczna kampania moralna wymierzona w prostytucję, seks pozamałżeński, masturbację i współżycie płciowe między mężczyznami. W późniejszych dekadach, jak pokażemy w dalszych rozdziałach tej książki, miało to daleko idące konsekwencje dla mieszkańców brytyjskich terytoriów kolonialnych.

Stulecie później, co opiszę w rozdziale 10, lubieżność dawnego hinduizmu uderzyła w czułą strunę pokolenia ludzi Zachodu, którzy uśmiercali niedobitki późnowiktoriańskich zahamowań. „Goańskie cudaki” (Goa Freaks), ludzie zainspirowani zachodnią rewolucją seksualną, która zachęcała do chemicznych i erotycznych eksperymentów, odwiedzali Khadźuraho w ramach podróży objazdowej – obejmowała ona pobudzające kundalini aśramy4 w Himalajach, ghaty5, w Waranasi oraz wielodniowe, wspomagane LSD orgie seksualne na plażach Goa i Kerali mające na celu osiągnięcie transcendencji. Zainteresowanie hipisów w dużym stopniu przyczyniło się do powstania bezładnego miasteczka turystycznego, które wyrosło w Khadźuraho będącym pod koniec lat sześćdziesiątych prowincjonalnym zadupiem.

Dzisiaj Khadźuraho zajmuje poczesne miejsce na mapie turystycznej nie tylko cudzoziemców, ale również dociekliwych Indusów. Ale jak się przekonamy w kolejnych rozdziałach, nie należy traktować tego jako dowodu, że Indie zaczęły swobodniej podchodzić do kwestii seksu i seksualności. Zmiany społeczne, zwłaszcza w sferze seksualnej, nie nadążają za rozpędzoną gospodarką. Sytuacja ta była przyczyną masowych gwałtów w Delhi, co w 2012 i 2013 roku trafiło na czołówki gazet, a także późniejszych zamieszek oraz codziennych cierpień wielu Indusek, które w każdej chwili mogą zostać porwane i zmuszone do wyjścia za mąż wbrew swojej woli, podpalone, jeżeli pan młody uzna ich posag za niewystarczający, bądź też bezkarnie zgwałcone przez małżonka (paragraf 375 indyjskiego Kodeksu karnego traktuje wymuszanie seksu w małżeństwie jako przestępstwo, tylko jeśli żona nie skończyła piętnastu lat).

Kolejnego dowodu na to, że seks i seksualność są zapalną kwestią w dzisiejszych Indiach, dostarczają spory wokół następców rzeźbiarzy z Khadźuraho. M.F. Husain, najbardziej znany współczesny artysta indyjski (i muzułmanin), zrobił karierę na skandalu z serią obrazów, które przedstawiają kopulujących hinduskich bogów (najgłośniejszym echem odbiła się bogini Durga spółkująca z tygrysem), a trochę później jego instalacja przedstawiona na Uniwersytecie Maharadży Sajadźirao w Wadodarze (w stanie Gudźarat) wzbudziła gromkie protesty środowisk religijnych, ponieważ artysta ukazał bogów nago, za co omal nie został aresztowany.

Dimple i ja mamy przed sobą szmat drogi: z upojnych wyżyn liberalnego hinduizmu do mrocznych głębin wiktoriańskich zahamowań. Jest to droga tak samo wyboista i zróżnicowana jak tereny, przez które będziemy przejeżdżały – od Himalajów na północy po równiny wschodu, od parnego południa po pulsującą życiem dwudziestopierwszowieczną metropolię Mumbaj na zachodnim brzegu Morza Arabskiego. Mój wzrok pada na deskę rozdzielczą, gdzie obok plastikowych chińskich kwiatów i wizerunku wieloramiennej Kali wisi breloczek bardzo podobny do tych, które próbowano nam wcisnąć chwilę wcześniej. Kiedy telepiemy się na zużytych resorach, zafascynowana patrzę na ten breloczek: miniaturowy członek rytmicznie wsuwa się i wysuwa z pochwy.