Dziennik z podróży do Rosji - John Steinbeck - ebook

Dziennik z podróży do Rosji ebook

John Steinbeck

0,0

Opis

Relacja z podróży Johna Steinbecka i  Roberta Capy po Związku Radzieckim w czasach zimnej wojny to klasyczna pozycja z gatunku literatury podróżniczej.

Tuż po opadnięciu żelaznej kurtyny, John Steinbeck, wówczas laureat Nagrody Pulitzera, oraz znany fotograf wojenny Robert Capa podjęli śmiałą wyprawę do Związku Radzieckiego z zamiarem napisania reportażu dla gazety „New York Herald Tribune”. Sławni podróżnicy mieli rzadką okazję odwiedzenia nie tylko Moskwy i Stalingradu, lecz także ukraińskich wsi oraz Gruzji. Okrzyknięty przez recenzentów New York Timesa „znakomitym” tuż po jego wydaniu w 1948 roku, „Dziennik z podróży do Rosji” przedstawia kwintesencję tej wyprawy i pozostaje niezwykłym pamiętnikiem oraz unikatowym dokumentem historycznym.

Steinbeck i Capa uwiecznili to, co widzieli, za pomocą słów i zdjęć, tworząc poruszający zapis codziennego życia zwykłych Rosjan. W odróżnieniu od innych zachodnich reportaży na temat Rosji z tamtego okresu „Dziennik” jest wolny od ideologicznych obsesji. Zamiast tego Steinbeck i Capa zarejestrowali rzeczywistość życia robotników pracujących w fabrykach, urzędników państwowych oraz chłopów – społeczeństwa, które wyzwoliło się z koszmaru II wojny światowej. Na tym tle dostajemy wgląd w życie dwóch wybitnych artystów u szczytu mocy twórczych, realizujących wewnętrzną potrzebę dokumentowania kondycji ludzkiej.

John Steinbeck (1902–1968) – amerykański powieściopisarz, laureat Nagrody Nobla w 1962 r. za „realistyczny i poetycki dar, połączony z subtelnym humorem i ostrym widzeniem spraw socjalnych”. Jego najbardziej znane powieści to „Na wschód od Edenu”, „Tortilla Flat", „Myszy i ludzie", „Grona gniewu" i „Ulica Nadbrzeżna".

Robert Capa (1913–1954) – węgierski fotoreporter. Jeden z najważniejszych fotografów XX wieku, autor zdjęć z pięciu wojen (hiszpańskiej wojny domowej, wojny chińsko-japońskiej, II wojny światowej, I wojny izraelsko-arabskiej i I wojny indochińskiej) oraz innych wydarzeń. Podczas hiszpańskiej wojny domowej wykonał jedno z najważniejszych zdjęć  – „Padającego żołnierza”. Podczas II wojny światowej wraz z pierwszą grupą alianckich żołnierzy brał udział w lądowaniu w Normandii. Znany był z zamiłowania do hazardu, alkoholu i z licznych romansów. Zginął w wieku 41 lat, w wyniku wybuchu miny, fotografując przebieg wojny w Indochinach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 252

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału

A RUSSIAN JOURNAL

Copyright © John Steinbeck, 1948

All rights reserved

The photos included in this edition by arrangement

with Waverly Kaffaga, as Executrix for the Estate

of Elaine A. Steinbeck c/o McIntosh & Otis, Inc.,

353 Lexington Avenue, New York, NY 10016

Projekt okładki

Ewa Wójcik

Zdjęcie na okładce

© Robert Capa/Magnum Photos/PhotoPower

Redaktor prowadzący

Monika Kalinowska

Redakcja

Michał Załuska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978–83–8097–751–8

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02–697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Rozdział 1

Zacząć powinienem od wyjaśnienia, jak rozpoczęła się ta wyprawa ijaki był jej cel. Ja – używam tego zaimka za specjalnym przyzwoleniem Johna Gunthera – siedziałem pod koniec marca wbarze hotelu Bedford na Czterdziestej Wschodniej Ulicy. Moja sztuka teatralna czterokrotnie rozpłynęła się iwyciekła mi przez palce. Siedziałem na barowym stołku, zastanawiając się co dalej, gdy do baru wszedł Robert Capa. Wyglądał na strapionego. Rozgrywka pokerowa, którą był pochłonięty przez kilka miesięcy, wreszcie dobiegła końca. Jego książka poszła do druku, aon nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić. Poczciwy barman Willy zaproponował drinka, którego potrafił przygotować najlepiej na świecie, czyli suissesse. Byliśmy przybici – nie tyle samymi informacjami, ile sposobem ich przekazywania. Newsy przestały już wówczas być newsami, nie przyciągały uwagi swoją świeżością. Nadszedł czas na opinie komentatorów. Jegomoście siedzący za swoimi biurkami wWaszyngtonie czy Nowym Jorku czytali depesze iprzesiewali je przez swoje schematy widzenia świata. To, co czytamy jako wiadomości, często jest zupełnie czymś innym. Zamiast faktów dostajemy ich interpretacje, przygotowane przez pół tuzina ekspertów.

Willy podał nam jasnozielone koktajle izaczęliśmy dyskusję – otym, co uczciwy liberał może jeszcze zmienić na tym świecie. Gazety podawały codziennie setki wiadomości na temat Rosji1. Co myśli Stalin, co planuje sowiecki sztab generalny, jak wygląda rozmieszczenie wojsk ijak przebiegają próby zużyciem broni atomowej ikierowanych pocisków rakietowych. Wszystkie te informacje pochodziły zdrugiej ręki, podawali je ludzie, którzy nigdy wRosji nie byli. Nie wszystkie źródła są godne zaufania. Podczas tej rozmowy uświadomiliśmy sobie, że nikt nie pisze orzeczach, które interesują nas najbardziej. Jak ubierają się Rosjanie? Co jadają na kolację? Czy urządzają przyjęcia? Jaka jest tamtejsza kuchnia? Jak uprawiają seks ijak umierają mieszkańcy Rosji? Oczym rozmawiają? Czy tańczą, śpiewają, oddają się rozrywkom? Czy dzieci chodzą do szkoły? Pomyśleliśmy, że dobrze by było dowiedzieć się tego wszystkiego, sfotografować to. Sowiecka polityka jest bardzo ważna, podobnie jak nasza, ale przecież – podobnie jak unas – tam także życie to coś owiele bardziej złożonego. Zwykły Rosjanin ma swoje prywatne życie, októrym nic nie wiemy, ponieważ nikt onim nie pisze.

Willy przygotował kolejne drinki iprzyznał nam rację, on także poczytałby zwielkim zainteresowaniem ozwykłych Rosjanach. Podjęliśmy zatem decyzję – postanowiliśmy połączyć nasze siły ispróbować napisać prosty reportaż opatrzony zdjęciami. Bez poruszania spraw politycznych. Powzięliśmy zamiar omijania Kremla oraz terenów wojskowych inieporuszania tematów militarnych. Wmiarę możliwości chcieliśmy dotrzeć do zwykłych ludzi. Trzeba przyznać, iż nie mieliśmy pojęcia, czy nam się uda – nasi przyjaciele twierdzili, że nie.

Jeśli nasze plany się powiodą, myśleliśmy, to dobrze, będziemy mieć przyzwoity materiał. Wprzeciwnym wypadku opiszemy swoje niepowodzenie ijak doniego doszło, tak czy inaczej nie wrócimy zpustymi rękami. Umówiliśmy się naobiad zGeorge’em Cornishem z„Herald Tribune”iopowiedzieliśmy mu oswoim pomyśle. Zaproponował pomoc, uznawszy przedsięwzięcie zainteresujące.

Wspólnie ustaliliśmy kilka rzeczy. Pojedziemy, zostawiając za sobą wszelkie uprzedzenia, nie będziemy nikogo chwalić ani krytykować. Podejmiemy się wykonania uczciwej pracy reporterskiej, będziemy dokumentować wszystko, co zobaczymy iusłyszymy, będziemy unikać wyciągania wniosków wsprawach, októrych nie mieliśmy wystarczającej wiedzy, oraz wściekania się na opóźnienia spowodowane biurokracją. Wiedzieliśmy, że wiele rzeczy będzie dla nas niezrozumiałych, nie wszystko nam się spodoba inie zawsze będziemy się czuć komfortowo. To normalne podczas pobytu wobcym kraju. Uzgodniliśmy, że jeżeli będziemy cokolwiek krytykować, to wyłącznie na podstawie własnych doświadczeń.

Nasze wnioski oprzyznanie wiz zostały wysłane do Moskwy. Mój został rozpatrzony pozytywnie wniedługim czasie. Udałem się do rosyjskiego konsulatu wNowym Jorku, tam usłyszałem od konsula generalnego:

–Jesteśmy przychylni temu przedsięwzięciu; ale po co panu fotograf? Mamy ich mnóstwo wZwiązku Sowieckim.

Odpowiedziałem:

–Ale nie macie Capy. To nasz wspólny projekt ipodejmiemy się go tylko razem.

Wydawało nam się dziwne, że ztaką niechęcią wpuszczali na swój teren fotografa, natomiast nie mieli żadnych zastrzeżeń wobec mnie. Wszak zdjęcia można kontrolować za pomocą państwowej cenzury, wprzeciwieństwie do umysłu obserwatora. Na podstawie doświadczeń zdobytych podczas naszej podróży możemy stwierdzić, że aparat fotograficzny budzi największą grozę spośród wszystkich współczesnych broni. Zwłaszcza osoby dotknięte przez wojnę bardzo się go obawiają, ponieważ każdy nalot bombowy zaczyna się od jakiejś fotografii. Każde zbombardowane miasto czy fabryka zostały najpierw sfotografowane zsamolotu lub aparatu szpiegowskiego, toteż aparat fotograficzny budzi niepokój, atrzymający go człowiek staje się zmiejsca podejrzany, każdy jego krok jest bacznie śledzony. Jeśli nie wierzycie, spróbujcie zabrać swojego kodaka wokolice Oak Ridge, Kanału Panamskiego lub gdziekolwiek wpobliże jednego zsetek naszych laboratoriów doświadczalnych. Wumyśle przeciętnego współczesnego człowieka obiektyw aparatu zapowiada destrukcję, ijest to skojarzenie wpełni usprawiedliwione.

Wgłębi duszy żaden znas nie spodziewał się uzyskania zezwolenia na reportaż. Byliśmy równie zaskoczeni, jak wszyscy inni, kiedy dostaliśmy zielone światło. Uczciliśmy odebranie wiz wbarze Willy’ego iwjego towarzystwie. Złamana noga unieruchomiła mnie na dwa miesiące, ale Capa zaczął już kompletować swój ekwipunek.

Nikt zAmeryki od lat nie fotografował Związku Sowieckiego, dlatego Capa zaopatrzył się wnajlepszy sprzęt do robienia zdjęć. Naturalnie zabrał contaxa irolleiflexa, których używał wczasie wojny, ale miał też zapasowe aparaty, na wypadek gdyby coś zginęło. Miał tyle aparatów iklisz oraz lamp błyskowych, że musiał zapłacić około trzystu dolarów za nadbagaż wsamolocie.

Od chwili gdy rozeszły się wieści onaszym wyjeździe do Związku Sowieckiego, zaczęliśmy być bombardowani radami, przestrogami iostrzeżeniami, głównie przez osoby, które same nigdy tam nie były.

–Ależ słuch owas zaginie, jak tylko przekroczycie granicę! – powiedziała zprzerażeniem pewna starsza pani.

–Zna pani kogoś, kto tam zaginął? – zapytaliśmy zreporterską ciekawością.

–Nie – odparła. – Nie osobiście, ale przecież mnóstwo osób przepadło tam bez wieści.

–Być może, nic nam otym nie wiadomo. Czy mogłaby nam pani podać nazwisko przynajmniej jednej znich? Zna pani kogoś, kto zna kogoś, kto zaginął? – dopytywaliśmy.

–Setki osób zaginęło – powtórzyła wodpowiedzi.

Wnocnym klubie Stork mężczyzna oironicznym wyrazie twarzy, który dwa lata wcześniej opisywał szczegółowo plan inwazji na Normandię, marszcząc znacząco brwi, zwrócił się do nas ze słowami:

–Musicie mieć dobre układy zKremlem, że pozwalają wam lecieć. Pewnie was kupili.

–Nie, oile nam wiadomo, nie kupili nas. Po prostu chcemy zrobić reportaż.

Popatrzył na nas spod zmrużonych powiek. Wiedział swoje. Człowiek, który dwa lata wcześniej czytał wmyślach Eisenhowera, teraz znał na wylot umysł Stalina.

Pewien staruszek pokiwał głową ioświadczył:

–Wsadzą was do więzienia ibędą torturować, ot co. Będą was głodzić iwykręcać wam ręce, dopóki nie powiecie im wszystkiego, co chcą zwas wyciągnąć.

–Po co mieliby to robić? Wjakim celu?

–Oni wszystkich torturują. Parę dni temu czytałem taką książkę…

Dość znany przedsiębiorca przekazał nam następującą radę:

–Jedziecie do Moskwy, co? Zabierzcie ze sobą kilka bombek izrzućcie na te czerwone świnie.

Nie szczędzono nam dobrych rad. Zostaliśmy uświadomieni okonieczności zabrania ze sobą produktów spożywczych, które uchronią nas przed niechybną śmiercią głodową, atakże otajnych sposobach komunikacji iprzemycania dobytku. Najtrudniejsze okazało się wytłumaczenie, że jedziemy tam tylko po to, aby zrobić reportaż ozwykłych mieszkańcach Rosji – opisać, jacy są, jak się zachowują, ubierają, oczym rozmawiają rolnicy, jak sobie radzą ze zniszczeniami wojennymi. Było to bardzo trudne do wytłumaczenia. Odkryliśmy, że tysiące ludzi cierpi na coś wrodzaju ostrej moskwofobii – stanu, którego objawami były wiara wkażdy absurd iignorowanie faktów. Oczywiście, wswoim czasie uświadomiliśmy sobie, że Rosjanie cierpią na odmianę tej samej choroby, waszyngtonofobię. Wnaszych oczach Rosjanie mieli rogi iogony. WRosji panowała analogiczna skłonność do demonizowania Amerykanów.

–Rosjanie kąpią się razem bez ubrań, mężczyźni ikobiety – poinformował nas pewien taksówkarz.

–Tak?

–Jasna sprawa – zapewnił. – Straszne tam zepsucie.

Dalsza wymiana zdań ujawniła, że czytał gdzieś opis fińskiej sauny, który zjakiegoś powodu wzbudził wnim złość właśnie na Rosjan.

Wysłuchawszy wszystkich tych informacji, doszliśmy downiosku, że świat opisywany przez sir Johna Mandeville’abynajmniej nie odszedł dolamusa, historie pełne dwugłowych mężczyzn ilatających węży trwały wnajlepsze. Podczas naszej nieobecności dokraju zawitały latające spodki, co tylko utwierdziło nas wnaszych podejrzeniach. Dziś odnosimy wrażenie, że najbardziej niebezpieczną tendencją ludzkiego umysłu jest pokusa dawania wiary plotkom, wypierająca jakiekolwiek próby poznania faktów.

Wyruszyliśmy do Związku Sowieckiego wyposażeni wpokaźną ilość plotek, bodaj największą, jaką udało się kiedykolwiek zgromadzić wjednym miejscu. Nalegamy, aby nazywać je po imieniu. Nie są niczym więcej.

Wypiliśmy po ostatnim koktajlu suissesse wbarze Bedford – zWillym, który został pełnoprawnym partnerem wprzygotowaniach do naszej wyprawy. Jego drinki były zkażdym dniem coraz lepsze. Wyraził żal, że nie leci znami. My także chcieliśmy, żeby nam towarzyszył. Po wypiciu wyśmienitych drinków byliśmy wreszcie gotowi do drogi. Na koniec Willy podarował nam jedną znajlepszych rad, jakie usłyszeliśmy.

–Stojąc za barem, człowiek uczy się słuchać inie mówić zbyt wiele – powiedział.

Przez kilka następnych miesięcy często myśleliśmy oWillym ijego koktajlach.

Tak to się zaczęło.

Capa wrócił zokoło czterema tysiącami negatywów, ja przywiozłem kilkaset stron notatek. Zastanawialiśmy się, wjaki sposób opisać tę podróż, ipo wielu dyskusjach zdecydowaliśmy się na zapis chronologiczny, dzień po dniu, zdarzenie po zdarzeniu, bez podziałów. Opiszemy, co widzieliśmy isłyszeliśmy. Takie odejście od tendencji nowoczesnego dziennikarstwa wydało nam się odświeżającym pomysłem.

Opisaliśmy nasze doświadczenia. Nie uzurpujemy sobie praw do twierdzenia, że poznaliśmy jedyną inajprawdziwszą prawdę. Nasza opowieść jest jedną zwielu na temat Rosji.

1 Autor używa zamiennie nazw Soviet Union oraz Russia (przyp. tłum.).

Rozdział 2

Ze Sztokholmu wysłaliśmy telegram do Josepha Newmana, naczelnego moskiewskiej redakcji „Herald Tribune”, zprzewidywaną datą igodziną przybycia, po czym zadowoleni odpoczywaliśmy, wprzekonaniu, że na miejscu będzie czekał na nas samochód ipokój hotelowy. Nasza podróż do Moskwy składała się zkilku etapów, zmiędzylądowaniami wSztokholmie, Helsinkach iLeningradzie. Musieliśmy lecieć zHelsinek sowieckimi liniami lotniczymi, ponieważ żaden zzagranicznych przewoźników nie miał prawa latać do Rosji. Przelecieliśmy nad Bałtykiem iZatoką Fińską do Helsinek lśniącym nieskalaną czystością szwedzkim samolotem. Bardzo ładna szwedzka stewardesa poczęstowała nas bardzo smacznymi szwedzkimi przekąskami.

Po bezproblemowej, wygodnej podróży wylądowaliśmy na nowiutkim helsińskim lotnisku, które dopiero niedawno zostało oddane do użytku. Gmach był duży iefektowny. Usiedliśmy przy restauracyjnym stoliku woczekiwaniu na sowiecki samolot. Po około dwóch godzinach pojawiła się lecąca nisko nad ziemią stara maszyna typu C-47. Pokryta jeszcze warstwą brązowej wojskowej farby. Tylne koło eksplodowało wzderzeniu zpłytą lotniska isamolot zaczął podskakiwać na sflaczałej oponie jak konik polny. To był jedyny wypadek, jakiego byliśmy świadkami podczas całej wyprawy, ale wtamtym momencie nie dodało nam to animuszu. Zaniedbana maszyna zodpryskującą brązową powłoką stanowiła niepokojący kontrast zbłyszczącymi samolotami szwedzkich ifińskich linii lotniczych.

Kiedy wreszcie dotelepała się pod budynek, ze środka wysiadła grupa amerykańskich handlarzy futer, powracających zsowieckich targów. Cicha iprzygnębiona gromadka. Podobno samolot przez całą drogę zMoskwy utrzymywał wysokość około stu metrów nad ziemią. Jeden zsowieckich członków załogi zszedł na dół, kopnął uszkodzoną oponę iwszedł na halę lotniska. Wkrótce się dowiedzieliśmy, że nie wystartujemy tego popołudnia. Musieliśmy przenocować wHelsinkach.

Capa zebrał dziesięć sztuk swojego bagażu istał nad nimi jak kwoka nad kurczętami. Upewnił się, że wszystkie jego rzeczy zostaną umieszczone wzamkniętym pomieszczeniu, iraz po raz upominał obsługę lotniska, aby dobrze ich pilnowała. Straciwszy je zoczu, nie mógł się uspokoić ani na chwilę. Zazwyczaj wesoły izrelaksowany, Capa zamieniał się wobsesyjnego tyrana, gdy chodziło ojego sprzęt fotograficzny.

Helsinki zrobiły na nas wrażenie smutnego, nieprzyjemnego miejsca. Choć zniszczenia wojenne nie były wielkie, miasto wyglądało na wymarłe. Whotelach panowała atmosfera żałoby, wrestauracjach cisza, zespół na rynku grał ponure melodie. Żołnierze na ulicach wyglądali jak chłopskie dzieci, byli tacy młodzi ibladzi. Helsinkom brakowało życia iradości, jakby skapitulowały po dwóch wojnach isześciu latach walk. Nie wiedzieliśmy, czy sytuacja gospodarcza miała na to wpływ.

Spotkaliśmy się wcentrum zAtwoodem iHillem, dziennikarzami „Herald Tribune”, którzy pracowali nad materiałem osytuacji społeczno-ekonomicznej krajów za tak zwaną żelazną kurtyną. Mieszkali we dwóch wjednym pokoju hotelowym, pełnym raportów, broszur, ankiet izdjęć, imieli jedną jedyną butelkę szkockiej, którą oszczędzali na jakąś bliżej nieokreśloną specjalną okazję. Whisky nie przetrwała zbyt długo, my okazaliśmy się tą specjalną okazją. Capa rozegrał jakąś smętną partyjkę remika, apotem poszliśmy spać.

Nazajutrz odziesiątej rano byliśmy zpowrotem na lotnisku. Opona tylnego koła samolotu została już zmieniona, ale nadal trwały jakieś prace nad drugim silnikiem.

Przez następne dwa miesiące lataliśmy bardzo wieloma sowieckimi samolotami pasażerskimi, wszystkie były do siebie podobne: odrapane, brązowe C-47, pozostałości amerykańskiej pomocy wojskowej. Istnieją nowsze maszyny, wyprodukowane wZwiązku Sowieckim, podobne do C-47, ztrójkołowym podwoziem, ale nie lataliśmy nimi. Czterdziestki siódemki mają zniszczone dywany itapicerkę, jednak silniki są utrzymywane wdoskonałym stanie, apiloci sprawiają wrażenie bardzo dobrych. Załogi są większe niż nasze, nie wiemy, jak wygląda podział obowiązków, ponieważ nie mieliśmy możności wejścia do kokpitu. Za każdym razem, kiedy mieliśmy okazję tam zerknąć, wśrodku było sześć lub siedem osób, wtym stewardesa. Nie rozgryźliśmy, jakie są obowiązki stewardesy. Wydaje się unikać pasażerów, nie serwuje jedzenia. Pasażerowie doskonale radzą sobie sami, podróżując zzatrważającą ilością prowiantu.

Wżadnym zsamolotów, którymi lecieliśmy, nie działały wentylatory, nie było więc dopływu świeżego powietrza ani sposobu na wywietrzenie zapachów jedzenia, aczasami wymiocin. Powiedziano nam, że stare amerykańskie maszyny będą używane do czasu zastąpienia ich przez nowe, sowieckie.

Niektóre zwyczaje mogą się wydawać nieco dziwne Amerykanom przywykłym do naszych linii lotniczych. Brak pasów bezpieczeństwa. Zakaz palenia tylko na czas lotu, natychmiast po wylądowaniu pasażerowie zapalają papierosy. Nie lata się nocą – jeśli samolot nie ma szans na dotarcie do celu przed zachodem słońca, ląduje iczeka do rana. Samoloty latają dużo niżej niż nasze, chyba że jest burza. Nie stanowi to zagrożenia, ponieważ Rosja jest zupełnie płaska. Piloci nie mają najmniejszego problemu ze znalezieniem miejsca do awaryjnego lądowania.

Również sposób załadunku samolotu wydał nam się osobliwy. Po zajęciu miejsc przez pasażerów bagaże układano jeden na drugim wprzejściu między siedzeniami.

Tego pierwszego dnia najbardziej zaniepokoił nas wygląd samolotu. Prezentował się jak niezdatny do użytku, wielki, odrapany gruchot. Jednak silniki były wdoskonałym stanie technicznym imieliśmy wspaniałego pilota, niepotrzebnie się więc denerwowaliśmy. Fakt, że nasze samoloty mają nowiutką, błyszczącą karoserię, nie wpływa przecież na jakość lotu. Znałem kiedyś pewnego mężczyznę, którego żona twierdziła, że samochód lepiej jeździ, kiedy jest umyty – chyba stosujemy tę logikę wodniesieniu do wielu innych spraw. Najważniejsze, aby samolot wzbił się wpowietrze idotarł bezpiecznie do celu. Rosjanie potrafią tego dokonać tak samo dobrze jak wszyscy inni.

Mieliśmy niewielu współpasażerów. Do Moskwy lecieli znami sympatyczny islandzki dyplomata zżoną idzieckiem, kurier zfrancuskiej ambasady ze swoim pakunkiem oraz czterech niezidentyfikowanych mężczyzn, którzy nie odezwali się ani słowem przez całą podróż. Nie wiemy, kim byli.

Capa, który zna wszystkie języki świata poza rosyjskim, poczuł się jak ryba wyjęta zwody. Wkażdym języku mówi zniewłaściwym akcentem. Po hiszpańsku zwęgierskim, po francusku zhiszpańskim, po niemiecku zfrancuskim, akcent, wjakim mówi po angielsku, nie został jak dotąd zidentyfikowany. Rosyjskiego nie zna wcale, choć po miesiącu nauczył się kilku słów, które wymawiał zakcentem określanym jako uzbecki.

Wystartowaliśmy ojedenastej ipolecieliśmy wstronę Leningradu. Zgóry wyraźnie zobaczyliśmy blizny po długiej wojnie: okopy, pooraną ziemię, leje po bombach powoli porastające trawą. Im bliżej Leningradu, tym głębsze blizny iwięcej okopów. Wiejski krajobraz oszpecony czarnymi, zwęglonymi ścianami spalonych domów. Niektóre rejony – te, wktórych toczyły się najzacieklejsze walki – wyglądały jak powierzchnia Księżyca. Wokolicach Leningradu zniszczenia były największe, aokopy ifortyfikacje ze stanowiskami strzelniczymi wszędzie rzucały się woczy.

Odczuwaliśmy niepokój związany zoczekiwaniem na kontrolę celną wLeningradzie. Trzynaście sztuk bagażu, tysiące lamp błyskowych ikabli, setki klisz iniezliczona ilość aparatów fotograficznych – sprawdzanie mogło potrwać wiele dni. Spodziewaliśmy się dokładnego przeszukania, ponieważ wieźliśmy ogromną ilość nowiutkiego sprzętu.

Nareszcie dotarliśmy do Leningradu. Przedmieścia były wruinie, ale centrum miasta wydawało się prawie nietknięte. Samolot lekko przysiadł na płycie lotniska iwjechał na pas. Oprócz warsztatów ihangarów na lotnisku nie było żadnego budynku. Dwóch młodych żołnierzy uzbrojonych wduże karabiny ilśniące bagnety podeszło istanęło obok naszego samolotu. Następnie na pokład weszli celnicy. Ich dowódca, drobny, uprzejmy człowieczek, odsłonił wuśmiechu błyszczące metalowe zęby. Znał jedno słowo po angielsku – yes. My znaliśmy jedno słowo po rosyjsku – da. Kiedy on mówił „yes”, my odpowiadaliśmy „da”, iwracaliśmy do punktu wyjścia. Po sprawdzeniu paszportów ipieniędzy wystąpił problem zbagażami. Musiały zostać otwarte iprzeszukane wsamolocie, nie można ich było wynieść na zewnątrz. Celnik był bardzo uprzejmy, bardzo miły iniesłychanie dokładny. Otwieraliśmy po kolei każdą ztoreb, aon oglądał każdą rzecz zosobna. Nie szukał niczego szczególnego, po prostu był ciekaw. Czule gładził błyszczący sprzęt fotograficzny. Podnosił do góry każdą kliszę, ale nie miał do niczego żadnych zastrzeżeń. Po prostu interesowały go zagraniczne przedmioty. Odnieśliśmy przy tym wrażenie, że dysponuje nieograniczoną ilością czasu. Na koniec podziękował, tak nam się przynajmniej wydawało.

Wkrótce powstał kolejny problem, tym razem zpodstemplowaniem naszych dokumentów. Celnik wyjął zkieszeni munduru gumową pieczątkę owiniętą gazetą irozpakował ją.

Okazało się, że to wszystko, co posiada. Brakowało poduszeczki do tuszu. Najwyraźniej jednak nigdy jej nie miał, ponieważ wypracował sobie przemyślną strategię. Sięgnął do drugiej kieszeni po ołówek, polizał pieczątkę, po czym pomazał ją ołówkiem iprzyłożył do papieru – inic. Spróbował jeszcze raz – dalej nic. Na papierze nie pozostał najmniejszy ślad. Pomogliśmy mu. Wyjęliśmy swoje pióra ipomazaliśmy pieczątkę palcami umoczonymi watramencie. Wreszcie dostaliśmy piękny stempelek. Celnik zawinął pieczęć wgazetę, schował zpowrotem do kieszeni, przyjaźnie uścisnął nam dłonie iwysiadł zsamolotu. Zapakowaliśmy torby iułożyliśmy je wstertę na jednym zsiedzeń.

Pod otwarte drzwi samolotu podjechał samochód ciężarowy, awnim sto pięćdziesiąt nowiutkich mikroskopów zapakowanych wskrzynki. Na pokład weszła kobieta, szczupła iwysoka, oszerokiej słowiańskiej twarzy. Nigdy nie widziałem takiej siłaczki. Wnosiła ciężkie pudła do kabiny pilota, akiedy tam już nie było miejsca, zaczęła je ustawiać wprzejściu między siedzeniami. Była ubrana wniebieski kombinezon, trampki ichustkę. Miała wyraźnie zarysowane mięśnie ramion i– podobnie jak nasz celnik – uśmiech znierdzewnej stali, który wyglądał bardziej jak część maszynerii niż ludzkie zęby.

Kontrole celne to osobliwe pogwałcenie intymności, są niemiłe wkażdych okolicznościach. Chyba jednak spodziewaliśmy się większych przykrości. Być może dlatego, że do pewnego stopnia uwierzyliśmy naszym ekspertom, którzy nigdy tu nie byli, iprzygotowaliśmy się na obelgi izłe traktowanie. Nic takiego nie miało miejsca.

Wypełniony bagażami samolot wzbił się wpowietrze iposzybował wkierunku Moskwy nad niezmierzonymi równinami, pełnymi lasów, gospodarstw rolnych, małych, jednobarwnych wiosek iżółtych snopów słomy. Lecieliśmy dosyć nisko, dopóki na naszej drodze nie pojawiła się chmura, wtedy pilot musiał zwiększyć wysokość. Deszcz zabębnił oszyby.

Nasza stewardesa była postawną blondynką odużych piersiach imacierzyńskim wyglądzie, wydawało się, że jej jedynym obowiązkiem jest noszenie butelek różowej oranżady do kabiny pilotów przez labirynt skrzynek zmikroskopami. Zaniosła tam też bochenek czarnego chleba.

Zaczął nam doskwierać głód, nie jedliśmy śniadania inie mieliśmy widoków na kolejny posiłek. Gdybyśmy mogli porozumieć się zobsługą, błagalibyśmy okromkę chleba, ale nie umieliśmy zrobić nawet tego.

Około czwartej zniżyliśmy lot, wynurzając się zwielkiej deszczowej chmury, izobaczyliśmy po lewej stronie olbrzymie miasto zprzecinającą je rzeką. Moskiewskie lotnisko było ogromne. Część lądowiska pokryta asfaltem, aczęść porośnięta długą trawą. Wokół stały setki, dosłownie setki, samolotów, stare amerykańskie C-47 oraz mnóstwo nowych sowieckich maszyn otrójkołowych podwoziach ilśniących aluminiowych wykończeniach.

Zbliżając się do potężnego, imponującego budynku, wypatrywaliśmy przez szybę znajomych twarzy, kogoś, kto by na nas czekał. Padał deszcz. Wysiedliśmy ipozbieraliśmy bagaże wstrumieniach deszczu. Odczuwaliśmy dojmującą samotność. Nikt na nas nie czekał. Nie zobaczyliśmy ani jednej znajomej twarzy. Nie mogliśmy nikogo spytać odrogę, nie mieliśmy rosyjskich pieniędzy. Nie wiedzieliśmy, dokąd się udać.

ZHelsinek wysłaliśmy telegram do Joe Newmana zinformacją, że przylecimy dzień później. Ale Joe Newmana nie było. Nie było nikogo. Jacyś niezwykle krzepcy tragarze chwycili nasz dobytek, zanieśli wstronę drzwi wyjściowych iczekali na zapłatę, amy nie mieliśmy czym zapłacić. Nie umieliśmy nawet odczytać, dokąd jadą mijające nas autobusy, poza tym były tak zatłoczone ityle ludzi czekało, żeby do nich wsiąść, że nie było mowy, abyśmy się zmieścili do któregokolwiek znich ze swoimi trzynastoma sztukami bagażu. Tymczasem niezwykle krzepcy tragarze czekali na swoje pieniądze. Byliśmy głodni, zmoknięci, wystraszeni iczuliśmy się całkiem osamotnieni.

Wówczas zjawił się kurier zfrancuskiej ambasady. Pożyczył nam pieniądze na napiwki dla tragarzy, następnie zapakował nasze torby do samochodu, który po niego przyjechał. Bardzo miły człowiek. Uratował nam życie, ponieważ byliśmy bliscy popełnienia samobójstwa. Jeżeli kiedyś to przeczyta, pragniemy mu jeszcze raz podziękować. Zawiózł nas do hotelu Metropol, wktórym podobno zatrzymał się Joe Newman.

Nie mam pojęcia, dlaczego lotniska są umiejscowione tak daleko od miast, do których podobno przynależą, ale to fakt, iMoskwa nie jest pod tym względem wyjątkiem. Lotnisko od miasta dzieli wiele, wiele kilometrów, mijaliśmy lasy iglaste oraz niekończące się pola ziemniaków ikapusty. Niektóre drogi były gładkie, aniektóre mocno wyboiste. Francuski kurier przewidział wszystko. Wysłał kierowcę po jedzenie, tak więc wdrodze do Moskwy zjedliśmy pierożki, małe pulpety iszynkę. Zanim dotarliśmy do hotelu Metropol, czuliśmy się owiele lepiej.

Metropol był dość okazały – marmurowe schody, czerwone dywany ipozłacana winda, która czasem działała. Poza tym recepcjonistka mówiła po angielsku. Zapytaliśmy onasze pokoje. Nie znała naszych nazwisk, nikt nie robił na nie rezerwacji. Nie mieliśmy żadnych pokoi.

Uratowali nas Alexander Kendrick z„Chicago Sun” ijego żona. Zapytaliśmy, gdzie się podział Joe Newman.

–Ach, Joe! Nie ma go od tygodnia. Pojechał do Leningradu na targi futer.

Zatem nie czytał telegramów, nic nie zostało przygotowane, nie było dla nas pokoi. Oczekiwanie, że dostaniemy pokoje bez wcześniejszej rezerwacji, byłoby niedorzecznością. Sądziliśmy, iż Joe nawiązał kontakt zjakąś sowiecką agencją, która się wszystkim zajęła. Ponieważ jednak go nie było inie dostał od nas wiadomości, Rosjanie nic nie wiedzieli onaszym przybyciu. Kendrickowie zaprosili nas do swojego pokoju, poczęstowali wędzonym łososiem iwódką. Dzięki nim poczuliśmy się jak mile widziani goście.

Nie byliśmy już samotni izagubieni. Postanowiliśmy zamieszkać wpokoju Newmana, aby go ukarać. Używaliśmy jego ręczników, mydła ipapieru toaletowego. Wypiliśmy butelkę jego whisky. Spaliśmy na jego kanapie iwjego łóżku. Uznaliśmy, że przynajmniej tyle może zrobić, by nam wynagrodzić nasze cierpienie. Uzgodniliśmy, że fakt, iż nie wiedział onaszym przylocie, ani trochę go nie usprawiedliwiał. Zasługiwał na karę. Zatem wypiliśmy następną butelkę jego szkockiej whisky. Wtedy jeszcze nie zdawaliśmy sobie sprawy, jaka to zbrodnia. Wśród amerykańskich dziennikarzy wMoskwie istnieje pewien rodzaj nieuczciwej rywalizacji, ale my przekroczyliśmy wszelkie granice. Nie wypija się koledze whisky.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI