Dziennik singielki - Małgorzata Mroczkowska - ebook + książka

Dziennik singielki ebook

Małgorzata Mroczkowska

3,4

Opis

Julia ma niecałe trzydzieści lat, kochających przyjaciół i pecha w miłości. Jest singielką z wyboru… nawet jeśli to nie ona tego wyboru zawsze dokonuje.

Nie jest tytanem pracy – przychodzi ostatnia, wychodzi pierwsza, czasami również w środku dnia. Jej życie kręci się wokół trzech niezwykle ważnych kwestii: miłości, jedzenia i zakupów.

Gdy już wydaje się, że z pomocą Julii przyjdą aplikacje randkowe, okazuje się, że facet idealny dla niej nie istnieje. Wszyscy mężczyźni albo nie chcą kontynuować znajomości, albo zbyt szybko dążą do celu, albo mają:

• żony

• kochanki

• żony i kochanki

• żony, kochanki i na dodatek proponują sponsoring

Jak znaleźć faceta w tym zwariowanym świecie?!

Dzięki „Dziennikowi singielki” dowiesz się jak upolować mężczyznę! (Lub przynajmniej torebkę na wyprzedaży...)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 496

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Małgorzata Mroczkowska, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

 

Redaktor prowadzący: Szymon Langowski

Redakcja: Joanna Jeziorna-Kramarz

Korekta: Karolina Borowiec 

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Zdjęcie na okładce: © sannenberg | Shutterstock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66278-61-5

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

Wtorek, 4 października, 22:31

 

 

Uwielbiam, kiedy kobieta ma swoje małe tajemnice. To jest bardzo podniecające. Nie musisz mi mówić wszystkiego i ja to rozumiem. Co powiesz na to, żebym kupił ci seksowną bieliznę? Do tego dorzucę jeszcze kilka par pończoch w najlepszym gatunku. I koniecznie flakonik drogich perfum, które przywiozę ci osobiście z Paryża, bo tak się składa, że będę tam w przyszłym tygodniu?

Czytałam i nie mogłam oderwać oczu.

Mój N., który wydawał się taki do rzeczy, zdaje się, pomylił mnie z kimś innym. Po co miałby mi kupować bieliznę??? Przecież mogłam zrobić to sama. Nie potrzebuję faceta do tego, żeby mi kupował ciuchy! Skąd on w ogóle może wiedzieć, jaki mam rozmiar i gust?

Przechyliłam kieliszek wina do ust i szybko mu odpisałam:

Słuchaj, N. Ja mam bardzo specyficzny gust i nie jestem pewna, czy umiałbyś mi dobrać bieliznę. Bo ja nie włożę na siebie byle czego, powinieneś to wiedzieć!

Nie zdążyłam odejść od komputera, żeby przynieść sobie pierniczek w czekoladzie, kiedy napisał:

Jasne, nie zrozum mnie źle. Mogę przelać ci pieniądze na konto i sama wybierzesz sobie, co będziesz chciała. Chcę tylko, żebyś była zadowolona.

Przeczytałam dwa razy dla pewności: N. chciał zapłacić za moje zakupy! On naprawdę nie ma pojęcia, ile ja potrafię zostawić w sklepie! Naiwny chyba.

Chcę cię rozpieszczać, rozumiesz to? – zapytał. Kupię, co zechcesz, powiedz tylko, a spełnię twoje życzenie…

Usiadłam i zaczęłam stukać w klawiaturę komputera:

Myślałam, że liczysz na coś więcej. A tutaj chodzi tylko o sponsorowanie moich zakupów, jeśli dobrze rozumiem?

To mało? – odpisał.

Szczerze mówiąc, szukam na tym portalu randkowym kogoś, kto mnie pokocha. A ty, jak widzę, szukasz transakcji wymiennej. Nakupujesz mi szmatek, a potem będziesz chciał, żebym w zamian za to poszła z tobą do łóżka, tak?

Ja po prostu chciałem się o ciebie troszczyć. I rozpieszczać cię. I spełniać twoje zachcianki – nie odpuszczał.

Wybacz, ale nie jestem już dzieckiem, które należy rozpieszczać.

To ile ty masz właściwie lat?

Ten cały N. zaczynał coraz mniej mi się podobać. Chociaż z drugiej strony, skoro oferował, że zapłaci za moje zakupy…? Nie, tak nisko jeszcze nie upadłam. Do diabła, co się ze mną dzieje? Za chwilę okaże się, że napiszę mu, że się zgadzam, i niech płaci! Co mnie podkusiło z tym portalem randkowym! Że też ja zawsze muszę mieć takie szczęście!

Po kolejnym kieliszku wina nabrałam odwagi i napisałam mu prosto z mostu:

Mam dwadzieścia dziewięć lat. Więc pewnie i tak jestem dla ciebie za stara.

Myślałam, że będę długo czekać na odpowiedź, że może nawet mój tajemniczy N. wyloguje się i zniknie w wirtualnej przestrzeni, i już nigdy go nie spotkam. Ku mojemu zaskoczeniu odpisał natychmiast. Lecz to, co zobaczyłam na ekranie, spowodowało, że omal nie udławiłam się tą resztką wina w kieliszku. Przeczytałam coś, czego – przysięgam – żadna kobieta, a już zwłaszcza kobieta samotna, przeczytać by nie chciała. Niestety, nie umiałam cofnąć czasu, nie potrafię odzobaczyć tego, co właśnie wyświetliło się na ekranie mojego komputera:

Lubię starsze kobiety. To takie podniecające.

Myślałam, że umrę ze wstydu i poniżenia!

Proponował mi sponsoring, bo chyba tak to się nazywa. Umawiał się ze mną, chciał płacić, a okazało się, że za tajemniczym nickiem N. stoi jakiś małolat, pewnie do tego pryszczaty, który w dodatku pisze z komputera własnego ojca pod jego nieobecność! Wszystko jasne, N. jak nastolatek!

Jaka ja jestem głupia! No tak, takie rzeczy mogły spotkać tylko mnie! Zawsze jak na chodniku leży skórka od banana, to kto w nią musi przypadkiem wejść? Oczywiście, że ja! Innym udaje się ją ominąć, a ja muszę władować się właśnie na taką minę, wywinąć piruet, w dodatku na oczach tłumu oczekującego na autobus na przystanku, stając się jednocześnie pośmiewiskiem połowy Warszawy i tematem plotek przez najbliższy tydzień! Już taka niezdara życiowa ze mnie, że w niczym nie mam szczęścia. Zamiast miłości przyciągam do siebie tylko zbędne kalorie, a na portalach randkowych umawiają się ze mną maturzyści, którzy pewnie liczą, że się przy mnie czegoś nauczą.

Szlag by to trafił. Życie singielki jest strasznie trudne! Miałam ochotę trzasnąć klapą mojego laptopa i raz na zawsze zamknąć za sobą drzwi do wszelakich portali internetowych, na których tylko traciłam czas!

I wtedy właśnie mój nieszczęsny N. odpisał niespodziewanie:

Co tak zamilkłaś? Spokojnie, jestem od ciebie młodszy tylko o dwa lata. To właściwie żadna różnica.

Już ci nie wierzę – odpowiedziałam.

Zapewniam cię, że od samego początku naszej konwersacji byłem z tobą szczery.

Nie jestem zainteresowana sponsoringiem. – Przechyliłam kieliszek do ust. – Szukam miłości, prawdziwej i czystej.

Oj, to chyba źle trafiłaś, bo ten portal specjalizuje się w nawiązywaniu znajomości bardziej przyjacielskich.

Rozumiem, że chciałeś zostać tylko moim przyjacielem?

Chciałem. I nadal chcę.

Nie rozumiem, po co chcesz płacić za moje zakupy? Nie lepiej mieć żonę, której będziesz kupował te wszystkie rzeczy?

A kto powiedział, że tego nie robię?

No, ładnie! Co za podły facet! Co za oszust!

Masz żonę…? – zapytałam.

Powiedzmy, że miałem. Powiedzmy, że taki układ nie był dla mnie satysfakcjonujący.

I tu się nie zgadzamy, drogi N. Bo ja na przykład marzę o mężu. Pod warunkiem, że to będzie mój własny mąż.

Dobrze. Nie mam nic przeciwko.

Chcesz zostać moim mężem? – Kątem oka zauważyłam, że wino w butelce zaczynało się kończyć.

Tego nie powiedziałem. Możesz mieć męża.

Dziękuję za łaskawość.

Ale oprócz tego możesz spotykać się też ze mną, od czasu do czasu.

Oszalałeś chyba! – Uderzałam palcami w klawiaturę najmocniej, jak umiem. – To się nazywa zdrada!

Masz tylko jedno życie, moja piękna. Nie żal tracić go tylko dla jednego faceta?

Nie masz racji, N.! Ja mojego męża nigdy bym nie zdradziła!

Jesteś w takim razie doskonałym materiałem na żonę.

Masz rację – zgodziłam się. – Co oczywiście oznacza, że na kochankę nie nadaję się zupełnie. Mogę być doskonałą kochanką, ale tylko w sypialni mojego męża.

Szkoda – odpisał po krótkiej chwili. – W takim razie muszę się z tobą pożegnać.

Trudno. Mimo wszystko twoje zdrowie! – Uniosłam kieliszek do ekranu i wzniosłam toast. – Kimkolwiek jesteś, tajemniczy N.

Jestem dyrektorem w jednym z największych banków w tym kraju, dodam, że jednym z najmłodszych.

Łał! Gratuluję!

Mam dom w Warszawie, drugi w Zakopanem. Mam też dom letni na południu Francji do pełnej dyspozycji.

Wspaniale!

I jestem nadal przed trzydziestką.

Musisz mieć jakieś wady! Pewnie jesteś strasznie brzydki albo zarozumiały.

To pierwsze nie, drugie być może. Pieniądze i władza zmieniają charakter człowieka, a właściwie go wyostrzają.

Widzę, to znaczy chciałam powiedzieć, że czytam, że jesteś całkiem interesujący.

Mówiłem ci, że nie będziesz żałować znajomości ze mną.

No tak, ale ty nie jesteś zainteresowany poważnym związkiem, prawda?

Prawda. Może jednak zostawię ci do mnie telefon, gdybyś zmieniła zdanie?

Nie! Niczego mi nie zostawiaj. Znikam.

Zaczekaj…

Żegnaj.

Ale ja chciałem tylko…

Kliknęłam ikonę z napisem: „Zlikwiduj konto”. I było po sprawie.

Wszystko przez Natalię, która tak zachwalała ten portal. Umawiała się z facetami z tej strony przez ostatnie miesiące; co prawda nie udało jej się znaleźć tego jednego, ale wciąż miała na to szansę. Ja, jako osoba z tendencją do sytuacji pechowych, jak zwykle musiałam od razu trafić na najgorszy typ! Chociaż z drugiej strony ten cały N. nie był wcale taki zły. Pewnie w necie jest pełno dużo gorszych. Ten mój przynajmniej od razu przeszedł do rzeczy. Co z tego, skoro kompletnie nie było nam po drodze?

Ja się chyba do tych portali randkowych kompletnie nie nadaję.

Zawiodłam się i tyle.

Trzeba szukać dalej, nie poddawać się, ale muszą to być poszukiwania metodą tradycyjną. W sieci można łatwo wpaść w paszczę wieloryba, który tylko czeka na pożarcie takich naiwnych jak ja. I kto mnie wtedy przed takim obroni? No kto?

Jutro jest kolejny dzień i będzie lepiej.

A tymczasem idę umyć zęby i kładę się spać. Ach, muszę jeszcze tylko wysłać wiadomość do Natalii, że dziękuję bardzo za polecenie tego portalu, ale raczej nie będę z niego korzystać, bo tak się składa, że stać mnie jeszcze na to, żeby samej sobie kupić majtki, stanik i całą resztę! Jestem samowystarczalna – i może to tak bardzo wkurza współczesnych facetów? Tego ostatniego oczywiście Natalii już nie musiałam pisać, chociaż jestem pewna, że akurat by się ze mną zgodziła, bo ma dokładnie ten sam problem co ja.

Spać, spać.

Jutro jest nowy dzień!

 

 

 

 

 

 

5 października, 18:03

 

 

Warszawa, największe miasto w Polsce, w dodatku miasto stołeczne, liczące ponad milion mieszkańców, a dokładnie 1 764 615. Ilu z tych ludzi jest samotnych? Połowa? A może więcej? Ilu z nich jest szczęśliwych? Taka liczba i ani jednego porządnego mężczyzny, który mógłby się mną zainteresować, a ja nim. Skandal! To kto tu mieszka właściwie? Może same duchy?

 

Jedyne, co mam, to marzenia.

Może ja za dużo marzę? No tak, cała ja. A tu ziemia czeka, trzeba na nią zejść i żyć. Żyć, a nie marzyć.

W dodatku to życie ucieka, a ja coraz starsza, niestety!

 

 

18:35

 

Miłość, miłość…

Do czego człowiekowi potrzebna jest miłość?

Mam pracę. Mam zdrowie. Jeszcze przez chwilę mam młodość. Na cholerę mi miłość? Czy to przypadkiem nie jest nieco przereklamowane? A może ja już jestem na to za stara? Miało się tych parę związków na koncie, a w zasadzie całe dwa, bo reszta była z tych mało poważnych, i starczy. Może trzeba się realizować w czymś innym niż miłość? Może powinnam zapisać się na kurs japońskiego albo zdobyć czarny pas w judo? Nie bardzo przepadam za sportem, w zasadzie w ogóle go nie lubię, więc może by tak przerzucić się na… szachy? W końcu to także sport, tylko bardziej umysłowy. W zasadzie to całkiem dobry pomysł z tymi szachami. Nigdy w to nie grałam, więc nie wiem, czy jestem w tym dobra. Może się na przykład okazać, że mam do nich talent, w dodatku wybitny! Tak, powinnam dać losowi szansę.

A miłość?

Fajnie byłoby wieczorem zasiąść do takiej partyjki szachów. Najlepiej z kimś miłym, kto zająłby szczególne miejsce w moim sercu. Oj tak! Od razu chciałoby mi się taką szachownicę rozkładać na stole! No, to byłoby cudowne. Mieć nie tylko siebie nawzajem, ale też wspólną pasję. Ale najpierw to ja muszę się nauczyć grać w te szachy!

Tylko gdzie mam niby znaleźć tego miłośnika wież, królów i gońców? Gdzie niby mam szukać tej miłości? Dlaczego ona nie rośnie w lesie, żeby człowiek mógł sobie tam pójść i ją przynieść albo zerwać z krzaka? No gdzie mam jej szukać, tej miłości?

Wszyscy mówią: rozejrzyj się wokół.

Niby racja, ale przysięgam, że mnie już kark boli od tego rozglądania się. I oprócz strzykania w górnym odcinku kręgosłupa niczego nie zauważyłam. Aha, i jeszcze od tego wiecznego wypatrywania miłości wpadł mi w oko wielki paproch i myślałam, że oślepnę! Że zamiast znaleźć miłość, stracę wzrok. I w dodatku, kiedy tak stałam i łzy mi leciały z tego oka (tylko jednego, tego z paprochem!), to nikt do mnie nie podszedł, nawet pies z kulawą nogą. Nikt się nade mną nie zlitował, a przechodnie trącali mnie w ramię i myślałam, że się przewrócę. Człowiek żyje obecnie w takich czasach, że może liczyć tylko na samego siebie, a i to nie zawsze mu wychodzi.

Tamtego dnia nie zauważyłam na ulicy żadnej miłości. Paproch spod powieki usunęłam sama (!) chusteczką, a kiedy otrząsnęłam się z tego wszystkiego, pomaszerowałam na przystanek.

A przecież na filmach zawsze takie paprochy usuwają kobietom mężczyźni, zawsze z klasą, zawsze oferują im swoje chusteczki i zawsze, a przynajmniej w dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadkach na sto, taka sytuacja kończy się romansem. I ja byłam w takiej sytuacji. Los wrzucił mi tego paprocha na środku placu Konstytucji, gdzie zawsze o tej porze jest cała masa ludzi. I ludzie byli! A jakże! Tylko miłości w nich nie było.

Nic innego nie zauważyłam. Żadna miłość tam nie stała i nic nawet nie przechodziło obok niej. Było zwyczajnie, a przecież miłość jest nadzwyczajna i niezwykła.

Tylko gdzie ona jest?

Podobno pierwsza i podstawowa zasada w poszukiwaniu miłości to: „Nie poddawaj się”. No to się nie poddaję. A raczej poddaję się, ale tylko jej, czyli miłości właśnie. Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby mną zawładnęła, zagarnęła moje myślenie, żeby oczarowała mnie do cna!

Niestety, tak się nie dzieje i już zaczęłam się zastanawiać, czy może ja nie wysyłam przypadkiem złych sygnałów.

Może jestem za bardzo wyzwolona jak na dzisiejsze czasy, w których mężczyźni podobno czują się zbyt zagubieni? Może powinnam być mniej zorganizowana i udawać idiotkę, taką, co nie umie zliczyć do trzech i mężczyzna jest jej wybawcą, bo udzieli jej rady w tym liczeniu? No tak, tylko jak długo można grać taką głupią? Nie, to bez sensu. Głupią trzeba po prostu być. A ja nie jestem głupia, tak mi się przynajmniej wydaje. Powiem więcej, właśnie to, że nie mam faceta, świadczy o tym, że jestem wręcz za mądra! Jak doszłam do takiego wniosku? Ano tak, że przecież nie od dziś wiadomo, że mężczyźni boją się mądrych kobiet! Boże, oni się mnie zwyczajnie boją! Jezus Maria! Matura, studia i inne kursy, które w życiu robiłam, z kursem samoobrony włącznie, były błędem! Ja sama sobie w ten sposób zrobiłam krzywdę! Trzeba było się nie uczyć i pozostać głupią.

 

 

20:45

 

A może ja szukam tej miłości nie tam, gdzie trzeba?

Zadzwoniłam rano do Natalii.

– Czy na tych portalach randkowych są sami zboczeńcy szukający utrzymanek? – westchnęłam do słuchawki i opowiedziałam jej o wszystkim. – Czy normalnego faceta można tam ze świecą szukać?

– Miałaś po prostu pecha! – odpowiedziała moja serdeczna przyjaciółka. – Nie zrażaj się jednym dziwakiem.

– Za późno. W życiu już się tam nie zaloguję!

– To mówisz, że miał dom we Francji? – zapytała bardziej ożywionym głosem.

– Aha. Na południu.

– O Boże! Tam musi być cudownie, jachty, słońce i piaseczek.

– Stać mnie, mogę pojechać tam bez jego sponsoringu.

– To dlaczego nie jedziesz?

– Bo mam inne rzeczy do opłacenia, ważniejsze niż egzotyczne wakacje, na które kiedyś sobie pojadę.

– Popatrz, a ja nigdy nie trafiłam na takiego, który zabrałby mnie gdzieś daleko, w jakąś tajemniczą i ekscytującą podróż. Ciągle tylko mała kawa na mieście, nawet bez ciastka.

– Wolę małą kawę, ale z przyzwoitym facetem, niż duże lody ze zboczeńcem.

– To nie jest zboczenie! – krzyknęła natychmiast.

– Czy mi się wydaje, czy ty zaczynasz go bronić…?

– Ojej, Julia, to, co ci zaproponował, jest teraz normalne.

– Wybacz, ale dla mnie takie propozycje normalne nie są. I nigdy nie będą!

– I dlatego mu odmówiłaś. Zgodnie ze swoimi zasadami moralnymi.

– No właśnie!

– Ale przynajmniej był uczciwy – dodała.

– Słucham…?! Ja chyba śnię.

– Co chcesz, od razu powiedział ci, w czym rzecz, a mógł cię zwodzić i bajki opowiadać.

– Fakt, mógł.

– A ty przecież uwielbiasz, jak cię zwodzą, a bajek to już byś mogła słuchać godzinami, więc ciesz się, że akurat w tym przypadku wszystko skończyło się, zanim zdążyłaś się zakochać. Bo wtedy to dopiero byłby dramat, Julia.

– Dramat jest i bez tego. Jestem sama. I nikt mnie nie kocha.

– Ja cię kocham, wariatko.

– Ja ciebie też.

Pożegnałyśmy się.

Czas było zbierać się do pracy. Tak, praca w życiu singielki odgrywa rolę podstawową, bo coś z wolnym czasem trzeba robić, prawda?

Istnieje mała szansa, że może poznam kogoś interesującego w drodze do pracy. Nie należy tracić nadziei.

 

 

 

 

 

 

6 października

 

 

No i gdzie ta miłość?

Nie ma jej? Za to jest lista zakupów z zeszłego tygodnia! Czymś trzeba się ratować i pocieszać, prawda? A ja akurat w tamtym tygodniu ratowałam się zakupami kosmetycznymi; no nie moja wina, że w mojej ulubionej drogerii był akurat czarny piątek i zniżka sześćdziesiąt pięć procent (tak, tak!) na wszystkie, powtarzam dużymi literami: WSZYSTKIE produkty. No to jak mogłam nie skorzystać z takiej okazji?

No wiem, miałam kupić zapas pasty do zębów i płyn do prania, ten w dużej butli, o zapachu magnolii, bo też był przeceniony o sześćdziesiąt pięć procent, jak wszystko. Ale kto by tam kupował chemię domową, skoro kosmetyki leżą bliżej serca?

Nakupowałam sobie mazideł wszelakich i mam nadzieję, że starczą mi do kolejnego czarnego piątku, tego prawdziwego, który będzie pod koniec listopada. Oj, wtedy to chyba się skuszę na tę paletkę z cieniami w odważnych, wściekłych wręcz kolorach, które są teraz na topie. Tylko problem w tym, że obecnie cena tego pudełeczka przekracza możliwości kogokolwiek, a już moje na pewno!

W każdym razie z tą zniżką kupiłam sobie, o czym donoszę z nieukrywaną przyjemnością, następujące niezbędne rzeczy, które – tak uważam – powinny się znaleźć na twarzy każdej kobiety:

– baza pod podkład,

– podkład ultra HD z filtrem przeciwsłonecznym 30,

– korektor pod oczy, żeby wory tuszować,

– puder utrwalający do konturu oka, rozjaśniający linię, który ma tworzyć wrażenie, że oko jest większe,

– zestaw do modelowania policzków,

– kredka do brwi w kolorze kawy z mlekiem, bo ostatnia okazała się jednak za ciemna,

– żel do brwi w tubce, ze szczoteczką (super utrwala brwi i sprawia, że leżą grzecznie przy skórze do końca dnia!),

– cień do powiek beige nude, żeby wyglądało jak najbardziej naturalnie,

– tusz do dolnych rzęs,

– tusz do górnych rzęs, klasyczny czarny,

– sztuczne rzęsy w kępkach,

– utrwalacz do makijażu w sprayu,

– hybrydowy lakier do paznokci,

– pędzel do modelowania.

Miałam ochotę jeszcze skusić się na lokówkę, ale już dałam sobie spokój, bo ostatecznie rachunek był tak długi, że jak wyszedł z kasy, sięgał mi prawie do kolan. Więc powiedziałam sobie stop.

 

 

 

 

 

 

7 października

 

 

Siedziałyśmy z Natalią na tureckim obiedzie na Chmielnej, maczałyśmy poszarpane chlebki w jogurcie miętowym i tak się stało, że mojej serdecznej przyjaciółce zebrało się na wspomnienia, więc wróciła myślami do swojego byłego chłopaka. Takiego jednego Zbyszka, z którym spotykała się dwa sezony temu.

Boże, co to był za mężczyzna! To znaczy jako mężczyźnie to niczego mu nie brakowało, ale z książek to on czytał wyłącznie instrukcję samochodu marki fiat, którym aktualnie jeździł. Książkę tę znał od deski do deski i co ciekawe, często do niej zaglądał. Pewnego dnia Natalia spoglądając na niego znad otwartego „Przekroju”, zadała mu pytanie, które okazało się katastrofą. Pytanie brzmiało: „O czym ty tam tak czytasz?”.

– Po co w ogóle zadałaś mu to pytanie? – Podałam Natalii czarkę z sosem czosnkowym. – Nie wystarczyło, że w ogóle czyta?

– Słuchaj, on gapił się na jedną i tę samą stronę chyba z dziesięć minut i bałam się, że w kółko czyta to samo zdanie, którego w dodatku nie rozumie!

– Boże…

– No właśnie!

– I co ci odpowiedział ten cały Zbyszek?

– Że ta książka jest bardzo ciekawa, że wnętrze samochodu jest pełne tajemnic, które on postanowił zgłębić, i tak go to wciągnęło, że oczu od tej książki samochodowej nie może oderwać! Wyobrażasz to sobie?

– Nie bardzo.

– I jak zaczął gadać o tym fiacie, o tych wtryskach, dźwigniach i cholera wie o czym jeszcze, to musiałam uciekać do kuchni, bo nie uwierzysz, ale on postanowił mi to wszystko wytłumaczyć! A czy ja wyglądam na zainteresowaną budową silnika? Dla mnie ważne jest, żeby samochód jechał, a jeśli się zepsuje, to dzwoni się do mechanika i jedzie się do warsztatu. Ja wcale nie chcę wiedzieć, jak ten cały mechanizm działa, bo ta wiedza jest mi absolutnie do niczego niepotrzebna.

– A może on chciał zostać mechanikiem? No wiesz, takim po godzinach, co to wskakuje w kombinezon i sprawdza podwozie dla relaksu? – zapytałam, podnosząc do ust maleńką szklaneczkę z herbatą miętową.

– Dla relaksu to ja bym wolała, żeby on raczej sprawdzał moje podwozie, a nie samochodu – odpowiedziała zdecydowanym tonem Natalia.

– Święte słowa! Takich mechaników przyjmiemy zawsze z ochotą.

– No właśnie, ale niestety chyba wszyscy już wyginęli – dodała. – Powiedziałam mu, że ciekawe, że do Tołstoja go tak nie ciągnie. Z jego książek mógłby się chociaż dowiedzieć czegoś ciekawego o kobietach. Taką Annę Kareninę na przykład warto przeczytać. Nigdy nie wiadomo, kiedy taka wiedza mogłaby mu się przydać.

– I co ci odpowiedział?

– Że to nudne i w dodatku ma aż dwa tomy, a instrukcja samochodu jest cienka i tylko w jednym. Na co ja stwierdziłam, że widocznie my kobiety mamy tak bogate wnętrze, skoro autor potrzebował na opisanie go aż tylu stron.

– Tak, pisał, pisał, a i tak naszej natury nie opisał – westchnęłam nad miską z solonymi orzeszkami. – Myślisz, że my naprawdę jesteśmy aż tak skomplikowane?

– Myślę, że to nie my jesteśmy skomplikowane, Julia, tylko faceci są zbyt ograniczeni. I wszystko chcieliby w jednym tomiku, takim, co się zmieści do kieszeni. Boże, jak mnie ten Zbyszek wkurzał. Niby był spoko i do rzeczy, ale jednak wkurzający. No, w każdym razie do ideału było mu daleko.

Idealny facet nie może być nudny. Nie powinien być hulaką przeskakującym z jednej imprezy na drugą. Idealny mężczyzna nie może być pracoholikiem. Bardziej niż pracę powinien kochać swoją kobietę.

Jaki więc powinien być idealny mężczyzna?

Otóż ideał faceta powinien mieć wszystkiego po trochu, ale niczego w nadmiarze. Podobnie zresztą jak idealna kobieta, która raz jest kucharką, a kiedy indziej matką i kochanką. Tak samo facet. Powinien lubić się zabawić, ale życiem w domu też nie może gardzić. A nie żeby nam z tego domu wiecznie uciekał! Ideał powinien też być wspaniałym i gorącym kochankiem, pod warunkiem, że jest kochankiem tylko dla mnie, a nie że rozkochuje w sobie wszystkie kobiety, nie tylko te, z którymi pracuje, ale też panią motorniczą z tramwaju, którym jedzie do pracy, nie mówiąc już o tej młodej kobiecie, która co rano sprzedaje mu kawę w kawiarni za rogiem. O nie, takiego kochanka nie chciałabym mieć w swojej sypialni!

Mój ideał jest i kochankiem, i przyjacielem w jednej osobie. Mogę mu się zwierzyć z największych sekretów, wszystko mu powiedzieć, a on nie będzie się z tego śmiał i nie powtórzy tego swoim kolegom. Ja jestem gaduła, a on ma mnie słuchać i być jak studnia: co do niej wpadło, to już tam zostanie i nie wypłynie. Dobrze by było, gdyby od czasu do czasu coś ugotował, ale wcale nie musi. Musi mnie kochać, tylko tyle!

Czy my naprawdę tak dużo wymagamy od tych biednych facetów? Nie. Oni po prostu cały czas idą po linii najmniejszego oporu. Zgłębiać to im się chce co najwyżej tajniki budowy silnika. Kobieca psychika jest dla nich najwyraźniej zbyt skomplikowana, więc nawet nie zawracają sobie nią głowy.

Ponarzekawszy na facetów solidnie z moją serdeczną przyjaciółką, a przy okazji napełniwszy brzuchy tureckimi smakołykami, pożegnałyśmy się, umawiając się na następne, równie owocne spotkanie, przy którym znowu miałyśmy obgadać płeć nie bez powodu zwaną brzydszą, bez której jednak nie umiałyśmy wyobrazić sobie naszego życia.

 

 

 

 

 

 

8 października, 16:25

 

 

Zasługuję na miłość.

Mam w życiu wszystko: pracę, zdrowie (jako takie), cudownych rodziców mam. Nawet moja kawalerka daje radę, jestem uczciwa, nikogo nie okradłam, nie oszukuję, nie jeżdżę na gapę, zostawiam napiwki (jeśli kelner na to zasłużył, bo na przykład nienawidzę, kiedy zabiera mi talerz, na którym zostawiłam sobie ostatni kęs; myśli taki, że już skończyłam, wyrasta jak spod ziemi i bierze się do sprzątania akurat mojego stolika!), więc chyba zasłużyłam na odrobinę uczucia, co?

Interesują mnie tylko poważne związki, stałe, rokujące na przyszłość. Mam już dość szukania, umawiania się, tego wiecznego sprawdzania, wystawiania się na widok w klubach, odstawiania się na sobotnie wyjście, bo nie wiadomo, komu wpadnę w oko. Pewnie nikomu, ale zawsze trzeba być przygotowanym, że to będzie ten moment. Chciałabym, żeby ten jeden jedyny już się pojawił, żeby przy mnie był.

Czy ja nie zasługuję na w miarę normalnego faceta, od którego wymagam tylko tego, żeby mnie kochał? I żeby był uczciwy? To tak wiele?

Zasługuję na miłość.

Nawet jeśli los jest innego zdania, to jednak będę się upierać, że jestem dobrą kandydatką na żonę. I matkę! Dzieci mnie lubią, więc to jest chyba najlepszy dowód.

Zasłużyłam na związek. Albo chociaż na pół, na kilka lat pięknego rodzinnego życia. Potem możemy się nawet rozwodzić, ale proszę chociaż o tych kilka lat!

 

 

19:08

 

Znowu szukałam szczęścia na jakimś portalu randkowym. Wysłałam nawet Natalii zdjęcie pewnego Patryka, który wyraził chęć spotkania się ze mną.

– Co myślisz? – spytałam.

– No fajny jest! – odpowiedziała szybko. – Jakby tak mu się przyjrzeć, to nawet ma w sobie coś z Zakościelnego.

– Chyba żartujesz!

– Co chcesz, fajną ma szczękę.

– Widziałaś jego nos? Zakościelny może i by tak wyglądał, ale po zderzeniu z ciężarówką!

– Jak zwykle przesadzasz, Julia. Ma po prostu męski typ urody.

– To ja już chyba wolę umówić się z kobietą. Nie wiem, czy byłabym w stanie na niego patrzeć. On w ogóle wygląda mi na jakiegoś brutala.

– Brutal może mieć gołębie serce – westchnęła do słuchawki. – Ja bym takiego z sypialni nie wypuściła.

– To może ty się z nim umów, co?

– Nie ma sprawy. Daj mi jego numer.

– Mówisz poważnie, Natalia?

– Co chcesz, samotna jestem, to nie grzech, prawda? A ty nie bądź takim psem ogrodnika, żeby nie powiedzieć suką.

Suką nie jestem, tym bardziej suką ogrodnika, więc za namową mojej serdecznej przyjaciółki umówiłam się z tym bokserem. Była to pierwsza w moim życiu randka, z której musiałam ewakuować się w stylu, nazwijmy to, niezbyt eleganckim, czyli poprzez zniknięcie. W takich chwilach człowiek marzy o znalezieniu na przykład pod stolikiem, przy którym siedzi, takiej jednej czapki niewidki, o której się naczytał w dzieciństwie i którą teraz chętnie by wyciągnął i wcisnął na głowę. I zniknął. Ten cały Patryk nie dość, że mówił dużo, o wiele za dużo, to jeszcze wyłącznie o sobie! Może i miał szeroką klatę i ogólnie wysportowane ciało, ale nie było to ciało astralne, z którym chciałabym mieć kiedykolwiek cokolwiek wspólnego. A ponieważ nie zaiskrzyło między nami, to żeby uwolnić się od tego jego ciągłego gadania wyłącznie na swój temat, przeprosiłam go, wstałam i powiedziałam, że muszę skorzystać z toalety, a że drzwi do niej były tuż przy wyjściu z kawiarni, skorzystałam z nich jako z drzwi ewakuacyjnych! Jak dobrze, że one się tam znajdowały, bo nie wiem, co bym zrobiła, gdyby na przykład ta toaleta była z drugiej strony lokalu??? Chyba wyszłabym przez kuchnię, przez zaplecze socjalne albo nawet wyskoczyłabym przez okno pokoju kierownika kawiarni, byleby tylko nie słuchać już więcej tego paplania Patryka i nie oglądać jego twarzy.

Do końca tygodnia miałam dość randek przez internet i w ogóle zaczęłam się zastanawiać, w dodatku całkiem poważnie, czy całkowicie nie zaprzestać tego randkowania, gdyż zamierzonych skutków i tak nie przynosiło, a tylko traciłam swój cenny czas na spotkania z byle kim.

Bogatsza o kolejne rozczarowanie w kwestii damsko-męskiej, poszłam na gofry z bitą śmietaną i truskawkami, w dodatku kazałam sobie tę górę kalorii polać sosem czekoladowym, bo czułam, że tego dnia moje zapotrzebowanie na cukier wzrosło w znacznym stopniu. I dopiero tak wzmocniona wróciłam do domu z nadzieją na lepsze jutro.

 

 

21:00

 

Czy kupowanie ciuchów przez internet może dawać tyle samo satysfakcji, co kupowanie w tradycyjnych sklepach? Tak! Zwłaszcza kiedy grypa przykuje człowieka do łóżka i zwyczajnie nie da się latać po mieście. Wtedy takie bieganie online jest niezwykle przydatne i bywa, że potrafi taką biedaczkę jak ja uzdrowić z najwyższej gorączki. Sama jestem tego doskonałym przykładem. Pamiętam, jak podczas ostatniego przeziębienia zdążyłam kupić rękawiczki z wełny alpaki gdzieś między sięganiem po kolejną chusteczkę higieniczną a kubek herbaty z miodem i cytryną. Musiałam. Były w dobrej cenie. A kiedy przyniosłam sobie do łóżka krople na katar, okazało się, że do tych rękawiczek dorzucili mi jeszcze darmową czapeczkę, o czym poinformowali mnie w e-mailu potwierdzającym zakup. Myślałam, że doznałam cudownego ozdrowienia, i faktycznie katar natychmiast się skończył. Jeśli zatem o mnie chodzi, kupowanie przez internet jest wręcz wskazane, zwłaszcza w przypadku chorób, z którymi tradycyjna medycyna słabo sobie radzi.

Lekarze powinni poważnie zastanowić się nad przepisywaniem zakupów na receptę. Ja do takiego lekarza chodziłabym bardzo chętnie. Natalia również!

 

 

 

 

 

 

9 października

 

 

Moda się zmienia. Niestety, a może właśnie na szczęście! Nic nie daje mi w końcu takiej radości, jak upolowanie jakiegoś fajnego ciucha. Wczoraj przymierzyłam ze trzy marynarki, bo obowiązują już inne trendy, wszystko się zmienia, fason marynarek też. Zauważyłam, że wracają do łask wielkie ramiona wypchane poduszkami. Jakiś czas temu, wychodząc z biura, widziałam dziewczynę, która szła naprzeciwko mnie szybkim, żeby nie powiedzieć zdecydowanym, krokiem. I miała na sobie właśnie taką marynarkę z dużymi, bufiastymi ramionami. Kurczę, wcale nie wyglądało to tak groteskowo, jak by się mogło wydawać. Te ramiona dodawały jej wręcz pewności siebie, jakoś tak z respektem się na nią patrzyło. No, w każdym razie szła jak strzała po tym chodniku i już wtedy ziarenko nowego stylu zostało zasiane w mojej wyobraźni. No bo co by się stało, gdybym sama też sobie takie mocne ramiona sprawiła? Jak bym w takiej marynarce, trochę męskiej, a jednak nadal bardzo kobiecej, wyglądała? Myślałam nad tym ze trzy dni i w końcu udałam się do sklepu. W przymierzalni jak zwykle zrobiłam sobie zdjęcie w każdej marynarce, żeby w domu na spokojnie przemyśleć swój look i ewentualnie skonsultować go z przyjaciółkami. W każdym razie najlepiej wyglądałam, przynajmniej moim zdaniem, w brązowej, ale takiej bardziej rdzawej niż kasztanowej, z wielkimi czarnymi guzikami. Ta ostatnia skrojona była w stylu lat osiemdziesiątych, a jak wiadomo, ten styl powrócił i wszyscy go kochają.

Marynarka w kolorze rdzy miała też taką przewagę nad pozostałymi, że jako jedyna była w promocji, obniżona o całe pięćdziesiąt procent, więc właściwie powinnam brać ją od razu i uciekać z tego sklepu, prawda?

Niestety, w moim wieku człowiek już jest ograniczony po pierwsze rozsądkiem, a po drugie miesięcznym budżetem. Odwiesiłam więc grzecznie marynarki na wieszaki i wróciłam do domu, by przemyśleć całą tę sytuację.

I powiem tak: z wiekiem człowiek jest coraz głupszy. Niby zachowałam się rozsądnie, jak na mój wiek przystało, tylko co mi z tego, skoro pół nocy nie spałam, myśląc o tej rdzawej marynarce, którą niestety odwiesiłam. I teraz zamiast spać, modliłam się w myślach, żeby dobry los sprawił, że ta przeceniona marynarka będzie na mnie czekać, jak tylko jutro otworzą sklep. Żeby nikt jej nie kupił, żeby żadna inna kobieta nie dostrzegła jej atrakcyjnej ceny, żeby kupiła sobie inną marynarkę, a tę jedną zostawiła w spokoju!

Żeby człowiek nie mógł spokojnie spać przez jakiś głupi ciuch??? No, nie taki głupi w końcu, skoro aż tak wbiłam go sobie do głowy. Tak, przyznaję! Miałam wyrzuty sumienia, że jej od razu nie kupiłam. Głupia ja!

Po powrocie do domu wysłałam zdjęcia Natalii, która odpisała mi niemalże natychmiast słowami: Głupia, trzeba było brać tę rudą, wyglądasz w niej co prawda trochę jak Meryl Streep w Sprawie Kramerów, ale chyba o to chodzi w tej stylizacji, prawda? Ja bym jeszcze dokupiła wysokie kozaki, koniecznie z naturalnej skóry, i plisowaną spódnicę.

Czyli czekało mnie jeszcze sporo dodatkowych zakupów. Ale sprytnie obmyśliłam plan, że przecież taką plisowaną spódnicę, co do której zgodziłam się z Natalią, że wyglądałaby super z marynarką z szerokimi ramionami, to ja sobie na spokojnie kupię w ciuchlandzie, bo tam takich spódnic jest od metra, żeby nie powiedzieć na kilogramy! Gorzej z kozakami. Ale być może miałam jedną taką parę w schowku w przedpokoju u rodziców. Kiedyś już zaszalałam i kupiłam takie wysokie kozaki. Ale potem coś mi się odwidziało i przestałam w nich chodzić. Im dłużej o tych butach myślałam, tym większą miałam pewność, że czekały one na mnie spokojnie w moim rodzinnym domu. Widocznie nie chodziłam w nich, bo brakowało mi tej marynarki i plisowanej spódnicy do kompletu!

I tak, po nitce do kłębka, doszłam do wniosku, że marynarkę w kolorze rdzy należy kupić, i to w trybie natychmiastowym, czyli jutro z rana, jak tylko otworzą sklep, nawet przed moją pracą. Czego się nie robi dla dobrego samopoczucia, zwłaszcza jesienią? A dobre samopoczucie mogła zagwarantować mi tylko ta marynarka.

Dlaczego nie kupiłam jej od razu? To była zła decyzja, która spowodowała nieprzespaną noc.

No nic. Jutro też jest dzień.

A ta marynarka ma tam na mnie czekać! Błagam.

Dobranoc, cokolwiek to znaczy.

 

 

 

 

 

 

10 października

 

 

Obudziłam się sama z siebie, czyli bez budzika w telefonie, i to już o siódmej trzydzieści. Tak, tak! Pierwszą rzeczą, o której pomyślałam, była… marynarka! No nie mogło być inaczej. Zjadłam śniadanie, co normalnie nigdy mi się nie zdarza, nie w tygodniu przynajmniej! Zwyczajnie nie mam na to czasu, bo po pierwsze przeważnie udaje mi się zaspać, a po drugie jedzenie w biegu szkodzi i można nabawić się wrzodów żołądka, o zadławieniu się nie wspominając. Więc z dwojga złego lepiej nie jeść niż potem żałować, co też czynię. Zazwyczaj nie mogę się zwlec z łóżka, ale akurat tego dnia, obudzona wyrzutami sumienia, wstałam jak na mnie bardzo, ale to bardzo wcześnie. Miałam więc czas na jajecznicę, pół pomidorka, a nawet na kawusię. I jeszcze radia posłuchałam. Boże, same plusy, a wszystko dzięki tej marynarce w kolorze rdzy z czarnymi, dużymi guzikami, przez którą minionej nocy nie mogłam spać.

Tak więc z pełnym brzuchem, najedzona i napita, punktualnie o dziewiątej rano stałam już przed drzwiami sklepu tylko po to, żeby się przekonać, że otwierają dopiero o dziesiątej trzydzieści! Normalnie otwierają o dziewiątej, ale w czwartki o dziesiątej trzydzieści! A to był czwartek, niestety. Myślałam, że oszaleję.

Udałam się więc do swojego biura, które otwieramy dopiero o dziesiątej. Jak można się domyślić, dotarłam tam przed czasem, ale było już otwarte, bo wszyscy zaczynali o dziewiątej, tylko nasz dział godzinę później.

Na mój widok szefowa aż przetarła te swoje wąskie okularki w grubych oprawkach w lamparcie cętki, których zresztą straszliwie jej zazdrościłam, i gdybym była złośliwa, tobym kupiła sobie takie same. Ale że nie jestem złośliwa, to sobie ich nie kupiłam i nie kupię, i ja jedna wiem, jaki to dla mnie ból wewnętrzny.

– Pani Julio… – wyrwało się jej od razu na mój widok. – Czy mnie oczy nie mylą…? Co pani tu robi o tak wczesnej porze? Spodziewałabym się raczej spóźnienia z pani strony, jak zwykle zresztą…

– Pani kierownik – westchnęłam. – To nie wygląda tak dobrze, jak się pani wydaje.

– Tak…? No słucham, słucham.

– Bo ja jestem, owszem, wcześniej, to znaczy przed czasem, ale…

– …ale co?

– Ale prosiłabym bardzo o możliwość wyjścia dosłownie na kwadransik o dziesiątej dwadzieścia. – Tyle mniej więcej czasu potrzebowałam na dotarcie do sklepu. Musiałam być przecież pierwsza, żeby nikt mi tej marynarki nie sprzątnął sprzed nosa, o ile w ogóle tam jeszcze była, w tej dobrej cenie, rzecz jasna.

– Na kwadransik, mówi pani? – powtórzyła szefowa.

– Tak.

– A co się takiego stało, pani Julio?

– Nic wielkiego – odpowiedziałam i czułam, jak serce zaczyna mi łomotać w mojej biednej, zestresowanej klatce piersiowej. – Po prostu muszę załatwić pewną niecierpiącą zwłoki sprawę na mieście.

– I nie można tego było załatwić przed pracą?

– No właśnie nie, bo oni otwierają tam… – chrząknęłam – dopiero o dziesiątej trzydzieści. To biuro otwierają, ten urząd znaczy się.

Skłamałam.

– Urzędy pracują już od siódmej rano, pani Julio.

– No tak, ale ja, niech pani sobie wyobrazi, numerek dostałam dopiero na dziesiątą trzydzieści.

– Rozumiem. – Kierowniczka skinęła głową. – A jaki to urząd?

– Marynarki… – Ugryzłam się w język, po czym dodałam szybko: – Wojennej.

– Marynarki wojennej…?

– Tak. Kuzyn tam pracuje, właśnie ma wypłynąć na morze w celach obronnych kraju, ma się rozumieć, i ja muszę natychmiast się z nim zobaczyć, bo mam mu do przekazania pewną wiadomość od cioci, do której załączony jest pewien podarunek. – Brnęłam w kłamstwa jak nóż w masło, co prawda pełne to było niedorzeczności, ale na szczęście dla mnie i uszu szefowej zadzwonił u niej telefon i nasza konwersacja została przerwana w najbezpieczniejszym dla mnie punkcie, w którym zapewne wyłożyłabym się przed nią na całego.

O ustalonej wcześniej z szefową godzinie dyskretnie wymknęłam się z naszego biura i z prędkością światła niemalże przetransportowałam się pod drzwi sklepu, w którym oczekiwać na mnie powinna moja marynarka. Były jeszcze dwie minuty do otwarcia, ale już przez szklane drzwi widziałam zapalone światło. Mignęła mi nawet jakaś postać kręcąca się po sklepie, co było bardzo przyjemnym widokiem. Teraz należało się tylko uspokoić i siłą woli obniżyć ciśnienie, które znacznie podniosło mi się w tętnicach, a wszystko z tego napięcia i z emocji, które wywołała u mnie tak niespodziewanie owa marynarka, a raczej polowanie na nią.

Nie wiem, jak to się stało, ale zauważyłam, że człowiek, a zwłaszcza znajdujący się w stresującej sytuacji, może ulec czasem jakiejś pokusie i postąpić wbrew sobie. No więc ja tak właśnie postąpiłam, chociaż przysięgam, wcale nie było to zamierzone. Z lekkim przerażeniem patrzyłam, jak moje palce stukały w szklane drzwi. Boże!

Po chwili do drzwi, z drugiej strony rzecz jasna, podeszła młoda sprzedawczyni. Albo one są teraz coraz młodsze, albo ja robię się coraz starsza. No w każdym razie ta przede mną wyglądała na taką, co dopiero skończyła liceum, chociaż makijaż miała jak stara wyga! Przyszło mi do głowy, że ja w jej wieku, mając tak porcelanową cerę, w życiu nie okładałabym jej tyloma warstwami pudru, a wręcz przeciwnie, świeciłabym nią w twarze starszych klientek, a one patrzyłyby zazdrosnym okiem, dokładnie tak jak ja teraz.

No więc na tej ślicznie umalowanej twarzyczce sprzedawczyni na mój widok wymalował się dość ostry wyraz niezadowolenia. Zresztą nie ma się co dziwić.

– No i co pani tak stuka? – zapytała, przekręcając klucz w szklanych drzwiach. – Przecież jeszcze nie ma wpół do jedenastej, dopiero dochodzi.

– Ja panią bardzo przepraszam, nie wiem, dlaczego ta moja ręka zastukała, ja tu czekam już od pięciu minut, wyrwałam się z biura dosłownie na kwadransik, szefowa mnie wypuściła, żeby kupić tę marynarkę z guzikami.

– Dla szefowej? – spytała.

– Ależ skąd! Dla mnie. Oko jej zbieleje, jak przyjdę tak ubrana, tylko pani rozumie, nie wiem, czy ta marynarka jeszcze u państwa jest i na mnie czeka…

Młoda ekspedientka, obrzuciwszy mnie spojrzeniem z góry na dół, na które w zupełności sobie zresztą zasłużyłam, otworzyła szerzej drzwi i wpuściła mnie do środka.

W tym momencie moje nogi same poniosły mnie w tamto miejsce obok przymierzalni, do tych wieszaków obwieszonych sukienkami, do tych półek ze spodniami, do szafy z chustkami. Me oczy rozbiegane zaczęły się w końcu uspokajać, bo widok marynarek koił nerwy.

Jest! Mam! Udało się! Jest moja. Nikt mi jej nie sprzątnął sprzed nosa.

– Grzeczna dziewczynka, ładnie czekała na swoją panią… – mruknęłam pod nosem, gładząc rękawy mojej zdobyczy, z którą właśnie podchodziłam do kasy.

– Pani coś mówiła? – zapytała sprzedawczyni.

– Nie, nic. – Spojrzałam na nią, i z trudem powstrzymując napad śmiechu, powiedziałam: – Chyba zapomniała pani dokleić lewą rzęsę. Albo się odkleiła…

– O Boże… – jęknęła przerażona i już chciała uciekać na zaplecze zapewne po to, by naprawić usterkę, która powstała na jej tak doskonale wymalowanej powiece, ale powstrzymałam ją wzrokiem pełnym ognistych ostrzeżeń.

– Proszę najpierw pozwolić mi zapłacić za marynarkę. Muszę wracać do pracy, proszę pani.

– Może pani najpierw przymierzy – zaproponowała uprzejmie, na co ja równie uprzejmie, aczkolwiek stanowczo odpowiedziałam, że biorę w ciemno, zresztą naprzymierzałam się już wczoraj, o czym nie mogła wiedzieć, bo poprzedniego dnia na zmianie była chyba jej koleżanka.

Zapłaciłam, moja marynarka wylądowała w papierowej torbie, a ja z uśmiechem na twarzy wyszłam ze sklepu i wróciłam do pracy.

Niestety, szefowa minęła mnie w korytarzu. I chociaż starałam się schować torbę za sobą, jej bystre oko zauważyło, że ze wszystkich sił próbuję zataić to, co tam mam. Zawsze tak się to kończy. Im bardziej staram się coś ukryć, tym bardziej jest to widoczne. Na szczęście nim zdążyła zadać jakiekolwiek pytanie, zadzwoniła jej komórka (Boże, co ja bym bez tych telefonów zrobiła! Dzięki ci, losie!), więc mogłam spokojnie wrócić na swoje miejsce, które szybciutko zajęłam, i kontynuować pracę. I przysięgam, że jeszcze nigdy nie pracowało mi się tak wspaniale, tak dobrze, jak tego dnia! Człowiek nabrał jakiejś motywacji, wszystko było inne i najważniejsze: chciało mi się robić to, na co zwykle nie miałam ochoty. Jakże zmienił się mój mały świat tylko dlatego, że spod biurka, złożona na czworo i delikatnie wciśnięta w torbę, spoglądała na mnie moja marynarka w kolorze rdzy! Jakże było mi dobrze na sercu w jej towarzystwie! Wszystko było na tak! Wszystko!

Kocham takie dni! I mogłabym nawet zostać po godzinach, gdyby mnie o to poproszono. A co! Ma się serce, prawda?

 

 

 

 

 

 

11 października, 8:00

 

 

Miałam cudowny sen. Śniło mi się, że pojechałam na rajskie wakacje do pewnego dalekiego i jakże pięknego kraju. Była to kraina miodem i ptasim mleczkiem płynąca. I nic nie musiałam tam robić. Tylko jeść, jeść i jeszcze raz jeść. I do tego zaproponowali mi, że mogę przedłużyć swój pobyt i zostać tam na zawsze.

 

 

11:15, szklanka wody z cytryną

 

Po sytuacji z marynarką w kolorze rdzy, którą przypłaciłam nieprzespaną nocą, na szczęście tylko jedną, i podwyższonym ciśnieniem w chwili przekroczenia progu sklepu, w którym to cudo na mnie czekało, o czym oczywiście wtedy jeszcze nie wiedziałam i bałam się, że może być dokładnie odwrotnie, no więc po całej tej, nazwijmy to, sprawie postanowiłam pójść na zakupowy detoks. Uznałam bowiem, że taki odwyk przyda się zarówno moim nerwom, jak i mojemu portfelowi. Do detoksu dołączyła się zresztą Natalia, i to z ochotą, po tym, jak pewna koleżanka naciągnęła ją na jakiś supermikser do warzyw, superdrogi, i Natalia go niestety kupiła.

Detoks polegał na tym, że aż przez dwa tygodnie miałyśmy nie kupować niczego poza jedzeniem i środkami higienicznymi. Zero ciuchów. Nici z kupowania czegoś, co jest w dobrej cenie. I najgorsze: omijanie ciuchlandów szerokim łukiem, a właśnie tam jest najwięcej okazji. Tym razem należało te wszystkie okazje sobie odpuścić. Już kiedyś robiłyśmy sobie z Natalią taki odwyk i jakoś dotrwałyśmy do końca, w dodatku uczciwie. Wystarczyło nie łazić do tych wszystkich galerii handlowych, do sklepów z ciuchami, i po sprawie. Nie było to jednak takie proste, bo człowiekowi strasznie trudno zrezygnować z czegoś, co sprawia mu największą przyjemność. I to właśnie podczas takiego detoksu Natalię naszła wena i stworzyła swoją słynną już przeróbkę Inwokacji naszego wieszcza narodowego, która leciała mniej więcej tak:

 

Galerio handlowa, ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie,

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie

Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie!

 

Od tego detoksu człowiek stawał się bardziej twórczy i w ogóle bardziej wrażliwy, więc żeby kompletnie się nie zdołować brakiem wszelakich zakupów, rekompensowałyśmy to sobie z Natalią, chodząc do kina i na kawusię z ciastkiem. Co człowiek zaoszczędził na zakupach, to stracił na dodatkowe kalorie, które w siebie ładował bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Takie to były plusy detoksu, przynajmniej pysznych ciastek sobie nie odmawiałyśmy. Jeden grzech zastąpiłyśmy innym. Trudno. W najgorszym razie czekało nas piekło.

 

 

20:00, herbata z plasterkiem cytryny, dwie łyżeczki cukru

 

I teraz siedzę przy biurku stojącym naprzeciwko okna, za którym właśnie zaczął padać deszcz, i zapisuję rzeczy, które mają się w końcu spełnić! Najlepiej od razu, żebym nie musiała długo czekać. Zapisuję je po to, żeby właśnie mi się spełniły, udały i wprowadziły do mojego życia radość, której bardzo potrzebuję zwłaszcza teraz, kiedy jest zimno i nie ma mnie kto ogrzać. No więc do rzeczy, pamiętniczku trzydziestolatki.

Na imię mam Julia, po babci, a nie, jak myślą wszyscy, po bohaterce najsłynniejszej tragedii Szekspira. Lubię swoje imię, które rzeczywiście rozsławił ten angielski twórca, trzeba mu to przyznać. À propos tego pisarza, a raczej dramaturga, to zastanawia mnie czasem, jak to jest, że takie imiona jak Julia przetrwały do naszych czasów i nadal są bardzo romantyczne (ja tak właśnie postrzegam swoje imię!), a inne jakoś nie przetrwały. Taki Romeo na przykład. Każdy zna jakąś Julkę, ale nikt nie zna Romea, prawda? Może właśnie dlatego tak trudno mi go znaleźć? Mogę stać na balkonie i wyglądać, i nic.

Niezależnie od tego, z jakim trudem przechodzą mi przez usta słowa o tym, że mam już na karku trzydzieści lat, nadal jestem kobietą samotną. I ta samotność mi się wcale nie podoba. Co więcej, uważam, że zupełnie do mnie nie pasuje. Pewnie są na świecie kobiety, które świadomie wybrały życie w pojedynkę, i pewnie jest ich całkiem dużo, ale ja się do nich nie zaliczam. Jestem sama, to prawda, ale to tylko stan chwilowy, przejściowy przed stanem partnerskim albo małżeńskim. Do tego w każdym razie zmierzam. Chcę mieć rodzinę, męża, dzieci, kota, psa, nawet rybki mogę mieć, słowem – wszystko to, z czego składa się normalna rodzina, którą pragnę założyć. I nie rozumiem, przysięgam, nie kumam, dlaczego akurat mnie musi to omijać? Dlaczego inni zaliczają różne wpadki, żenią się, nawet rozwodzą, a ja muszę tylko biernie czekać. Co ja takiego zrobiłam, że zasłużyłam sobie na takie jałowe życie…?

Nie, nie użalam się nad sobą. Po prostu sięgam po kolejnego pączka z różanym nadzieniem, podnoszę się z kolan, poprawiam koronę i idę dalej.

Mieszkam na Mokotowie, gdzie wynajmuję kawalerkę z wygodami w postaci aneksu kuchennego i miniaturowej łazienki, a za całość płacę przyzwoicie, więc nawet nie jest tak źle. Skończyłam geografię, lecz zamiast jeździć po świecie i sprawdzać, czy to, o czym mnie uczono, faktycznie istnieje, zwiedzam galerie handlowe, po godzinach pracy oczywiście. O pracy będzie później, bo nie ma w niej nic ciekawego poza widokiem. Nie, nie na lepszą przyszłość, ale widokiem na Warszawę. Nasze biuro mieści się bowiem na trzynastym piętrze wieżowca i mamy wspaniały widok na całe miasto. Jeśli ktoś myśli, że chodzę do pracy dla tego widoku, to się myli. Do pracy chodzę, bo:

• nie mam nic innego do roboty,

• bo gdzieś trzeba,

• bo zawsze można w pracy kogoś poznać, bywa, że nawet kogoś interesującego,

• bo można się napić darmowej kawy, która przysługuje wszystkim pracownikom,

• bo można poplotkować z Kamilą, która wie wszystko o wszystkich i lubi się tą wiedzą dzielić,

• bo mimo wszystko lubię tę pracę,

• aha, no i płacą!

Tak, myślę, że fajnie jest pracować. Ale jeszcze fajniej byłoby tego nie robić.

Niestety, muszę chodzić do pracy, bo nie mam dla kogo siedzieć w domu, chować dzieci i gotować pomidorówki, która czekałaby na niego, gdyby do mnie codziennie wracał. To znaczy on wracałby codziennie, a pomidorówka niekoniecznie. Nie sądzę, żebym umiała gotować ją każdego dnia, zresztą jestem pewna, że znudziłaby mu się bardzo szybko.

W pracy zajmuję się czymś szalenie nudnym, mianowicie uzupełnianiem bazy danych o naszych klientach. Jesteśmy biurem, które pośredniczy w wynajmowaniu pokoi w gospodarstwach agroturystycznych w całej Polsce, ale niestety nie pracuję na tyle blisko z klientami, żeby mieć w ogóle z nimi kontakt. Od tego są u nas inni. Ja z Kamilą i jeszcze innymi kolegami z biura po prostu ogarniamy wszystko od strony rezerwacji, przelewów i innych równie nudnych spraw, które muszą zawsze być zrobione na czas, bo inaczej świat się przecież zawali. Się pracuje, się wie.

 

 

20:40, szklanka wody i pół krówki z wczoraj, której jakimś cudem nie dokończyłam. Dzięki ci, losie!

 

I tak dochodzimy do sedna sprawy.

Julio, oto twoje priorytety na przyszłość:

1. Znaleźć go w końcu. Tego jedynego, który gdzieś tam na mnie przecież czeka. To miasto ma prawie dwa miliony mieszkańców, więc oczywistym jest, że gdzieś ta moja druga połówka musi być.

2. Muszę schudnąć, bo mam wrażenie, że właśnie ten punkt zachodzi jakby na punkt pierwszy. To znaczy, że widocznie jestem za pulchna i to jest przyczyną mojej samotności. Oczywiście nie szukam mężczyzny, dla którego figura partnerki jest najważniejsza. W ogóle mi na takim człowieku nie zależy! Ale zauważyłam, że niestety faceci wolą szczupłe. I tu zaczyna się dla mnie katastrofa. Nie, nie jestem gruba. No, może troszeczkę. Ale nie aż tak! No dobrze. Nie będę kłamać, zwłaszcza przed samą sobą. I tutaj powinnam przerwać pisanie, bo muszę udać się do łazienki, gdzie czeka na mnie waga. Powinnam i zrobię to, żeby było jak najbardziej uczciwie. Tak więc przerywam i idę się zważyć. Zaraz wrócę i skończę pisanie.

 

 

22:16

 

!!!!

Nie!

To nie może być prawda…

Chwileczkę, muszę pójść po piwo, chyba mam jedną puszeczkę w lodówce. Zaraz wracam.

Niestety, piwa nie było. Na trzeźwo jest bardzo trudno pisać o takich rzeczach. I jest mi bardzo przykro, że mam taką dokładną wagę, która na moje nieszczęście się nie myli. Wiem, bo w zeszłym miesiącu wyrzuciłam już jej poprzedniczkę. Tamta złośliwa małpa zawyżała mi wagę zawsze o pół kilo! Pożegnałyśmy się więc szybciutko i kupiłam sobie nową. Ta znowu jest tak wkurzająco dokładna, że aż zatęskniłam za tą starą, bo mogłam sobie chociaż wyobrazić, że w rzeczywistości jestem przecież o całe pół kilo lżejsza! Z obecną wagą takie myślenie w ogóle nie wchodziło w grę!

No więc dobrze.

Moja waga to, uwaga: całe 74 kg! Tak. No wiem. Niestety, zapuściłam się ostatnio. O Jezu, nie ja jedyna! Ale poradzę sobie. Do lata zrzucę te 14 kilo i będę śmigać po plaży niczym sarenka, co się z lasu zerwała!

Do boju, Julio! Jak nie ty, to kto? A teraz, zimą, na wiele długich miesięcy przed latem, jest najlepszy na to czas! Jak nie teraz, to kiedy?

 

 

 

 

 

 

12 października

 

 

Zadzwoniła Patrycja, moja przyjaciółka, z którą niestety nie spotykam się tak często, jak bym chciała, bo przeprowadziła się do Szczecina.

No, no, że tak powiem: się narobiło. Dzieje się! Historia jest taka, że Patrycja nie ma szczęścia do facetów, co ogólnie wiadomo. Ja niby też tego szczęścia nie mam, co też wiadomo, ale różnica jest taka, że w przeciwieństwie do Patrycji, ja przynajmniej nie wplątuję się w żadne tarapaty. A Patrycja je wprost uwielbia, to znaczy odwrotnie, tarapaty uwielbiają ją i ona je niejako przyciąga do siebie tymi swoimi głębokimi dekoltami. Już jej ostatnio zwróciłam uwagę, żeby może zaczęła chodzić w golfach, ale ona uparła się, że kobieta z wiekiem powinna nosić coraz większe dekolty, bo inaczej nie ma na co liczyć, i że skoro młodość odfrunęła, to trzeba się ratować innymi sposobami, czytaj: czarować mężczyzn tym, w co kobiety wyposażyła natura. O ile była szczodra. No i Patrycja w tym czarowaniu doszła już do takiej perfekcji, że jednym zarzuceniem nogi na nogę potrafi gościa w kawiarni przyciągnąć i jeszcze naciągnąć biedaczka na kawę, bez jakiejkolwiek gwarancji, że zgodzi się umówić na kolejną.

Ja nie mam szczęścia do facetów, ale Patrycja w ogóle ma pecha do takich, którzy nie dość, że nie są wolni, to jeszcze bez przyszłości. Wszyscy by dla niej rzucali te swoje żony, a my już jakiś czas temu, zresztą wspólnie z Natalią, postanowiłyśmy, że z żonatymi, żeby nie wiem co, to my się spotykać nie mamy zamiaru. I się nie spotykamy. Niestety, w przypadku Patrycji nie jest to takie proste, bo – jak wspomniałam – ona zwyczajnie tych żonatych, i to tych, co właśnie wpadli na pomysł, żeby w końcu się rozwieść, przyciąga. I tak się złożyło, że znowu takiego oczarowała. Na jakiejś konferencji, na którą firma wysłała ją aż pod Ełk chyba, przyplątał się do niej taki jeden Misiaczek. No ta to ma szczęście! Z pięćdziesięciu facetów, którzy tam się zjechali, musiał jej się trafić akurat on, który – jak się w dalszej części konferencji okazało – ma żonę, i to od dziesięciu lat tę samą. Misiaczek jeden, nie ma co! I kiedy Patrycja o tym usłyszała, bo w końcu to z Misiaczka wydusiła – chociaż wcale nie był taki chętny do zwierzeń, bo Misiaczki już tak mają, zwłaszcza na początku tak gorącej znajomości – to kazała mu natychmiast wyjść z jej pokoju i nigdy więcej nie wracać. Misiaczek wyjść nie chciał, powiedział, że się w niej zakochał od tego, no, pierwszego wejrzenia, że żonę rzuci i będzie żył z Patrycją długo i szczęśliwie. Tak mówił, ale ona mu nie wierzyła, bo już niejeden tak jej wcześniej opowiadał i wiedziała, że to tylko czcze gadanie, bo żonę, zwłaszcza własną, nie jest tak łatwo porzucić. Co innego żonę innego mężczyzny, taką można rzucić już po kilku randkach, ale żeby własną? Nie, to się nikomu nie opłaca, co więcej, do tego potrzebna jest odwaga, a mężczyźni – zwłaszcza Misiaczki – są raczej tchórzliwi i mało im zostało z rycerskich przodków. Rycerzami to oni raczej są w gębie, legendy wprost opowiadają, zwłaszcza na swój temat, szczególnie kobietom nowo poznanym, które nie są w stanie takiej legendy w żaden sposób zweryfikować. Biedaczkom nie pozostaje więc nic innego, jak tylko w nią uwierzyć. I wierzą, i brną w te dyrdymały, bo tak im jest najwygodniej. Ale Patrycja nie jest już tak głupia, jak dawniej bywało, i teraz łatwo nie daje się nabrać. Więc żonatego Misiaczka wystawiła za drzwi, te zamknęła i postanowiła spędzić tamtą noc w łóżku z książką, a nie z nim.

Niestety, po powrocie do Szczecina okazało się, że ten Misiaczek dalej do niej wydzwaniał, nachodził ją, jednym słowem zaczęła brać pod uwagę, że może faktycznie się w niej zakochał od tego, no, pierwszego wejrzenia. Mimo to, wierna swoim i naszym (moim i Natalii) ideałom i przyrzeczeniom, nie miała zamiaru się z nim wiązać, bo miał przecież żonę. A chyba żadna w miarę chociaż normalna kobieta nie chce mieć na sumieniu rozpadu czyjegoś małżeństwa, prawda?

I któregoś dnia stało się coś wprost niebywałego. Był wieczór, Patrycja właśnie wrzucała kostkę zapachową do kąpieli, którą zamierzała wziąć w jesienny, w dodatku dżdżysty i wietrzny wieczór, kiedy zadzwoniła jej komórka. Dzwonił nieznany numer. Odebrała z ciekawości. Telefonowała jakaś obca kobieta, z którą, jak się okazało podczas dalszej konwersacji, łączył ją właśnie ten Misiaczek. Już od pierwszego zdania zdecydowanym tonem zażądała od Patrycji kategorycznego zerwania z mężczyzną wszelkich stosunków. Patrycja, sądząc, że to jego żona, przestraszyła się i powiedziała, że powinna być jej wdzięczna, bo właśnie z jej powodu ona z tym Misiaczkiem zerwała wszelkie kontakty, bo żona to jest rzecz święta. Tak właśnie jej powiedziała. Na co tamtą jakby zamurowało. Nie odezwała się od razu, lecz po chwili dodała zmienionym lekko tonem, że ona wcale tak nie uważa, że żona owszem, ale skoro Misiaczek spotyka się z kimś innym, to znaczy, że ta żona wcale taka dobra dla niego nie jest. I tu Patrycja zgłupiała, ale nie tak całkiem, bo zapytała tę kobietę, kim w takim razie ona jest, skoro nie żoną? Na co tamta odpowiedziała, że jest jego wieloletnią przyjaciółką, tak właśnie: przyjaciółką! Czyli kochanką?, zapytała rozbawiona coraz bardziej Patrycja. Tamta powiedziała, że to raczej Patrycję nazwałaby kochanką, że ona jest z nim od lat, w dodatku wielu, i w związku z tym ma do niego większe prawa, i w ogóle była pierwsza, i nadal jest pierwsza w kolejce!

– Wyobrażasz to sobie? – Patrycja zaśmiała się do słuchawki. – Ten Misiaczek to jest jak jakaś królowa brytyjska, ma własną kolejkę do swojego tronu!

– Ostra konkurencja, nie ma co!

– Może ja nawet nie wiem, co straciłam, bo ja z nim nawet nic ten tego.

– I dobrze. Niech tamta się z jego żoną handryczy, jak ma na to ochotę. My od żonatych trzymajmy się jak najdalej, kochana!

Patrycja powiedziała jej, że nic jej z tym całym Misiaczkiem już nie łączy, na co tamta powiedziała, że od powrotu z tej konferencji on chodzi jak otumaniony, nawet przestał jeść kolacje u niej, a to podobno jest ich rytuał, od którego w dodatku nigdy wcześniej nie zdarzyło mu się odstąpić.

– Trafiła kosa na kamień! – stwierdziłam. – Najlepiej smakuje zakazany owoc!

– Julia, myślisz, że ja byłam pierwszą, która się nie nabrała na te jego niebieskie oczęta?

– Myślę, że na pewno.

– I to go tak musiało rozpalić, że postanowił chodzić, chodzić, aż wychodzi.

– To się zdziwi ten twój Misiaczek.

– Tylko nie mój!

Pożegnałyśmy się, bo Patrycja musiała już kończyć.

A mówiłam, żeby zrezygnowała z dekoltów i włożyła golf!

Żeby jeszcze wysłuchiwać impertynencji od kochanki niedoszłego kochanka, to jest dopiero pech!

Cała Patrycja po prostu! Ta to mogłaby poradnik napisać o tym, jak zamienić mózg faceta w papkę za pomocą odpowiednich butów i bluzki. W tym to ona jest najlepsza! W każdym razie faceci w Szczecinie mają z nią przerąbane!

 

 

 

 

 

 

13 października

 

 

Każdy ma takiego maślaka, jakiego sobie znalazł!

Pojechałyśmy z Natalią na grzyby. Tak, do lasu! To taka nowa forma spędzania wolnego czasu, można nawet kogoś poznać! Tak przynajmniej przekonywała nas pani, u której zakupiłyśmy dwa bilety na wyjazd w najbliższą sobotę, bez względu na pogodę, co podkreślano w biurze podróży. Była słoneczna i sucha jesień, więc zapowiadało się całkiem przyjemne popołudnie.

– Wiesz, kogo tam poznamy? – spytałam przyjaciółkę, kiedy czekałyśmy w umówionym miejscu na osiedlu, skąd miał nas zabrać autobus z pozostałymi grzybiarzami.

– No, kogo?

– Jakiegoś starego grzyba!

– Wariatka.

Okazało się, że niewiele się pomyliłam, bo autobus składał się głównie z grzybiarzy w wieku średnio przedemerytalnym. Mimo to postanowiłyśmy dać losowi szansę i udać się na tereny leśne celem przeżycia niezapomnianej przygody, którą szykować miał dla nas los. Skoro nic nie działo się w mieście, należało dać szansę wsi.

Autokar wywiózł nas gdzieś daleko, gdzie pachniało trawą i wiatrem.

Kierownik wycieczki, zapalony i, jak sam o sobie powiedział, doświadczony grzybiarz, poinstruował nas na miejscu, jak należy potraktować grzyba:

– Pamiętajmy, że nie podcinamy grzyba, ale go wykręcamy okrężnym ruchem.

– Coś podobnego! – oburzyła się na to pewna pani w fioletowych kaloszach. – W mojej rodzinie zawsze szło się na grzyby z kozikiem i wszyscy ucinali grzyba tuż nad ziemią!

– Z czym się szło…? – zapytałam głośno.

– Z kozikiem – powtórzyła. – Takim małym składanym nożykiem z wygiętym ostrzem.

– Aha. – Skinęłam głową, bo właśnie zdałam sobie sprawę, że ja nic nie wiem nie tylko o grzybach, ale również o nożach. Ja w ogóle chyba mało wiem, niestety.

– Pozwoli sobie pani powiedzieć, że w dziedzinie grzyboznawstwa też wiele się zmieniło od czasów naszych dziadków – powiedział kierownik wycieczki.

Był to starszy pan, ale nie tak całkiem jeszcze, bo miał w sobie ciągle żwawość i wigor. Nie mam pojęcia, ile mógł mieć lat, może nawet pięćdziesiąt?

– Teraz grzybów nie podcinamy – dodał.

– A to dlaczego? – zapytał jakiś mężczyzna w kraciastej, flanelowej, zdaje się, koszuli.

– Bo po pierwsze, jest to szkodliwe dla grzybów, a po drugie, niebezpieczne dla ludzi. Jak wiadomo, w lesie teren jest nierówny, bywa, że podmokły i grząski…

– Słyszałaś Natalia? Grząski – szepnęłam jej do ucha. – To słowo słyszałam ostatni raz chyba w szkole, na dyktandzie w dodatku. Brrr…

– Cicho, daj posłuchać.

– …w razie upadku – kontynuował kierownik – możemy całkiem niechcący nadziać się na taki nożyk, dlatego lepiej nie nosić takich narzędzi w lesie.

– Ale nóż stanowi też narzędzie obrony przed dzikimi zwierzętami, które można przecież w czasie takiego grzybobrania spotkać! – oburzyła się kolejna pani, tym razem ta w różowym i nieco przydużym golfiku.

– Zapewniam panią, że w naszej strefie klimatycznej żadne dzikie zwierzęta pani nie zagrażają i na pewno nie będą pani atakować.

– A dzik? – Kobieta w golfie nie ustępowała. – Przecież każde polskie dziecko wie, że dzik jest dziki, dzik jest zły!

– Dziki nie podchodzą do ludzi tak blisko, bo nie są głupie – uspokoił ją kierownik. – Mają doskonały słuch i już z daleka widzą grzybiarzy. Poza tym, co pani, chciałaby na dzika z takim małym nożykiem?

– Czułabym się bezpieczniej.

– Ma pani przecież obok siebie mnie! – stwierdził kierownik. – Ja znam ten las od lat, może mi pani całkowicie zaufać. Wracając do grzybów, to jak poinformowało nas nadleśnictwo, w tym sezonie grzyby wykręcamy u nasady, tak aby nie uszkodzić grzybni. No to do pracy, rodacy! Czy są jakieś pytania?

– Ja mam małe pytanko! – Znowu dała o sobie znać pani w golfie.

– Słucham?

– Jak mamy się w tym lesie nie pogubić?

– Proszę się trzymać grupy – poinstruował nas naczelny grzybiarz. – Będziemy szli razem, w niewielkich odstępach, żeby sobie nie deptać po piętach. Pamiętajmy, że obowiązuje nas zasada: kto pierwszy grzyba zobaczy, do tego on należy. Tylko proszę się nie bić, grzybów w tym lesie mamy w bród, proszę państwa! Wystarczy szukać i zbierać! Potem przed odjazdem nastąpi przeglądanie okazów, których państwo nazbierają. Będę sprawdzał z atlasem, który zawsze mam przy sobie. Proszę się nie martwić, nikt się nie zgubi, bo to jest mały las, a w razie czego obok jest wioska, z której odchodzi autobus do Warszawy, ale dopiero wieczorem. Każdy z państwa otrzymał ulotkę naszego związku grzybiarzy i tam jest mój numer telefonu. Komórkę mam przy sobie przez cały czas. Przypominam, że zbiórka przy autokarze jest o trzynastej i wracamy do miasta w komplecie, mam nadzieję.

Jakieś dwadzieścia minut później biegłyśmy razem z moją serdeczną przyjaciółką w tym samym kierunku, w dodatku w tym samym celu.

– Czekaj, grzyb nie zając, nie ucieknie przecież!

– Ale ja go pierwsza zobaczyłam! – krzyknęłam, rzucając się w stronę sosny. Chyba to była sosna, bo miała kolce, to znaczy szpilki, czy jak to się tam nazywa.

– Nieprawda! Julka, zobaczyłyśmy go równocześnie!

– Chciałabyś! Mam!

Ten grzyb był mój. Co więcej, byłam pewna, że to borowik!

– Nie będziemy się chyba teraz kłócić o jakiegoś grzyba, prawda? – powiedziała Natalia.

– Masz rację – zgodziłam się szybko. – Przekroimy go potem na pół i będzie po równo dla każdej.

Ostrożnie, zgodnie z instrukcją kierownika wycieczki, wykręciłam z ziemi moją zdobycz i oczyściwszy brązowiutki kapelusz z igiełek, z dumą włożyłam ją do wiklinowego kosza, który w tym celu przywiozłam ze sobą do lasu.

– Coraz bardziej podoba mi się ten las! – stwierdziłam.

– Mnie też! – odpowiedziała na to Natalia, dzierżąc w dłoni grzyba, którego właśnie wyrwała z ziemi.

– Jesteś pewna, że to jest jadalne…? – Grzyb Natalii nie przypadł mi do gustu.

– O co ci chodzi?

– Ma jakieś podejrzane kropki, w dodatku żółtawe.

– Sama masz kropki. Na nosie!

– Na szczęście pan kierownik rzuci na niego fachowym okiem, więc nie ma się co denerwować.

Szłyśmy między drzewami, od czasu do czasu znajdując jakiegoś osobnika, co by się nadawał na zupę albo sos do ziemniaków, i końca lasu nie było widać. W pewnej chwili, oddaliwszy się znacznie od pozostałej grupy grzybiarzy, odkryłyśmy całkiem przyjemną polankę, na której zrobiłyśmy sobie przystanek na wypicie herbaty z termosu. Natalia wzięła go ze sobą jak prawdziwy grzybiarz.

– Co ta herbata taka mocna…? – Omal nie zakrztusiłam się po pierwszym łyku.

– Zamiast cukru dolałam do niej likieru orzechowego na rozgrzewkę, bo zapowiadali przymrozki.

Miałam ochotę ją uściskać za ten genialny pomysł.

Tymczasem mój niepokój wzbudziło wyjątkowo długie, jak na Natalię, milczenie.

Odwróciłam się w jej stronę. Moja przyjaciółka stała przy krzaczku i wyglądała dosłownie tak, jak w tych opowieściach o opadającej szczęce. Miała na wpół otwartą buzię.

Szybko schowałam termos do plecaka i podeszłam do niej.

– Co ci jest…? – zapytałam z lekkim niepokojem.

– Nic. Uszczypnij mnie – ledwo wydusiła z siebie, po czym dodała: – Ja chyba śnię. Patrz, Julka, jaki cud natury…

Faktycznie, tuż obok krzaczka, przy którym stała, rósł jakiś maślak albo inny rydz.

– Zwykły grzyb! – stwierdziłam bez większych emocji. – Chcesz go?

– Chcę…

– Mam go dla ciebie zerwać?

– Tak, tak. Poproszę…

– Natalia, gdzie ty się patrzysz?

– Właśnie coś zauważyłam, ale cicho.

– Gdzie…?

– Nie tam, odwróć się, tylko powoli, żeby go nie spłoszyć…

– Zając czy lis?– spytałam.

– Ani zając, ani tym bardziej lis, ale zdecydowanie bardziej dorodny okaz…

Mrużąc oczy, spojrzałam dyskretnie we wskazanym przez czubek jej brody kierunku. Wciąż byłam w pozycji przykucniętej po wykręceniu mojego grzyba i nic nie widziałam, więc podniosłam się ostrożnie i wyprostowałam. Kiedy rozglądałam się uważnie w celu namierzenia jakiegoś dzikiego, jak mi się wtedy zdawało, zwierzęcia, moim oczom ukazał się niesamowity widok. Nie dość, że z jego powodu moja przyjaciółka rozdziawiła usta, to jakby tego było mało, niemalże straciła przytomność. A teraz dołączyłam do niej jeszcze ja, bo również nie umiałam oprzeć się tej magii, którą przed nami natura wymalowała w całej swej okazałości. Dziki zwierz okazał się mianowicie całkiem udomowionym, rosłym i odzianym w dżinsową kurteczkę mężczyzną, któremu ta ledwie opinała szeroką, muskularną klatkę piersiową. Osobnik ów, który tak nam się niespodziewanie objawił w środku lasu, był, zdaje się, najzwyklejszym naszym polskim rolnikiem lub, jak wolą mawiać niektórzy, farmerem, co brzmi jakoś tak bardziej światowo. Wiedziałyśmy, że był rolnikiem, bo szedł przez las, trzymając w ręku wielkie grabie, ale takie z trzeba zębami.

– Boże, czy ty to widzisz, Julka? – jęknęła Natalia. – Jakie ciało…

– No nie da się ukryć, że nasza słowiańska ziemia ma się czym pochwalić…

– Wiesz – powiedziała Natalia, przełykając ślinę – właściwie to mi nie zależy na tym maślaku…

– To jest borowik – poprawiłam ją szybko.

– Możesz go sobie zatrzymać, ale tego tam, pozwól, że ja sobie obejrzę z bliska.

– Ale jak to…?

– No przecież pierwsza go wypatrzyłam!

– No tak, ale nie uważasz, że…

Już była gotowa biec do tego biednego chłopaka, który stał w oddali bokiem do nas, a tak właściwie to tyłem. Już pewnie chciała złożyć mu jakąś propozycję, bo znam ją i wiem, że w sytuacji bez wyjścia, a w takiej właśnie się znalazła moja przyjaciółka, dodajmy przyjaciółka porządnie wyposzczona, gotowa była popełnić największe głupstwo, z wskoczeniem do łóżka na pierwszej randce włącznie.

– Zaczekaj! – Złapałam ją niemalże w ostatniej chwili.

– Puszczaj! – warknęła. – Jak chcesz, to zbieraj sobie te grzyby, zostawiam ci je wszystkie! Ale ja właśnie upolowałam mojego kozaka, więc pozwól, że udam się nawiązać z nim rozmowę wstępną.

– To może za chwilę…

– Bo co…? Nie ma na co czekać…