Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 322 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziennik Nimfomanki - Valérie Tasso

 

Valérie Tasso, 29-letnia wykształcona Francuzka z dobrego domu, ma przyjaciół,dobrą pracę i perspektywę kariery w dużej agencji reklamowej. Ale prawdziwym sensem jej życia jest seks.Swoją potrzebę erotycznych wrażeń zaspokaja w niezliczonych przygodach.Dlaczego uprawia ten erotyczny maraton?
Bo mężczyźni pozwalają jej czuć, że żyje. To potrzeba porozumienia z drugim człowiekiem pcha ją do szukania coraz to nowych doznań i skłania do pisania dziennika.
Aż pewnego dnia spotyka tego jedynego. Zaślepiona miłością zbyt późno spostrzega,jak toksyczny jest ten związek. Porzucona, załamana, bez środków do życia,decyduje się zostać…luksusową prostytutką.

Dziennik Nimfomanki to odważna i szczera autobiografia, opowieść o seksie i o marzeniach o prawdziwej miłości.
Jest jedną z najczęściej czytanych hiszpańskojęzycznych książek na świecie.

Opinie o ebooku Dziennik Nimfomanki - Valérie Tasso

Fragment ebooka Dziennik Nimfomanki - Valérie Tasso

Strona redakcyjna

Redakcja stylistyczna

Anna Tłuchowska

Korekta

Hanna Lachowska

Barbara Cywińska

Zdjęcie na okładce

© Shutterstock

Tytuł oryginału

Diario de una ninfómana

© Valérie Tasso, 2003

© Random House Mondadori S.A., 2003

For the Polish edition

Copyright © 2013 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4714-4

Warszawa 2013. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Publikację elektroniczną przygotował:

Giovanniemu

Od autorki

Nazwiska, które pojawiają się w książce, są zmyślone, aby chronić prywatność bohaterów. Wszelka zbieżność jest wyłącznie przypadkowa.

Mój bieg maratoński na tysiąc dwieście metrów

Spotkania następują po sobie,

ale nie są jednakowe...

Dziewictwo straciłam 17 lipca 1984 roku o 2.46.50 w nocy. W wieku piętnastu lat. Takiej chwili nie zapomina się nigdy.

Stało się to w wakacje, w górskiej miejscowości, w domu babci mojej przyjaciółki, Emmy. Miejsce pachnące wiecznością i grupa chłopców, z którymi się spotykałyśmy, spodobały mi się od razu. Ale tylko jeden zwrócił moją uwagę — Edouard.

Dom babci miał przepiękny ogród i leżał tuż nad rzeczką, dzięki której powietrze było rześkie. Przed nim rozciągała się łąka z trawą wysoką na ponad metr, jaka zwykle rośnie tam, gdzie dużo pada. Spędzałyśmy z Emmą w tej trawie całe popołudnia. Wylegiwałyśmy się w ukryciu, rozmawiając z chłopakami, przygniatając trawę ciężarem naszych ciał nabrzmiałych od pokwitania. W nocy wspinałyśmy się na murowane ogrodzenie domu, żeby znowu się spotkać i flirtować z chłopakami. Nigdy nie powiedziałam Emmie o tym, co się wydarzyło. Pewnej nocy Edouard zabrał mnie do siebie. Pamiętam, że nie czułam nic poza ogromnym wstydem, że nie krwawię, i dziwnym wrażeniem, jakbym zsiusiała się do łóżka. Wychodziłam od niego przy dźwiękach spłuczki, za którą pociągnął, żeby zagłuszyć moje kroki na schodach.

Edouarda zobaczyłam znowu jedenaście lat później, w Paryżu, na konferencji zorganizowanej w pewnym hotelu. Zamknęliśmy się w męskiej toalecie, próbując na nowo poddać się impulsowi, który poczuliśmy ponad dziesięć lat temu, może ze strachu przed dorosłością albo pod wpływem nostalgii. Ale to już nie było to. Po raz kolejny odgłos spłuczki w publicznej toalecie obwieścił moje odejście. Tym razem na zawsze.

Po tym pierwszym razie pojawiło się poczucie winy, o którym chciałam zapomnieć albo przynajmniej je złagodzić, i dlatego robiłam to dalej, aż stałam się pełnoletnia. Wielkich potrzeb w okresie dojrzewania nie miałam, kierowała mną raczej chęć eksperymentowania, czysta ciekawość.

Z początku moje zachowanie tłumaczyłam tym, że Matka Natura obdarzyła mnie szczególną wrażliwością, którą wyrażałam ciałem. Dopóki nie poszłam na studia, pod koniec lat osiemdziesiątych.

Skupiłam się wtedy na nauce, nie na chłopakach. Chciałam zostać dyplomatką. Musiałam jednak zmienić kierunek i bez większych wysiłków skończyłam ekonomię i lingwistykę stosowaną.

Rodzina wpoiła mi dobre maniery, nauczyła obycia i dała dość tradycyjne wychowanie, brakowało mi jednak umiejętności porozumiewania się. Stawałam się coraz bardziej skryta. Porządna dziewczyna, jak ja, za nic w świecie nie mogła powiedzieć rodzicom, że pierwszy raz przeżyła w tak młodym wieku.

Na ostatnim roku studiów na nowo podjęłam aktywność seksualną. Uświadomiłam sobie, że posiadam coś wyjątkowego, co przyciąga mężczyzn podobnych do mnie. Byłam czarodziejką i we wszystkich zakątkach miasta zaczęłam szukać fascynujących Merlinów, kochanków z temperamentem, których drobne żyły widoczne pod skórą miały w sobie coś pociągającego. Ludzi, u których można było wyczuć wyraźny puls w nadgarstku, takich, którzy słyszeli piszący długopis i byli w stanie przejąć się rozmiarem plamy atramentu na białej kartce. Mężczyzn, którzy, podobnie jak ja, widzieli cząsteczki tworzące powietrze i potrafili wychwycić rozmaite jego barwy, którym zapchana o czwartej nad ranem toaleta w dyskotece przypominała o kruchości człowieka. Ludzi, dzięki którym czułam, że żyję.

Wiem, że tak naprawdę to poszukiwanie było przejawem strasznej choroby — milczenia, samotności, braku zrozumienia. Dlatego postanowiłam utrwalić moje przeżycia w dzienniku. Tylko tak mogłam ćwiczyć sztukę porozumiewania się. Próbowałam już wcześniej kilka razy w ten najbardziej naturalny sposób — posługując się językiem, ale nie wychodziło mi, bo zawsze wypowiadałam słowa, nie bardzo wiedząc, co właściwie chcę powiedzieć. Rzecz niedopuszczalna, zły początek dla dyplomaty!

Tak naprawdę zaczęłam porozumiewać się za pomocą ciała, ruchu bioder, spojrzenia. Kiedy słowo „tak” udawało mi się wyrazić zwilżeniem warg językiem albo spojrzeniem, a „nie” — krzyżując ręce na piersiach, wtedy to pojęłam.

Niektórzy mężczyźni są zachwyceni, gdy kobieta mówi podczas kochania się. Ja nigdy nie umiałam tego dobrze robić i przypłaciłam to niejednym rozczarowaniem. Mężczyźni znikali po pierwszym spotkaniu, uznając, że jestem kochanką bez zarzutu, ale brakuje im porozumienia.

— Co ty wiesz o zrozumieniu? — mówiłam, każąc partnerowi wyjść, i zatrzaskiwałam za nim drzwi.

Wiedziałam już, że ludzie mają potrzebę nadawania rzeczom nazw, upraszczania spraw za pomocą słów w mylnym przekonaniu, że dzięki temu uda się je pojąć.

A ja powoli przestawałam używać słów, za to coraz lepiej porozumiewałam się ciałem. Jeżeli chcecie mnie jakoś nazwać — proszę bardzo! Co mnie to obchodzi! Ale musicie wiedzieć, że w rzeczywistości jestem nimfą. Nereidą, driadą. Jednym słowem, nimfomanką.

Coca-Cola — silny afrodyzjak

20 marca 1997

Dziś zadzwonił do mnie do biura Hassan. Hassan...

Nie miałam od niego wiadomości od dwóch lat.

— Ty lafiryndo. — To były jego pierwsze słowa. — Zapadłaś się pod ziemię. Ale widzisz? Wiem, gdzie cię szukać. W tym tygodniu muszę jechać do Barcelony, z gazety. Chciałbym się z tobą spotkać.

Hassan... Utrzymywałam z nim kontakty przez dwa lata (nie z rzędu). Miał (może ma nadal?) osobliwy zwyczaj wpychania mi do pochwy szyjek pustych butelek po ćwierćlitrowej coca-coli. Najpierw kazał mi ją wypić, a potem... Nie wiem, skąd u niego ta obsesja z coca-colą, a raczej z butelką. Podejrzewam, że ma kompleksy na punkcie swojego penisa, który, prawdę mówiąc, nie wyróżnia się pod względem fizycznym ani technicznym. Uprawialiśmy seks, rozmawialiśmy niewiele, ale mówiliśmy sobie fragmenty Małego Księcia Saint-Exupery’ego i szepcząc sobie do ucha, dzieliliśmy się marzeniami o tym, jak powinna wyglądać prawdziwa historia miłosna. On jest Marokańczykiem, ja jestem Francuzką. W pewnym sensie czuł, że pieprząc mnie — pieprzy całą Francję z jej kolonializmem.

Dzisiaj więc zero seksu, ale telefon i ta miła perspektywa...

22 marca 1997

Dziś po wyjściu z domu zauważyłam na ulicy faceta. Wystarczyły dwa spojrzenia, żebyśmy postanowili uprawiać seks. W pokoju hotelu przy Via Augusta bierze mnie na ręce i niesie do kuchni, kładzie na marmurowym blacie z największą ostrożnością, jakbym była porcelanową lalką. Z początku nie ma odwagi mnie dotknąć. W końcu rozbiera mnie z bawełnianej koszulki, mokrej od potu, i przysuwa ją sobie do twarzy. Nagle zaczyna oddychać bardzo głęboko i powoli obwąchuje bluzkę, każdy centymetr tkaniny, każdy milimetr nitki. Upaja się moim zapachem. Nie mogę oderwać od niego wzroku, rozbawiona fetyszyzmem, którego się nie spodziewałam. Na czole ma kropelki potu, lśnią jak perły i znikają w brwiach. Podchodzę do niego lekkim krokiem i delikatnie przesuwam po nich językiem. Czuję jego oddech na moim policzku. Jego rytm nie jest miarowy. Z podniecenia ściska mnie w dole brzucha, kolana mi miękną. Nie panuję już nad swoim ciałem. Nagle ogarnia mnie niepokój, moje ciało krzykiem domaga się, żeby zedrzeć z niego skórę, żeby mogło się stopić z tym nieznajomym. Pochyla się lekko, wsuwa mi ręce pod spódnicę i odnajduje elastyczne majtki. Oczywiście jestem przekonana, że ma zamiar je zdjąć. Ale nie. Podnosi spódnicę i przesuwa majtki na bok. Bierze mnie tak, ani na chwilę nie spuszczając wzroku z moich oczu, analizując wszystkie reakcje mojej twarzy, każdą minę.

Kiedy rozchodzimy się na ulicy, nie chcę go prosić o numer telefonu. On też nie ma zamiaru mi go dać. Na ogół po spotkaniu takim jak to nie robię sobie nadziei, że jeszcze spotkam tego przypadkowego mężczyznę. Powtórka z nieznajomym mnie nie interesuje. Wolę znaleźć kolejnego na ulicy.

23 marca 1997

Dziś do Barcelony przyjeżdża Hassan. Umawiamy się w hotelu Majestic.

— Przyjdź o siódmej wieczorem. Poproś w recepcji o klucz i idź od razu do pokoju. Ja przyjdę chwilę później. Jedna prośba, dyskrecja. Będę z ochroną. No to... Wszystko już wiesz — mówi mi rano przez telefon.

Zjawiam się w hotelu pięć minut przed umówioną godziną. Proszę o klucz i wsiadam do windy, w której przez paru zagranicznych otyłych biznesmenów muszę dosłownie tańczyć, żeby znaleźć sobie kawałek miejsca. Mało mnie nie przygniatają. Sam widok takiej ilości mięsa pełnego cholesterolu przyprawia mnie o mdłości. Na pewno nie mają udanego życia seksualnego. Poza tym przy takich facetach kobiety są przesiąknięte ich potem, bo pocą się jak świnie.

Kiedy winda dociera na piętro, wysiadam, czując na sobie spojrzenia tych świń, którymi mierzą mnie od pasa w dół, zawieszając bezczelnie wzrok na mojej pupie. Jeżeli nie przestaną, zabiorę ich wszystkich ze sobą do pokoju, chociaż mam lepsze zajęcia. Otwieram drzwi, rozsuwam zasłony, żeby wpuścić trochę naturalnego światła, po czym kieruję się do minibaru, z silnym postanowieniem, żeby usunąć wszystkie ćwierćlitrowe butelki coli. Dziś nie jestem w nastroju na doznania sado-maso, nawet w wersji light. Mam za to ochotę wykonać mój najlepszy striptiz, z wymyślnym tańcem brzucha, ale bez woali.

Przed samą randką bardzo się denerwuję. Włączam telewizor i zaczynam skakać po kanałach w rytm uderzeń mojego serca, aż w końcu zasypiam. Budzi mnie szmer przy drzwiach. To on.

— Jeszcze się nie rozebrałaś? — pyta z wyrzutem.

Striptiz, który zaplanowałam, poszedł w diabły. Kocha się ze mną w milczeniu jak nigdy wcześniej, na dywanie. Wiele razy zmieniamy pozycję, jakbyśmy dzielili się niewygodą podłogi, łaskotkami, jakie wywołują włosy dywanu. Zaczynam myśleć o milionach roztoczy, które rozgniatamy — od tej myśli kicham przez kilka minut. Hassan zabiera mnie z tego mikroskopy nego zoo, muskając językiem całe moje ciało, a ja jestem zaskoczona tym, ile czasu poświęca na to, żeby sprawić mi przyjemność, taką, że całkiem o nim zapominam. To jego specyficzny sposób, żebyśmy bez słów odnaleźli się na nowo po tak długim czasie. Zaczynam wierzyć, że niektóre osoby, jak dobre wino, stają się lepsze z wiekiem.

— Przypominasz mi pewną przyjaciółkę, aktorkę, z którą byłem związany — mówi, głaszcząc mnie po głowie, kiedy już zalał mi nasieniem cały brzuch. — Zawsze mi mówiła: „Nie masz pojęcia, ile kilometrów fiutów musiałam obciągnąć, żeby stać się sławna!” — Zaczyna się śmiać.

— Marokańska aktorka?

Potwierdza skinieniem głowy, zaciągając się papierosem. Wkłada mi go do ust, chociaż nigdy nie lubiłam filtra zwilżonego przez kogoś innego. Nie protestuję.

— Niezłe! W Europie można zrozumieć, ale w Maroko? A tak w ogóle, co to ma wspólnego ze mną? — pytam poważnie, ale z uśmiechem, wspierając się na lewym łokciu.

— Nic. Po prostu mi ją przypominasz. Nie wiem. Stanęła mi przed oczami jej twarz.

Po spontanicznym fellatio obliczam, że jeżeli średnia długość męskiego penisa wynosi dwanaście centymetrów, żeby przekroczyć kilometr i osiągnąć marne 1,2 kilometra muszę to zrobić z dziesięcioma tysiącami mężczyzn. Albo dziesięć tysięcy razy z jednym. Ten drugi wariant niezbyt mi się podoba. Lepiej zrobić to z dziesięcioma tysiącami mężczyzn. Przy tym zostanę.

— Do diabła z twoją przyjaciółką, Hassan!

— A co się stało? — pyta z rozchylonymi nogami, z dłońmi na mosznie.

Wzruszam ramionami i wstaję, żeby iść do łazienki. Czuję, że się lepię, papierem toaletowym chcę zetrzeć z ciała spermę, a potem wziąć prysznic. Nie chcę zostać z nim na noc. Muszę wcześnie wstać i przebrać się, bo czeka mnie ważne spotkanie. Kiedy mój kochanek zasypia, wychodzę bezszelestnie. Zawsze odchodzę jak kocica.

Dziesięć tysięcy mężczyzn. Kiedyś ich sobie podliczę.

25 marca 1997

— Jedziesz ze mną do Madrytu? — pyta Hassan. — Muszę być na spotkaniu w La Zarzuela. Mogłabyś mi pomóc, chociaż w tłumaczeniu wycinków prasowych na temat tego wydarzenia.

Trochę się waham, ale postanawiam z nim jechać. Zarezerwowałam pokój w hotelu Miguel Angel, lecimy ostatnim popołudniowym samolotem. W czasie lotu bezwstydnie zaczyna dotykać moich nóg, jednocześnie czytając gazetę. Widzę, że ludzie obok czują się skrępowani, więc rozchylam nogi trochę mocniej, żeby jego dłoń swobodniej mogła się przesuwać po wewnętrznej stronie mojego uda. Zgorszeni ludzie odwracają głowy. Kilka ciekawskich bab usiłuje nas podglądać kątem oka, tak, żebyśmy nie zauważyli. Ale kiedy napotykają mój wzrok, odwracają ukradkiem głowy. Zawsze zadziwiała mnie hipokryzja. Ludzie z oburzeniem wznoszą ręce do nieba, a jednocześnie umierają z chorobliwej ciekawości.

Kiedy docieramy do hotelu, Hassan daje mi do zrozumienia, że chce mnie wziąć pod prysznicem. Jestem zachwycona pomysłem. W łazience stoi za mną, woda spływa po moich plecach i jego nogach. Bierze mydło i zaczyna pocierać nim mój wzgórek łonowy. Obejmuje mnie ręką, aż mydło dosięga brodawek. Bawi się nimi, zataczając okrężne ruchy, jakby chciał narysować... nie bardzo wiem co. Dotyk gładkiej wody i namydlonej gąbki wywołują natychmiastową reakcję ciała. Ruchy Hassana stają się szybsze, a ja sięgam za siebie i kieruję jego członek we właściwe miejsce. Porusza się we mnie energicznie i po pięciu minutach jednocześnie szczytujemy.

26 marca 1997

Hassan ma spotkanie z następcą tronu, a ja usiłuję odnaleźć Victora Lópeza, który pracuje gdzieś w biurze w pobliżu mojego hotelu. Poznaliśmy się w Santo Domingo, gdzie w weekendy kochaliśmy się na Playa Bavaro, bez wstydu, nie przejmując się tym, że ktoś może patrzeć. W tygodniu ja mieszkałam w Santo Domingo, a on w Santiago de los Caballeros. Dzieliło nas czterysta kilometrów. Chciałabym się z nim zobaczyć, bo nudzi mi się samej w pokoju.

— A kto mówi? — pyta niegrzecznie sekretarka.

Pewnie jak i inne jest zakochana szefie i nie bardzo chce połączyć rozmowę z kobietą. W dodatku taką, która wydaje się miła.

— Jestem przyjaciółką Victora — odpowiadam słodkim głosem, próbując ją ułagodzić.

— W tej chwili jest nieuchwytny. Ale proszę mi zostawić swój telefon, oddzwoni do pani, jak tylko będzie mógł.

Jak mu nie przekażesz, to cię zabiję, myślę.

Po godzinie dzwoni Victor.

— Nie wierzę! Gdzie się teraz podziewasz? — pyta, oszalały z radości.

— Dałam sekretarce numer komórki, żeby cię zmylić, ale jestem bardzo blisko ciebie.

Mój tajemniczy ton wyraźnie go intryguje.

— Tak?

Wyczuwam w jego głosie, że nie może się doczekać, żeby się dowiedzieć, gdzie w tej chwili jestem.

— No mów, gdzie jesteś.

— W Madrycie. W Miguel Angel. Ale nie jestem sama. Mogę wypić z tobą szybką kawę.

— Cholera! Nie rób mi tego. Muszę cię zaprosić na kolację. Zawsze się tak pojawiasz i znikasz. Kiedy będę miał szczęście, żeby mieć cię dłużej niż godzinę?

Victor jest wyraźnie rozczarowany.

— Może będę mogła pójść z tobą na kolację, ale to nie zależy ode mnie, tylko od tego, czy osoba, z którą jestem, będzie miała wieczorem firmowe spotkanie. Wypijemy kawę, a potem zobaczymy. W porządku?

Rozłączam się, biegnę do łazienki, żeby się trochę odświeżyć, biorę pod pachę żakiet i spontanicznie zapalam papierosa. Siedzę na kanapie, palę — muszę zabić czas, nie cierpię pojawiać się pierwsza — i zaczynam myśleć o „sprzęcie” Victora. Jak pachniał? Jak się kochał? Analizuję w pamięci kilka naszych spotkań. Mam! Przede wszystkim na misjonarza. Tak czy siak, raczej wątpię, żebym mogła teraz się z nim przespać.

Kończę papierosa i postanawiam zejść na dół. Odczekałam wystarczająco. W holu rozglądam się na wszystkie strony, czy już jest.

Nagle czyjaś dłoń obejmuje mnie w pasie i nie pozwala mi się odwrócić. Po chwili Victor bierze mnie w ramiona. Trwamy tak kilka minut na oczach recepcjonistek, które powstrzymują uśmieszki i opuszczają głowy, udając, że są zajęte pracą. Po tym czułym uścisku chwyta mnie za brodę i zadziera mi głowę. Spogląda mi w oczy, a potem całuje mnie w oba policzki.

— Jak się cieszę, że cię widzę! Myślałem, że podpisujesz umowy w jakimś dalekim kraju. Dalej pracujesz w tej samej firmie?

— Tak. Ale jest dużo zmian i nie jestem pewna, jak to dalej będzie. Na pewno w ciągu najbliższych sześciu miesięcy czekają mnie dwa wyjazdy, od których się nie wykręcę. Za tydzień jadę na parę dni do babci do Francji. A potem lecę do Peru i Meksyku. Nie chcę się za bardzo przejmować wewnętrznymi zmianami. Jadę i zobaczymy, co będzie po powrocie.

— A co cię sprowadza do Madrytu? Sprawy służbowe?

— Niezupełnie. Wzięłam parę dni wolnego, żeby dotrzymać towarzystwa przyjacielowi, redaktorowi naczelnemu pewnej gazety, który przyjechał, żeby napisać o spotkaniu dyplomatycznym.

Widzę, że moja odpowiedź niezbyt go przekonuje.

— Na pewno chodzi o coś więcej. Mów prawdę.

Wyjaśniam moją znajomość z Hassanem.

— Nie powiedziałam ci, że ten pan jest moim przyjacielem z prawem do bzykania. Ale to cię chyba nie dziwi, co?

— Cała moja przyjaciółka! Tak jest! To mi się podoba! Opowiadaj, opowiadaj. Tylko z tobą mogę rozmawiać o tych sprawach, nie istnieją żadne tabu ani opory. No, to jak z nim jest?

Rozbudziłam w nim ciekawość. Wiem, że Victor zawsze był powściągliwy i że pozwala sobie na luz tylko wtedy, kiedy jesteśmy razem.

— Nie będę wchodzić w szczegóły. Dobrze, ale mogłoby być lepiej.

— Lepiej? Jak? Dobra, chodź. Napijemy się czegoś w barze i mi opowiesz. — Wypuszcza mnie.

Wyraźnie widzę, że ma zamiar dowiedzieć się wszystkiego o moim związku z Hassanem. Ale niczego ode mnie nie wyciągnął. Nigdy nie lubiłam opowiadać o moim życiu seksualnym. Zwłaszcza z osobą taką jak Hassan. Nigdy nie wiadomo. O nieznajomych opowiadałam ze szczegółami, ale o Hassanie — nie.

Żegnamy się po dwóch godzinach, podczas których wykazałam się wystarczającą zręcznością, żeby rozmowę sprowadzić na tematy związane z Victorem i jego życiem.

Kiedy wracam do pokoju, Hassan, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, jest w łazience.

— Tak szybko wróciłeś? — pytam.

Odpowiada mi pytaniem, wyraźnie zły.

— Gdzie byłaś?

W nocy nie kochaliśmy się. Powiedział, że jest zmęczony, ale wiem, że w ten osobliwy sposób chciał mnie ukarać za to, że zwróciłam uwagę na kogoś czy coś innego, co nie miało związku z nim.

27 marca 1997

Dzisiaj Hassan wyszedł wcześnie z hotelu, ponieważ w pałacu La Zarzuela odbywała się konferencja prasowa. Ubierając się, powtarzał sobie pytania zapisane na kawałku szarego papieru. Ja w tym czasie rozmyślałam, co robić i jak zorganizować sobie dzień. Żadnych zakupów ani Muzeum Prado, nic z tych rzeczy. Dziś miałam cztery kontakty seksualne. Dwa rano i dwa po południu. Idealna równowaga.

Pierwszy raz zdarzył się w metrze. Jakiś mężczyzna dotknął mojej pupy, tłumacząc się, że w wagonie jest tłok i że nie miał co zrobić z rękami. Wysiedliśmy na następnej stacji i w automatycznej kabinie polaroidu intensywnie pracowałam nad jego rozpaloną męskością.

Drugi około pierwszej po południu, po tym, jak kupiłam sobie kanapkę. Kiedy jadłam ją w parku Retiro, przy Palacio de Cristal, pod drzewem w towarzystwie wiewiórek, które wyglądały jak małe, skurczone, owłosione ludziki, podszedł do mnie facet i spytał, czy zrobiłabym to z nim za pieniądze. Na pieniądze się nie zgodziłam, ale na przyjemność owszem. Pieniądze mam gdzieś. Moja ciekawość zawsze stała w sprzeczności z tego rodzaju komercyjnym podejściem do sprawy. Poza tym uważam, że jestem bezcenna. Nasze zbliżenie nie było porywające. Skupiałam się na swoim zadaniu, ale musiałam obserwować ludzi spacerujących po parku. Nie miałam zamiaru wylądować na komisariacie w eskorcie dwóch policjantów.

Po południu drugi raz umówiłam się z Victorem, który przyszedł do mojego pokoju hotelowego. Wiedziałam, że Hassan wróci bardzo późno, dałam więc sobie trochę czasu na spotkanie z przyjacielem. Zaczęliśmy wspominać chwile spędzone w Santo Domingo i nagle, nie pytając mnie o pozwolenie, wziął mnie w ramiona, mocno przytulił i złączyliśmy się w pocałunku, który dużo mówił o tym, co się za chwilę stanie. Zdjęłam mu ostrożnie koszulę, odkrywając mocny tors pokryty ślicznymi gęstymi zaroślami, od którego bił duszący żar, obraz jego pożądania. Naśladując mnie, zdjął mi bluzkę, położył dłonie na piersiach uwięzionych w za małym biustonoszu, który ściskał i podnosił mój drobny biust, żeby wyglądał jędrniej, i powoli zaczął obrysowywać kontur miseczki. Potem opuścił mnie delikatnie na łóżko, podtrzymując dłonią kark, żebym nie poleciała gwałtownie do tyłu. Całował moje nogi, muskał je lekko wilgotnymi wargami, a cichy pokój wypełnił się odgłosami jego łapczywych ust na mojej skórze. Moje podniecenie sięgało zenitu, kiedy jego wargi zaczęły krążyć wokół mojej kobiecości, omijając cel. Po chwili wspólnego zapomnienia mieliśmy ochotę na powtórkę. Tym razem ja przejęłam inicjatywę. Wiedziałam, że mu się spodoba, a on nie dał się prosić.

Kiedy Hassan wrócił, zastał mnie wyciągniętą na łóżku przed telewizorem. Niczego nie zauważył i wydawało się, że niczego nie podejrzewał. Ale humor miał taki jak poprzedniego dnia. Oznajmił mi, że jutro rano musi lecieć do Maroka i że rozstaniemy się na lotnisku.

Spotkanie z Cristianem

28 marca 1997

Na lotnisku Barajas jesteśmy wcześnie rano. Hassan żegna się ze mną pośpiesznie i chłodno, bo nie lubi okazywać uczuć publicznie. Kwestia wychowania. Nie wiem, kiedy go zobaczę. Nie pytałam go o to. Wsiadam w samolot do Barcelony, gdzie czeka mnie ciężki dzień. Wieczorem mam spotkanie — kiedyś dałam moją wizytówkę z numerem telefonu dopisanym odręcznie na odwrocie dyrektorowi oddziału banku, a on zaprosił mnie na kolację. Nie przypuszczałam, że zadzwoni, a jednak. Będę musiała zrobić się na bóstwo.

Po pracy zaczynam rytuał poprzedzający randkę i idę pod prysznic. Biorę mój sandałowy żel Cabtree and Evelyn, który nadaje się na takie okazje. Uwielbiam jego zapach — podobno drzewo sandałowe pobudza zmysły, jest afrodyzjakiem. Delikatna woń mnie hipnotyzuje, chcę, żeby spowiła moją skórę. Wylewam żel na dłoń i wcieram go w stopy i w nogi. Kiedy całe ciało mam nasmarowane, zapalam papierosa, dając sandałowym perfumom czas, by mogły wniknąć w skórę. Spłukuję się i smaruję ciało balsamem o tym samym zapachu. Ubierając się — wybrałam wieczorową sukienkę w szmaragdowym kolorze, cieniutkie, przezroczyste rajstopy i buty na szpilkach — rozmyślam o chwilach poprzedzających spotkanie, pełnych emocji i pożądania. Są to zdecydowanie najlepsze chwile. Dlatego dzisiaj nie mam najmniejszego zamiaru ulegać zbyt łatwo. Chcę, żeby to trwało. Najpierw pójdziemy na kolację. Będę go prowokować, dam mu moje rajstopy i majtki, żeby wiedział, co może być później. Żeby wyobrażał sobie każdy por mojej skóry, nie dotykając mnie. Żeby czuł zapach mojego pożądania nieskrępowanego ubraniem. Tak zrobię: dam mu bieliznę. Żeby sobie wyobraził, jak smakuję, kiedy będzie przeżuwał kęs antrykotu w pieprzu.

Maluję się lekko, nie za mocno. Nie chcę, żeby przy pierwszym kontakcie tusz zaczął mi spływać po policzkach. Nie chcę wyglądać jak tania kurwa, bo jest to odrażające. Błyszczyk na usta. Róż na policzki. Narysowałam lekką białą kreskę na dolnej powiece. Wystarczy.

O umówionej godzinie rozlega się dzwonek do drzwi. Schodzę i spotykam się z naprawdę przystojnym mężczyzną. Ciekawe, nie zapamiętałam go takim. Ma granatowy jedwabny krawat z lekkim odcieniem fioletu, bardzo delikatnym. W garniturze o klasycznym kroju i białej koszuli wygląda tak elegancko, że nie można mu się oprzeć. Buty ma tak lśniące, że musiał je pastować tuż przed wyjściem, co utwierdza mnie w przekonaniu, że przykłada dużą wagę do wszystkiego.

Cristian ma uśmiech amerykańskiego aktora z lat pięćdziesiątych, z małymi dołkami w policzkach. Kiedy go pierwszy raz zobaczyłam, wyczułam w nim ogromną wrażliwość. Na pewno jest dobrym kochankiem.

Jednak tamtej nocy między nami do niczego nie dochodzi. Poza tym, że niewiele mamy sobie do powiedzenia, nie ośmielam się wykonać planu, który powzięłam, żeby przełamać ciszę. Żadnych rajstop podanych ukradkiem pod stołem, żadnych insynuacji z mojej strony. Spytał mnie, czy jeszcze się z nim spotkam, a ja zrobiłam wyjątek od ustalonych przez siebie zasad i powiedziałam, że tak.

Noc 29 marca 1997

Pojechałam odwiedzić Franco, mojego włoskiego przyjaciela, i jego rodzinę w ich wiejskim domku. Ciężko mi było zasnąć, między innymi przez to, że świeże powietrze mnie wyczerpało. Miałam dziwny sen, z którego najbardziej pamiętam mój odmienny wygląd. Miałam włosy pofarbowane na czarno, jak Japonka, ścięte nieco powyżej ramion i grzywkę, która prawie wpadała mi do oczu. Była to peruka. Przeraził mnie ten widok, bo wyczuwałam, że zmuszono mnie do tej zmiany. Ale taki wygląd wydawał się idealny do rodzaju pracy, jaką mi proponowano. Pamiętam, że byłam w jakimś klasztorze, z wieloma innymi dziewczynami. Nocą schodziłyśmy pracować na pierwszym piętrze, na którym mieścił się dom gejsz. Obudziłam się spocona i zapaliłam świeczkę zapachową, żeby się odprężyć. Powdychałam słodki zapach świecy, położyłam się na plecach i schowałam dłonie pod poduszkami. Rozpoczęłam podróż w przestrzeni. Może to dziwne, ale widziałam, jak moja dusza opuszcza ciało i zaczyna latać. Nagle poczułam, jak ktoś (wydaje mi się, że był to mężczyzna) chwyta mnie za ręce od tyłu i ciągnie, chce mnie zabrać ze sobą. Szarpałam się, ale trzymał mnie tak, że nie mogłam wykonywać swobodnych ruchów. Nie udało mu się mnie pociągnąć, nagle się uniósł i opadł na moje ciało, chcąc w nie wniknąć. Miał na sobie ciemną tunikę. Żeby we mnie nie wniknął, zapaliłam światło i papierosa. Mam wrażenie, że nie jestem w pokoju sama. Boję się.

Moja przyjaciółka Sonia zinterpretowała ten sen po swojemu. Wytłumaczyła, że ten mężczyzna w czarnej tunice jest uosobieniem wszystkich moich fobii i negatywnej energii i że to dobry znak, że udało mi się od niego uwolnić.

— To znak, że w twoim życiu zaczyna się nowy etap — powiedziała, dumna, że tego dnia uchodzi za jasnowidza.

30 marca 1997

W końcu wyjeżdżam do Francji do babci, mojej kochanej Mami. Uściskom i mokrym buziakom w policzki nie ma końca. Idę rozpakować walizkę w pokoju, który starannie dla mnie przygotowała. Jemy spokojnie kolację, a potem idę na spacer po wiosce i okolicy. Poprzedniego dnia mocno padało i dziś powietrze ma świeży zapach. Postanawiam pójść na cmentarz. To dla mnie miejsce wyjątkowe, w dodatku kiedy jest cicho i ciemno. Muszę porozmyślać. Kiedy tam docieram, czuję intensywny zapach ziemi, jakby wszystkie zwłoki zasiliły ją swoim ciałem i kośćmi, dodając jej charakteru i osobowości. Całą moją uwagę zwraca nagle ogromny, przepiękny marmurowy grobowiec. Nie mogę się powstrzymać, pochodzę do niego, żeby pogłaskać zimny marmur. Ten kontakt jest osobliwy, ale natychmiast przynosi mi ukojenie i spokój. Przychodzi mi do głowy myśl, że aby zwieńczyć tę chwilę, powinnam zaśmiać się śmierci w twarz, demonstrując życie, to znaczy, kochając się z kimś tutaj.

Z rozmyślań wyrywa mnie odgłos skrzypiących gałęzi albo czyichś kroków po suchych liściach. Możliwe, że to moja wyobraźnia płata mi figle. Postanawiam się nie denerwować, ale po chwili dostrzegam światło. Jestem wystraszona, ale też zaciekawiona. Zbliżam się do światła, a ono staje się coraz wyraźniejsze, jak ogromny księżyc, który spadł z nieba. Wygląda na latarkę. Świadomość, że nie jestem sama, przyprawia mnie o lekkie drżenie, dłonie robią mi się wilgotne, nie wiem, czy ze strachu, czy z przejęcia. Dobiegają mnie głosy. Sylwetki dwóch mężczyzn stają się coraz wyraźniejsze, a do mnie dociera, że kopią na środku cmentarza. Jeden z nich zauważył moją obecność:

— Jest tu kto?

Podchodzę bliżej i staję tuż przed latarką.

— Przepraszam. Usłyszałam hałasy i podeszłam zobaczyć, co się dzieje.

— To nie jest pora na wizyty na cmentarzu, panienko — zwraca mi uwagę jeden z mężczyzn, mierząc mnie z góry na dół za pomocą latarki. — Nie jest pani przesądna!

— Czemu pan mi to mówi? Wie pan co, nie wierzę w żywe trupy!

Obaj wybuchają śmiechem.

— Jutro jest pogrzeb, dlatego kopiemy dół o tej porze — mówi drugi.

Spoglądam na jego spodnie i widzę wybrzuszenie. On zauważa moje spojrzenie.

— Ludzka natura nigdy nie śpi, nawet w takich miejscach — kwituje.

Przygląda mi się badawczo, a ponieważ moje oczy zdążyły oswoić się z ciemnością, dostrzegam, jak zmienia mu się wyraz twarzy, chociaż samej twarzy nie widzę zbyt dokładnie.

Mam na sobie długą czarną spódnicę, obcisłą bluzkę z krótkim rękawem i z golfem, w tym samym kolorze, i sandałki. Jestem zakryta praktycznie od stóp o głów, ale moje ubranie jest z bardzo delikatnego materiału i odrobina ostrego powietrza przenika do mojego ciała. Nagle brodawki mi twardnieją i czuję, że zaczynam coraz szybciej oddychać. Jest tu strasznie cicho i wydaje mi się, że obaj mężczyźni to słyszą i że podziwiają moje piersi uwięzione w tej bluzce.

Nagle jeden z nich podchodzi do mnie, zaczyna delikatnie głaskać mnie po głowie, gładzić po twarzy i wsuwa mi dwa palce do ust.

— Ssij! — mówi szeptem.

Wykonuję polecenie. Drugi staje za mną i zaczyna głaskać moją pupę ubłoconymi dłońmi; ziemia jest mokra od wczorajszego silnego deszczu. Podnosi spódnicę i zdejmuje mi majtki, przysuwa je sobie do twarzy, żeby poczuć ich zapach.

— Oj, kochanie, ty pachniesz życiem, nie ma co — mówi podniecony.

Pochyla się i podnosi trochę ziemi, którą wykopali. Zaczyna masować mi nią pupę, coraz bardziej energicznie. Ja ssę palce jego koledze, przesuwając językiem pomiędzy nimi. Jego dłonie mają dziwny zapach, to ręce robotnika, zdradza go szorstka skóra.

Drugi opuszcza spodnie, prawą ręką chwyta członek i zaczyna się masturbować, oglądając moją pupę przy latarce.

— Tyłek masz jak ta lala!

Nie widzę jego twarzy, ale wyczuwam gorączkowe ruchy, co podnieca mnie bardziej. Związują mi ręce sznurem, jeden kładzie mnie na ziemi, obok dołu, który wykopali na pogrzeb. Głowa zwisa mi swobodnie tak, że widzę dno grobu. Czuję, że jeden już doszedł, kiedy fala gorąca zalewa moje wnętrze. Drugi przystawia mi latarkę do twarzy, jak na przesłuchaniu.

— Podoba jej się!

Ten od latarki chwyta mnie nagle za głowę, brutalnie, i wkłada mi członek do ust. Kontakt z moją śliną sprawia, że natychmiast ma wytrysk, który zalewa mi podniebienie i dziąsła. Tracę przytomność.

Nie wiem, ile czasu mija — minuty, może godziny. Wstaję, cała jestem obolała. Mam wrażenie, że to sen. Jestem całkiem sama, brudna. Oprócz tego nie ma żadnych śladów, zniknął nawet sznur. Postanawiam wracać do domu.

31 marca 1997

Cały dzień minął mi na rozmyślaniu o tym, co wydarzyło się wczoraj, pod okiem babci, która robi na drutach, zerkając na mnie od czasu do czasu zaintrygowana poważną miną, z jaką piszę dziennik. Siedzę na małym fotelu przykrytym kocem, który położyła babcia, żeby fotel się nie zniszczył, bo Bigudi, kot, uwielbia się na nim wylegiwać i myć. Bigudi siedzi przede mną i patrzy na mnie z zazdrością, bo zajęłam jego ulubione miejsce. Biorę go na ręce, całuję w głowę i głaszczę, żeby zaintonował moją ulubioną melodię, która jest wyrazem rozkoszy i zadowolenia.

Zamykam dziennik, żeby mógł się położyć wygodnie na kolanach, ale kot, który jest bardzo tępy, siedzi i patrzy na mnie.

— Dziś znów będzie padać — mówię do Mami, patrząc, jak kot myje się za uszami.

— To dobrze dla ogrodu — odpowiada z lekkim uśmiechem, który zostaje jej na ustach.

Mami zawsze się uśmiecha. To sympatyczna starsza pani ze wzrostem metr osiemdziesiąt. Współpracowała z ruchem oporu w czasie drugiej wojny światowej, przemierzając lasy, żeby przekazać wiadomości przemycane w dziecinnym wózku. Podziwiam ją za to.

Obserwuję ją uważnie, kiedy raz za razem przekłada włóczkę. Nie znam innego oblicza Mami niż to, które widzę teraz. Jakby całe życie miała amnezję albo jakbym ja straciła pamięć.

— Miałaś kochanka, zanim poznałaś dziadka?

Moje pytanie nie wprawia jej w zakłopotanie. Odpowiada mi spokojnie, skupiona na robótce.

— Twój dziadek był jedynym mężczyzną w moim życiu. Wyszłam za niego, bo nie mogłam inaczej. Ale z czasem go pokochałam. Pamiętaj, tak mówili w jednym filmie: dziewczyna bez studiów ma dwa wyjścia — małżeństwo albo prostytucja, w sumie na jedno wychodzi, prawda? Nigdy nie miałam przygody z innym mężczyzną, jeżeli o to pytasz, nawet zanim poznałam twojego dziadka.

— A gdybyś miała przed sobą jeszcze jedno życie, co byś zrobiła?

— Zaliczyłabym wszystkie możliwe przygody, wnusiu — odpowiada ze śmiechem.

Teraz już wiem, po kim mam tę swobodną naturę. Wstaję i daję jej dwa buziaki na znak wdzięczności za szczerość, którą mnie obdarzyła.

— A! I możesz mi w listach ze szczegółami opisywać twoje przygody, wnusiu.

— Obiecuję.

1 kwietnia 1997

„Esperanza, Esperanza, umie tylko tańczyć cha-chę.

Esperanza, Esperanza, umie tylko tańczyć cha-chę”.

Radio w taksówce, którą wzięłam z lotniska w Barcelonie gra na cały regulator. Musiałam kilka razy krzyczeć do taksówkarza, żeby podać mu adres. Nie przyszło mu do głowy ściszyć radia. Samochód jest pełen symboli religijnych, na lusterku wstecznym wisi obrazek nie wiem jakiego świętego, a z tyłu nawet pies z lat sześćdziesiątych, który kiwa głową, bez znużenia pozdrawiając jadące za nami samochody, ma na szyi krzyżyk.

— Pani z France? Od razu się kapnąłem. I co? Wakacje?

Nie jego wina, biedaka, że nie mam najmniejszej ochoty z nim rozmawiać, odpowiadam mu tylko skinieniem głowy. Chyba nie rozumie, bo mówi dalej.

— Mówię un petit peupo francusku. I trochę speankin inglis.

— Speaking English — poprawiam go.

— Jak? Przecież mówię, speankin inglis — powtarza z dumą. — Jak byłem młody, pojechałem do Anglii za kucharza, wie pani? I tam się trochę nauczyłem języka. Dużo lat minęło, niewiele pamiętam. Ale gotuję dla mojej żony. Nie może narzekać. Co niedzielę robię fi deuá, wie pani? Nie jest łatwo zrobić fi deuá jak Bóg przykazał.