Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 699 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziennik na nowy wiek - Józef Hen

Mozaika drobnych i wielkich zdarzeń, spotkań, refleksji, lektur; panorama kilku lat życia bogatego, twórczego i pełnego. W Dzienniku na nowy wiek spotkamy Józefa Hena, który zachwycał nas kolejnymi tomami Nie boję się bezsennych nocy, ale też Hena, który wciąż na nowo powraca do nieśmiertelnych bohaterów swoich książek: Michela Montaigne’a czy Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Fascynujące jest śledzenie pisarza przy pracy – czytając Dziennik, asystujemy przy narodzinach aż trzech książek: Mojego przyjaciela króla, Brulionów profesora T. i Pingpongisty. Poznajemy źródła inspiracji, widzimy dojrzewanie pomysłów, rozwiązań fabularnych, ewolucję postaci, a także reakcje pierwszych czytelników i radość autora; czasem irytacja z powodu niemiłej recenzji. Zainteresowania autora Nowolipia są bardzo rozległe – czyta m.in. Bertranda Russella i Isaiaha Berlina, Henry’ego Jamesa i Maksyma Gorkiego, Gombrowicza, Herlinga-Grudzińskiego i Miłosza. Jeździ przy tym na spotkania autorskie, widuje się z przyjaciółmi, nie stroni od polityki i nie przestaje myśleć nad kolejną książką. Nienasycony apetyt na życie i niezwykła aktywność twórcza Józefa Hena wzbudzają podziw.

Opinie o ebooku Dziennik na nowy wiek - Józef Hen

Cytaty z ebooka Dziennik na nowy wiek - Józef Hen

W „Ermitażu” na wernisażu fotograficznym „Kwiaty Jerozolimy” artystki Nili Epstein. Rozmowa z dyrektorem Łazienek, profesorem Markiem Kwiatkowskim – naturalnie o Stanisławie Auguście. Chętnie podejmie się wprowadzenia do promocji mojej książki. Poznaję grupę weteranów z „Baszty”, „Zo ś ki” i „Parasola” (jedna czcigodna para z Montrealu), przybyli tu, bo podczas powstania warszawskiego zaatakowali „Gęsiówkę” i uwolnili uwięzionych w tym obozie Żydów. „Radosław”, mówią, kazał im potem pilnować uwolnionych więźniów, żeby nikt ich nie zabił.
(Jeszcze raz stwierdzam, że z latami to nie my się tak zmieniamy, co świat wokół nas: schody stają się coraz wyższe, drogi coraz dłuższe, pakunki cięższe; ostatnio dodałem do tego jeszcze jedno spostrzeżenie: kobiety coraz piękniejsze, ale coraz leniwiej emanują seksem.)
Z panią ambasador Kostaryki, tęgą jejmością, która zagaduje mnie w jidysz i jest zachwycona, że ja jej odpowiadam. Jej ojciec jest z Nowolipia! Nowolipie i Kostaryka – dokąd tylko tych żydowskich tułaczy nie zaniosło! No, ale stanowisko ambasadora – to nie jest taki fatalny rezultat tułactwa…
Posłanka Renata Beger miała oświadczyć, że dla niej głównym wskazaniem jest: skromność, skromność, skromność. Nie przychodzi jej do głowy, że takie hasło świadczy o nieskromności. Jestem kimś niezwykłym, ale nie dam wam tego odczuć, będę skromna, chociaż to wcale niełatwe. (Przypomina się, co powiedział Churchill o wicepremierze Attlee: „To bardzo skromny człowiek. I trzeba przyznać – nie bez powodu”.) Zdarzyło się pewnej aktorce, że podczas sceny erotycznej, w której miała odgrywać rozkosz, dostała orgazmu. Reżyser rozwrzeszczał się: „Jak ty to zagrałaś?! Jak początkująca!”
Bóg jako nasz makler giełdowy. Można robić pieniądze i zbawić duszę, jeśli „wstąpi się do wyznawców zakonu wielkiego Chopry”. Niektóre artykuły tej wiary „potwierdzają tylko, że bardzo trudno sparodiować ten rodzaj książek”. Na przykład: „Jeśli Pan Bóg dzwoni, odbierz telefon”. Albo: „Pieniądze to sposób, w jaki Bóg mówi dziękuję”.
Najpierw był Fukuyama, a potem jego profesor Huntington – profesor poszedł tropem ucznia. Uczeń „wymazał nazizm i stalinizm ze swojej relacji o ostatnich dwustu latach, ponieważ mu nie pasowały do jego tezy”. Sformułowanie „teoria globalnego chaosu” nadało, miażdży Wheen, „pozory naukowości ordynarnym uogólnieniom Huntingtona”. Niewykluczone, podejrzewa, że „paru sztuczek nauczył się od postmodernistycznych intelektualistów”. Watykanem nowej wiary był Yale. Wśród pontifeksów – Derrida. Uczono, relacjonuje Barbara Ehrenreich, że „świat jest niczym innym, jak społecznie skonstruowanym «tekstem».” Jedno z jej dzieci (studia za 25 tys. USD rocznie!) opowiadało, że „na niektórych zajęciach można mieć obniżony stopień za użycie słowa „rzeczywistość” bez cudzysłowu". Rzeczywistości nie ma! Świat zewnętrzny jest fikcją. Czy również wtedy, kiedy przekazuje panu profesorowi całkiem rzeczywistą pensję?
się. O książce wydanej rok wcześniej przez Muzę, Jak brednie podbiły świat (How Mumbo-Jumbo Conquered the World), dowiedziałem się przypadkiem z jakiejś notki i od razu pomyślałem: To coś dla mnie. Pani Ania z księgarni na Wiejskiej sprowadziła mi ją (Dzięki.) Czytam: miód na moje stęsknione serce. Wszyscy szarlatani, wszyscy, którzy sprytnie zdobywali sławę proroków nowoczesności, mącąc ludziom w głowach, przygwożdżeni. Od Fukuyamy i Huntingtona po Chomsky'ego.
Niespodziewany telefon: Aleksander J. Wieczorkowski. Erudyta, koneser, ostre pióro, przed laty podpora „Współczesności”. (Może jakichś jego walorów i dokonań nie wymieniłem, to przepraszam.) U początku swojej drogi z jakichś powodów, które już mi się zatarły, postanowił mnie „zniszczyć”: udowodnię, napisał, że słynne opowiadanie Bokser i śmierć jest bez sensu. Miał prawo tak myśleć – czemu nie – ale intencja artykułu była brzydka. Minęło ze dwadzieścia lat, wydałem Nie boję się bezsennych nocy i p. Wieczorkowski zadzwonił do mnie skruszony. Spytał: „Czy pan pamięta, co ja o panu napisałem?” Ja: „Pamiętam, ale nie pamiętam tego panu”. Stosunki stały się bliskie. I
Na peronie czeka p. Renata z sekretariatu PIW, jedziemy taksówką na Piłsudskiego, do hoteliku „Sienkiewiczówka”. Podobno dom ten był własnością Sienkiewicza, tu miał pisać Quo vadis?, ja na to, że w pewnym muzeum napoleońskim pokazują małą czaszkę z objaśnieniem: „A to czaszka Napoleona, kiedy miał pięć lat”.

Fragment ebooka Dziennik na nowy wiek - Józef Hen

Józef Hen

Dziennik

Józef Hen

Dziennik 

2000-2007

Copyright © Józef Hen, 2009 Copyright © by Wydawnictwo WA.B., 2009 Wydanie I Warszawa 2009

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

2000

Rok 2000 – czy to wiek dwudziesty czy dwudziesty pierwszy? Arytmetycznie nie ma wątpliwości: zamyka się w ten sposób całe tysiąclecie. Ale popatrzmy na cyfry. Na ich obraz. Jaki sugestywny! Zaczyna się nowy wiek, niewątpliwie.

O rok 2000 zahaczyłem już poprzednio, w księdze trzeciej Nie boję się bezsennych nocy. Pisałem, że przed wojną oglądałem angielski film pod takim właśnie tytułem – Rok 2000 – czysta fantazja, oczywiście według Wellsa. Wysoko cywilizowane państwa prowadzą ze sobą wojnę lotniczą. Miasta aseptyczne. Pudła ze szkła i aluminium. Panowie w białych tunikach. To wtedy Słonimski zauważył, że kiedy fantazjuje się o przyszłości, przede wszystkim likwiduje się spodnie. Twórcom tego filmu rok 2000 wydawał się tak odległy, że zobaczyli inną rzeczywistość – jak z dziwnego snu. Ciekawe, czego ani Wells, ani twórcy filmu nie przewidzieli, nie przyszło im to nawet do głowy. Nie przewidzieli szlachetnie obdartych hipisów, szałów kultury masowej, Woodstock i Orkiestry Świątecznej Pomocy, tatuaży i kolczyków, islamskich samobójców, zakodowanych drzwi, telefonów komórkowych, komputera, więc i laptopa, na którym ja, niewolnik i czciciel wiecznego pióra, będę przepisywał te notatki.

Co teraz? Zacząć. Przepędzić strachy. Żadnych „ale po co? ale dla kogo?” To się okaże. Decyzja została podjęta.

Odwagi!

Styczeń

Sam w domu. Rena u siostry we Wrocławiu. Słyszała, że Ritka jest chora, oboje postanowiliśmy, że powinna w tych dniach być u niej. (W czerwcu 1941 roku, kiedy do Lwowa zbliżali się Niemcy, Rena porwała o cztery lata młodszą siostrę do pociągu ewakuacyjnego – i tak uratowała jej życie. Reszta rodzeństwa, pięcioro ich było, zginęła z rodzicami.) Ja jestem stale w otoczeniu bliskich lub co najmniej blisko bliskich – trochę samotności dobrze mi zrobi.

Telefon z życzeniami od Ludwika Stommy z Szampanii. (Huragan zerwał im gonty, dwa dni byli bez prądu i wody.)

Przeglądanie starych listów. Są trzy od mojej Mamy – krótkie, zawsze z jakąś pretensją (umotywowaną). Czekaliśmy wtedy na ojca, wciąż mieliśmy nadzieję, że żyje. Byli nawet tacy, którzy zapewniali, że go widzieli, miał dwie mocno wypakowane walizki i szykował się do powrotu. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że zamordowano go w Buchenwaldzie. I to na dwa tygodnie przed wyzwoleniem. List Stelli z pretensjami do Mamy. Bez sensu. List zniszczyłem.

W podsumowaniach literackich ubiegłego roku nie wymienia się książki o Boyu. A przecież była to świetna sprzedaż, zbliżamy się do ośmiu tysięcy. Pan Władysław Żeleński, bratanek Boya, ucieszony powodzeniem tej książki, teraz, kiedy wchodzi w setny rok życia, dzwoni do mnie z Paryża. „Doczekałem się!” Po chwili: „Ma Boy szczęście, że trafił na pana”. Trudno o wyższy komplement.

Znowu nad listami. Jakże byliśmy młodzi, jakże ufni. Autorzy tych listów – szczególnie ja, lekkomyślny debiutant – pojęcia nie mieli, co ich czeka, jak ułoży się ich życie, jakie dzieła będą ich reprezentować. Jaka będzie Polska. (Chociaż pewne postawy raczej przewidywałem.)

Osobowości były już zaznaczone – to nawet zadziwiające, do jakiego stopnia – tylko jeszcze nieobciążone bagażem, który miał narzucić Czas. Proust wiedział, dlaczego pisze to słowo wielką literą.

Noworoczne przeglądanie notatek. Rok 1986, sierpień. Coś o „stoliku”. Prawie komplet – wokół Konwickiego. Omawia się ciepłe powiewy w polityce kulturalnej. Może złudne… Za to na uniwersytecie nic się nie zmienia. Jest, jak było.

Oni mogą to wytłumaczyć po marksistowsku – mówię do Tadzia. – Że uniwersytety to dla władzy „baza”, coś zasadniczego, a kultura to tylko „nadbudowa”, można sobie pozwolić na większy luz.

Konwa kiwa głową na znak zgody. Irenę Sz… irytuje, że partia wciąż się boi uruchomienia PEN Clubu. Hałastra literacka, mówi, czuje się zagrożona. Rzecz w tym – dodaje – że oni są niezdolni i wiedzą o tym.

– Może są wśród nich i zdolni, nawet na pewno – ja na to – ale są pisarze, którzy nie zasługują na to, żeby być zdolnymi.

Holoubek: – Zapisz to, Józiu, zapisz to koniecznie!

Nie muszę tego zapisywać, nie zapomnę, bo jest to moja dawna formuła. Ale skoro Holoubek nakazał… Zapisane.

(W powieści Odejście Afrodyty Stach Narbej mówi coś podobnego do bohaterki, tyle że w sposób bardziej wyidealizowany: „Natura powinna odmawiać głupcom i podlecom umiejętności składania słów i twórczej wyobraźni”. I kiedy indziej: „Są autorzy, którzy nie zasługują na dobre książki przez siebie napisane”.)

Notatka z tego samego roku l986.

„Koterie wokół czasopism literackich czy nawet kawiarniane przeobraziły się – za sprawą pań – w koterie towarzyskie. Nie napisze się nic krytycznego o Kaziku, żeby nie urazić Marysi, trzeba dać nagrodę Markowi, bo to sprawi przyjemność Ewie, a ona boryka się od pewnego czasu bez gosposi, a wiecie Krysi udało się dostać polędwicę na zapleczu sklepu dla dyplomatów. Coś takiego powiedział, no popatrz… nie puszczę drania przez próg. Co, jego? Nie czytam. Skreślony. Może sobie pisać co chce – dla mnie nie istnieje. Dyżuruję, tak, na Piwnej. Ksiądz Niewęgłowski bosko mówił.

Dawniej rozdzielało się laurki w salonach, potem w redakcjach i kawiarniach – teraz przy plackach ziemniaczanych. Czasem przy brydżu".

Konstancin, ZAiKS. Może uda mi się skupić. Pojawił się Różewicz. Przypomniał, że jestem mu winien szwedzką wódkę. (Założyłem się, że dostanie NIKE, nie dostał, ale spadł na niego deszcz innych nagród i mnóstwo wspaniałych omówień.) Dobrze sobie gwarzymy.

Wczoraj pani A., tłumaczka i bardzo stara kobieta, która często obsypywała mnie komplementami, czasem miała uwagi krytyczne, raczej przenikliwe, napadła na mnie: „Niech pan się ode mnie odczepi! Pan Marianowicz powiedział, że jeśli będę miała przykrości, to on mnie przed panem obroni!” O co chodzi? „Niech pan do mnie w nocy nie puka!” Jestem zdumiony, zaprzeczam, ale nic nie pomaga: pukam do niej i już. Nastaję na jej dziewiczość. Przede mną, wyjawia mi pani kierowniczka, pukał do niej pan Leszek K. Ale w tym turnusie go nie ma…

Rano opowiadam o tym przez telefon Zosi, z którą znamy się ponad dwadzieścia lat. „Widzisz – mówię – jakie masz szanse. Mężczyźni będą do ciebie pukać”. „Miejmy nadzieję, że nie dożyję”.

Epizodyczny typ do książki (lub komedii), znany mi z życia: łajdak, który ma za złe autorowi, że tak czarno widzi ludzi i jest pesymistą. Skąd u pana takie czarnowidztwo? Ludzie nie są tacy źli, jak pan ich widzi.

We wtorek byłem w domu. I dobrze, że byłem. Gazownicy spawający rury na klatce schodowej spalili przewody elektryczne. I teraz – ani gazu, ani prądu.

Wieczorem telefon z Paryża. „Tu Giedroyc”. W Paryżu mówi się, że ukazał się duży esej zestawiający Boya z Dmowskim – czy ja coś o tym wiem? Nie, nic nie wiem, ale wydaje mi się to trochę dziwne. „Mnie też – mówi pan Jerzy. – Ale z tymi wariatami to nic nie wiadomo. Jeśli pan się czegoś dowie, proszę do mnie zadzwonić”. Obiecuję.

„Niepokój domowy mam zapisany w trzewiach” – chyba w ten sposób napisał o sobie Montaigne. To ja. Moje dzieci wydają mi się inne – nie mają takiej maniakalnej potrzeby pewności, że w domu wszystko pod ich nieobecność jest w porządku. Bo wierzą, ufają – i tę ufność zawdzięczają nam, rodzicom. Są pewne, że każdy pojawi się w domu zdrowy i cały. Do głowy im nie przychodzi (na szczęście), że mogłoby być inaczej. Co innego ja: mnie trawi niepokój. Nie mogę wtedy skupić się na pisaniu. Żeby pisać – oddawać się czynności tak egotycznej – muszę mieć pewność, że wszyscy, od których uciekam w pisanie, są na miejscu.

Notatka z 1989 roku. O wiecznych wyrzutach sumienia. Wobec psa, że niewyprowadzony na dwór. Wobec Maryli T., że chora, pięć operacji, ja się nie odzywam, ona „dogorywa” (jak pisze) w tęsknocie do Warszawy w jakimś obcym Sztokholmie. I znowu wydaje mi się, że ja jestem winien – bo pracuję nad jakimś nowym tekstem, winien – chociaż prawie jej nie znam. (Czytam to teraz, po 11 latach. Maryla T. bez zmian, raczej wesolutka.)

Wszystkie nieszczęścia świata powodują swędzenie sumienia. Że nie współcierpię, jak wypada, nie poszczę, nie biczuję się, tylko… no tak, myślę o własnym bólu.

Nawet wobec osoby, która skrzywdziła, uderzyła dotkliwie – niepewność, czy to nie ja krzywdziłem, a może za ostro… nazbyt zasadniczo… bo jednak to niezupełnie tak… A może… Jakiś podkradający się niepokój… jakaś bezsenna noc…

Fromm (w Ucieczce od wolności): „…rządy sumienia [własnego] mogą stać się nawet surowsze od rządów autorytetów zewnętrznych…”

O ten temat zatrącam. Tylko zatrącam. Jest on zawsze obecny, goni mnie, ale ja – prawdę mówiąc – od niego uciekam.

„A gdybym zaczął mówić wszystko? Naturalnie, że boję się. Boję się ludzi, bo po co ofiarowywać im siebie z całą swoją słabością, grzechem i zgryzotami, jaka z tego byłaby korzyść? Jeszcze jeden przyczynek do tak zwanej psychologii twórczości?”

To nie ja – to Miłosz, w Roku myśliwego. Myśl zasadnicza. Może nie stale towarzysząca, bo zdemolowałaby wszelką spontaniczność, ale często obecna, wspólna wszystkim, którzy pochylają się nad kartką papieru, by zanotować coś, co doskwiera.

Edward, spowiadający mi się ze swojego niewygasłego uczucia do tamtej, zaskoczył mnie wyznaniem, które j ej przekazał (nie wiem, czy potrzebnie): „Kiedy oczy mnie nie zapiekły, kiedy przestałem odczuwać ból, kiedy myślałem o tobie ze spokojem, jak o kimś, kto się ode mnie oddalił – ogarniały mnie wyrzuty sumienia – czułem się tak, jakbym cię zdradził.

Bo to był, wydawało się, mój obowiązek; odczuwać ból, rozpaczać…"

Edward (stale o tym):

– Właściwie człowiek realizuje swoją wspólnotę z ludźmi, swoją więź z nimi – głównie przez miłość. Pomyśl: kochasz osobę obcą – wyrosłą wśród innych ścian, u innych okien, wśród innych mebli, sztućców, ręczników, z innymi pogwarkami i porzekadłami, z innym przebudzeniem i innym zasypianiem. Nigdy nie przestanę się temu dziwić. I oto uczucie rozpierające pierś. Cóż, że pełne złudzeń. Żywimy przecież i inne złudzenia. Yehudi Menuhin mówi w wywiadzie, bez skrępowania: „Zawsze byłem w kimś zakochany”. Och, tylko nie mów, że kobiety na to nie zasługują. Spróbuj.

Potrafi myśleć i w inny sposób. Kiedyś powiedział mi (a ja zapisałem):

– Szczęśliwy czasem się czuję, że nie miałem tych kobiet, które wiele lat temu urzekały mnie lśnieniem młodych oczu, wdziękiem gibkiej postaci, uśmiechem, który czarował rozkwitem warg – więc dobrze, że nie miałem tych uroczych postaci, bo pozostały urocze jak niespełnione marzenie – i nie obnoszą teraz swojej zasmucającej zwiędłości, złych przemian, jakie uczynił w nich czas i zmartwienia. Dobrze, że ich nie miałem: nie muszę się lękać spotkania z nimi. Nie muszę też hodować żadnych żalów. Możemy rozmawiać – i to całkiem przyjaźnie.

Rodzinna Europa. Inaczej czyta się książkę, którą dostało się na trzy dni, ukradkiem, od przyjaciela, co przemycił ją z Paryża, inaczej, kiedy masz książkę na własność, wiec czytasz ją bez pośpiechu, już bez dreszczu, że zostałeś dopuszczony do czegoś tajemnego. To odbiera książce smak nie tyle zakazanego owocu, ile czegoś odświętnego, pozbawia lekturę obrzędowości, poczucia, że się jest wybrańcem. Książka składa się już tylko z materii słownej, którą możemy aprobować, podziwiać nawet (lub nie), a nie z tajemnych znaków, z sygnałów rozświetlających ciemną drogę.

To samo dotyczy zapewne czytania Herlinga-Grudzińskiego, Stempowskiego i kilku innych autorów. Czytelnik wydaje ich książki w dużych nakładach, pospolitując je, pozbawiając nimbu.

Czasopisma niegdyś nielegalne, bibuła, różne marnie powielane „Kultury Niezależne”, wciąż z nawyku gromadzone. No i po co? Nic mi za obcowanie z nimi nie grozi – więc po co to trzymać?

Luty

I znowu Rodzinna Europa: niby inaczej, ale jednak z poczuciem obcowania z czymś bliskim i ważnym, z osobowością, która budzi szacunek, a nieraz i wdzięczność. Sięgam do dawnych notatek i widzę zapis: „trzecie czytanie”. Dopisuję teraz: „czwarte czytanie”.

Zwierza się Miłosz, że pogodzenie z życiem, poczucie wspólnoty z Europą, przynależność śródziemnomorską odczuł w „moich” okolicach: nad rzeką Dordogne, koło Perigueux i Saint-Emillion. Nie pada nazwisko Montaigne'a, nie wspomina jego wieży, ale przedtem mówi o Francji jako o „kraju Montaigne'a”.

Przyznaje się do tego czy nie, ale jest to u niego odczucie nowe. Utwierdziło się ono w nim po ucieczce z Polski, wybraniu Zachodu, co nie było decyzją łatwą. W którymś z listów do Giedroycia napisał o swojej „znanej ogólnie rusofobii”. To chyba żart. Nic takiego w nim nie było. Można mu za to przypisać „kompleks Rosji”, jej literatury, obyczajowości, prawosławia, policyjnych porządków. Miał kłopoty ze sobą, z Miłoszem jako „człowiekiem Wschodu”.

Dlaczego bliższa mu się stała lewica? Popchnął go do niej nie „marksizm” – co mu przypisywała niechętna, a czasem wręcz wrogo nastawiona emigracja – ale „mój opór wobec narodowych obskurantów, przeznaczenie ukryte w komórkach mego ciała: jednostki tak czy inaczej wyłączonej ze środowiska, […] muszę mój konflikt uogólniać – tłumaczy nam mędrzec – bo kiedy jest nie tylko własny, ale bardziej powszechny, przestaje poniżać”.

Wcześniej wyznał: „Moje uczulenie na wszystko, co ma zapach «narodowy» i rodzaj fizycznego wstrętu do ludzi wydzielających ten zapach zaważyło silnie na moich losach”.

Jego „pozycja zewnętrzna”, jak to określa (zewnętrzna dzięki matce ze wsi litewskiej), pozwala mu „wniknąć w literatów pochodzenia żydowskiego, bo oni też stali przed zamkniętą bramą”. Czytam uważnie: „Mieliśmy wspólną ojczyznę: język polski. Ale oni wysilali się, żeby bramę sforsować, żeby nadać swoim dziełom wygląd ultrasłowiański, prawie nikt nie obnażał swojego rozdwojenia, nosili sztywne maski i te maski ich gniotły”.

Nie, mnie to nie dotyczy. Nigdy mi w głowie nie postało, żeby zadbać o jakąś „słowiańskość”. Jestem jaki jestem i kropka. Ale przecież napisałeś Crimen, Przypadki starościca Wolskiego, Królewskie sny – może ktoś powiedzieć. Zjawił się nawet u mnie w domu taki ktoś, przedstawił się jako dziennikarz, rzekomo po wywiad, i dość bezczelnie dał do zrozumienia, że w kręgu jego znajomych dziwią się, że ja piszę o szlachcie. Dlaczego to robię? – Bo to świetny temat – odpowiedziałem. Dla pisarza temat to kwestia najważniejsza. Temat go odszukuje. Andre Maurois (prawdziwe nazwisko Herzog) napisał wspaniałe Dzieje Anglii. Bo to był jego temat. I Anglicy pokochali tę książkę.

Miłosz: „Na długiej liście moich przywar nie umieściłbym cynizmu. Pochwalałem, mimo wszystkich jego okrucieństw, mój czas i nie chciałbym żyć w żadnym innym. Nie tęskniłem też do społeczno-gospodarczego porządku w Polsce sprzed wojny [ci z Londynu tęsknili i to wyznanie Miłosza mogło im się wydać propagandą komunistyczną] i kto marzył o jego wskrzeszeniu, był moim przeciwnikiem”. Stąd też ta „silna niechęć do przywódców AK”. Według nich „jutro musiało być świetlane, ale ktokolwiek odważał się napomknąć, że zależy ono od form ustrojowych i międzynarodowej rozgrywki, narażał się na niebezpieczeństwa nie zawsze platoniczne”.

Ale oto niespodzianka – przykra – której pisarz nie przewidywał: na jego Zniewolony umysł powoływali się amerykańscy rasiści. „…wycinki prasowe z Alabamy, Georgii czy Południowej Karoliny wykrzywiały mi twarz: tamtejszy dziennikarz podawał mnie za sojusznika, a ja sądziłem, że występując przeciw upodleniu człowieka już tym samym jestem sojusznikiem jego Murzynów. […] Potępia nas albo ocala intencja”.

Przeskoczę do Nobla i do zwierzenia, na które zdobył się (brać przykład!) w Roku myśliwego. Przyznaje, że cały pobyt w Polsce, w 1981 roku, powrót po trzydziestu latach, to: „Niesamowity triumf, moralna przypowieść, baśń: mądrzy bracia przegrali, wygrał głupi Jaś. Jeżeli w centrum moich namiętności było pisarstwo (a było), jeżeli w centrum pisania jest potrzeba uznania (a jest), powrót do Polski w sławie był szczytem mojej biografii”.

To dobrze, imponujące nawet, że Miłosz odważył się na szczerość – nie udawał, nie krygował się, podzielił się z nami swoją radością, poczuciem triumfu.

Nie musiał. Szczerość nie jest warunkiem koniecznym dla tworzenia wartościowej literatury. Ani, jak mogliśmy się przekonać, dla wartościowej politycznej działalności. Szczerość nie jest opozycją kłamstwa; opozycją kłamstwa jest prawda. Życie nie każe nam mówić wszystkiego, wystarczy, jeśli jesteśmy dyskretni, taktowni. Takt – tego ja bym się naiwnie domagał, gry fair, dżentelmeństwa. I nie uważam się bynajmniej za idealistę. E.T., niebieskooka asystentka na wydziale psychologii, opowiadała kiedyś o tym, jak rozmawiała o mnie ze swoim profesorem, którego przedstawiała jako przewodnika życiowego (w dzisiejszej polszczyźnie: guru). Profesor był jej zdaniem atrakcyjnym mężczyzną: bródka, golf, fajka, gęste włosy opadające szronem na czoło. Częstował ją kawą, mówił „dziecinko”. (Być może, profesor nie istniał, E.T. bawiło konstruowanie rzeczywistości.) Otóż pan profesor, pykając z namysłem fajkę, miał mnie komplementować, że moje pisarstwo jest „szczere”. „Szczerość – powiedziałem, chmurniejąc – nie jest kategorią literacką”.

Wolałbym, żeby dostrzegł u mnie kilka dobrze napisanych zdań.

Kapryśna pamięć podsuwa czasem zapisywaczowi not nieoczekiwane prezenty – przypomniała mi się dyskusja na ten temat w radzieckiej prasie literackiej, dawno dawno temu, bo w kilka miesięcy po śmierci Stalina. Dlaczego mi się ona tak wpisała w archiwum mózgu? – pewnie dlatego, że wyczuwało się wtedy pierwsze, delikatne jeszcze, powiewy ciepła, pierwsze oznaki tego, co nazwano (sięgając do określenia z początków panowania Aleksandra II) „odwilżą”. (Niewielką powieść pod tym właśnie tytułem napisał Ilja Erenburg, szybko ją u nas wydano, tłumaczył Jan Brzechwa.) W miesięczniku „Nowyj Mir” ukazał się obszerny szkic pt. O szczerości w literaturze. Autor? Autor? Mam: Liwszyc, ceniony literaturoznawca. Liwszyc, podbudowując swój wywód licznymi cytatami, zaatakował literaturę radziecką za brak szczerości. Na tym, twierdził, polega jej słabość. (Dziś myślę, że chodziło mu o zakłamanie, ale jak o tym napisać wprost – kłamaliście, oszukiwaliście ludzi i siebie – trzeba posłużyć się jakimś bardziej wysublimowanym pojęciem.) Czytelnicy przyznawali Liwszycowi rację: tak, tak, święte słowa, brak szczerości, otóż to.

W dyskusji zabrał głos Ilja Erenburg. Polemizował ze stanowiska racjonalisty. Ależ szczerość o niczym nie decyduje! Weźmy, mówił, Nikołaja Niekrasowa, autora pełnego współczucia dla ludzi pokrzywdzonych poematu Komu się na Rusi dobrze dzieje. Przecież ten poeta to był kawał drania: karciarz, szuler, oszust, a poemat jest humanistyczny, ocieka dobrocią. Ważna jest wymowa, intencja, siła artystyczna, a nie to, czy autor, sławiąc dobro, sam był aniołem dobroci. I drugi przykład: reakcyjny publicysta Katkow. Ten na pewno w swoim polakożerstwie i żydożerstwie, w głoszeniu nienawiści, był szczery. Czy mamy go za to szanować? My tu, w dzisiejszej Polsce, potrafilibyśmy wymienić niejednego szczerego głosiciela nienawiści, może nawet w sutannie księżowskiej, szczerego też w swojej chciwości, kabotynizmie, megalomanii, którym nie potrafi się oprzeć, szczery aż do samoogłupienia. (A niewykluczone, że jest po prostu głupi.) Co do szczerości innych przesławnych nienawistników nie jestem przekonany, nie mam zdania, wydaje mi się, że powoduje nimi przede wszystkim interes.

Winston Churchill, wspominając w swoich pamiętnikach konferencję Wielkiej Trójki w Teheranie (1943): „W czasie wojny prawda jest tak cenna, że powinna być otoczona ochroną z wielu kłamstw”.

A jednak ten spór o znaczenie szczerości coś upraszcza: nie bierze pod uwagę możliwości rozdwojenia osobowości, rozłamu autorskiego ego. Przy biurku może to być inna osobowość niż ta poza biurkiem. Nad kartką papieru, szukając słów i obrazów, piszący ulega dyktatowi jakiejś nie zawsze ujawnianej cząstki duszy. Budzi się w nim współczucie lub rozpala go nieznana mu dotychczas nienawiść. Daje upust zawiści, wściekłości – lub tęsknocie za dobrocią. Po ostatniej kropce podpisuje tekst. Czyta go: brzmi nieźle, czytelnicy popłaczą się ze wzruszenia. On sam też ma łzy w oczach. Szczere. Wstaje zza biurka i wraca do swoich ponurych intryg.

I odwrotnie. Jeszcze przy kawie był miły, żartobliwy, uprzejmy. A za biurkiem chce torturować, wieszać i posyłać dzieci (cudze) z granatami na śmierć.

Pociągiem do Łodzi. Do przedziału wchodzi rozradowana, zadbana pani w krótkim futrze, z jedenastoletnim (jak się zdaje) synkiem. Mówi do niego „kotku”, on się do niej tuli. Pani, bliska czterdziestki, niebrzydka, ciemnowłosa i ciemnooka, czyta coś z zajęciem, czoło wydaje się myślące. Wchodzi konduktor, pani okazuje mu dwie legitymacje, konduktor salutuje. Może żona dygnitarza kolejowego? Wśród książeczek o lakierowanych okładkach dostrzegam foldery z Łazienek. Aha, wypad z prowincji do stolicy. Pani częstuje synusia kanapkami i zagranicznymi sokami. Żona kolejarza z wysokiego szczebla – zdecydowałem.

Zgadzało się. Pani zaczęła szybko mówić, głosem wysokim, niemal gdacząc. Aureola myśli ulotniła się z czoła, inteligencja umknęła z oczu, pani z każdą chwilą, w miarę jak gdakała, traciła na atrakcyjności. Synek zaczął na mnie spoglądać nieprzyjaźnie; zdaje się, że wyobraził sobie, że usiłuję poderwać mamę, która czegoś jest nazbyt rozmowna. A ja byłem po prostu uprzejmy. (To czasem wprowadza w błąd.) Zaproponowała mi napój, podziękowałem. Ona: „A my pijemy i siusiamy” – powiedziała i roześmiała się.

Łódź, Poleski Ośrodek Sztuki. Spotkanie, poświęcone tym razem książce Błazen – wielki mąż, prowadzi, jak zwykle, pan Marcin Filipowicz, który o Wisławie Szymborskiej mówi „ciocia”.

Kto inny mógłby dostać zawrotu głowy od komplementów, które dziś usłyszałem. Ja jestem zbyt doświadczony (w sensie: doświadczyłem na własnej skórze różności), żeby się tym przejmować. Odnotowuję w myśli: aha, świetnie, to znaczy nieźle. Podpisałem chyba z 20 egzemplarzy, co jak na tę placówkę, oddaloną od centrum miasta, jest dużo. Ludzie stali w kolejce jacyś radośni, poruszeni, kochają Boya – i dzięki temu, troszeczkę, i mnie. Dwaj panowie objawiają wdzięczność za tę książkę. Jeden z nich zwierza się, że przeczytał całą Komedię ludzką Balzaca. Wyczyn, szkoda gadać. Pani opowiada o córce, że kupiła mojego Błazna na lot do Ameryki, a kiedy skończyła czytać – dokładnie tak jak pewna dziewczyna w Poznaniu – „mamo, rozryczałam się”. Ja do dziewczyny, która podsuwa pomięty egzemplarz: „Widać, że było czytane”. Licealistka uśmiecha się: „Dwa razy”. Napisałem w dedykacji: „pod trzecią lekturę”.

Zacząłem trochę rozkojarzony, chaotycznie, ale dzięki paru pikantnym anegdotom nikt tego chyba nie zauważył. Pan Filipowicz był pewny, że panie będą rozpytywały o kochanki Boya, o Krzywicką, bo była tu niedawno Agata Tuszyńska ze swoim Długim życiem gorszycielki, ale nic podobnego, nie padło ani jedno takie pytanie. Zdaje się, że uczestnicy skupili się na powodzi nazwisk, tytułów, cytatów, wydarzeń wreszcie. Jeżeli czai się gdzieś w mózgu skleroza, to nie dotyczy mojej wiedzy o Boyu, mojego wieloletniego współżycia z nim. Z dawnych łódzkich znajomych, bywalców „Honoratki” sprzed trzydziestu lat z grubym hakiem, pojawiła się urodziwa, dziewczęca pani muzykolog, Hania Iżykowska, i jak zwykle przy takich okazjach, obrzędowe niemal, wzajemne „nic się nie zmieniłeś!”, „ty też!”, oboje rozpoznawalni, sukces.

Łódź, Poleski Ośrodek Sztuki. Sam, w pokoiku na drugim piętrze. Niby wszystko, co konieczne, tu jest, ale jest i jakiś dyskomfort. Nie można stąd wyjść. Nie ma radia (powinienem był zabrać ze sobą swoje). Gdzieś na dole portier z pieskami. Cisza. Gdyby ktoś odsiadywał podobny areszt za ścianą, porozumiewalibyśmy się ze sobą, wystukując więzienny alfabet.

Po wszystkich komplementach, po wybuchach wzruszenia – wraca smutek codzienności. To zdrowe i przywraca właściwe proporcje. No to skorzystajmy z tej samotności i odnotujmy to i owo.

Wczoraj w Pałacu Prezydenckim – spotkanie tzw. noworoczne z twórcami. Kwiat aktorstwa w komplecie. Z literatów – na ogół roczniki z gatunku, według określenia Marianowicza, „jak ty świetnie wyglądasz”. Rozmowa z nową atrakcyjną prezydencką panią minister, Jolantą Szymanek-Deresz – o Jaśku Sz., koledze Maćka ze szkoły filmowej, który już dziesięć lat siedzi w więzieniu, skazany za morderstwo wyrokiem, będącym, naszym zdaniem, oczywistą pomyłką sądową. Pani Jolanta zna sprawę, bardzo przejęta, „pierwsza, która trafiła na mój stół”. Ale decyzja zapaść może dopiero po nowych wyborach – teraz czas jest niesprzyjający, atakuje się Kwaśniewskiego (podobnie jak przedtem Wałęsę) za ułaskawienia. Jasiek musi czekać…

Z Grażyną Barszczewską w barku „Europejskim” na rogu Krakowskiego Przedmieścia. Przekazuje mi tekst Hemara, z którego zniknęło jakieś słowo, wyraźnie go brak, ja powinienem coś z tym zrobić. (Próbowałem, nie bardzo mi się to udało, najwyraźniej mi Hemar nie leży.)

Dzisiaj, na krótko przed wyjazdem do Łodzi, w tej samej kawiarence z niedawno rozwiedzioną Zosią. Jej przyjaciółka Ewa (przyjaźń od przedszkola) mówi to samo co ja: „Codziennie rano, kiedy się budzisz, powinnaś skakać ze szczęścia, że tego skurwiela nie ma obok. Że nikt nie wrzeszczy. Jesteś wolna! Suchy chleb jeść – niż znosić to, co ty znosiłaś!” Zosia komentuje: „Bo tylko ona i ty znaliście podszewkę tego małżeństwa”. Wszystkich innych on wprowadza w błąd: użala się nad sobą, jaki biedny, pokrzywdzony, a ona bez serca, tak, tak… takie są kobiety…

Madzia opowiada o Finlandii. W szkole socjalizm. Podręczniki bezpłatne, obiad dostają wszystkie dzieci. W Helsinkach samochód nadal może stać na ulicy niezamknięty, nikt nie ukradnie. Wytłumaczenie tego niezwykłego zjawiska jest, moim zdaniem, proste: nie kradnie się, bo nie ma paserów, nikt nie przerabia numerów, policjanci nie uczestniczą w zyskach. Żeby były kradzieże samochodów, musi być zorganizowany cały rynek, paserzy, przekuwacze, przerzuty przy współudziale policjantów. I celników.

Przygotowujemy z wydawcą Kwiecień do wznowienia. Wydawca czaruje, że wszedł w tę imprezę przez sentyment dla swojego ojca, który brał udział w forsowaniu Nysy w szeregach 2. Armii. Wstęp Michała Komara, moje zdjęcie, biogram, tekst Jackiewicza, w którym Alek utrzymuje, że „woli Hena od Hemingwaya”. Niech mu będzie. Młoda, ładna redaktorka uprzedza z uśmiechem: „Na pieniądze niech pan lepiej nie liczy”.

Marzec

Nic mi nie przychodzi do głowy? Ależ owszem – myślę, kojarzę, stwierdzam, wnioskuję. Tylko że nie są to myśli dziewicze. Już kiedyś to sobie pomyślałem, już kiedyś zanotowałem, może nawet opublikowałem.

Czy zresztą istnieje konieczność odkrywania za każdym razem nowych światów? Byłoby to szalenie męczące – także i dla czytelnika, nie zniósłby takiej lawiny nowości. Jeśli istnieje jakaś konieczność, to żeby wywód był logiczny, by jedna myśl rodziła się z poprzedniej, by przez swoją ciągłość i konsekwencję bieg myśli był przekonywający. (Ale są tacy, którzy takimi staraniami pogardzają i może to oni wiedzą, co czynią.)

Że się powtarzam? No to powtórzę się raz jeszcze, tym razem radykalniej. A więc powtórzę, że wyrażenie nowej myśli to nie jest wynalazek techniczny, jak wynalezienie koła czy dźwigni: mamy koło, mamy dźwignię – możemy iść dalej. Wynalezienie przykazania „nie zabijaj” czy „nie pożądaj żony bliźniego swego” nie załatwia sprawy, ludzie nie przestają zabijać, nie przestają pożądać żony bliźniego swego, trzeba tę odkrywczą myśl powtarzać, wciąż od nowa podsuwać czytelnikowi Raskolnikowów – i dzięki temu ma sens literatura.

Niestety, w tej formule, jaką ja zaprezentowałem, tak fragmentarycznej, w której myśl jest zawężona niemal do aforyzmu, nie ma tolerancji dla powtarzania się. Nie uchodzi. Warte odnotowania ma być tylko to, co uderza świeżością. A jak długo można być „świeżym”? Jak długo można patrzeć na świat zdziwionymi i naiwnymi oczętami? Trzeba wreszcie powiedzieć sobie: stop, już jestem doświadczony, już mnie nic nie zaskoczy. Doświadczenie – jako rodzaj wyczerpania, jako kres twórczości to… nowe doświadczenie. Witam…

Hadrian, ten światły intelektualista (według pretensjonalnej książki pani Marguerite Yourcenar, która pasowała go na egzystencjalistę, Sartre'a starożytności), do tego posunął się w swojej namiętności narzucania barbarzyńcom wyższej rzymskiej kultury, że zrównał z ziemią Jerozolimę i wydał wszystkim ludom zakaz obrzezania. Zapewne był bardzo z siebie zadowolony, ze swojego rzymskiego poziomu. Po jego śmierci Antonin uczynił w tym zakazie wyjątek dla Żydów.

Pani Yourcenar, o ile wiem (bo nie doczytałem książki do końca), nie bierze pod uwagę jego światłej nietolerancyjności, nie potępia despotyzmu i okrucieństw. Dla niej to intelektualista z „Cafe Flore”. Dzięki temu przyjęto ją do Akademii Francuskiej, czyli, jak mawiała panna de Lespinasse, do akademii „dożywotnio nieśmiertelnych”.

Świat rządzony przez cesarzy-filozofów nie wygląda bardziej zachęcająco niż świat rządzony przez cesarzy-nosiwodów.

Dotarły do naszych czasów epigramy Marcjalisa. Świadectwo moralności przeciętnego Rzymianina. Jaki słuchacz, taki wieszcz. Pisze tak, żeby im się przypodobać, pisze zresztą na miarę własnej moralności. Słabość, starość, ubóstwo – zasługują tylko na drwinę. Słyszę, jak rechoczą, że „Linus już nie może”, że ta ma za dużą, tamten rogi, ten piastuje cudze dzieci itd. Antypatyczny świat. (Wells w swojej Historii świata nazwał republikę Rzymu „demokracją neandertalską”.)

Bertrand Russell, ze Szkiców niepopularnych (przeł. Hanna Jankowska):

„…wprost od Platona – ale z tej części jego dzieła, gdzie plecie oczywiste bzdury, na przykład, że mężczyźni, którzy nie poszerzają swojej wiedzy, przyjdą ponownie na świat jako kobiety. Komentatorzy wielkich filozofów zawsze taktownie przemilczają ich głupie wypowiedzi”.

Russell dorzuca, że Arystoteles twierdził, że „dzieci powinno się płodzić w zimie, kiedy wieje wiatr od północy”.

„Najbardziej zdumiewającym przykładem literackiego snobizmu w dziejach ludzkości jest podziw całkiem przyzwoitych ludzi dla Pa ństwa Platona". W Historii filozofii Zachodu Russell podważa jego uczciwość intelektualną. „Jego świetność jako autora fikcji każe wątpić w jego rzetelność jako historyka”. Nie od dziś wiemy, że ideałem platońskiego państwa byłoby takie, które dziś nazywamy totalitarnym. „Matki i nianie – relacjonuje Russell – powinny przekazywać dzieciom wyłącznie opowieści zatwierdzone przez władze”. Wiele znalazłoby się powodów, by zabronić Homera i Hezjoda… u Homera ludzie biadają i płaczą, boją się i smucą, a idealny mąż nie powinien znać takich uczuć. Czytelnicy wybuchają głośnym śmiechem, co też jest niewskazane. (Gdzieś już to przytaczałem – aha, w biografii Montaigne'a; był, jak wszyscy humaniści, pilnym czytelnikiem Platona, ale niepozbawionym krytycyzmu.) Opis uczt i rozkoszy sprzeciwia się wychowaniu we wstrzemięźliwości. Jak przystało na prekursora Żdanowa (był taki prawodawca socrealizmu), Platon uważa, że bohater pozytywny nie może być nieszczęśliwy, należy takiej fabuły zabronić. Ponieważ to jest trudne do zrealizowania, najlepiej wypędzić teatr z miasta.

Łączenia par nie można zostawić ludziom – powinno się to odbywać przez losowanie. Projektował coś w rodzaju hitlerowskiego „Lebensbornu”: dobór osobników według zasad eugeniki. Miłość? Nie – hodowla.

Arystoteles krytykował niektóre pomysły Platona. Arystoteles, obrońca rodziny, w której mąż był panem, kobieta mu podległa, a niewolnictwo czymś naturalnym. „Nie zgadzam się z Platonem – pisze w swojej Historii

Bertrand Russell – ale jeśli coś mogłoby mnie ku Platonowi skłaniać, to argumenty użyte przeciw niemu przez Arystotelesa". Co do mnie, to wiem od dawna, że w naszych rozterkach i wątpliwościach profesorowie z Akademii Platońskiej nam nie pomogą – musimy sobie sami dawać radę.

Russell o Heglu: „Każdego, kto jeszcze myśli, że człowiek jest stworzeniem mniej czy bardziej rozumnym, zdumiewa powodzenie tego steku bzdur”.

O Chryzypie, stoiku, i jego rozważaniach chętnie wspomina, z ironicznym uśmieszkiem, pani profesor Anna Świderkówna. Był wcale dobrego mniemania o sobie, żadnych sokratesowych wątpliwości, zapewniał, że na tamtym świecie przetrwają tylko dusze mędrców. W naturze widział celowość. Na przykład pluskwy… Są po to, by nas budziły. Myszy przyuczają nas do porządku. „Paw istnieje dla swojej urody”. (A po co istnieje Chryzyp?)

„Prawdziwy mędrzec […] wszystko czyni dobrze, NIGDY SIĘ NIE MYLI, nigdy niczego nie żałuje”. Chryzyp na pewno mylił się co do siebie – i tego powinien był żałować.

Z jakichś powodów zajrzałem doNikt nie woła, powieści, która 33 lata czekała na zgodę cenzury. Przeczytałem kilka pierwszych zdań. „Napluję im wszystkim w twarz” – tak to się zaczyna, od zawziętej deklaracji Bożka. Głodny, bosy, odrzucony. Na dnie. „Komu? Komu naplujesz?” – dopytuje się jego przypadkowy kompan. „Im. Wszystkim, którzy tak pięknie gadają”.

(Przyłapałem się na tym, że kiedy opisywałem dramatyczną scenę z fasowaniem butów podczas ostatniej komisji u andersowców, dałem Bożkowi numer o jeden większy od moich własnych. Zabawne, ale znamienne. Widocznie chciałem go wzmocnić fizycznie.)

Lublin. Za kilka godzin spotkanie na uniwersytecie. Nie ma czasu na refleksje, „myśli”, rozważania. Wszystko w biegu. Wiem, że było trzęsienie ziemi na Słowacji. Że rozbił się samolot pasażerski w Indonezji. Nie nastawiam radia. Nie chcę szczegółów. Nie potrafię im pomóc. Jestem pochłonięty własnymi sprawami, obowiązkami, sytuacją w Polsce. Jak im współczuć? Odpędzam to od siebie. Wiem – nic więcej nie potrafię. Wiedzieć – to już jest coś. Jakiś współudział.

Odnotujmy ten wieczór lubelski. Sala duża, zapełniona nie najgorzej, myślę, że jest osób ponad osiemdziesiąt: profesorowie, młodzież i starsze panie z „uniwersytetu trzeciego wieku”. Wprowadza polonistka, pani prof. Nasalska, która naczytała się rzetelnie Hena – zna nawet Najpiękniejsze lata, wzrusza ją Nowolipie. Przyznała mi się później, że w zdenerwowaniu zapomniała o Teatrze Heroda. Nie wspomniała też o Milczącym… i o Odejściu Afrodyty, ale o tej pozycji rozgadałem się ja.

Kiedy przejąłem mikrofon, zacząłem od wyrażenia obawy, że „Hen może tu wyprzeć Boya”, który jest tematem naszego spotkania, ale parę rzeczy dotyczących mnie muszę jednak uściślić. Szło o moją niby-aktor-ską, niby-literacką „przeszłość lubelską” z czasów PKWN. Kontakty literata z mediami sprowadzają się głównie do sprostowań. Miałem prawo być zmęczony (choć nikt tego nie zauważył), bo przed spotkaniem dałem dwa wyczerpujące wywiady do radia, trzeci dwojgu młodym rozmówcom z rozgłośni studenckiej. Zapytali mnie, co to jest „styl MON”, bo jakiś Informator informuje, że początkowo pisałem w „stylu MON”. Zrobiłem wielkie oczy (których mikrofon nie pokazuje) i spytałem: „A nie przyszło wam do głowy, że ten informator układał idiota?”, co moich rozmówców ucieszyło.

W trakcie mojego wykładu (Boy – prawda i mity) poczułem ucisk w potylicy i pomyślałem: uwaga, zwolnij, bez pasji. Przebiegłem główne punkty Boyowskiego życiorysu, zakończyłem na roku l922, w którym Boy wygłaszał odczyt Jak zostałem literatem.

Zabrał później głos pewien profesor i spytał, dlaczego nie wspomniałem o zatargu Boya z Kościołem – czy wolałem to pominąć? Podziękowałem mu za to pytanie. W l922 roku nie ujawniał się jeszcze ten zatarg. Profesor Abramowicz powiedział, że rysuje mu się pewien trójkąt: Montaigne – Boy – Hen. Mówię, że nigdy bym na to nie wpadł. Traktowanie mnie jako partnera Montaigne'a i Boya jest oczywiście bardzo pochlebne, ale uważam się tylko za pokornego sługę tych dwóch mędrców. Każe mi jednak patrzeć inaczej na to, jak mogą nas widzieć inni. Bez następstw psychologicznych dla mnie, na szczęście.

(Było sto trzydzieści osób! Pani Elżbieta Mulawa-Pachół, rzeczniczka uMCS, podliczyła. Tęgawy starszy pan w pierwszym rzędzie, który się do mnie uśmiechał porozumiewawczo, to był Janek Altman, kolega z gimnazjum Kryńskiego, wspominany kilkakrotnie, i to z sympatią, w Nowolipiu.)

W pociągu do Warszawy przerzucam Historyjki (Historiettes) Tallemanta des Reaux (przeł. Rachmiel Brandwajn). Wychwytuję znakomity kawałek:

„Pewien młodzieniec nazwiskiem Moliere (więc autor nie znał prawdziwego nazwiska! – J.H.) opuścił ławy Sorbony i pojechał za nią (za znakomitą aktorką Bejard), i długo kochał się w aktorce, służył trupie radami, aż wreszcie sam stał się aktorem. Pisze sztuki, którym dowcipu nie brak, gra średnio, w komediach co prawda jest wspaniały. Sztuki Moliere'a wystawia tylko jego trupa, ucieszne to sztuki”.

Ten sam Tallemant donosi, że Maria Medycejska (wdowa po Henryku IV) była przekonana, że muchy podsłuchują, co ona mówi, i następnie donoszą komu trzeba. Muchy! A my skarżymy się na pluskwy.

W Lublinie kilka osób – młodych! – mówiło mi, że najbardziej kochają Nowolipie – czy to nie zadziwiające? Więc nie ma książek „warszawskich” czy „śląskich” – są książki, które trafiają albo nie.

Na spotkaniu w TVP z Zielińskim i Piwowarskim. Wciąż obija mi się o uszy słowo „oglądalność”. Rozmawiamy o moim Odejściu Afrodyty, ośmioodcinkowym serialu, do którego przymierza się Kazimierz Kutz. Godzę się na redukcję do sześciu odcinków, z budżetu następnego roku – jeśli i Kutz się zgodzi. Porozmawiam z nim, obiecuje Sławek Piwowarski.

Dzwonię na wszelki wypadek sam do Kutza: dobrze, zgadza się zmieścić to w sześciu odcinkach. Pan Romanowski, producent, pełen nadziei, ma dopilnować, żeby Piwowarski podpisał decyzję.

Trzeba koniecznie dopisać, że rozmawiałem z Piwowarskim o Stanisławie Auguście. Powinien być serial, bo tylko serial może upowszechnić prawdę, zwalczyć stereotypy, które oczerniają króla. I na to Sławek mówi OK. „Napisz na stronę-dwie propozycję, uzasadnij ją, dostaniesz dużą zaliczkę”. Powiedziałem mu: to jest praca na dwa lata – rok samego czytania z notowaniem i rok pisania. „I dwa lata kręcenia – dodał on. – Razem cztery lata do emisji”.

Zabieram się do tego, jakbym był nieśmiertelny.

Dzwoni Beata C., przejęta napisami antysemickimi wymalowanymi na domu Marka Edelmana. Jej syn powiedział, ze Polakiem czuje się już tylko wtedy, kiedy musi się wstydzić przed cudzoziemcami. Ja nie jestem tak przejęty jak jasnowłosa Beata. Nie muszę się wstydzić.

„Nasz Dziennik” nie uwzględnił oświadczenia Watykanu potępiającego grzech antysemityzmu. Pan Janusz Korwin-Mikke pozwolił sobie powiedzieć, że to bicie się w piersi to przejawy „starzenia się umysłu” papieża.

Pan Korwin-Mikke jest jak ta niesłychanej brzydoty markiza (wspominana przez Tallemanta des Reaux), która na starość szczyciła się tym, że nikt jej nie mógł powiedzieć: „ach, co się z panią stało”; ten pan może się pocieszać tym, że starzenia się jego umysłu nikt nie zauważy.

Napisałem dla telewizji „propozycję” serialu o Stanisławie Auguście Poniatowskim – i po namyśle nie złożyłem jej. Zagrzebałbym się w tym na dwa lata, a mam przecież tyle innych prac. Zawiadomiłem o tym pana Romanowskiego.

Kwiecień

Ludwik Stomma wpadł ze swojej Szampanii do Warszawy. (A ja notuję to w Konstancinie.) „Bądź jutro tu i tu o osiemnastej. Przyjęcie”. Nie pytam z jakiej okazji, chociaż na pewno jakaś okazja jest. Adres żoliborski.

Wydało się, że w domu Andrzeja Kostenki. A okazja? Ludwik dostał Krzyż Kawalerski od prezydenta, był u niego na obiedzie z Basią i rodzicami. Ludwik jest dziecinnie szczęśliwy z powodu tego orderu. Schodzą się świetni i sympatyczni przyjaciele. Jest pewien okrągłolicy młody fizyk, chyba reytaniak (jak Ludwik i moja Madzia), który mi się przypomina: „My się znamy. Roman Juszkiewicz”. Kiedyś, mówi, kochał mnie za Nikt nie woła (ma żonę Rosjankę), „teraz kocham pana także za Boya”. Pytam: „A co u pana słychać?”, a on mi szepcze w zaufaniu: „Udało mi się zważyć wszechświat”. Ktoś szepcze, że to przyszły noblista.

W kilka dni później zadzwonił do mnie stary Stanisław Stomma, ojciec Ludwika, żeby podzielić się wrażeniami z obiadu u Kwaśniewskich. Ludwika dziś zaatakowano w „GW” – za słowa prawdy o Serbach i Albańczykach.

Konstancin. Najdłuższy weekend w nowożytnej Europie. Siedzę przy stole z pewną nieznaną mi rodziną, chyba ze Szkocji – ona chwali się, że ma 78 lat, on o rok, dwa więcej – ona zajadle „antyczerwona”. „Czerwona hołota” – to o dyplomatach PRL, tak sobie to wyobraża – hołota, nie może być inaczej. Jeśli ma na myśli agentów i podsłuchiwaczy, którymi otoczeni byli ambasadorowie, to zgoda, hołota, ale taka hołota bywa i dziś, tylko że – na Boga, po co dyskutować, po co wyjaśniać, za kilka dni wyjadą – przetrzymać i to wszystko – nie przekonam jej zresztą, i po co, niech każde zostanie przy swoim (to znaczy przy tym, co mu bardziej odpowiada). Mąż, bardziej zorientowany, bez tych damskich emocji, jest nieco oględniejszy, rzuca uwagę: „nie wszyscy” (niby że nie wszyscy dyplomaci to była hołota), ale może dlatego oględniejszy, że nie wie, kim jestem, a nuż też czerwony, więc po co drażnić. A ja myślę o tych kilku ambasadorach, których znam osobiście, np… o Jerzym Michałowskim, mężu Miry, inteligentnej i dowcipnej autorki, znakomitej tłumaczki, byli zaprzyjaźnieni z jedną z najbardziej wpływowych osobistości rooseveltowskiego jeszcze „trustu mózgów”, Averellem Harrimanem, kiedyś wpadł do nich sam Kissinger, żeby porozmawiać przed swoim utajnionym lotem do Chin, odwiedzała ich też Shirley McLaine i wtedy, opowiadała Mira, „mieszkanie się rozjaśniało”.

Jest przy tym stoliku i syn, młody naukowiec, wydaje pracę na koszt własny. Zdaje się, że nie solidaryzuje się z wypowiedziami swojej mamy.

Do naiwnej idealizacji „Londynu” w czasie wojny przyznaje się w pamiętnikach (Ci, których spotykałam) Zofia Starowieyska-Morstinowa. W okupowanym Krakowie nie przychodziło im do głowy, „że tam, w wolnym świecie, gdzie Polska może walczyć, może przygotowywać przyszłość, aż tyle jest rywalizacji, kłótni, sporów, partii. Dobrze, że te wieści do nas nie docierały. Trudno byłoby je znieść”.

Byli tacy, do których ta wiedza docierała. W Warszawie, w kręgu BIP-u, o tych londyńczykach, którzy byli obciążeni „dziedzictwem czasów saskich” (jak to zdefiniował w mocnym szkicu Ksawery Pruszyński), wiedziano. I trzeba było to znieść.

Stara tłumaczka, której ukłoniłem się z nawyku, na mój ukłon nie odpowiedziała, została więc przy tym, że ja dobieram się do jej drzwi, planując zamach na jej cnotę. Chyba dobrze się z tym czuje, z tym swoim zagrożeniem.

Krystyna Kolińska opowiada mi o listach Stanisławy Przybyszewskiej do Boya, w których domagała się, by bronił Gorgonowej (miał się jej sprawą interesować – nic dziwnego, skoro zajmowała się nią Krzywicka). Gdzieś tam pisze, że Boy jest próżny, żądny pochlebstw. Tłumaczę Krystynie, że to nie ma nic wspólnego z próżnością, przeciwnie, Boy był nieśmiały, niepewny siebie, potrzebował potwierdzenia, że to, co robi, ma sens. Opowiada o tym Krzywicka: uważał Witkiewicza za kogoś ważniejszego od siebie, wciąż mu się wydawało, że jest „skończony”, że nie ma znaczenia. We Lwowie, podczas wojny, nieoczekiwanie zagadnął Mieczysława Jastruna, młodego wtedy poetę, niedawno poznanego: „A może to Irzykowski miał rację… Jak pan myśli?”

Znam kolegów próżnych, obnoszą się ze swoją wielkością „aż do wychodka”, jak to wyraził Montaigne. Natomiast co do tej niepewności siebie… Jak tu być pewnym, kiedy „Magazyn” („GW”), który w grudniu ub… roku zaakceptował jakieś fragmenty projektowanej „księgi trzeciej”

Nie boję się bezsennych nocy, odłożył je na bok na nie wiadomo kiedy. Obiecali, że się odezwą, nie odzywają się, nie wiem doprawdy, co to warte, rosną wątpliwości. Czy w ogóle tę „księgę trzecią” wydawać? „Przekrój”, któremu posłałem 30 stron (na ich prośbę), wydrukował tylko jeden fragment, o Woszczerowiczu. Ach, więc to ich nie pociąga. Z duszą na ramieniu składam maszynopis całości w Czytelniku. Nagle telefon, pani Bydlińska z „Magazynu”: jest korekta! A ja już byłem pewny, że oni tego nie chcą. W czwartek wychodzi numer z tymi kawałkami. Wieczorem dzwoni reżyser Kwietnia, Witold Lesiewicz: „Józku, chciałem ci podziękować za te fragmenty w «Magazynie»”. Trochę ulgi. Dzwoni Zosia: „Aprobuję”. Madzia: „Tato, to jest fajne”. Przedwczoraj wieczorem – Kopaliński. To już jest mocne uderzenie: „Chciałem powiedzieć, że czytałem z zachwytem”. (Opuszczam kilka szczególnych komplementów, nie ośmielam się ich przytoczyć.) Dodał jeszcze, że czytał ze wzruszeniem.

Więc niby dobrze? Ktoś mnie uprzedza, nie pamiętam kto, że Czytelnik długo przetrzymuje książki. Jak dawniej.

Wyszedł Kwiecień, po dwudziestoletniej z górą przerwie. Chyba to już szóste wydanie. „Pieniędzy niech się pan nie spodziewa” – powiedziała raz jeszcze panna Aneta, sekretarzująca wydawcy. Jak dotychczas, ma rację. Podczas promocji w Klubie Księgarza czytał Krzysztof Gosztyła (mówią, że świetnie, Zosia zachwycona jego głosem), poszło sporo egzemplarzy. Był też „prosty żołnierski posiłek”: grochówka, suchary, paski surowej słoniny z papryką – i wódka. W prasie ani słowa. To jednak ta gorsza polska armia i krew przelana nad Odrą i Nysą jest trochę gorszą krwią.

Janusz Tazbir, który z żoną był na promocji Kwietnia, powiedział mi, że dla niego ciekawe było to, co powiedziałem, że kraj w ogóle nie interesował się chłopcami na froncie. (Przedziwne jednak społeczeństwo.) I że zastanawiająca jest moja hipoteza, że władze chętnie się na pewien czas pozbyły z kraju kilkuset tysięcy młodych mężczyzn.

Z rozmowy, którą miałem z Bierutem 15 lipca 1945 roku na polach grunwaldzkich, gdzie Bierut wysłuchał mszy (takie wtedy komuniści mieli obowiązki) – podobno w tym samym miejscu, w którym ponad 500 lat wcześniej wysłuchał mszy Jagiełło – wynikało, że dopiero kilka dni temu Świerczewski opowiedział mu, jak to nad Nysą było. A ja, dziennikarz z armijnego „Orła Białego” w stopniu szeregowca, wyobrażałem sobie, że ktoś, kto rządzi krajem, jest stale na telefonie z dowódcami armii.

„Ciężko mieliście” – powiedział Bierut. Tak, ciężko i groźnie, szły na nas od południa dwie dywizje pancerne SS i kiedy byliśmy w okolicach Bautzen (Budziszyna), słyszałem ponure wycie „ryczących krów”. Ja do niego dziarsko, jak na wiarusa przystało: „Panie prezydencie (domyśliłem się, że on woli «pana prezydenta» od «obywatela»), nasza dywizja, dziesiąta, się nie cofnęła”. Bierut zauważył trzeźwo: „Bo do was nie doszli” – i ta uwaga mi się spodobała.

Pamiętam jeszcze z tamtego lipcowego dnia kilkumetrowe pokrzywy wokół kamienia upamiętniającego Ulryka von Jungingena, Wielkiego Mistrza, który poległ pod Grunwaldem. (Wykorzystam je w Toaście.)

O forsowaniu Nysy, krytykując Kwiecień, pułkownik Załuski napisał trochę propagandowych absurdów, z którymi, niestety, w druku nie można było wtedy polemizować. Że braliśmy udział w tej „potrzebie”, aby krwią przelaną wytyczyć granice na Odrze i Nysie. I że żołnierz polski chciał przez swój udział przyspieszyć koniec wojny. Co za bzdury! Pan pułkownik chyba sam dobrze wiedział, że o granicach nie decydowała jakaś przelana w ostatniej chwili krew – granice wytyczali trzej panowie pochyleni nad mapą… udział zaś polskich żołnierzy nie przyspieszył końca wojny ani o jeden dzień, może ją nawet, na naszym odcinku przynajmniej, przedłużył, bo wciąż stawiały nam opór oddziały SS (podobno ukraińskie) i front rozsypał się dopiero w noc z 9 na 10 maja, kiedy kapitulacja już od dwóch dni była podpisana.

Można zrozumieć, że tej władzy potrzebne było forsowanie Nysy jako demonstracja polityczna. Demonstracja – ale nie trupy! I o tym właśnie, o tych niepotrzebnych trupach, jest Kwiecień.

Jakaś stara notatka o Boyu, a pod spodem o Isaiahu Berlinie. Myślenie Berlina, także to, co on w ludziach wychwytuje, chyba mi odpowiada – bo skąd to uczucie satysfakcji podczas czytania? Jego sceptycyzm jest trzeźwy – to znaczy nie fundamentalny. „Relatywny” – tak to zanotowałem i chyba wiem, o co mi chodziło. O elastyczność podejścia w zależności od rozpatrywanego przedmiotu. Nie twierdził, że sceptycyzm jest receptą na wszystkie przesądy. (Zawsze uważałem, że racjonalista nazbyt rygorystyczny staje się tym samym irracjonalistą, bo nie bierze pod uwagę ciemnych sił, które miotają człowiekiem.)

Inaczej Bertrand Russell – zanotowałem na tej kartce – ten łudził się, że jeśli ludzi się przekona, by działali zgodnie ze swoim interesem (a cóż niby prostszego?), świat stanie się lepszy. Bo w interesie ludzi jest pokój, porozumienie, kompromis. Ale my wiemy, że równie często, albo i częściej, dyktują postępowanie emocje niż założony przez Russella interes własny. Nawet władcy tego świata podejmują nieraz decyzje nie dlatego, że wydają im się korzystne, ale dlatego, że sprawiają im przyjemność.

Russell byłby się zirytował, gdyby ktoś mu powiedział, że i on hołduje utopii, tworzy nową utopię – sceptycyzmu. A Boy? Był bliższy temu, co głosił Berlin. Nie przejmował się tym, że świat nigdy nie będzie doskonały. („Świat jest nienaprawialny” – tak orzekł tłumaczony przez niego Montaigne, świadek wojny domowej we Francji.) Tyle jest małych, a całkiem pilnych spraw do załatwienia, tyle dolegliwości, tyle udręczeń – pracujmy nad tym, by je w miarę możliwości usuwać. By goić rany, nie tworząc nowych.

Obaj, Boy i Russell, uważali, że jakiś postęp moralny ludzkości można zaobserwować – chociaż nie dzięki postępowi technicznemu – tacy prostoduszni nie byli – ale dzięki wytrwałej walce o prawa człowieka, dzięki hasłom rewolucji francuskiej, hasłom młodej amerykańskiej niepodległości. Obaj postrzegali postęp w stosunku tłumu do publicznych egzekucji: przestały być rozrywką. Zdarzało się dawniej w Lizbonie, relacjonuje Russell, że heretyk wyrzekał się swoich przekonań. Czyniono mu wtedy tę łaskę, że nie palono go żywcem, najpierw go duszono. „Doprowadzało to widzów do takiej furii, że władzom bardzo trudno było zapobiec porwaniu delikwenta przez tłum i spaleniu żywcem”.

A dzisiaj? Publiczne egzekucje zostały zastąpione przez okrucieństwa pokazywane w telewizji – kto jest spragniony takich widoków, może je znaleźć, skacząc pilotem po kanałach.

Wydaje się, że wiara Boya w europejski postęp moralny załamała się, lub została co najmniej mocno nadwątlona, wraz z dojściem Hitlera do władzy. Był rok l933, nikt nie przeczuwał masowej eksterminacji, zorganizowanego mordowania, komór gazowych, krematoriów, ale Zło szczerzyło już zęby, „wszystko może wrócić” – ostrzegał Boy-Żeleński w recenzji z Kupca weneckiego. Przestał być tym optymistą, tym chwalcą nowych czasów, który rano, po przebudzeniu się, chciał tańczyć z radości w nocnej koszuli na tapczanie.

Śmierć Kazimierza Brandysa bardzo mną poruszyła. Nie spodziewałem się jej, mimo ciężkiej choroby, o której ciekawie, niemal heroicznie pisał. Chyba mi się wydawało, że jeszcze nie teraz, że się jakoś śmierci wykpi – i wróci do normalnego, tj. starczego bytowania (Bardzo starzy oboje). Ze sprawnie działającym mózgiem. Ostatnio dobrze nam się rozmawiało – rozumieliśmy się w pół zdania. Nie zawsze tak było.

Nie ma go. Dziwne: bo był zawsze. Jakoś przy mnie obecny. Nie bliski, ale obecny. Inny niż ja – w pisaniu, w temperamencie, w środowisku, z którego pochodził, w którym się obracał. Inteligent i inteligenckość. Zawsze starannie zapięty, odprasowany, uczesany. Ideowo w porządku. Zanadto nawet: zaatakował Miłosza opowiadaniem Nim będzie zapomniany – tytuł wiele mówiący – czego Miłosz nigdy właściwie mu nie wybaczył.

Zaczęło się między nami niedobrze. Wiosną 1948 roku, kilka miesięcy po moim debiucie, posłałem do łódzkiej „Kuźnicy” prozę Na zachód od Nysy, kilkanaście stron gęstego maszynopisu. Myślałem, że przyjmą to z otwartymi rękami: dramatyczna, autentyczna relacja o tej armii, o której nie pisano, na prozę o niej czekano – tak mogło się wydawać. Dostałem zwrot maszynopisu z krótkim zdaniem: „Z nadesłanego materiału nie skorzystamy”. I to wszystko. Dlaczego nie skorzystamy – nie wiadomo. A przydałoby się wyjaśnienie. Potraktowano młodego prozaika, którego debiut miał raczej powodzenie, jak natręta. Gdzie tobie do „Kuźnicy”! Myślę, że obca im była poetyka tej prozy: szorstki realizm, narracja subiektywna, ale bez komentarzy, refleksja ukryta pod rzeczowością opisu. A oni, ci elitarni marksiści, hołdowali Proustowi, usiłowali naśladować go tasiemcowymi „analizami”, opisami przeżyć wewnętrznych, nie zauważając, że są epigonami. Byli zwartą grupą. Tym z zewnątrz – wara. (Doświadczył tego na sobie i Stanisław Lem.) Nie lubili mnie także dlatego, że patronował mi Ksawery Pruszyński. „Meissnery i Fiedlery” – pisał naczelny redaktor, erudyta Stefan Żółkiewski – to do tego worka mnie wepchnęli; jeśli coś dobrze się czytało, nie mogło mieć „poziomu”. Marian, kiedy mu po kilku latach w Zakopanem o tym liściku opowiedziałem, zareagował krótko: „Kazik jest świnia”. Myślę, że tak to sobie palnął, jak to między braćmi bywa.

A ja długo nie mogłem się z tej porażki otrząsnąć. Wierzyłem im – nie sobie. Minął prawie rok, zanim ośmieliłem się i posłałem tekst do „Twórczości”, do Krakowa. Dostałem natychmiast list od Wilhelma Macha, że pójdzie w najbliższym numerze. Wyeksponowano Na zachód od Nysy na okładce miesięcznika. Więc nie pomyłka. Było w środowisku trochę komplementów, chwalił nawet Gałczyński (którego „Kuźnica” zresztą tępiła). Fragment tej prozy, o wierszu nieudolnym, ale wyrażającym prawdę, na który zwrócił uwagę Lem (dowiedziałem się o tym od zaprzyjaźnionego z nim Ścibora-Rylskiego), zamykał po latach Nie boję się bezsennych nocy. Wydawca uznał to za wiele mówiącą puentę. No to dlaczego, u diabła, nie skorzystali?!

Nienagannie partyjny, gładko uczesany, z krawatem, nosił się bynajmniej nie po proletariacku. Napisał Obywateli, powieść socrealistyczną, wypracowanie na piątkę. Krzywiłem się na nią przed Marianem, a on powiedział: „Kazik jest genialny. Napisał powieść o klasie robotniczej, a w życiu nie rozmawiał z robotnikiem”.

Trzeba się pogodzić z tym, że było dwóch Kazimierzów Brandysów, jeden tużpowojenny, drugi późniejszy, poodwilżowy, przynajmniej w moim życiu było ich dwóch. (Tak zwana „odwilż” początkowo najwyraźniej go irytowała, zareagował na nią brzydką fraszką.) Uważałem go za karierowicza i wypucowanego egoistę. Do Obór przyjeżdżał simką, kiedy jeszcze nikt nie miał samochodu, z zaślinionym bokserem Albinem, który dusił hodowane tam kury. Siedzieliśmy na ganku i widzieliśmy, jak stary literat, Żyranik, wychodzi z oficyny z walizką, by potruchtać z nią do Jeziorny, do autobusu; pan Kazimierz zaczął opowiadać, że ten starzec z walizką był w porewolucyjnym Piotrogrodzie pełnomocnikiem Lenina do walki z prostytucją, sypał anegdotami, w ogóle braciom Brandysom zawdzięczam mnóstwo intymnej wiedzy z życia literackiego.

Byłem pewny, że gardzi moim pisarstwem (chociaż wydaje mi się, że czytał Skromnego chłopca w haremie i drukowaną w „Nowej Kulturze” Wdowę po Joczysie, którą Kutz sfilmował w Krzyżu Walecznych). Aż do pewnego obiadu w Oborach, chyba jesienią l958 roku (siedzieliśmy przy długim stole, on u czoła, pod ścianą, na której wisiał portret dwóch szlacheckich synków, o których mówiono, że to bracia Brandysowie, ja naprzeciw niego), wspomniałem, że wybieram się do Bratysławy, bo Słowacy chcą kręcić film Bokser i śmierć. I nagle on się odzywa: „To genialne opowiadanie”. Powiedział i zaczerwienił się – no bo takich rzeczy się przy tym stole nie mówi, trochę tego za dużo.

Potem oceny zdarzały się częściej. Pamiętam, kiedyś w Oborach zaszedłem do ich pokoju, Kazimierz (już chyba byliśmy na ty) leżał na łóżku i czytał Mgiełkę. Wykrzyknął (do pani Marysi): „Dlaczego o tym się nie mówi? Dlaczego się nie pisze?” Mogłem powiedzieć: „No to mów, pisz”. Ale nie powiedziałem tego.

O Crimenie (książkę sobie kupił): „Nikomu w polskiej literaturze nie udają się tak postaci kobiece jak tobie. Ta Urszula jest genialna”. (Znowu.) Ze strony pani Marysi padł komplement niezwykły jak na żonę pisarza, i to tak wybitnego: „Ach, gdyby Kazik miał taki dialog jak pan!”

Dotknęła słabego punktu jego pisarstwa – słabizny całej „Kuźnicy”: dialog jakby postaci mówiły kawałkami z esejów. On, Adolf Rudnicki, Paweł Hertz, Mieczysław Jastrun – wszyscy! Podziwiać ją należy, że ośmieliła się to wychwycić.

Nasz bruderszaft – który to mógł być rok? Już przy Gierku. Na Andrzeja, w mieszkaniu Brauna na Starówce. Spodobał mi się sposób, w jaki go zaproponował: „Przejdźmy na ty. Należy nam się to”.

Był świetnym, wyjątkowej inteligencji eseistą. Myślę, że jego znakomity szkic o Sartrze – tak wejrzeć w pisarza może tylko inny pisarz – zachwycił Sartre'a i to im obojgu, Kazikowi i żonie, bardzo później we Francji pomogło.

Kiedy po latach niebytności w Polsce przyjechał na wakacje do Obór, ja wybrałem się do niego z Konstancina, żeby mu wręczyć Nikt nie woła, otworzył ramiona, wyraźnie wzruszony, i ucałowaliśmy się. Dopytywał się: „Mów, co u Madzi? Co u żony? Jak Maciek?” Gadaliśmy o Ryśku i o Irenie. O Konwie. Pani Marysia w tym czasie leżakowała w parku wśród zieleni w towarzystwie zaprzyjaźnionych Rymkiewiczów, z których on, Jarosław Marek, objawił się jako zaciekły nacjonalista (nie jestem pewny, czy pani Ewa to pochwalała). Marysia przywoływała męża. Kazik, podnosząc się, zwrócił się do mnie: „Ty tam nie idź, to nie jest towarzystwo dla ciebie”. On musiał – ze względu na starą przyjaźń. Doceniłem delikatność tej uwagi.

Czytali oboje Yokohamę. Zapytywał: Czy Duży Jaś to Staś Dygat? Tak. A Mały Jaś to Himilsbach?… Aha.

Agata (Tuszyńska) mówiła mi, że zachwycał się Nowolipiem. Mnie się zwierzył, że wzruszył go do łez śpiew dziewcząt na plaży Makabi. Później oboje – on i pani Marysia – entuzjazmowali się moim Boyem. Świetna książka. Ważna książka. Publikował akuratNotatki z życia i lektur.

O moim Boyu jednak nic nie odnotował. Może nie zdążył…

Kiedyś na ganku, w słońcu, Joanna Guze czymś się zachwycała, i wykrzyknęła do M., jak to ona: „Musisz to zobaczyć!” Pani Marysia, do Kazika: „Kaziu, musimy to zobaczyć!” On westchnął ciężko i zerknął na mnie: widział, że ja nic nie muszę. Kiedyś powiedział, przyglądając się z ganku, jak zbliża się ku nam tanecznym krokiem uśmiechnięta dziewczyna w kwiecistej sukni: „Ten to się umie urządzić”. Był wtedy zakochany w efektownej inteligentnej pani, Krystynie P., zakochany z wzajemnością, i wszystko się rozwaliło, bo zawiadomiono go, że Marysia, która uciekła do Krakowa, stacza się tam w beznadziejne pijaństwo. Kazik pojechał po nią. Podczas okupacji ona go ratowała.

Pani Krystyna napisała potem do mnie list z Ameryki. Dlaczego do mnie? Nie pamiętam.

(Dopisuję w roku 2008. Uchański dał mi jego Charaktery i pisma, książkę przed laty wydaną w Londynie w Aneksie, teraz Wiesław ją wznowił: „Przeczytaj, to świetne”. Nie znałem tego tytułu, przeoczyłem go. Świetne, rzeczywiście. Chciałoby się wykrzyknąć: Ale klasa! Trzy szkice biograficzne, trzy przyczynki do losów ludzkich, gdzieś na granicy szaleństwa: Oscar Wilde, Andre Gide i Paul Leautaud. Dlaczego akurat o nich? Impulsem były zapewne dzienniki, nowe biografie, ale także własne niepokoje, którym dawał upust, pisząc o tamtych. On sam próbuje na to znaleźć odpowiedź. W pierwszych dwóch szkicach „rysował się pewien konflikt, występujący zarówno w życiu Oscara Wilde'a, jak i Andre Gide'a. Konflikt między ciałem i duchem, duchem a ideami. W przypadku Gide'a należałoby dodać: między ideami a polityką. Myślę, że obydwaj, Wilde i Gide, szukali wyzwolenia z udręk ciała i zwątpień intelektu, dążąc do osiągnięcia harmonii wewnętrznej zwanej cnotą”. To jeszcze Kazik mógł przyjąć, zrozumieć i w jakimś stopniu [poza homoseksualizmem] odnieść do siebie. Z Leautaudem było zupełnie coś innego. Coś jak obserwacja dużego, dziwnego zwierzęcia, kogoś, kto literata o wzorowych manierach, nieskazitelnie schludnego, przestrzegającego pór posiłku i godzin pracy, może zafascynować. Te szkice potwierdzają to, o czym zawsze byłem przekonany – dałem temu wyraz, odnotowując wydane w drugim obiegu Miesiące – że był przede wszystkim eseistą, i to wielkiej klasy. Właśnie jako eseista stawał się znakomitym narratorem. Jest coś muzycznego w stylu tych opowieści, jak wirtuozerska gra na fortepianie, igranie ze zdaniami, z ich zmieniającym się rytmem. Lektura, która sprawia niemal fizyczną przyjemność.)

Maj

W świątecznej „Wyborczej” długa rozmowa z Herlingiem-Grudzińskim. Anna Bikont i Joanna Szczęsna fachowo go preparują, wydobywają jego obsesje, fobie, starczy upór. (O takich typach Gorki pisał: Złoj stariczok. Herling jest właśnie taki – rozeźlony starzec.) O Andrzejewskim – że „trudno o głupszego człowieka”. O Brandysie – że „świnia”. Nie zauważa tego (co kilka dni temu odnotowałem), że Brandys ma jakby przepołowioną biografię: do 1956 roku – wiadomo jaką (ale, ciekawe, czytelnicy go akceptowali, czytelnicy dali się przekonać do współzawodnictwa socrealistycznego i Kazimierz Brandys został laureatem w plebiscycie „Kobiety i Życia Praktycznego”) – i późniejszą, w której, co prawda, też nie brakło różnych pospiesznych zafascynowań, z kultem jednostki włącznie. Towarzyszyła jednak już temu zawsze refleksja, gorycz, trzeźwe spojrzenie na pijane społeczeństwo.

Wracam do Herlinga. Jesteśmy – charakterologicznie – na antypodach. „Nigdy im nie wybaczę”, „nigdy mu tego nie zapomnę”. Ignazio Silone, w 1961 roku, kiedy rozmawiałem z nim w redakcji „Tempo Presente”, dał mi delikatnie do zrozumienia, że dialog z Herlingiem może być dla mnie trudny; powiedział z uśmiechem: „On jest bardzo zasadniczy”. On sam, Silone, autor Chleba i wina, potrafił być wyrozumiały i w potrzebie iść na kompromis. Rozmawialiśmy, o dziwo, po włosku. Bo on, pisarz starej daty, nie znał angielskiego, a ja, wkrótce autor książki o Montaigne'u, jeszcze nie opanowałem wystarczająco francuskiego. Opowiadał mi o spotkaniu z Iwaszkiewiczem. E molto cinico – powiedział nie bez podziwu. Iwaszkiewicz pochwalił się dowcipem, który krąży o nim w Warszawie. Królowa Elżbieta belgijska, rozjeżdżająca po Europie melomanka, którą Iwaszkiewicz przyjmował u siebie w Stawisku, miała go zapytać: „Monsieur Iwaszkiewicz, czy pan jest wierzący?” „Tak – odpowiedział – wierzę, ale nie praktykuję”. „A czy pan jest marksistą?” „Praktykuję, ale nie wierzę”.

Odszukałem zapiski na temat Herlinga-Grudzińskiego ze stycznia 1991 roku. Amerykanie, po napaści Saddama na Kuwejt, zaczęli właśnie interwencję zbrojną w Iraku. Od kilku nocy, notuję, rakiety irackie wystrzeliwane są na Izrael. Cud, że dotychczas nie ma ofiar śmiertelnych. Próbowałem, notuję, czytać powtórnie Dziennik pisany nocą Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Recenzenci sławią go na kolanach, piszą o jego Dzienniku jako o czymś „wielkim”, o nim jako o autorytecie moralnym, nie ma prawie poważnego pisma w Polsce, które nie zaprosiłoby go do „rady”, „areopagu” lub czegoś podobnego. Więc może to ja, który czytałem go nie na kolanach, ale leżąc na tapczanie, bez szczególnych emocji, nie wykazałem przenikliwości, wrażliwości czy czegoś jeszcze? Ale i tym razem, przy powtórnej lekturze, nie mogłem się pozbyć uczucia, że te zapiski są jednak monotonne. Monotonne i monotematyczne, obsesyjne. (Nie jest wykluczone, że ta obsesyjność, maniakalna uporczywość w osądzaniu spraw i ludzi, pogłębia się i twardnieje z wiekiem, co bywa procesem naturalnym, znanym w geriatrii.) Czy są te dzienniki przynajmniej wybujałe myślowo? Czy znajdę coś, co mnie olśni? Zaskoczy głębią, sięgnięciem do dna? Owszem, zdarza się – w cytatach, które Herling przytacza. Herling obraca się w kręgu literatury elitarnej – a to poczyta sobie Camusa, a to Conrada, skubnie Dostojewskiego, Kafkę, jeszcze raz Sołżenicyn, jeszcze raz Weissberg-Cybulski, no i cudowny Babel – same szczyty, dzięki mu za to – ale to jego lektury są najwyższego lotu, nie zaś to, co on sam pisze. (Oto przykład takiego znakomitego, moim zdaniem, cytatu, który z Herlinga odpisałem. Z odczytu Alberta Camusa w Nowym Jorku w r. 1945, według notatek Nicola Chiaromonte. Camus: „Nie ma Hitlera, lecz po jego zniknięciu wiemy kilka rzeczy. Po pierwsze, że trucizna, którą był naładowany hitleryzm, nie została usunięta; jest nadal w każdym z nas. Ktokolwiek mówi dzisiaj o ludzkiej egzystencji w kategoriach władzy, wydajności, zadań historycznych, szerzy tę truciznę; jest zbrodniarzem, rzeczywistym lub potencjalnym. Jeśli bowiem problem człowieka sprowadza się do zadań historycznych, wszystko jedno jakich, człowiek staje się wyłącznie surowcem historii i można z nim zrobić wszystko, co się zechce”. Konkluzja Camusa: „Odrzucamy każdą ideologię, która rości sobie globalne prawa do życia ludzkiego”.)

Kto ośmieli się głośno powiedzieć, że lektura Dziennika dzisiaj rozczarowuje? Że wszystko to mogło być dla nas podniecające, dopóki było zakazane, dopóki mogliśmy zazdrościć mu nieskrępowanej wypowiedzi, bez kompleksów? Teraz wszystko, co tam, na emigracji napisano, jest jakie jest, otoczka romantyczna rozwiewa się, wyłazi jednostronność, zrzędliwość (bardzo częsta u Herlinga), czasem jadowitość. Obawiał się utraty blasku swojego eseistycznego pisarstwa bardzo trzeźwo na te sprawy patrzący Jerzy Stempowski.

(Nie dotyczy to Miłosza i Gombrowicza. Oni nigdy nie byli pisarzami „emigracyjnymi”. Podobnie Mrożek. Ich czytelnik był w kraju i to do niego adresowali swoją twórczość. „Emigracyjność” nie zależy od adresu autora. To jest stan ducha, a raczej – sposób myślenia.)

Dla ludzi z kręgu paryskiej „Kultury”, którzy wymieniali między sobą sążniste listy, niby humaniści szesnastego wieku, ich pisarstwo było pokarmem, którym się wzajemnie częstowali. Nie chcę przez to powiedzieć, że było to towarzystwo wzajemnej adoracji – nie tak się rzecz przedstawia – przypominają raczej sektę, może zgromadzenie wzniosłych duchów, właśnie na sposób charakterystyczny dla humanistów. Szło o Sprawę, zgoda, dla Giedroycia to ona wyznaczała postępowanie. Co innego ocena literacka – po pewnym czasie musi nabrać bezwzględności. Zwłaszcza po okresie samoobełgiwania się.

Trzeba wreszcie powiedzieć wprost – i to teraz, kiedy usiłuje nam się wmówić, że przez czterdzieści lat była w kraju „czarna dziura”, że nie powstało nic wartościowego, że liczy się tylko to, co napisano tam, pod wolnym niebem: mieliśmy tu teksty o niebo przewyższające Dziennik Herlinga i eseje Stempowskiego. Pełne autentycznego blasku pisarstwo Flaszena, Błońskiego, Kijowskiego (jakże znakomite są jego Kroniki Dedala!), był Kazimierz Wyka, ich mistrz (wciąż przyprawia o wypieki jego Zycie na niby), Adolf Rudnicki ze swoimi Niebieskimi kartkami, krajowy jeszcze Jan Kott, a także bluźnierczy, nieznośny, oburzający, ale jakże żywy i przewrotny Zygmunt Kałużyński – mówię wciąż o gatunku zbliżonym, dającym się porównać.

Ale skąd to wrażenie usypiającej szarości przy lekturze notatek Herlinga? Być może ta szarość spowodowana jest nieosobistym tworzywem, którym posługuje się, chyba celowo, autor. Widzimy tu ślęczącego przy biurku literata (żeby nie powiedzieć: skrybę), który czyta, notuje, a w wypowiedzi zajęty jest tylko jednym: demaskowaniem podłości czerwonych. Zawsze czujny, zawsze niezłomny. Nigdy żadnych wahań. Tymczasem, czekając na wielki moment (nie wiem, czy przez niego przewidywany), kiedy imperium zła się rozpadnie (właśnie doczekał się, wszyscyśmy się doczekali – i co dalej?), więc tak czekając, wypije sobie kawkę w Galerii Umberto, odwiedzi Maisons-Laffitte, wpadnie do Frankfurtu na targi, do Londynu na sympozjum, jakieś bezpieczne protesty, jakieś wymówki, że ktoś (np. Tomasz Mann) jest mniej niezłomny, bo zgadza się, by Rosjanie czytali jego książki, ktoś się poddał, ktoś przyjął nagrodę. Robi to wrażenie życia spokojniutkiego, ustabilizowanego, czasem autor jest, owszem, obolały, rozgoryczony, ale rozterki nie przeżywa. Herling-Grudziński zawsze wie, jak pisarz ma się zachować. On wie, a taki na przykład Konwicki, co Herling mu zarzuca – nie zawsze.

I to jest prawda: nie zawsze. Ale dzięki temu ta literatura, tutejsza, krajowa, ma swoją temperaturę. Pulsuje życiem. Literatura bowiem, szczególnie literatura zapisków – karmi się rozterką. Nie wszystko w duszy jest rozstrzygnięte do końca, nie wszystko określone: tu czerń, tam biel – sumienie też nie zawsze czyste – i z tej walki ze sobą, z cenzurą (żeby ją jakoś pokonać, przechytrzyć), powstaje – założywszy, że autor jest utalentowany i wrażliwy – literatura godna tej nazwy.

(Herling najwyraźniej przywiązał się do myśli, że w Polsce są jacyś komuniści i że są oni zagrożeniem dla demokracji, przed którym on musi ostrzegać. Trudno mu się bez nich obejść. Do komunistów zalicza pokolenie Cimoszewicza i Kwaśniewskiego, którzy nigdy nimi nie byli. Teraz mogą być sobą. Diagnoza, że tamto uczestnictwo miało na celu wyłącznie karierę (choć na pewno i ta perspektywa istniała), byłaby uproszczeniem. Impulsem była przede wszystkim potrzeba działania, aktywność i energia młodej krwi. Ktoś, kto spędza czas za biurkiem w Neapolu, kto nie tkwi w tej trudnej rzeczywistości swoją własną codziennością, nie jest w stanie, zwłaszcza na starość, odrzucić stereotypów, którymi przesiąkł mózg. Zrozumieć pokolenie, które pod jego nieobecność ośmieliło się wyrosnąć.

Inaczej Giedroyc. Redaktor był zawsze czujnym i racjonalnym (choć nie bez porywów romantycznych) obserwatorem zmieniającej się w Polsce rzeczywistości. Przeżył swoje rozczarowania. Kiedyś, u progu październikowej odwilży 1956 roku, oczekiwał, że ruch rewizjonistyczny rozbije partię. Taką nadzieję mógł mieć tylko do Marca 1968. Schizma nie nastąpiła. Nie ma schizmy, kiedy nie ma wiary. Kiedy uczestnikom partyjnej liturgii wszystko jedno, czy wiszą obrazy, czy ich nie ma, czy przeżegnują się z lewa na prawo, czy z prawa na lewo. Koniec ideologii. Jest tylko aparat władzy.)

Wspomnę tu o pewnej rozmowie z panem Gustawem. Był rok 1975, chyba koniec października. Płynąłem włoskim statkiem z Hajfy do Marsylii, przycumowaliśmy na osiem godzin w Neapolu. Zadzwoniłem do Herlinga, spotkaliśmy się w huczącej Galerii Umberto (chyba to była niedziela i w Galerii obstawiano mecze piłkarskie), rozmawialiśmy przy nektarze z espresso. Pan Gustaw miał do mnie stosunek miły, powiedział mi kiedyś, jeszcze w Paryżu, że uderzyło go, że byłem jedynym polskim literatem, o którym Marek Hłasko dobrze mówił. W pewnej chwili pan Gustaw zaczął robić wyrzuty polskiemu środowisku literackiemu, że jest potulne, nie walczy, nie buntuje się. Czesi na przykład postępują inaczej. Tłumaczę mu, że moi koledzy są w innej sytuacji niż Czesi – oni zostali przyparci do ściany, zabrano im wszystko. Jeśli u nas pojawi się jakiś konkretny powód, na pewno zareagujemy. (Stało się tak: w dwa miesiące później był protest ludzi sztuki przeciw wprowadzaniu pewnych upokarzających artykułów do konstytucji.) Słuchałem go i myślałem sobie: „No to czego nie przyjedziesz do Polski, by buntować się razem z nami? Namawiasz nas do buntu, do wegetowania wśród czarnych list, bez możliwości druku, podczas gdy ty będziesz wiódł spokojny żywot w Neapolu”.

Tak to wtedy, w 1991 roku, zapisałem. Było jeszcze coś w rodzaju postscriptum. Wahanie, co z tym tekstem robić. Publikować? A jeśli tak, to gdzie? W jakimś piśmie lewicującym (każde inne go odrzuci)? Od razu ustawi to tę krytykę niewłaściwie: jako wypowiedź polityczną. A to jest wyłącznie konstatacja literacka. Próba trzeźwego spojrzenia na istotne wartości.

Wczoraj, zanotowałem na zakończenie, rozmawiałem o tym w redakcji „Słowa” z Andrzejem Mencwelem. Powiedział: „Cieszę się, że pan to mówi. Bo ja myślę dokładnie tak samo”.

Syn tej pani od „czerwonej hołoty” kupił na straganie mojego Błazna, wczoraj podpisałem dedykację. Ja do pani: „Jeszcze się pani przekona do Boya – po tej książce”. Ona: „Chyba nie”. „Wzruszy się pani” – mówię. Ona wzdycha, że chciałaby przeczytać tę książkę o komisji w armii Andersa, Nikt nie woła. Bo kilka dni temu, kiedy się dziwiła, że w sierpniu 1941 nie wyjechałem z Rosji z Andersem, powiedziałem po prostu: nie przyjęli mnie. Zrobiła wtedy wielkie oczy: „Dlaczego?” Tłumaczyć jej? Że to z powodu pochodzenia? Powiedziałem tylko, w której powieści o tym mówię.

Nie lubię tych pań, które nie wiedzą i nie chcą wiedzieć, kiedy wiedza burzyłaby ich egzaltowany patriotyzm. Wszystko byłoby tak proste, tak cudowne – my najlepsi, najszlachetniejsi – a tu ci ze swoimi pretensjami.

W księgarni im. Prusa, na Krakowskim Przedmieściu, kupiłem Okamgnienie Stanisława Lema. Książka o najważniejszych zagrożeniach nadchodzącego stulecia. Cieszyłem się na tę lekturę. Oczywiście, ciekawe, ale czasem drażni język, w którym przejawia się swoiste poczucie wyższości. Książki tego typu, przeznaczone dla ludzi o wykształceniu raczej humanistycznym – bo przecież nie dla fizyków i biogenetyków – należy pisać po polsku, podczas gdy Lem stosuje często żargon scjentyczno-epistemologiczny, aksjologiczno-ontologiczny, i to tam, gdzie od lat używane jest z dobrym skutkiem słownictwo polskie. Przyłapałem go już kiedyś na „kompleksie suicydalnym” (samobójczym), w tej zaś książce przepowiadanie nazywane jest „predykcją”, nieśmiertelność „immortalizmem”, ewolucja skokowa jest „saltacjonistyczna”. Czy dostał bzika? Taki świetny pisarz! Czy też inaczej już nie umie?

W Konstancinie, w domu ZAiKS-u, wszyscy są przyjemnie podnieceni i usatysfakcjonowani wywiadem z Herlingiem-Grudzińskim w świątecznej „GW”. Nie lubią go. Myślę, że głównie dlatego, że moralizuje i poucza (zafundowano mu nawet taki cykl umoralniający w telewizji), siedząc sobie w Neapolu. Giedroyc nie moralizuje – mówi o koniecznościach politycznych. I na ogół ma rację.

Sięgam więc znowu do moich notatek z 1991 roku. 15 maja. W Domu Literatury, w PEN Clubie, wieczór Herlinga-Grudzińskiego. Kilkunastu wybrańców obskakuje gościa, załatwiając przy okazji jakieś interesy. Nie ma dziś czarnych list (zapewne), ale są listy „swoich”, jedynych błagonadiożnych kombatantów kruchty i wieczorów w kościołach.

Czy Herling to widzi? Niewykluczone. Przecież to trzeźwy człowiek. Czy uwierzył, że jest wielkim pisarzem? Może i tak, takiej wierze niełatwo się oprzeć, kiedy zasypują cię doktoraty honoris causa, na wieczór autorski zbiega się cała śmietanka, „Ex Libris” wydaje specjalny numer, niektórzy piszą, że jest wielki, niektórzy, że największy w Polsce, mało tego – w Europie. No i że autorytet moralny.

Mogę się zgodzić: to