Dziennik Felicji - Aleksander Niewiarowski - ebook
Opis

Niezwykle wzruszająca opowieść o tragedii kobiety samotnie wychowującej dziecko. W pewnym momencie okoliczności życiowe sprawiają, że dopuszcza się czynu dzieciobójstwa, za co trafia do więzienia. Czytelnik z rosnącym zainteresowaniem może śledzić historię kobiety dzięki barwnemu opisowi z jej dziennika, wnikliwie badanego przez śledczych. Jeden z bohaterów, literat, przyjaciel asesora, postanawia w rezultacie wydać ten pamiętnik drukiem w gazecie codziennej. Autor na kartach powieści zadaje wiele pytań dotyczących sensu życia ludzkiego, zwraca uwagę na fakt, w jaki sposób przypadki losu mogą determinować działanie człowieka. Jest to jedna z wielu powieści Aleksandra Niewiarowskiego (1824–1892), który był również dziennikarzem, piszącym pod pseudonimem Aleksander Półkozic i współpracującym z licznymi pismami warszawskimi, m.in. „Gazetą Codzienną”, „Pszczołą”, „Antraktem”. Był członkiem Cyganerii Warszawskiej. Wśród jego dzieł należy wymienić: „Wspomnienie o Cyganerii Warszawskiej” (1964), a także powieści: „Galeria panien na wydaniu” (1855), „Życie na żart” (1856), „Galeria konkurentów i konkurentek” (1857). Obecne wydanie zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 157

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Aleksander Niewiarowski

Dziennik Felicji

Warszawa 2012

Bo choć biada długo dręczy

Losu tęcza niech zaświta:

Niebo śmielszej nie ma tęczy,

Jak jej wstęga różnolita.

W chmurnej duszy gdy połyska

Jej barwisty łuk wspaniały:

W świetle jego i zwaliska

Dumniej będą wyglądały...

Z poematu Wielki Pan

PROLOG

W roku 184* powracałem do Warszawy z archeologiczno-fantastycznej wędrówki po Radomskiej guberni. Dwaj towarzysze rozstali się ze mną. Jeden został u siostry w Radomiu, drugi u rodziców swej narzeczonej w okolicy tegoż miasta. Ponieważ nie miałem ani siostry, ani kochanki, powędrowałem dalej samotnie, i samotnie też przybyłem do Warszawy. Wchodząc do miasta miałem jeszcze w głowie pełno wspomnień z malowniczej wycieczki, w teczce pełno szkiców, notatek i starą zardzewiałą sprzączkę od trzewika Twardowskiego, na butach wreszcie, pełno kurzu i błota. Wszystko to razem wzięte, miało służyć mi jako materiał do czterotomowej powieści historycznej, w której, ku pożytkowi literatury, miałem odmalować z jakie dwieście par żółtych i czerwonych butów, tyleż różnobarwnych kontuszów. A dla zachowania miejscowego kolorytu, wypalić w skórę po jakieś sto bizunów dwóm chociaż bohaterom mojej historycznej powieści.

Minąwszy rogatki, w których opatrujący paszporty rewizor zatopił badawcze spojrzenie w opalonej twarzy i obłoconych sukniach moich, puściłem się dalej, zmierzając do kawalerskiej siedziby, którą w starej kamienicy przy ulicy Elektoralnej zajmowałem.

Czas był prześliczny, koniec czerwca zaludnił nasze dobre miasto mnóstwem obywateli, obywatelek i obywatelskich dzieci. W powietrzu czuć było wełnę i wyścigi. Milczkiem i cokolwiek zaambarasowany moją arcypodróżną toaletą, przesuwałem się po trotuarze Domicjalnej ulicy, ścigany szyderskimi spojrzeniami wystrojonych żon i córek karetuików, mosiężników i ślusarzy, które piękny dzień i liczne obstalunki przy napływie wełniarzy i wyścigowiczów, do wesołego usposobiły spaceru. Byłbym już chętnie przełamał ślub pieszy, który wychodząc na wędrówkę, ja i towarzysze moi najsolenniej uczyniliśmy, lecz niestety! Na całej długości ulicy ani jednej doróżki. Zresztą, jako obeznany z drobnymi sekretami Warszawy, wiedziałem że nasze doróżki tylko wtedy można spotkać, gdy się ich wcale nie potrzebuje. Zrezygnowałem się przeto w duchu, i prosząc bożka Apollona, aby dom mój do mnie lub ja do niego zbliżyć się co prędzej mogliśmy, peregrynowałem dalej.

Właśnie dochodząc już do celu, zastanawiałem się co pocznę z sobą, jeżeli mój służący, znakomity badacz teorii Haberbusza, każe mi czekać przede drzwiami, gdy nagle, za jaskrawym gronem wystrojonych kobiet, ujrzałem Edwarda C., asesora sądu poprawczego, a mego przyjaciela i szkolnego kolegę.

Edward C. był znakomitym prawnikiem, dobrym kolegą i dziwakiem. Dziwactwo to, jednak leżąc jedynie w drobnych odcieniach charakteru, nie raziło nikogo, i tylko dla ludzi bliżej żyjących z szanownym asesorem, widome być mogło.

Ucieszony serdecznie spotkaniem, nie uważając że mój przyjaciel miał jakąś pełną roztargnienia i smutku fizjonomię, obces rzuciłem się w jego objęcia.

– Bądź pozdrowiony zwolenniku Drakona, sługo Likurgowi – zawołałem kompromitującym od chrypki głosem.

– Witam cię kuchciku Apollona i potomku Pindara – odpowiedział spokojnie Edward – Ale cóż to jest u licha? Wyglądasz jak jeden z praktykantów, którymi słudzy Temidy garnirują kratki mojej izby inkwizytorskiej.

– Sądzisz, że mam minę zbrodniarza?

– W istocie.

– Nieuku! Widziałeś kiedy literata w czarnym charakterze?

– Och! O niczym nie wątpię i za nic nie ręczę.

– A to od jakiego czasu?

– Ach! Ach! – rzekł przeciągle zachmurzając się asesora – to długa historia.

– Ba! Historia... Zmiłuj że się! Jestem spragniony strasznych rzeczy. Wyobraź sobie, przepędziłem sześć tygodni jak prawdziwy pasterz sielanek.

– W istocie zmizerniałeś, czy nie karmiono cię melodią fletu podczas artystycznej wycieczki? Ale... wiesz co, jakkolwiek charakter mój zbliża mię często do błota i łachmanów, czynię to przecież niechętnie i tylko z urzędu.

– Cóż stąd?

– Oto radziłbym ci przebrać się, i... do widzenia! Zobaczymy się później.

– Jak to, chcesz mię opuścić?

– Z pewnością.

– A dokąd idziesz?

– Ot tak! Sam nie wiem, wybrałem się niby na spacer, niby do Ohma, niby na raki.

– Dzieciństwo! Kto słyszał jeść raki w tym roku podczas cholery... To szkodzi.

– Ba! Życie najbardziej szkodzi, a przecież się żyje, jak mawiał pewien nasz znajomy.

– Wiesz co Edziu?

– Nie wiem nic.

– Niech cię diabli porwą w sam dzień wnoszenia sprawy! Przywitałeś mię ozięble, chcesz porzucić zaledwie spotkawszy, mówisz sarkazmy i lękasz się powalać rękawiczki o uznojoną szlachetnym trudem rękę moją.

– Czegóż więc chcesz ode mnie?

– Oto pójdź za mną, a zamiast jeść raki u Ohma, wypijemy razem herbatę.

– U ciebie?

– Tak.

– Dziękuję, nie znam nic nudniejszego, jak literacka herbata. Lecz serio mówiąc, przyjmuję zaproszenie. Doprawdy, nie wiem dlaczego, ale rozserdeczniłeś mię nagle. Już to musiałeś w fałdach twej pielgrzymiej szaty przynieść atmosferę świeżego życia wioski. Nie uwierzysz, ile pragnę orzeźwić się, zapomnieć...

– Prawda! Wyglądasz mi nader hipochondrycznie, ty Koryfeusz drolatycznych zebrań naszych. Cóż ci to jest?

– Powiem ci, że jestem serio zmartwiony. Od kilku dni nie sypiam wcale.

– Asesorze! Bóg z tobą.

– Gdybyż! Ale to całe piekło siedzi we mnie.

– Także mów! Zamiast herbaty zrobię ci ponczu, nie znam silniejszego egzorcyzmu dla nawiedzonych XIX wieku. Lecz uważam, że przechodzące damy dziwnie spoglądają na nas. Razi ich ta piękna harmonia kontrastu, którą twarz moja i kostium utworzyły, pójdźmy więc.

– Literat i lichy ubiór, to harmonia bez kontrastu.

– Oho, aniołku! Bywało tak kiedyś. Dzisiaj rzadko już znajdziesz literata bez rękawiczek. Poetę to jeszcze.

– Nie ustąpię od swego! I gdyby powieściopisarzy, korespondentów, dramaturgów i wszystkich tych, którzy słusznie czy niesłusznie przybierają tytuły literatów, wysławiano na sprzedaż, jak poprawne barany na przykład... Daję ci słowo, że nie ceniłbym trzech groszy takiego, który chodzi w tumakowej algierce lub angielskim punszu. Podejrzana to już rasa. Á propos! Proś też gospodarza, żeby zabronił nosić wodę po twoich schodach, diabelnie tu ślisko.

– Ba! Droga na Parnas zawsze była taka.

Szczęśliwym zdarzeniem, mój Quasimodo Jakub, którego pospolicie indykiem zwałem, a to przez wzgląd na kolor nosa, znajdował się w domu. Weszliśmy więc do mego apartamentu, gdzie z głębokim rozczuleniem powitałem fajczarnię, stół zaplamiony atramentem, komodę z wysuniętymi szufladami, stary szlafrok, kilka przedpotopowych gratów i glob wielki na sztalugach. Wszystko, dzięki pilności indyka, pokryte warstwą kurzu, po którym myszy porobiły jakieś nadzwyczaj swawolne tropy.

– O Arkadio moja! – zawołałem wyciągając ręce w przestrzeń mego salonu.

– Była tu dziś właśnie i dopytywała się o pana – wybełkotał w pół pijany indyk.

– Kto taki?

– A... panna Leokadia.

– Głupcze! Któż cię o to pyta?

– A jużci pan mówił przecie...

– Ośle! Mówiłem Arkadio! To się znaczy...

– Ciekawym jak mu to wytłumaczysz – rzekł śmiejąc się asesor, ostrożnie usiadłszy na okurzonej kanapie.

– Zobaczysz. Słuchaj indyk!

– Słucham pana.

– Czy wiesz co to Arkadia?

– Nie znam tej panny, chyba to już nie za mnie proszę pana...

– Głupiś! A wiesz co to Bawaria?

– O! Wiem.

– No, to Arkadia znaczy to samo, tylko dla poetów.

– Aha! Dobrze wiedzieć.

– Zrobisz nam ponczu.

– Dobrze panie.

– Tylko śpiesz się, dostaniesz dwa złote, jeżeli poncz będzie dobry, rozumiesz?

– Rozumiem panie! Poncz będzie wyśmienity, a dwa złote schowam na... Arkadię.

– I cóż tedy asesorku – rzekłem rozparty wygodnie w fotelu, popijając trzecią już szklankę. – Nie powiedziałeś dotąd czegoś tak smutny. Pół wazy już wypróżniliśmy, a czoło twoje troska marszczy, jak wiatr powierzchnią jeziora lub jeśli wolisz, sadzawki.

– Powiedz raczej kałuży, pełno mętów w mej głowie.

– Ależ przyczyna? Na Tyrteusza! Musi być bardzo ważna, kiedy ciebie potrafiła złamać moralnie. Ciebie, który jesteś kwintesencją jurystów. Ciebie, który jesteś asesorem-poetą, asesorem-entuzjastą, asesorem-marzycielem. A jednak – dodałem po pauzie – pozwól że nie uwierzę w twoje odrętwienie. Widzę, że płomień twej duszy już dobywa się przez usta, w oczach prześwieca iskra zapału. Jeszcze jeden haust, a milczenie i obojętność pękną jak kra na Wiśle.

W sam czas wyrzekłem moje małe proroctwo. Edward pociągnął duży łyk ponczu, postawił silnie szklankę, skurczył się jakoś chorobliwie i wyrzekł niedbale, lecz już jakimś drgającym od wewnętrznej irytacji głosem:

– Cóż byś powiedział panie literacie, panie artysto, panie inteligencjo, i jak was tam zwą, gdyby postawiono ci przed biurkiem kobietę piękną jak posąg grecki ukoloryzowany farbami Tycjana, szlachetną jak balladowa królewna, dystyngowaną jak wielka dama, a młodą i smutną jak owa fantastyczna, objęta ramieniem szkieletu postać kobiety van Dicka1. I gdyby ta postać miała ręce zamknięte w łańcuch i była obwiniona o zamordowanie własnego dziecka?

– Sapristi! To fatalne.

– A! Pan znajduje to fatalnym, cóż byś uczynił?

– Ha! Napisałbym trzy tomy powieści z protokółu oskarżonej.

Edward syknął boleśnie i rzekł urągającym głosem:

– Jakie to nerwy u tych literatów! Jak postronki, na honor!

– Cóż chcesz? Każdy ma swoją specjalność.

– To ma znaczyć, że dla was cierpienie, nędza, wzniosła radość i najkrwawsza rozpacz są tym, czym na przykład glina dla zdunów. Lepicie z nich wasze garnki, diable, też są kruche za to! A to straszne rzeczy – dodał po chwili śmiejąc się gorzko, kiedy ja asesor kryminalny, człowiek przywykły do widoku wszystkich najpotworniejszych kalectw moralnych, czułem dreszcz na samą myśl o przyczynie, która mogła spowodować matkę do zabicia własnego dziecka... Pan literat traktuje to jako materiał do powieści. Brawo! Dziękuję za wasze powieści. Na honor! Wszystkie one mniej więcej wyglądają jak Arkadia twojego indyka.

– Hola! hola asesorze! Zaślepiają cię wrażenia nerwów. Co masz na serio przeciw naszej powieściowej literaturze? Zmiłuj się, jesteśmy w apoteozie...

– W nędzy raczej. Chodzicie w szychowym łachmanie, przy pierwszej burzy sczernieją wasze kostiumy. Robaczku! Gdybyś wiedział jak to przykro człowiekowi z wyższym, potężniejszym smakiem połykać te wymuskane frazesy i sentencje, którymi garnirujecie wasze twory, jak kucharze niesmaczne półmiski... Ot! Powiem ci, że nawet najznakomitsi z was tak jakoś zmacerowali myśli, tak wyrozumowali tok i treść przedmiotu, tak wreszcie uperfumowali uczucia, że czytelnik przydybany przez książkę słynnego nawet autora, nie potrzebuje myśleć, doznawać, czuć, tylko po prostu słuchać gładkich rozpraw pisarza, kiwając głową za zgodność, jak Chińczyk lub Żyd przy modlitwie. Poczciwcy! Myśl waszych utworów toczy się jak jabłko po równym stole lub raczej jak kłębek starej cioci, która plecie androny i upuszcza go co chwila, licząc na galanterię ziewającego audytoriatu.

– Co też ty bajesz mój Edziu! Napadł cię paroksyzm kryminalnego splinu. Przejrzyjże dzisiejszą literaturę, porównaj z dawną. Ileż to nowych talentów!

– Tamci gorzej! Jak was namnoży się, jak zaczniecie wielkim chórem wmawiać w nas żeśmy głupcy, to w końcu uwierzymy volens nolens. Wiem, że was co dzień przybywa, wiem że gazety i księgarnie zaczynają setkami rubli opłacać obyczajowe i historyczne bzdurstwa, ale to właśnie zgubi epokę literatury, jak zgubiło w was natchnienie.

– A czegóż u licha trzeba epoce lub nam, by odnaleźć zatracone natchnienie?

– Czego?... Oto ubóstwa, nędzy, poddasza i groszowej świeczki... Nie śmiej się kochanku! Dziś wasze książki, to wykwintne obiady zaprawne tucząco. Spokojnie, jak oddech śpiącego głupca, jednostajnie, jak wahadło zegarów postępują figury wasze. Opasła i dobrze odziana jak wy cnota, triumfuje w nich Bóg wie nad czym, a głupia i deklamująca nędza, płacze na środku placu, cierpi w dramatycznej pozie i zwycięża pochop do zbrodni zawsze. Oj kochani panowie! Macie katarakty na osłabionym od blasku wzroku. Wierz mi kochanku! Gdyby wam raz chociaż przyszło spotkać się oko w oko z żelaznym losem, gdybyście przeżyli choć kilka chwil, ale takich, gdy niebo niknie z przed oczu, ziemia spod nóg się usuwa, a ludzie z kamieniami w rękach czatują na ukazanie się potępionej głowy...

Gdybyście wtedy z całą fantastyczną, nerwową gorączką ubóstwa i opuszczenia spojrzeli w około, ściśniętą pięścią pogrozili w przestrzeń, zuchwałą nogą odepchnęli ostatnią litość od siebie, a wzrokiem, w którym szatan i anioł, zbójca i sierota znaleźliby każdy coś dla siebie, gdybyście takim wzrokiem spojrzeli w siebie, i z powieką nabrzmiałą kolącymi łzami, sercem pękającym od dumnego żalu, drżącą od gorączki dłonią, pochwycili pióra... Och! Wtedy dopiero, moi arcygeniusze koteryjek, przestraszylibyście się nędznych pustek, którymi zaludniacie obrazy wasze. A w istocie, wierzcie mi, straszne w nich pustki! I to nie takie, którymi świecą wymowne gruzy Kolizeum, lub które są pauzą nicestwa w odrętwiałem od rozpaczy wzniosłem sercu. Lecz te, którymi cuchną opuszczona od graczy szulernia, od pijaków szynk, od głupców salon. Dixi, mój miły panie.

– Asesorze! Jesteś wymowny jak mecenas. Palnij jeszcze szklaneczkę ponczu! Ale... zacząłeś mówić o przyczynie twego rozstrojenia. Cóż tedy owa poetyczna delikwentka?

– Proszę cię mój drogi! Nie żartuj z takiego nieszczęścia, sprawiasz mi przykrość.

– Alboż mogę ci wierzyć? Ty, mój Edziu, jesteś także z rodzaju autorów. Skoro przyjdzie ci fantazja, poetyzujesz swoje asesorskie śledztwa i gotów jesteś zrobić anioła z prostej złodziejki. W każdym razie proszę cię o historię bohaterki. Brak mi przedmiotu, chciałbym coś bardzo ostrego, szczypiącego na odrętwiałe gusta publiczności. Zmiłuj się, przedmiotu!

– Nie potrzebujesz go tworzyć, powieść a raczej monodram już gotowy.

– W protokole?

– Nie. Oskarżona pisała rodzaj dziennika, zabrano go przy aresztowaniu.

– I masz go?

– Naturalnie.

– Ale mi nie dasz?

– Owszem. Choćby dla przekonania cię, że życie samo tworzy powieści lepsze od waszych i prawdziwsze.

– Któż wątpi o tym, sztuka nigdy nie doścignie natury, i krzak róży na płótnie nigdy nie będzie miał zapachu. Jednakże pozwolisz, że sposób oddania przedmiotu, punkt oka, w którym należy umieścić figury dramatu i wreszcie pogląd na rzeczy... znaczą coś przecie.

– Któż ci powiedział, że w dzienniku mojej delikwentki braknie tych warunków?

– Ba! Więc bohaterka jest literatką?

– Dla mnie przynajmniej, więcej jest życia i prawdy w tym rękopisie, niż...

– No! No! Nie bądź uprzedzonym. Zresztą przekonam się, jeżeli nie zmienisz chęci.

– Jakiej?

– Przyrzekłeś dać mi ów dziennik.

– Dam.

– Kiedy?

– Jutro.

– Mamże przyjść do ciebie?

– Nie trzeba, przyszłe ci go z rana.

– Niech ci Bóg płaci, aniele!

– Tylko waruję sobie, żebyś publikując manuskrypt zmienił nazwiska osób i niektóre drobniejsze ponakładał cienia. Zresztą możesz zostawić.

– Bardzo chętnie! Ale asesorze, Edziu! Jeszcze jedna prośba...

– Cóż takiego?

– Pozwolisz mi zobaczyć heroinę?

– To sprzeciwia się przepisom...

– Ale dla dobra sztuki... mój złoty!

Edward uśmiechnął się ironicznie i rzekł po chwili:

 – Przyjdź jutro o ósmej rano, oskarżona będzie mi potrzebna jeszcze dla dopełnienia śledztwa. Zobaczysz ją.

– Vivat asesora! Indyku!

– Słucham pana.

– Podaj nam koniak i cygara.

Nazajutrz, mimo utrudzenia, które teraz po przepędzeniu pierwszej nocy w wygodnej pościeli bardziej jeszcze czuć mi się dawało, zerwałem się pełen niepokoju, i o godzinie punkt ósmej byłem już w celi asesora. Zastałem mego przyjaciela siedzącego nad stosem papierów. Ujrzawszy mię wchodzącego, uśmiechnął, się sardonicznie i rzekł:

– Wiedziałem, że nie chybisz minuty. Cóż to za ciekawość w tych literatach! Najpożądliwsza nowinek Commera powiatowego miasteczka, jeszcze wam nie zrówna.

– Jakże się miewasz dzisiaj? – zapytałem chcąc przerwać epigramy.

– Wcale nie tęgo, nie wiem, czy kilkodniowe usposobienie, czy może poncz twego indyka dręczyły mię noc całą. Siadajże!

– A delikwentka?

– Zobaczysz ją, tylko nie bierzże pozy spektatora. Biedna istota, i tak może stanie pod pręgierzem.

– Jak się nazywa?

– Z męża czy z domu? – zapytał ironicznie asesora.

– A! Jesteś dyskretny, powiedz imię?

– Także ironiczne – Felicja. Nazwisko męża przeczytasz w dzienniku, rodzinnego wcale nie znajdziesz.

– Rozumiem. Dziecię miłości?

– Sierota tylko.

– Czy prędko ją zobaczę?

– W tej chwili, umyślnie naznaczyłem ci tak ranną godzinę, by uniknąć obecności którego z kolegów. Nawet mój protokólista dopiero o dziewiątej przychodzi. Zajmij z łaski swojej jego krzesło, obwiniona nie zwróci uwagi na zmianę osób.

– Uważam, że traktujesz występnych z wielką delikatnością, i... dziękuję, ci za to!

– Och! Nie zawsze tak czynię. W tym razie jednak nie podobna postępować inaczej. Sam osądzisz za chwilę.

Asesora zadzwonił, woźny ukazał się w progu.

– Numer 6.

– Zaraz panie asesorze.

– Zaczekaj! Jeżeli aresztowana śpi, nie budzić jej.

– Już nie śpi, panie asesorze.

– Więc poproś ją tu.

Edward wymówił wyraz poproś z pewnym znaczeniem, woźny dał znak, że rozumie ten drobny odcień względów dla numeru szóstego.

Zająłem krzesło protokólisty, a dla większej naturalności w swej roli, wziąłem pióro w rękę i położyłem jakieś akta przed sobą.

Wyznam otwarcie, że z dziwną niespokojnością oczekiwałem ukazania się dzieciobójczyni. Mimo sarkazmów, które rzucałem na entuzjazm mego przyjaciela, czułem się głęboko wzruszonym myśląc o dziejach tego życia, które mogły doprowadzić matkę i kobietę starannie wychowaną aż do podobnej zbrodni. Asesor przeglądał papiery i milczał.

Po kilku minutach oczekiwania drzwi otworzyły się i usłyszałem szelest sukni.

Aresztowana stanęła przed kratką.

Nigdy nie doznałem zupełniejszego zawodu, jak w chwili, gdy ciekawym spojrzeniem ogarnąłem całą postać oskarżonej. Wyobrażałem sobie, że ujrzę kobietę lat około trzydziestu, koniecznie brunetkę z posępnym i pełnym rozpaczy spojrzeniem, ustami zaciśniętymi i wybladłem licem. Zdawało mi się, że suknia jej nawet powinna być czarnego koloru, że występek i zgryzota powinny były utworzyć swoją atmosferę dokoła potępionej istoty. Słowem, literacka wyobraźnia moja tworzyła sobie obraz heroiny wyciętej z kartek francuskiego romansu. Powtarzam, zawód był najzupełniejszy.

Felicja była piękną, ale wdzięk jej nie był w posągowym kształcie rysów i postaci, jak to utrzymywał Edward. Artysta-snycerz i artysta-serce z odmiennego osądziliby ją stanowiska. Była cudowna harmonia czułości i słodyczy w tej twarzy pełnej dziewiczego jak by uniesienia. Płacz i uśmiech na oczach i ustach jednocześnie osiadły, a jasne, czyste blond włosy, opuszczone w bogatych niobach, łagodziły blask białej jak alabaster twarzy. Felicja miała oczy ciemnoszafirowe, ale odmienne wyrazem od wszystkich innych oczu. Było coś nieokreślenie smutnego w ich spojrzeniu. Niby tęsknota i żal, niby uczucie i boleść, a nad uroczym tych źrenic szafirem, długie i czarne rzęsy tworzyły jakiś cień tajemniczy, w którym serce odpoczywało rozkosznie po pałacem wrażeniu źrenicy. Pod małym, zgrabnym i cokolwiek podniesionym nosem, rysowały się usta krzywe w kształt łuku. Teraz usta te były blade jak boleść, a przy ich zagięciu jakieś delikatne rysy, niby zmarszczki osiadły tylko, nakreślone tak delikatnie, iż zgadłeś od razu, że je nie wiek lub zbrodnia, lecz długa choroba i długi jak życie smutek, odcieniowały w półwidomym kolorem. Ktokolwiek z was spotkał w życiu twarz młodą i piękną z takim cieniem w oczach, z takim rysem przy ustach, komu traf lub przenikliwość otworzyły księgę serca tej twarzy, ten pojmie, jakie to łzy ocieniowały powiekę, jaka rozpacz wykrzywiła usta. Jest niepojęty urok nieba w czystym, pogodnym spojrzeniu młodej kobiety. Jej, jak dziecku, spokój i szczęście nadają te czarowne niepochwycone zmysłem niewinności blaski, bo serca kobiet szczęśliwych i dzieci, Bóg z jednego tworzy materiału. Smutne oczy wśród najpiękniejszej nawet twarzy, są jak żałobne cyprysy przy wspaniałym nagrobku. Patrząc na nie, z dala już zgadniesz, że pod świetnym marmurem grobowca umarłe spoczywa serce... Czasem wielka, głęboka namiętność wyciśnie też same jak nieszczęście ślady, bo też każda wielka namiętność jest wielkim nieszczęściem, jak samo życie, którego przecież najwznioślejsze ruchy i akcje tylko z niej pochodzą.

Nie umiem sobie dzisiaj zdać sprawy z wrażenia, jakiego doznałem na widok oskarżonej. Ta postać pełna wdzięku i wytworności moralnej, ta twarz pojaśniona jakimś nieokreślonym łagodności i smutku światłem, nastroiły mię na wspólny ton z wyrazem i myślą heroiny. Stałem się niemy jak jej czoło, smutny jak jej oczy, blady jak jej usta. Nie rozumiałem słów harmonijnego głosu, którym odpowiadała na zapytania asesora. Pamiętam tylko, że podałem jej krzesło, że owe cieniste smutne spojrzenie padło na mnie raz jeden, i niepojętym urokiem zatrzymało w mej myśli porządek i rozwagę rozumowania. Oskarżona wyszła – ja porwałem chciwie manuskrypt pisany jej ręką, i pożegnawszy Edwarda niemym i wymownym zarazem uściśnięciem ręki, wróciłem do domu. Nie powiem wam z jakim wrażeniem czytałem Dziennik Felicji. Osądzicie sami, a jeżeli znajdziecie w tym wiernym obrazie serca i życia jednej kobiety, rysy zbyt ostre, koloryt zbyt jaskrawy nie obwiniajcie mnie lecz prawdziwego autora. Stary to mistrz i potężny jak ludzkość, którą włada – Los je malował.

1 W galerii drezdeńskiej. P. A.