Opis

Dziennik 1967–1976- tom czwarty - opowiada o latach spędzonych znów w Europie, dokąd Márai powrócił w maju 1967 roku. Napisał tu kilka ważnych książek, podróżował, zatrzymując się w swoich ulubionych miastach w Austrii i we Włoszech, odwiedzał również przybranego syna Jánosa w Ameryce. Pod wieloma względami był to dla niego ciekawy i twórczy okres.

W ukochanej Italii odnalazł się łatwo, z radością odkrywał znajome rysy miejscowej specyfiki, swoistą odrębność tamtejszych form życia, zwyczajów i więzi między ludźmi. Z czasem jednak z rosnącym smutkiem musiał dostrzec rozmaite skutki długotrwałego kryzysu politycznego we Włoszech: ogólne rozprężenie, akty terroryzmu, dramatyczny upadek kapitału społecznego, zmianę nastrojów, zjawiska, które wskazywały, że państwo zmierza ku coraz większej dezorganizacji i życie codzienne będzie tu coraz trudniejsze.

A ponieważ w tych latach kłopoty ze zdrowiem – również ze zdrowiem żony Loli – zaczęły się pojawiać coraz częściej, w Máraim powoli dojrzewała decyzja ostatecznego powrotu do Ameryki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 523

Popularność

lub

Sándor Márai

Dziennik 1967-1976

Wybór, przekład, opracowanie, przypisy i posłowie

Teresy Worowskiej

Czytelnik Warszawa 2019

1967

2 stycznia

Przed zgaszeniem lampy nocne przeglądanie książek: kilka linijek (w ostatnich tygodniach) z Cortegiano Castiglionego, potem fragment zapisków Boswella z 1770 roku, później relacja Delacroix, o czym rozmawiał po południu z Mussetem czy Chopinem… Przed czterystu, dwustu, nawet stu laty ludzie w Europie jeszcze rozmawiali. I to, o czym rozmawiali, było w europejskim życiu duchowym co najmniej takim fermentem i energią, jak to, co pisali czy malowali. W Ameryce tego brakuje, tu nie ma rozmów. Spierają się albo niechętnie o coś pytają czy odpowiadają, ale rozmów nie ma, bo tu ludzie niczego nie boją się bardziej niż odpowiedzialności związanej ze swobodnym, indywidualnym głoszeniem własnego sądu.

W Budapeszcie było „gadanie”, coś mniej istotnego od rozmowy, coś nieporządniejszego, ale jeszcze ciągle bardziej ludzkiego od amerykańskiej „konwersacji”.

Niewychowanie Amerykanów już mnie nie zaskakuje, ale czasami trzeba to dostrzec, dla porządku, nawet bez oburzenia, ale jednak zauważyć. W tutejszej nieobyczajności najczęściej nie ma złej woli, po prostu nie umieją inaczej, tak zostali wychowani.

W liście noworocznym szwajcarski duchowny przysyła napisaną przez siebie wierszowaną naukę życiową. Jedna z linijek plastyczna – pisze, że żyć trzeba „jak drzewo, które każdego roku tworzy nowy słój”. Ma rację, wszystko, co istotne, powstaje w taki powolny sposób, dzieło życia, samo życie… Reszta to przechwałki.

4 stycznia

Pierwsze dni nowego roku przynoszą dwa zawiadomienia o śmierci. W Budapeszcie nagle zmarł mój szwagier (73). W rodzinie uchodził za „Spartanina”, surowy ojciec rodziny, niepalący, zachowujący umiar we wszystkim. Ale nie ma miary, której można by się trzymać, śmierć nie rozpoznaje zasług, nie daje czasu na przygotowanie. Druga wiadomość – nagle zmarł nasz dozorca, Mr. Johnson, sześćdziesięcioletni mieszkaniec Harlemu, wódz plemienia składającego się z dwadzieściorga jeden dzieci i wnuków, który ze szczególnym uśmiechem, niepozwalającym zapomnieć o trzystu latach niewolnictwa, krzątał się po budynku, zamiatał i zawsze uprzejmie się kłaniał. Jego szef, gospodarz domu, wygłosił przy tej okazji krótką amerykańską mowę pogrzebową: „He was a gentleman” 1. Tak, był nim, Murzynem, dozorcą i dżentelmenem. Po raz ostatni spotkałem go w Boże Narodzenie, dałem mu prezent, a potem widziałem go jeszcze na ulicy, jak z torbą w ręce, pogodnie uśmiechnięty wracał do domu.

Radio podaje, że grabarze nowojorscy od trzech dni strajkują, zmarli czekają na swoją kolej w chłodni. To jakby skazaniec otrzymał odroczenie, ponieważ kat zachorował na grypę.

5 stycznia

W noc sylwestrową telewizja w ramach ogłupiająco prostackiego programu pokazała nowojorczyków witających w lokalach Nowy Rok tańcem i zabawą; orkiestra dęta o nazwie „Beethoven” niejakiego Guya Lombardo przygrywała gościom w hotelu Waldorf Astoria. Przy stolikach mężczyźni we frakach i smokingach, damy w wieczorowych toaletach, niektórzy mieli na głowach karnawałowe czapki, i wszystkie te postaci, twarze uderzająco przypominały karykaturalnych spekulantów z albumu George’a Grosza Das Gesicht der herrschenden Klasse2, w którym po pierwszej wojnie światowej ten rysownik o ostrym spojrzeniu i okrutnie pewnej ręce uwiecznił z gorzką refleksją berlińską parweniuszowską elitę. Ci sami łysi, okrutni lichwiarze o sępim spojrzeniu, te same tłuste, wyszminkowane czarownice, to samo podłe, bezduszne towarzystwo, które zabawia się na śmietniku – Das Gesicht der klassenlosen Gesellschaft3. Takie szumowiny wszędzie i zawsze wypływają na powierzchnię; również w Sowietach, na balach maskowych dolce-bolsze vita.

Pieniądz dla tego społeczeństwa jest nie wyłącznie środkiem płatniczym, lecz miarą wartości człowieka… Ukazuje nie tylko to, że komuś wiedzie się lepiej niż innym, ma więcej szczęścia, bezwzględności czy talentu, ale mierzy samą wartość człowieka, bo tu każdy jest tylko na tyle dobry, mądry, utalentowany czy szlachetny, na ile można to wycenić w dolarach.

Zarezerwowałem bilety na samolot – jeśli wszystko dobrze się ułoży, 20 maja wyemigrujemy stąd do Europy.

Zakończyłem układ scen i scenografię Sądu w Canudos, przedstawienie może się zacząć. L. pyta, co „właściwie” chcę powiedzieć w tej powieści. Tylko tyle: jeśli nie ma jednostki czy wspólnoty, która jest skłonna zbuntować się przeciw Systemowi (nieważne, jakiemu, wystarczy, że posiada on mechanizm, który człowieka traktuje jak surowiec czy daną w komputerze), wówczas kończy się ludzkie zadanie na ziemi.

11 stycznia

Przed kilkoma dniami w jednym z mieszkań na końcu naszego korytarza zmarła Madame Roberts. Wiadomość przekazała mi jej córka, Mademoiselle Roberts, która ma z górą siedemdziesiąt lat i mieszkała z matką. Dziewięćdziesięciosiedmioletnia Madame Roberts 29 grudnia poczuła się źle i zmarła. Poprzedniego wieczora jeszcze przeczytano jej biografię starszej siostry Ludwika XVI, jedynej, która przeżyła rewolucję. Obie panie są Kanadyjkami. Przed sześciu laty wróciły do Paryża, bo matka chciała „przeżyć ostatnie lata w spokoju”. Sprzedały mieszkanie, zbyły za bezcen meble. Ale prędko wróciły, nie mogły sobie znaleźć miejsca we Francji. Znów wprowadziły się do tego domu. Córka przypomina mi niewolnika z Godota: chodzi zgięta w pałąk, nieustannie dźwiga jakieś wielkie paczki, dużo czyta. Matka do ostatniej chwili zachowała świadomość, wszystko ją interesowało, słuchała radia.

14 stycznia

Przed zgaszeniem lampy Mencken. Bywa czasami przegadany, czasami znów minoderyjny, ale zawsze sympatyczny i śmiały. Nie lubił demokracji, ponieważ uważał, że „demokrata nie ma możności być wolnym” – jest „wolny” tylko wtedy, gdy czuje się chroniony przez tłum. Arystokrata, którego nie interesuje ani uznanie, ani obmowa tłumu, jest wolny nawet w więzieniu, ale plutokrata, którego w demokracji mob4 posadził na miejscu arystokraty, zawsze musi się trząść z obawy, co o nim ten mob mówi. Z kaznodziejskim gniewem Mencken piętnuje fakt, że pierwszym refleksem człowieka tłumu, tego „ciepłokrwistego ssaka”, jest strach: boi się, że kto inny może się okazać bardziej oryginalny, swoisty, indywidualny. Ale w swoim demokratycznym poczuciu niższości i psychozie strachu mob potrzebuje jednocześnie mitologii, półbogów, których mógłby w zachwycie podziwiać; dlatego w amerykańskich czasopismach wynaleziono dział plotek towarzyskich, w którym donoszą, gdzie, kiedy, jak i z kim spędzają czas wolny idole tłumu. Zalicza do nich rozjeżdżających się cadillacami przywódców związków zawodowych, socjalistów pobierających pensje wysokości stu tysięcy dolarów – dają oni tłumom iluzję hierarchii. Mencken był wybitnym umysłem, dziś już nikt z piszących w Ameryce nie potrafi postawić tak dokładnej diagnozy.

A tymczasem nowojorscy grabarze strajkują dalej. Tygodniowo umiera tu średnio tysiąc osiemset osób, trzyma się ich teraz w chłodni, póki trwają negocjacje. U Szekspira grabarze byli jednak pogodniejsi i bardziej ludzcy.

Podsumowanie minionych piętnastu amerykańskich lat i tutejszych ludzi, Radia Wolna Europa, życia umysłowego: byłem zmuszony żyć w niegodnym, prostackim otoczeniu. Amen.

Komunizm upadł, i to w każdym sensie tego słowa. Ale od komunistów trudno będzie się uwolnić, bo nikt nie jest tak uparty i niebezpieczny, jak beneficjent upadłej idei, który już nie jej broni, lecz własnego życia i łupu.

Uczę się włoskiego, książkę Castiglionego mam za podręcznik. Jak w celi skazańców.

„Emerytura”. Dla innych to chwila, gdy mogą odsapnąć: „Wreszcie nie muszę pracować”. Dla mnie chwila, w której mogę westchnąć: „Wreszcie – może – będę mógł pracować”.

Za zwyczajnym, pospolitym, obrzydłym i głupim odwiecznie ukrywa się coś czarodziejskiego, niepojętego, zaskakującego. Nawet starość nie otępia istoty żywej do tego stopnia, by czasami tego nie dostrzegała.

7 lutego

Śnieżyca. Arktyczna burza śnieżna. Minus piętnaście stopni Celsjusza. János mówi przez telefon, że na Alasce to przyjemna, wiosenna pogoda, bo tam nierzadko jest minus czterdzieści. Przeżył to w ciągu trzech lat.

To nieprawda, że nie odczuwam żadnego niepokoju, kiedy myślę o tym, że za trzy miesiące wyjedziemy stąd, zostawimy to szalenie drogie i dusząco beznadziejne, ale jednak dające jakieś schronienie i już znajome życie, mieszkanie. Jesteśmy starzy, perspektywa zmiany budzi lęk. I nigdzie nikogo. Ale zdrada i perwersyjny przymus nazywany drożyzną, ten przymus wygodnego życia skłania nas do wyjazdu. W Salerno, posiadając własne lokum, utrzymamy się bez problemu za to, co tu płacę tylko za mieszkanie (sto pięćdziesiąt dolarów). A w Ameryce właściwie nie mamy nic wspólnego z niczym i nikim. I choć tam też nie – trzeba jednak jechać, nie wolno się bać. Jeśli pozostało nam jeszcze trochę czasu, to tam w każdym razie jest coś znajomego. A tu jestem haniebnie opuszczony przez wszystkich i wszystko. Tu ludzie żyją obok siebie, szczerząc zęby na innych i chorobliwie nie cierpiąc się nawzajem, w odrębnych małych gettach, w bojaźni, przerażeni perspektywą bliskości. Tam wygląda to jednak inaczej – „tam”, to znaczy w Italii czy Austrii. Wielu wróciło po piętnastoletnim pobycie w Ameryce: Thomas Mann, niedawno Schuschnigg, Fritz von Unruh, stary Menyhért Lengyel5; i wszyscy byli starsi ode mnie, kiedy się na to zdecydowali. Ale to jednak trudne. Starość to zmęczenie. Ale znów pozostać tu, w emeryckim koszu na śmieci (tam z tej emerytury można wyżyć), dorabiać parę groszy jakimś prostym zajęciem dla starych ludzi oznaczałoby znaleźć się w szponach władzy tutejszego systemu, a tego udało mi się przez piętnaście lat uniknąć. Więc jednak, choć to bardzo trudne, trzeba jechać. Nawet kabała tak podpowiada.

Wiersze zebrane Ezry Pounda, od 1900 po dziś. Czasami jakiś zaskakujący, migotliwy wers czy pomysł. Ale wiele wysilonych, rozrzedzonych, sztucznych wierszydeł. U Eliota w każdym wersie jest prąd, każde jego słowo ma swoją wagę jak dzwon opadły na dno, którego dźwięk dobiega z głębiny. Głos Pounda brzmi jak głos podrostka, z mutacyjnym brzmieniem. Są tacy pisarze, poeci – Pound, Joyce – którzy inspirują nie przez to, co piszą, tylko przez to, że odrzucają, wysadzają w powietrze obowiązujące dotychczas normy pisania, przekazywania, wyrażania. Nie mają dzieła – mają tylko zadanie, rolę.

Mencken prędko mnie zniechęca. Zawsze jest „odważny”, ale trochę tak jak matador, który wie, że byk nie ma dokąd uciec; drażni tematem – kobiet, mężczyzn, łgarstw wokół seksu, w ogóle i zawsze wszelkich drobnomieszczańskich, prostackich kłamstw, których wodorosty oblepiają życie Amerykanów – a potem dumnie przekłuwa go. To nie takie trudne. Do tego, co zamierza przekłuć, podchodzi bez skrępowania, przejęcia czy nabożności, ponieważ wie, że ofiara, czyli Przesąd, w żaden sposób nie zdoła obronić się przed jego mistrzowskim ciosem, nigdy też wielkodusznie nie daje Przesądowi szansy wypowiedzenia się we własnej obronie, wyjaśnienia, z czego i dlaczego powstał. W tej wyższości jest coś taniego. Zawsze jest dowcipny i mądry; ma rację, kiedy tak szczerze pogardza tym, o czym mówi: amerykańskim systemem społecznym. Nie ma racji, kiedy – zawsze – mówi o „mężczyznach”, „kobietach”, „duchownych”, „snobach”, „głupcach”. Bo za nimi za każdym razem kryje się konkretny człowiek, nie tylko taki czy siaki, ale również „on”, ten pojedynczy. I o tym konkretnym człowieku, który kryje się gdzieś za każdym z rozmaitych typów, Mencken nigdy nie mówi.

11 lutego

Otrzymałem pierwszy czek emerytury. Sto dwadzieścia sześć dolarów i trzydzieści centów. Per saldo jestem zadowolony.

Radio o każdej godzinie wykrzykuje informacje o Chinach. Mao, Czerwona Gwardia, armia, w tle starzy, pozytywistyczni komuniści, Liu Szao-ci, „człowiek bez twarzy”. Który reprezentuje zasadę yang, zasadę pozytywizmu, w przeciwieństwie doyin, idealistycznego szaleństwa Mao. W tych tygodniach książka Bodarda6 jest zdumiewającą lekturą. Opublikowano ją w 1961, przed pięciu laty. Wszystko, o czym pisze, co przewidział, dziś się urzeczywistnia. Niewiele znam książek, które rzeczywistość potwierdziłaby tak dokładnie, jak tę przerażającą i fantastyczną relację o tym, że ludzki materiał daje się kształtować w niewyobrażalny sposób. Za pięćdziesiąt lat Chiny mogą się stać prawdziwym końcem ludzkiego świata: obecne całkowite załamanie gospodarcze, upadek komun i komunizmu, upokarzanie inteligencji i zmuszanie jej, by służyła partii, eksperyment, w którym ludzi pozbawiano rodzin, rozdzielano małżeństwa, odbierano dzieci rodzicom, kurczęta karmiono ciałami zmarłych, wydobywano z grobów i mielono na proch kości nieboszczyków, by ich fosforem użyźniać glebę, całe to wykalkulowane na zimno szaleństwo nie zmienia faktu, że siedemset milionów czy więcej ludzi zdobędzie teraz środki techniczne i wyruszy przeciw Azji, Pacyfikowi, przeciw światu.

Napisałem i nagrałem na taśmę ostatni wykład, który jeszcze wyślę do Wolnej Europy. Nie chcę się już dalej tym zajmować. To było wielkie zadanie, z ciekawym i bolesnym początkiem. A potem zrobił się z tego głupi i ordynarny przemysł. Wystarczy; trwało to i tak dłużej, niż powinno.

Starość: nieustanna kontrola, na ile mamy jeszcze żywą łączność z otaczającym światem.

Chiny. Może w końcu yin jest większą siłą niż yang? Emocje są bardziej stałą energią od rozumu.

Możliwe, że wydarzenia chińskie i wojna wietnamska są ostatnim etapem rewolucyjnych ruchów tego wieku: epoki romantycznej utopii, kiedy chciano zmienić los mas ludzkich na barykadach i drogą nacjonalistycznych „walk wyzwoleńczych”. Rostow, jeden z zajmujących się polityką zagraniczną mędrców Białego Domu, powiedział w Londynie, że nastąpił koniec epoki romantycznej i teraz zaczyna się yang, epoka pozytywistyczna, to jest czas inżynierów i komputerów. Zamiast rewolucjonisty i bomby – nawozy sztuczne i antybiotyki.

5 marca

Przed południem, kiedy wracałem metrem od dentysty, znów chwila szoku: uciekać stąd, jak zaplanowaliśmy. Czułem to samo, gdy z Paryża mieliśmy wracać do Budapesztu. I kiedy w marcu 1944 opuściliśmy ulicę Mikó. Latem 1948 roku, kiedy wyemigrowaliśmy z Węgier, w 1952, kiedy szykowaliśmy się do Ameryki. Chwila zmiany biegu, kiedy człowiek wie: coś dojrzało, nie sposób tego dalej ciągnąć. Teraz też: wyjechać stąd, wrócić do Europy. Nic tam na nas nie czeka, ale tu tym bardziej nic nas nie wiąże. Najbardziej brakuje mi radości. To bezradosny kraj, radość mylą tu z rozrywką, sukces traktują jak zaspokojenie i zadośćuczynienie, niezależnie od tego, za jaką cenę i na jakich warunkach został osiągnięty, a człowiek jest w gruncie rzeczy tylko na tyle człowiekiem, na ile można to wycenić w dolarach. Możliwe, że w Europie też jest już taka atmosfera… Ale stąd trzeba wyjechać.

W „National Review” artykuł o sprawach CIA: progresiści, czyli inteligencja liberalna, przekonali urzędników CIA, że tylko oni są w stanie poprowadzić Wielki Dialog z komunistami, bo przecież kto jest „antykomunistą”, jest też niewątpliwie „faszystą” (to obowiązkowa łatka, każdemu ją przypinają), podczas gdy oni, progresywni liberałowie, nie będąc „antykomunistami”, pozostają wiarygodni w oczach narodów zza żelaznej kurtyny, nie chcą bowiem zlikwidować systemu sowieckiego, tylko go zmienić, naprawić. Dzięki temu żelazna kurtyna zniknie, a komunizm, który pozostanie, nie będzie już niebezpieczny, da się z nim współpracować, koegzystować. CIA, a potem oficjalne koła Ameryki przyjęły koncepcję progresywnych liberałów jako jedynych powołanych do prowadzenia Wielkiego Dialogu; CIA, nie licząc się z kosztami, futrowała pieniędzmi tych niedomytych okularników, nie-antykomunistycznych postępowców: jeden milion dolarów dla związku zawodowego dziennikarzy, miliony dla lewicowych organizacji studenckich, dla Free Europe (skąd kolejno wygryzano wszystkich, których można było posądzić o nastawienie antykomunistyczne, a więc ostatnio również mnie), na rozmaite lewicowe kongresy i spotkania; postępowi inteligenci traktowali sekretne fundusze CIA jak kasę domową, z której, powołując się na konieczność budowania mostów, zawsze można spróbować wyciągnąć pieniądze na podróże i osobiste potrzeby – i zawsze je dostawali. Roli „inteligencji” w tak zwanej zimnej wojnie nie wyjaśniono dotąd całkowicie; ale to towarzystwo z piekła rodem okazuje się jeszcze bardziej niebezpieczne niż komuniści, którzy są przynajmniej widzialnym wrogiem.

Jaki wzór społeczny, gospodarczy, polityczny urzeczywistniłby się na Węgrzech dziś, po trwającym dwadzieścia dwa lata komunistycznym eksperymencie, który zbankrutował, gdyby narodowi węgierskiemu zwrócono prawo samostanowienia? Ze społecznych urządzeń przeszłości prawdopodobnie żaden. Może jakiś związkowy burżuazyjny socjalizm; tak, to najbardziej prawdopodobne.

Ödön von Horváth: Gesammelte Werke. Mój rówieśnik, młodszy o rok. Wywodził się z drobnej szlachty, z warstwy obywatelskiej, jego ojciec był urzędnikiem ministerstwa spraw zagranicznych, chodził do Rakocianum, jak ja, potem odnosił sukcesy w weimarskich Niemczech, jak Reinhardt, i w wieku trzydziestu ośmiu lat, już w czasach hitlerowskich, kiedy mieszkał w Paryżu, pewnego popołudnia podczas gwałtownej burzy zginął przywalony złamanym drzewem platana na Rond Point. Dziwne, że tego zdolnego człowieka właściwie nie znano na Węgrzech, jego książki nie ukazywały się po węgiersku, sztuk nie grano w Peszcie. Był naturalnie „lewicowy”, ale na Węgrzech w czasach Horthyego7 lewicowcy też dochodzili do głosu. Znikł jak poeta Békássy (na którym przynajmniej poznał się Babits) czy później młody Görgey – i w tym zniknięciu jest coś upiornego.

Chwile, w których plastycznie, wyraźnie widać: „Trzeba zrobić tak a tak”. Z anarchii wyłania się porządek dnia, podobnie jak z Chaosu – Harmonia. Ta dwoistość jest jednocześnie i kosmiczna, i osobista.

9 marca

Wiosna. Nie widać ani jednego pączka, powietrze ma jeszcze zapach śniegu i smak burzy. Ale gdzieś coś już się poruszyło, odwróciło.

Pisarz, który sądzi, że „postawą” nadrobi wielkie, ważne dzieła w swojej twórczości, myli się. Postawa nie zastępuje dzieł. Ale bez postawy nie rodzą się wielkie dzieła.

Amerykańska choroba: kompleks niższości i kompleks pieniądza. Amerykanin boi się, że okaże się kimś mniej wartościowym, niż w rzeczywistości jest, czy na jakiego chciałby wyglądać. To strach demokraty, który arogancją i obawą zastępuje brak naturalnej hierarchii. I kompleks pieniądza, morbus americanus: przekonanie, że człowiek w swojej ludzkiej naturze jest wart więcej, jeśli ma pieniądze, niż jeśli ich nie ma i jest „tylko mądry albo ma charakter”. Po piętnastu latach wyjeżdżam stąd z pamięcią o tych dwóch amerykańskich chorobach. Sądzę, że nie złapałem żadnej z nich.

10 marca

Rysunki Goi (gwasze i litografie) w Metropolitan. Cztery tuziny z czterystu, które przed czterema laty widziałem w Prado. Jakby w ogóle nie patrzył na karton, na którym – idąc ulicą czy stojąc w bramie – szkicował postać czy scenę. Podobnie jak fotograf, który nie patrzy na aparat fotograficzny, tylko na model. Jego ręka malowała jakby sama, ze świadomością i pewnością – podczas gdy on, Goya, tylko obserwował. I nigdy nie był zmęczony, gdy jakby od niechcenia kreślił starego żebraka, który w prawej ręce trzyma żebraczy kij, i zaraz potem innego, który ten kij ściska w lewej. Nigdy nie był rozproszony, kiedy portretował, nie przerysowywał ani jednego gestu, miny; soczewka leiki nie jest bardziej bezlitosna i dokładna od tego głuchego malarza, który spacerował po Madrycie ze szkicownikiem. I zawsze ten gorzki uśmiech, z jakim patrzył na świat, ludzi, ludzką głupotę, beznadziejność i okrucieństwo; patrzył z odrazą i pogardą, ale jak zahipnotyzowany, bo nie mógł nie patrzeć. Tak trzeba pisać, z dokładnością tych gwaszy: zamiast linii i odcienia – słowem, jedynym pasującym słowem, przydawką, podmiotem i orzeczeniem; i zawsze dokładnie to, co tam potrzebne.

Na korytarzach muzeum modele Goi: kobiece twarze w stanie rozpadu, koślawi i niezgrabni młodzi i starzy, snujące się postaci w zwariowanych łachach.

Kiereński. Mieszka tu, kilka ulic dalej. Ma ponad osiemdziesiątkę. Wypowiadał się przy okazji pięćdziesiątej rocznicy rewolucji październikowej, mówił, że komunizm pożera siebie samego. To prawda. Ale co do tego czasu?… Wezwanie Mao: zniszczcie Rodzinę, wszelkie dawne Instytucje, Sztukę i Miłość, rozwalcie Chiny, bo to rewolucja. Ma rację, to rewolucja, nie da się inaczej. W Sowietach właśnie próbują złożyć w całość skorupy na śmietnisku tego rozbitego świata.

Jednym ze zjawisk towarzyszących starości jest ustawiczne, falujące powracanie trudnych wspomnień, które w dawniejszych latach świadomość zasnuła mgłą zapomnienia, mroku czy zbagatelizowała. Te wspomnienia „gdzieś” były – i na starość nagle okazuje się, że żyły swoim życiem w cieniu, w szczelinie świadomości, i żyły z wielką siłą. Nie przekonuje mnie to, co Freud – ten uczciwy i tworzący w dobrej wierze, lecz niezbyt oryginalny myśliciel – oparł na tym zjawisku: teorię o podświadomości wywołującej neurozę. Wspomnienia pozostają, powracają, ale nie wywołują neurozy; raczej tylko zaskoczenie.

Wielka ulga, że nie piszę już odczytów dla Radia Wolna Europa. Inaczej czytam i piszę, odkąd porzuciłem to nieszczęsne zajęcie – czuję się wręcz innym człowiekiem. Nie mogłem zrobić nic innego, ale od pierwszej chwili nie lubiłem tej pracy.

Szron, marcowa pogoda, kiedy wiatr i zimno są tak bolesne, jakby człowiek chodził nago. Na starość zima zdumiewająco wyniszcza człowieka.

Wiadomość prasowa, że w Nowym Jorku strajkują nauczyciele, ponieważ boją się dzieci, które biją nieposłusznych nauczycieli.

18 marca

Przed dwudziestu trzema laty w niezniszczonym mieszkaniu przy ulicy Mikó odbyła się ostatnia imieninowa kolacja, na której zebrała się cała rodzina. Dziś brakuje już trzech osób: matki, ciotki Żuli i szwagra Gyuli.

Minus piętnaście stopni. Mróz to największa kara. Upał jest niebezpieczny, ale ekscytujący, owszem, wywołuje nawet euforię. Mróz tylko dręczy. Jeśli piekło istnieje, jest zimne, nie gorące.

W jednym z pokojów na piętnastym piętrze modnego ostatnio hotelu Hilton znaleziono martwego lekarza weterynarii, który przyjechał z Massachusetts na kongres. To był sześćdziesięcioletni mężczyzna, ojciec czwórki dzieci, wzór obywatela. Został uduszony, ręce i nogi związano mu krawatem. Takie homoseksualne tragedie są tu na porządku dziennym.

19 marca

Nadchodzi taki wiek – jak na przykład teraz mój – w którym świadomość wypełnia się całkowicie pojęciem śmierci; nawet codzienność odbiera się przez jej pryzmat, zwykła rzeczywistość, wszelkie jej odmiany są uświadamiane tylko o tyle, o ile mają jakiś „sens” w ramach perspektywy śmierci. A wspomnienia, które docierają do świadomości z coraz głębszych warstw, z coraz bardziej daleka, wydają się takie, jakbym już umarł i jakby ktoś inny myślał o tym czy owym w związku z moją osobą. I w tym wszystkim nie ma nic przerażającego.

Na przykład w nocy: „Śniła mi się Brazylia…”. Ale nigdy nie widziałem Brazylii, i nie zobaczę jej, ponieważ umrę.

21 marca

W nocy o 2.37 rozpoczęła się wiosna. Nie spałem jeszcze, ale nic nie zauważyłem.

Młody pisarz: „Słyszałem ciekawą historię. Opowiedzieć panu?” – Stary pisarz: „Nie. Niech pan ją pierwej napisze”.

Otrzymuję kartkę od nieznajomego. Mieszka w Wiedniu, przebywał w Nowym Jorku, znalazł mój adres i napisał mi tylko tyle: cieszy się, że jeszcze żyję. Ja też się z tego cieszę, czasami.

Starość. Prawdziwą chorobą człowieka starego jest nie bezradność, tylko brak humoru. Trzustka jeszcze wydziela – ale już w znudzeniu, apatycznie.

Wytrwale wietrzą skandal w CIA: ta instytucja stała się w ostatnich latach schronieniem dla liberalnych, lewicowych intelektualistów, którzy ukrywali się pod tym liściem figowym. Free Europe też było taką kryjówką dla lewicowych młodzieńców z CIA. Wszystko gnije – fakt, że nie tylko tu.

Wietnam. Telewizja codziennie nadaje – live, bezpośrednio, w całej dosłowności – wojenne koszmary w tropikalnej dżungli. Pierwszy raz w historii ludzie, trawiąc właśnie zjedzoną kolację, w czasie rzeczywistym widzą ten koszmar, który z udziałem ich ojców i synów rozgrywa się w odległości dziesięciu tysięcy kilometrów. Obrazy wojenne bez żadnego przejścia przerywają reklamy karmy dla psów i wody do ust.

Wietnam jest beczką bez dna; ten fakt może mieć wpływ na wiele rzeczy. Wszystko może pozostać tak, jak jest, i przez dalszych trzydzieści lat amerykańscy chłopcy rok po roku, kropla po kropli będą się tam wykrwawiać, a jednocześnie nie będzie zezwolenia na to, by siły powietrzne zlikwidowały stanowiska wojsk północnowietnamskich, chińskich, rosyjskich, bo w istocie nie chcą zakończyć tej wojny. Możliwe, że wokół – w Syjamie, Laosie, Kambodży – zostanie zbudowana linia frontu, która w rejonie Pacyfiku stanie się na dziesięciolecia wałem obronnym, a jednocześnie pozostawią Rosjanom europejskie status quo. Możliwe też, że przez wzgląd na wybory w 1968 roku Johnson będzie zmuszony rzucić do walki lotnictwo wojskowe, nie licząc się z tym, co na to powiedzą Rosjanie, którzy dostarczają broń Wietkongowi. A może naród amerykański zrozumie, że prasa amerykańska stosuje podwójną miarę, gdy chrypi, że bomby amerykańskie zabijają żołnierzy Wietkongu, ale milczy, gdy terroryści wietnamscy dokonują bestialskich czynów; i to samo dotyczy sytuacji, w której rząd amerykański buduje w Europie „most” do Sowietów, a jednocześnie bombarduje mosty w Wietnamie Północnym, któremu Rosjanie dostarczają broń do dalszego prowadzenia wojny. Wszystko jest możliwe.

Te codzienne, cogodzinne, wspominane mimochodem nowojorskie morderstwa. Zabijają, jakby wypalali papierosa.

2 kwietnia

Mojżesz. Jego obietnice i groźby. Był „obcy”, widział jaśniej, wiedział, do kogo mówi.

Goethe. Wieczne źródło; źródło siły, mądrości, uspokojenia, ufności. W tym człowieku było znacznie więcej siły niż w jego dziele.

5 kwietnia

Wydaje mi się, że ostro, wyraźnie widzę własną matkę: istotę, strukturę jej osobowości. Ojca „nie widzę”: kim był, co zasłaniała broda czy tusza? Jego obraz jest we mnie niewyraźny.

Wilder. Ma siedemdziesiąt lat. Po dziesięciu latach milczenia napisał powieść: The Eighth Day. Według recenzji (książki jeszcze nie czytałem) to rzecz napisana z mocą, trzymająca się kupy, nie sklerotyczna. Pisze o tym, że Stworzenie nie zakończyło się siódmego dnia, człowiek – zawsze – zaczyna Stworzenie od nowa; następuje więc i ósmy dzień. To temat Teilharda de Chardin. Przez życie każdego pisarza przewija się ten sam problem. Problemem Wildera jest Opatrzność, której nie ma. Ale pewnie rozmaitość kolorów czy linii tworzy jakiś wspólny rysunek, który jest sensowny. To dobry pisarz, jedyny spośród pisarzy amerykańskich, który wie, że pisanie jest stwarzaniem magicznego oddziaływania.

„Literatury amerykańskiej” – w takim sensie, w jakim przed wiekiem żądali jej Thoreau, Whitman i inni, a więc literatury, która wyraża kontynentalną świadomość wielkiej wspólnoty, stan ducha homo americanus – dziś już nie ma. Zamiast niej powstaje coś w rodzaju literatury getta: pracowici pisarze z drobiazgową precyzją opisują życie amerykańskiego (włoskiego, irlandzkiego, żydowskiego, murzyńskiego, węgierskiego) getta, donoszą, jak kochają i nienawidzą, jedzą i spółkują, realizują się i niszczą ich bohaterowie w amerykańskim getcie… Ten współczesny folklor getta zastępuje teraz w literaturze amerykańskiej kontynentalną perspektywę i łotrzykowską romantykę.

Po piętnastu latach pobytu wyemigrować z Ameryki do Europy. Żyć niezależnie. Napisać, co chcę jeszcze napisać. Wydawać i osobiście kolportować, co napiszę. To zadanie na resztę życia.

Pisarze. Tu już nie wiedzą, kto jest pisarzem. Mylą go z kupcem pomysłów i handlarzem słów. Kupcy pomysłów kradną je – dniem i nocą, gdzie się da – a handlarze słów sprzedają kradzione pomysły w stutysięcznych seriach słów. To tu uważa się za literaturę. I tylko gdzieniegdzie, jak pustelnik na odludziu, trafia się pisarz – na przykład Wilder, który przez trzy dziesięciolecia brał udział w tak zwanym „życiu literackim”, a potem, zbliżając się do siedemdziesiątki, uciekł z Connecticut, zamieszkał w Arizonie, gdzie – jak piszą – „rzadko się goli” i z nikim nie rozmawia.

Krúdy8 po niemiecku. Przekład jest żywy, wierny, Krúdyowski. A jednocześnie przygnębiający. Bo dzięki niemieckiemu tłumaczeniu czytelnik węgierski spostrzega, że nie sposób przełożyć właśnie tego, co jest charakterystyczne dla prozy Krúdyego: parodii. Sposobu, w jaki ten wielki pisarz opowiadał o wszystkim i o wszystkich: tonu wiecznej ironii. Zakładał wspólnictwo czytelnika, wierzył, że autor i czytelnik razem będą się śmieli z tego wszystkiego, co pisarz mówi o kobietach i mężczyznach, a także z tego, jak o nich mówi. Kiedy bohaterowie Krúdyego wzdychają, przewracają oczami, wyznają z patosem swoje uczucia, pisarz przypuszcza, że czytelnik wie: wszystko to tylko parodia rzeczywistości. I właśnie to jest czarodziejskie w utworach Krúdyego po węgiersku. Tymczasem obcy czytelnik wszystko odbiera jak coś rzeczywistego, prawdziwego – a wtedy cały zamiar pisarza bierze w łeb. Niemiecki Krúdy jest beznadziejnym nieporozumieniem, podobnie jak Proust po węgiersku, w tekście brakuje tego błysku oka, porozumiewawczego znaku, wspólnictwa z francuszczyzną.

W chwilach zmian istotnych życiowo wszystko w przedziwny sposób samo się układa, „wskakuje na swoje miejsce”, staje się aktualne, dojrzewa, nawet drobne, przypadkowe szczegóły. Ostatnio często to obserwuję.

7 kwietnia

Dziś mija dwadzieścia osiem lat od pogrzebu synka. Za dwa lata grób zostanie zlikwidowany.

W chwili pożegnania nie pomylić Ameryki z tym, co tu przeżyłem i poznałem. Jest tu też coś innego, ale nie spotkałem się z tym.

Wyjeżdżam stąd z żalem, że nie udało mi się dotrzeć do środkowego, prawdziwego Meksyku. Żałuję tego. Ale niewykluczone, że nawet i to się kiedyś zrealizuje. Nie ma nic niemożliwego.

9 kwietnia

János. Przyjeżdża na dwadzieścia cztery godziny (droga w obie strony to osiemset kilometrów i sam prowadził), przywozi mi urodzinowy prezent: fajkę z pianki o bursztynowym cybuchu. Jest życzliwy, uczciwy, ale otacza go jakaś aura smutku. Tylko jego mi będzie brakowało, gdy stąd wyjedziemy.

11 kwietnia

LXVII. Rankiem dzwoni Z. i pyta: „No i jak to jest?”. Odpowiedź: „Tak sobie”. Nic więcej. Nic mniej. Nic lepiej. Nic gorzej. Dokładnie „tak sobie”.

Dziennik Ionesco, autora pantomim słownych, Rumuna, który żyje w Paryżu. Pisarz starzeje się, boi się śmierci, ucieka w sanatoria i psychoanalizę. Jedno szczere zdanie: „Kiedy się nie boję, nudzę się”. Wielu tak czuje.

W Bibliotece Morgana rysunki artystów włoskich z siedemnastego wieku. Reni, Bernini, Carpaccio i jeszcze inni: rysowali tak, jak my dziś rozmawiamy.

13 kwietnia

Pierwszego dnia sześćdziesiątego ósmego roku mego życia w południe, podczas obiadu łamie mi się ząb. Ząb ważny strategicznie, ponieważ spoczywa na nim sąsiednia korona. To poważna starość, zużycie tkanek. Choroba i śmierć nie są starością, tylko szansą. Starość to właśnie to – w organizmie człowieka coś się kruszy, odłamuje, każdego dnia, nie tylko zęby, ale też włosy, paznokcie, z dnia na dzień ubywa tkanek. Starość jest powolnym, codziennym umieraniem. Jestem w środku tego procesu, muszę przywyknąć.

A więc natychmiast wsiadam do metra i po godzinnej podróży zgłaszam się u dentysty. Ten święty, kulturalny, szlachetny stary człowiek, żydowski lekarz, który był w Auschwitz, tanio liczy za wizytę. O czwartej po południu poczekalnia przed gabinetem pełna jest ortodoksyjnych Żydówek w perukach, do których później dołączają powracający ze szkoły czy z pracy młodzi pejsaci bachurzy. W małym przedpokoju, który służy za poczekalnię, ciśnie się nas dziesięć osób. Okno zamknięte, powietrze i zapachy jak w klatce lwa. Każdy pacjent spędza około godziny w gabinecie lekarza, który jest już stary, drżą mu ręce, pracuje powoli, ale przyjmuje od siódmej rano do północy. Jakby uczynił jakiś ślub, żeby tak pracować – może dlatego, że udało mu się przetrwać Auschwitz. Wśród nowojorskich dentystycznych oszustów, którzy za ciężkie pieniądze wykonują zbędne zabiegi, to jedyny człowiek, o którym wiem, że nie zrobi nic niepotrzebnego. Desperacką szarżą wchodzę do gabinetu pomiędzy jednym a drugim pacjentem, w przeciwnym razie musiałbym czekać na swoją kolej do północy – i dentysta uwalnia mnie od złamanego zęba. Prolog nowego roku życia zgodny z regułami gatunku.

„Przeprowadzka do Europy” za pasem, to rzeczywistość, a nie pomysł. Nagle, jak zawsze, kiedy coś niepokojącego staje się rzeczywistością, uspokojenie i poczucie bezpieczeństwa. Trzeba to zrobić, jechać do Europy. (Gdzie nic i nikt na nas nie czeka). Trzeba, ponieważ życie w Ameryce, jak teraz sprawy stoją, jest z mojego punktu widzenia całkowicie puste i bezcelowe – gdy wychodzę z domu, nie idę „dokądś”, tylko jakiś czas idę przed siebie, a potem wracam tam, skąd wyruszyłem, do domu, do swojego pokoju. Jak więzień, który chodzi w kółko po spacerniaku.

24 kwietnia

U dentysty. Malutki przedpokój (gdzie czasem ciśniemy się w ośmioro, dziesięcioro) pełen jest brodatych mężczyzn w chałatach i jarmułkach oraz kobiet w perukach. Ci ortodoksyjni Żydzi – zarówno jako Żydzi, jak i jako ludzie, i (co najdziwniejsze) jako Węgrzy – są znacznie porządniejsi od parweniuszowskiego żydowskiego mieszczańskiego plebsu ze śródmieścia. Nie chcą być kimś innym, niż są, nie ma w nich arogancji, zachowują się naturalnie, zwyczajnie, są sprytnie mądrzy i pogodni. Jeśli akurat nie mówią tym okropnym angielsko-jidyszowym dialektem, ich węgierszczyzna jest świadoma, pozbawiona gwary i dobrze brzmiąca.

Hyannis. W zatoce otwarto szkółkę żeglarską, odbywają się tu ćwiczenia i regaty znanych klubów. Żaglówka jest ostatnim środkiem lokomocji, który w tej zmechanizowanej cywilizacji daje człowiekowi możliwość bezpośrednich, ręcznych zmagań z siłami natury. Auto, owszem, nawet prywatny samolot jest już plebejską codziennością: latają obrośli w piórka magnaci filmowi, znudzeni producenci obuwia bawią się w Ikarów. Ale żaglówka wymaga ujeżdżania jak dziki koń – Conrad mistrzowsko opisuje, jaki to wysiłek, nim człowiekowi uda się „osiodłać” statek żaglowy.

Lektura:Huckleberry Finn. Pewnie najlepsza książka napisana w Ameryce. Przygody zbiegłego murzyńskiego niewolnika i młodego amerykańskiego wyrostka na wodzie i lądzie: to prawdziwa Ameryka, młodzieńcza i zabobonna. Pan Clemens był wielkim pisarzem.

Każdego dnia kilka działań, krzątanina, zakupy, załatwianie – przygotowania do dużej podróży, jakbyśmy jechali na Saharę czy Grenlandię. I to samo poczucie „bezcelowości”, jakie ma podróżnik do bieguna północnego, który właściwie nie wie, dokąd jedzie, gdzie znajduje się cel jego wyprawy.

Sprzedajemy nowojorskie mieszkanie, w którym mieszkaliśmy przez ostatnich piętnaście lat; przez dwa tygodnie wykopuję z mieszkania tych trochę przedmiotów – książek, obrazów – które są nam osobiście bliskie, podobnie jak Schliemann wykopywał Troję z piasków Azji Mniejszej. Utwardzony nalot piętnastu lat pokrywa tu wszystko, co „osobiste”, nie tylko przedmioty, lecz prawdopodobnie również nasze osobowości, nas samych, jakimi byliśmy kiedyś. Jak pustynny piasek zasypał miasta Mezopotamii, tak tu, w Nowym Jorku nasze życie osobiste pokrył żelazny pył cywilizacji. To, co wybrałem, ciężarówka przewiezie do pewnej miejscowości w Massachusetts, gdzie razem z Jánosem urządziliśmy trzyosobowe mieszkanie, utrzymane w ludzkich proporcjach, przestronne lokum. Możliwe, że tu zamieszkamy, jeśli nie znajdziemy sobie miejsca w Europie – i jeśli dożyjemy. Mieszkanie jest przytulne, miejsce sympatyczne. Biblioteka, cisza; w pobliżu Concord, gdzie mieszkali Emerson, Thoreau, Hawthorne… To taka nasza „z góry upatrzona pozycja”, na którą się wycofamy, jeśli nie odnajdziemy się w Europie.

26 kwietnia

Popołudnie w Greenwich Village. Dawno tu nie byłem. Brudne, niesprzątane ulice – MacDougal Street, Bleecker Street – w ostatnich latach stały się powszechnie znanym siedliskiem nowojorskiego homoseksualnego i narkomańskiego półświatka. W kawiarniach, barach kobiety w spodniach, z rozpuszczonymi włosami i przypominającymi oblicza zabalsamowanych nieboszczyków, upudrowanymi na biało twarzami, długowłosi, brodaci mężczyźni w rurowatych spodniach, niektórzy mają w uchu złote kółko. W Figaro widzę po raz pierwszy, jak taki dziewczynochłopiec w rurowatych spodniach szybkim gestem wsuwa coś do tylnej kieszeni spodni innego efeba – pewnie heroinę, LSD czy coś podobnego. Przy kawiarnianych stolikach gnieździ się przygnębiająca bezdomność i osierocenie, które nie protestuje, nie chce „czegoś innego”, tylko być, trwać z godziny na godzinę, w zaniedbaniu i zaroście. Ten zarost jest marką, znakiem przynależności. Charakterystyczną cechą tej młodzieży nie jest bunt, tylko rozpad ich życia.

Przy wejściu do hotelu Greenwich – stojącego przy Bleecker Street schroniska dla bezdomnych – tablica z cenami pokojów: „Special room na tydzień 16 $” – w takim miejscu i w takich warunkach nie jest to mało. Mieszkańcy nieustannie wchodzą i wychodzą przez obrotowe drzwi. Starzy brodaci ludzie w tenisówkach funkcjonujący na marginesie ludzkiej egzystencji. W wielkich miastach wszędzie widać objawy tego rozpadu, rozkładu, ale w Nowym Jorku jest to szczególnie przygnębiające i niepokojące.

Idę ulicą 23 wzdłuż rzędu hiszpańsko-portorykańskich sklepów, a wieczorem słyszę w radiu, że właśnie tam, gdzie przechodziłem przed kilkoma godzinami, troje Portorykańczyków – dwóch chłopców i dziewczyna – ciosami noża zabiło starego człowieka i młodego chłopca; zdobyty łup wynosił wszystkiego dwa dolary pięćdziesiąt dziewięć centów.

W telewizji pokazują pogrzeb Adenauera. Ten majestatyczny pogrzeb mógłby być zmartwychwstaniem Niemiec – i Niemcy urządzili go z takim zamiarem. Przez chwilę nostalgia za tymi „innymi” Niemcami, które – niezależnie od Hitlera – były wielką siłą, bez których nie ma i nie może być Europy. Tylko że – jak dowodzi pięćdziesiąt lat doświadczeń – te Niemcy ciągle od nowa wykolejają Europę.

18 maja

Pojutrze lecimy do Europy. Dokładnie czterdzieści lat temu stałem na lotnisku w Bourget i widziałem lądowanie Lindbergha.

Nowy Jork. Piętnaście lat. Po tym czasie mniej więzi, niż kiedy tu przyjechaliśmy. Wszędzie korupcja i indolencja. W ciągu piętnastu lat nie ukazała się tu po angielsku ani jedna napisana przeze mnie linijka, mafia zdusiła w zarodku wszelkie możliwości publikacji. Teraz reklamują wspomnienia córki Stalina.

W nocy niespokojny sen: Bandi nadchodzi z przeciwka (już blisko trzydzieści lat, jak umarł), gruby, spocony, i zacinając się, krzyczy w wielkim podnieceniu: „Wyobraź sobie, że Bóg zwariował!”. To nonsens, chcę protestować – ale Bandi w końcu przychodzi „stamtąd”, z tamtej strony, więc może coś wie… Nie pozwala mi dojść do słowa, jąkając się, dowodzi: „Wyobraź sobie, zwariował… Jak dyrygent, który podczas prowadzenia Missa solemnis nagle oszalał i zaczął dyrygować bez ładu, kiedy miała wejść harfa, on kazał wejść kotłom…”. Jąka się spocony i mówi: „Nie ma już harmonii. Nie zauważyłeś?…”. I znika. Wspomnienie tego snu pozostało żywe jeszcze długo po przebudzeniu.

Mieszkanie w Salerno znaleźliśmy w doskonałym porządku. Cztery pokoje czysto wysprzątane, nic nie zginęło, wszystko na swoim miejscu. Miasto jest tajemniczo piękne, wyniosłe, niepowtarzalne. Nie sądzę, że zamieszkamy tu na stałe, ale na długie lato – a może i na dwa – musimy tu pozostać, zimę zaś chyba spędzimy w Austrii. A potem „do domu”, do Ameryki, gdzie János jest dla nas jedynym bliskim, prawdziwą rodziną.

W Neapolu zimny, późnojesienny wiatr. Na ulicach twarze, gesty sprzed setek tysięcy lat. To nieprawda, co twierdzą głupi komuniści, że konserwatyzm oznacza bezwład. Konserwatyzm, który czerpie siłę z baterii tradycji, jest energią twórczą. W Neapolu we wszystkim czuje się tę konserwatywną siłę.

Po raz pierwszy w życiu nie mam żadnych „planów”. Umrę, to pewne – ale to nie plan. Świeci słońce. Jestem stary, jestem wdzięczny, ponieważ – jeszcze raz, przez chwilę – świeci słońce. To jedyna realność w moim życiu. Wszystko inne jest tak daleko, jakbym czytał listy od zmarłego człowieka.

W domu przyjęto nas wiadomością, że została zakupiona nowa winda i mam pilnie wpłacić część przypadających na mnie kosztów. Po raz pierwszy w życiu kupiłem windę, jeszcze nigdy nie posiadałem takiego środka komunikacji. Człowiek w końcu dożywa wszystkiego.

Teren wokół naszego domu już zabudowano sześciopiętrowymi betonowymi klatkami; widok tak samo przygnębiający jak w Nowym Jorku. Tylko stary, osiemdziesięcioletni sąsiad, wieśniak z Kampanii, zachował jeszcze na skraju miasta swoją działkę, porośnięty żółtymi kwiatami ogród, który każdego ranka podlewa i kopie. Stoi też jeszcze w sąsiedztwie jego dom, piętrowy, stuletni południowowłoski wiejski dom. Ale to z jego strony ani nie „wierność”, ani „bohaterstwo”, tylko spekulacja.

Piękno – budynki, drzewa, ukwiecone balkony, czasem czyjaś twarz – które tu jeszcze pozostało przez roztargnienie, w skrasowiałej Italii.

1 czerwca

Jaskółki. O zmierzchu zaczynają swój szalony powietrzny balet. To jakaś wielka, tragiczna ekscytacja, koniec światła, koniec dnia, nadchodzi zmierzch, przeznaczenie, noc. Nad balkonem jeszcze ciągle jaskółcze gniazdo, jak przed dwoma laty.

W Ameryce nie ma jaskółek. Pod parapetem okiennym i aparatem klimatyzacyjnym gniazdo zbudowały sobie wróble; kiedy likwidowaliśmy nowojorskie mieszkanie, odkryliśmy to wróble gniazdko.

Mieszkanie jest chłodne, przyjemnie przestronne, pokoje wysokie; to nie życie w klatce, jak było w Nowym Jorku. Pod koniec pobytu nowojorska klatka stała się jednak domem. Na południu Europy pokoje są przestronne, ale nie ma „domu” – nikt nie ma domu, Włosi po prostu go nie mają. Domem, mieszkaniem jest ulica i spacery pod niebem. I jest w tym coś dobrego.

Skromne egzystencje. Stolarz, którego poprosiliśmy, żeby naprawił drzwi od szafy. Ma trzydzieści lat, żonaty, dwoje dzieci, zarabia miesięcznie siedemdziesiąt tysięcy. Kilogram mięsa kosztuje tysiąc lirów i tak dalej. Mieszkania są tanie, wszystko inne – żywność, ubranie – droższe niż w Ameryce. Ale ma auto. Po tylu upokorzeniach auto jest zadośćuczynieniem.

4 czerwca

Dwie duże skrzynie zostały dostarczone z Nowego Jorku dokładnie co do dnia; w Neapolu, gdzie okazaliśmy dokumenty celne, nawet ich nie otwierano, od razu wydano pozwolenie na wwóz stu pięćdziesięciu kilogramów naszych rzeczy osobistych. Stało się to dzięki pomocy spedytora neapolitańskiego, który z papierami w ręce chodził od pokoju do pokoju, przekonał przynajmniej dziesięciu urzędników, by podpisali i przypieczętowali dokumenty, co oni bez pytania, od ręki robili, a gdy kogoś akurat nie było przy biurku, spedytor sam przybijał pieczątkę. To wszystko nie miało jednak żadnego sensu. Bo – w ciemno i bez kontroli – mogłem był wwieźć sto pięćdziesiąt kilogramów heroiny czy broni, nikogo to naprawdę nie obchodziło. Ale pieczątki, urzędowość, bieganie z papierami, podpisywanie były oczywiście niezbędne, ponieważ urzędnicy z tego żyją. Od tej pory minął tydzień; w oznaczonym dniu nie przywieziono nam skrzyń, które jeszcze ciągle leżą w neapolitańskim magazynie. Droga z Neapolu do Salerno ma pięćdziesiąt siedem kilometrów, ale przewóz trwa dłużej niż z Nowego Jorku do Neapolu, odległego o osiem tysięcy kilometrów. Świat już taki jest, człowiek musi się zestarzeć, by zrozumieć i pogodzić się z tym.

Wieczorami spacer brzegiem morza w kierunku Paestum. Cisza, powietrze wonne, cierpkie, górskie i leśne – i oddech morza. Wzdłuż alei kwitną wielkie kaktusy, na brzegach ich wielkich jak dłoń liści kolczaste, kosmate pączki, z których wyrastają żółte kielichy kwiatów.

Uprzejmość jest jak lecznicza terapia dla cierpiących na depresję pacjentów. Dopiero teraz uświadamiam sobie, w jak furmańskim świecie żyliśmy.

Zmiana z Ameryki na Europę zachodzi łatwiej i bardziej bezszmerowo, niż sądziłem. Tu w wielu miejscach widać oczywiście niedbalstwo, ale w klimacie, trybie życia, ludziach i instytucjach nie czuję tego wrogiego oporu, jaki panuje w Ameryce.

7 czerwca

Dwie wielkie skrzynie – łącznie sto pięćdziesiąt kilogramów – które wysłałem statkiem z Nowego Jorku, wreszcie dotarły, dwóch ludzi, dysząc, wniosło je do nas na szóste piętro i mamy tu teraz wszystko, co, jak uznaliśmy, przyda się nam z nowojorskiego mieszkania: ubrania, różne własne rzeczy, książki, rękopisy; L. zapakowała nawet czajnik z gwizdkiem. Teraz, gdy na to wszystko patrzę, Nowy Jork wydaje mi się jeszcze bardziej obcy. Piętnaście lat w mieście i żadnych wspomnień! Wśród książek znajduję Eckermanna, Plutarcha po angielsku, zbiór wierszy Aranya, Biblię Károliego (wszystkie zaczytane i podniszczone, mam zamiar zanieść je tu do introligatora) i Johnsona Boswella. To wszystko, co przywiozłem. Nocą otwieram Biblię, czytam opowieść o Dawidzie i Goliacie, o odważnej walce posługującego się procą młodego Dawida; jednocześnie radio podaje, że wybuchła wojna arabsko-izraelska i że izraelskie siły wojskowe „wtargnęły w głąb terytorium Egiptu”.

Czasem na kilka godzin palący upał – ale w cieniu, po drugiej stronie ulicy, trzęsę się z zimna.

Wielka radość na wąskiej uliczce Mercato znów ujrzeć introligatora, grawera, jubilera, rzemieślników, którzy są wierni swojemu fachowi. Jak pisarze. Nie wiadomo, jak im się udaje wyżyć ze swojego fachu. (Podobnie jak pisarzom).

Lajos zmarł przed czterema laty, na drzwiach mieszkania jeszcze ciągle znajdowała się tabliczka z jego nazwiskiem, długo nie chciałem jej zdejmować. Ale teraz już zdjąłem i zamówiłem nową, z własnym nazwiskiem, bo nie można mieszkać pod szyldem zmarłego. Gdy przybijam na drzwiach nową tabliczkę (MÁRAI, tylko nazwisko, grawer wyrył je wielkimi literami), ogarnia mnie nieprzyjemne uczucie, unheimlich. Takie jest życie, nieprzyjemne i unheimlich – bo nie sposób nie pomyśleć o gościu, który jutro lub niedługo zdejmie moją tabliczkę z drzwi i przybije na jej miejscu swoją, z własnym nazwiskiem.

8 czerwca

Dwie wielkie skrzynie, w których teraz przybył tu nasz doczesny majątek, to te same skrzynie, z którymi przed piętnastu laty wyjechaliśmy z Neapolu do Ameryki. Blaszane skrzynie dobrej jakości, wiele wytrzymały. Jak my.

Wieczorem zatłoczony autobus długo stoi przy przystanku na jakimś ciemnym rogu ulicy. Kierowca wysiada, wokół niego zbiera się tłumek – tu ludzie jak muchy natychmiast grupowo obsiadają wszystko – i zaczyna się długie gestykulowanie, ponieważ matka z histerycznym dzieckiem oskarża kierowcę o szok wywołany gwałtownym hamowaniem. Zatłoczony autobus ponad dwadzieścia minut stoi na rogu ulicy: odgrywają wyśmienitą scenę commedii dell’arte, żadna strona nie potrafi zakończyć, tematem jest kwestia odszkodowania czy jakiegoś innego szwindla. Gra – gestami, minami, przeciągle, śpiewnie wypowiadanymi słowami – doskonała, widzowie i słuchacze nie mogą się jej napatrzyć do syta, słuchają ze znawstwem, poważnie, jak bywalcy oglądający intermezzo w teatrze.

Na szerokiej na półtora metra uliczce Mercato otwarto elegancką kawiarenkę: wszystkiego cztery stoliki, drewniana boazeria, delikatne ryciny na ścianach. „Obroty”, jakie ten mały lokalik w niewielkim Salerno jest w stanie osiągnąć, są zapewne niewielkie. Ale jednak otwarli go, bo Mercato to uliczka śródmiejska, coś w rodzaju wąskiej ulicy Váci w Budapeszcie, i powinna tu być mała, wytworna kawiarenka; w tym przedsięwzięciu wyraża się ambicja Miasta – co od wieków jest czymś innym i czymś więcej niż tylko widokami na dobry interes. Ale takich Miast jest już w Europie niewiele.

To, co tu „dobre”, to zwykli Włosi, typ człowieka, który trudno opisać: to ktoś, kto nie ma planów realizowania się w hierarchii społecznej, po tysiącletnich upokorzeniach i bolesnych doświadczeniach chce po prostu żyć, uprzejmie i z rezygnacją. „Mieszczanin” tu też jest niesolidny, nieuprzejmy, okrutny. Ale zwykli ludzie stanowią pocieszenie, są godni zaufania. Dlatego tu jestem, pod koniec życia. W Ameryce zwykli ludzie nie są „dobrzy”, tylko wrodzy, niegodni zaufania, niezadowoleni i gniewni.

Malarze pokojowi. Młodzi Włosi. Po zakończeniu pracy jeden z nich pyta, jaki mam zawód. Po mojej odpowiedzi zamyśla się i mówi poważnie: „To zaszczyt dla nas, że mogliśmy pracować w mieszkaniu pisarza”. Takiego zdania w Nowym Jorku nikt nigdy by nie wypowiedział; ani malarz pokojowy, ani nikt inny.

Włosi przez tysiące lat odżywiali się węglowodanami i celulozą – jedli kluski, jarzyny i owoce. (Mało ryb i bardzo rzadko mięso). Teraz, dzięki obrotom towarowym Wspólnego Rynku, zaczynają jeść proteiny, więcej mięsa, jak nigdy wcześniej. Możliwe, że to zmieni ich charakter?

Wystawa: w śródmiejskim barze, gdzie po południu piję kawę, wciskają mi w rękę zaproszenie. W inteligenckim klubie La Scacchiera o wpół do ósmej po południu (wieczór tu zaczyna się później) zostaną przedstawione dzieła neapolitańskiego rzeźbiarza Gabriele Zambardino. Na wernisażu ma się zjawić miejscowy arcybiskup, S.E. Moscato, wszyscy są mile widziani. Klub znajduje się na czwartym piętrze domu przy via delle Botteghelle, jednego z zaułków najstarszej części śródmieścia. To dawny pałac z szerokimi, płaskimi schodami, wielosetletnimi wnętrzami, wszędzie rośliny, wielka liczba pokojów, łukowe sklepienia i stiuki; dom, o jakim mówi bohater powieści Lampedusy, gdy wyjaśnia, że dżentelmen mieszka tylko w takim domu, w którym nie zna liczby pokojów. W jednej z sal krząta się młody człowiek w koszuli, z grzywą włosów – to rzeźbiarz Zambardino. Ma około trzydziestki, szalony błysk w oku, artysta. Rzeźbi nowoczesne pokrzywione świątki, tyczkowate Piety w manierze Giacomettiego. Utalentowany. Po salach snuje się kilku młodych ludzi. Klub jest w Salerno miejscem ich spotkań. Przez na wpół otwarte drzwi widzę przy stole sztandar ze swastyką. Ale to może być równie dobrze rekwizyt teatralny. Wszystko wydaje się egzotyczne i smutne. Kiedy stamtąd wychodzimy, mijamy arcybiskupa, to wysoki, stary człowiek, towarzyszy mu młodszy ksiądz; wytworni i szczególni ludzie.

Następnego dnia w miejscowej bibliotece. Wiele sal, książki zamknięte na kłódkę. Bibliotekarz mówi, że „wśród młodzieży widzi się wielkie rozdarcie”. W czytelni trzech młodych ludzi opartych na łokciach, przygotowują się do egzaminu. Poza nimi przez całe godziny nikogo.

Kolacja w małej restauracji, gdzie obsługuje nas garbaty kelner. Za talerz doskonałej zupy cozza, dwie wspaniałe pizze, wino, napiwek, nakrycie płacimy osiemset lirów, a więc dolara dwadzieścia centów. W Nowym Jorku dwie osoby muszą wydać więcej na samo metro, jeśli chcą dojechać do śródmieścia. A jednak, życie nie jest tu tanie; w pieniądzu kryje się podstępna drożyzna.

W Paestum. Siedząc pod kawiarnianą markizą naprzeciw świątyni Posejdona, przez godzinę przyglądam się głębokim kolorom skąpanego w czerwcowym słońcu krajobrazu Kampanii.

To śródziemnomorskie światło, które wszystkiemu nadaje sens, jest wielkim darem. Dobrze jeszcze raz przeżyć tę światłość [zanim zrobi się ciemno9].

Światło śródziemnomorskie: światło przynoszące dojrzewanie; również dojrzewanie w sensie rozumienia. To światło sprawia, że w człowieku rodzi się mądra, pełna rezygnacji świadomość – tu czuje się ją wszędzie, w spojrzeniach ludzi, w ich zachowaniu.

W tym roku pierwsza kąpiel w morzu.

Siostra przysłała mi ostatnią fotografię szwagra zmarłego pod koniec zeszłego roku. Miał siedemdziesiąt dwa lata: na zdjęciu wygląda na człowieka zdrowego, pełnego siły – i patrzy przeszywającym wzrokiem; gniewne spojrzenie człowieka gotowego na wszystko.

Ale pewnie nie był gniewny. Może tylko bardzo nieszczęśliwy.

22 lipca

Każdego ranka kąpiel w morzu. W ciągu dnia suchy upał. Chłodne noce. Takie powinno być lato, żeby cieszyć.

Wiadomość z prasy: w pewnym prowincjonalnym miasteczku francuskim otwarto muzeum burdelu; we Francji przed dwudziestu laty zakazano funkcjonowania domów publicznych i wszędzie je pozamykano; ale trzy stare damy – może nie stare panny, ale na pewno osoby wiekowe – w jednym z takich przybytków urządziły muzeum. Wstęp kosztuje dwa franki. Właścicielki pokazują pokoje, historyczne pamiątki, puste pudełka po wazelinie, bidety… wszystko, co pozostało po tamtej cywilizacji. Jak w Pompejach.

Po zakończeniu wojny i terroru hitlerowskiego z szuflad niemieckich biurek nie wyjęto rękopisów, na które czekano, o których szeptano, że powstawały w sekrecie w tamtych strasznych czasach i ukrywane w szufladach czekały na chwilę, kiedy pisarz będzie mógł wreszcie wypowiedzieć całą prawdę. Chwila nadeszła, ale pisarze milczą, a rękopisy zapewne dalej leżą w szufladach biurek. Za żelazną granicą też są takie szuflady. Ale możliwe, że z tej skrytki ukrywanej przed czerwonym terrorem też nic nie zostanie wyjęte. A w każdym razie nic, co jest literaturą.

27 lipca

Neapol. Wściekły, niebezpieczny upał. Ludzie śpiewający w gorącym zaduchu w kościele przy via Brigida. Święta oparta o tylną ściankę szklanej witryny wygląda, jakby zaraz miała zemdleć. Chodniki puste, pojazdy toczą się po ulicach niespiesznie jak zielone robaki w gorgonzoli. Mądre, wspaniałe i zepsute miasto skwierczy i smaży się w tym upale jak placek w oleju na blaszanych patelniach ulicznych sprzedawców.

Niemiecka książka – Robert Haerdter: Tagebuch Europa. Wdzięczny pomysł, staranne, piękne wykonanie. Relacje dawnych podróżników z kilku europejskich miast – Manchesteru, Weimaru, Escorialu; co widzieli i co sobie myśleli, kiedy coś zobaczyli. (To drugie jest zawsze ważniejsze, bo pierwsze znajdziemy w bedekerach). Doskonały cytat z Humboldta, który bawiąc w Escorialu, widział podczas obiadu cynicznego starego piernika, króla Karola IV i jego żonę trucicielkę, kochankę Godoya. Kilka linijek jak rysunek Goi. Ten, kto tę książkę zredagował, Herr Doktor, to cenny i dobry typ Niemca, pożyteczniejszy od chełpliwych i nieudanych naśladowców Fausta; ale Herr Wagner też wiele dał światu.

Taki upał musiał panować w Ołowianym Więzieniu. Ale nocą można upałowi uciec, wiatr od Afryki przynosi ulgę. Ten upał jest całkiem żywy, a więc znośny – jak cień, żywy i chłodzący; nie to co w Nowym Jorku, gdzie od cementu jednakowo biją gorąco i chłód, oba mordercze i nieludzkie.

L. pyta mnie, czy nie czuję, że na starość człowiek staje się swoją własną karykaturą. Ależ tak, czuję to. A jednak człowiek nawet na stare lata i pomimo karykaturalności powinien trzymać się swoich przekonań. Rządy czy władze nie mają ani przekonań, ani zasad moralnych, mają tylko politykę, którą zmieniają zgodnie z własnym interesem. Człowiek prywatny nieposiadający przekonań jest gorszy od swojej własnej karykatury: strach na wróble, słomiana kukła.

5 sierpnia

Nocą leżałem na tarasie i patrzyłem na gwiaździste niebo – śródziemnomorski firmament, którego nie zasłaniają opary wielkich miast – i obok cudów, które na nim widziałem, cudem wydała mi się też niezwykła zdolność ludzkiego oka, potrafiącego dojrzeć ciała świetlne, które w sensie ziemskim znajdują się w niewyrażalnie wielkiej odległości. Zdolności człowieka są cudowne, nawet jeśli on sam jest z niedoskonałego materiału.

Wśród tekstów zawartych w Tagebuch Europa pouczające są zapiski weimarskiego kanclerza Müllera na temat balu, jaki Karl August, książę weimarski, zmuszony był wydać na rozkaz Napoleona dla wojska i ludu, który zgromadził się, żeby ujrzeć Cesarza i cara Aleksandra na paradzie zorganizowanej po bitwie pod Jeną. Wśród zaproszonych gości znajdował się również Goethe, ale według wspomnień kanclerza Cesarz ledwie zaszczycił go uwagą; prosił raczej, żeby przyprowadzono na bal starego Wielanda, który, dysząc astmatycznie, w końcu przykuśtykał i długo rozmawiał z Cesarzem. Kanclerz weimarski podsłuchiwał w pobliżu i usłyszał, jak na pożegnanie Napoleon spytał Wielanda: „Wierzy pan, że Jezus Chrystus naprawdę żył?” – a kiedy wystraszony Wieland zaczął się jąkać, Cesarz roześmiał się i skinął, że rozumie, Wieland nie może powiedzieć nic innego.

9 sierpnia

Odrywa się sznurek od rolety okiennej. Ze stojaka spada budzik, zrywa mu się sprężyna. L. upada nagle w swoim pokoju, na szczęście bez obrażeń. Czy są „takie” dni? Tak, są. Jaki jest ich sens? Czy takie dni mają swoją przyczynę? Nie wiemy. Seria, ślepy przypadek? Może. Demony? Możliwe. Nie wiemy.

W takich chwilach trzeba poszukać w świadomości i w rezerwach komórek nerwowych resztek, ostatków energii. Działać z minuty na minutę, jak pilot lecący w burzy.

Każdego ranka w morzu. W znanym, miękkim, starym morzu. Jest inne od oceanu, bliższe, bardziej rzeczywiste. W Morzu Śródziemnym nie przyprawia mnie o dreszcz oceaniczna obojętność, która niepokoiła mnie, kiedy pływałem w Oceanie Atlantyckim.

Zaniosłem do tutejszego zegarmistrza dwa budziki, żeby ponaprawiał zepsute mechanizmy. Ale możliwe, że to przejaw zbytniego optymizmu.

Włochy są państwem policyjnym, w którym jednak wszyscy robią, co chcą, zarówno policja, jak i łobuzy. Trwające trzy tysiące lat współżycie nauczyło ludzi i instytucje: wystarczy udawać, że Urząd utrzymuje porządek. W rzeczywistości to życie utrzymuje jakiś porządek. I ten porządek jest najpewniejszy.

Lektura:Der Prozess beginnt, kilka odwilżowych eksperymentów z lat 1956–1960, opowiadania pisarza używającego pseudonimu Abram Terc, a także Dudincewa i innych rosyjskich autorów. Opowiadanie Terca rzeczywiście demaskujące; ukazuje schizofreniczny stan ducha bolszewickiego społeczeństwa w czasach stalinowskich: już nie wierzą w Ideę, odczuwają wstręt do wszystkiego, czym częstuje ich rzeczywistość i nie mają pojęcia, czym tę Ideę i rzeczywistość można zastąpić.

Morze, powietrze, światło mają już jesienne kolory. Poranna kąpiel w morzu orzeźwiająco chłodna. W południe na tarasie Lido, Costiera Amalfitana otulone złotą mgłą.

Amerykański Urząd Emerytalny przysłał mi kwestionariusz. Pytają „ile godzin pracowałem w tym roku jako pisarz” i „czy reklamuję gdzieś swoje umiejętności pisarskie”. Sens tych pytań jest taki, że jako staremu pisarzowi wolno mi pracować tylko czterdzieści pięć godzin na miesiąc, bo jeślibym pracował więcej, wypłata mojej emerytury zostanie wstrzymana! Ta ankieta jest doskonale amerykańska. Urząd, który pyta pisarza, ile godzin „pracuje” miesięcznie (kiedy? w jaki sposób? jeśli spaceruje i rozmyśla, to nie „pracuje”?) – cała Ameryka.

29 sierpnia

Coudenhove-Kalergi:Ein Leben für Europa. Matka autora jest Japonką, ojcem austriacko-czeski hrabia. On sam zaś bastardem urodzonym w Japonii, wychowanym w Austrii, uczył się w Theresianum, zawód: „filozof i polityk” (sic). To jeden z tych barwnych błędnych rycerzy dwudziestego wieku, dyletant w rodzaju Alberta Schweitzera. Kilka ładnych stronic, gdy pisze o matce, córce japońskiej rodziny kupieckiej, która w Wiedniu, u boku austriackiego męża hrabiego wiodła tajemniczy, samotny żywot, ale nie poddała się. Autor jest czołową postacią Ruchu Paneuropejskiego. Ten ruch jest jednocześnie utopią i przemysłem. Czytelnikowi wspomnień trudno zrozumieć, kim właściwie jest ten dyletancki filozof i polityk – czy to Austriak, który filozofuje, czy Japończyk, który politykuje. Ponieważ nie znał się na niczym, ale był barwną figurą i obrotnym młodzieńcem, pod koniec pierwszej wojny światowej (miał wówczas dwadzieścia trzy lata) ogłosił ideę Zjednoczonej Europy, którą przed nim ogłaszali już Juliusz Cezar, Karol Wielki, Napoleon i Pál Auer10. (Ten ostatni jest widoczny na dwóch fotografiach). To, co w tej komicznej książce jest pouczające: jawna opowieść o tym, jak taki „macher” (jak w Wiedniu, a może i w Japonii nazywa się podobnych, łasych na karierę letkiewiczów) wymyśla dla siebie Rolę. Technika jest następująca: do wszystkich pisze listy, przedstawia się, prosi o pomoc. Do Wilsona, który go nie przyjmuje, do Roosevelta, który go nie przyjmuje, później do papieży, do de Gaulle’a, do wszystkich. Niektórzy odpowiadają, niektórzy wyręczają się sekretarzem, który odpowiada na list, ale błędny rycerz jest niestrudzony w prezentowaniu siebie i swoich planów. Tacy kręcący się wszędzie, zabiegający o swoje, bezwstydnie oferujący się ludzie są w końcu użyteczni: Idea, niezależnie od oferującego ją komiwojażera, staje się żywa.

Rankiem, kiedy wracałem z kąpieli, widziałem na jednej z ulic, jak pół tuzina dzieciaków bawiło się w semafor, ustawiały się rzędem przed samochodami i w trakcie tej zabawy śmiały się tak serdecznie, tak z całego serca, jak to opisałem w jednej ze scen Krwi Świętego Januarego. W Ameryce nigdy nie widziałem, żeby dzieci śmiały się tak swobodnie.

5 września

Po dwóch wietrznych, deszczowych dniach odpływu znów słońce – wczesnojesienne, o słodkawo-stęchłej woni. Z tego słońca spragniony organizm pobiera i magazynuje azot, witaminę D, słodycz życia. Starość to strach przed zimą, ciemnością, brakiem światła.

Mauriac:Memoires interieurs. Na pierwszych stronach pisarz – mądrze i szczerze – opowiada o tym, że człowiek zaczyna obserwować na sobie objawy starości, kiedy nie jest w stanie zharmonizować rytmu własnego życia z rytmem otaczającego świata. A już szczególnie, gdy rytm otoczenia zmienia się barbarzyńsko…

Wśród roślin doniczkowych na tarasie mamy dwa indyjskie kaktusy i jeden z nich wydał iglaste, jadalne owoce. Po raz pierwszy w życiu mam owoce własnego chowu, i to na dodatek z kaktusa.

Od kilku miesięcy nie mamy ani grosza przychodów, nie przysyłają nam emerytur, pewnie wstrzymano je wskutek niedbalstwa jakiegoś urzędu. Żyjemy z bardzo niewielkiej sumy, jaką przywieźliśmy ze sobą, żyjemy doskonale, bez trosk, trzymamy służącą, mamy wszystko, czego potrzeba. Wewnętrzny porządek życia jest tajemniczy.

Goście z Niemiec, małżeństwo węgierskich emigrantów. Mężczyzna jest dziennikarzem, jego żona była aktorką. Po raz pierwszy od wielu lat przez kilka wieczorów gadanie – nie konwersacja, tylko gadanie. Chyba tego brakowało mi najbardziej w Ameryce.

12 września

Castellammare. Pałac, w którym chłodzili się królowie z dynastii Andegawenów i Burbonów, i gdzie chronili się przed neapolitańską dżumą. (W niedzielę wielki zachwyt podczas czytania neapolitańskiego fragmentu Miłości Toldiego11). Przyjeżdżamy po deszczu, w parku zapach wilgotnych opadłych liści, magnolii i sośnicy japońskiej, w hotelu puste pokoje, historyczna cisza. Herbatę podają w ogrodzie – w jednym z najpiękniejszych zakątków Europy. Potem w Gragnano, w piwnicy wypełnionej beczkami kupuję czerwone wino – tutejsze cierpko-gorzkie, trochę musujące wino. Wszędzie uprzejmość, dobre wychowanie. Po Nowym Jorku to jak kąpiel lecznicza.

Z wysokości terazza patrzę, jak wczesnym rankiem „otwiera się” włoska ulica: podciągają żaluzje, sprzedawca owoców wyładowuje towar – mięsiste, wonne, cielesne jak rodem z Kanaanu owoce Kampanii, nieśplik, jadalne kasztany, wonne morele i brzoskwinie, szlachetne gruszki, jabłka, słodkie winogrona; piekarz wykłada na wystawę świeże wypieki; ten widok czynnej i krzątającej się, nabożnie pracowitej ulicy włoskiej przypomina mi ruchomą szopkę bożonarodzeniową presepe: gdy nakręci się sprężynę, figurki zaczynają się ruszać. Ale jest tu także co innego: w tej okolicy mieszka wielu Włochów, którzy pracowali w Ameryce, a potem wrócili do ojczyzny i robią tu to samo, co robili tam. Jak w dziecięcej zabawie: „Przybyliśmy z Ameryki, naszą profesją jest…” – tak samo brzęczy ta poważna zabawa w dole na ulicy. Dalej w wierszyku: „A każdy wykonuje swój zawód…”. I to też prawda. Na przykład: fryzjer ostrzy brzytwę. Piekarz piecze. Szewc przybija podeszwę. Pisarz pisze.

Mauriac. Szczere słowa o starości, o francuskiej prowincji, o cywilnym zakonie demoiselles, starych panien męczennic, których życie zostaje wyssane przez rodzinę i prowincję – a zaraz po tym nieznośna deklamacja o religii i Łasce. W końcu ten człowiek napisał świetne powieści i ma już ponad osiemdziesiątkę. Więc podczas czytania takich enuncjacji rośnie nieprzyjemne podejrzenie, że ktoś, kto w ten sposób pisze o religii, jest tak samo nieszczery jak inteligent-komunista deklamujący o komunizmie, w który przecież nie może wierzyć, jeśli jest rozumnym człowiekiem.

W południe na nadbrzeżu przez półtorej godziny patrzę na rozjuszone, wzburzone morze. To najlepszy środek na uspokojenie nerwów; lepszy od wszelkich modnych syntetycznych tranquillizerów12.

Wszystko jest tu takie samo jak przed dziewiętnastu laty, kiedy przybyliśmy na ten brzeg. Coś stałego, co przykuwa tu ludzi – tutejszych tak samo jak obcych, którzy tu zbłądzą, wyjeżdżają, a potem wracają. Tu wszystko jest na swoim miejscu.

Muszę prędko zdecydować, na co mam przede wszystkim wydać tych tysiąc dolarów, których chwilowo nie mam: założyć w mieszkaniu centralne ogrzewanie, czy wydać Dziennik? Przed dziesięciu laty nie wahałbym się i wydałbym Dziennik. Dziś jestem mniej pewny – zima na Południu potrafi być przewrotna. A ja jestem o dziesięć lat starszy. Fakt, że Dziennik też.

15 września

Po raz pierwszy tak jasno widzę to, co myślałem na temat Europy, będąc w Ameryce: coś, co nazywa się „Historią”, opuściło Europę, już nie tu się „dzieje”.

Dzisiejsi – młodsi i starsi – pisarze zrozumieli chyba, że z ludźmi stało się coś bardzo złego: człowiek nie wierzy już ludziom.

Burza. Tu natura przemawia do człowieka bardziej bezpośrednio, po ludzku niż w Ameryce. Burza przelatuje nad okolicą, sieje zniszczenie, ale w zjawiskach atmosferycznych nie ma tamtej oceanicznej obojętności. A po przejściu burzy natychmiast wychodzi słońce, powietrze jest miękkie i pachnące. Tutejszy klimat jest jeszcze na ludzką miarę.

Złodziejka; L. zwraca moją uwagę, że pewna nasza znajoma – mieszkająca w Rzymie młoda Węgierka – ma odczyt w Radiu Wolna Europa. Wysłuchujemy szkolnego odczytu i z zaskoczeniem słyszymy jeden z rozdziałów Krwi Świętego Januarego (w którym opisuję transakcję zawartą przez neapolitańskiego handlarza ryb), który autorka, nie wspominając nawet mojego nazwiska, słowo w słowo włączyła do swojego tekstu rodem ze szkolnego kółka samokształceniowego. W tej kradzieży kieszonkowej jest coś niepokojącego, ponieważ ta osoba niedawno była naszym gościem, mieszkała u nas, kto wie, co jeszcze ukradła, jaką intelektualną srebrną łyżeczkę?

16 września

Kelner w kilkusetletniej Caffè Mercantini na maleńkiej via Mercantini: ktoś, kto pozostał tu z settecento. Fryzura, czerwony frak, ruchy, we wszystkim niezafałszowane settecento, jakby swojego czasu obsługiwał Casanovę. A teraz obsługuje mnie, perfekcyjnie i z godnością.

Nikołaj Arżak (pseudonim literacki skazanego na pięć lat ciężkich robót Julija Daniela): Hier spricht Moskau. Razem ze swoim towarzyszem, Abramem Tercem (Andriej Siniawski) tłuką właśnie kamienie w jakimś łagrze, ponieważ przemycili za granicę swoje utwory, które nie mogły się ukazać w Sowietach. Obaj zdolni. Terc opisuje świat schizofreniczno-surrealistyczny, Arżak pisze fantastykę – reportaże o sowieckim świecie, w którym pewnego dnia zostaje ogłoszony „Dzień Publicznych Mordów”. Ten pamflet jest krzyczący jak plakat, ale właśnie dlatego przekonujący. Co musi istnieć w społeczeństwie, jaka rozpacz, żeby pisarz w sekrecie, bez żadnej nadziei na publikację w ojczyźnie tworzył taką swiftowską, wolterowską, okrutną i dziką fantazję? Jeśli jest jeszcze nadzieja, to ta rozpacz ukazuje jakieś światło, jakieś wyjście.

Niezależność na czas starości… Wielki dar. A poza tym też to miejsce – Salerno, mieszkanie, Neapol, Costiera Amalfitana, ludzki wymiar tego regionu – gdzie dobrze być starym.

Zaczynamy odkrywać wioski w górach otaczających wybrzeże. Giovi, kwadrans autobusem, który rusza z najbliższego rogu ulic. Figi, winogrona, pomarańcze, cytryny, w górach ogrody Kampanii pełne wszelkich owoców. Prastary tryb życia, nigdzie ani śladu turystyki; uprzejmi, przyjaźni ludzie. W głębi morze, wokół wyżyny Apeninów otulone niebiesko-srebrnymi szalami.

Uroda Neapolu. W świetle barwy dawnych ulic. Kwiaty. Obiad w Guercia, gdzie gość wchodzi do restauracji przez kuchnię i menu widać na patelniach. Wszędzie mądra, pełna dystansu życzliwość. Wszędzie i zawsze to uczucie: koło się zamknęło, wróciliśmy.

9 października

Młody Włoch – sąsiad – w niedzielne popołudnie zabiera nas autem do miejscowości Materdomini położonej na wysokości sześciuset metrów. W jesiennym świetle łąki i wzgórza Kampanii odcinają się ciemnozielonymi barwami od jasnoniebieskiego tła nieba. Piękno bujności, łagodność zagospodarowanego krajobrazu. Miejscowość jest celem odpustów, znajduje się tu kaplica poświęcona San Gerardowi Majelli. To święty, którego figurę w neapolitańskim kościele przy via Brigida wierni obwiesili ekscentrycznymi wotami. Był męczennikiem, w witrynie narzędzia tortur, okrutne przyrządy, których Santo używał do samoudręczania się. Wielu pielgrzymów, wlokące się autobusy wwożą na górę włoskich turystów. Jarmark, stragany pełne tanich pamiątek, mieszanka wiary, zabobonów i interesu – ale też czegoś więcej. Wiary, że istnieje „coś innego”. I w głębinie morze. Wonna, pełna owoców dolina. Wokół erozyjne wzgórza Apeninów; i świadomość, że to wszystko nie dzieje się przypadkiem, musieliśmy tu wrócić z Ameryki. I że stąd nie bardzo jest „dokąd jechać”.

21 października

Mija piąty miesiąc od naszego wyjazdu z Nowego Jorku. W południe gorące, miodowe, lepkie światło. Tych pięć miesięcy było wielkim darem – słońce, morze, Italia.

Nieoczekiwanie stałem się majętny, coś w rodzaju napoli milionario. W ciągu tygodnia wzbogaciliśmy się o cztery i pół tysiąca dolarów. I zaskakujące, jak bardzo nie ma niczego, co chciałbym kupić. Niczego, co można dostać za pieniądze. To wielki dar niezależności; niezależnym trzeba jednak być nie tylko od świata, ale również od własnych pragnień.

W tym roku Nagrodę Nobla otrzymał dyplomata gwatemalski, który pisze wiersze. To wywołało wzburzenie w Afryce, gdzie sądzono, że otrzyma ją inny kandydat – poeta, prezydent pewnego świeżo wyzwolonego kraju afrykańskiego, łagodny literat-kanibal. Życie literackie zaczyna przypominać rozrywkę w rodzaju cyrku Barnuma.

1 listopada

Wszystkich Świętych. Pełnia księżyca, zmiana pogody, spienione morze. Na cmentarzu przy grobie Lajosa, pomiędzy pudełkowymi grobami wbudowanymi w mury przypominające katakumby. Tylko szaleniec może wierzyć, że życie i śmierć mają jakiś cel czy sens.

Amerykański urząd emerytalny powiadamia mnie, że przyjął odpowiedzi, jakich udzieliłem na pytania kwestionariusza, zgodnie z którymi „jako pisarz nie pracuję więcej niż dwadzieścia godzin miesięcznie” i „nigdzie nie reklamuję własnej pracy” – więc teraz już będę systematycznie otrzymywał emeryturę. To dobra wiadomość, ale muszę się pilnować, żeby się nie przepracować, na przykład żeby nie rozmyślać więcej niż piętnaście godzin miesięcznie. Ten szalony system trzyma się jednak swoich manii: teraz już wiedzą, kim jestem, co robię, i będą płacić, co oznacza, że w Salerno będziemy mogli w pełnej niezależności wyżyć na przyzwoitym poziomie z naszych emerytur.

Mieszkanie otrzymało zimowy wystrój: dywany, piecyk elektryczny. Wygląda teraz jak dom. Który to już? I na jak długo?

Ale, ze wszystkim, to miejsce, ta sytuacja, to wszystko przynosi uspokojenie. Trzeba było to zrobić. Nie dało się wcześniej. I wszystko jedno, na jak długo.

Każdego wieczoru w kawiarni na tutejszej ulicy Váci, czyli na wąziutkiej Mercato. Przypomina scenę w sztuce Goldoniego. Ludzie – goście i personel – zachowują się i ubierają teatralnie. Czasem miałbym wręcz ochotę dyskretnie bić im brawo.

5 listopada

Codzienny wysiłek starości: w obszarze beznadziei odnaleźć resztki sił potrzebnych do wykonania codziennych zadań i – co trudniejsze – na dwadzieścia cztery godziny zmobilizować w świadomości przekonanie, że te wysiłki mają jeszcze jakiś sens.

Stendhal:Chroniques italiennes. Kiedy za sporą sumkę odkupił od włoskich rodzin prawo do skopiowania kroniki skandali z szesnastowiecznych zakurzonych, sfatygowanych, spisywanych ręcznie rodzinnych foliałów, miał nadzieję zdobyć coś takiego, co posiadał Lope de Vega, który w pracowni swego madryckiego domostwa trzymał pod kluczem kilka tuzinów hiszpańskich kronik skandali i z nich czerpał pomysły i sceny do ponad tysiąca swoich sztuk teatralnych. Stendhal był skromniejszy, zadowolił się tym, co wygrzebał w kronikach i opisał w szkicach do Luciena Leuwen i Chartreuse de Parme. Większość niesłychanych historii na temat szesnastowiecznego Rzymu, cała ta cronaca nera13 włoskiego życia, rozmaitych skandali rabującej i mordującej szlachty, awanturników i księży, papieskiego państwa i małych księstewek to prawdopodobnie plotki, ale całość jest prawdą: epoka była pozbawiona hamulców, trucizna, sztylet, rodzinna intryga stanowiły rekwizyty codzienności. Vanina Vanini, Vittoria Accoramboni czyLes Cenci po dziś dzień są znakomitą lekturą: Stendhalowska fabuła, technika przekuwania słów w czyny bez psychologizowania była czymś naturalnym dla autorów włoskich kronik rodzinnych i Stendhal wiele się z tych kronik nauczył. Włoskim sposobem na spędzanie czasu w tej epoce była amour passionné – a Francuz jest do tego niezdolny, dla Francuza miłość jest wyrafinowaną grą. Stendhal to wiedział.

W kinie nowy film włoski: Edipo re. W filmie opartym na scenach kazirodczych dramat Sofoklesa przechodzi tak dziwne zniekształcenie, jakby Wenus z Milo została ubrana w minispódniczkę.

Mindszenty w gmachu amerykańskiej ambasady w Budapeszcie zaczyna rozumieć, że ta władza, która dała mu ochronę, nie będzie już dłużej bronić kraju, dla którego on się poświęcił. To zapewne dziwne – być gościem i zarazem więźniem w budynku ambasady, gdzie w pokojach służbowych trwają starania, by to, czego żąda gość, możliwie się nie urzeczywistniło.

7 listopada

Kino. Znów włoski film na podstawie powieści Camusa L’Etranger, z Mastroiannim. Znakomity. Po francuskich filmowych bełkotach i amerykańskich prostactwach ten film to znów arcydzieło. Jakby gatunek wreszcie odkrył możliwości wyrażania. Wspomnienie, które widz wynosi po seansie, działa z mocno opóźnionym zapłonem, co jest pewnym znakiem wielkich, prawdziwych dzieł. Włosi są niezwykle utalentowani i teraz zaczynają znów świadomie używać swoich talentów.

To nie jest „postanowienie” (nie ma czegoś takiego), tylko głęboka, wynikająca z mojej natury refleksja: interesują mnie tylko dwie osoby. L. i Janika – a poza tym jeszcze dzisiejszy dzień. Już o nic więcej nie zamierzam się troszczyć.

Mała wioska w pobliskich górach, Giovi. Z rogu ulicy dwadzieścia minut autobusem. W jednym z prześwitów między szczytami widać srebrne, jesienne morze. Zbocze góry, zapach, barwy ogrodów. Cisza.

10 listopada

Któregoś popołudnia niewielkim autobusem w góry, do punktu widokowego o nazwie Canalone. Stąd rozpościera się pełna panorama Salerno i całej okolicy wybrzeża. Nie sposób nasycić się tym żywym pięknem. Potem ten sam minibus zawozi nas przez okoliczne góry do małego miasteczka, Vietri, gdzie miejscowi artisano, garncarze, wykonują rozmaite przedmioty ceramiczne. Kupujemy dwa kinkiety o zielonej polewie i wyjątkowo piękną cukierniczkę. To rzemiosło jest już komercjalne, ale smak, artystyczny talent miejscowych rzemieślników jest ciągle widoczny w ich wyrobach. Pewnie już niedługo. Następnego dnia w południe na górę naprzeciw, do Giovi. Obiad na ławce, z torby, w roziskrzonym słońcu. Wonna aura jesiennych ogrodów. Zbliża się jakaś ciemna postać, rower opiera o ławkę. Od razu zabieramy się stamtąd, okolica jest bezludna, ostrożność nie zaszkodzi. Na Sardynii ludzie giną ostatnio tak samo jak w Neapolu portmonetki.

Bernanos:Journal d’un curé de campagne. To jedna z tych rzadkich książek, które w ciągu minionych trzech–czterech dziesięcioleci wytrzymały próbę czasu i dziś są równie żywe.

20 listopada

Dziś mija sześć miesięcy, odkąd opuściliśmy Amerykę. Czy to się dla nas dobrze skończy, czy nie, nie wiadomo, ale trzeba to było zrobić. Nowy Jork wypadł mi z pamięci – po piętnastu latach! – jakby to było wspomnienie z wycieczki weekendowej gdzieś w obojętnym mieście.

Ciepły deszcz. List od Jánosa, obiecuje, że przyleci do nas na Boże Narodzenie i Nowy Rok, na osiem dni. To wielkoduszny gest; już sama obietnica sprawia radość.

3 grudnia

Vietri. Herbata w hotelu Baya. Jest całkiem pusty, jakbyśmy się znajdowali w schizofrenicznej scenografii jakiegoś surrealistycznego filmu: wszystkie sale oświetlone, kelner w barze uroczyście podaje herbatę – interes jest nierealny, bez ludzi. Później w sąsiednim sklepiku kupujemy wyroby ceramiczne u jakiejś staruszki: zatroskane ubóstwo, dokładna, drobiazgowa staranność, wielkie przeżycie groszowego targu. W głębi morze. Cudowne światła Salerno, wybrzeże wysadzane palmami, mrugające szpalerem zielonych rozjarzonych lamp. Jesteśmy tu siódmy miesiąc. Po półrocznym odwlekaniu wypłacają nam amerykańskie emerytury: jesteśmy niezależni, przeraźliwie niezależni.

Następnego dnia w Giovi. Jesień właśnie się zaczyna, ogrody są jeszcze zielone, ale już widzi się żółte liście. Figi, pomarańcze dojrzewają w słońcu. Cisza, jakby na świecie panował jeszcze pokój. Silne wonie ogrodów, roślin, mieszkańcy krzątający się po wiejskich zabudowaniach. Tu życie ludzkie jest nieświadome, toczy się na poziomie niewiele wyższym niż życie zwierząt domowych. To napawa otuchą.

Salerno i wszystko, co się znajduje wokół, Costiera, góry, małe miejsca na wybrzeżu, czarne oczy ludzi, głęboka cisza ukryta za chrapliwymi głosami. Musieliśmy tu przyjechać. Jeśli będę miał jeszcze trochę czasu, muszę tu dokończyć dwie książki. W nocy sen: widzę siebie za młodu i jestem niezadowolony.

6 grudnia

W Neapolu. Zmiany w tym mieście – teraz, w latach włoskiej prosperity gospodarczej – przyprawiają o mdłości, ale jednocześnie jest w nich coś wyjątkowego, triumfalnego. Zmysłowe wielkie miasto żre na potęgę i bawi się. Na wystawach sklepów skarby. W przecznicach via Roma wszędzie ludzki golfstrom, ciepły, pachnący, śmierdzący, smakowity i wyborny, gnijący i psujący się materiał ludzki. Taka mieszanina animalnej materialności i wyniosłej, mądrej, arystokratycznej duchowości jak nigdzie indziej w Italii.

Dotychczas nie czytałem jeszcze zapisków Maeterlincka. We wstępie mówi o tej tajemniczej linii granicznej, która oddziela istnienie roślinne od istnienia zwierzęcego. Od miesięcy obserwuję jedną z donic stojących na tarasie; „przygotowuje się” tam coś, co nie jest ani rośliną, ani zwierzęciem czy porostem, czasem otwiera się gwiaździście jak morska rozgwiazda, potem zamyka i zwija jak gąsienica, zapada w miękkiej ziemi; nie wydaje kwiatu; to coś mięsistego, podejrzanego.

Przed południem na cmentarzu. Czwarta rocznica śmierci Lajosa. Południowy cmentarz lśni w ciepłym świetle; tu śmierć ma swoje dostojeństwo. I ten system katakumb, gdzie trumny umieszcza się w otworach w murze, jest być może godniejszym miejscem spoczynku niż gnicie w ziemi pełnej robaków. Osłonecznione Lungomare w południe wypełnia się ciepłym światłem, zapachami, pięknem. Możliwe, że wszystko jest w porządku – tylko życie jest tak śmiesznie krótkie, że nie mamy czasu, by to zrozumieć.

Maeterlinck na starość robił zapiski o kwiatach – to coś takiego jak wielki eksperyment Lukrecjusza De rerum natura. Stary poeta w zjawiskach natury szuka tego, co w rzeczywistości jest poezją. On też wierzy w to, co później głosił Teilhard, że sensem i celem rozwoju jest świadomość materii, ale tam, gdzie jezuita-paleontolog się zatrzymał, Maeterlinck jest odważniejszy i pyta, czym jest w istocie rozwój: czy to Materia uzyskuje świadomość poprzez warunki własne i otoczenia, czy Duch Świata, który przenika wszystko, wypełnia Materię świadomością? Nie ma odpowiedzi. Przemyślne kwiaty, pomysłowe i genialne płazy, robaki, owady, geniusz roślinności i świata zwierząt w każdym przypadku wyprzedził w rozwoju człowieka, który pojawił się na końcu długiego szeregu stworzeń na planecie, i to, co nazywa on teraz rozwojem, jest w całości plagiatem, od radaru po radio naśladuje tylko i wspomaga rozmaitymi protezami to, co inne stworzenia przed nim już stworzyły. Śmieszne, co pisze o boksie w luźnych uwagach dołączonych do zapisków – chwali go, powiada, że to jedyny humanistyczny sposób walki. Jeśli to prawda, wszyscy Amerykanie są urodzonymi humanistami.

L. pyta, czy teraz, gdy zaprzestałem odczytów radiowych, nie brakuje mi dziennikarstwa. I tak, i nie. Na pewno ten rodzaj dziennikarstwa, który uprawiałem przez całe życie, jako gatunek jest mi najbliższy – ale lepiej milczeć, kiedy człowiek nie wie, do kogo mówi.

12 grudnia

Burza, grzmoty, deszcz. Zewsząd wiadomości o trzęsieniach ziemi – z Indii, z Davos. Tutejsza okolica też jest podatna na wstrząsy; czasami spoglądam na lampę zawieszoną u sufitu, czy się nie kołysze. Jaki człowiek jest naiwny, kiedy wydaje mu się, że jest bezpieczny.

Piszę kartki bożonarodzeniowe i noworoczne. Wysyłam je do około trzydziestu adresatów. Spośród tych trzydziestu z dwudziestoma pięcioma osobiście nie mam nic wspólnego, piszę do nich z uprzejmości i przyzwyczajenia. Umierają już nie moi osobiści znajomi, tylko pokolenie, do którego należę.

Nocą EliotFour Quartets. Jakby ktoś bez twarzy przemawiał w ciemności.

Każdego wieczora w ciemności nadbrzeżem przez całe Lungomare. Pięć kilometrów. Zawsze zdziwienie, dlaczego woda nie posuwa się dalej, dlaczego nie pochłania brzegu, dlaczego zezwala nam tu żyć: „Kto zamknął morze w worku?”.

15 grudnia

Rano przed siódmą budzę się w zimnym pokoju i widzę, że L. nie ma w łóżku. Wielkie zaniepokojenie. Idę do łazienki, znajduję ją na wpół omdlałą, leży bez sił na zimnej kamiennej posadzce. Spadła z w.c., nie mogła się podnieść, nagłe osłabienie odebrało jej wszelką zdolność działania, nie miała nawet siły krzyknąć. Jakoś ją podnoszę i doprowadzam do łóżka. Zapalam piecyk elektryczny, bezradnie przykrywam. Około dziewiątej atak serca, duszności, całkowita zapaść. Dzwonię do sąsiadów Włochów, oni telefonują po lekarza. Mija jeszcze godzina, zanim lekarz – młody, w okularach – przyjeżdża. Diagnoza: kolka, która wywołała zakłócenie w krążeniu. Ciśnienie spadło do sześćdziesięciu. Doktor daje zastrzyk, zapisuje lekarstwa – sympathol, czopki przeciwskurczowe, witaminowe zastrzyki na ustabilizowanie ciśnienia. Dozorczyni, która u nas sprząta, idzie do apteki, przynosi lekarstwa i robi zastrzyk: taki tu zwyczaj, chorym zastrzyki robią prywatne osoby. Ale zna się na tym, wygotowuje jak należy strzykawkę, igłę, wykonuje zabieg fachowo. L. jest już w lepszym stanie, ale później traci przytomność, krzyczy, macha obiema rękami, szarpie koszulę nocną na piersi, żąda, żebym otworzył okno. Nie wiem, co robić, na łyżeczkę do kawy odliczam dwadzieścia kropli sympatholu i wlewam jej do ust. Po kilku minutach uspokaja się, jest dziwnie, niepojęcie spokojna. Lekarz w południe wraca, ciśnienie już sto dziesięć. Ordynuje leczenie, wszystko doskonale widzi i zaleca. Młody człowiek, ma nie więcej niż trzydzieści pięć lat. Po południu L. jest już całkowicie spokojna, nie trzeba dawać lekarstwa. Następnego dnia w południe lekarz znów przychodzi (nie chce przyjąć zapłaty, ociąga się, na siłę trzeba mu wciskać do kieszeni kopertę z pieniędzmi). To był atak serca; kiedy sytuacja się ustabilizuje, trzeba będzie zrobić elektrokardiogram. Następnego dnia L. jest już w dobrym stanie, kapryśna, uparta, i na szczęście o wszystkim zapomniała. Na pożegnanie lekarz pyta, czy jestem człowiekiem wierzącym. Odpowiadam mu, że nie, jestem agnostykiem, w nic nie wierzę, ale też niczego nie wykluczam. On odpowiada, że jest praktykującym katolikiem. Poważny, niezwykły młody człowiek. Mówi, że był u Padre Pio, który ma osiemdziesiąt jeden lat, otrzymał stygmaty, od trzydziestu lat jego jedynym pożywieniem jest chleb i woda, i posiada w sobie cudowną siłę, którą oddziałuje na odwiedzających go. Proponuje, żebyśmy kiedyś pojechali razem do Padre Pio.

21 grudnia

Jeśli wszystko pójdzie dobrze, pojutrze przylatuje János – zaczyna się Operation Santa Claus, jak nazwał to przedsięwzięcie, w naszych warunkach niepojęte jak lot w kosmos.

Wybuchające nagle, gorące światło, które bez żadnego przejścia gaśnie, a w ślad za nim gryzący do kości, lodowaty wiatr, nocą dzika burza, rankiem słonecznie. Ten klimat chaud-froid14 jest nadzwyczaj męczący. Ale pewnie zdrowszy od upartego, trwałego mrozu. Ludzie tu drżą z zimna w cienkich płaszczach i za radą L. ja też nie wkładam zimowego palta, jakoś „nie wypada”. Cudownie, z niemą cierpliwością, a nawet z uśmiechem znoszą i to, jak wszelkie próby życiowe.

Czasami