Wydawca: Buchmann Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 590 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dzień zero - David Baldacci

Pierwsza część nowego bestsellerowego cyklu Davida Baldacciego!

Nowy bohater – podobno najlepszy agent w amerykańskiej armii – na tropie niebezpiecznego spisku…

John Puller jest agentem Wojskowego Wydziału Śledczego i otrzymał rozkaz, by zbadać sprawę makabrycznego zabójstwa. Pułkownik wywiadu Matthew Reynolds został zamordowany wraz ze swoją żoną i dwojgiem nastoletnich dzieci.

Puller błyskawicznie dociera na miejsce, do sennego miasteczka w Wirginii Zachodniej, i ku swemu zdumieniu odkrywa kolejne zwłoki – policjant pilnujący miejsca zbrodni został powieszony.

Historia jak ze złego snu, spisek, który może wywołać niewyobrażalne skutki…

Opinie o ebooku Dzień zero - David Baldacci

Fragment ebooka Dzień zero - David Baldacci

DZIEŃ ZERO

DA­VID BAL­DAC­CI

przełożył

An­drzej Lesz­czyński

Warszawa 2014

Tytuł ory­gi­nałuZero Day

Co­py­ri­ght © 2011 by Co­lum­bus Rose Ltd.

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Przekład An­drzej Lesz­czyński

Re­dak­cja Jo­an­na Ha­bie­ra

Ko­rek­ta Mar­ta Stoch­miałek, Ma­ria Kar­pińska

Re­dak­cja tech­nicz­na Anna Ga­jew­ska

Pro­jekt okładki Iza­bel­la Mar­ci­now­ska

Ilu­stra­cja na I stro­nie okładki Andy & Mi­chel­le Ker­ry/Tre­vil­lion Ima­ges

Skład i łama­nie TYPO Ma­rek Ugo­row­ski

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

ISBN 978-83-7881-379-8

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.i Alek­san­dra Łapińska / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Pamięci mo­jej mat­ki oraz Char­le­so­wi „Chuc­ko­wi” Be­tac­ko­wi, mo­je­mu przy­ja­cie­lo­wi

1

Chmu­ra pyłu węglo­we­go, którą Ho­ward Reed mi­mo­wol­nie wciągnął głęboko do płuc, przy­pra­wiła go o chęć za­trzy­ma­nia fur­go­nu pocz­to­we­go na po­bo­czu i zwy­mio­to­wa­nia w skarłowa­ciałą, spa­loną słońcem trawę. Ale tyl­ko za­kasłał, splunął i opa­no­wał nud­ności. Wdepnął pedał gazu i zje­chał na lewo, żeby szyb­ciej wy­minąć sze­reg ciężarówek wypełnio­nych czar­nym pyłem, cze­kających w ko­lej­ce do ma­szy­ny wy­rzu­cającej ich ładu­nek wy­so­ko w po­wie­trze ni­czym kon­fet­ti. Równo­cześnie po­wie­trze cuchnęło siarką, po­nie­waż, jak to się często zda­rza, w hałdach ko­pal­nia­nych od­padów zo­stał zaprószo­ny ogień. Nie­sio­ne dy­mem związki siar­ko­we re­ago­wały w górnych war­stwach at­mos­fe­ry z tle­nem, utle­niały się do trójtlen­ku siar­ki, po czym re­ago­wały z dro­bi­na­mi pary wod­nej, tworząc szczególnie żrącą sub­stancję, która wra­cała na zie­mię w po­sta­ci kwaśnego desz­czu. Wszyst­ko to stało w jaw­nej sprzecz­ności z za­sa­da­mi ochro­ny śro­do­wi­ska na­tu­ral­ne­go.

Reed za­ci­skał pal­ce na dźwi­gniach spe­cjal­ne­go me­cha­ni­zmu swe­go osiem­na­sto­let­nie­go for­da explo­re­ra, któremu pobrzękiwała rura wy­de­cho­wa i wył po­lu­zo­wa­ny wał napędowy. Bez tru­du utrzy­my­wał jed­nak wóz na wstędze spęka­ne­go as­fal­tu. Ten fur­gon był jego oso­bi­stym po­jaz­dem, toteż przy­sto­so­wał go tak, by móc nim kie­ro­wać, siedząc na pra­wym fo­te­lu i obsługując skrzyn­ki na li­sty bez wy­sia­da­nia z szo­fer­ki. Spe­cjal­nie w tym celu skon­stru­ował sys­tem przekładni wyglądających jak fir­mo­wy pas trans­mi­syj­ny. Dzięki nim mógł skręcać koła, ha­mo­wać i do­da­wać gazu z pra­we­go fo­te­la auta.

Po tym, jak zo­stał wiej­skim li­sto­no­szem i na­uczył się pro­wa­dzić fur­gon, siedząc na miej­scu pasażera, za­pragnął wy­brać się do An­glii, żeby spróbować swo­ich no­wych umiejętności w tam­tej­szym le­wo­stron­nym ru­chu dro­go­wym. Wy­czy­tał, że to zróżni­co­wa­nie wy­wo­dzi się jesz­cze z czasów tur­niejów ry­cer­skich, kie­dy sta­no­wiący większość pra­woręczni zaj­mo­wa­li po­zy­cje po le­wej stro­nie te­re­nu wal­ki, żeby ich broń, lan­ca bądź miecz, znaj­do­wała się od stro­ny prze­ciw­ni­ka. Nie­mniej jego żona po­wta­rzała, że jest idiotą i pew­nie szyb­ko zna­lazłby śmierć w ob­cym kra­ju.

Minął wzgórze, a ra­czej miej­sce po wzgórzu, które fir­ma Trent Mi­ning & Explo­ra­tion Com­pa­ny zrównała z zie­mią, żeby się do­stać do leżących płytko pod po­wierzch­nią bo­ga­tych pokładów węgla. W związku z tym znacz­ne połacie te­re­nu przy­po­mi­nały te­raz kra­jo­braz księżyco­wy, ogołoco­ny z gle­by i usłany kra­te­ra­mi. Był to wy­nik działań z za­kre­su górnic­twa od­kryw­ko­we­go. Reed wolał je na­zy­wać mia­nem ani­hi­la­cji po­wierzch­ni.

Znaj­do­wał się jed­nak w Wir­gi­nii Za­chod­niej, gdzie wy­do­by­cie węgla za­pew­niało do­brze płatne miej­sca pra­cy. Nie bar­dzo mógł pro­te­sto­wać po tym, jak jego dom zalała la­wi­na półpłyn­nych osadów ko­pal­nia­nych, które prze­rwały wał za­bez­pie­czający zbior­nik. Albo z po­wo­du za­tru­tej wody w stud­ni, która stała się czar­na i zaczęła cuchnąć ze­psu­ty­mi ja­ja­mi. Ani też po­wie­trza, które wypełniło się sub­stan­cja­mi nie­zbyt ko­rzyst­ny­mi dla zdro­wia. Nie skarżył się za­nad­to na stan je­dy­nej funk­cjo­nującej ner­ki, znisz­czo­nej wątro­by czy płuc z po­wo­du stałego kon­tak­tu z licz­ny­mi tru­ci­zna­mi. Nie chciał zo­stać uzna­ny za wro­ga górnic­twa, a tym sa­mym prze­ciw­ni­ka ist­niejących miejsc pra­cy. Po pro­stu nie chciał przy­spa­rzać so­bie nie­po­trzeb­nych zmar­twień.

Po­je­chał da­lej starą drogą, żeby do­star­czyć ostat­nią tego dnia prze­syłkę. Była to pacz­ka, której odbiór mu­siał zo­stać po­twier­dzo­ny. Aż zaklął pod no­sem, gdy rano ode­brał swoją pocztę i zna­lazł w niej właśnie tę paczkę. Po­twier­dze­nie od­bio­ru ozna­czało, że mu­siał nawiązać kon­takt z ad­re­sa­tem. Tym­cza­sem o tej po­rze myślał już tyl­ko o wi­zy­cie w ba­rze Dol­lar, w którym za­wsze w po­nie­działki można było do­stać ku­fel piwa za ćwierćdo­larówkę. Ma­rzył o tym, żeby zasiąść na swo­im wy­tar­tym stołku przy końcu ma­ho­nio­we­go kon­tu­aru i ode­gnać po­nu­re myśli o po­wro­cie do domu, gdzie żona z pew­nością po­czu­je od nie­go al­ko­hol i roz­pocz­nie czte­ro­go­dzinną ty­radę na te­mat jego pijaństwa.

Wresz­cie skręcił na wy­sy­pa­ny żwi­rem pod­jazd. Kie­dyś była to piękna oko­li­ca, zwłasz­cza w la­tach pięćdzie­siątych. Te­raz trud­no ją było na­zwać piękną, po­dob­nie jak spo­tkać tu żywą duszę. Dzie­ci nie bawiły się na podwórkach, jak­by to była dru­ga w nocy, a nie dru­ga po południu. Kie­dyś w taki upal­ny let­ni dzień dzie­cia­ki bie­gały pod stru­mie­nia­mi wody wy­rzu­ca­ny­mi przez zra­sza­cze do tra­wy albo bawiły się w cho­wa­ne­go, ale Reed świet­nie wie­dział, że te cza­sy minęły bez­pow­rot­nie. Te­raz sie­działy w kli­ma­ty­zo­wa­nych po­miesz­cze­niach i grały w gry kom­pu­te­ro­we tak bru­tal­ne i krwa­we, że sam za­bro­nił swo­im wnu­kom ta­kiej za­ba­wy w jego domu.

Te­raz na podwórzach walały się śmie­ci i ze­psu­te pla­sti­ko­we za­baw­ki. Za­byt­ko­we, przeżarte rdzą for­dy i do­dge stały bez kół na pu­sta­kach. Tan­det­ne pla­sti­ko­we okładzi­ny domów obłaziły płata­mi, każdy drew­nia­ny ele­ment do­ma­gał się ma­lo­wa­nia, a da­chy za­czy­nały się za­pa­dać, jak­by sam Bóg na­ci­skał na nie z nie­ba. To wszyst­ko składało się na smut­ny i żałosny pej­zaż, który tyl­ko wzma­gał ochotę na piwo, jako że Reed świet­nie zda­wał so­bie sprawę, że jego osie­dle wygląda bar­dzo po­dob­nie. Wie­dział także, że są lu­dzie, którzy szyb­ko się bo­gacą na eks­plo­ata­cji pokładów węgla. Ale tak się składało, że żaden z nich nie miesz­kał w tej oko­li­cy.

Wyjął paczkę z pocz­to­we­go po­jem­ni­ka i ru­szył w stronę bu­dyn­ku. Był to nad­gry­zio­ny zębem cza­su piętro­wy do­mek jed­no­ro­dzin­ny z tanią wi­ny­lową okładziną na ścia­nach. Pro­wa­dziły do nie­go pu­ste w środ­ku sklej­ko­we drzwi, po­ma­lo­wa­ne na biało i upstrzo­ne licz­ny­mi za­dra­pa­nia­mi. Z boku za­uważył skle­coną z wióro­wych płyt po­chyl­nię dla wózka in­wa­lidz­kie­go. Krze­wy na fron­to­wym traw­ni­ku zdzi­czały za­nie­dba­ne, ich gałęzie od­kształcały pla­sti­ko­we ar­ku­sze ścien­nej okładzi­ny. Na żwi­ro­wa­nym pla­cy­ku na końcu pod­jaz­du stały dwa sa­mo­cho­dy, kom­pak­to­wy ro­dzin­ny chry­sler oraz naj­now­szy mo­del le­xu­sa.

Przy­stanął na chwilę, żeby po­pa­trzeć na to japońskie cac­ko. Mu­siało kosz­to­wać więcej niż jego rocz­ne przy­cho­dy. W zamyśle­niu musnął pal­ca­mi po błękit­nym me­ta­licz­nym la­kie­rze ka­ro­se­rii. Za­uważył ciem­ne lot­ni­cze oku­la­ry wiszące o wstecz­nym lu­ster­ku. Na tyl­nym sie­dze­niu leżała aktówka, obok niej zie­lo­na ma­ry­nar­ka. Oba po­jaz­dy miały ta­bli­ce re­je­stra­cyj­ne z Wir­gi­nii.

Po­szedł da­lej, ominął rampę, wybił się na pierw­szym be­to­no­wym stop­niu schodów, jed­nym su­sem prze­sko­czył trzy następne i na­cisnął dzwo­nek. Zza drzwi do­le­ciał go stłumio­ny me­lo­dyj­ny dźwięk gon­gu.

Cze­kał cier­pli­wie. Minęło dzie­sięć se­kund. Po­tem dwa­dzieścia. Po­czuł rosnącą iry­tację.

Za­dzwo­nił po raz dru­gi.

– Halo?! Pocz­ta! Mam prze­syłkę po­le­coną wy­ma­gającą po­twier­dze­nia od­bio­ru.

Jego własny głos, którego pra­wie nie używał całymi dnia­mi, wydał mu się dziw­ny, jak­by nawoływał ktoś obcy. Po­pa­trzył na trzy­ma­ny w ręku płaski pa­kiet for­ma­tu A4, do którego był przy­kle­jo­ny pocz­to­wy for­mu­larz po­twier­dze­nia.

Daj spokój, jest gorąco jak w pie­kle, a w ba­rze Dol­lar pew­nie już mnie wy­pa­trują.

Po­pa­trzył na wy­dru­ko­wa­ne na­zwi­sko ad­re­sa­ta i zawołał:

– Pa­nie Ha­lver­son?!

Nie znał tego człowie­ka, choć ko­ja­rzył jego na­zwi­sko z wcześniej­szych prze­syłek. Większość wiej­skich li­sto­no­szy szyb­ko za­przy­jaźniała się z ad­re­sa­ta­mi ze swo­je­go te­re­nu. Ale Reed się do nich nie za­li­czał. Zależało mu tyl­ko na pi­wie, a nie na roz­mo­wie z klien­tem.

Za­dzwo­nił po raz ko­lej­ny, a następnie za­pu­kał w szybę w drzwiach, dwu­krot­nie ude­rzając w nią knyk­cia­mi pra­wej pięści. Starł pal­ca­mi kroplę potu spływającą po spa­lo­nej słońcem pra­wej stro­nie kar­ku, efekt cho­ro­by za­wo­do­wej wsku­tek sie­dze­nia przez cały dzień w otwar­tym oknie fur­go­nu w pro­mie­niach palącego słońca. Pod pa­cha­mi miał wiel­kie mo­kre pla­my, które za­czy­nały śmier­dzieć po­tem. Wyłączał kli­ma­ty­zację w szo­fer­ce fur­go­nu, kie­dy sie­dział przy opusz­czo­nej szy­bie, gdyż pa­li­wo było za dro­gie, żeby je nie­po­trzeb­nie mar­no­wać.

Zawołał głośniej:

– Halo! Pocz­ta! Po­trze­buję po­twier­dze­nia od­bio­ru! Jeśli ten list wróci do urzędu, pew­nie już nig­dy nie do­trze do ad­re­sa­ta.

Po­wie­trze fa­lo­wało w pełnym słońcu. Od sa­me­go tego wi­do­ku można było do­stać za­wrotów głowy. Czuł się już na to za sta­ry.

Obej­rzał się na dwa sa­mo­cho­dy na pod­jeździe. Ktoś po­wi­nien być w domu. Cofnął się o krok i ro­zej­rzał na boki, ale nikt nie wyglądał na nie­go z okien na par­te­rze. Jed­no z nich było uchy­lo­ne, przez co spra­wiało wrażenie nie­pa­sującego do resz­ty. Za­pu­kał po raz ko­lej­ny.

Wresz­cie usłyszał czy­jeś kro­ki. Zwrócił uwagę, że drzwi nie są całkiem za­mknięte, lecz uchy­lo­ne na cen­ty­metr. Do­bie­gające zza nich dźwięki umilkły. Nie miał kłopotów ze słuchem, lecz mimo to nie wyłowił spe­cy­fi­ki odgłosów.

– Pocz­ta! Po­trzeb­ne po­twier­dze­nie od­bio­ru! – zawołał.

Ob­li­zał su­che war­gi. Oczy­ma wy­obraźni już wi­dział w swo­im ręku ku­fel z pi­wem. Miał ochotę go upić.

Otwórz wresz­cie te cho­ler­ne drzwi!

– Ma pan za­miar ode­brać tę prze­syłkę? – za­py­tał.

Mnie ona gówno ob­cho­dzi. Mogę ją zrzu­cić ze szczy­tu urwi­ska, jak już to robiłem wcześniej.

W końcu drzwi uchy­liły się nie­co sze­rzej. Reed cofnął się o krok i wyciągając przed sie­bie ko­pertę, za­py­tał:

– Ma pan długo­pis?

Kie­dy nie uzy­skał od­po­wie­dzi, za­mru­gał ner­wo­wo. W otwar­tych drzwiach ni­ko­go nie było. Do­pie­ro po chwi­li spoj­rzał w dół, na mi­nia­tu­ro­we­go col­lie, który mu się przyglądał. Długi pysk psa i gęsto owłosio­ny ogon kołysały się na boki. Nie ule­gało wątpli­wości, że to on no­sem uchy­lił drzwi.

Reed nie był ty­po­wym li­sto­no­szem. Uwiel­biał psy, sam miał dwa.

– Cześć, ko­le­go. – Przy­kucnął. – Co u cie­bie? – Po­dra­pał psa za uchem. – Jest ktoś w domu? A może sam po­twier­dzisz odbiór tej prze­syłki?

Kie­dy po­czuł pod pal­ca­mi wil­goć, pomyślał, że pies się ob­si­kał, i szyb­ko cofnął rękę. Ale spoj­rzał w dół i do­strzegł na pal­cach coś czer­wo­ne­go i lep­kie­go, co zgarnął z sierści col­lie.

Krew.

– Zra­niłeś się, mały?

Obej­rzał uważnie psa. Po­kry­wały go pla­my krwi, ale nig­dzie nie było widać rany.

– Co jest, do cho­le­ry? – mruknął Reed.

Wstał i położył dłoń na klam­ce.

– Halo?! Jest tu ktoś? Halo?!

Obej­rzał się, nie wiedząc, co robić. Jesz­cze raz po­pa­trzył na psa, który wbił w nie­go nie­ru­cho­me spoj­rze­nie, jak gdy­by pełne smut­ku. Na­gle Re­edo­wi wydało się dziw­ne, że pies ani razu nie szczeknął. Oba jego kun­dle na­ro­biłyby strasz­ne­go ra­ba­nu, gdy­by ktoś stanął w drzwiach jego domu.

– Cho­le­ra! – syknął pod no­sem. – Halo?! – zawołał zno­wu. – Wszyst­ko w porządku?

Po­chy­lił się i zaj­rzał do domu. W środ­ku było bar­dzo ciepło, w po­wie­trzu uno­siła się nie­przy­jem­na woń. Gdy­by zdołał się ode­rwać od swo­ich natrętnych wi­zji, ten smród mu­siałby mu się wydać o wie­le bar­dziej nie­przy­jem­ny niż zwy­kle.

– Halo! Twój pies jest cały za­krwa­wio­ny! Wszyst­ko w porządku?

Nieśmiało wszedł do cia­sne­go holu i wyj­rzał zza rogu do nie­wiel­kie­go sa­lo­ni­ku znaj­dującego się za ścianą.

Chwilę później drew­nia­ne drzwi od­sko­czyły z ta­kim im­pe­tem, że aż klam­ka wybiła głęboką dziurę w ścia­nie holu, a odłamki szy­by roz­trza­skały się o brzeg żela­znej poręczy gan­ku na set­ki szkla­nych okruchów. Reed ze­sko­czył z naj­wyższe­go stop­nia schodów na zie­mię i za­ko­paw­szy się w py­li­stym grun­cie, po­le­ciał do przo­du, wsparł się na jed­nym ręku i na ko­la­nach, zwy­mio­to­wał gwałtow­nie, choć nie za bar­dzo miał czym. Po­tem wstał, na miękkich no­gach do­szedł do swo­je­go fur­go­nu, kaszląc i krztusząc się od tor­sji, wresz­cie zawył z prze­rażenia jak człowiek, który na­gle po­padł w obłęd.

Bo i tak się stało.

Tego popołudnia Re­edo­wi Ho­war­do­wi nie było dane do­trzeć do jego ulu­bio­ne­go baru Dol­lar.

2

John Pul­ler pa­trzył na roz­legły stan Kan­sas leżący kil­ka tysięcy metrów niżej. Prze­chy­lił się w stronę okna i spoj­rzał w dół. Tor po­dejścia do między­na­ro­do­we­go lot­ni­ska w Kan­sas City pro­wa­dził nad Mis­so­uri ku za­cho­do­wi, w głąb równin. Pi­lot mu­siał zro­bić sze­reg zwrotów przez skrzydło, żeby usta­wić ma­szynę tyłem do nich i wy­mie­rzyć no­sem w początek pasa star­to­we­go. W ten sposób wla­ty­wał nad te­ren należący do władz fe­de­ral­nych. Kon­kret­nie było to duże więzie­nie, a ra­czej cały ich kom­pleks obej­mujący więzie­nia kry­mi­nal­ne i woj­sko­we. Tam więc mie­li pod sobą kil­ka tysięcy osób walczących ze świa­do­mością utra­ty wol­ności, w wie­lu wy­pad­kach na za­wsze.

Pul­ler zmrużył oczy i osłonił je dłonią od ja­skra­we­go słońca. Prze­la­ty­wa­li właśnie nad sta­rym USDB, czy­li ko­sza­ra­mi kar­nej jed­nost­ki ar­mii Stanów Zjed­no­czo­nych, po­spo­li­cie zwa­ny­mi Zam­kiem. Od po­nad stu lat umiesz­cza­no tu naj­groźniej­szych przestępców sił zbroj­nych. I choć sta­ry Za­mek wyglądał jak śre­dnio­wiecz­na twier­dza z ka­mie­nia i cegły, sie­dzi­ba no­we­go USDB przy­po­mi­nała bu­dy­nek państwo­wej szkoły śred­niej. Przy­najm­niej dopóki się nie za­uważyło sze­regów czte­ro­me­tro­we­go siat­ko­we­go ogro­dze­nia ota­czającego cały kom­pleks.

Cy­wil­ne więzie­nie fe­de­ral­ne w Le­aven­worth znaj­do­wało się sześć ki­lo­metrów da­lej na południe.

W USDB osa­dza­no tyl­ko mężczyzn. Ska­za­ne ko­bie­ty od­sia­dy­wały wy­ro­ki w aresz­cie ma­ry­nar­ki w San Die­go. Po­nad­to tu­taj prze­trzy­my­wa­no tyl­ko więźniów z wy­ro­ka­mi sądów woj­sko­wych o na­ru­sze­nie pod­sta­wo­wych prze­pisów re­gu­la­mi­nu woj­sko­we­go, od­sia­dujących kary co naj­mniej pięciu lat po­zba­wie­nia wol­ności, bądź uzna­nych win­ny­mi na­ru­sze­nia za­sad bez­pie­czeństwa na­ro­do­we­go.

Właśnie z tego po­wo­du John Pul­ler przy­le­ciał do Kan­sas City.

Z szu­mem wy­sunęło się pod­wo­zie od­rzu­tow­ca, który zaczął scho­dzić do lądo­wa­nia i wkrótce łagod­nie osiadł na pa­sie star­to­wym.

Pół go­dzi­ny później Pul­ler wsiadł do wy­najętego sa­mo­cho­du, wy­je­chał z par­kin­gu lot­ni­ska i skie­ro­wał się na zachód, w stronę Kan­sas. Dro­ga pro­wa­dziła między zie­lo­ny­mi wzgórza­mi. Mimo stojącego, roz­grza­ne­go po­wie­trza Pul­ler nie włączył kli­ma­ty­za­cji. Wolał od­dy­chać świeżym po­wie­trzem, na­wet gorącym. Miał dokład­nie sto dzie­więćdzie­siąt dwa i pół cen­ty­me­tra wzro­stu. Wie­dział to dzięki pra­co­daw­cy, ar­mii Stanów Zjed­no­czo­nych, która miała zwy­czaj pre­cy­zyj­nie mie­rzyć swój per­so­nel. Ważył sto czte­ry ki­lo­gra­my. Według woj­sko­wych stan­dardów sto­sun­ku wagi do wzro­stu, uwzględniając po­prawkę na wiek trzy­dzie­stu pięciu lat, miał około pięciu ki­lo­gramów nad­wa­gi. Ale nikt by tak nie pomyślał, patrząc na nie­go. Jeśli miał pod skórą choćby odro­binę tłuszczu, można to było zo­ba­czyć tyl­ko pod mi­kro­sko­pem.

Tak więc górował wzro­stem nad większością żołnie­rzy, w tym także zwia­dowców ze wszyst­kich jed­no­stek, w których służył. Miało to swo­je plu­sy i mi­nu­sy. Od­zna­czał się długi­mi i bar­dzo moc­ny­mi mięśnia­mi, dzięki cze­mu łatwo uzy­ski­wał prze­wagę nad prze­ciw­ni­kiem o stan­dar­do­wym zasięgu rąk, ale jed­no­cześnie sta­no­wił znacz­nie wyraźniej­szy i większy cel od po­zo­stałych.

W szko­le śred­niej miał niezłe wzięcie, w so­bo­ty nie mu­siał szu­kać so­bie part­ner­ki na wieczór. Bra­ko­wało mu szyb­kości oraz zręczności, żeby zro­bić ka­rierę w za­wo­do­wym fut­bo­lu ame­ry­kańskim, ale nie był też on przed­mio­tem jego am­bi­cji. Od wcze­snej młodości zależało mu bo­wiem tyl­ko na jed­nym, by przy­wdziać mun­dur ofi­ce­ra ar­mii Stanów Zjed­no­czo­nych.

Ale tego dnia nie był w mun­du­rze. Nig­dy go nie wkładał, udając się z wi­zytą do USDB. Prze­mie­rzał ko­lej­ne mile. Minął znak otwie­rający słynny szlak Le­wi­sa i Clar­ka. Po­tem zo­ba­czył nie­bie­ski most. Prze­je­chał nim. Tym sa­mym prze­kro­czył gra­nicę sta­nu Kan­sas. A kon­kret­nie wje­chał do For­tu Le­aven­worth.

Minął główny punkt kon­tro­l­ny, na którym szczegółowo spraw­dzo­no jego dane oso­bo­we i spi­sa­no nu­me­ry re­je­stra­cyj­ne sa­mo­cho­du. W końcu war­tow­nik za­sa­lu­to­wał chorążemu Pul­le­ro­wi i po­wie­dział:

– Dziękuję, sir. Może pan prze­je­chać.

I Pul­ler po­je­chał da­lej. Przy dźwiękach płynącego z ra­dia utwo­ru Emi­ne­ma skie­ro­wał się na Grant Ave­nue i ob­rzu­cił cie­ka­wym spoj­rze­niem po­zo­stałości sta­re­go Zam­ku. Zwłasz­cza reszt­ki dru­cia­nej siat­ki roz­ciągającej się po­nad całym te­re­nem byłego więzie­nia. Zo­stała tam umiesz­czo­na spe­cjal­nie po to, by unie­możliwić więźniom ucieczkę he­li­kop­te­rem. Ar­mia sta­rała się brać pod uwagę wszel­kie możliwości.

Trzy ki­lo­me­try da­lej za­trzy­mał się przed bramą USDB. Gdzieś z od­da­li do­le­ciał głos ko­le­jo­wej sy­re­ny. Z po­bli­skie­go woj­sko­we­go lot­ni­ska po­lo­we­go Sher­ma­na wzbiła się w po­wie­trze ces­sna, tępym no­sem i kan­cia­sty­mi skrzydłami usta­wiając się pod bocz­ny wiatr. Pul­ler za­par­ko­wał auto i wy­sia­dając zo­sta­wił w nim port­fel wraz z większością rze­czy oso­bi­stych, w tym także służbo­we­go siga P228, zna­ne­go po­wszech­nie w woj­sku pod nazwą M11. Dokład­nie spraw­dzał broń oso­bistą wraz z za­pa­so­wy­mi ma­ga­zyn­ka­mi amu­ni­cji przed star­tem. Miał pra­wo w każdej sy­tu­acji występować z bro­nią u boku, uważał jed­nak, że wi­zy­ta w więzie­niu z pi­sto­le­tem to nie naj­lep­szy po­mysł, na­wet jeśli jest zgod­ny z prze­pi­sa­mi. I tak mu­siałby go zo­sta­wić w sza­fie, po­nie­waż z oczy­wi­stych po­wodów nie wol­no wno­sić bro­ni do po­miesz­cze­nia, w którym prze­by­wają więźnio­wie.

Przy bram­ce wy­kry­wa­cza me­ta­li dyżuro­wał znu­dzo­ny ka­det żan­dar­me­rii woj­sko­wej. Wyglądał na świeżo ściągniętego z obo­zu szko­le­nio­we­go re­krutów. Pul­ler oka­zał swo­je pra­wo jaz­dy oraz kom­plet prze­pu­stek.

Ogo­rzały chłopak w służbie żan­dar­me­rii woj­sko­wej uważnie obej­rzał jego służbową od­znakę i le­gi­ty­mację przed­sta­wiającą go jako ofi­ce­ra Woj­sko­we­go Wy­działu Śled­cze­go, czy­li, in­a­czej mówiąc, agen­ta spe­cjal­ne­go CID. Cen­tral­ne miej­sce od­znaki zaj­mo­wał przy­cup­nięty orzeł z głową skie­ro­waną na pra­wo. Wiel­ki­mi szpo­na­mi obej­mo­wał górną krawędź tar­czy, a dziób od­chy­lał w po­zie szy­ko­wa­nia się do ata­ku. Młody żan­darm za­sa­lu­to­wał, a do­pie­ro po­tem ob­rzu­cił uważnym spoj­rze­niem wy­so­kie­go bar­czy­ste­go przy­by­sza.

– Pan w spra­wach służbo­wych, sir?

– Nie.

– John Pul­ler ju­nior? Czy nie jest pan spo­krew­nio­ny…?

– Owszem, je­stem, ze swo­im oj­cem.

Chłopak roz­dzia­wił usta ze zdu­mie­nia. W ar­mii Stanów Zjed­no­czo­nych krążyły le­gen­dy wo­jen­ne, a John Pul­ler se­nior był bo­ha­te­rem jed­nej z naj­bar­dziej ce­nio­nych.

– Tak jest, sir. Proszę prze­ka­zać mu wy­ra­zy sza­cun­ku, sir.

Pul­ler prze­szedł przez bramkę wy­kry­wa­cza me­ta­li i roz­legł się głośny pisk. Jak za­wsze uru­cho­mił alarm. Z po­wo­du pro­te­zy w pra­wym przed­ra­mie­niu.

– Ty­ta­no­wa pro­te­za – wyjaśnił, pod­ciągając rękaw, żeby po­ka­zać bliznę po ope­ra­cji.

Ale bram­ka pod­niosła alarm także na jego lewy staw sko­ko­wy.

Żan­darm ob­rzu­cił go zdu­mio­nym wzro­kiem.

– Śruby i płytki wzmac­niające – rzu­cił Pul­ler. – Mogę pod­ciągnąć no­gawkę spodni.

– Będzie pan łaskaw, sir.

Kie­dy po chwi­li Pul­ler opuścił no­gawkę, żan­darm mruknął prze­pra­szającym to­nem:

– Wypełniam tyl­ko swo­je obo­wiązki, sir.

– Dałbym ci niezły wy­cisk, gdy­byś ich nie wypełniał, sze­re­go­wy.

Chłopak zro­bił wiel­kie oczy i za­py­tał nieśmiało:

– To sku­tek ran od­nie­sio­nych w boju, sir?

– Nie myślisz chy­ba, że sam się po­strze­liłem?

Pul­ler chwy­cił klu­czy­ki sa­mo­cho­do­we z po­jem­ni­ka, do którego wcześniej je włożył, wsunął pra­wo jaz­dy i le­gi­ty­mację służbową do kie­szon­ki ko­szu­li, po czym wpi­sał się do dzien­ni­ka od­wie­dzin.

Elek­trycz­ny za­mek ma­syw­nych żela­znych drzwi już brzęczał, więc pchnął je i wszedł do sali od­wie­dzin. Przy sto­li­kach sie­działo trzech in­nych więźniów przyj­mujących gości. Małe dzie­ci bawiły się na podłodze, pod­czas gdy ich oj­co­wie po­ro­zu­mie­wa­li się półgłosem z żona­mi bądź ko­chan­ka­mi. Dzie­ciom nie po­zwa­la­no sia­dać na ko­la­nach więźniów. Możliwy był tyl­ko je­den uścisk, cmok­nięcie w po­li­czek albo po­da­nie dłoni na początku lub na zakończe­nie od­wie­dzin. Nie wol­no było sięgać do kie­sze­ni ani pod ubra­nie. Więźnio­wie i od­wie­dzające ich ko­bie­ty mo­gli je­dy­nie na krótko spleść pal­ce na sto­le. Wszyst­kie roz­mo­wy mu­siały być pro­wa­dzo­ne nor­mal­nym to­nem. Wol­no było ko­rzy­stać z pióra lub długo­pi­su, ale nie z ołówka czy kre­dek. Według Pul­le­ra ten za­pis re­gu­la­mi­nu mu­siał być efek­tem bałaga­nu na­ro­bio­ne­go przez dziec­ko. Uważał ten za­kaz za idio­tycz­ny, po­nie­waż piórem lub długo­pi­sem można wyrządzić większą krzywdę niż ołówkiem czy kredką.

Za­trzy­mał się przy drzwiach i po­pa­trzył, jak pew­na ko­bie­ta, wyglądająca na matkę więźnia, czy­ta mu ustępy z Bi­blii. Od­wie­dzającym po­zwa­la­no przy­no­sić ze sobą książki, ale nie wol­no ich było prze­ka­zy­wać więźniom, po­dob­nie jak ga­zet lub cza­so­pism. Nie ze­zwa­la­no na przy­no­sze­nie żywności, można było jed­nak ją kupić w którymś z wie­lu au­to­matów. Więźnio­wie nie mo­gli sami ni­cze­go ku­po­wać. Pul­ler uważał, że byłoby to na­miastką nor­mal­ne­go życia, a prze­cież więzie­nie nie mogło sta­no­wić jego na­miastki. Jeśli od­wie­dzający życzył so­bie otwar­cia po­ko­ju, w którym od­by­wało się spo­tka­nie, ozna­czało to au­to­matyczny ko­niec wi­dze­nia. Ist­niał tyl­ko je­den wyjątek od więzien­ne­go ry­go­ru: kar­mie­nie pier­sią. Do tego była prze­zna­czo­na spe­cjal­na sala na piętrze.

Drzwi w dru­gim końcu sali otwo­rzyły się i wy­szedł zza nich mężczy­zna w po­ma­rańczo­wym kom­bi­ne­zo­nie. Pul­ler zmie­rzył go uważnym spoj­rze­niem.

Był wy­so­ki, lecz nie tak bar­dzo jak on, w do­dat­ku o wie­le mniej bar­czy­sty. Z rysów twa­rzy był do nie­go po­dob­ny, ale włosy miał ciem­niej­sze i dłuższe. I w wie­lu miej­scach przyprószo­ne si­wizną. Za­rys dol­nej szczęki miał tak samo kwa­dra­to­wy, a nos równie wąski i tak samo prze­krzy­wio­ny na pra­wo, do tego duże zęby, dosyć równe. W do­dat­ku wyróżniał się dołkiem w pra­wym po­licz­ku i ocza­mi spra­wiającymi wrażenie zie­lo­nych w sztucz­nym świe­tle, lecz nie­bie­skich w słońcu.

Pul­ler miał ta­kie samo piętno po le­wej stro­nie szyi, skręcające ku kar­ko­wi. Po­nad­to odróżniał się zna­ka­mi szczególny­mi na le­wej no­dze, pra­wym ra­mie­niu oraz górnej części klat­ki pier­sio­wej, zarówno z przo­du, jak i z tyłu. Wszyst­kie były po­zo­stałościa­mi po wro­gich obiek­tach, które z wiel­kim im­pe­tem wbiły się w ich ciało. Tam­ten mężczy­zna nie miał blizn, w tych sa­mych miej­scach miał białą i gładką skórę.

Tak więc Pul­ler odróżniał się przede wszyst­kim bli­zna­mi będącymi efek­tem działania pie­kiel­ne­go żaru, wia­tru i wy­nisz­czającego chłodu. Zda­wał so­bie sprawę, że do jego wyglądu naj­le­piej pa­su­je słowo „dzi­ki”. Nie był przy­stoj­ny. Tym bar­dziej nie był ładny. W naj­lep­szym ra­zie mógłby ucho­dzić za atrak­cyj­ne­go czy też prędzej za in­te­re­sującego z wyglądu. Ale on nig­dy nie oce­niał sie­bie w tych ka­te­go­riach. Był żołnie­rzem, a nie mo­de­lem.

Nie objęli się na przy­wi­ta­nie, uścisnęli so­bie tyl­ko dłonie.

Dru­gi mężczy­zna uśmiechnął się lek­ko.

– Miło cię wi­dzieć, bra­cie.

Bra­cia Pul­ler za­sie­dli przy sto­li­ku.

3

Schudłeś? – za­py­tał Pul­ler.

Jego brat, Ro­bert, od­chy­lił się na krześle do tyłu i założył nogę na nogę.

– Żar­cie tu­taj nie jest ta­kie do­bre jak w lot­nic­twie.

– Naj­lep­sze jest w ma­ry­nar­ce. Ar­mia zaj­mu­je od­ległe trze­cie miej­sce. A to dla­te­go, że lot­ni­cy i ma­ry­na­rze to słabe­usze.

– Słyszałem, że do­stałeś awans na chorążego. Już nie je­steś sierżan­tem.

– Ale ro­bo­ta ta sama. Tyl­ko żołd trochę wyższy.

– Zależało ci na tym?

– Zależało.

Za­padła ci­sza. Pul­ler spoj­rzał w lewo, na młodą ko­bietę, która trzy­mała więźnia za rękę i po­ka­zy­wała mu ja­kieś zdjęcia. U stóp mat­ki na podłodze ba­rasz­ko­wały dwa brzdące. Po­pa­trzył z po­wro­tem na bra­ta.

– Co mówią ad­wo­ka­ci?

Ro­bert wy­pro­sto­wał się na krześle. On też zer­kał ukrad­kiem na młodą parę. Miał trzy­dzieści sie­dem lat, nie był żona­ty i nie miał dzie­ci.

– Nic już się nie da zro­bić. Co u taty?

Pul­ler skrzy­wił się lek­ko.

– Bez zmian.

– Od­wie­dzałeś go?

– W ubiegłym ty­go­dniu.

– Co ci po­wie­dział le­karz?

– To samo, co twoi ad­wo­ka­ci. Nie­wie­le da się zro­bić.

– Pozdrów go ode mnie.

– Wie o wszyst­kim.

W oczach Ro­ber­ta zabłysły iskry gnie­wu.

– Ja­sne. Mogłem się tego domyślać.

Jego pod­nie­sio­ny głos przy­ciągnął uważne spoj­rze­nie ogo­rzałego żan­dar­ma opar­te­go o ścianę.

Ro­bert dodał więc ci­szej:

– Mimo wszyst­ko prze­każ mu po­zdro­wie­nia.

– Po­trze­bu­jesz cze­goś?

– Ni­cze­go, co mógłbyś mi za­pew­nić. I nie mu­sisz tak często przy­jeżdżać.

– Robię to z własnej woli.

– Z po­czu­cia winy młod­sze­go bra­ta.

– Chciałbyś.

Ro­bert prze­sunął po sto­li­ku dłoń w jego kie­run­ku.

– Tu nie jest tak źle. To nie Le­aven­worth.

– Ja­sne. Ale to nadal więzie­nie. – Pul­ler po­chy­lił się ku bra­tu. – Zro­biłeś to?

Ro­bert pod­niósł na nie­go wzrok.

– Za­sta­na­wiałem się, dla­cze­go do tej pory nie zadałeś tego py­ta­nia.

– Więc py­tam te­raz.

– Nie mam nic do po­wie­dze­nia na ten te­mat – od­po­wie­dział brat.

– Myślisz, że próbuję cię nakłonić do ze­znań? Do­stałeś już wy­rok.

– Nie, ale je­steś śled­czym. Znam two­je po­czu­cie spra­wie­dli­wości. Nie chciałbym cię narażać na kon­flikt in­te­resów albo prze­ko­nań.

Pul­ler od­chy­lił się na opar­cie.

– Umiem roz­dzie­lać ta­kie spra­wy.

– Jak przy­stało na syna Joh­na Pul­le­ra. Wiem coś o tym.

– Za­wsze trak­to­wałeś to jak ba­last.

– A nie tak jest?

– Można to na­zy­wać na różne spo­so­by. Je­steś mądrzej­szy ode mnie. Po­wi­nie­neś już daw­no sam do tego dojść.

– Nie­mniej obaj wstąpiliśmy do woj­ska.

– Ale ty po­szedłeś do szkoły ofi­cer­skiej, jak sta­ry. Ja się tyl­ko zaciągnąłem na ochot­ni­ka.

– I twier­dzisz, że je­stem mądrzej­szy?
– Je­steś spe­cja­listą w fi­zy­ce jądro­wej, spe­cem od ato­mo­wych grzybków. A ja zwykłym tre­pem z od­znaką śled­cze­go.

– Z od­znaką – pod­kreślił jego brat. – Ja zaś mam szczęście, że jesz­cze żyję.

– Nie wy­ko­na­no tu ani jed­ne­go wy­ro­ku śmier­ci od roku tysiąc dzie­więćset sześćdzie­siątego pierw­sze­go.

– Spraw­dziłeś to?

– Spraw­dziłem.

– Bez­pie­czeństwo na­ro­do­we. Zdra­da. Tak, na­prawdę mam szczęście, że jesz­cze żyję.

– Czu­jesz się szczęśliwy z tego po­wo­du?

– Może.

– Więc chy­ba od­po­wie­działeś na moje py­ta­nie. Po­trze­bu­jesz cze­goś? – za­py­tał zno­wu.

Ro­bert spróbował się uśmiechnąć, ale wy­szedł mu gry­mas, który nie zdołał za­ma­sko­wać miny wyrażającej obawę.

– Ni­cze­go nie po­trze­buję – od­parł ma­to­wym głosem, jak­by w jed­nej chwi­li uszła z nie­go cała ener­gia.

Pul­ler spoj­rzał bra­tu w oczy. Był młod­szy od Ro­ber­ta tyl­ko dwa lata, przez co byli nie­rozłączni nie tyl­ko w młodości, lecz także później, gdy obaj już no­si­li mun­du­ry. Ale te­raz po­ja­wił się między nimi mur znacz­nie wyższy od tego, który ota­czał to więzie­nie. I nic nie mógł na to po­ra­dzić. Mimo że miał bra­ta przed sobą, od­no­sił wrażenie, jak­by go tu nie było, jak­by jego miej­sce zajął obcy człowiek w po­ma­rańczo­wym więzien­nym kom­bi­ne­zo­nie, który miał spędzić za krat­ka­mi resztę życia. A po­tem może na­wet całą wiecz­ność. Wolał jed­nak nie po­ru­szać tego te­ma­tu.

– Nie tak daw­no pe­wien chłopak stra­cił tu życie – ode­zwał się Ro­bert.

Pul­ler słyszał o tym:

– Po­dej­rze­wa­li, że był wtyczką. Na bo­isku do­stał ki­jem ba­se­bal­lo­wym po głowie.

– To też spraw­dziłeś?

– Spraw­dziłem. Znałeś go?

Ro­bert pokręcił głową.

– Je­stem na dwu­dzie­st­ce trójce. Nie za bar­dzo mam czas na nawiązy­wa­nie zna­jo­mości.

Ozna­czało to, że przez dwa­dzieścia trzy go­dzi­ny na dobę mu­siał sie­dzieć za­mknięty w celi, a go­dzinę prze­zna­czoną na ćwi­cze­nia też spędzał w sa­mot­ności, w od­osob­nio­nym miej­scu.

Pul­le­ra to za­sko­czyło.

– Od kie­dy?

Ro­bert uśmiechnął się.

– A więc jed­nak nie wszyst­ko spraw­dziłeś?

– Od kie­dy?

– Od cza­su, gdy stłukłem żan­dar­ma.

– Z ja­kie­go po­wo­du?

– Za to, że po­wie­dział coś, co mało mnie ob­cho­dziło.

– To zna­czy?

– Nie mu­sisz tego wie­dzieć.

– Dla­cze­go?

– Za­ufaj mi. Sam po­wie­działeś, że je­stem mądrzej­szy. A prze­cież nie mogą mi bar­dziej wydłużyć wy­ro­ku.

– Miało to coś wspólne­go z na­szym sta­rusz­kiem?

– Le­piej idź już. Na pew­no nie chcesz się spóźnić na sa­mo­lot.

– Mam jesz­cze czas. Więc poszło o ojca?

– Nie je­steśmy na przesłucha­niu, bra­cisz­ku. Nie masz pra­wa zmu­szać mnie do ze­znań. Poza tym już od daw­na nie możesz mnie po­stra­szyć sądem po­lo­wym.

Pul­ler po­pa­trzył na łańcuch sku­wający Ro­ber­to­wi nogi w kost­kach.

– Do­star­czają ci je­dze­nie przez okien­ko?

W USDB nie było krat. Tu­taj cele były za­my­ka­ne so­lid­ny­mi ma­syw­ny­mi drzwia­mi. Więźniom ska­za­nym na od­osob­nie­nie je­dze­nie do­star­cza­no trzy razy dzien­nie przez okien­ko w drzwiach. Znaj­do­wała się w nich jesz­cze kla­pa nad podłogą umożli­wiająca sku­cie więźnia przed otwar­ciem celi.

Ro­bert skinął głową.

– Pew­nie po­wi­nie­nem się cie­szyć, że nie za­bro­ni­li mi całko­wi­cie kon­taktów z ludźmi, bo in­a­czej nie mo­gli­byśmy się wi­dy­wać.

– Gro­zi­li ci?

– Tu­taj mówi się wie­le rze­czy.

Na jakiś czas za­padła ci­sza.

Wresz­cie Ro­bert po­wie­dział:

– Le­piej już idź. Mam spo­ro rze­czy do zro­bie­nia. Je­stem bar­dzo zajęty.

– Zo­ba­czy­my się jesz­cze.

– Nie ma po co. Chy­ba nie po­win­niśmy się wi­dy­wać.

– Prze­każę ojcu two­je po­zdro­wie­nia.

Wsta­li i uścisnęli so­bie dłonie. Ro­bert szyb­ko pod­niósł lewą rękę i po­kle­pał bra­ta po ra­mie­niu.

– Tęsknisz za Bli­skim Wscho­dem?

– Nie. I nie znam ni­ko­go, kto by tęsknił, jeśli tam służył.

– Cieszę się, że wróciłeś cały i zdrów.

– Wie­lu się to nie udało.

– Pro­wa­dzisz ja­kieś cie­ka­we spra­wy?

– Nie­spe­cjal­nie.

– Trzy­maj się.

– Ty też.

Pul­ler uświa­do­mił so­bie, że te pu­ste słowa nic nie znaczą, na­wet jesz­cze za­nim wy­du­sił je z sie­bie.

Odwrócił się do wyjścia. Jak na ko­mendę żan­darm pod­szedł do więźnia.

– Hej, John!

Obej­rzał się. Żan­darm trzy­mał ma­syw­ne łap­sko na le­wym ra­mie­niu Ro­ber­ta. Przez chwilę Pul­ler wal­czył z chęcią zawróce­nia, zrzuce­nia mu tej ręki i po­pchnięcia go na ścianę. Ale szyb­ko się opa­no­wał.

– Tak? – Wy­mie­nił z bra­tem znaczące spoj­rze­nia.

– Nic ta­kie­go, sta­ry. Drob­nost­ka. Cieszę się, że wpadłeś.

Szyb­kim kro­kiem minął bramkę wy­kry­wa­cza me­ta­li, a żan­darm stanął na bacz­ność na jego wi­dok. Zbiegł po scho­dach, prze­ska­kując po dwa stop­nie na­raz. Te­le­fon za­dzwo­nił, gdy wsia­dał do wypożyczo­ne­go sa­mo­cho­du. Spoj­rzał na wyświe­tlacz.

Dzwo­nił ktoś z sie­dem­set pierw­szej jed­nost­ki żan­dar­me­rii z Qu­an­ti­co w Wir­gi­nii, gdzie zo­stał przy­dzie­lo­ny jako agent spe­cjal­ny wy­działu do­cho­dze­nio­we­go.

Ode­brał połącze­nie i przy­cisnął apa­rat do ucha. Służba woj­sko­wa uczyła każdego mniej mówić, niż słuchać. O wie­le mniej.

Od­po­wie­dział krótko:

– Już jadę. – Spoj­rzał na ze­ga­rek i prze­li­czył w pamięci cza­sy do­jazdów i prze­lo­tu. Wziął pod uwagę go­dzinę prze­su­nięcia cza­su w trak­cie podróży z za­cho­du na wschód. – Trzy go­dziny i pięćdzie­siąt mi­nut, sir.

Doszło do jat­ki na ja­kimś za­du­piu w Wir­gi­nii Za­chod­niej. Wśród ofiar zna­lazł się pułkow­nik. Sam ten fakt stał się po­wo­dem za­an­gażowa­nia wy­działu śled­cze­go, cho­ciaż Pul­ler nie umiał po­wie­dzieć, cze­mu sprawę prze­ka­za­no właśnie sie­dem­set pierw­szej jed­no­st­ce. Ale był żołnie­rzem. I do­stał roz­kaz. Mu­siał go wy­ko­nać.

Po­wi­nien wrócić sa­mo­lo­tem do Wir­gi­nii, wziąć swój sprzęt, ode­brać pi­sem­ny roz­kaz, a po­tem popędzić na pełnym ga­zie na wska­za­ne za­du­pie. Jed­nak chwi­lo­wo nie umiał się jesz­cze skon­cen­tro­wać na spra­wie zabójstwa pułkow­ni­ka, sko­ro wciąż miał przed ocza­mi minę bra­ta. Ten wi­dok wrył się mu w pamięć. W końcu na­prawdę miał wprawę w roz­dzie­la­niu spraw od sie­bie. Ale w ta­kiej chwi­li nie po­tra­fił się na tym sku­pić. Z jego pamięci wypłynęły bo­wiem wspo­mnie­nia związane z bra­tem, ale po­chodzące z in­nych czasów i miejsc.

Ro­bert Pul­ler zro­bił błyska­wiczną ka­rierę w ran­dze ma­jo­ra sił po­wietrz­nych, od­de­le­go­wa­ne­go do nad­zo­ru ar­se­nału nu­kle­ar­ne­go. Szy­ko­wał mu się awans co naj­mniej o jedną gwiazdkę, a na­wet o dwie. Tym­cza­sem zo­stał oskarżony o zdradę, osądzo­ny i za­mknięty w USDB aż po kres swo­je­go żywo­ta.

Jed­nak wciąż był jego bra­tem. Na­wet służba w ar­mii Stanów Zjed­no­czo­nych nie mogła tego zmie­nić.

Chwilę później Pul­ler uru­cho­mił sil­nik i wrzu­cił bieg. Miał wrażenie, że z każdą wi­zytą w więzie­niu zo­sta­wia tu­taj jakąś cząstkę sie­bie. Mógł się tyl­ko łudzić, że na­dej­dzie dzień, kie­dy nie będzie miał tu po co wra­cać.

Nig­dy nie afi­szo­wał się ze swo­imi uczu­cia­mi. Nie uro­nił ani jed­nej łzy, cho­ciaż zda­rzało się, że lu­dzie wokół nie­go umie­ra­li na polu wal­ki, często w strasz­li­wych męczar­niach. Za­wsze sku­piał się na tym, żeby ich pomścić w równie bez­względny i okrut­ny sposób. Nie przystępował do wal­ki, jeśli czuł w so­bie nie­po­ha­mo­wa­ny gniew, bo to by tyl­ko uwy­pu­kliło jego słabości. A słabość była przy­czyną porażki. Nie uro­nił łzy na­wet wte­dy, gdy jego brat zo­stał osądzo­ny za zdradę sta­nu. Pul­le­ro­wie po pro­stu nie płaka­li.

To była za­sa­da nu­mer je­den.

Mężczyźni z rodu Pul­lerów za­wsze za­cho­wy­wa­li spokój i opa­no­wa­nie, gdyż to zwiększało szan­se na zwy­cięstwo.

To była za­sa­da nu­mer dwa.

Wszel­kie po­zo­stałe za­sa­dy były już po­chod­ny­mi tych naj­ważniej­szych.

Za­tem John Pul­ler nie był ma­szyną, ale często do­strze­gał, że co­raz bar­dziej ją przy­po­mi­na.

Poza tym wolał się nie zagłębiać w ja­kie­kol­wiek sa­mo­oce­ny.

Opuścił te­ren USDB znacz­nie szyb­ciej, niż do nie­go wkro­czył. I znacz­nie szyb­szy powrót sa­mo­cho­dem na wschód miał go wpro­wa­dzić w nowe do­cho­dze­nie. Z radością witał tę świa­do­mość, tym bar­dziej, że umożli­wiała mu ode­rwa­nie się od tego jed­ne­go je­dy­ne­go pro­ble­mu, którego dotąd nie po­tra­fił zro­zu­mieć.

I nad którym nie po­tra­fił za­pa­no­wać.

Nad sy­tu­acją ro­dzinną.

4

W tej spra­wie je­steś zda­ny wyłącznie na sie­bie, Pul­ler.

John usiadł przed biur­kiem swo­je­go przełożone­go, agen­ta spe­cjal­ne­go Dona Whi­te’a, sze­fa Woj­sko­we­go Wy­działu Śled­cze­go w sie­dzi­bie jed­nost­ki w Qu­an­ti­co, w Wir­gi­nii. Przez wie­le lat wy­dział mieścił się da­lej na północ, w For­cie Be­lvo­ir. Jed­nakże lu­dzie kie­rujący re­or­ga­ni­zacją bazy zde­cy­do­wa­li się umieścić ra­zem jed­nost­ki CID ze wszyst­kich ro­dzajów wojsk w jed­nym miej­scu, właśnie w Qu­an­ti­co, gdzie znaj­do­wała się po­nad­to Aka­de­mia FBI oraz dowództwo kor­pu­su ma­ri­nes.

Pul­ler zaj­rzał do swo­je­go miesz­ka­nia poza te­re­nem bazy, żeby za­brać parę rze­czy i za­dbać o spa­sio­ne­go ko­cu­ra, brązo­we­go z po­ma­rańczo­wy­mi pręgami, którego na­zwał De­zer­te­rem ze względu na jego umiejętność zni­ka­nia w naj­mniej ocze­ki­wa­nych mo­men­tach. Kot naj­pierw za­miau­czał, po­tem par­sknął, wresz­cie zaczął się ocie­rać o jego nogi i wy­gi­nać grzbiet, do­ma­gając się głaska­nia.

– Mam pilną sprawę, De­zer­ter. Nie wiem, kie­dy wrócę. Żar­cie, wodę i ku­wetę masz tam gdzie za­wsze.

Kot miauknął, jak­by zro­zu­miał i od­szedł z dum­nie za­dar­tym łep­kiem. Przybłąkał się około dwóch lat temu, toteż Pul­ler był prze­ko­na­ny, że któregoś dnia po pro­stu znik­nie bez śladu.

Na au­to­ma­tycz­nej se­kre­tar­ce te­le­fo­nu sta­cjo­nar­ne­go zna­lazł na­gra­nych kil­ka wia­do­mości. Utrzy­my­wał to urządze­nie tyl­ko na wy­pa­dek ja­kiejś awa­rii sie­ci lub za­si­la­nia i nie­możności ko­rzy­sta­nia z komórki. Tyl­ko jedną wia­do­mość odsłuchał w całości.

Usiadł na podłodze i włączył ją po raz dru­gi.

Wia­do­mość od ojca.

Ge­ne­rał „Wa­lecz­ny John” Pul­ler był jed­nym z najsłyn­niej­szych ame­ry­kańskich ofi­cerów, dowódcą Krzy­kli­wych Orłów, wręcz le­gen­dar­nej 101. dy­wi­zji de­san­tu po­wietrz­ne­go. Te­raz nie służył już w woj­sku i nie do­wo­dził żadną jed­nostką, co nie ozna­czało, że po­go­dził się z bru­talną rze­czy­wi­stością. Prawdę po­wie­dziaw­szy, ani trochę się nie po­go­dził. A to ozna­czało, że żył w świe­cie nie­zu­pełnie rze­czy­wi­stym.

Z tego też po­wo­du wciąż roz­ka­zy­wał młod­sze­mu sy­no­wi tak, jak­by nadal był na szczy­cie, a on na sa­mym dole służbo­wej hie­rar­chii. Często nie pamiętał, co mu po­le­cił przez te­le­fon. Mógł za­po­mnieć na­wet, że do nie­go dzwo­nił. Ale równie do­brze przy naj­bliższej oka­zji po­tra­fił go zru­gać za to, że nie wy­ko­nał roz­kazów. W cy­wi­lu sta­ru­szek był co naj­mniej tak samo nie­prze­wi­dy­wal­ny jak na polu bi­twy. To właśnie czy­niło go nad­zwy­czaj trud­nym prze­ciw­ni­kiem. Jeśli żołnie­rze cze­goś się bali, to właśnie prze­ciw­ników re­agujących nie­ty­po­wo, wrogów nie tyl­ko zde­ter­mi­no­wa­nych, ale na do­da­tek go­to­wych dla zwy­cięstwa sięgnąć po wszel­kie, choćby naj­bar­dziej szo­kujące środ­ki. Ta­kim właśnie prze­ciw­ni­kiem był „Wa­lecz­ny John” Pul­ler. Wy­grał dużo więcej, niż stra­cił, a jego tak­ty­ka stała się przed­mio­tem wykładów w szko­le­niu ar­mii. Przy­szli ofi­ce­ro­wie uczy­li się o nim w Aka­de­mii Woj­sko­wej i próbo­wa­li roz­ciągać me­to­dy tak­tycz­ne Pul­lera na wszyst­kie ro­dza­je wojsk.

Ska­so­wał na­graną wia­do­mość. Jego oj­ciec mu­siał po­cze­kać.

Następnym przy­stan­kiem w jego podróży była sie­dzi­ba CID.

Woj­sko­wy Wy­dział Śled­czy założył ge­ne­rał „Czar­ny Jack” Per­shing we Fran­cji pod­czas pierw­szej woj­ny świa­to­wej. W roku 1971 for­ma­cja stała się oczkiem w głowie szta­bu ge­ne­ralnego, a na jej cze­le stanął sam ge­ne­rał. Pod jego roz­ka­za­mi zna­lazło się pra­wie trzy tysiące agentów działających na całym świe­cie, w tym dzie­więciu­set agentów spe­cjal­nych, do których te­raz za­li­czał się też John Pul­ler. Była to struk­tu­ra scen­tra­li­zo­wa­na, pod­le­gająca bez­pośred­nio se­kre­ta­rzom ar­mii w de­par­ta­men­cie obro­ny, od którego siatkę agentów spe­cjal­nych dzie­liły trzy szcze­ble biu­ro­kra­cji. Zda­niem Pul­lera przy­po­mi­nała la­sagnę za­wie­rającą zde­cy­do­wa­nie za dużo warstw ma­ka­ro­nu.

Sku­pił się na dowódcy.

– W spra­wach zabójstwa po służbie wy­so­kich rangą ofi­cerów zwy­kle for­mu­je się nie­co licz­niej­szy zespół niż jed­no­oso­bo­wy, sir.

Whi­te od­parł:

– Sta­ram się ze­brać jakąś sen­sowną grupę w Wir­gi­nii Za­chod­niej, ale na ra­zie nie wygląda to zbyt zachęcająco.

Pul­ler zadał w końcu py­ta­nie, które nur­to­wało go od chwi­li za­po­zna­nia się z naj­ważniej­szy­mi aspek­ta­mi spra­wy:

– W For­cie Camp­bell w Ken­tuc­ky w tysięcznym ba­ta­lio­nie sta­cjo­nu­je trze­cia gru­pa żan­dar­me­rii woj­sko­wej, której te­ren działań obej­mu­je także Wir­gi­nię Za­chod­nią. Więc to oni chy­ba po­win­ni się zająć sprawą zabójstwa pułkow­ni­ka.

– Za­mor­do­wa­ny służył w Agen­cji Kontr­wy­wia­du. Pew­nie dla­te­go dowództwo za­de­cy­do­wało o wszczęciu „pro­fe­sjo­nal­ne­go dys­kret­ne­go” do­cho­dze­nia przez naszą jed­nostkę. – Whi­te aż się uśmiechnął na myśl, że musi to opi­sy­wać wy­so­kie­mu rangą i doświad­czo­ne­mu śled­cze­mu.

Ale Pul­ler nie skwi­to­wał tego uśmie­chem.

– Fort Camp­bell – dodał więc Whi­te – jest także miej­scem sta­cjo­no­wa­nia 101. dy­wi­zji, jed­nost­ki two­je­go ojca, słyn­nych Krzy­kli­wych Orłów.

– To było daw­no temu, sir.

– Jak się mie­wa twój sta­ru­szek?

– Całkiem nieźle, sir – od­parł Pul­ler spiętym głosem. Nie za­mie­rzał roz­ma­wiać o swo­im ojcu z kimś in­nym poza swo­im bra­tem. Zresztą na­wet w roz­mo­wach z Ro­ber­tem ogra­ni­czał się naj­wyżej do kil­ku zdań.

– Ja­sne. To do­brze. W każdym ra­zie na­sza sie­dem­set pierw­sza jed­nost­ka cie­szy się opi­nią naj­lep­szej z naj­lep­szych, Pul­ler. Nie zo­stałeś tu przy­dzie­lo­ny jak do zwykłego od­działu żan­dar­me­rii. Zo­stałeś no­mi­no­wa­ny.

– Ro­zu­miem. – Pul­ler zaczął się za­sta­na­wiać, kie­dy wresz­cie jego dowódca zde­cy­du­je się ujaw­nić mu coś, o czym jesz­cze nie wie­dział.

Whi­te po­pchnął ku nie­mu po bla­cie biur­ka teczkę z do­ku­men­ta­mi.

– Tu masz wstępne ana­li­zy. Ze­brał je ofi­cer dyżurny. Skon­tak­tuj się z dowódcą swo­je­go pod­od­działu, za­nim wy­je­dziesz. Jest już go­to­wy plan do­cho­dze­nia, ale nie mu­sisz się czuć nim związany, możesz go zmie­nić w zależności od wa­runków pa­nujących na miej­scu zda­rze­nia.

Pul­ler przy­sunął so­bie teczkę, ale nie spusz­czał wzro­ku z przełożone­go.

– Co z od­ci­ska­mi palców?

– Za­bi­ty zo­stał pułkow­nik Mat­thew Rey­nolds. Jak już po­wie­działem, był ofi­ce­rem DIA. Sta­cjo­no­wał w Pen­ta­go­nie. Znaj­dziesz tam jego do­mo­wy ad­res z Fa­ir­fax City w Wir­gi­nii.

– Był powiązany z Wir­gi­nią Za­chod­nią?

– Nic o tym nie wia­do­mo. Pew­na jest tyl­ko jego iden­ty­fi­ka­cja, więc nie ma wątpli­wości, że to on.

– Ja­kie miał obo­wiązki w DIA? Zaj­mo­wał się czymś, co mogło stać się przy­czyną zabójstwa?

– DIA słynie z ota­cza­nia ta­jem­nicą swo­ich lu­dzi i ich obo­wiązków. Do­wie­dzie­liśmy się jed­nak, że Rey­nolds był w trak­cie załatwia­nia so­bie eme­ry­tu­ry i prze­cho­dze­nia do sek­to­ra pry­wat­ne­go. Jeśli będziesz mu­siał wejść w szczegóły w ra­mach pro­wa­dzo­ne­go do­cho­dze­nia, załatwi­my ci dostęp do in­for­ma­cji.

Jeśli?, pomyślał Pul­ler.

– Co należało do jego służbo­wych obo­wiązków w DIA?

Jego przełożony ner­wo­wo po­ru­szył się na krześle.

– Od­po­wia­dał bez­pośred­nio przed wi­ce­dy­rek­to­rem pio­nu J2.

– Kie­ru­je nim dwu­gwiazd­ko­wy ge­ne­rał, praw­da? Który co­dzien­nie zda­je bieżący ra­port prze­wod­niczącemu Ko­mi­sji Połączo­nych Sztabów?

– Zga­dza się.

– Więc jeśli ktoś taki zo­stał za­mor­do­wa­ny, dla­cze­go DIA nie przejęła do­cho­dze­nia? Czyżby nie da­rzyła za­ufa­niem swo­ich śled­czych?

– Mogę po­wie­dzieć tyl­ko tyle, że za­da­nie spadło na nas. A kon­kret­nie na cie­bie.

– A jeśli złapie­my sprawcę, to DIA, czy może prędzej FBI, położy na wszyst­kim łapę i zaj­mie się szy­ko­wa­niem oskarżenia?

– To już nie moja działka.

– Więc DIA będzie nad tym jed­nak czu­wała?

– Po­wta­rzam, że nic więcej nie wiem.

– Do­brze. Wia­do­mo przy­najm­niej, gdzie chciał się za­trud­nić po zakończe­niu służby?

Whi­te pokręcił głową.

– Jesz­cze nie usta­lo­no. Możesz się skon­tak­to­wać bez­pośred­nio z przełożonym Rey­nold­sa w spra­wie ta­kich szczegółów. To ge­ne­rał Ju­lie Car­son.

Pul­ler nie zdołał się po­wstrzy­mać i mruknął:

– Wygląda na to, sir, że będę mu­siał uzy­skać ofi­cjal­ny dostęp do pew­nych in­for­ma­cji, by pro­wa­dzić do­cho­dze­nie.

– Zo­ba­czy­my.

Nie dość, że od­po­wiedź była bez­sen­sow­na, to Pul­ler w do­dat­ku zwrócił uwagę, że dowódca spe­cjal­nie uni­ka jego wzro­ku.

– Są inne ofia­ry? – za­py­tał.

– Żona i dwo­je dzie­ci. Wszy­scy zginęli.

Pul­ler od­chy­lił się na opar­cie krzesła.

– Ja­sne, mamy za­tem czwo­ro za­bi­tych, scenę zbrod­ni praw­do­po­dob­nie skażoną działania­mi po­li­cji z Wir­gi­nii Za­chod­niej, a do tego za­pew­ne po­ta­jem­ny nadzór DIA nad na­szym do­cho­dze­niem. W nor­mal­nych wa­run­kach wysłali­byśmy tam od czte­rech do sześciu lu­dzi z naj­lep­szym sprzętem ana­li­tycz­nym z za­kre­su do­cho­dze­nio­we­go. Pew­nie wezwali­byśmy też ja­kichś biegłych z USA­CIL – dodał, mając na myśli Woj­sko­we La­bo­ra­to­rium Kry­mi­na­li­stycz­ne w For­cie Gil­lem w Geo­r­gii. – A wszyst­ko to po to, żeby za­pew­nić właściwą obróbkę ma­te­riału do­wo­do­we­go. I jesz­cze po­wstałby spe­cja­li­stycz­ny zespół do za­pew­nienia współpra­cy z DIA.

– Mam wrażenie, że tra­fiłeś na właściwy grunt ope­ra­cyj­ny.

– To zna­czy?

– Nor­mal­ny.

Pul­ler wy­pro­sto­wał się jesz­cze bar­dziej.

– Nor­mal­nie w ze­spo­le tak licz­nym jak na­sza jed­nost­ka sie­dem­set pierw­sza, od­bie­rałbym roz­ka­zy od dowódcy swo­jej kom­pa­nii, a nie od pana, sir.

– Zga­dza się.

Whi­te nie za­mie­rzał jed­nak drążyć tego te­ma­tu.

Pul­ler po­pa­trzył więc na kar­to­nową teczkę z do­ku­men­ta­mi. Nie miał już żad­nych wątpli­wości, że jest w tej spra­wie po­zo­sta­wio­ny sam so­bie.

– W roz­mo­wie te­le­fo­nicz­nej padło określe­nie „jat­ka”.

Whi­te skinął głową.

– Tak to zo­stało opi­sa­ne. Trud­no mi po­wie­dzieć, ile po­dob­nych spraw przy­tra­fiło się tym z Wir­gi­nii Za­chod­niej, po­dej­rze­wam jed­nak, że na miej­scu zda­rze­nia fak­tycz­nie było dużo krwi. Ale co­kol­wiek tam się stało, za­pew­ne wi­dy­wałeś dużo gor­sze rze­czy pod­czas służby na Bli­skim Wscho­dzie.

Pul­ler nie od­po­wie­dział. Po­dob­nie, jak w spra­wie ojca, nie za­mie­rzał z ni­kim dys­ku­to­wać o swo­ich pa­tro­lach na pu­sty­ni.

Whi­te ciągnął:

– Od początku do­cho­dze­niem zajęła się miej­sco­wa po­li­cja, bo to ich te­ren. Ale, jeśli się nie mylę, to od­lud­ny okręg i nie ma tam na­wet jed­ne­go śled­cze­go, do­cho­dze­nia kry­mi­nal­ne pro­wadzą zwy­kli mun­du­ro­wi. To ko­lej­ny powód, dla którego będzie po­trzeb­na fi­ne­zja. Od stro­ny for­mal­nej nie mamy na­wet pod­staw do za­an­gażowa­nia, dopóki nie wyj­dzie na jaw, że sprawcą był woj­sko­wy. Biorąc jesz­cze pod uwagę po­zycję Rey­nold­sa, masz zro­bić wszyst­ko, żeby współpra­ca z miej­sco­wy­mi prze­bie­gała w przy­ja­znej at­mos­fe­rze.

– Jest tam ja­kieś bez­piecz­ne miej­sce, gdzie mógłbym trzy­mać ewen­tu­al­ne do­wo­dy rze­czo­we?

– Agen­cja Bez­pie­czeństwa Wewnętrzne­go ma swój od­dział te­re­no­wy ja­kieś pięćdzie­siąt ki­lo­metrów da­lej. Po­dob­no za­wsze jest tam ktoś, kto może być świad­kiem pod­czas otwie­ra­nia i za­my­ka­nia sej­fu. Już wystąpiłem o sto­sow­ne upo­ważnie­nie dla cie­bie.

– Zakładam, że nadal będę mógł li­czyć na pełen dostęp do USA­CIL?

– Owszem, będziesz mógł. Skon­tak­to­wałem się też z od­po­wied­ni­mi placówka­mi z Wir­gi­nii Za­chod­niej, które nie wy­ra­ziły sprze­ci­wu na za­an­gażowa­nie CID w to do­cho­dze­nie. Nasi praw­ni­cy później zajmą się for­mal­nościa­mi.

– Proszę tyl­ko do­pil­no­wać, żeby o ni­czym nie za­po­mnie­li, sir.

Whi­te ob­rzu­cił go uważnym spoj­rze­niem.

– Nie za­po­mi­naj jed­nak, że służymy w woj­sku, więc poza pa­pier­ka­mi może cza­sem być ko­niecz­ne użycie pięści. Domyślam się, że je­steś tak samo przy­go­to­wa­ny do posługi­wa­nia się jed­nym i dru­gim.

Pul­ler nie od­po­wie­dział. Przez całą do­tych­cza­sową ka­rierę sty­kał się z po­dob­ny­mi za­wo­do­wy­mi ofi­ce­ra­mi. Jed­ni byli do­brzy na swo­ich sta­no­wi­skach, in­nych można było tyl­ko za­li­czyć do idiotów. A on jesz­cze nie umiał za­de­cy­do­wać, jak należałoby rozsądzić w tym wy­pad­ku.

– Je­stem tu do­pie­ro od mie­siąca – po­wie­dział Whi­te – do­stałem przy­dział po prze­nie­sie­niu wy­działu z For­tu Be­lvo­ir. I wciąż jesz­cze uczę się po­ru­szać pra­widłowo. Ty miałeś na to pięć lat.

– Pra­wie sześć.

– Wszy­scy, którzy się liczą, po­wta­rzają mi, że je­steś tu naj­lep­szy, choć sto­su­jesz nie­sza­blo­no­we me­to­dy. – Po­chy­lił się i oparł łokcie na biur­ku. – Więc na pew­no nie muszę ci mówić, że ta spra­wa bu­dzi wiel­kie za­in­te­re­so­wa­nie na górze. Od­bie­ram te­le­fo­ny z różnych cy­wil­nych agend z Wa­szyng­to­nu, nie po­mi­jając na­wet se­kre­ta­rza obro­ny.

– Ro­zu­miem. Zaj­mo­wałem się już spra­wa­mi z podwórka wy­wia­du obro­ny, które trze­ba było trak­to­wać jak wszyst­kie inne. Jeśli ta spra­wa bu­dzi aż tak wiel­kie za­in­te­re­so­wa­nie na naj­wyższych szcze­blach, pułkow­nik Rey­nolds po­wi­nien do­stać trochę więcej kre­mu na tor­cie w Pen­ta­go­nie. – Urwał na krótko. – Chy­ba że to krem za­tru­ty.

Whi­te uśmiechnął się.

– Może fak­tycz­nie je­steś tak do­bry, jak mówią.

Pul­ler po­pa­trzył mu w oczy, myśląc: A może je­stem tyl­ko pierw­szy do od­strzału, jeśli rozpęta się piekło.

– A więc pro­wa­dzisz do­cho­dze­nia już od sześciu lat? – za­gadnął Whi­te.

Pul­ler nie od­po­wie­dział. Miał wrażenie, że wie, do cze­go tam­ten zmie­rza, po­nie­waż inni za­cho­wy­wa­li się po­dob­nie. Następne zda­nie przełożone­go udo­wod­niło mu, że miał rację.

– Skończyłeś col­le­ge. Świet­nie znasz fran­cu­ski i nie­miec­ki, nieźle mówisz po włosku. Twój oj­ciec i brat są ofi­ce­ra­mi.

– Byli ofi­ce­ra­mi – po­pra­wił go Pul­ler. – A obce języki znam tak do­brze tyl­ko dla­te­go, że mój oj­ciec sta­cjo­no­wał w Eu­ro­pie, gdy byłem dziec­kiem.

Whi­te zda­wał się nie słuchać.

– Wiem, że byłeś gwiazdą swo­jej gru­py na obo­zie szko­le­nio­wym – ciągnął, nawiązując do wy­ników Pul­le­ra ze szkoły żan­dar­me­rii Stanów Zjed­no­czo­nych w For­cie Le­onard Wood w Mis­so­uri. – W cza­sie służby zgar­niałeś pi­ja­nych ma­ru­derów na całym świe­cie. Zaj­mo­wałeś się do­cho­dze­nia­mi pra­wie wszędzie tam, gdzie tyl­ko były na­sze woj­ska. W do­dat­ku masz upraw­nie­nia taj­nych służb i dostęp do cy­wil­nych in­for­ma­cji taj­nych. – Prze­rwał na chwilę. – Mimo że to, co zro­bił twój brat, omal nie odbiło się na to­bie ry­ko­sze­tem.

– Nie je­stem nim. I pomyślnie prze­szedłem na nowo wszel­kie we­ry­fi­ka­cje.

– Wiem. – Whi­te ucichł na dłużej i zabębnił pal­ca­mi o poręcz krzesła.

Pul­ler mil­czał. Wie­dział, co będzie da­lej. Za­wsze było tak samo.

– Więc dla­cze­go nie zde­cy­do­wałeś się na West Po­int? I dla­cze­go zo­stałeś w tym wy­dzia­le? Masz nie­ska­zi­tel­ny prze­bieg służby. Naj­lep­sze wy­ni­ki w szko­le ran­gersów. Po­wa­lającą kar­to­tekę. Je­steś li­de­rem w swo­jej działce. Twój oj­ciec przez trzy de­ka­dy służby do­stał czter­dzieści dzie­więć ważnych me­da­li i jest żywą le­gendą w ar­mii. Ty zdo­byłeś pra­wie połowę tego w sześciu tu­rach w Ira­ku i Afga­ni­sta­nie. Masz dwa srebr­ne krzyże, przy czym każdy z nich oku­piłeś trzy­mie­sięcznym po­by­tem w szpi­ta­lu, trzy brązowe ze wstęgami, do tego trzy Pur­pu­ro­we Ser­ca. Sam do­padłeś fa­ce­ta z ta­lii pięćdzie­sięciu dwóch kart naj­bar­dziej po­szu­ki­wa­nych w Ira­ku, zga­dza się?

– Był piątką pik, sir – od­parł Pul­ler.

– Owszem. Za­tem masz już aż nad­to gwiazd i ran. Ar­mia uwiel­bia ta­kie połącze­nia. Przy­po­mi­nasz ra­so­we­go ogie­ra o nie­ska­zi­tel­nym ro­do­wo­dzie. Gdy­byś zo­stał ran­ger­sem, do dziś wy­win­do­wa­li­by cię na same szczy­ty. Gdy­byś po­szedł do West Po­int, miałbyś te­raz sto­pień ma­jo­ra, może na­wet pułkow­ni­ka. I do­ro­biłbyś się co naj­mniej dwóch ge­ne­ral­skich gwiaz­dek przed przejściem na eme­ry­turę. Cho­le­ra, może na­wet trzech, jak twój sta­ry, gdy­byś właści­wie ro­ze­grał to po­li­tycz­nie. W wy­dzia­le do­cho­dze­nio­wym agent z na­bo­ru kończy naj­wyżej jako star­szy sierżant. A wiem od swo­je­go po­przed­ni­ka, że zgo­dziłeś się przejść szko­le­nie pod­ofi­cer­skie tyl­ko dla­te­go, że sierżanci do­stają miej­sce za biur­kiem, pod­czas gdy chorąży nadal może pro­wa­dzić spra­wy w te­re­nie.

– Nie prze­pa­dam za biur­ka­mi, sir.

– Tak więc nadal je­steś tu­taj, w CID. Po prze­ciw­nej stro­nie lady od ba­re­tek i brzęczących bla­szek. A ja nie pierw­szy łamię so­bie nad tym głowę, żołnie­rzu.

Pul­ler mi­mo­wol­nie zerknął na sze­reg ba­re­tek na pier­si Whi­te’a, który miał na so­bie nowy gra­na­to­wy mun­dur, wpro­wa­dzo­ny nie­daw­no za­miast wcześniej­sze­go zie­lo­ne­go. Dla każdego pełniącego służbę woj­skową sze­reg ba­re­tek uzu­pełnio­ny ewen­tu­al­nie me­da­la­mi sta­no­wił od­po­wied­nik DNA ka­rie­ry da­ne­go ofi­ce­ra. Doświad­czo­ne oko po­tra­fiło wy­czy­tać z nie­go bar­dzo dużo, na­wet rze­czy mające ukry­te zna­cze­nie. Ale na pier­si agen­ta spe­cjal­ne­go nie było ni­cze­go, co można by uznać za war­te od­no­to­wa­nia w hi­sto­rii jego służby, ani Pur­pu­ro­we­go Ser­ca, ani in­ne­go znaczącego od­zna­cze­nia. Nie­mniej licz­ba ba­re­tek mogła robić wrażenie, zwłasz­cza na la­ikach, lecz Pul­ler wnio­sko­wał na ich pod­sta­wie, że nowy dowódca był zwykłym urzędni­czym ka­rie­ro­wi­czem, używającym bro­ni wyłącznie przy oka­zji ko­niecz­nych za­li­czeń pod­czas ko­lej­nych awansów.

– Po­do­ba mi się tu­taj, sir – po­wie­dział. – I lubię me­to­dy, dzięki którym osiągnąłem swoją po­zycję. Jeśli to na­wet spra­wa dys­ku­syj­na, zwy­czaj­nie jest jaka jest.

– Pew­nie masz rację, Pul­ler. Nie in­a­czej. Ale znam ta­kich, którzy za­li­czy­li­by cię do lu­dzi ce­lo­wo uzy­skujących wy­ni­ki poniżej swo­ich możliwości.

– Może to ska­za na cha­rak­te­rze, ale nig­dy nie dbałem, co inni o mnie mówią.

– Ta­kie też słyszałem o to­bie opi­nie.

Pul­ler nie spusz­czał wzro­ku z twa­rzy Whi­te.

– Nie wątpię, sir. Od­noszę jed­nak wrażenie, że czas nas goni.

Tam­ten po­pa­trzył na ekran kom­pu­te­ra.

– W ta­kim ra­zie zbie­raj swój sprzęt i ru­szaj.

Kie­dy Whi­te po chwi­li ode­rwał wzrok od mo­ni­to­ra, Pul­le­ra już nie było.

Na­wet nie usłyszał, kie­dy ol­brzym wstał i wy­szedł. Od­chy­lił się na opar­cie skrzy­piącego krzesła. Pomyślał, że może właśnie dla­te­go Pul­ler miał tak dużo od­zna­czeń. Nie dało się zabić wro­ga, jeśli zbliżał się nie­po­strzeżenie.

5

Siedząc na kla­pie bagażnika swo­je­go służbo­we­go, a więc czar­ne­go che­vy ma­li­bu i sącząc gorącą kawę z dużego pla­sti­ko­we­go kub­ka, Pul­ler w świe­tle la­tar­ni na par­kin­gu przed sie­dzibą CID czy­tał ode­bra­ne akta. W tym skrzy­dle mieściły się wszyst­kie wy­działy do­cho­dze­nio­we różnych ro­dzajów wojsk, między in­ny­mi także zespół śled­czych ma­ry­nar­ki, który stał się nie­zwy­kle po­pu­lar­ny dzięki se­ria­lo­wi te­le­wi­zyj­ne­mu. Pul­ler mógł tyl­ko ma­rzyć o roz­wiązy­wa­niu ko­lej­nych spraw w ciągu jed­nej go­dzi­ny ty­go­dnio­wo, jak ro­bi­li to jego ry­wa­le na ekra­nach te­le­wi­zorów. W świe­cie rze­czy­wi­stym do­cho­dze­nia ciągnęły się znacz­nie dłużej, a cza­sa­mi w ogóle nie uda­wało się roz­wikłać da­nej spra­wy.

Nie­co roz­pra­szały go do­bie­gające z od­da­li odgłosy strzałów. Wie­dział, że to ozna­ka wspólnych ćwi­czeń Drużyny Ra­to­wa­nia Zakład­ników FBI i od­działu sztur­mo­we­go ma­ri­nes, które o różnych po­rach dnia i nocy używały ostrej amu­ni­cji. Był tak przy­zwy­cza­jo­ny do strze­la­ni­ny, że le­d­wie zwra­cał na nią uwagę i re­ago­wał tyl­ko wte­dy, gdy po­ja­wiało się re­al­ne za­grożenie. Ale jak na iro­nię strzały w Qu­an­ti­co świad­czyły wyraźnie, że dzie­je się coś złego.

Odwrócił kartkę w sko­ro­szy­cie. W za­kre­sie gro­ma­dze­nia do­ku­men­ta­cji woj­sko było tak samo skru­pu­lat­ne i pre­cy­zyj­ne jak w każdej in­nej dzie­dzi­nie. Miał po­daną wiel­kość pli­ku, liczbę stron do­ku­men­ta­cji w tecz­ce, liczbę kar­tek z po­działem na za­pi­sa­ne jed­no­stron­nie i dwu­stron­nie, a na­wet re­jestr ozna­czeń ko­lo­ro­wy­mi krop­ka­mi, myślni­ka­mi czy potrójny­mi ukośni­ka­mi. Każdy szczegół służby w te­re­nie określały całe tomy re­gu­la­minów. Za­le­ce­nia do­tyczące pro­wa­dze­nia Po­li­cyj­ne­go Re­je­stru Żan­dar­me­rii zda­wały się wręcz nie­praw­do­po­dob­nie szczegółowe. Ale dla Pul­le­ra za­wsze naj­ważniej­sza była treść za­pisków w ak­tach, a nie ich ściśle określone miej­sce w kon­kret­nym ze­sta­wie da­nych.

Mat­thew Rey­nolds, jego żona, Sta­cey, oraz dwo­je ich na­sto­let­nich dzie­ci, dziew­czy­na i chłopak, zo­sta­li za­mor­do­wa­ni w wiej­skim domu w Wir­gi­nii Za­chod­niej. Zwłoki zna­lazł li­sto­nosz. Na miej­scu zja­wiła się lo­kal­na po­li­cja. Za­bi­ty mężczy­zna oka­zał się pułkow­ni­kiem wy­wia­du. Kończył właśnie dwu­dzie­sto­sześcio­let­nią służbę woj­skową i prze­cho­dził do sek­to­ra pry­wat­ne­go. Sta­cjo­no­wał w Pen­ta­go­nie, a miesz­kał w Fa­ir­fax City, więc Pul­ler nie mógł zro­zu­mieć, co robił z całą ro­dziną w wiej­skim domu w Wir­gi­nii Za­chod­niej. Za­no­to­wał to so­bie w pamięci jako jed­no z naj­ważniej­szych pytań, na które trze­ba zna­leźć od­po­wiedź. Nie­wy­klu­czo­ne, że tam­tej­si śled­czy już ją zna­li. Był w sta­nie za­ak­cep­to­wać każdą po­szlakę, bo i tak mu­siał wszyst­ko zwe­ry­fi­ko­wać nie­za­leżnie od usta­leń po­li­cji.

W końcu za­mknął teczkę, włożył ją do aktówki i spraw­dził swój sprzęt w bagażniku auta, umiesz­czo­ny w ty­po­wym ple­ca­ku ame­ry­kańskiej pie­cho­ty za­wie­rającym po­nad sto różnych kie­sze­ni. Było tam nie­mal wszyst­ko, co niezbędne do pra­cy w te­re­nie: ja­sno­nie­bie­skie ręka­wicz­ki la­tek­so­we, la­tar­ki, pa­pie­ro­we tor­by, wor­ki na zwłoki wraz z ze­sta­wa­mi na­kle­jek, go­to­we do pra­cy małoobraz­ko­we apa­ra­ty fo­to­gra­ficz­ne, zie­lo­ny kom­bi­ne­zon ochro­ny bio­che­micz­nej z kap­tu­rem i fil­tra­mi po­wie­trza, białe po­jem­ni­ki na do­wo­dy rze­czo­we, taśmę mier­niczą, li­nijkę, żółtą taśmę do ogra­dza­nia miej­sca zbrod­ni, wy­działowe for­mu­la­rze do opi­sy­wa­nia do­wodów, ze­staw do utrwa­la­nia od­cisków palców, ze­staw do wy­kry­wa­nia śladów pro­chu strzel­ni­cze­go, rolkę pla­sti­ko­wej fo­lii, cy­fro­wy dyk­ta­fon, no­tes do opi­su miej­sca zbrod­ni, ap­teczkę pierw­szej po­mo­cy, ochra­nia­cze na buty, ter­mo­metr le­kar­ski, ma­seczkę chi­rur­giczną, ka­mi­zelkę od­bla­skową, scy­zo­ryk i po­nad sześćdzie­siąt in­nych rze­czy. Dys­po­no­wał dwo­ma pi­sto­le­ta­mi M11 z do­dat­ko­wy­mi ma­ga­zyn­ka­mi, trzy­na­sto- i dwu­dzie­sto­na­bo­jo­wy­mi. Oprócz tego woził w bagażniku pi­sto­let ma­szy­no­wy MP5. W dru­giej tor­bie spor­to­wej trzy­mał spa­ko­wa­ne za­pa­so­we mun­du­ry po­lo­we. Na ra­zie za­do­wa­lał się ko­szulą z krótki­mi ręka­wa­mi, swe­trem i spor­to­wy­mi bu­ta­mi, gdyż tem­pe­ra­tu­ra na­wet w nocy wy­no­siła około trzy­dzie­stu stop­ni.

Nig­dy dotąd nie roz­po­czy­nał w po­je­dynkę do­cho­dze­nia w ta­kiej spra­wie. Za­zwy­czaj to­wa­rzy­szył mu co naj­mniej jesz­cze je­den agent CID, nie licząc ze­społu tech­nicz­ne­go. Ta spra­wa aż się pro­siła o więcej środków. Ale on miał przy­dzie­lo­ne za­da­nie. A w woj­sku następnym kro­kiem mogło być tyl­ko jego wy­ko­na­nie. W prze­ciw­nym ra­zie trze­ba się było li­czyć z groźbą po­sta­wie­nia przed sądem woj­sko­wym i z ewen­tu­al­nością prze­nie­sie­nia do zakładu kar­ne­go.

Wpro­wa­dził do na­wi­ga­to­ra GPS ad­res do­ce­lo­wy, za­trzasnął drzwi auta, wdepnął pedał gazu i wy­je­chał z par­kin­gu cen­tra­li w Qu­an­ti­co.

Za­trzy­mał się tyl­ko raz, żeby sko­rzy­stać z to­a­le­ty i kupić następny ku­bek czar­nej kawy. Do Dra­ke w Wir­gi­nii Za­chod­niej, liczącego 6547 miesz­kańców, jak wy­czy­tał na ta­bli­cy, do­tarł o trze­ciej nad ra­nem. Do wscho­du słońca po­zo­stało jesz­cze po­nad trzy go­dzi­ny. W końcu się zgu­bił, gdy GPS do­pro­wa­dził go do dwu­pa­smo­wej szo­sy biegnącej obrzeżami mia­sta.

Światła re­flek­torów omiotły sze­re­gi opusz­czo­nych domków jed­no­ro­dzin­nych. Mu­siało ich być co naj­mniej sto, za­pew­ne dużo więcej. Wyglądały na zbu­do­wa­ne z pre­fa­bry­katów i wzno­szo­ne hur­to­wo w równiut­kich rzędach. Wzdłuż po­bo­cza jezd­ni ciągnął się sze­reg słupów obciążonych gru­by­mi pękami ka­bli ener­ge­tycz­nych i te­le­fo­nicz­nych. Sunąc po­wo­li jedną z ulic tego przy­mu­so­we­go ob­jaz­du, Pul­ler na­gle zmie­nił zda­nie. Domy wca­le nie były opusz­czo­ne, przynaj­mniej część z nich po­zo­sta­wała za­miesz­ka­na. Na fron­to­wych podwórkach stały za­par­ko­wa­ne sta­re sa­mo­cho­dy. W kil­ku oknach paliły się światła, ale z pew­nością nie było to oświe­tle­nie elek­trycz­ne, naj­wyżej ga­zo­we lub aku­mu­la­to­ro­we. Uje­chał jesz­cze kawałek, aż wresz­cie w świe­tle jego re­flek­torów wyłoniła się dzi­wacz­na struk­tu­ra. Spra­wiała wrażenie ogrom­nej kopuły z la­ne­go be­to­nu wy­ra­stającej z zie­mi na skra­ju lasu.

Co to jest, do cho­le­ry?

Po­mi­mo rosnącej cie­ka­wości je­chał da­lej, chcąc się prze­ko­nać, dokąd go za­pro­wa­dzi na­wi­ga­cja. Wresz­cie GPS zak­tu­ali­zo­wał od­czy­ty sa­te­li­tar­ne i wska­zał właściwą drogę. Pul­ler nie od­czu­wał zmęcze­nia. Długa jaz­da tyl­ko go zre­lak­so­wała i dodała mu sił. Chciał jak naj­szyb­ciej przystąpić do pra­cy.

Wcześniej za­re­zer­wo­wał te­le­fo­nicz­nie pokój w je­dy­nym mo­te­lu w tej oko­li­cy. Pod in­ter­ne­to­wym anon­sem mo­te­lu U An­nie zna­lazł kil­ka zja­dli­wych uwag za­wie­dzio­nych gości, ale nie wziął ich so­bie do ser­ca. Wie­le razy zda­rzało mu się miesz­kać w bla­sza­nych ba­ra­kach na ba­gnach, gdzie za prysz­nic mu­siało służyć wia­dro z wodą za­wie­szo­ne na gałęzi drze­wa, a za to­a­letę dziu­ra wy­ko­pa­na w zie­mi, więc każde schro­nie­nie o czte­rech ścia­nach i szczel­nym da­chu trak­to­wał jak apar­ta­ment w Rit­zu.

Drzwi biu­ra były za­mknięte, ale po trze­cim naciśnięciu dzwon­ka uchy­liły się ostrożnie. Później, gdy już za­spa­na star­sza pani z włosa­mi w lokówkach, ubra­na w zno­szo­ny i spra­ny szla­frok, za­mel­do­wała go, stojąc za kon­tu­arem, za­py­tała z cie­ka­wością, co go spro­wa­dza do mia­sta.

Ob­ra­cając w pal­cach klucz od po­ko­ju, Pul­ler od­parł:

– Przy­je­chałem na wa­ka­cje.

Ko­bie­ta zaśmiała się ser­decz­nie.

– Spryt­ny z cie­bie okaz, ko­le­go – od­parła, lek­ko se­ple­niąc z po­wo­du sze­ro­kiej szpa­ry między przed­ni­mi zębami. Za­la­ty­wało od niej ni­ko­tyną, czosn­kiem i salsą, co two­rzyło praw­dzi­wie im­po­nujące połącze­nie. – I duży. – Za­darła głowę i ob­rzu­ciła go tak­sującym spoj­rze­niem ze swo­jej grzędy umiesz­czo­nej sto pięćdzie­siąt pięć cen­ty­metrów nad zie­mią.

– Mogłaby mi pani po­le­cić jakiś lo­kal z do­brym je­dze­niem?

Za­sto­so­wał się do pod­sta­wo­wej za­sa­dy w woj­sku: naj­pierw należało so­bie za­pew­nić od­po­wied­ni wikt.

– To zależy – od­po­wie­działa.

– Od cze­go?

– Czy nie prze­szka­dza ci pył węglo­wy w ja­jecz­ni­cy.

– Nie może być nic gor­sze­go od zużyte­go pa­li­wa ura­no­we­go w po­ran­nej ka­wie. Ale i ono nie dało mi rady.

Za­chi­cho­tała.

– W ta­kim ra­zie za­do­wo­li cię każdy lo­kal w mieście. Wszyst­kie są bar­dzo po­dob­ne do sie­bie, ko­cha­siu.

Odwrócił się już, gdy jesz­cze za­py­tała:

– Je­steś żona­ty?

– A ty szu­kasz part­ne­ra? – za­py­tał, od­wra­cając się, żeby zaj­rzeć w jej szparę między zębami odsłoniętą w sze­ro­kim uśmie­chu.

– Nie tyl­ko ja, ko­cha­siu. Nie tyl­ko. Wyśpij się do­brze.

Pul­ler wy­szedł z biu­ra. Sen nie leżał jed­nak w kręgu jego za­in­te­re­so­wań.

6

W dro­dze do Wir­gi­nii Za­chod­niej Pul­ler kil­ka­krot­nie dzwo­nił do po­li­cyj­ne­go śled­cze­go, który pro­wa­dził do­cho­dze­nie i zo­sta­wił mu kil­ka wia­do­mości na po­czcie głoso­wej. Nie do­cze­kał się jed­nak od­po­wie­dzi. Prze­mknęło mu przez myśl, że może miej­sco­wi wca­le nie będą tak chętni do współpra­cy, jak su­ge­ro­wał jego dowódca. A może po pro­stu czte­ry mar­twe ciała i za­gma­twa­na układan­ka do­cho­dze­nio­wa w per­spek­ty­wie całkiem ich prze­rosły? Trud­no mieć pre­ten­sje, gdy­by tak właśnie było.

Mo­tel zaj­mo­wał par­te­ro­wy ba­rak ota­czający z trzech stron duży dzie­dzi­niec. Po dro­dze do swo­je­go po­ko­ju Pul­ler minął ja­kie­goś nie­przy­tom­ne­go człowie­ka, który leżał na wąskim traw­ni­ku, przed au­to­ma­tem do sprze­daży pep­si, przy­ku­tym do ma­syw­ne­go żela­zne­go słupa za­le­d­wie dzie­sięć metrów od drzwi biu­ra mo­te­lu. Obej­rzał dokład­nie leżącego, czy nie jest ran­ny, ale nic na to nie wska­zy­wało. Za­nim po­szedł da­lej, upew­nił się, że jego puls jest wy­czu­wal­ny, a w od­de­chu wyraźnie czuć al­ko­hol. Otwo­rzył drzwi i wtasz­czył swoją torbę podróżną do po­ko­ju o wy­mia­rach czte­ry na czte­ry me­try. Łazien­ka była tak cia­sna, że stojąc na środ­ku, był w sta­nie do­tknąć ko­lej­no wszyst­kich ścian.

Sko­rzy­stał z elek­trycz­ne­go czaj­ni­ka, z którym się nie roz­sta­wał we wszyst­kich swo­ich wojażach, i za­pa­rzył so­bie kawę z przy­wie­zio­nych za­pasów. Następnie usiadł po tu­rec­ku na podłodze i rozłożył przed sobą akta spra­wy. Od­na­lazł nu­mer i sięgnął po swoją komórkę.

Ode­zwał się żeński, wyraźnie za­spa­ny głos:

– Halo?

– Po­proszę z Sa­mem Cole’em.

– Słucham.

– Sam Cole? – powtórzył z nie­do­wie­rza­niem.

Ko­bie­ta od­po­wie­działa nie­co głośniej i ostrzej.

– Skrót od Sa­man­thy. Kto mówi, do diabła? Masz pojęcie, człowie­ku, która jest go­dzi­na?

Pul­ler zwrócił uwagę, że wraz z na­ra­stającym gnie­wem rozmówczy­ni co­raz wyraźniej­szy sta­wał się jej miej­sco­wy ak­cent.

– Owszem, jest trze­cia dwa­dzieścia, czy­li dwa­dzieścia mi­nut po trze­ciej w języku cy­wilów.

Za­padła ci­sza. Nie­malże słyszał, jak ob­ra­cają się kółka zębate w umyśle ko­bie­ty usiłującej przełożyć jego słowa na coś bar­dziej zro­zu­miałego.

– Cho­le­ra, je­steś z woj­ska, praw­da? – ode­zwała się w końcu stłumio­nym, miękkim, atrak­cyj­nym głosem.

– John Pul­ler, agent spe­cjal­ny z Woj­sko­we­go Wy­działu Śled­cze­go sie­dem­set pierw­szej jed­nost­ki żan­dar­me­rii z Qu­an­ti­co w Wir­gi­nii – wy­rzu­cił jed­nym tchem, jak robił to wcześniej set­ki razy.

Oczy­ma wy­obraźni uj­rzał ją siedzącą na łóżku i zaczął się za­sta­na­wiać, czy spała sama. Nie słyszał w tle żad­nych męskich mam­ro­tań. W cza­sie kil­ku­se­kun­do­wej ci­szy złowił za to wyraźnie kil­ka trzasków kółka ben­zy­no­wej za­pal­nicz­ki Zip­po. Po­tem roz­legł się syk wciąga­ne­go głęboko dymu pa­pie­ro­so­we­go i ci­chy szum wy­pusz­cza­ne­go po­wie­trza.

– Czyżby prze­oczyła pani ostrzeżenia na­czel­ne­go le­ka­rza kra­jo­we­go, pan­no Cole?

– Trud­no je prze­oczyć, sko­ro są wy­dru­ko­wa­ne wołami na opa­ko­wa­niu pa­pie­rosów. Dla­cze­go, do diabła, dzwo­nisz do mnie w środ­ku nocy?

– Bo fi­gu­ru­je pani w mo­ich pa­pie­rach jako pro­wadząca sprawę. Właśnie przy­je­chałem do mia­sta. Muszę jak naj­szyb­ciej za­brać się do pra­cy. Gwo­li ścisłości, w ciągu ostat­nich sześciu go­dzin dzwo­niłem pod ten nu­mer czte­ry razy i za każdym ra­zem zo­sta­wiałem wia­do­mość na po­czcie głoso­wej, ale nie otrzy­małem od­po­wie­dzi.

– Byłam zajęta, na­wet nie spraw­dziłam au­to­ma­tycz­nej se­kre­tar­ki.

– Nie wątpię, że była pani zajęta, ma­dam. – A w myślach dodał: Nie wątpię też, że spraw­dzałaś na­gra­nia, tyl­ko nie chciało ci się do mnie od­dzwo­nić. Przy­po­mniał so­bie po­le­ce­nie dowódcy: Po­gry­waj łagod­nie.

– Proszę wy­ba­czyć, że wyciągnąłem panią z łóżka, ma­dam. Myślałem, że może wciąż prze­by­wa pani na miej­scu zbrod­ni.

– Pra­co­wałam nad tą sprawą przez cały dzień i większą część nocy – od­parła. – Przyłożyłam głowę do po­dusz­ki za­le­d­wie go­dzinę temu.

– Co ozna­cza, że jest dużo ma­te­riału, z którym będę mu­siał się za­po­znać. Ale mogę za­dzwo­nić później.

Usłyszał, że ona wsta­je, po­ty­ka się i prze­kli­na pod no­sem.

– Ma­dam, po­wie­działem, że mogę za­dzwo­nić później. Proszę wra­cać do łóżka.

– A nie mógłbyś się po pro­stu za­mknąć na chwilę? – warknęła.

– Słucham? – za­py­tał ostrzej.

– Muszę się wy­si­kać!

Roz­legł się stuk odkłada­ne­go te­le­fo­nu. Po­tem kro­ki. Odgłos za­my­ka­nych drzwi, żeby nie słyszał, jak ona się załatwia. Minęła ko­lej­na mi­nu­ta. Po­sta­no­wił nie mar­no­wać cza­su i znów zaczął czy­tać ra­port.

Na­resz­cie wróciła.

– Spo­tka­my się na miej­scu o siódmej… och, prze­pra­szam, o zero sie­dem zero zero przed południem, czy jak to się tam u was mówi.

– Zero sie­dem sto Ju­lia.

Do­le­ciał go szmer, z ja­kim zaciągnęła się dy­mem pa­pie­ro­sa.

– Ju­lia? – zdzi­wiła się. – Mówiłam, że mam na imię Sam.

– W żar­go­nie woj­sko­wym to ozna­cza lo­kal­ny czas let­ni. Gdy­by była zima i znaj­do­wa­li­byśmy się we wschod­niej stre­fie cza­so­wej, określe­nie brzmiałoby zero sie­dem sto Ro­meo.

– Ro­meo i Ju­lia? – rzu­ciła iro­nicz­nie.

– Wbrew po­wszech­nym opi­niom w ar­mii Stanów Zjed­no­czo­nych też są lu­dzie z po­czu­ciem hu­mo­ru.

– Do zo­ba­cze­nia, Pul­ler. Aha, gwo­li ścisłości, to je­stem sierżant Sa­man­tha Cole, a nie żadna ma­dam ani Ju­lia, Ro­meo!

– Ro­zu­miem, sierżant Cole. Zo­ba­czy­my się o zero sie­dem. Nie mogę się do­cze­kać na­szej współpra­cy.

– Ja­sne – mruknęła.

W wy­obraźni uj­rzał, jak ona rzu­ca słuchawkę na sto­lik i pada z po­wro­tem do łóżka.

Odłożył te­le­fon, dopił kawę i zaczął kart­ko­wać pa­pie­ry w tecz­ce. Pół go­dzi­ny później uzbroił się, wsu­wając je­den M11 do ka­bu­ry z przo­du, a dru­gi do ta­kiej sa­mej z tyłu na bio­drze. Po licz­nych po­tycz­kach na Bli­skim Wscho­dzie za­wsze miał wrażenie, że jest nie­do­sta­tecz­nie uzbro­jo­ny. Włożył kurtkę, wy­szedł z po­ko­ju i za­mknął drzwi na klucz.

Młody człowiek, który leżał na zie­mi, te­raz sie­dział pod krza­kiem i rozglądał się tępym wzro­kiem, naj­wy­raźniej oszołomio­ny.

Pul­ler pod­szedł i stanął przed nim.

– Po­wi­nie­neś się za­sta­no­wić nad ogra­ni­cze­niem pi­cia. Albo przy­najm­niej tra­cić świa­do­mość gdzieś, gdzie będziesz miał dach nad głową.

Tam­ten za­mru­gał szyb­ko.

– Kim je­steś, do cho­le­ry?

– John Pul­ler. A ty?

Mężczy­zna ob­li­zał war­gi, jak­by miał już ochotę na następną ko­lejkę.

– Na­zy­wasz się jakoś? – za­gadnął Pul­ler.

Tam­ten wstał chwiej­nie.

– Ran­dy Cole. – Ner­wo­wo po­tarł dłońmi o dżinsy na ko­la­nach.

Pul­ler od razu zwrócił uwagę na zbieżność na­zwisk, ale po­sta­no­wił za­cho­wać to dla sie­bie.

Ran­dy Cole był dość przy­stoj­ny, z wyglądu nie miał jesz­cze trzy­dziest­ki. Około stu sie­dem­dzie­sięciu pięciu cen­ty­metrów wzro­stu, słusznej bu­do­wy ciała. Tyle że pod ko­szulą ry­so­wał się dość wyraźnie sześcio­pak brzu­cha. Włosy ciem­no­blond, kręcone, rysy twa­rzy dość ostre, ale przy­jem­ne. Nie nosił obrączki na pal­cu.

– No­cu­jesz w tym mo­te­lu? – za­py­tał Pul­ler.

Ran­dy pokręcił głową.

– Nie, je­stem tu­tej­szy. Ty je­steś obcy.

– Zga­dza się.

– Co cię spro­wa­dza do Dra­ke?

– In­te­re­sy.

Ran­dy prychnął po­gar­dli­wie.

– In­te­re­sy? Nie wyglądasz mi na bub­ka han­dlującego węglem.

– Bo nie han­dluję.

– Więc co to za in­te­re­sy?

– Po pro­stu in­te­re­sy – powtórzył to­nem mówiącym wyraźnie, że za­mie­rza po­prze­stać na tej la­ko­nicz­nej od­po­wie­dzi. – Masz sa­mochód? Dasz radę pro­wa­dzić?

– Nic mi nie jest. – Ran­dy wy­gra­mo­lił się z krzaków.

– Na pew­no? Bo jeśli chcesz gdzieś pod­je­chać, mogę cię pod­wieźć.

– Po­wie­działem, że nic mi nie jest.

Ale za­chwiał się i chwy­cił oburącz za głowę. Pul­ler złapał go pod rękę.

– Nie wyglądasz na ta­kie­go, któremu nic nie jest. Kac to strasz­na rzecz.

– To chy­ba nie tyl­ko kac. Bar­dzo boli mnie głowa.

– Więc po­wi­nie­neś się zgłosić do le­ka­rza.

– No pew­nie, za­raz po­lecę do naj­lep­szych spe­cja­listów na świe­cie. I zapłacę im gotówką.

– Cóż, mam na­dzieję, że następnym ra­zem znaj­dziesz so­bie ja­kieś łóżko, w którym się wyśpisz – mruknął Pul­ler.

– Cho­le­ra, cza­sa­mi krza­ki są dużo lep­sze od łóżka – rzekł Ran­dy. – Wszyst­ko zależy od tego, z kim się kładziesz spać. Mam rację?

– Masz.

Po­je­chał na zachód, kie­rując się wska­za­nia­mi GPS-u, ale w grun­cie rze­czy po­le­gał głównie na wewnętrznym kom­pa­sie. No­wo­cze­sny sprzęt elek­tro­nicz­ny był niezły, ale nie mógł zastąpić tego, co ma się w głowie. Sprzęt cza­sa­mi za­wo­dził, a głowa nie, chy­ba że ktoś wpa­ko­wał w nią kulkę, ale wte­dy trze­ba się było li­czyć z większy­mi kłopo­ta­mi niż tyl­ko zgu­bie­nie dro­gi.

Za­sta­na­wiał się przez chwilę, czy Ran­dy Cole jest jakoś powiązany z Sa­manthą. Po­li­cjant­ka i pi­jak. Nie byłaby to wca­le wyjątko­wa sy­tu­acja. Nie­rzad­ko po­li­cjant był jed­no­cześnie pi­jakiem.

Po czter­dzie­stu mi­nu­tach jaz­dy wąski­mi i krętymi bi­ty­mi dro­ga­mi, kil­ku na­wro­tach i jed­nej utra­cie orien­ta­cji, od­na­lazł wska­zaną ulicę. Wewnętrzny kom­pas mówił mu, że przez te czter­dzieści mi­nut prze­je­chał ja­kieś dwa­naście ki­lo­metrów, i GPS się z tym zgo­dził. W górzy­stym te­re­nie nie było pro­stych dróg, więc ani razu nie miał oka­zji rozpędzić ma­li­bu powyżej pięćdzie­siątki.

Te­raz zwol­nił i zaczął się rozglądać. Przy­po­mniał so­bie sta­re kre­do agentów CID.

Patrz. Słuchaj. Wąchaj.

Za­czerpnął głęboko po­wie­trza. Właśnie te­raz wszyst­ko miało się zacząć.

Po raz ko­lej­ny.

7

Zje­chał na po­bo­cze i wyj­rzał przez okno. Miał je­dyną okazję ku temu, żeby wy­ko­rzy­stać do­zna­nia wszyst­kich zmysłów nie­skażone wcześniej­szy­mi doświad­cze­nia­mi.

Wy­siadł i oparł się o maskę auta. Po raz ko­lej­ny wziął głęboki od­dech. Prądy po­wie­trza niosły woń z ko­pal­ni węgla, którą minął parę ki­lo­metrów wcześniej. Złowił do­la­tujący z od­da­li, le­d­wie słyszal­ny war­kot ciężarówek. Po­pa­trzył na zachód i uj­rzał krzyżujące się na nie­bie sno­py świa­teł re­flek­torów. Nie miał pojęcia, do cze­go służyły.

Ro­zej­rzał się po oko­li­cy. Wzrok miał do­sko­nały, a blask księżyca i poświa­ta noc­ne­go nie­ba po­zwa­lały mu do­strzec szczegóły te­re­nu. Małe sześcia­ny chylących się ku ru­inie domków jed­no­ro­dzin­nych. Za­baw­ki wa­lające się na podwórkach. Za­rdze­wiałe półciężarówki stojące na cegłach. Błąkający się kot. To osie­dle sym­bo­li­zo­wało przemęcze­nie. Po­wolną śmierć. Może już było mar­twe. Jak ro­dzi­na Rey­noldsów. Wy­eli­mi­no­wa­ne.

Jed­nak naj­bar­dziej de­ner­wujące było to, cze­go Pul­ler nie mógł zo­ba­czyć.