Dzień, w którym lwy zaczną jeść sałatę - Raphaelle Giordano - ebook
Opis

Druga książka autorki „Twoje drugie życie zaczyna się, kiedy zrozumiesz, że życie jest tylko jedno”, bestsellera w Polsce i fenomenu wydawniczego we Francji. W rok sprzedało się ponad pół miliona egzemplarzy książki.

Romane Gardener prowadzi terapeutyczne szkolenia dla osób odbieranych przez otoczenie jako dominujące, patrzące na innych z góry i ostro ich oceniające, pozbawione empatii, wrażliwości, egocentryczne. Jej klienci często są kreatywni, przekonani, że dają światu dużo, więc należy się im posłuch i respekt. W rzeczywistości otoczenie z trudem ich znosi, a oni nie potrafią wykorzystać potencjału innych, krzywdzą zarówno siebie, jak i ich.

Poradnik w nowatorskiej formie, dla tych, którzy nie chcą być nadętymi dupkami i muszą sobie radzić z takim typem ludzi na co dzień.

Książkę można czytać jak pasjonujący przewodnik radzenia sobie z bufonadą i egotyzmem – swoimi i innych. Poradnikowy charakter książki podkreśla zamieszczony na końcu słowniczek terminów.

Raphaëlle Giordano – trenerka rozwoju osobistego, propagatorka kreatywności w życiu, pokazuje jak odnaleźć drogę do szczęścia i samospełnienia. Jest autorką książek z dziedziny rozwoju osobistego. Łączy w nich elementy psychologii i coachingu. Z wykształcenia jest grafikiem i psychologiem, a obecnie pisarką, malarką i trenerką kreatywności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 330

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł ‌oryginału: La jour où ‌les ‌lions mangeront ‌de la salade verte

Przekład ‌z francuskiego: ‌Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak

Redaktor prowadzący: Bożena ‌Zasieczna

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład ‌wersji elektronicznej: ‌Robert ‌Fritzkowski

Korekta: ‌Bogusława Jędrasik

Na ‌okładce ‌zostały wykorzystane zdjęcia:

© ‌Dave King/Dorling ‌Kindersley/Getty Images

© Andrew ‌John Simpson/Stone/Getty Images

© ‌Eric Isselee/Shutterstock

© Carlo ‌Dapino/Shutterstock

© ‌Oksana ‌Kuzmina/Shutterstock

© Freestyle ‌images/Shutterstock

© ‌2017 Groupe ‌Eyrolles, Paris, France

© for ‌the Polish edition ‌by MUZA ‌SA, Warszawa 2018

Wszelkie prawa ‌zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji ‌nie może ‌być reprodukowana, przechowywana jako ‌źródło danych i ‌przekazywana ‌w jakiejkolwiek formie ‌zapisu bez ‌pisemnej zgody posiadacza ‌praw.

ISBN 978-83-287-0980-5

MUZA SA

Wydanie ‌I

Warszawa 2018

Serdecznie ‌dziękuję wszystkim, którzy ‌przejawiają ‌skłonności do ‌bufonowatych zachowań, a których ‌spotkałam na swej drodze, ‌ponieważ to ‌oni stali się ‌inspiracją tej opowieści ‌i skłonili ‌mnie ‌do refleksji nad ‌tym, ‌jak stać ‌się lepszym ‌człowiekiem…

Mojemu synowi Vadimowi, ‌którego bardzo kocham. ‌Jego ojcu, ‌Régisowi, niezawodnemu ‌powiernikowi, z którym dzielę ‌się pomysłami.

Matce, Claudine, za ‌to, jaka jest, ‌i za ‌wszystko, ‌co mi ‌przekazała.

Siostrze bliźniaczce ‌Stéphanie, ‌za to, ‌że ‌jest tak blisko ‌i że wspiera ‌mnie bezwarunkowo.

Redaktorkom – Stéphanie ‌i Élodie, za ‌to, ‌że tak ‌umiejętnie towarzyszyły mi w tej ‌pięknej przygodzie wydawniczej…

Vaninie C. ‌Renard ‌za pomoc w Grze ‌Feniksa.

Kochać bardziej. Kochać lepiej. ‌Kochać ‌źle. Ale kochać. Hołubić ten wspaniały potencjał radości, kreatywizmu i szczęścia, by rozkwitał i promieniał w nas i wokół nas.

Miłej lektury!

Raphaëlle Giordano

1

STRUMIEŃ KRWI TRYSNĄŁ NA PIASEK areny, plamiąc go, jak dripping dzieło Jacksona Pollocka. W centrum tego żywego obrazu – byk: potężna, zwarta, czerwona masa – brutalnie odcinał się od piaskowego tła. Bykomachia wynoszona jest do rangi sztuki, a zwarty tłum spragnionym spojrzeniem spija do ostatniej kropli z kielicha krwawej fascynacji…

Bestia rozrzuca gorący piasek. Kopyto grzebie w ziemi niczym widły złego diabła, samcza siła symbolizuje – chcąc nie chcąc – potęgę zła… Naprzeciw niego człowiek spowity światłem, totalnie odarty z każdego skrawka cienia przez publiczność. Pojedynek na ego. Samcza duma ugodzona do żywego banderillami. Chrapy i nozdrza drżące i rozdęte tym samym pragnieniem zwycięstwa. I oto torreador powolnym ruchem ożywia czerwoną flagę, jakby błyskawicznym pociągnięciem pędzla kreślił wyzywającą linię. Nagle wszystko nabiera tempa.

Zwierzę rusza z oszałamiającą prędkością, zaczyna się obracać. Ciała w tym anarchicznym ruchu zatracają strukturę, nadając scenie mylące pozory Guerniki Picassa. Osłupienie! Torreador przetacza się po piasku, żeby uniknąć ciosu. Byk okrąża arenę i znów szarżuje i skacze, odsłaniając dwa imponujące jądra – atrybut albo brzemię męskości… Przeraźliwy krzyk wyrywa się z ust torreadora, splata się z ponurym rykiem zwierzęcia. Rozwarte usta stają się coraz większe, przemieniają się w straszną czarną dziurę, gotową wchłonąć wszystko w morderczą otchłań.

Romane drgnęła, rozbudzona. Perlisty pot zrosił jej czoło. Już nie pierwszy raz śniła ten koszmar.

To trema, pomyślała, rozprostowując obolałe kończyny. Ten sen powracał przed każdą ważną konferencją, podczas której miała występować publicznie. Natarczywy dźwięk telefonu znów świdrował jej w uszach. Gniewnie mruknęła, przesuwając palec po gładkim ekranie, żeby położyć kres dźwiękowej torturze.

Czternasta trzydzieści. Minuty w takich sytuacjach nigdy nie zwalniały tempa, ale bezlitośnie mijały. Romane nie miała chwili do stracenia. Wyskoczyła z łóżka i nerwowym ruchem ręki przetarła twarz, żeby pozbyć się śladów poobiedniej drzemki. Szybko zwinęła długie kręcone włosy w chaotyczny kok, spinając go pierwszym ołówkiem, jaki wpadł jej w rękę. Szlafrok bez oporu opadł do jej stóp, kiedy wchodziła do kabiny prysznicowej. Lśniący prysznic mógł z pełną swobodą przypatrywać się wdzięcznym kształtom młodego ciała zgrabnej i wysportowanej trzydziestolatki, a jego chromowane elementy zapewne by się zaczerwieniły, gdyby obdarzono je ludzkimi reakcjami.

Potem Romane owinęła się dużym ręcznikiem i w pośpiechu przetarła zwiniętą w pięść ręką zaparowane lustro, żeby zrobić w nim spore kółko.

Ogromnie się cieszę, że mogę poruszyć dziś przed państwem temat, który jest w ścisłym kręgu moich zainteresowań, a dotyczy każdego z nas: to pysznienie się w życiu codziennym!

Bufonowatość, bucowatość… Tymi słowami określała zespół zachowań i postaw szkodliwych i przykrych, dotykających niemal wszystkich na co dzień – zarówno w miejscu pracy, jak i w domu oraz w każdym innym miejscu. Kierowca albo klient niesłusznie wyładowujący się na niewinnej osobie, zwierzchnik publicznie krytykujący podwładnego, małżonek wykazujący się rażącym brakiem taktu… Przykłady można by mnożyć w nieskończoność!

Spośród najczęściej spotykanych cech charakteryzujących pyszniące się, bufonowate, bucowate osoby należało wymienić uwidoczniające się w różnym stopniu: pewną inflację ego (i związany z nią egocentryzm…), skłonność do dominacji i mniej lub bardziej nasilone poczucie wyższości, a także wrodzony pociąg do walki o władzę lub stosowania przemocy. Mówiąc o bufonowatości, Romane często wspominała o nieszczęsnych „małych zamachach na wrażliwość”, do których dochodziło na każdym kroku (brak taktu, brak zdolności słuchania, wszelkiego rodzaju podłostki i grubiaństwa), o pożałowania godnej skłonności do nieuzasadnionej agresji, a także o tak powszechnej złej woli w każdej sprawie. Częsta była także tendencja do pochopnych osądów i krytyki „w trzech n”: niesprawiedliwej, nieuzasadnionej, nieadekwatnej; czasem występowała również niepohamowana potrzeba wywierania zbędnej presji lub niepojętego dążenia, żeby „racja była po mojej stronie”. Krótko mówiąc, bufonowatość mogła pojawić się na każdym poziomie.

Romane bardzo szybko zrozumiała, co jest jej powołaniem: chciała ograniczać wszelkimi dostępnymi jej sposobami upowszechnianie się grubiaństwa, pyszałkowatości, zarozumialstwa, arogancji, bufono- i bucowatości! By osiągnąć cel, musiała podjąć trojakie działania: pomagać ludziom w stawianiu czoła bucom, aby zminimalizować niszczycielskie skutki ich zachowań, rozbudzać świadomość, skłaniając wszystkich do refleksji nad własnymi skłonnościami do pysznienia się, arogancji, i wreszcie wspierać w okresie przemiany tych, którzy tego pragnęli, ucząc ich skutecznego rugowania pyszałkowatych zachowań; była to swoista odnowa postawy i mentalności. Idea? Wymazać wady, szkodliwe lub trucicielskie dla otoczenia, i przyjąć właściwszy, harmonijny sposób bycia.

Z dzisiejszą konferencją wiązała duże nadzieje, liczyła, że będzie to okazja do promowania działalności. Wiedziała, że pojawią się dziennikarze, a ich opinie mogły mieć duże znaczenie dla jej firmy AntyBuc.

Stojąc pod lustrem, Romane powtarzała tekst, żeby dodać sobie otuchy, a równocześnie robiła odpowiedni na tę okazję makijaż. Nie lubiła przesady, toteż zwróciła się o poradę do profesjonalistki i nauczyła się, jak rozświetlić twarz, nie sięgając po zbyt widoczne środki. Zielone jak woda w stawie oczy odziedziczyła po ojcu, wywodzącym się z Litwy. Matka natomiast przekazała jej wdzięk weneckiego rodu. Zderzenie tych dwóch kultur widać było w niezbywalnej dwoistości natury Romane. Potrafiła być równie ekspansywna, co powściągliwa, bywała dzikuską, ale i osobą towarzyską, raz łagodna i potulna, kiedy indziej okazywała się zawzięta. Nie każdy potrafił sobie radzić z tymi sprzecznościami. Peterowi Gardenerowi się nie udało – ich małżeństwo po dwóch latach okazało się totalną porażką. Romane zachowała po tym doświadczeniu tylko nazwisko, a życie uczuciowe kompletnie zaniedbała, oddając się bez reszty budowaniu firmy.

Minęła piętnasta. Ubierając się, Romane stwierdziła, że jest głodna. Zajrzała do lodówki, ale ta była jak lodowa pustynia. Nie znosiła tego, musiała jednak zadowolić się fastfoodem na rogu ulicy… Kiedy człowieka skręca z głodu, nie czas na filozofowanie.

Trzymając torbę i jednocześnie zamykając drzwi na klucz, odebrała telefon, chyba trzecią ręką, która w samą porę wyrosła jej na plecach.

– Tato? Tak… nie… nie mogę teraz rozmawiać, już, zaraz. Oczywiście, że będę punktualnie… Dziennikarze już są? Udało ci się wszystkich zawiadomić… Świetnie. Muszę kończyć. Tak, ja też… Całuję…

Ojciec. Stali się sobie tacy bliscy… Aż trudno w to uwierzyć. Dawniej był potwornym bucem, przekraczał wszelkie granice. Teraz stał się innym człowiekiem i, jak nikt inny, angażował się w rozwijanie firmy, pomagając Romane. Kobieta cieszyła się, że przyszedł na konferencję i będzie dodawał jej otuchy. Przez ostatnie miesiące był dla niej prawdziwą podporą. Po rozwodzie, półtora roku temu, znów stał się bardzo znaczący w jej życiu. Świadomość, że jest w pobliżu, za chwilę pomoże jej przezwyciężyć tremę. Romane odetchnęła z ulgą na tę myśl i weszła do fastfooda. Na szczęście o tej porze klientów było tu niewielu.

– Nie, dziękuję, bez keczupu. Poproszę wodę mineralną.

Romane sięgnęła po słomkę i położyła butelkę na tacy, nie chcąc, żeby spadła. Usiadła w spokojnym kącie, ale po chwili szturm na sąsiedni stolik przypuściła grupa nastolatków.

Dlaczego muszą używać takiego języka – ciężkiego i paskudnego jak te hamburgery? Zwłaszcza dziewczęta… Młodzieńcza bufonada, pomyślała Romane, nie wiedząc, czy się śmiać, czy ubolewać nad tym przypadkiem.

– No nie, Dylan, wal się, masz mnie za chuja, że tak trujesz?

Brednie dziewczyny, która przyjmuje styl buca w fazie wylinki – uważa, że dostosowanie się do otoczenia wymusza robienie kopiuj–wklej z wzorca męskiego i przeistoczenie się w faceta z cyckami. Szkoda. Bucowatość najwyraźniej triumfowała i Romane miała tego jaskrawe dowody. W tej chwili nie miała jednak czasu na analizy ani bawienie się w Spidermana – wybawcę buców w krótkich spodenkach.

Wsiadła do taksówki.

– Proszę do Domu Politechniki.

Kierowca bez słowa skinął głową. Paryż przesuwał się za oknem, demaskując pyszałkowate skłonności, których symbolem była wieża Eiffla, bez kompleksów wystawiająca na lubieżne spojrzenia swój falliczny kształt. Panowała nad miastem jak żelazna dama, dzielnie konkurując z pyszniącym się również obeliskiem z Concorde.

Po kilku przymusowych postojach i objazdach taksówka dotarła do celu i zatrzymała się na prawym pasie, prowokując zajadłe trąbienie.

– Reszty nie trzeba – uśmiechnęła się Romane, wdzięcznie wysuwając nogi w czarnych pończochach z samochodu.

Ojciec czekał na nią przy wejściu. Sala była wypełniona po brzegi. Kobieta poczuła, że jej serce bije coraz szybciej.

Wszystko było już gotowe do jej wystąpienia. Mikrofon czekał, jakby chciał spijać każde jej słowo. Pić. Tylko o tym myślała Romane, czując, że ze strachu zaschło jej w gardle. Jak zwykle bała się chrypy. Przeżuwać wodę, przypomniała sobie jedną z technik przełamywania stresu przed zabraniem głosu. To nie ludzie na ciebie patrzą, to ty patrzysz na nich… Twój strach wcale nie jest tak widoczny, jak ci się wydaje… Romane uspokajała swoje obawy, powtarzając w kółko te porady. Głęboki wdech, promienny uśmiech i już mogła zaczynać.

Ledwie otworzyła usta, a mikrofon, paskudny zdrajca, wydał z siebie przeraźliwy dźwięk. Mężczyzna z pierwszego rzędu skrzywił się, parsknął i rzucił: „Och, kobieta i technika…”. Pewnie uważał się za bardzo dowcipnego, bo obleśnie uśmiechnął się do Romane i wymownie mrugnął okiem, jakby rzucał jej niedwuznaczną propozycję.

Romane w duchu podziękowała temu typkowi, który jeszcze raz potwierdził wagę i ogrom jej misji… I również w duchu podwinęła rękawy.

2

CLÉMENCE TRAFIŁA DO BIURA MAXIMILIENA Vogue’a, dyrektora generalnego imperium Cosmetic & Co. przed pięcioma laty. Ale praca z tym człowiekiem powodowała, że czas trzeba było mnożyć, tak jak przy przeliczaniu wieku psa na ludzki – każdy rok równał się siedmiu w innym miejscu. Należy jednak zaznaczyć, że taka sytuacja bardzo jej odpowiadała. „Osobista asystentka”, czytaj: prawa ręka. Sziwa – to powinno być jej drugie imię. Ale to nie miało znaczenia. Clémence uwielbiała czuć się nieodzowna. I nie trudziłaby się tak dla byle kogo, jednak dla Maximiliena gotowa była wspinać się na szczyty Himalajów. Uśmiechała się, idąc korytarzem przez firmę: chciała jak najszybciej przekazać mu dobrą wiadomość: właśnie otrzymała potwierdzenie niezwykle ważnego zamówienia, o które Cosmetics & Co. musiało stoczyć zaciekły bój. Obserwowała manewry Maximiliena przez kilka tygodni i coraz bardziej podziwiała jego niesłychaną zdolność wczuwania się w psychikę „ofiary”, by skuteczniej ją oczarować i przekonać. Kiedy szef zarzucał sieci na potencjalnego klienta, nic nie było w stanie go zniechęcić do realizacji celu, którego trzymał się z zażartością buldoga, wciąż zachowując grację czarnej pantery… Wspominała wszystkie wieczory, kiedy zostawała, by go wspierać i myślała o nici porozumienia, jaka się między nimi wytworzyła. W takich chwilach Clémence delektowała się spokojem panującym w biurach opustoszałych po dniu niemal histerycznej wrzawy i cieszyła się, że ma go na trochę wyłącznie dla siebie… Nie mając ani męża, ani dzieci, niechętnie wracała do domu. Jej życie toczyło się tu, w tych murach. I – o ile to możliwe – jak najbliżej tego fascynującego mężczyzny. Czasami, jeśli Maximilien Vogue uznał, że sobie na to zapracowali, proponował jej drinka. Wyjmował z ukrytych zapasów najlepsze bordeaux, a potem bez pośpiechu sączyli wino. Patrzyła, jak ten mężczyzna w końcu się rozluźnia i na krótką chwilę zdejmuje żelazną maskę. Żeby pokazać oblicze, które znali tylko nieliczni wybrańcy!

Ta myśl wywołała delikatny uśmiech na ustach Clémence, która przechodziła właśnie przez przestronną poczekalnię. Wyglądała jak zwycięska madonna i ten szczegół nie umknął telefonistkom, które powitały ją niczym królową matkę. Wszyscy wiedzieli, że Clémence cieszy się wyjątkowymi względami pana Vogue’a, toteż jej pozycja w firmie była szczególna. Dwie zazdrośnice powiodły za nią nieprzyjaznym wzrokiem, lustrując ją od stóp do głów, oceniając wygląd, idealnie proste szwy pończoch, markę jedwabnej szmizjerki, która delikatnie podkreślała jej bujne kształty. Clémence – platynowa blondynka uczesana w finezyjny kok, umiejętnie podkreślająca niebieskie oczy czarną kredką, malująca usta odważną, ciemnoczerwoną szminką, wybrała styl old Hollywood, wzorując się na gwiazdach z filmów Hitchcocka. Niewątpliwie była kobietą ładną, o twarzy gładkiej jak nienagannie uczesane włosy. Najlżejsza zmarszczka nie mogła zdradzić, że Clémence ma trzydzieści pięć lat.

Na nowoczesnej kanapie zaprojektowanej, podobnie jak pozostałe meble i inne przedmioty w tym pomieszczeniu, przez znanego designera, siedziały dwie osoby. Wystrój wnętrza miał już od progu przekonywać gości o silnej pozycji firmy.

– Czy ktoś już się panami zajął? – zapytała uprzejmie.

– Tak. Zaanonsowano nas – odparł jeden z mężczyzn, a Clémence rozpoznała jego brytyjski akcent.

– Cieszę się – uśmiechnęła się. – Sprawdzę, czy pan Vogue jest już wolny.

Podeszła do drzwi gabinetu Maximiliena i zamarła, słysząc podniesione głosy. To nie był właściwy moment na wkroczenie. Clémence postanowiła wycofać się do swojego pokoju, który dzieliła od gabinetu szefa tylko cienka ścianka. Zamknęła drzwi i żaluzje, by zapewnić sobie pełną swobodę i już bez skrępowania przyłożyła ucho do ściany, wsłuchując się w rozmowę. Do diabła ze skrupułami!

Głos szefa zdradzał silne zdenerwowanie. Tego drugiego nie rozpoznała, ton był jednak oskarżycielski i rozżalony zarazem.

– Zdajesz sobie sprawę, co się z tobą dzieje?

– A co się ze mną dzieje? Powiedz! A czy ty zdajesz sobie sprawę, że kieruję firmą, wiesz, ile ciąży na mnie obowiązków?

– Ty, ty, zawsze tylko ty! Uważasz, że jesteś pępkiem świata! A czy przynajmniej od czasu do czasu myślisz o innych?

Clémence aż zadrżała wobec tak zuchwałej krytyki. Jak pan Vogue zareaguje na taką bezczelność? Wyobraziła go sobie pobladłego, urażonego, bo każde z tych słów było dla niego policzkiem.

– Tak, wyobraź sobie, że myślę i to znacznie częściej, niż ci się wydaje… – odpowiedział zaskakująco spokojnie.

– Wiesz, co w tej chwili przeżywam? Wiesz, jakie to dla mnie trudne? – kobiecy głos nadal atakował. – Potrzebuję cię, chcę, żebyś miał dla mnie trochę czasu! Max, dzwoniłam do ciebie dziesięć razy, i co? Szanowny pan był zbyt zajęty swoimi biznesikami, żeby odebrać telefon? Żeby oddzwonić?

Maximilien Vogue odpowiedział znużonym głosem.

– Julie, muszę prowadzić firmę. Czy ci się to podoba, czy nie, nie jestem panem swego czasu, jak ty…

– O! Dziękuję bardzo! Dziękuję, przypomniałeś mi, że w tej chwili zostałam bez kontraktu… Myślisz, że w karierze modelki to takie łatwe? Czy to moja wina, że nie jestem na topie?

Głos przechodził w szloch.

– Przestań, Julie, wiesz, że wystarczy jedno słowo, a znajdę ci pracę, skoro jej potrzebujesz…

– Do diabła, Max! Doskonale wiesz, że to nie praca jest mi potrzebna, ale uznanie! Odrobina uwagi… Po prostu miłość!

– Uważasz, że ci tego brak? Chyba trochę przesadzasz.

– Jasne, mam się zadowolić ochłapami! Jak zwykle zasłaniasz się chronicznym brakiem czasu! Maximilien, ciebie nigdy nie ma. A jeśli nawet jesteś, to i tak nieobecny… To nie do wytrzymania!

– Co znaczy nieobecny?

– Słuchaj, dość tego! Kiedy ostatnio jedliśmy razem kolację, trzy razy wychodziłeś, żeby załatwić jakieś cholernie ważne telefony! A przez resztę czasu co trzy minuty zerkałeś na telefon. Jestem pewna, że nie dotarła do ciebie połowa tego, co mówiłam…

W biurze Clémence rozdzwonił się telefon. Zła, że musi przerwać podsłuchiwanie w tak ważnej chwili, mimo wszystko szybko podniosła słuchawkę i zrobiła, co w jej mocy, żeby zbyć rozmówcę. Potem błyskawicznie wróciła na stanowisko i wsłuchała się w sprzeczkę.

– …Naprawdę się na tobie zawiodłam, Max. Nie podoba mi się facet, którym się stajesz. Uprzedzam: jeżeli się nie zmienisz, więcej się nie zobaczymy!

– Od razu wielkie słowa…

– Owszem, wielkie słowa, Max. Ale ze słowami radzisz sobie jak nikt inny. Tyle że ja czekam teraz na czyny. Rozumiesz? Na czyny!

Ku ogromnemu zdumieniu Clémence Maximilien zaniemówił. A kobiecy głos kontynuował.

– Proszę, wzięłam to dla ciebie. Rzuć na to okiem. To program Romane Gardener. Wiesz, kim jest Romane Gardener? Słyszałeś o bucach? W tym artykule doskonale przedstawia niszczycielskie skutki bucowatych zachowań, takich jak twoje. Pisze, jaką krzywdę mogą wyrządzić innym. Powinieneś to sobie dokładnie przeczytać…

– Posłuchaj, Julie! Ja naprawdę nie mam czasu na takie bz…

– Skoro nie masz czasu na najważniejsze, to faktycznie nie mamy już o czym rozmawiać.

– Julie! Nie możesz reagować w ten sposób!

– Spróbuj się nad tym zastanowić. Cześć!

Clémence usłyszała, jak drzwi gabinetu zamknęły się z trzaskiem. No, no, będzie ciężko, mruknęła pod nosem. Zdążyła już całkiem dobrze poznać Maximiliena Vogue’a i wiedziała, że taka kłótnia wprawi go w okropny nastrój. Obeszła na palcach biurko, usiadła i próbowała się uspokoić. Ręce wciąż lekko jej drżały, kiedy układała w szufladzie dokumenty „specjalne”. Potwierdzenie zamówienia ważnego włoskiego klienta musiało zaczekać. Pan Vogue z pewnością nie będzie przez pewien czas w nastroju do rozmowy, choćby przybyła do niego z doskonałą nowiną. Clémence zamknęła tę chronioną szufladę i wrzuciła kluczyk do kubka na ołówki – swojej skrytki. Potem, nieobecna duchem, usiłowała skupić się na nieustannie spływających e-mailach. Aż podskoczyła, gdy rozległ się elektryzujący dźwięk interkomu. Wzywał ją.

– Clémence? Może pani przyjść? Natychmiast!

Powiedział to ostrym, tnącym jak skalpel głosem.

W tej sytuacji nie wystarczyło biec. Trzeba było frunąć.

Kiedy otworzyła drzwi gabinetu, Maximilien siedział już pochylony nad dokumentami. Najwyraźniej postanowił szybko skupić się na innych sprawach. Uniósł głowę i Clémence zobaczyła na jego twarzy minę złych dni, tę z czołem przeciętym poprzeczną bruzdą, srogą, i zimne jak lód oczy pod zmarszczonymi brwiami.

Mimo wszystko wciąż był pięknym mężczyzną. Jego ciemne, niemal czarne włosy były wystarczająco długie, by układać się miękko. Setki razy wyobrażała sobie, że wsuwa w nie palce i czuje ich jedwabisty dotyk. Maximilien miał regularne rysy twarzy, mocno zarysowaną brodę, a zaciśnięte szczęki świadczyły o irytacji. Najbardziej niesamowite były jego oczy – kasztanowe i pałające specyficznym blaskiem. Te oczy potrafiły paraliżować.

– Clémence, czy Santini przysłał odpowiedź?

– Tak, tak! Ale pomyślałam, że to może nie najwłaściwsza chwila…

– Źle pani pomyślała. Proszę mi ją natychmiast przynieść.

Clémence przyjęła ten cios bez mrugnięcia okiem. Przypadkiem zauważyła właśnie zwiniętą w kulkę kartkę, rzuconą na podłogę.

– Na co pani tak patrzy, Clémence? Do roboty!

– Tak… Czy mam to sprzątnąć?

Niechętnie zerknął na papier.

– Owszem, niech pani to wyrzuci. Dziękuję, Clémence.

Rzucił to dziękuję zupełnie obojętnym tonem, jakby wypowiedział je odruchowo, ale Clémence nie przywiązywała do tego wagi. Była skłonna go zrozumieć i usprawiedliwić. Pochyliła się, podniosła zmiętą kartkę, a potem wyszła na palcach. Wiedziała, że trzeba mu dać chwilę na pozbieranie się.

3

– TATO!

Romane serdecznie przytuliła ojca i poczuła, jak spływa z niej napięcie.

– I co, jak ci się podobało?

– Wypadłaś doskonale! Jestem z ciebie dumny!

Uśmiechnęła się do niego, zadowolona. Uczestnicy spotkania wolno przesuwali się w stronę wyjścia. Czasami ktoś z tego tłumu zatrzymywał się jeszcze, żeby jej pogratulować albo zadać pytanie. Jeden z dziennikarzy poprosił o chwilę rozmowy.

– Chciałbym przeprowadzić z panią wywiad. Czy w najbliższym czasie znajdzie pani wolny termin?

– Proszę uzgodnić to z moim ojcem, to on prowadzi mój kalendarz – odrzekła z uśmiechem.

Jean-Philippe wręczył mu firmową wizytówkę ze swoim nazwiskiem.

– Masz ochotę iść coś zjeść? – zapytał, kiedy zostali sami.

– Marzę o tym. Konam z głodu…

– W takim razie chodźmy do Café Campana, to dwa kroki stąd, tuż przy muzeum d’Orsay.

Romane poszła za nim, zadowolona i przekonana, że z ojcem wieczór minie miło i przy pysznym jedzeniu.

Kawiarnia urzekła ją, kiedy tylko przekroczyli jej progi: duży zegar, niegdyś stanowiący wyposażenie dworca d’Orsay, spoglądał z wysoka na salę, roztaczając łagodne światło. Wystrój – ludyczny, ale elegancki, pozwalał odetchnąć po całym dniu w przyjaznej atmosferze.

Choć kelner dość długo ich nie zauważał, Jean-Philippe spokojnie czekał. Jak on się zmienił, pomyślała Romane.

Uważniej niż zwykle przyjrzała się jego twarzy, na której czas odcisnął piętno. Włosy ojca, kiedyś tak ciemne, a w latach młodości bujne, dziś były szpakowate i przerzedzone, a wokół niebieskozielonych oczu poza drobnymi zmarszczkami pojawiły się ciemne kręgi.

Dawny Jean-Philippe był niecierpliwy, porywczy, zaciekły. W tamtych czasach mógł służyć za wzorzec wad buca. W domu chciał niepodzielnie rządzić. W swoim salonie nie życzył sobie okrągłego stołu, jak bowiem królować przy takim stole? W dyskusji nie interesowała go wymiana poglądów. On chciał tylko mieć rację. Nawet w najbłahszych kwestiach. Lubił robić zamieszanie. Zwracał na siebie uwagę, trzaskając, czym się dało – drzwiami i drzwiczkami szaf oraz szafek; w ten sposób znaczył hałasem swoje terytorium, symbolicznie, ze zwierzęcym instynktem, jakby nie wyzbył się atawizmu, jakby górę brały w nim prehistoryczne odruchy. Obserwując go, Romane powątpiewała w ewolucję cywilizacyjną.

Ale jego bucowatość przekraczała wszelkie granice, kiedy siadał za kierownicą. Całkowicie tracił cierpliwość, zanim jeszcze wsiadł do samochodu, a pisk opon był w stanie wywołać w nim wrzenie.

Romane bardzo wzbogaciła zasób przekleństw właśnie za sprawą ojca. Pozostawiał przeciętniakom klasyczne obelgi, wszelkich dupków, półgłówków i inne urocze kompozycje, i za każdym razem wykazywał się zadziwiającą kreatywnością: wypierdek ośmiornicy, pieprzona stonoga, dychawiczny ślimak, rozmiękczony ptasi móżdżek, odmóżdżony żółw… Najtrudniej było mu znieść niepewnych, wlokących się noga za nogą, i czerwone światła. Starał się dokuczyć ślamazarom. Jego ulubionym sportem było wyprzedzanie ich z rykiem potężnego silnika GTI. Nie wahał się ryzykować. Nie był jakimś pedziem.

Aż do tego fatalnego dnia, kiedy ryzyko przypłaciła życiem jego żona. Matka Romane.

Kurtyna.

Wraz z nią umarł nadęty buc. Jean-Philippe stał się innym człowiekiem. Kiedyś rozpychający się łokciami, kłótliwy i arogancki, teraz skulił się w sobie. Był jak własny cień. Szept. Odbicie.

Zdruzgotany utratą kobiety, którą kochał, wkroczył na drogę odrodzenia. Zaangażował się nawet w projekt córki. Firma AntyBuc stała się celem jego życia, pokutą, przebaczeniem. Romane wiedziała, że w tej pracy widzi szansę na odkupienie win. Kiedyś twardy jak skała, mimo upływu czasu wciąż był kruchy i wrażliwy. Życie przybiło mu pieczątkę: Delikatny. Nie wstrząsać.

Romane myślała, że nigdy nie zdoła mu wybaczyć. Że nie będzie w stanie go kochać. Od najmłodszych lat jej więź z ojcem była bardzo słaba. Delikatnie rzecz ujmując, nie było pomiędzy nimi porozumienia. Był dumny z faktu, że nie angażuje się w wychowanie dziecka, nie okazywał zainteresowania córką. Dopóki…

– I co, smakuje ci? – zapytał z troską.

No właśnie. Dawny Jean-Philippe nigdy nie zadałby tego pytania. Zadowolenie innych nic go nie obchodziło. Straszliwy dramat, który przeżył, wstrząsnął nim. To był nokaut, po którym się obudził. Można powiedzieć, że rozbudził jego duchowość. Romane snuła te refleksje, wpatrzona w tarczę zegara. Ile czasu minęło od śmierci matki? Osiemnaście lat… Ona była wtedy zaledwie dwunastolatką. To wiek, kiedy dziecko, które musi ratować ojca przed pogrążeniem się, zaczyna bardzo szybko dorastać.

– Odwiozę cię.

Zaparkował pod jej domem i czekał, aż wejdzie do mieszkania. Dopiero wtedy, kiedy zobaczył sylwetkę Romane przesuwającą się za firanką, odjechał. Wiedział, że jest bezpieczna.

– Och, ten tata! – westchnęła.

Zmęczona, wyciągnęła się na kanapie i odruchowo włączyła telewizor, żeby zagłuszyć ciszę. Myślała o dzisiejszej konferencji i różnorodnych obliczach, jakie mogła przybierać bucowatość. Istniały też różne jej stopnie. Buc wagi piórkowej, buc wagi ciężkiej… W swej pracy i życiu prywatnym spotkała się już chyba ze wszystkim.

Przed oczyma przewijał jej się film z tego popołudnia: stała przy mikrofonie przed mniej więcej stoma dwudziestoma osobami pragnącymi zrozumieć, jakimi zachowaniami się zajmowała.

– Może pani podać przykłady postaw, które ma pani na myśli? – pytano zwykle na początku.

– Szef, który wciąż stoi za plecami pracownika i wywiera presję, małżonek, który nie szczędzi złośliwości (ale przecież to tylko żarty albo szczera prawda, a ten drugi jest przewrażliwiony…), dobra koleżanka, która w towarzystwie zawsze stara się skupić uwagę innych na sobie, a przyjaciółce nie daje dojść do słowa, rodzic, który ocenia każdą decyzję dziecka albo to, jak coś robi… Przykłady można mnożyć bez końca!

– To znaczy, że ktoś, kto ma „przywary grubiaństwa”, nie jest dobrym człowiekiem? – wtrącił zaniepokojony mężczyzna.

– Nie. Najważniejsze jest, aby zrozumieć, że nie osądzamy człowieka, ale jedynie kwestionujemy jego zachowania i negatywny wpływ, jakie mogą wywierać na otoczenie. To zasadnicza różnica.

– Ale jak wykryć tę bucowatość? – zapytała jakaś pani.

– Pewne cechy są powtarzalne. Nieumiejętność słuchania, brak empatii i życzliwości. Niecierpliwość. Skłonność do krytykowania i osądzania. Typowe są także branie siebie zbyt serio, rozkwit egocentryzmu i uwiąd poczucia humoru…

– Ale przecież słowem buc określa się mężczyznę…

– Owszem. Typowe objawy syndromu buca są pobudzane przez testosteron. Zresztą, takie grubiaństwo i granie twardziela jest bardzo „męskie”. I chociaż dziś ta przypadłość dotyczy także kobiet, większą na nią podatność wykazują mężczyźni. Nie bez powodu. To pokłosie wielowiekowego dziedzictwa kulturowego i wychowania na twardego faceta, który musi udowodnić, że ma jaja! Karmiono was mlekiem władzy, dominacji, siły, uczono być macho, więc trudno wam tak po prostu wyzbyć się głęboko wpojonych wzorców. Czyż mężczyzna – ten prawdziwy mężczyzna – nie powinien umieć walnąć pięścią w stół, żeby wszyscy go słuchali? Innymi słowy, w każdej sytuacji musi udowadniać, że jest samcem alfa!

Romane lubiła w tym momencie zawieszać głos, aby jej słowa dotarły do wszystkich słuchaczy. Po chwili przerywała milczenie.

– Ale uwaga, drogie panie! Syndrom buca szerzy się także wśród was, żeby bowiem zdobyć pozycję na terytorium jąder, wy też musicie wyhodować sobie jaja (oczywiście, na poziomie mentalnym) i przyjmować coraz bardziej agresywne postawy: schować empatię do szafy, ukradkiem kopać męskich rywali wysokimi szpilkami, kolekcjonować facetów…

Romane wiedziała, że to, co mówi, zawsze trochę wzburza słuchaczy. Jednak celem takich konferencji było właśnie szokowanie, rozbudzanie świadomości, żeby skłonić do działania.

Uśmiechnęła się, idąc do kuchni, żeby zaparzyć ziółka. Była z siebie dość zadowolona – konferencja zakończyła się gromkimi brawami, dziesiątki osób zgłaszały się do nich, zainteresowanie jej programem było znaczne. Czegóż chcieć więcej?

Z laptopa wydobył się charakterystyczny dźwięk. Dostała nową wiadomość. Od ojca.

23.24. Kochanie, dziękuję za miłe chwile spędzone razem dziś wieczorem. Mam wrażenie, że tryskasz energią! Mam już pełną listę uczestników najbliższego kursu odbucowania. Przesyłam ją w załączniku. Sama zobaczysz, że to pełna gama bucowatości! A tymczasem odpocznij, to bardzo ważne. Bardzo się w to angażujesz, ale nawet w Formule 1 nie da się jeździć bez opon ;-). Całuski, Daddy

Świetnie! Miała ochotę od razu zapoznać się z profilami przyszłych kursantów, ale senność wzięła górę nad ciekawością.

Może powinnam poczekać z tym do jutra, pomyślała, przecierając oczy.

Postanowiła iść za głosem ciała… i kuszeniem łóżka! Kartoteka może poczekać…

4

SIÓDMA TRZYDZIEŚCI. MAXIMILIEN POSTAWIŁ ELEGANCKĄ TECZKĘ z czarnej skóry przy wygodnym, również skórzanym fotelu i niemal odruchowo wyciągnął rękę, żeby włączyć komputer, kiedy zauważył przy kubku z ołówkami dziwną niespodziankę. Trwało to już od dziesięciu dni – co rano na jego biurku czekało origami zrobione z tego przeklętego prospektu! Dziś znalazł kurę, wczoraj żabę, przedwczoraj łabędzia… Czy to się kiedyś skończy? To nie do zniesienia. Kipiąc gniewem, chwycił małe dziełko i rzucił je do kosza. Po co miałby to czytać, skoro wiedział, co tam było napisane? Teraz mógłby wyrecytować tekst z pamięci. Bla, bla, niezwykła metoda Romane Gardener, bla, bla, jej program odbufonowania behawioralnego, który pozwala ostatecznie wyzbyć się „skłonności do autorytaryzmu, zadufania w sobie, egocentryzmu, narcyzmu, dominacji agresji, pochopnych osądów, kompleksu Edypa…”. No cóż… Wciąż pamiętał słowa tej pseudospecjalistki od sztuki życia: „Wyzbądźcie się tych przesadnych reakcji, które uniemożliwiają pokazanie tego, co w was najlepsze…”. Jakby potrzebował czyjejś pomocy w odkryciu tego, co w nim najlepsze! Żałosne. Przypomniał sobie zdjęcie kobiety zbyt młodej, by prowadzić taką terapię. Jej pełne determinacji i życzliwości oczy zdawały się rzucać mu milczące wyzwanie: odważysz się czy nie?

Clémence dostanie za swoje!, mruknął gniewnie. Do czego to doszło, skoro asystentka zamierzała przekonywać go do udziału w tym programie?! Co gorsza, Julie nieustannie nękała go SMS-ami… Co je wszystkie napadło? Wstał z fotela i przez chwilę krążył po gabinecie jak lew po klatce. Nie wiedział, co właściwie można mu było zarzucić. Tak, oczywiście, że bywał ostry i autorytarny w kontaktach… Ale czy nie jest to cecha wszystkich, którzy kierują dużymi zespołami ludzkimi? Oczywiście, że czasem bywał zbyt przeciążony, żeby poświęcać wystarczająco dużo uwagi otoczeniu, ale czy da się trzymać stery tak dużego okrętu, nie pozostając stale na pokładzie? Co ci ludzie mieli w głowach? Czyżby im się wydawało, że można pełnić tak odpowiedzialne funkcje, będąc miękkim i miłym jak bohater Walta Disneya? Co za bzdury! Do tego potrzebna była jedwabna rękawiczka na żelaznej ręce. A on świetnie sobie z tym radził. Rozdrażniony wyjął pomięty prospekt z kosza – zamierzał pokazać go Clémence i zmusić ją, żeby zakończyła tę gierkę.

Energicznie wcisnął przycisk interkomu. Nie miał cienia wątpliwości, że mimo wczesnej pory Clémence jest już na stanowisku.

– Już idę, panie dyrektorze.

Zauważył, że asystentka przystanęła na moment przed drzwiami. Na pewno bała się, co będzie dalej. I być może bała się słusznie.

Podszedł do niej i pomachał jej przed nosem pomiętym origami.

– Clémence! Proszę mi natychmiast wyjaśnić, co to ma znaczyć!

Odniósł wrażenie, że Clémence zadrżała, ale doskonale wiedział, że ton, którego użył, niejednego wytrącał z równowagi… Odchrząknęła i uniosła brodę, jakby usiłowała wyrównać dzielącą ich różnicę wzrostu.

– Panie dyrektorze, dobrze pan wie, jak pana cenię, jak podziwiam pański styl pracy…

Miód. Dość grubo rozsmarowany. Mimo to Maximilien przyjął pochlebstwo z zadowoleniem i dopiero po chwili uświadomił sobie, że właśnie uchylił drzwi… Oczywiście jego asystentka natychmiast wśliznęła się przez tę szczelinę.

– Zebrałam dokładne informacje o tym programie… Jest o nim głośno w mediach, podobno to bardzo nowatorskie metody. Przecież właśnie to pan lubi.

Maximilien uniósł brew, zaintrygowany jej słowami, ale jego twarz pozostała gniewna. Widać było, że broni się przed argumentami.

– Uhm… I co jeszcze?

Obserwował nerwowe drganie ust Clémence, mimowolnie zwrócił oczy na jej piersi, unoszące się w rytm przyspieszonego oddechu. Czy był aż tak groźny? W końcu asystentka zdobyła się na odwagę i podjęła:

– Czy pan wie, jak wiele znanych osób brało udział w tym szkoleniu?

– Doprawdy?

Do diabła, Clémence potrafiła posługiwać się jego językiem i dobierać argumenty, które mogły do niego trafić… Zainteresowanie, jakie okazał, zachęciło ją do kontynuowania. Rzuciła kilka nazwisk znanych w świecie biznesu i show-businessu, przytoczyła pochlebne opinie i zapewnienia o zbawiennych skutkach programu, dostrzegalnych zarówno na gruncie zawodowym, jak i prywatnym. A potem słodkim głosem przedstawiła argumentację godną najlepszych agencji reklamowych:

– Ten program to swoista przemiana mentalności! Pomysł robi już furorę. To takie in… Proszę sobie wyobrazić: w ciągu kilku tygodni opanowuje pan najnowsze techniki stylu bycia, zapewniając sobie nienaganną postawę, w stu procentach zgodną z duchem naszego tysiąclecia!

Maximilien mimowolnie uśmiechnął się wobec zaangażowania i starań asystentki.

– Cóż za argumentacja! Niech mi pani jednak wyjaśni, dlaczego tak pani zależy, żeby nakłonić mnie do udziału w tym programie. Jakich zmian we mnie tak bardzo pani pragnie?

Clémence wytrzeszczyła oczy, wyraźnie bojąc się powiedzieć szefowi całą prawdę prosto w twarz. Ale Maximilien był przyzwyczajony do tego rodzaju reakcji, toteż szybko dodał:

– Proszę, Clémence! Niech się pani nie obawia… Proszę mówić szczerze!

Asystentka popatrzyła na niego, nie do końca przekonana jego postawą – nie tak przychylną jak słowa, w końcu jednak skoczyła na głęboką wodę.

– Prawdę mówiąc… myślę, że sporo by pan zyskał, gdyby czasami był pan mniej… autorytarny. I zechciał się wsłuchać… Po prostu – trochę więcej elastyczności!

Zaczerwieniła się, zdumiona własną bezczelnością, zadrżała, ale patrzyła mu prosto w oczy. Widać było, że jest gotowa mu się przeciwstawić i właśnie to spodobało się Maximilienowi, który cenił ludzi z charakterem.

– Rozumiem… Dziękuję, Clémence, zastanowię się nad tym.

Maximilien odwrócił wzrok i usiadł przy biurku, aby dać Clémence do zrozumienia, że rozmowa dobiegła końca.

Jednak przywołał ją, kiedy była już na progu.

– Clémence!

– Tak, słucham…

– Skończyliśmy z origami, prawda?

Clémence uśmiechnęła się, rozbrajając go tą szczerą reakcją. Spojrzał na pomięty papier, który leżał przed nim, rozprostowany, na ile się dało. Odniósł wrażenie, że Romane Gardener woła go ze zdjęcia. Ładna babka, pomyślał… Jeszcze raz przejrzał artykuł, żeby przypomnieć sobie jego główne założenia. Nieźle. Program chyba nie zakładał jednak indywidualnych zajęć. Dla Maximiliena pomysł mieszania się z grupą, w której mógł się znaleźć byle kto, był nie do przyjęcia. Człowiek z jego pozycją nie pozwala sobie na odsłanianie słabostek przed obcymi ludźmi, zwłaszcza tymi, którzy nie dorównują mu poziomem… Maximilien przypomniał sobie scenę, jaką urządziła mu Julie, potem upór Clémence, by skłonić go do zastanowienia się nad własnym zachowaniem. Prawdę mówiąc, myślał o tym już od pewnego czasu. W kręgach zarządczych, w których się obracał, wiele osób korzystało z pomocy trenerów osobistych, żeby zmienić swą postawę. W zamyśleniu zerknął na zakończenie artykułu i widniejący pod nim numer telefonu do AntyBuca. Prowokująca nazwa! Ale taki sukces i taka klientela – to nie mógł być przypadek… A poza tym, skontaktowanie się z tym AntyBucem nic go nie kosztowało. Może Romane Gardener zaproponuje mu indywidualne sesje coachingu? Perspektywa znalezienia się sam na sam z tą ładną kobietą była całkiem przyjemna…

5

W ANTYBUCU ROZLEGŁ SIĘ DŹWIĘK DZWONKA. Boże! Czyżby uczestnicy programu już zaczynali się schodzić? Fantine, młoda pracownica, zatrudniona tu kilka miesięcy temu, szybkim krokiem szła przez korytarz, by otworzyć drzwi. Romane już od kwadransa siedziała w toalecie, starając się tak poprawić makijaż, by zamaskował oznaki stresu na twarzy. Za każdym razem przed pierwszym spotkaniem z nową grupą mającą pokonywać z jej pomocą bufonowatość działo się to samo: Romane paraliżował strach. Może dlatego że zdawała sobie sprawę ze znaczenia pierwszego kontaktu, często decydującego? Dla osób o silnych skłonnościach do bufonowatych zachowań pierwsze wrażenie nabierało szczególnej wagi ze względu na mocno zakorzeniony nawyk osądzania. Kobieta podniosła klapę sedesu i usiadła na nim już po raz trzeci. Dlaczego, kiedy była zdenerwowana, raz po raz chciało jej się siusiać? Potem poprawiła przed lustrem ubranie i znów zerknęła do kart kandydatów, żeby przypomnieć sobie profil każdego z nich. Zwłaszcza jednego, z którym trzeba było stoczyć walkę, żeby nakłonić go do przyjścia i spróbowania pracy w grupie. A chodziło o nie byle kogo, tylko o samego Maximiliena Vogue’a, znanego biznesmena, którego nazwisko bardzo często pojawiało się na pierwszych stronach prasy ekonomicznej. Był dyrektorem generalnym jednej z największych grup w przemyśle kosmetycznym świata.

Siedząc na sedesie, Romane gorączkowo czytała jego kartę, żałując, że ta zawiera tak skąpe dane. Wiek: trzydzieści pięć lat. Sytuacja materialna: brak danych. Kontekst: brak danych. Motywacja: brak danych. Oczekiwania: „Określenie punktów wymagających poprawy i dążenie do szybkich, wycelowanych zmian oraz widoczne rezultaty”. Romane zmarszczyła brwi, zirytowana pominięciem tylu punktów arkusza, potem zwróciła uwagę na kategoryczny, nieznoszący sprzeciwu ton odpowiedzi, ale to nie było dla niej zaskakujące. Taki właśnie był profil kandydata, człowieka wymagającego i niecierpliwego, a często oczekującego, że przemiana dokona się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ludzie tego typu, jeśli byli niezadowoleni, jasno i głośno dawali temu wyraz. Typowa bucowatość władzy, zwłaszcza jeśli jest tak silnie zarysowana. Cechy charakterystyczne widoczne u osobnika: wrodzona władczość, którą wzmacniają wysoka samoocena, umiejętność kierowania ludźmi i przejmowania dowodzenia, wyznaczanie innym celów według własnej woli i potrzeby. Dwa dążenia bucowatości władzy: moc i skuteczność. Nie było tam miejsca na przyziemne marzenia o pieniądzach. Chodziło o wielkie cele, wznoszenie się, pokonywanie szczebli kariery… Choćby kosztem podstawowych zasad życiowych, które ludzie o tym profilu – bardzo ambitni – składali na ołtarzu sukcesu. Czasem deptali zasady komunikacji, czasem zapominali o szacunku dla innych ludzi. Niektórzy niesłusznie lekceważyli sferę relacji z innymi, nie angażując w nie inteligencji, a ponieważ notorycznie przejawiali brak empatii, często kończyli odcięci od innych. Maximilien Vogue najprawdopodobniej nie zdołał uniknąć typowych dla swego profilu problemów. Najtrudniej będzie uświadomić mu to wszystko i nie urazić go. Spojrzeć sobie prosto w oczy i ujrzeć swoje mniej chlubne oblicza, dla nikogo nie jest łatwe. Zwłaszcza dla kogoś takiego jak on.

Tymczasem Romane zrobiło się gorąco. Bardzo gorąco. Otarła spocone dłonie o ładnie skrojoną spódnicę i spojrzała jeszcze na zdjęcie kandydata do uczestnictwa w zajęciach z nią. Całkiem przystojny. Nie, bądźmy uczciwi, poprawiła się. On jest bardzo przystojny! Teraz oglądała zdjęcie, jak jubiler ogląda przez szkło powiększające rzadki kamień – szukała niedoskonałości, która zdradza sztuczny diament. Co u człowieka oznacza słabostkę.

– Zbyt doskonały – szepnęła.

Dopiero w błysku spojrzenia Maximiliena Vogue’a Romane uchwyciła coś, co mogło być punktem zaczepienia.

– Oto twoja pięta Achillesowa, Jamesie Bondzie! – uśmiechnęła się. Miała wrażenie, że dostrzegła ślady zbyt mocno powściąganych emocji uwięzionych pod żelazną maską dobrze ukształtowanego biznesmena, zawsze under control.

– Trzeba będzie wyłamać wszystkie te zamki!

Romane czuła, że pan Vogue będzie dla niej twardym orzechem do zgryzienia. Cóż z tego: lubiła pokonywać trudności. Jeszcze raz zerknęła w lustro i, podbudowana blaskiem determinacji w swych oczach, otworzyła drzwi toalety. Była już gotowa do spotkania z nową grupą…

6

DŁOŃ W CZARNEJ RĘKAWICZCE nerwowo uderzała w teczkę. Przyciemniane szyby jaguara XJ filtrowały światło i zniekształcały krajobraz, ukazując bladą namiastkę rzeczywistości. Choć cienkie, odcinały pasażera od świata zewnętrznego, trzymając go w stosunku do prawdziwego życia.

Maximilien Vogue spojrzał na zegarek Calibre de Cartier Chronograph za ponad dziesięć tysięcy euro, prezent od ojca na trzydzieste urodziny (luksusowe prezenty miały z pewnością zaletę – pieniędzmi zastępowały bardziej kosztowny trud wyrażania uczuć). Zdecydował się podjąć próbę i wziąć udział w spotkaniu jednej z grup Romane Gardener. Wolałby spotkanie indywidualne, ale kobieta była przekonująca. Maximilien cenił logikę jej argumentów oraz łagodny, ale zdecydowany sposób, w jaki stawiła mu czoło. Dlatego postanowił dać jej szansę. A jeśli udział w tym programie mógł położyć kres pretensjom Julie i natarczywym prośbom asystentki Clémence, to gra była warta świeczki. Jednak irytowało go, że musi wcisnąć te spotkania w i tak napięty grafik; nie lubił marnować czasu.

– Daleko jeszcze, Dimitri?

Kierowca zachowujący kamienny spokój odparł beznamiętnym głosem, że nie, że są już blisko i nie ma powodu do obaw – pan dyrektor punktualnie dotrze na spotkanie.

Mimo wszystkich swoich osiągnięć, mimo pewności siebie Maximilien Vogue udawał się na sesję „odbucowania” behawioralnego pełen obaw. Prawdę mówiąc, koncepcja tego programu trochę go przerażała. Maximilien nie wiedział, w co się pakuje. Poza tym uważał za dość niezręczne opowiadać o sobie w obecności nieznajomych i przyznać się do potrzeby „przełamania bucowatych skłonności”. Ze zdumieniem stwierdził, że jest zdenerwowany. On, zdenerwowany! Brzmiało to wręcz niewiarygodnie. Nerwowość nie leżała w jego naturze. Miał za sobą spotkania na szczycie i żadne z nich nie wprawiło go w podenerwowanie. Czy nie wpajano mu od dziecka, że nerwowość to cecha ludzi słabych? W rodzinie siła przechodziła z ojca na syna. Od najmłodszych lat szykowano dla niego kolczugę. Nie wolno było okazywać emocji ani dać się ugodzić. To działało w dwie strony. Człowiek silny powinien być podobny do jaszczurki: zachować zimną krew i chodzić z podniesioną głową. A jeśli nieszczęśliwym wypadkiem obcięto mu ogon, musiał sobie poradzić i sprawić, by ten odrósł. Tak go wychowano, a teraz trudno było to zmienić. Zmienić. No właśnie. Przecież o to tu chodziło. Po raz kolejny spojrzał na SMS-a otrzymanego wczoraj z AntyBuca jako potwierdzenie jego uczestnictwa w programie: „Z przyjemnością informujemy, że czekamy na Pana w naszej siedzibie w czwartek 18 października o godzinie 18, na pierwszej sesji. Witamy w programie. Gratulujemy”.

Gratulujemy! Nie wiedział, czego tu można gratulować. W tej chwili cały ten program był jak kij wciśnięty w tryby jego wypełnionego po brzegi życia człowieka biznesu najwyższej kategorii, biegnącego w rytm podejmowanych szybko decyzji, szacowania ryzyka i zysków, obracania ogromnymi pieniędzmi i zarządzania ludzkim mrowiem…

Maximilien Vogue bardzo poważnie traktował swoją rolę i miał mgliste wrażenie, że siebie także traktuje bardzo poważnie. Rok po roku powaga zagarniała coraz większe obszary jego życia, aż w końcu stała się jego drugą naturą. Zaczął odziewać się w powagę, jak przywdziewa się udrapowaną żałobną szatę. Z biegiem czasu „udrapowała się” nawet jego twarz. Tak jak antropomorficzny pies z kreskówek Texa Avery’ego, zamknął uśmiech na kłódkę. Mała wewnętrzna kłódka nie pozwalała mu swobodnie się uśmiechać. Zgubił kluczyk i stracił spontaniczny uśmiech. Rozciąganie ust wydawało mu się nadmiernym wysiłkiem. Bo w jego świecie nawet uśmiech musiał być opłacalny.

Maximilien gorączkowo pisał SMS-y, jakby miało to oderwać jego myśli od tego, co go czekało. Im bliżej było do spotkania, tym wyraźniej do głosu dochodziły wątpliwości. Ale było za późno, żeby się wycofać. Dojeżdżali na miejsce.

– To na końcu ulicy, panie dyrektorze – powiedział kierowca.

– Dziękuję, Dimitri. Wysiądę tutaj. Chcę się przejść.

– Jak pan sobie życzy. O której mam podjechać, panie dyrektorze?