Dzień Targowy. Tak się kończył PRL - Marek Przybylik - ebook
lub
Opis

Książka jest autentyczną kroniką ostatniego dziesięciolecia Peerelu. Składa się na nią wybór felietonów zamieszczanych przez autora regularnie co tydzień od 1981 do 1991 roku w „Życiu Warszawy” – wówczas najważniejszym dzienniku krajowym – opisujących z nieukrywanym dystansem i ironią ówczesną codzienność. Pretekstem było prezentowanie tego, co i gdzie można kupić, a efektem – niezwykły zapis życia w kraju w stanie upadku.

 

Lektura nie raz wywoła i łzy wzruszenia i szczery uśmiech – niedowierzania „To naprawdę TAK było?!”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 434


Zdjęcie na okładce, projekt okładki, wnętrza, skład komputerowy: JANUSZ FAJTO
Redakcja: ANNA NASTULANKA
Zdjęcia: RYSZARD PRZEDWORSKI, East News, JACEK BARCZ, Polityka
© Copyright by Marek Przybylik 2014
Wydanie II, Warszawa 2014
ISBN 978-83-940526-3-8
ul. Godebskiego 11, 02-912 Warszawa e-mail:[email protected] www:www.przybylik.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Lenie, Jankowi i Marcelkowi

Dobrze pamiętam, jak pięknie zdychał realny socjalizm. Jak rzęził na pustych półkach. Jak Biuro Polityczne PZPR codziennie ustalało ceny chleba i pęczka koperku. A jednak dziś, gdy czytam podszyte subtelną ironią i chirurgicznie precyzyjne zapiski Marka Przybylika, chwytam się za swój łysy łeb. To o nas? Tak. O 40 latach naszego życia i o tym, że w 1989 r. naprawdę nam się udało. Czytajcie! Nawet do poduszki, tylko że wtedy nie zaśniecie.

Stanisław Tym

Dziś bez czarnego humoru

Z prof. Januszem Czapińskimrozmawia Joanna Podgórska

JOANNA PODGÓRSKA: Potrafiłby Pan Profesor prosto wytłumaczyć dzisiejszym studentom, co to „dojścia”, „planowa dystrybucja masy rybnej”, „rozmiarowzrosty” albo czym się różniła świnia prywatna od uspołecznionej?

Prof. JANUSZ CZAPIŃSKI: Pewnie bym potrafił, bo jestem w wieku Marka Przybylika i gdy czytam jego „Dzień targowy”, to tak jakbym czytał pamiętnik z kawałka własnego życia. Ale chyba nie warto tego wszystkiego tłumaczyć. Trzeba wyjaśniać, że późny PRL to była taka zaczarowana, szara i dziwna rzeczywistość, w której wymyślano różne pojęcia, żeby ukryć fakt, że rynek był właściwie pusty. Centralne i planowe zarządzanie polegało na tym, by do odpowiednich szufladek powkładać odpowiednie dyrektywy i polecenia zamiast towarów. Ludzie do tego żadnej wagi nie przykładali. Ich interesowało, czy świnia jest na rynku. A czy prywatna, czy uspołeczniona - to już wszystko jedno. Interesowało ich, czy w sklepie pojawią się jakieś meble, a nie to, czy podlegają centralnej reglamentacji. Ta książka to barwny opis bezbarwnego rynku. Zawsze mnie zadziwiało, jak można wykrzesać tak interesujące felietony z nieistniejącej właściwie rzeczywistości. A ponieważ rynku prawie nie było, to ta książka jest o ludziach. O nas, którzy wtedy żyliśmy i staliśmy w kolejkach. Jedne były długie, inne długoterminowe, ale w latach 80. były praktycznie po wszystko. Według mnie to główna zachęta do przeczytania tej książki, bo pokazuje, jacy byli Polacy w rzeczywistości, która była diametralnie odmienna od dzisiejszej.

Mimo że późny PRL pamiętam całkiem nieźle, podczas lektury miałam poczucie absolutnej egzotyki. To podróż do świata, który zniknął, jak Atlantyda.

Odpukać w niemalowane. Oby tak zostało. Niech to będzie jedynie wspomnienie z coraz bardziej odległej rzeczywistości. Dziś w tym wspomnieniu jest chyba mniej goryczy, złości, a więcej życzliwego sentymentu. To leży w naturze człowieka. Jak ktoś sobie w wieku 5 lat złamał rękę, to w wieku lat 50 będzie ten moment wspominał z rozrzewnieniem, bo już nie odczuwa bólu, a dzieciństwo mile się kojarzy. Wtedy nikt nie wierzył, że ten system tak szybko się załamie. Była powszechna świadomość, że to jest jeden wielki absurd, że nie da się wszystkiego centralnie zaplanować i zadekretować. Ludzie pracowali bez przekonania, bo nie widzieli sensu w tym, co robią. Z góry wiedzieli, że to, co produkują, właściwie do niczego się nie nadaje; że to się sprzeda tylko dlatego, że na rynku nie ma nic innego. Absurdy napotykało się na każdym kroku, ale nikomu się nie śniło, że cokolwiek da się z tym zrobić. Pozostało się do tego z poczuciem bezsilności dostosować. Dziś to jest, jak pani powiedziała, odległa egzotyka, także w tym sensie, że już nie rzutuje na nasz dzisiejszy sposób myślenia, poruszania się po rynku. To, co działo się w późnych latach 80., nie ma już absolutnie żadnych negatywnych konsekwencji, więc możemy do tego podchodzić tak jak młode pokolenie, które dziś uwielbia się pławić w PRL-owskiej atmosferze i gadżetach. Trauma minęła.

„Jeśli nadal jest nam zimno, kupujemy kożuch. Roboczy, pokryty drelichem jest najtańszy. Superoszczędny klient kupuje 6 baranów, zdziera z nich skóry, mięso zjada, resztę garbuje, farbuje, kroi, zszywa i ma, co chciał. Z jelit robi struny do gęśli. Będzie weselej, gdy światła zabraknie” – pisał Przybylik w 1985 r. Tym, co pomagało przetrwać w absurdalnej rzeczywistości, był absurdalny czarny humor.

PRL to naprawdę był najweselszy barak w obozie, kwitły satyra i kabaret. Życie było wypełnione strategią zaradczą pod tytułem: jak nie możesz się kopać z tym koniem, to go obśmiej. Najlepiej z pewnej odległości, żeby się nie zrewanżował. Przed chwilą mówiłem, że tamten czas nie ma już żadnych konsekwencji. Cofam. Ma, ale pozytywne, bo to był trening zaradności. Bardzo ostry i wymagający. Wtedy Polacy ćwiczyli ten swój bulterierowski zapał, żeby się w coś wgryźć. I do dziś się wgryzają, co nas uratowało przed kryzysem, który szalał w innych krajach, bardziej znudzonych komfortem życia. Nie chcę w ten sposób gloryfikować PRL-u, mówić, że stan wojenny i puste półki to była dobra lekcja. Ale bez wątpienia był to trening antykruchości. To dziś modne pojęcie w ekonomii. A oznacza: nie spoczywaj ani na sekundę, bądź czujny, bo nie wiadomo, gdzie i kiedy coś cię może trafić. Polacy byli bardzo czujni, mieli wyćwiczone strategie, o której wstać i gdzie się ustawić, bo może coś „rzucą”. To było oczywiście okupione ogromnym kosztem ekonomicznym i społecznym, bo kolejki to była straszna strata czasu. Nawet jak ktoś sobie wynajął stacza, to musiał na niego zarobić, a stacz w tym czasie nic nie produkował. Był zbędnym elementem w systemie gospodarki. Ale zaradności życiowej nas to niewątpliwie nauczyło.

To, co uderzające w felietonach Marka Przybylika, to niezwykła energia buzująca w Polakach, którzy wyćwiczyli się nie tylko w kolejkowych podbojach, ale także redystrybucji dóbr po Europie. Do NRD jeździło się po listki bobkowe, do Czechosłowacji po rajstopy, na Węgry woziło ręczniki. I jakoś to się wszystko kręciło.

To prawda, ale to miało też gorzki wymiar. Myśmy przez cały PRL, także w tej pustopółkowej końcówce lat 80., ćwiczyli strategię bardzo indywidualistyczną. Do Budapesztu nie jeździły z pościelą czy ręcznikami zorganizowane grupy. To zawsze były wyprawy indywidualne, co najwyżej rodzinne. To utrwalało w nas dość przykrą cechę patologicznego indywidualizmu. Na własną rękę, dla własnej rodziny Polacy są w stanie gryźć ziemię. Ale grupowo nie potrafimy się dogadać, coś wspólnie zrobić, nie potrafimy wspólnie działać. Nie ufamy sobie. To przykry rys. Nie twierdzę, że PRL w nas ten patologiczny indywidualizm wyzwolił, ale utrwalił w nas to, co się ciągnie od czasów sarmackich. Dlatego tak trudno nam idzie budowanie społeczeństwa obywatelskiego. Z czasów PRL-u, gdy trzeba było lawirować i budować piętrowe konstrukcje, by cokolwiek załatwić, pozostała nam także zdolność wymigiwania się od płacenia przeróżnych danin, szukania luk w prawie. Wtedy nie widzieliśmy żadnego sensu, żeby dbać o dobro wspólne, i tak nam zostało. Za sprytnego i zaradnego uchodził ten, kto jeździł na gapę, i do dzisiaj 60 proc. Polaków nie widzi w tym nic złego.

PRL-owska nostalgia starszych pokoleń jest zrozumiała. To czas, gdy byli piękni i młodzi, więc fakt, że w sklepach straszył tylko ocet i herbata Ulung, miał drugorzędne znaczenie. Ale tę nostalgię przejawia także najmłodsze pokolenie. W ich dziecięcych wspomnieniach to czas, kiedy wszyscy byli w niedostatku równi, więc tworzyli pewną wspólnotę, której teraz brak. Było więcej wspólnych przestrzeni, ludzie więcej ze sobą rozmawiali, byli bliżej. Zaglądało się do sąsiadów pożyczyć szklankę cukru. Dziś siedzimy pozamykani w domowych twierdzach.

W tym oglądzie jest sporo mitologii. Trochę tak, jak z mitologizowaniem życia w pierwotnych plemionach za Janem Jakubem Rousseau. Przedstawiano je jako sielankę na łonie natury, ale pamiętajmy, że oni się mordowali i zjadali. PRL był strasznym okresem w życiu Polaków. Oczywiście miał różne zabawne czy łagodzące konflikty społeczne cechy. Bieda, z wyjątkiem nomenklaturowej elity, faktycznie była rozdawana po równo. Był jasny układ: My i Oni. I Oni byli wszystkiemu winni. Wiadomo, że jak w Pcimiu wybuchał strajk, to był to z definicji strajk ogólnopolski, bo był przeciwko władzy centralnej w Warszawie. Reguły gry i ogląd świata były prostsze niż dziś, ale nikomu z tych młodych ludzi zafascynowanych okresem PRL-u nie życzyłbym życia w tamtej rzeczywistości. Zresztą ten sentyment młodych nie dotyczy systemu. To nie tak, że oni by chcieli, żeby PRL wrócił. To jest sentyment za wybranymi rodzynkami z tego okresu. W dodatku część tych rodzynków jest zmitologizowana. Relacje między ludźmi wcale nie były takie miłe i wcale się tak świetnie ze sobą nie dogadywaliśmy. Wtedy też kultywowaliśmy amoralny wręcz familizm. Rzeczywistość wymuszała na nas jednoczenie. Jak się godzinami stało w kolejkach, to się ze sobą siłą rzeczy rozmawiało. Tam się toczyło życie towarzyskie i społeczne, bo trzeba się było dogadywać np. co do zeszytów „pilnowaczy”, którzy czuwali, żeby nikt się nie wepchnął poza kolejnością. Można powiedzieć, że pod tym względem rzeczywistość bratała nas w biedzie. Sentyment młodych wiąże się jednak przede wszystkim z gadżetami. Kultowe knajpki urządza się meblami z czasów Gomułki czy wczesnego Gierka. To próba odświeżenia pewnej estetyki, która była jakoś spójna. Dawała się zdefiniować, w przeciwieństwie do dzisiejszej, w której panuje pełna dowolność.

We wspomnieniach młodych te z trudem zdobywane przedmioty miały hipnotyczny wręcz urok. Dziś czują się przytłoczeni rzeczami. Kiedyś w kawiarni zamawiało się kawę, a jak jej nie było to – jak pisze Marek Przybylik – człowiek się pocieszał, że od kawy znacznie zdrowsze są selery. Dziś, gdy do wyboru jest 25 rodzajów kawy, to tak jakby nie było wyboru, bo człowiek nie ogarnia.

Potwierdzają to twarde dane z eksperymentów psychologicznych. Gdy hostessy w dużym markecie podają podczas degustacji 26 gatunków dżemu, to klienci bardzo chętnie ich próbują. W innym sklepie, gdzie mają tylko 6 gatunków, degustacja cieszy się mniejszym powodzeniem. Jednak sprzedaż w sklepie, gdzie było jedynie 6 próbek dżemu, jest kilkakrotnie większa niż w tym, gdzie było 26. Innymi słowy: spróbować mogę wszystkiego, ale gdy podejmuję decyzję, co wrzucić do koszyka, to jestem w kropce. To fragment szerszego zjawiska, a mianowicie powiększenia obszaru wolności. Co chwilę musimy podejmować decyzję, co wybieramy, bo nikt nam niczego nie narzuca. Dziś nie ma jednej marki telewizora, w dodatku trudnego do zdobycia. Jest całe mnóstwo gatunków szynki, wtedy był jeden, jeśli akurat był. Jak się udało cudem dostać kawałek, smak celebrowało się przez cały tydzień, jeszcze długo po zjedzeniu. Chyba wszyscy z mojego pokolenia na pytanie, czy PRL-owska szynka była lepsza od dzisiejszej, odpowiedzieliby, że tak. Bo to jest smak nie do powtórzenia. Wracając do fascynacji młodego pokolenia PRL-em, który znają z przekazów rodzinnych, książek, kronik filmowych, zdjęć czy seriali, to jest także tęsknota za innością. Dla nich ta rzeczywistość jest odlotowa, nie do pojęcia, absolutnie odmienna od współczesnej. A jeśli tak, to staje się kultowa. Tak jak stara Praga z Brzeską czy Ząbkowską, bo tam zostało najwięcej PRL-owskich klimatów. Wszystko to składa się młodym w obraz dziewiczego świata. Oni się z tym światem nie utożsamiają, ale go smakują. Wiedzą, że ta potrawa ich nie otruje, a jest dziwna i niespotykana. Wybierają z niej co smaczniejsze kąski, a resztę wyrzucają do śmietnika. Mogą sobie na to pozwolić, bo mają dystans. Są wolni od ciężkiego bagażu życia w trudnych czasach.

Jak ci młodzi ludzie mogą odebrać „Dzień targowy”? Jak egzotyczną wycieczkę? Czy jak łagodny horror? Bo ten świat, przykryty warstwą absurdalnego humoru, jest w gruncie rzeczy przerażający.

Może to porównanie będzie intelektualnym nadużyciem, ale pamiętniki z czasów wojny, powstania, Zagłady cieszą się ogromną popularnością i nie wzbudzają już lęków. Bo ci, którzy fascynują się tamtą rzeczywistością, mają pełną świadomość bezpiecznego miejsca, z którego mogą się jej przyglądać. Młodzi, czytając „Dzień targowy”, mogą co najwyżej nam współczuć, że musieliśmy w tym żyć. Dla młodego pokolenia to także nauka o własnych korzeniach, które powinni znać. Żeby dobrze zrozumieli, co dziś dzieje się w polskim społeczeństwie, powinni sięgnąć w głąb przeszłości i zobaczyć, jak wtedy funkcjonowaliśmy, jak się zachowywaliśmy, co nas łączyło, a co dzieliło. A my możemy się z „Dnia targowego” znów pośmiać, ale już normalnie, już bez czarnego humoru.

Który z tych felietonów jest najciekawszy dla psychologa społecznego?

Chyba ten o kolejkach, które Przybylik dzieli na „kolejki po dobra”, czyli wołowe z kością, pralkę czy rajstopy, i „kolejki po nadzieję”. W „kolejkach po dobra” następowało spełnienie, jak się w końcu udało coś wystać. W „kolejkach po nadzieję” spełnienia nie było. Stało się na przykład godzinami w kolekturach totolotka, gdy następowała kumulacja. Wszyscy stali z nadzieją, że trafią. W pewnym sensie „kolejkami po nadzieję” były też kolejki pod księgarnią PIW-u na ul. Foksal. Większość tych, którzy wreszcie dorwali książkę z serii „Plus minus nieskończoność”, nigdy jej nie przeczytała. Ale ją mieli. I mogli się nią pochwalić. To była nadzieja na społeczny prestiż.

Czasy, gdy człowiek chwali się książką i gotów jest stać po nią w kolejce, budzą prawdziwą nostalgię.

No niestety. Wówczas Polacy chcieli przynajmniej książki kupować. Z czytaniem było pewnie podobnie jak dzisiaj.

A Pan stał?

No pewnie. I pod PIW-em, i pod mięsnym. Miałem akurat mięsny w sąsiednim domu, więc mogłem wyjść w kapciach o 6 rano, być piąty w kolejce, a to była spora szansa na kawałek schabu bez kości.

Gdy zaczynałem pracę, telefony miały tarczę, woda była w syfonie, a w roli Google’a występował zwyczajny kalendarzyk

Pionierzy wolnego rynku

Na straganie w dzień targowy było wówczas inaczej niż u Brzechwy. W każdym razie w Grójcu. Tu w początkach lat 80. zacząłem obserwować konfrontację starego z nowym. Targowisko w Grójcu odwiedziłem jesienią 1980 r., by napisać pierwszy Dzień Targowy. Gdy sklepy uspołecznionego aparatu handlu wspomaganego paroma ministerstwami, Komisją Planowania oraz Państwową Komisją Cen coraz jaśniej świeciły pustkami – na bazarach, targach i jarmarkach było jeszcze mięso, jaja oraz ceny wolne jak ptacy niebiescy. Gdybym to ja wtedy wiedział, że tydzień po tygodniu, przez ponad dziesięć lat, śledząc niezależne bazarowe życie codzienne, będę nieświadomie pisał kronikę chylącego się do nieuniknionego końca przemądrzałego systemu... A było tak.

W kwietniu 1982 r. zamieściłem optymistyczną wiadomość: „Zadziałał w końcu mechanizm cenowy, na razie tylko w handlu jajami, ale lepsze to niż nic”. Mieliśmy więc z czego się cieszyć. Tym bardziej że rozwijał się też przemysł drobny, zastępując przemysł tradycyjny: „Mieczysław Nurzyński z Nurzyny pod Łukowem jest kowalem i sprzedaje siekiery oraz drobne narzędzia ogrodnicze. Ceny wysokie, ale można było kupić sam trzonek. Pan Nurzyński wykuwa własnoręcznie, bo o pracowników trudno, siekiery z szyn kolejowych. Narzędzia robi z resorów. Wszystko ze złomu. Wideł nie robi, bo nie ma z czego”.

Kwiecień 1983 r. przyniósł niebywały spadek cen jabłek niemal trzykrotny, ale był to wyjątek. Reszta zdrożała. Jedni dbali o stół, inni bazarowe hossy i bessy mieli w pogardzie, zabiegając o sprawy wyższe. „Jeżeli twoja twarz jest odbiciem twojej osobowości, to zrób jej kopię, trwałą jak dawne pomniki, które przetrwają wszystkich i wszystko. Przestrzenne kopie twarzy ze sztucznych kamieni wykonuje zakład uprawniony” – przeczytałem w tym samym roku ogłoszenie w Domu Literatów. Gdyby biedny ogłoszeniodawca przewidział, jak nietrwałe są pomniki, zwłaszcza te wiecznie żywe!

Prawdziwymi bohaterami Dni Targowych były jednak jaja, schab, kury oraz pietruszka we wszystkich postaciach. W roku 1986 zaryzykowano kolejny eksperyment wprowadzenia bazarowego handlu mięsem. Poprzednie a to groziły socjalizmowi, a to porządkowi publicznemu: „Zadziwiająco sprawnie przebiega eksperyment z bazarowym handlem mięsem. Przed rozpoczęciem tegoż eksperymentu nie brakowało niedowiarków, którzy podważali sens innowacji. Tymczasem stała się rzecz zadziwiająca. Ludzie kupują mięso!”.

Wielkanoc 1987 r. oznaczała „tradycyjną ścieżkę zdrowia, ogólnokrajowe zawody dla zawodników obu płci i wszelkiego wieku. Trasa jak zawsze ciekawa i trudna. Od sklepu do sklepu, od okazji do okazji, od kolejki do kolejki. Sporo na niej odcinków specjalnych, wymagających dobrego przygotowania kondycyjnego, psychicznego i intelektualnego. Liczyć się będzie efekt końcowy. Ten na stole i w portfelu. Sztuką jest bowiem kupienie, ale jeszcze większą – kupno po cenie umiarkowanej”.

Do dziwów ówczesnych lat należeli pionierzy wolnego rynku: „Szczęśliwcy znajdą jedyny w Warszawie sklep, w którym sprzedaje się bezkartkowe wędliny. Prowadzi go stworzony przez przepisy masarzo-chłopo-kupiec. Utuczył on sam, sam przerobił i sprzedaje samodzielnie 200 świń. Przepisy zabraniają kontaktów chłopa z masarzem, a masarza z handlowcem, tworząc takie dziwaczne hybrydy”.

Wiosna 1989 r.: „Na rynku jajczarskim pełne zamieszanie. Kury bezwzględnie niosą, robiąc wbrew swym mocodawcom. Pod Halą Mirowską dostawcy sprzedawali jaja, z desperacją wyznaczając ceny – tak niskich już dawno nie było. Jajo kosztowało tyle, co zwyczajny bilet autobusowy”.

Wiosnę 1990 r. mieliśmy już porewolucyjną. Nowe czasy, nowe ceny, nowe pieniądze. Ze wszystkich wolności, jakie zostały dane, lud najbardziej entuzjastycznie i masowo wybierał wolność kupowania tego, co chce, gdzie chce i po cenach, które można znieść. Cały naród zaopatrywał stolicę. Spadały ceny, wydawałoby się, nie do spadnięcia. Na ulicach można było kupić wszystko: ananasy w puszkach, akumulatory, dywan, lodówkę, łeb świński, sygnet z tombaku i sedes. W ten sposób krok po kroku, rok po roku doszliśmy do wymarzonej stabilizacji. Do czasów, w których kwestia jaj, schabowego, karpi i baranów nikogo już nie ekscytowała, gdyż akurat w tej dziedzinie zapanowała błogosławiona nuda.

Marek Przybylik

1981

marzec

Szewcom puchną uszy

Na giełdzie kwiatów pojawiły się sztuczne konwalie, znak to nieomylny, że już wiosna. Na zieleniaku warzywno-owocowym w dół idą ceny nowalijek, jesiennych jabłek i warzyw. Nareszcie, bo nigdy nie płaciliśmy za nie tyle, co minionej zimy. Na ich cenę detaliczną złożyło się to, że zdrożała energia, węgiel, nawozy, środki ochrony roślin, no i robocizna. Nic dziwnego, że szczypiorek z rzodkiewką też cenami imponują. Co nas czeka w najbliższej przyszłości? Po pierwsze, wszystko jeszcze stanieje. Nie jest to nic odkrywczego, bo wiosną zielenina zawsze taniała, ale jak przyjemnie pisać, że coś stanieje, gdy wszystko wokół drożeje.

Tymczasem w Grójcu rewolucja. Wiadomo, że targowisko to nie zakład kosmetyczny, a aromat otaczający plac, na którym odbywa się handel krowami, owcami i nierogacizną, nie przypomina zapachu perfum. Władze Grójca wyrzuciły więc targowisko z placu bliskiego centrum tej metropolii daleko za miasto, by chłopi nie psuli eleganckich widoków.

Nowy plac za obwodnicą charakteryzuje się głównie tym, że nie sposób tam dojechać bez wystawania w drogowym korku, który nie tylko warczy i śmierdzi spalinami, ale także ryczy, kwiczy, rży etc. Chłopi klną tak, że nawet szewcom spuchłyby uszy, a milicjantom, którzy dwoją się i troją, by ten konno-spalinowy korek rozładować, tylko powaga munduru nie pozwala głośno wyrażać uczuć.

Przeprowadzka przeprowadzką, ale handel na targu idzie w najlepsze.

Warzyw jesiennych coraz mniej, natomiast pod dostatkiem jest wszelkiego rodzaju rozsad. Kapusta, kalafiory, sałaty, selery, pory, pomidory oraz mnóstwo kwiatów – i nic nie czeka na klienta. Komu latem ogrodnicy będą sprzedawali warzywa, jeśli teraz wszyscy grzebią w ziemi?

1982

lipiec

Ceny tylko okazyjne?

„Jak fale od radia, jak mąż od żony, jak złodziej od milicjanta, tak szybko uciekają plamy z tłuszczu, atramentu, smaru, owoców posmarowane tym oto środkiem. Jedna porcja tego cudownego środka wystarcza na usuniecie pięciu plam wielkości męskiej dłoni. Cena okazyjna, proszę brać, bo już się kończy” – wabi nas handlowiec.

„Noga ludzka to skomplikowane urządzenie, popatrzcie panie i panowie na ten oto model drewniany, to jest nasza noga. Są na niej odciski, nagniotki, obtarcia, zagniecenia, zniekształcenia. Ile to razy jesteśmy w złym humorze, bo nogi nas bolą i nic nie pomaga. Ale jest na to sposób! Sól żywiczna-balsamiczna! Wystarczy tylko wlać do miednicy trochę wody, wymieszać z dwoma łyżeczkami soli i moczyć nogi. Wszelkie bóle odchodzą jak ręką odjął. Sól żywiczna, najlepszy środek na bolące nogi. Dwie takie kąpiele w roku i nogi nas nie zabolą. Cena torebki z taką solą okazyjna” – wabi nas drugi.

Gdybyśmy mieli więcej takich handlowców, którzy sprzedają nie tylko sól żywiczno-balsamiczną, środek wywabiający plamy, szatkownice rewelacyjnie tanie, środek na odciski! Spotkać ich można, niestety, coraz rzadziej na skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej, pod rondem Alej Jerozolimskich lub na bazarze Różyckiego.

Dni są gorące, toteż najlepszym miejscem na handel jest klimatyzowane przeciągiem przejście podziemne pod skrzyżowaniem Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich. W piątek można tam było dostać oscypki z krowio-owczego mleka, przezorni i zapobiegliwi kupowali czapki wełniane z pomponem i bez, torby plastikowe reklamujące różne luksusowe towary, solidne torby do noszenia zakupów kartkowych, pumeksy, kolczyki pojedyncze lub parami (podobno można przerobić je na klipsy). Była do kupienia cerata na stoły kuchenne i drewniaki na wysokich obcasach. Oprócz tego lody, kwiaty i śpiew z towarzyszeniem akordeonu. Widziałem też sprzedawcę sztucznej biżuterii, który własny tekst poetycki o tombakowych pierścionkach ze szklanym oczkiem i obrączkach nagrał na taśmę i puszczał przez głośniki. Gardło miał zdrowe, ręce wolne, a klientów wielu.

Na bazarze Różyckiego niewielkie zmiany, chłodna wódka nadal tyle samo za flaszkę, ale poszła pogłoska, że znowu będzie tylko na kartki, więc szykowano zwyżkę. Piwo tak jak zwykle, papierosy również po stałych cenach. Cena kawy i herbaty oraz cukru bez zmian od tygodnia. Komplet kartek: 600 zł, zaś numer „Playboya” 1,5 tys. zł. Stary co prawda, ze śladami intensywnego użytkowania, ale modelki na fotografiach jeszcze niezupełnie wyczytane.

Pomidorowe wahania

Ceny pomidorów zmieniają się jak giełdowe akcje podejrzanych spółek. Raz w górę, raz w dół. Tydzień temu nie wiadomo było co zrobić z pomidorową nadprodukcją, gdzie sprzedać wagony pełne bułgarskich i rumuńskich tomatów stojące w upale na granicy, a komu wepchnąć te sypiące się z tunelów foliowych. Dziś skup spadł o połowę, a ceny o tę połowę wzrosły. Na szczęście pozostałe warzywa powolutku tanieją, zwłaszcza ogórki.

Drogie są owoce – poza jabłkami można kupić czereśnie, morele, gruszki lipcówki, pierwsze śliwki uleny oraz nieokreślonej rasy, ciemne, duże śliwy. Czy warzywa i owoce mogłyby być tańsze? Oczywiście. Ceny na bazarach i w sklepach ajencyjnych są regulowane przez handel uspołeczniony, nawet jeśli tak jak obecnie nie obowiązują żadne wspólne cenniki. Gdyby było więcej sklepów uspołecznionych, gdyby handel spółdzielczości ogrodniczej nie aktywizował się tylko wtedy, gdy ma trudności ze zbytem, cenowych kłopotów byłoby mniej.

Trudno jednak mieć nadzieję, jeśli dyrektor kombinatu ogrodniczego w Wieliszewie oświadcza na łamach „Życia”, że mógłby sprzedawać więcej towaru, ale nie może, gdyż z góry ustalone ceny powstrzymują klientów przed zakupami. Gdyby jeszcze ten dyrektor powiedział, kto mu zabrania sprzedawać towar po niższych cenach prywatnym handlowcom. Sprzedaje warzywa Bródno, Mysiadło, niech spróbuje Wieliszew. Mysiadło nawet otworzyło kiosk przy bazarze na Polnej. Nic tam prócz kwiatów i oberżyny w piątek w południe nie było, ale kiosk stoi.

Dzięki ostatecznej decyzji siostra mogła legalnie przyjechać do Warszawy

Na niezmienionym od tygodni poziomie utrzymują się ceny towarów reglamentowanych, częściowo reglamentowanych i niereglamentowanych, a trudno dostępnych: wódki, piwa, cukru, kawy, herbaty, papierosów (Popularnych, Klubowych, Ekstra Mocnych z filtrem). Można też kupić kartki mięsne, kartki z cukrem i gorzałką oraz papierosami – lub komplet.

W dziale elektroniczno-zegarmistrzowskim na bazarze Różyckiego ceny umiarkowane. Można kupić zegarek z pozytywką, czasomierze firmy Seiko, kalkulatory, magnetofony MK 125. W fermach lisów widać pomór, bo na bazarach niezwykła obfitość lisich skór – czarne, białe, srebrne, rude, ryże, brązowe. Są też oczywiście lisy farbowane.

Kto nie znajdzie na straganach towaru dla siebie, może kupić sobie katalog domu wysyłkowego Neckermanna z ubiegłego sezonu. Egzemplarz niedrogi, a oglądania na parę wieczorów.

wrzesień

Dzień targowy w Budapeszcie

Drażnienie ludzi nie jest moją specjalnością, nie będę więc opisywał zawartości sklepów w Budapeszcie. Dość powiedzieć, że opowieści o węgierskim handlu, które krążą po naszym kraju, są przeważnie zgodne z prawdą. A prawda ta jest, niestety, zupełnie odmienna od naszej handlowej rzeczywistości.

Jedyną dziedziną, w której można robić porównania, jest handel warzywami i owocami. W tym roku także na Węgrzech urodzaj był wyjątkowo dobry, więc stoiska w halach i na targowiskach pełne są towaru. Prawdę mówiąc, były one pełne towaru także w ubiegłym roku, gdy urodzaj był nieco mniejszy.

Wystarczy popatrzeć na lady z papryką: jest żółta, zielona i czerwona, o strąkach dużych i małych, podłużnych i okrągłych, ostra i słodka, suszona, mielona, powiązana w warkocze, nanizana na sznurki, kiszona, marynowana, nadziewana... Tylko miejscowi mogą się w tym wszystkim połapać.

Węgry są jednym z większych europejskich eksporterów jabłek, ale wybór tych owoców był skromny – znalazłem dwie odmiany. Znacznie większy był wybór gruszek, a winogron – również węgierskiej specjalności – na straganach leżały całe stosy. Oprócz owoców spotykanych i u nas można było kupić te bardziej egzotyczne: kasztany jadalne, świeże figi, migdały z łupinami i łuskane. Dużo też było cytrusów, ale to już nie zależy od urodzaju na Węgrzech.

Najuroczyściej kupuje się arbuzy. Trafiłem akurat na pełnię sezonu, więc ceny spadały. Arbuza przed kupnem trzeba ostukać, opukać, zobaczyć, jak rezonuje. Trzeba się spytać, skąd pochodzi. Gdy nam się sztuka podoba, sprzedawca wytnie z arbuza stożek, którego koniec spróbujemy i orzekniemy, czy nie łykowaty, czy słodki, czy świeży. Potem już tylko płacimy i po wszystkim. Sprzedawca uśmiechnięty, bo ma jeden arbuz z głowy i parę forintów w kieszeni.

A ceny? Na ziemniaki od jesieni do wiosny są państwowe, podobnie jak na artykuły mleczne, mięso, drób itp. Na owoce, warzywa, jaja ceny są wolne.

Rozpiętość jest duża, ale nikt z tego powodu do gazet nie pisze. Wystarczy przejść parę kroków i kupuje się taniej. W halach sprzedaje się również inne towary. W stoiskach z rybami towar pływa w skrzyniach i akwariach. Na życzenie sprzedawca wyłowi, zabije i pokroi rybę na filety lub dzwonka. Sprzeda samą głowę, ogony lub jedno dzwonko, jeśli ktoś chce. W stoisku z drobiem można wybrać dowolną część kurczaka – kupić same szyjki, łapki lub kości; w stoisku z mięsem sprzedawca cierpliwie za pomocą topora i noża wycina takie kawałki, jakich klient sobie życzy. Widać, że tamci sprzedawcy, poza liczeniem pieniędzy i ważeniem, zostali nauczeni fachu. Fakt, czasu mają więcej, kartek liczyć nie muszą.

Hale targowe i rynki w Budapeszcie stały się już właściwie atrakcją turystyczną, i to nie tylko dla handlowo nastawionych podróżników. Ich zwiedzanie mogłoby się śmiało znaleźć w turystycznym programie, zwłaszcza że wiele z tych hal to zabytki z końca XIX stulecia. Najstarsze, jak ta przy Bulwarze Tolbuchina, zostały oddane do użytku w 1896 r. na Milenium, razem z pierwszym na kontynencie europejskim metrem budapeszteńskim. Działają one do dziś (metro też), są funkcjonalne i do tego staroświecko eleganckie. Przypominają nieco stylem Halę Mirowską lub Koszykową.

Tłumnie odwiedzają je cudzoziemcy, bo hale mają swój urok: różnokolorowe stosy warzyw i owoców wśród stalowych konstrukcji, niepowtarzalny koktajl aromatów i dźwięków, to wszystko wywiera wrażenie. Dla wielu nawet obserwacja pracy rzeźnika może być ciekawa, zwłaszcza gdy przyjeżdżają z kraju, w którym zamiast rzeźników są sprzedawcy.

Legendarne różnice językowe to przesada. Kolbusz to po węgiersku kiełbasa, a kapusta to kaposzta. Hamburger to hamburger, grill to grill, a hot dog to hot dog. Gdy jeszcze wypijemy szklaneczkę wina w jednej, a może i w drugiej z licznych winiarni – po cenach nawet jak na nasze warunki znośnych – węgierski wyda nam się jeszcze bardziej podobny do polskiego.

Nawet nasze najgrubsze banknoty są podobne. I węgierskie tysiąc forintów, i nasze 5 tysięcy złotych mają podobny zielony kolor nadziei. Obu też patronują muzyczni geniusze. Chopin i Bartók. Gdy się takie banknoty trzyma w garści, wtedy wszystko gra.

1983

luty

Kura za dwa jaja

Wbrew obawom drób przeżył wielką świąteczno-noworoczną rzeź. Drób indywidualny oczywiście. W przemysłowy uderzyło bowiem ostrze represji ekonomicznych. Brojlery, jak każde sztuczne stworzenia, okazały się nieodporne i padły od ciosów supermocarstwa. Ceny nie dla wszystkich są przystępne, może więc lepiej za równowartość dwóch jaj zafundować sobie kurę? W wylęgarniach zaczął się sezon. Można kupować kurczęta. Po paru miesiąca chowu, w czasie których kurczę pełni funkcję zabawki dla dziecka i utylizatora odpadków kuchennych, już jako dorosła kura służyć będzie właścicielom jajem i ciałem, choć nigdy równocześnie. Hodować ją można w ogródkach, na działkach, a nawet na balkonie czy w przedpokoju. Podobnie jak gęś, która – wbrew temu, co o niej mówią przysłowia – nie jest wcale ptakiem nieprzyzwoicie głupim. Już starożytni Rzymianie ją cenili, nie tylko za smak, ale też wierność i czujność. Gąsiątko kosztuje 90 razy mniej niż elektroniczny system alarmowy przeciwko złodziejom. A przy tym nie potrzeba alternatywnego źródła energii, czyli akumulatora. Gęś wiernością i inteligencją dorównuje psu. O ile pies jest wierny do śmierci, to gęś jeszcze dłużej. Korpus, zwłaszcza z jabłkami, może stać się ozdobą stołu, zaś pierze napełni jasiek, który będzie nam przypominać stworzenie przez dobrych parę lat.

Drób drobiem, ale obecnie najwięcej, także na bazarach, mówi się o błękitku[1]. Z dyskusji wyłania się pogląd, że cysta w błękitku jest nieszkodliwa, a więc zdrowa. Jeśli zatem jest zdrowa, to nic nie przeszkadza, by ją jeść. Jeśli ktoś brzydzi się błękitka z cystą, może dać błękitka kotu, zjadając samą cystę.

W najelegantszych restauracjach Nowego Jorku, Londynu czy Paryża jada się rozmaite ślimaki, małże, żaby, szarańcze, mrówki, chrząszcze. Czy nie możemy sobie i my choć raz pozwolić na subtelny posiłek? Chińczycy potrafią wszystko przerobić na smakowite dania, damy radę i my, zwłaszcza że o błękitka w sklepach coraz łatwiej. Najprostsze danie to cysta po polsku, czyli cysta z „Czystą”.

marzec

Na Wielkanoc

Dziś świąteczna przerwa w lataniu po bazarach i targach. Trzeba podszkolić się z teorii. Ceny rosną, więc dobrze wiedzieć, co się kupuje.

W starych książkach kucharskich i poradnikach można znaleźć rozdziały poświęcone tak pasjonującym zagadnieniom jak „Najprostsze sposoby oceny i wykrywania zafałszowań artykułów żywności dla celów domowych”, „Rozróżnianie masła od margaryny”, „Poznawanie starego drobiu przy zakupie”, „Badanie zafałszowanych pierzy” itp.

Będą więc cytaty z kilku starych książek kucharskich, w których nie uchowała się ani okładka, ani spis treści, a autora trudno ustalić oraz z L.A. Janika „Skarbnicy wiedzy” – podręcznika „chemiczno-technicznego do fabrykacji artykułów pierwszej potrzeby dla chemików, drogerzystów, fabrykantów i wszystkich innych interesujących się tanią fabrykacją”. Zawiera on 8 tysięcy przepisów niezbędnych dla każdego domu, kupca, rzemieślnika i rolnika. Część rad zaczerpnąłem z „Poradnika Związku Pań Domu”, który obejmuje wszystkie działy gospodarstwa domowego.

Oto porady, z których większość może się przydać teraz, mimo że radzono je klientom i gospodyniom zaopatrującym się w zupełnie innych niż dzisiejsze sklepach i na bazarach.

Każdy drób jest najlepszy, gdy jest młody i tłusty, zaś drób stary może być użyty tylko na potrawkę i na rosół. Kurę młodą można poznać po grubości szyi i nóg. Jeżeli szyja i nogi są cienkie – kura jest stara. Najlepiej to można poznać po oskubaniu.

Jeżeli ostrogi u koguta są bardzo twarde, łuski na nogach kur są szorstkie i pazury tępe i zniszczone, to można kurę uważać za starą i nie poszukiwać dalszych oznak. Stare gęsi i kaczki poznaje się po mocniejszych piętach, grubszej skórze między palcami i twardszych dziobach, stare indory po czerwonych nogach i silniejszych gąbczastych grzebieniach na głowie i pod gardłem.

Świeżość jaj poznajemy w ten sposób, że trzymane pod światło powinny być przejrzyste, a jeżeli okazują plamy, są na pewno nieświeże. Również można poznać świeżość, gdy przy wstrząsaniu jaja odczuwa się uderzenie jego zawartości o skorupkę – takie jaja są nieświeże, w świeżym żadnego ruchu się nie czuje.

Włożenie jaja do roztworu soli o określonej gęstości poleca „Skarbnica Wiedzy”. Na naczyniu zawierającym roztwór soli umieszcza się podziałkę w ten sposób, aby można było odczytać nachylenie jajka do poziomego położenia. Można wówczas określić wiek jajka prawie z dokładnością do jednego dnia. Świeżo zniesione jajko leży poziomo na dnie naczynia, 3-5-dniowe jajko pokazuje podniesienie tępego końca w ten sposób, że jego podłużna oś tworzy z poziomem kąt 20°. Kąt 8-dniowego jajka powiększa się do 45°, przy 14-dniowym do 60°, przy 3-tygodniowym aż do 75°, a jajko mające już miesiąc pływa w ten sposób, że oś jego zajmuje pionowe położenie (ostrym końcem na dół).

Dostawcy zwykle fałszują mleko – aby rozpoznać, czy w mleku nie ma wody lub mąki, należy wpuścić do mleka parę kropli jodyny. Jeżeli jest domieszka – mleko zabarwi się na kolor niebieski. Łatwym sposobem można również zbadać, czy mleko jest tłuste, czy liche: wpuścić do szklanki wody kroplę mleka, jeżeli kropla zaraz się rozpłynie i nie pozostawi śladu, to mleko jest liche, jeżeli pozostawia w wodzie smużkę, to mleko jest dobre.

Dobre masło powinno mieć jednostajny kolor bez plam, smug, a zapach przyjemny. Kolor żółty ma tylko w lecie. Jeżeli w maśle jest domieszka mąki lub ziemniaków, natenczas, gdy do gotującej wody wrzucimy kawałeczek masła i po roztopieniu zdejmiemy tłuszcz łyżką, a do pozostałej wody dodamy kilka kropli jodyny, to jeżeli były w maśle domieszki, opadną one na dno i będą mieć barwę niebieską.

Ser dobry powinien być biały, tłusty i niekwaśny, dający się łatwo krajać bez kruszenia. Gdy ser podczas krajania kruszy się, jest dowodem, że został sporządzony z mleka odciąganego.

Dobrą mąkę poznaje się, gdy w dotknięciu odczuwa się jako miałki, suchy proszek. Ściśnięta skupia się, lecz potem zaraz rozsypuje, gdyby pozostała skupiona – znaczy to, że nie jest sucha. Domieszki w mące można zauważyć po kolorze niebieskawym lub czerwonawym i po plamkach widocznych najlepiej na wyrównanej powierzchni mąki. Mąka zepsuta staje się po zwilżeniu ciemniejsza, tworzy grudki i przy dotknięciu przylepia się do ręki. Mąka o smaku gorzkawym lub o woni stęchlizny jest nie do użycia i dla zdrowia szkodliwa.

Ryby powinny być świeże, a przynajmniej zupełnie świeże, co poznaje się po wypukłości oka, czerwoności skrzeli i jędrności skóry. Ryby nieświeże mają skrzela szaro-czerwone lub żółtawe, łuski pokryte śluzem lub wyschnięte, oczy zapadłe, wrzucone do wody – pływają na powierzchni. Ocena śledzi polega na stwierdzeniu, z którego roku po połowie pochodzą. Śledzie w drugim roku po złowieniu mają mięso lekko różowe, a w trzecim – czerwone i miękkie. Śledzie stare nie powinny znajdować się w handlu.

W ten sposób wiemy już, co jest dobre, choć żyjemy w czasach, gdy wszystko dobre, co jest.

czerwiec

Raz na czarno

Zielony rynek stał się rynkiem konsumenta. Możemy sobie przebierać, wybierać i kupować, co nam się podoba. Podaż wyprzedziła popyt, więc ten ostatni dopingowany jest malejącymi cenami. Taki doping jest dopuszczalny. Na czarnym rynku też mocuje się popyt z podażą. Popyt występuje jednak w wadze superciężkiej, a podaż w papierowej, to znaczy tylko na papierze. W grze udział bierze jeszcze jeden zawodnik – kartka. Regulując podaż, zbiera punkty dla popytu. Taka jest teoria, ale w praktyce bazarowy byt sprawia wrażenie pełnego luzu i dostatku.

Na Różyckim życie płynie od remanentu do remanentu. Jak nigdzie indziej, odbywają się one szybko i sprawnie. Ekipy spisowe wspomagane milicjantami robią swoje i wychodzą, zabierając superaty oraz duże ilości często występującego tam bezpańskiego towaru. Aż dziw, że przeciętny przechodzień nigdy nie ma szczęścia i nie znajdzie leżących bezpańsko pęt kiełbasy, butelek piwa czy schabowych... A kontroler wchodzi na bazar i już po paru minutach musi szukać właścicieli zgub. Tak nam społeczeństwo sporządniało. Jeszcze niedawno, gdy człowiek wchodził na bazar, trzymał się za kieszeń, torbę, portfel, czapkę, żeby mu nie zniknęła, a teraz ktoś zapomni zabrać skrzynkę piwa i nikt jej nie rusza. Cudze – święte. Zupełnie jak w Szwecji przed wojną.

W czasie remanentów obrotni handlowcy podlegają punktacji. Komisja wręcza kartki – ani żółte, ani czerwone, za to zadrukowane. Wyróżniony płaci od razu albo potem. Co wybitniejsze jednostki oceniane są przez jury, które może przyznać nawet kilkanaście miesięcy korzystania z uspołecznionego wiktu.

Gdy komisji nie ma, rynek funkcjonuje w miarę normalnie. Można na nim kupić prawie wszystko. W dziale żywnościowym znikło ostatnio masło. Dobiło je zniesienie kartek. Ten sam los spotkał papierosy, mydła i proszki. Mniej niż przed paroma miesiącami jest gorzałki, a jej cena zależy od pory dnia i nocy. Według badających ceny jest tańsza niż przed zniesieniem reglamentacji. Kto woli trunki szlachetniejsze, kupuje wino. Najlepiej z jabłek rosnących na południowych gałęziach. Mocno trzymają się też ceny piwa. Za standardową flaszkę płaci się jak przed rokiem.

W branży mięsnej sztuka handlu osiągnęła dobry poziom międzynarodowy, a nawet go wyprzedziła. Na Zachodzie towar trafia do domu po uprzednim zamówieniu, u nas też można mieć przyniesione do domu, tyle że bez zamówienia. Firma „Baba”[2] wie, co komu potrzeba. Jeśli ktoś na babę czekać nie chce, idzie na bazar i płaci co najmniej dwa razy drożej. Musi jednak znać miejsce, umieć zagadać, wyglądać na mającego pieniądze i rzeczywiście je mieć. Przy okazji razem z wieprzowiną może nabyć trychinellozę, której stadium II (mięśniowe) – jak informuje czterotomowa Encyklopedia Powszechna PWN – trwa 5 i więcej tygodni, a objawia się gorączką, zaparciami, biegunkami, bólami oraz sztywnością mięśni, wysypką skórną, obrzękiem powiek i śledziony. Równie wrażliwe na włosienie są małpy, ale psu one nie szkodzą... Na koniec lektury. Zdrożały wydawnictwa typu „Playboy”, „Playmen”, „Penthouse”. Kto woli silniejsze wrażenia, może je mieć za naprawdę niską cenę, kupując używaną książeczkę z serii „Tygrys”.

sierpień

Na Okęciu jak w Paryżu

Jeśli zgodzić się z Tymi i Owymi, zieleniak przy rue des Mousquetaires, czyli ul. Muszkieterów na Okęciu, powinien być stałym punktem objazdów turystycznych „Warsaw by Night”. Niestety, takich nocnych objazdów naszej stolicy nikt już nie urządza. Nie wiadomo, czy biurom turystycznym zabrakło inwencji, czy chętnych. Zawsze jednak możemy zwiedzać indywidualnie.

W programie takiej wycieczki są najpierw nocne lokale, a dopiero potem folklor. Lokal, w którym dobrze jest być widzianym, to Czarny Kot w „Victorii”. Początek przy muzyce, zdolnym iluzjoniście, zgrabnych tancerkach od dziesiątej wieczorem. Przed podróżą jedzenie skromne i umiarkowane. Bażant lub kaczka, potem francuski szampan. Wcześniej można wpaść do „Europejskiego” na koniaczek „Courvoisier”, winiaczek „Luksusowy”, choć krajowy lub – dla zwolenników tradycyjnych produktów naszego monopolu – kieliszek „Wyborowej”. W ten sposób będziemy przygotowani do zagłębienia się w nawet najbardziej wstrząsający folklor.

Bazar przy Muszkieterów na Okęciu jest zwany z angielska giełdą kwiatową. Turystów wita tam zapach rzadko już spotykany – znany w anglosaskim świecie jako exotic smell of horse urine – mocno zmieszany z wonią benzynowych spalin. Obok barek, w którym przez całą noc serwuje się specjały polskiej kuchni, jak herbata, oranżada, bigos, kaszanka, a wszystko po cenach konkurencyjnych wobec Czarnego Kota i Europejskiego. Ale prawdziwy turysta nie konsumuje, turysta podziwia i wchłania.

W nocy z czwartku na piątek obcokrajowiec mógł stwierdzić, że jesteśmy krajem zasypanym śliwkami, jabłkami i gruszkami, a w branży warzywnej marchwią, pomidorami, ogórkami, cebulą i ziemniakami. Trudno jednak cudzoziemcom wytłumaczyć, dlaczego jest to jedyne miejsce w Warszawie i jedno z niewielu w kraju, gdzie stosuje się takie miary jak kopa, mendel, tuzin. Tubylców też to dziwi.

Kto chce, robi zakupy i po chwili turyści mogą się przenieść na targowisko kwiatów, odległe o kilkaset metrów. Na Łopuszańskiej róg Krakowskiej towaru mnóstwo. Kobietom kupujemy więc kwiaty, nie żałując na pęk mieczyków, oficjalnie uznawane goździki, cenione alstromerie czy wytworne anturium.

Gdy blady świt rozproszy noc, uczestnicy wycieczki zastanawiają się, co zrobić z pochopnie zakupionymi skrzynkami tanich śliwek (4 dolary po kursie oficjalnym) czy pomidorów (3 dolary po kursie jw.), po czym rzucają w przechodzące niewiasty naręczami kwiatów (dwa centy za sztukę) i idą spać.

Kobiety obrzucone kwiatami właśnie idą po zakupy. Na Mokotowie najtaniej jest na bazarze przy ul. Ludowej, gdzie w piątki zjeżdżają się okoliczni włościanie i działkowicze. Owoców i warzyw tu dostatek, a ceny elastycznie reagują na nastrój klientek i klientów też. Ceny bazarowe są mniej więcej na poziomie cen w sklepach, choć często dopiero przy straganie można dostrzec subtelną różnicę między dniem (detalicznym) a nocą (hurtową).

Kto wziął w dłoń liczydła lub kalkulator, może sobie policzyć, czy warzywa i owoce są w tym roku tańsze, czy też tak samo drogie jak lat temu trzydzieści. Liczenia będzie miał na całą sobotę i niedzielę. Kogo te działania nie zmogą, może wygarnąć, co myśli o zielonym rynku, rynku bazarowym i targowym życiu, dzwoniąc osobiście z niedzieli na poniedziałek do radia. Dzień Targowy został zaproszony do programu nocnego, po raz pierwszy i ostatni prawdopodobnie, więc okazja wyjątkowa. Do usłyszenia.

wrzesień

Deficyt do Ameryki

Jarmarki końskie mają u nas długą tradycję. Do tych młodszych należy Janów Podlaski, gdzie od 14 lat handluje się końmi. Tamtejszy jarmark ma co prawda elegancką nazwę Polish National Arabian Horse Show, ale skoro konie są, kupcy są, przebicie i litkup też, to jest i jarmark.

Po czym poznać araba? Po pierwsze, powinien być prawidłowy – musi więc mieć skatowane, proste nogi, odpowiednią kłodę (po ludzku tułów), ma być nie za długi, nie za krótki, nie za wysoki i nie za niski, trochę mniej niż 1,5 m w kłębie. Ma mieć równy grzbiet, równy krzyż, odpowiedni zad, szyję najlepiej łabędzią, niedużą głowę, szerokie czoło, wyraziste oczy. No i jeszcze metrykę oraz drzewo genealogiczne. Im dłuższe korzenie, tym lepiej. Nasze konie mają udokumentowane rodowody sięgające prawie dwustu lat. To jedne z najstarszych na świecie. Najdłuższa czynna linia żeńska wywodzi się od klaczy Szwejkowskiej urodzonej w Sławucie w 1800 r. Trzeba więc wiedzieć, kto mamusia, a kto tatuś, dziadek, praszczur, pardon, prakoń. O ideał trudno, a jeśli się trafi, jest to egzemplarz bezcenny. Chyba że cena sięgnie miliona, dolarów, oczywiście. Tyle zechciał zapłacić dwa lata temu Armand Hammer za El Paso.

Na janowski jarmark zjechali się kupcy z zachodniej Europy, Arabii Saudyjskiej, Egiptu i z USA. Przez trzy dni mogli chodzić po stajniach i pastwiskach, oglądać, podglądać, porównywać. Konie też oglądały kupców, pokazywały, przy pomocy masztalerzy, co mają najlepszego. Gdy już wszyscy wszystko zobaczyli, zaczęła się część najważniejsza – aukcja.

Koń arabski to koń królewski, więc sprzedaje się go elegancko. W cyrkowym namiocie, w świetle jupiterów, na specjalnym ringu, przy dźwiękach orkiestry. Kupcy siedzą na trybunie, obok liczna publiczność. Wśród niej pracownicy stadnin, koniarze amatorzy oraz ci, którzy lubią wielki świat. Orkiestra gra „Song o Mackie Majchrze” i wbiegają pierwsze konie. Na początek pokaz tego, co mamy, ale nie sprzedamy. Dla zanęcenia. Potem mistrz ceremonii, aukcjoner Marek Grzybowski, bierze młotek do ręki i poszły konie po... trocinach.

Głos aukcjonera namawia, kusi, pieści, proponuje. Raz rytmicznie jak w dyskotece, potem łagodnie, aksamitnie, przechodzi w trel, proponuje jeszcze tysiąc dolarów więcej, jeszcze tysiąc i jeszcze – i mamy 40 tys. Potem koń drugi, trzeci. Ten trzeci to Wenera championka, najpiękniejsza, praprapra... wnuczka Szwejkowskiej. Cena wywoławcza 100 tys., zaraz potem 125, 140. Aż koń zarżał. Pierwsze 150 przyszło bez wysiłku, ale potem jakby się zacięło. Mike, daj 153 – namawia prowadzący licytację, ale Mike nie chce. Nie szkodzi, da ktoś inny. Już jest 190. 195, 198, 200. Mamy 200 tysięcy, zawiadamia publiczność prowadzący. Burza oklasków. To jedyne miejsce, w którym można zobaczyć, jak się ludzie cieszą, że do państwowego skarbu kapią twarde.

Prowadzący ma coraz trudniejsze zadanie, cena skacze już tylko po tysiąc dolarów, a on namawia, przeciąga, powtarza rytmicznie sumy. Orkiestra gra „Lekką kawalerię”. W końcu 216 tys. po raz pierwszy, po raz drugi i młotek spada na pulpit. Sprzedana. Orkiestra tusz. Publiczność klaszcze. Kupiła pani Patty z USA. Kwiatki dla Patty, umowa do podpisania, gotówka do zapłacenia. Interes udany, taca z drinkami dla klientów. Jednym „Polonez” na rozgrzewkę, innym mineralna dla ochłody.

Stefanie Powers (Federkiewicz) to niejedyna amerykańska gwiazda filmowa, która polubiła konie z Janowa Podlaskiego, ale pierwsza, która podarowała konia Lechowi Wałęsie

Potem wbiegają następne konie. Masztalerze zwijają się jak w ukropie, pokazują konie z przodu, z tyłu, kłusują. Machają przed nosem klaczy bacikiem z chwostem, posypują trocinami, a klacze wyciągają szyje, żeby pokazać, że są naprawdę łabędziowate, że profil wyrazisty, a główka niewielka. Rżą od czasu do czasu, choć nie wiadomo, czy z aprobatą, czy z lekceważeniem. Wszyscy się starają, nie szczędząc potu. Poci się koń, poci masztalerz, poci prowadzący, pocą kupcy. Emocje jak na „Wejściu smoka”.

Co pewien czas młotek wali w pulpit i już koń wie, co go czeka. Siwa Zorka, której dziad został podarowany przez Nasera Chruszczowowi, pojechała za 61 tys. za ocean, Rohatyna za 60 tys. powędruje do Holandii, Elta za 137 tys. do USA, natomiast Gorgona z paroma innymi klaczami zostaje w domu, co też przyjmuje z rżeniem.

Te, które jadą do Stanów, czeka często kariera aktorska. Show koni arabskich to tam elegancka rozrywka. Pójdą do pedicure, ondulacji, strzyżenia, zrobi się masaż, wykąpie w ekstraszamponie, natrze brylantyną i tonikiem, wyszczotkuje, ufryzuje, wyśle na dietę, przyzwyczai do świateł rampy – i na konkurs najpiękniejszej. Tak jak legendarny Bask, który dorobił się (to właściwe słowo) 1043 źrebiąt, a z nich ponad 300 zostało championami USA i Kanady.

Obok licytacji toczy się też silent sale – cicha sprzedaż. To jedyna w Polsce dopuszczalna forma cichej sprzedaży. Doświadczenia z pralkami, meblami, dywanami, samochodami kończą się w sądzie lub przed komisją antyspekulacyjną. Z końmi jeszcze się udaje. Tu silent sale polega na tym, że kupcy po otrzymaniu listy koni i cen wywoławczych proponują ceny. Na tablicy co pewien czas pojawiają się aktualne notowania opatrzone numerem kupca. Umieją go rozszyfrować tylko jego właściciel i prowadzący.

Na tablicy zmiany co godzinę. Największe wzięcie ma Deficyt. Najpierw dają zań 125 tys., po godzinie 250, a w końcu 609 tys. dolarów. Kupili go – nazwiska ujawnia się w finale – Dick Peterson i Leonard Skeggs z USA.

Gdyby tak każdy deficyt można było korzystnie sprzedać! Wtajemniczeni mówią, że dorasta już ogier Kryzys i klacz Inflacja.

Podróże nie tylko kształcą

Kto pomyślał, że sezon truskawkowy już za nami, jest w błędzie. Na Różyckiego można je było w piątek kupić bez kłopotów po cenie wczesnomajowej. Kto apetyt miał nieodparty, a kiesę pustawą, mógł pojechać na targ do Nowego Dworu i kupić je tam za pół ceny. Zarobił na każdym kilometrze odległości między bazarem a targiem. Ale to nie koniec! Kolejna nowość tego letnio-jesiennego sezonu to orzechy włoskie i laskowe. W Nowym Dworze są o tyle tańsze niż w Warszawie, że zarobimy na drogę powrotną.

A jeśli mamy chwilę wolnego, możemy skoczyć w lasy bieszczadzkie. W ich niższych partiach oraz w Beskidzie Sądeckim i na Roztoczu o tej porze roku uda nam się z pewnością zebrać wory orzechów. Gratis. Przy skąpej w opady pogodzie, gdy grzybów brak, szukanie orzeszków może dać maksimum satysfakcji przy minimum wysiłku.

Cierpiący na chorobę lokomocyjną mogą zarabiać na podróżach po ulicach warszawskich. Od prywatnej budki do sklepu spółdzielczego, od bazaru drogiego do taniego, od Bródna do Polnej itd. Oczywiście takie chodzenie z korzyściami, wynikającymi z różnic cen, możliwe jest tylko tam, gdzie pod dostatkiem towaru.

Dawno nie zaglądaliśmy na półki, a raczej płachty z książkami. Są nowości. Wśród ksiąg mających na celu kształcenie ducha znalazłem „Chiromancję”, „Sennik Egipski”, „Karma jogę – o przemianie człowieka”, „Potęgę hipnotyzmu i spotęgowanie energii”, „Najważniejsze proroctwa i przepowiednie”, „Pozycje miłosne”, „Wróżenie z kart, czyli kabałę perską na każdy znak Zodiaku”. Są dzieła dla dbających o zdrowie: „Kuchnia jarska”, „Moje widzenie świata – powrót do ziół”, „Leczenie końcami palców” i „Bardo-Thopol, czyli tybetańska księga śmierci”. Ci, którzy ducha już wykształcą, mogą pomyśleć o wykorzystaniu go w praktyce. Dla nich „Podstawy radiestezji” oraz podręcznik „Poszukiwania wód podziemnych i złóż mineralnych przez różdżkarzy i wahadlarzy”. Z tekstu wynika, że wahadlarzem może zostać każdy, jeśli tylko pracuje nad sobą. Wyższość ducha nad ciałem wynika z ceny. Księgi, które pomagają połączyć siłę woli i siłę uderzenia, kosztują pięć razy drożej. Jest do nabycia „Sztuka rozciągania i kopnięcia”. Przy pomocy tych ksiąg można opanować „Paraliżującą sztukę Kung-fu” lub „Best karate”, nauczyć się „Podcięć w systemie karate, judo i samoobronie”. Dla wtajemniczonych przeznaczona jest „Żelazna ręka”, ale dla kogo podręcznik „Lepkie ręce”?

październik

Oko w oko z Wranglerem

Z mister Wranglerem znamy się od lat. Przeszliśmy razem erę obcisłych rur, potem erę rur szerokich, erę dzwonów, potem wróciliśmy do rur obcisłych. Następnie z powodów kryzysowych moje związki z Wranglerem osłabły, zwłaszcza że upodobania zmieniały mi się wolniej niż moda.

Wrangler już beze mnie, acz z innymi miłośnikami przeszedł przez wiele modo-er, ostatnio pastwiąc się nad panienkami, którym każe zakładać ni to pumpy, ni to bryczesy.

Niedawno Mister W. postanowił odświeżyć kontakty i zaprosił mnie na pokaz tego, co się będzie nosić. Pokaz odbył się w „Victorii”, gdzie oznajmiono nam (było kilkudziesięciu dziennikarzy) że „znowu nadchodzi czas, gdy będziemy nosić ubiory w tonacji spokojnej, spłowiałej, nieprzeładowane dodatkami, z tkanin dających czysty i schludny wygląd”. Ucieszyło mnie to niezmiernie, bo od dawna już noszę się w tonacji spokojnej, spłowiałej, z tkanin dających schludny wygląd, choć z tym ostatnim miewam kłopoty.

Od przyszłej wiosny modne więc będą ubiory w stylu morskim, na który złożą się stroje dla całej załogi – od chłopca okrętowego do kapitana. Zaprezentowali te stroje – w paski niebieskie, granatowe, czarne i inne – cztery panie i jeden pan. Wszyscy w białych okrągłych czapeczkach na głowach. Inny obowiązujący styl to w pustyni i w puszczy. Cztery sztuki Nel i jeden Staś mieli na sobie ubiory „militarne, łączone z elementami strojów poszukiwaczy przygód” – jak napisano w informacji prasowej. Góra w stylu wojskowej kurtki polowej, przypominająca strój myśliwych i łowców przygód, dół dostosowany do warunków pustynnych – z licznymi kieszeniami oraz guzikami z pętelką. Nel była w bereciku, Staś w ciemnych okularach, z apaszką na szyi, za to bez fuzji i korkowego kasku. Kolejny – trzeci już – kierunek to styl akademicki: „sportowy, tradycyjny, inspirowany ubiorami gimnastyków, bokserów, biegaczy, szermierzy”, a wszystko uszyte „z tkaniny schludnej, o splocie gabardyny i szarego drelichu”. Panienki nosiły okulary i kupę zeszytów pod pachą.

Mister Wrangler pokazał, co miał do pokazania, a mnie ucieszyła wiadomość, że modne będą nadal portki, które noszę od kilkunastu lat. Każdy jednak chciałby być supermodny. Spodobały mi się drelichy, pojechałem więc do sklepu Wranglera na Stawkach. Od zakupu odstraszyła mnie kolejka co najmniej taka jak po żółty ser. W czwartek był ostatni dzień sprzedaży z bonifikatą. Ceny od kilkunastu do 96 dolarów[3] nie odstraszały mnie z prostego powodu – braku środków. Jak się nie ma, co się lubi, to się jedzie na Pragę. Na bazarze Różyckiego modne drelichy już są, i to za złotówki. Kupiłem więc gustowny drelich – bluza plus gacie z gumką w pasie i w nogawkach, ale to nie wszystko. Do tego metkę skórzaną na portki, metkę płócienną z haftowaną nazwą Wrangler i jeden guzik-nit też z napisem Wrangler. W sprzedaży hurtowej stosowany bywa upust. Jako dodatki nabyłem rękawice drelichowe, buty gumowe i spodnie waciaki.

Kto nie jest tak uzdolniony jak ja i dolarów – jak ja – też nie ma, może kupić za złotówki wyroby z metką Wranglera, Levi’sa, Lee i innych dżinsowych firm. Mister Wrangler zwierzył się na spotkaniu, że Polska jest potentatem w podrabianiu jego strojów. Nie ma takiego innego kraju, w którym niby-wranglery są tak masowo produkowane. To z jednej strony przyjemność dla firmy. Nikt przecież nie podrabia paragwajskiej guarani, natomiast dolary owszem. Z drugiej strony firma ponosi straty, więc zaczęła gonić naszych krajowych producentów do sądu. Pierwsza sprawa już niedługo wejdzie na wokandę, następne się szykują. Pozwać można producentów, pośrednika i handlowca. Sędziowie zacierają ręce. W ten sposób do różnych plag dręczących nasz drobny prywatny rzemieślniczy przemysł doszedł jeszcze ucisk wielkiego kapitału.

Wiadomością, która wprawiła rzeszę dziennikarzy w osłupienie, było oświadczenie, iż Wrangler nie wie, co to są rozmiarowzrosty[4]. U nas całe instytuty badawcze pełne antropologów i odzieżowców zajmują się tym skomplikowanym problemem i opracowują setki rozmiarowzrostów, mając nadzieję, że już, już odkryją sposób na to, by spodnie pasowały na tego samego osobnika, na którego pasuje kurtka. Tymczasem Wrangler nic o tym nie wie! Jak klienci się dowiedzą, nie będą chcieli kupować jego portek.

listopad

Jan, Jerzy i... śledzie

Jan D. kupił w Darłowie śledzie. Śledzie świeże po 25 zł za kg – podaje „Głos Pomorza”. Dogadał się z Jerzym T., który kupił 2 tony soli i wynajął pomieszczenie u gospodarza pod Koszalinem. Jan D. dostarczał śledzie, a Jerzy T. solił je w beczkach. Potem dogadali się z pewnym kierowcą „Łączności”, który woził powietrze do Warszawy. Teraz woził beczki pełne śledzi. W Warszawie ryby poszły do hoteli i restauracji po 32-35 zł za kg. Proceder – pisze „Głos Pomorza” – wyszedł na jaw. Sprawa poszła do sądu, a Jerzy z Janem do pudła. Na dwa lata! Do tego zapłacili 130 tys. zł grzywny. Okazało się bowiem, że śledzi było 9680 kg, o wartości wyjściowej 145 tys. 200 zł.

Liczmy. Dwaj obywatele zainwestowali 14,5 tys. w śledzie. Kupili 2 tony soli – 12 tys. zł. Kupili też około 100 beczek. Beczka w nieoficjalnym obrocie kosztuje nie taniej niż 400 zł, co daje 40 tys. zł. Zapłacili za pomieszczenie i za transport, wykorzystując pustostany samochodowe. Też pewnie parę tysięcy. Zawieźli te nieszczęsne śledzie do Warszawy i sprzedawali je. Uwaga! Po 32 zł za kilogram! W Warszawie! Obrazili art. 221 kk. W tym czasie telewizja grzmiała: Kto odbierze ryby z portów? Rybacy zaś płakali w kamerę, że takie dobro się marnuje. Komisje jeździły, Centrala Rybna tłumaczyła, ogonki przed sklepami złorzeczyły.

Jeden dyrektor pojechał na prowincję. Kupił tam niechciane materiały po trzeciej przecenie i leżakowaniu w magazynach. Przywiózł je do Warszawy, przerobił na jakieś łaszki i sprzedawał. Każda złotówka dawała mu ponad 10 innych złotówek. Na czysto. Telewizja, prasa, radio nadziwić się i nachwalić nie mogły. Jaki operatywny, jaki prężny. Awansować. A Jan i Jerzy do pudła.

Kartki obowiązywały każdego,nie wyłączając pracowników ambasad

„Głos Pomorza”, komentując za sądem, niestety, serio, wybryk Jana i Jerzego, pisze: „Oskarżeni dopuścili się przestępstwa spekulacji w okresie pogłębiającego się kryzysu gospodarczego. Wykorzystali trudną sytuację rynkową dla uzyskania dochodów kosztem innych. Takie postępowanie spotyka się z powszechną dezaprobatą społeczeństwa i musi się spotkać z należytą represją”.

Pewien prezes kupił owoce pod Grójcem, przewiózł je 100 km i zarobił na nich dwa razy tyle, ile zapłacił. Dostał pochwałę przed frontem i dyplom. A Jan i Jerzy do pudła. „Przestępstwo spekulacji – komentuje dalej „Głos Pomorza” – jest zamachem na planową dystrybucję towarów wśród konsumentów”.

Znałem jednego sędziego, który mając na względzie planową dystrybucję masy rybnej, przestał w ogonku pięć godzin i dostał ucho od śledzia. Zakąszał żółtym serem. A Jan i Jerzy w pudle.

Walonki wróżą zimę

W Myszyńcu po świętym Marcinie jest jarmark słynny na całą okolicę. Tegoroczny przypadł tuż przed nadejściem mrozów, więc ludność tubylcza, wiedziona przedziwnym instynktem, chętnie kupowała ciepłe okrycia.

Dużym powodzeniem cieszyły się płaszcze w kolorze marengo z kołnierzem szalowym z nutrii, podbite kocem. Mój kolega z akademika Boluś zawsze marzył o tym, by po skończeniu mikrobiologii wrócić na wieś z dyplomem magistra w takim właśnie paletku. Jak przekonywał sprzedawca, naciągając fałdy na plecach klienta, taki płaszcz budzi szacunek, można się w nim pokazać w teatrze, na zebraniu i zabawie. Człowiek jest wprost kulturalny – zapewniał.

Do płaszcza konieczna jest czapka, najlepiej też z nutrii. Czapka nie tylko chroni głowę przed zimnem, słońcem i wiatrem. To także przedmiot, dzięki któremu można wyrazić podziw, uniżoność czy lekceważenie. Oczywiście, trzeba dobrze się zastanowić, przed kim zdejmować czapkę, a przed kim nie. Nie mam jednak żadnych wątpliwości, że bez czapników żaden jarmark się nie obejdzie.

Na targowisku pojawiły się także walonki. Wraz z szybkimi odlotami ptaków i sennością borsuków wróży to – według starych Kurpiów – wczesną i ostrą zimę. Walonki są z czarnego i szarego, wełnianego ponoć, filcu. Moja ekspertka, która testowała walonki w strefie silnych mrozów, orzekła, że te nasze nie mają wiele wspólnego z klasycznymi, w których jest ciepło nawet wtedy, gdy para zamienia się w szron. W naszych rodzimych walonkach szyku zadać nie można, choć nie trzeba na nie talonów, a poza tym ceny niewiele wzrosły od ubiegłej jesieni.

Choinek jeszcze nie ma, ale trzeba zacząć poszukiwanie prezentów, które znajdą się pod drzewkiem. Na targach i jarmarkach można czasem kupić prawdziwe okazy sztuki ludowej – piękne chusty z białej wełny po kurpiowsku dziergane czy elegancko wymalowane kozy z ciasta. Bliżej Warszawy kupimy wiele innych ludowych zabawek: bogato zdobionego drewnianego rumaka na biegunach, konika z wózkiem, ptaszka donośnie klaszczącego skrzydełkami, jazgoczące kółko, kołatki, gwizdki, fujarki, pukawki i wiele innych naprawdę tanich przyrządów, które zapewnią nam ciche, miłe i wesołe święta.

grudzień

Zastrzyki rynkowe

Rynek dostał kolejny zastrzyk. Tym razem wstrzyknięto mu kalesony i podkoszulki. Do sklepów nie chodzę i nie wiem, czy tam je widać, ale na bazarze Różyckiego kalesonów zatrzęsienie. Same ceny grzeją. Eleganckie egzotyczne kalesony chińskie są najdroższe, kalesony europejskiej proweniencji nieco tańsze. Podkoszulki podobnie.

Na bazarze odczuwa się też ślady innych rynkowych zastrzyków, co oznacza, że święta tuż-tuż. Grejpfruty i cytryny były już w sklepach, a teraz są na targowiskach. Do tradycyjnych zapowiadaczy świąt należą zające, które coraz częściej zaczynają pojawiać się w miastach. Zwierz ten, zazwyczaj szybko harcujący po polu, w mieście spędza czas, przeważnie wisząc jak nietoperz głową w dół przyczepiony za nogi do balkonu.

Coraz więcej jest też indorów, gęsi i kur. Zupełnie jakby nie wiedziały, że kryzys nie minął i że nadal nie ma czym drobiu paść. Jadą do miasta sztuki dorodne i niewyrośnięte, z pierzem, bez pierza, z trzewiami i bez. Ceny jakby nieco spadły.

Sylwester ’83

Kto na złoto, kto na szaro