Wydawca: Jaguar Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 413 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dzień, który zmienił wszystko - Catherine Ryan Hyde

Pewnego ranka Nathan McCane, bezdzietny mężczyzna w średnim wieku znalazł porzucone w lesie niemowlę. Marzeniem mężczyzny stało się adoptować chłopca, jednak los chciał inaczej... To babka dziecka uzyskała prawo opieki nad wnuczkiem. Nathan jednak wymógł na niej obietnicę - pewnego dnia kobieta przyprowadzi do niego dziecko, a wtedy on wyjaśni mu, kto go ocalił.

Piętnaście lat później owdowiały Nathan znajduje porzuconego chłopca raz jeszcze - tym razem na własnym progu. Nat, bo tak go ochrzczono, wyrósł na ponurego i niedostępnego nastolatka i jego babka nie jest w stanie dłużej go znosić. Nathan zgadza się przejąć opiekę nad młodzieńcem, wiedząc, że czeka go ciężka walka o miłość i zaufanie. Nat boi się porzucenia, a starszy mężczyzna zrobi wszystko, by udowodnić chłopakowi, że nigdy, ale to przenigdy nie usunie go ze swego życia. Nawet jeśli przyjdzie mu zmierzyć się z demonami przeszłości.

Opinie o ebooku Dzień, który zmienił wszystko - Catherine Ryan Hyde

Fragment ebooka Dzień, który zmienił wszystko - Catherine Ryan Hyde

Ca­the­ri­ne Ryan Hyde.

Dzień, który zmie­nił wszyst­ko.

Przełożył Grze­gorz Ko­mer­ski.

Tytuł ory­gi­nału: When I Fo­und You

Re­dak­cja: Ewa Ho­le­wińska Skład i łama­nie: EKART

Pro­jekt okładki: Jo­an­na Wa­si­lew­ska.

Zdjęcie chłopca: © Olga Olej­ni­ko­va | Dre­am­sti­me.com.

Kra­jo­braz: co­py­ri­ght © Pi­ko­li | Dre­am­sti­me.com.

Text co­py­ri­ght © 2013 Ca­the­ri­ne Ryan Hyde.

Pu­bli­shed in the Uni­ted Sta­tes by Ama­zon Pu­bli­shing, 2013.

This edi­tion made po­ssi­ble un­der a li­cen­se ar­ran­ge­ment ori­gi­na­ting with Ama­zon Pu­bli­shing, www.apub.com

Po­lish lan­gu­age trans­la­tion co­py­ri­ght © 2014 by Wy­daw­nic­two Ja­gu­ar Sp.Jaw­na.

ISBN 978-83-7686-304-7

Wy­da­nie pierw­sze, Wy­daw­nic­two Ja­gu­ar, War­sza­wa 2014

Ad­res do ko­re­spon­den­cji:

Wy­daw­nic­two Ja­gu­ar Sp. Jaw­na

ul. Ka­zi­mie­rzow­ska 52 lok. 104

02-546 War­sza­wa w

ww.wy­daw­nic­two-ja­gu­ar.pl

Wy­da­nie pierw­sze w wer­sji ebo­ok

Wy­daw­nic­two Ja­gu­ar, War­sza­wa 2014

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Ha­rveya.

CZĘŚĆ PIERW­SZANa­than McCann

Dzień, w którym zna­lazł cię w le­sie

2 paździer­ni­ka, 1960

Do świtu bra­ko­wało jesz­cze do­bre dwie go­dzi­ny. Za­pa­lił światło z na­dzieją, że zo­ba­czy go­to­wy do ak­cji eks­pres – z na­laną wodą, na­sy­paną kawą, cze­kający tyl­ko, by zacząć pa­rzyć, kie­dy wtycz­ka tra­fi do kon­tak­tu. Za­miast tego zna­lazł ko­szy­czek na filtr na su­szar­ce do na­czyń, po­rzu­co­ny i pu­sty Dla­cze­go spo­dzie­wał się cze­go­kol­wiek in­ne­go? Już całe lata minęły, odkąd Flo­ra ser­wo­wała mu po­ranną kawę. Wsta­wała wte­dy ra­zem z nim, by przy­go­to­wać ja­jecz­nicę z to­stem i szklanką po­ma­rańczo­we­go soku.

Ostrożnie, by jej nie zbu­dzić, wyjął z szaf­ki paczkę płatków owsia­nych, po czym – stojąc w zim­nym po­dmu­chu po­wie­trza bijącego z otwar­tej lodówki – nalał do żółtej, pla­sti­ko­wej mi­ski porcję chu­de­go mle­ka.

Nie mu­sisz za­cho­wy­wać się aż tak ci­cho – na­po­mniał się w du­chu. Flo­ra spała za za­mkniętymi drzwia­mi, w swo­im po­ko­ju, na dru­gim końcu ko­ry­ta­rza. Nie­mniej, w ta­kich sy­tu­acjach wszyst­ko robił ci­cho, od za­wsze, i mało praw­do­po­dob­ne było, by zmie­nił przy­zwy­cza­je­nie właśnie dzi­siaj.

Kie­dy za­siadł do płatków i po­chy­lił się nad la­mi­na­to­wym bla­tem ku­chen­ne­go stołu usłyszał, że Sa­die – jego sucz­ka, kędzie­rza­wy re­trie­ver – już się obu­dziła i była go­to­wa do dro­gi, pod­eks­cy­to­wa­na wi­do­kiem światła za­pa­lo­ne­go w domu jesz­cze przed świ­tem. Sie­dział, nasłuchując roz­le­gającego się co jakiś czas brzęcze­nia ota­czającej ko­jec siat­ki, na którą pies co chwi­la ska­kał. Wy­ho­do­wa­na i wy­cho­wa­na spe­cjal­nie z myślą o ta­kich właśnie po­ran­kach, Sa­die od­ga­dy­wała, że Na­than wy­bie­ra się na kacz­ki już po pierw­szej za­uważonej lub usłysza­nej wskazówce.

Na­than często żałował, że nie może wpuścić sucz­ki do domu – Sa­die prze­cież tak ocho­czo dzie­liła się z nim własnym cza­sem i uwagą. Jed­nak Flo­ra nie chciała na­wet o tym słyszeć.

* * *

Było ciem­no. Je­sien­ny chłód na chwilę przed wscho­dem słońca, prze­ni­kał Na­tha­na do głębi. Otwar­ta strzel­ba wi­siała mu na ra­mie­niu.

Uparł się, że zmu­si Sa­die do posłuchu.

Raz jesz­cze zawołał sukę po imie­niu, zły, że zmącił przez nią po­ranną ciszę, będącą głównym po­wo­dem, dla którego wy­bie­rał się do lasu. W ciągu sześciu lat, od kie­dy miał psa, jesz­cze nig­dy się nie zda­rzyło, by zi­gno­ro­wała po­le­ce­nie pana.

Skie­ro­wał na Sa­die snop światła moc­nej la­tar­ki. Przez mgnie­nie, za­nim zmrużyła śle­pia i odwróciła pysk, za­uważył w niej coś nie­co­dzien­ne­go. Spoj­rze­nie suki było bar­dzo wy­mow­ne. W ten in­stynk­tow­ny sposób, w jaki ro­zu­mieją się wza­jem­nie pies i właści­ciel, Sa­die chciała mu coś prze­ka­zać. Nie bun­to­wała się prze­ciw­ko jego woli i zda­niu, lecz pro­siła, by roz­ważył, choćby przez mo­ment, jej własne.

„Mu­sisz tu przyjść” – po­wie­działa śle­pia­mi. – „Po pro­stu mu­sisz”.

Więc po raz pierw­szy od sześciu lat Na­than posłuchał swo­jej suki. Przy­szedł na jej zawołanie.

Stała pod drze­wem i kopała. Nie robiła tego jed­nak w ten gorączko­wy, psi sposób. Za­miast dra­pać w gwałtow­nym ryt­mie przed­ni­mi łapa­mi, ostrożnie roz­gar­niała liście py­skiem, de­li­kat­nie po­ma­gając so­bie pa­zu­ra­mi.

Zasłaniała mu wi­dok, więc odciągnął ją za obrożę.

– No już do­brze, mała. Je­stem. Pokaż, co tam zna­lazłaś.

Oświe­tlił ko­piec opadłych liści. Spod ich ster­ty wy­sta­wała nie­miłosier­nie mała – lecz nie­możliwa do po­my­le­nia z czym­kol­wiek in­nym – sto­pa.

– Do­bry Boże! – rzu­cił Na­than i odłożył la­tarkę na zie­mię.

Wbił ręce pod wy­brzu­sze­nie, uniósł dziec­ko i zdmuchnął z jego twa­rzy liście. Było owi­nięte w swe­ter – w do­rosłym roz­mia­rze – a na głowie miało cza­peczkę z wie­lo­barw­nej dzia­ni­ny. Nie­mowlę nie mogło przyjść na świat da­lej jak dzień lub dwa temu.

Na­than pomyślał, że po­znałby więcej szczegółów, gdy­by mógł trzy­mać jed­no­cześnie la­tarkę i zna­le­zio­ne dziec­ko. Ściągnął zębami jedną ręka­wi­czek i do­tknął drob­nej buzi. Opusz­ka­mi palców wy­czuł chłód po­licz­ka.

– Ja­kim trze­ba być człowie­kiem, żeby zro­bić coś ta­kie­go? – po­wie­dział pod no­sem.

Pod­niósł wzrok ku nie­bu, zupełnie jak­by Bóg był dostępny na każde zawołanie i ocho­czo od­po­wia­dał na wszel­kie py­ta­nia za­in­te­re­so­wa­nych.

Nie­bo zdążyło pojaśnieć, acz­kol­wiek wciąż był to do­pie­ro zwia­stun dnia. Świt nie wspiął się jesz­cze na wzgórze, cze­kał gdzieś za ho­ry­zon­tem, nie­for­mal­nie oświad­czając, że pla­nu­je za­trzy­mać się tam na dłużej. Na­than łagod­nie ułożył no­wo­rod­ka na liściach i obej­rzał go dokład­niej, po­ma­gając so­bie la­tarką. Na­gle dziec­ko ospa­le po­ru­szyło szczęką i wy­schniętymi war­ga­mi, jak­by coś przeżuwało lub przy­najm­niej chciało to zro­bić.

– Do­bry Boże! – powtórzył Na­than.

Do­pie­ro w tej chwi­li do­tarło do nie­go, że maleństwo jest żywe.

Strzelbę ukrył w ku­pie liści. Po­trze­bo­wał obu rąk, by pew­nie chwy­cić nie­mowlę, by przy­trzy­mać główkę przy pier­si. Ra­zem z psem, co sił w no­gach, po­mknęli do sa­mo­cho­du. Za ich ple­ca­mi, nad je­zio­rem wsta­wał nowy dzień. Kacz­ki prze­le­ciały nie nie­po­ko­jo­ne. Za­po­mnia­ne.

* * *

W szpi­tal­nej izbie przyjęć dwaj sa­ni­ta­riu­sze rzu­ci­li się po­spiesz­nie do pra­cy, gdy tyl­ko zo­ba­czy­li, co Na­than trzy­ma w rękach. Ułożyli no­wo­rod­ka na wózku – dro­bin­ka pośrod­ku oce­anu – i roz­chy­li­li poły swe­tra. Chłopiec – za­uważył Na­than. Chłopczyk z wciąż nie­usu­niętą pępo­winą.

Sa­ni­ta­riu­sze bie­giem po­pro­wa­dzi­li wózek w głąb rozświe­tlo­ne­go ko­ry­ta­rza. Po chwi­li do­go­nił ich le­karz i ściągnął mal­co­wi z głowy wełnianą cza­peczkę. Nie­zau­ważona przez ni­ko­go, spadła na wyłożoną li­no­leum podłogę. Na­than pod­niósł ją i scho­wał do kie­sze­ni myśliw­skiej ka­mi­zel­ki. Cza­pecz­ka była maleńka, mniej­sza od jego dłoni. Pod­szedł na tyle bli­sko ga­bi­ne­tu, na ile wy­czu­wał, że mu wol­no.

– Ktoś wy­rzu­cił go do lasu w paździer­ni­kową noc – Na­than usłyszał głos le­ka­rza – ale zo­sta­wił mu ciepły swe­ter i własnoręcznie wy­dzier­ganą czapkę. To się chy­ba na­zy­wa żywić mie­sza­ne uczu­cia.

* * *

Na­than od­szedł w tył ko­ry­ta­rza i kupił w au­to­ma­cie ku­bek gorącej kawy. Poza tym, że rze­czy­wiście była gorąca, ni­cze­go do­bre­go nie dało się o niej po­wie­dzieć. Przez kil­ka mi­nut stał przed me­ta­lo­wym pudłem i wpa­try­wał się w lśniącą po­wierzch­nię ni­czym w te­le­wi­zor. W gład­kiej ta­fli do­strzegł swo­je nie­wy­raźne, lek­ko znie­kształcone od­bi­cie.

Nie był mężczyzną roz­ko­szującym się ogląda­niem sa­me­go sie­bie. Za­wsze, gdy spoglądał we własne oczy, czuł się trochę skrępo­wa­ny, po­dob­nie jak wte­dy, gdy pa­trzył w oczy in­nym lu­dziom. Ten jed­nak ma­jaczący na au­to­ma­cie wi­ze­ru­nek był zbyt roz­my­ty, żeby mógł go ze­stre­so­wać czy choćby wpra­wić w zakłopo­ta­nie.

Tak więc stał przez chwilę, sącząc okropną kawę i za­sta­na­wiając się nad własną wrażliwością, nad dzi­siej­szym jej do­wo­dem. W sposób, ja­kie­go nie po­tra­fiłby ni­ko­mu wyjaśnić, po­czuł, że zaczęła właśnie na­bie­rać kształtu, układać się, jakaś hi­sto­ria, której zna­cze­nia nie można było jesz­cze w pełni osza­co­wać. Po­zwo­lił so­bie również na myśl, że o świ­cie zo­stał uru­cho­mio­ny jakiś łańcuch zda­rzeń, których nig­dy już nikt nie zdoła – a być może wręcz nie po­wi­nien – cofnąć czy odwrócić.

Dopił kawę, po czym wypłukał ku­bek i napełnił go w ujęciu z wodą pitną.

Wrócił do swo­je­go kom­bi i na­poił Sa­die.

* * *

Dwa­dzieścia, może trzy­dzieści mi­nut po­tem le­karz wy­szedł z ga­bi­ne­tu.

– Pa­nie dok­to­rze! – zawołał Na­than i po­biegł za nim przez ko­ry­tarz. Le­karz obej­rzał się, spoj­rzał nie­pew­nie, jak­by nie mógł so­bie przy­po­mnieć, skąd zna nie­po­kojącego go mężczyznę. – To ja zna­lazłem dziec­ko w le­sie.

– Ach, tak – przy­po­mniał so­bie le­karz. – To pan. Czy mógłby pan za­cze­kać jesz­cze kil­ka mi­nut? Po­li­cja ze­chce z pa­nem pomówić. Jeśli musi pan już je­chać, proszę zo­sta­wić w re­cep­cji nu­mer kon­tak­to­wy. Na pew­no pan ro­zu­mie. Muszą po­znać jak naj­więcej szczegółów. Żeby usta­lić, kto to zro­bił.

– Co z chłopcem?

– W ja­kim jest sta­nie? W kiep­skim. Czy przeżyje? Możliwe. Ni­cze­go nie mogę obie­cać, ale mały ma wolę wal­ki. Zda­rza się, że dzie­ci w tym wie­ku są sil­niej­sze, niż się tego spo­dzie­wa­my.

– Chcę tego chłopczy­ka ad­op­to­wać – oświad­czył Na­than.

I na­tych­miast – słysząc własne słowa – po­czuł się oszołomio­ny.

Po pierw­sze, tak na­prawdę nie zda­wał so­bie z tej chęci do końca spra­wy. W każdym ra­zie nie na po­zio­mie ar­ty­kułowa­nych myśli. Nie wy­czuł jej w so­bie wcześniej i z pew­nością nie umiałby na­zwać. Zupełnie jak­by na­raz, za jed­nym za­ma­chem, po­in­for­mo­wał o tej de­cy­zji le­ka­rza i sie­bie sa­me­go. Po dru­gie, tak swo­bod­ne dzie­le­nie się czym­kol­wiek z in­ny­mi było do nie­go zupełnie nie­po­dob­ne, zwłasz­cza kie­dy nie miał dość cza­su, by rzecz po wie­lo­kroć prze­myśleć i do niej przy­wyknąć.

Po­ra­nek wypełniała nie­po­wstrzy­ma­nie rosnąca ilość pierw­szych razów w jego życiu.

– Oczy­wiście, jeśli ma­lec przeżyje, tak?

– Tak – rzu­cił Na­than. Po­wa­ga prze­stro­gi ukuła go boleśnie. – Jeżeli przeżyje.

– W ta­kim ra­zie prze­pra­szam – od­parł dok­tor – ale ad­op­cje to nie moja działka.

* * *

Po­li­cjan­tom, którzy wresz­cie przy­je­cha­li i spi­sa­li ze­zna­nia, opo­wie­dział wszyst­ko w naj­drob­niej­szych szczegółach. Nie omiesz­kał przy tym pod­kreślić, że praw­dzi­wy bo­ha­ter dnia cze­ka w tej chwi­li na tyl­nym sie­dze­niu jego sa­mo­cho­du.

– Gdy­by nie pan, to dziec­ko już by nie żyło – przy­znał bar­dziej wy­ga­da­ny z dwóch stróżów pra­wa. Był wy­so­kim, bar­czy­stym mężczyzną, jed­nym z tych, którzy brną przez życie, po­le­gając ra­czej na mięśniach niż na ro­zu­mie. Tego typu lu­dzie, nie­ważne, po­li­cjan­ci czy nie, za­zwy­czaj Na­tha­na odstręcza­li i na­pa­wa­li lękiem. Dla­te­go też, gdy ten zaczął trak­to­wać go jak bo­ha­te­ra, w ser­cu mężczy­zny po­ja­wił się dziw­ny ze­staw sprzecz­nych emo­cji.

– I gdy­by nie Sa­die – dodał. – Mój pies. Kędzie­rza­wy re­trie­ver. Sucz­ka. Nie­sa­mo­wi­ty zwie­rzak.

– Ja­sne. Pan posłucha. Wie­my, że ma pan co robić, ale chcie­li­byśmy, żeby po­ka­zał nam pan dokład­nie, gdzie się to wy­da­rzyło.

– Żaden pro­blem – za­pew­nił Na­than. – I tak chciałem tam wrócić po strzelbę.

Całą trójką ru­szy­li w stronę szpi­tal­ne­go par­kin­gu.

– Chcę tego chłopczy­ka ad­op­to­wać – podjął Na­than. Nie na tyle żar­li­wie, by obnażyć swą duszę, lecz z na­dzieją, że po­kie­rują go we właści­wym kie­run­ku. Nękało go obce po­czu­cie pośpie­chu, jak­by coś mogło mu się wy­mknąć, jeśli nie za­cznie działać do­sta­tecz­nie prędko.

– Tą sprawę to musi pan sam… My się nie zna­my – od­parł funk­cjo­na­riusz.

„Tę” – pomyślał Na­than, ale oparł się po­ku­sie wy­tknięcia błędu.

* * *

Już wte­dy, o świ­cie nie zna­lazłby tego miej­sca bez po­mo­cy psa, to było ja­sne. Te­raz uświa­do­mił so­bie, że bez Sa­die i za dru­gim ra­zem nie tra­fi pod właściwe drze­wo. Ani ze względu na strzelbę, ani z sza­cun­ku dla pra­wa.

Początko­wo zo­sta­wił sukę w sa­mo­cho­dzie, nie chciał, żeby za­tarła ślady na miej­scu zda­rze­nia. Lub by po­li­cjan­ci zwrócili mu uwagę, iż mogłaby to zro­bić. Nie przyszło mu na­wet do głowy, że nie uda mu się zna­leźć miej­sca swe­go do­niosłego od­kry­cia.

Przez mniej więcej dwa­dzieścia mi­nut kręcił się więc w kółko, raz po raz stwier­dzając, że wszyst­kie drze­wa są do sie­bie bar­dzo po­dob­ne. Na­po­mniał się w du­chu – ran­kiem po­wi­nien był bar­dziej uważać. Przez całe życie szczy­cił się do­sko­nałą, myśliwską orien­tacją w te­re­nie, jed­nak o świ­cie stan­dar­do­wy plan dnia legł w gru­zach i nic już nie było ta­kie samo. Za­nim do­tarło do nie­go, że po­wi­nien za­pa­miętać szczegóły oto­cze­nia, zna­le­zie­nie dziec­ka po­ru­szyło go tak dogłębnie, że nie był w sta­nie na ni­czym się sku­pić.

I w tej chwi­li było mu z tego po­wo­du nie­zmier­nie wstyd.

Cho­dził bez­rad­nie w tę i z po­wro­tem, czując na so­bie wy­cze­kujące spoj­rze­nia po­li­cjantów. Na­gle uświa­do­mił so­bie, że za­brał dziś strzelbę, którą do­stał w pre­zen­cie od dziad­ka. Jej stra­ta byłaby nie­po­we­to­wa­na.

– Przy­kro mi – rzu­cił wresz­cie. – Tak mną ta sy­tu­acja wstrząsnęła, że nie za­pa­miętałem, którędy dokład­nie szedłem.

– Pan weźmie głęboki od­dech i szu­ka da­lej – po­ra­dził wyższy, bar­dziej wy­ga­da­ny po­li­cjant.

– A może wy­puszczę Sa­die z sa­mo­cho­du? Jest szan­sa, że pójdzie pro­sto na miej­sce.

– Do­bra, przy­pro­wadź ją pan – po­li­cjant przy­taknął to­nem su­ge­rującym, iż Na­than po­wi­nien był to zro­bić znacz­nie wcześniej.

Suka rze­czy­wiście poszła pro­sto na miej­sce.

Na­than z funk­cjo­na­riu­sza­mi do­go­ni­li ją do­pie­ro po chwi­li. W ciągu której pies miał okazję na­ru­szyć miej­sce zbrod­ni. Sa­die mogła prze­cież da­lej kopać. Cho­ciaż – uświa­do­mił so­bie Na­than – już tam prze­cież kopała. Tak czy in­a­czej, ze­brał się w so­bie i mo­dlił tyl­ko w du­chu, by nie zro­biła w obec­ności po­li­cjantów ni­cze­go niewłaści­we­go.

Nie kopała. W żaden też inny sposób nie zmąciła kształtu ster­ty su­chych liści. Stanęła po pro­stu czuj­nie, z ro­ze­dr­ga­ny­mi noz­drza­mi, zupełnie jak­by zie­mia pod jej łapa­mi mogła za­wie­rać nie­wy­czer­pa­ne złoża po­rzu­co­nych no­wo­rodków.

I jak­by któryś z nich miał właśnie za se­kundę wy­chynąć na po­wierzch­nię.

Na­than do­biegł do psa i przy­trzy­mał go za obrożę.

– Do­bra su­nia – po­chwa­lił i sięgnął po swoją bez­cenną strzelbę.

Ro­zej­rzał się, by za­pa­miętać oko­licę. Po­szu­ki­wał de­ta­li, mogących wyróżnić to kon­kret­ne drze­wo spo­między po­zo­stałych. Jak­by miał tu jesz­cze wrócić. Musz­tar­da po obie­dzie, pomyślał. Było to ulu­bio­ne po­wie­dzon­ko dziad­ka.

Przyglądał się po­li­cjan­tom ota­czającym drze­wo taśmą, za­sta­na­wiając się, po co to robią. W końcu to zwykła kupa liści. Co ta­kie­go mogła im pod­po­wie­dzieć? Wja­ki sposób mogłaby pomóc od­na­leźć osobę, która dopuściła się tego strasz­ne­go czy­nu? Gnijące liście nie miały według Na­tha­na nic do po­wie­dze­nia.

– Jak myśli­cie, skąd ona wzięła tę ma­lutką cza­peczkę? Świet­nie pa­so­wała na głowę no­wo­rod­ka – za­gaił Na­than. Za­pew­ne po to, by choć w taki sposób wziąć udział w wy­da­rze­niach. – Ko­niec końców, dzie­ciak miał tyl­ko kil­ka go­dzin. Nie miała chy­ba cza­su na za­ku­py?

– Moim zda­niem sama ją wy­dzier­gała – od­po­wie­dział bar­dziej milczący z pary po­li­cjantów. – Nie wiem tego na pew­no, ale to wyjaśnie­nie ma jakiś sens.

Ko­lej­na chwi­la mil­cze­nia.

– Jeżeli ją znajdą, nie zwrócą jej dziec­ka, praw­da?

Większy, wy­ga­da­ny stróż pra­wa wy­da­wał się z pre­me­dy­tacją igno­ro­wać Na­tha­na.

– Cóż, dość wyraźnie dała wszyst­kim do zro­zu­mie­nia, że małego nie chce – za­uważył ci­chy.

– A gdy­by zmie­niła zda­nie?

– Te­raz może so­bie zmie­niać je do woli. Tyle że już w więzie­niu. Po­sie­dzi w nim jakiś czas.

Ta in­for­ma­cja pod­niosła Na­tha­na na du­chu.

– Może za­dzwoń pan do po­mo­cy społecz­nej – za­su­ge­ro­wał bar­dziej roz­mow­ny gli­niarz, traf­nie od­ga­dując, do cze­go zmie­rza Na­than. – A te­raz, pa­nie McCann, jeżeli nie ma pan nic prze­ciw­ko, resztą zaj­mie­my się już sami.

Na­than wrócił do sa­mo­cho­du, tym ra­zem po­wo­li. Bez prze­rwy trzy­mał Sa­die za obrożę. Gdzieś w środ­ku czuł się jak bo­ha­ter.

* * *

– Chcę tego chłopca ad­op­to­wać – oświad­czył Na­than żonie przy spóźnio­nym dru­gim śnia­da­niu. Sie­dzie­li w kuch­ni przy sto­le. Sma­ro­wał bułkę dżemem. Miał ochotę dołożyć jesz­cze warstwę masła, ale mu­siał dbać o linię.

– Nie bądź nie­do­rzecz­ny – za­pro­te­sto­wała Flo­ra. W wy­so­ko unie­sio­nych pal­cach trzy­mała pa­pie­ro­sa i czy­tała ga­zetę. Mówiła ochrypłym głosem pi­jacz­ki, choć wca­le nią nie była.

Na­than upił łyk kawy; gorąca i moc­na. Uświa­do­mił so­bie, że nie zje dziś na ko­lację pie­czo­nej kacz­ki i przez mo­ment po­czuł żal.

– Dla­cze­go uważasz, że to nie­do­rzecz­ne?

– Bo obo­je nie­spe­cjal­nie prze­pa­da­my za ma­lu­cha­mi. Zde­cy­do­wa­liśmy już, że nie będzie­my mieć dziec­ka.

– Nie. Ty sama zde­cy­do­wałaś. Zro­biłaś to za nas dwo­je.

Flo­ra po raz pierw­szy pod­niosła wzrok znad ar­ty­kułu. Przyj­rzała się mężowi po­przez kłąb dymu.

– O ile do­brze pamiętam, za­wsze twier­dziłeś, że nie chcesz brać so­bie na głowę tak poważnych zo­bo­wiązań.

– Te­raz to co in­ne­go. To było mi pi­sa­ne.

Zaciągnęła się, odłożyła pa­pie­ro­sa na brzeg po­piel­nicz­ki i po­now­nie ob­rzu­ciła męża krótkim spoj­rze­niem.

– Na­than – zaczęła i wydało się mu, że w głosie ko­bie­ty po­ja­wiła się iro­nicz­na nuta. Wręcz pro­tek­cjo­nal­na. – Zna­my się od dwu­dzie­stu dzie­więciu lat i jesz­cze nig­dy nie usłyszałam od cie­bie, by co­kol­wiek „było ci pi­sa­ne”.

– Może dla­te­go, że przez tych dwa­dzieścia dzie­więć lat nie stało się nic, co mógłbym w ten sposób określić.

Ten jej ostry, tak­sujący wzrok.

– Dla­cze­go?

– Co dla­cze­go?

– A jak myślisz? Dla­cze­go tak na­gle za­pragnąłeś ad­op­to­wać dziec­ko zupełnie ob­cej ko­bie­ty? Prze­cież to nie ma sen­su.

Otwo­rzył usta, by od­po­wie­dzieć, lecz po­wstrzy­mał się. Oso­bie, z którą dzie­li się życie, nie mówi się, po pro­stu się tego nie robi, że jej to­wa­rzy­stwo nie wy­star­cza, by osiągnąć po­czu­cie spełnie­nia. Na­wet jeżeli tak aku­rat wygląda praw­da. Byłoby to nie­po­trzeb­ne, bo­le­sne i w żaden sposób nie przy­czy­niłoby się do wspólne­go do­bra.

Zde­cy­do­wał więc, że za­sto­su­je wo­bec żony inną tak­tykę.

– Mam po pro­stu ta­kie dziw­ne prze­czu­cie. Od chwi­li, kie­dy go zna­lazłem. Nie je­stem w sta­nie tego opi­sać, ale to tak głęboka emo­cja…

– Emo­cja? – prze­rwała mu nie­grzecz­nie. – To do cie­bie nie­po­dob­ne.

– I w tym właśnie rzecz – od­parł Na­than. – Bo te­raz, kie­dy już ją po­czułem, nie chcę z niej re­zy­gno­wać. Nie chcę tego po­now­nie stra­cić. Nie chcę wra­cać do tego, co było wcześniej.

Tu­taj urwał, odniósł wrażenie, że łyżwy za­niosły go nie­bez­piecz­nie bli­sko cien­kie­go lodu myśli, z której wy­po­wie­dze­nia zre­zy­gno­wał przed mo­men­tem.

Chwi­la trud­nej ci­szy.

Wresz­cie Flo­ra pokręciła głową.

– Tak czy in­a­czej, dzie­ciak na pew­no kogoś ma. Matkę. Mogą od­na­leźć matkę.

– Gdy­by na­wet tę ko­bietę zna­leźli – za­uważył spo­koj­nie Na­than – to wsadzą ją do więzie­nia.

– Za­wsze może się oka­zać, że są inni krew­ni, którzy małego przy­garną.

– Możliwe – rzu­cił Na­than. – Zo­ba­czy­my. Wy­da­je mi się po pro­stu, że sko­ro no­wo­ro­dek zo­sta­je po­rzu­co­ny w le­sie, ska­za­ny na po­wolną śmierć… To ta­kie dziec­ko… na dobrą sprawę… nie ma ni­ko­go.

– Cóż, prze­ko­na­my się – za­uważyła Flo­ra.

– Tak, prze­ko­na­my się.

Przez resztę dnia żadne z nich nie podjęło te­ma­tu, acz­kol­wiek Na­than bez prze­rwy czuł jego obec­ność i za­sta­na­wiał się, czy Flo­ra od­no­si ta­kie samo wrażenie. Często ob­rzu­cał ją ukrad­ko­wy­mi spoj­rze­nia­mi, lecz ani razu nie do­strzegł w żonie naj­drob­niej­szych oznak wewnętrznej roz­ter­ki.

* * *

Na­than zjadł pro­sty wie­czor­ny posiłek – kur­cza­ka z ma­ka­ro­nem. Po­dziękował Flo­rze za jego przyrządze­nie, po­tra­wa była bo­wiem bar­dzo smacz­na. Ale prawdę po­wie­dziaw­szy, cie­szyłby się ko­lacją znacz­nie bar­dziej, gdy­by była na nią wy­cze­ki­wa­na wcześniej pie­czeń z kacz­ki. Po pro­stu na­sta­wił się na coś zupełnie in­ne­go.

Po ko­la­cji Flo­ra od­da­liła się do swo­je­go po­ko­ju. Miała w sy­pial­ni te­le­wi­zor, je­dy­ny w całym domu. Na­than gar­dził bez­u­stan­nym, płynącym z od­bior­ni­ka bełko­tem, który często sta­wał się tłem całego życia wie­lu lu­dzi.

Fakt, że Flo­ra zniknęła tuż po ko­la­cji, nie był ni­czym nie­zwy­czaj­nym, lecz tego kon­kret­ne­go wie­czo­ra Na­than od­czuł to znacz­nie bar­dziej niż zwy­kle. Usiadł na łóżku w swo­jej sy­pial­ni. Drzwi po­zo­sta­wił otwar­te. Pokój żony był za­mknięty i – o ile Na­than do­brze słyszał – nie włączyła jesz­cze te­le­wi­zo­ra. Za­pew­ne prze­bie­rała się na noc. Cza­sa­mi do­strze­gał nie­wy­raźny cień jej stóp, sunący w szcze­li­nie pod drzwia­mi. Jed­na z kle­pek w podłodze wy­ka­zy­wała ten­dencję do skrzy­pie­nia, a ko­bie­ta nig­dy nie sta­rała się jej omi­jać. Na­than na pew­no by tak robił.

Pierw­szy raz od bar­dzo długie­go cza­su – od lat – Na­than po­czuł po­kusę, by do niej za­pu­kać. Po­pro­sić, by spędziła z nim trochę cza­su. Mo­gli­by prze­cież po­roz­ma­wiać lub na­wet za­grać w kar­ty. Za­nim się jed­nak pod­niósł, przy­po­mniał so­bie jej wcześniej­szy lek­ce­ważący ton. Po­czuł w swym wnętrzu pustkę, ale Flo­ra nie mogłaby ani nie chciałaby mu pomóc wypełnić tę otchłań. Wstał i pod­szedł do wiszącego w kuch­ni te­le­fo­nu. Za­dzwo­nił do biu­ra nu­merów i po­pro­sił o kon­takt do szpi­ta­la. Wykręcił nu­mer. Ode­brał ktoś w re­cep­cji.

– Chciałbym się do­wie­dzieć o stan jed­ne­go z pa­cjentów – po­wie­dział Na­than.

– Na­zwi­sko cho­re­go, po­proszę – chłodny, ko­bie­cy głos.

Tym go roz­broiła.

– Wie pani, on nie ma na­zwi­ska – za­uważył Na­than. – In­te­re­su­je mnie zdro­wie no­wo­rod­ka, którego zna­lazłem w le­sie i przy­wiozłem do was dziś rano. Po­dej­rze­wam, że zo­stał za­re­je­stro­wa­ny jako NN. Póki co.

– Pan z ro­dzi­ny?

– Zna­lazłem go w le­sie. Naj­wy­raźniej nie ma ro­dzi­ny.

– Czy­li nie jest pan krew­nym?

– Nie, nie je­stem.

– Oba­wiam się więc, że nie mogę podać panu in­for­ma­cji.

– Ro­zu­miem – po­wie­dział Na­than. – A czy może mnie pani przełączyć do izby przyjęć?

Chwi­la mil­cze­nia, po której roz­legł się przy­po­mi­nający wes­tchnie­nie szmer.

– Chwi­leczkę, łączę.

Znów kil­ka se­kund ci­szy. Na­than po­czuł, że mi­mo­wol­nie za­ci­ska zęby.

Osta­tecz­nie coś w słuchaw­ce szczęknęło i roz­legł się szorst­ki, męski głos.

– Izba, słucham?

– Ach. Tak. Prze­pra­szam, za kłopot – wy­mam­ro­tał Na­than, za­sta­na­wiając się, dla­cze­go roz­począł roz­mowę w tak niezręczny sposób – ale je­stem człowie­kiem, który przy­wiózł do was rano ma­lut­kie­go chłopca. Chciałbym po­roz­ma­wiać z le­ka­rzem, który...

– Dok­tor Bat­ta­glia, przy te­le­fo­nie – uciął głos.

Na­than był za­sko­czo­ny. Myślał, że będzie mu­siał zo­sta­wić wia­do­mość, na którą le­karz z izby przyjęć od­po­wie następne­go dnia.

– Mój Boże, długie ma­cie te dyżury.

– Owszem, bar­dzo długie – od­po­wie­dział le­karz.

– Próbowałem się do­wie­dzieć cze­goś o zdro­wiu małego, nie nie­po­kojąc pana – przy­znał Na­than – ale w re­cep­cji nie chcie­li mi nicze­go wy­ja­wić. Nie je­stem krew­nym.

– Tak, to strasz­ne służbist­ki. Moim zda­niem mały nic­poń nie ma ni­ko­go bliższe­go niż pan, więc po­wiem panu, co wiem. Wciąż jest z nami. Proszę za­dzwo­nić rano i za­py­tać o dok­to­ra Wil­bur­na, prze­każę mu, że będzie się pan kon­tak­to­wał. W ta­kich ra­zach klu­czo­we są pierw­sze dwa­dzieścia czte­ry go­dzi­ny Jeżeli ran­kiem mały wciąż będzie żyć… cho­ciaż proszę pamiętać, że nie daję gwa­ran­cji. W tych spra­wach ni­cze­go nie da się za­gwa­ran­to­wać. Ale jeśli dociągnie do rana, będzie to bar­dzo do­bry znak.

* * *

Na­than za­mknął drzwi swo­jej sy­pial­ni i nie prze­bie­rając się położył się, na łóżku. Ju­tro rano miał mieć spo­tka­nie z nie­daw­no owdo­wiałą panią Ma­cEl­roy. Po­ma­gał jej upo­rać się z fi­nan­sową stroną no­we­go smut­ne­go roz­działu życia. Nie było mu to na rękę, lecz po­sta­no­wił za­dzwo­nić do szpi­ta­la za­raz po roz­mo­wie z ko­bietą. Do­wie się, czy dziec­ku przy­dzie­lo­no już pra­cow­ni­ka opie­ki społecz­nej. Wy­py­ta, do kogo należy się zwrócić i co zro­bić w następnej ko­lej­ności.

Za­raz po­tem skar­cił się za niechęć do spo­tka­nia z wdową Ma­cEl­roy. Osta­tecz­nie cała sy­tu­acja była bez wątpie­nia znacz­nie bar­dziej uciążliwa dla niej niż dla nie­go. To, że tak łatwo przedkładał własne po­trze­by nad cu­dze, było do nie­go nie­po­dob­ne.

Cóż, musi zwrócić na to uwagę.

Słuchał roz­le­gających się od cza­su do cza­su skrzyp­nięć klep­ki w sy­pial­ni Flo­ry i pomyślał, że dźwięk ma wyjątko­wo sa­mot­ne brzmie­nie. A może sa­mot­ny był on, a nie głupia klep­ka w podłodze.

Dzień, w którym cię stra­cił

3 paździer­ni­ka, 1960

Kiedy Na­than wstał następne­go ran­ka, Flo­ra jesz­cze spała.

To ozna­czało, że kawy nie będzie.

Nig­dy nie na­uczył się spraw­nie posługi­wać ja­kim­kol­wiek eks­pre­sem, kawę umiał tyl­ko pić, więc uznał, że chy­ba jed­nak zde­cy­do­wa­nie nie po­wi­nien brać się za prze­pro­wa­dza­nie eks­pe­ry­mentów. Lep­szym roz­wiąza­niem za­da­wało się zalać w kub­ku łyżeczkę roz­pusz­czal­nej, na­wet ze świa­do­mością, że napój będzie fa­tal­ny. Z ja­kie­goś jed­nak po­wo­du wolał to niż na­dzieję na pyszną małą czarną z eks­pre­su, by po­tem czuć go­rycz roz­cza­ro­wa­nia własną nie­po­rad­nością.

Kawa roz­pusz­czal­na oka­zała się jesz­cze gor­sza, niż so­bie wy­obrażał, po­nie­waż nie od­cze­kał, by woda za­go­to­wała się jak należy.

Wypił dwa lub trzy nieśmiałe łyki, skrzy­wił się i wylał za­war­tość kub­ka do zle­wu.

Następnie za­dzwo­nił do szpi­ta­la i po­pro­sił o połącze­nie z dok­to­rem Wil­bur­nem. Głęboko w du­chu przy­go­to­wał się na tra­giczną wia­do­mość.

– A, tak – rzu­cił Wil­burn. – Spo­dzie­wałem się pana usłyszeć. Cóż, mały od­dy­cha. I to do­brze. Kłopot w tym, że nie do końca po­do­ba nam się sposób, w jaki od­dy­cha. Prze­pro­wa­dzi­my punkcję opłucnej i zo­ba­czy­my, czy sy­tu­acja się po­pra­wi. To strasz­nie młody or­ga­nizm jak na za­pa­le­nie płuc.

O ile z tym właśnie mamy do czy­nie­nia. No, ale wciąż wal­czy Cóż mogę więcej po­wie­dzieć? Już w tej chwi­li ob­ser­wu­je­my w za­sa­dzie cud. Po­wikłania są jed­nak moc­no praw­do­po­dob­ne i z nie­po­ko­jem przy­znaję, że właśnie po­ka­zują nam swo­je pa­skud­ne zębi­ska. Przy­kro mi, ale nie da się stwier­dzić, że mały uciekł już wil­ko­wi z lasu. – Długa chwi­la ci­szy, po czym głośne par­sk­nięcie śmie­chu. – Cóż, cho­ciaż właśnie uciekł. Dosłownie. Prze­pra­szam, pana to pew­nie wca­le nie bawi.

– Dziękuję, pa­nie dok­to­rze – po­wie­dział Na­than, nie zdra­dzając swo­jej opi­nii na te­mat dow­ci­pu.

Rozłączył się.

Pani Ma­cEl­roy za­zwy­czaj często­wała go filiżanką do­sko­nałej, praw­dzi­wej kawy. Po­pro­sił los, by i dzi­siaj o tym nie za­po­mniała.

* * *

– Och, Na­than! – rzu­ciła, gdy tyl­ko otwo­rzyła drzwi. Do­pie­ro od nie­daw­na zaczęła zwra­cać się do nie­go po imie­niu, już po śmier­ci męża. Na­thana lek­ko to de­pry­mo­wało. – Po­wiedz. To byłeś ty?

– Słucham?

Cofnęła się, wpusz­czając go do środ­ka.

W opi­nii Na­tha­na była przy­stojną ko­bietą. Właśnie ra­czej przy­stojną niż w tra­dy­cyj­ny sposób piękną. Mniej więcej jego rówieśnicz­ka, za­wsze dys­tyn­go­wa­nie ubra­na, o nie­na­gan­nych ma­nie­rach. Po­dzi­wiał to. Ni­cze­go nie owi­jała w bawełnę, nie uda­wała też oso­by o połowę młod­szej. Ota­czała ją aura oso­bi­stej god­ności.

Wszedł do sa­lo­nu.

– Tak mnie coś tknęło, że to mogłeś być ty. To chy­ba się na­zy­wa in­tu­icją. Oczy­wiście, za­po­wia­dałeś, że wy­bie­rasz się za­po­lo­wać na kacz­ki...

Na­than znów przez mo­ment opłaki­wał brak po­ran­nej kawy. Bez niej nie myślał równie ja­sno jak zwy­kle, a w tej chwi­li umysłowa spraw­ność bar­dzo by mu się przy­dała.

– Nie je­stem do końca pe­wien, czy wiem, o czym pani mówi – przy­znał.

– Prze­cież to oczy­wi­ste, że o nagłówku dzi­siej­szej ga­ze­ty Nie mogłeś nie za­uważyć. Zresztą wszy­scy tym żyją. Le­d­wie minęła dzie­wiąta, a już dzwo­niła do mnie El­sie, moja przy­ja­ciółka, a po­tem jesz­cze ode­zwała się moja ma­ni­kiu­rzyst­ka. W tej oko­li­cy nieczęsto dzie­je się coś tak do­niosłego.

– Ro­zu­miem – zre­flek­to­wał się Na­than – że ma pani na myśli ar­ty­kuł o po­rzu­co­nym nie­mowlęciu? Więc tak, to byłem ja.

– Och, Na­than! Po pro­stu od razu wie­działam!

Chłód ścisnął mu żołądek.

– Co jesz­cze na­pi­sa­li? Wy­szedłem z domu bez kawy i lek­tu­ry po­ran­nej pra­sy.

– Ach, mam tu gdzieś tę ga­zetę. Gdzież ja ją po­działam? – zaczęła się krzątać po domu. A przy­najm­niej Na­than uznał, że krząta­ni­na będzie cel­nym słowem na opi­sa­nie za­cho­wa­nia go­spo­dy­ni. Wdo­wa ubra­na była w ciem­no­gra­na­tową szmi­zjerkę, sięgającą połowy łydki, prze­pa­saną atrak­cyj­nie sple­cio­nym, skórza­nym pa­skiem. Zupełnie jak­by miała zasiąść w se­kre­ta­ria­cie poważnej fir­my, a nie przyj­mo­wać od­wie­dzi­ny oso­bi­ste­go księgo­we­go. Gęste włosy związała w luźny kok.

Zajął miej­sce na ka­na­pie, żałując, że nie za­re­ago­wała na jego aluzję do kawy. Żałował też, że ucisk żołądka ani trochę nie zelżał.

– Wspo­mi­na­li co­kol­wiek o opie­ce? To zna­czy, czy wy­mie­nia­li osobę, która zaj­mie się te­raz tym chłopcem? O ile, oczy­wiście, dziec­ko ma jakąś ro­dzinę. I jeżeli nie od­najdą mat­ki.

Krząta­ni­na za­pro­wa­dziła wdowę do kuch­ni, z której wy­sta­wiła głowę.

– To ty nie wiesz? Byłam prze­ko­na­na, że tak. Za­raz, za­raz. Kie­dy za­te­le­fo­no­wała El­sie, złapałam tę ga­zetę i przy­niosłam do apa­ra­tu. I nie widzę, gdzie... A, tu­taj jest!

Spiesz­nym kro­kiem wróciła do sa­lo­nu, po­dając mu złożony dzien­nik. Na­than wziął ga­zetę do ręki i zaczął szu­kać oku­larów w kie­sze­ni płasz­cza. Za­uważył przy tym, że lek­ko trzęsie mu się dłoń.

Gorączko­wo wo­dził wzro­kiem po li­nij­kach, po­szu­kując tej naj­bar­dziej znaczącej in­for­ma­cji. Frag­men­tu, który przywróciłby spokój jego żołądko­wi. Lub nie.

Matką nie­mow­la­ka oka­zała się nie­ja­ka Le­no­ra Ba­tes, lat osiem­naście. In­for­ma­cje o niej zaj­mo­wały większą część pra­so­wej no­tat­ki. Próbowała prze­kro­czyć gra­nicę sta­nu wraz ze swym chłopa­kiem, Ri­char­dem A. For­dem, praw­do­po­dob­nym oj­cem dziec­ka, lecz tra­fiła na po­go­to­wie z krwo­to­kiem. Obo­je zo­sta­li aresz­to­wa­ni, choć nie przed­sta­wio­no im jesz­cze za­rzutów. Pro­ku­ra­tor okręgowy wciąż roz­ważał, co za­wrzeć w ak­cie oskarżenia. Młoda ko­bie­ta mogła zo­stać posądzo­na o narażenie dziec­ka na utratę życia lub zdro­wia. Albo na­wet o próbę dzie­ciobójstwa lub w ta­kiej próbie współudział.

Au­tor tek­stu dodał również, że nie­mow­lak, kie­dy i jeśli wy­do­brze­je na tyle, by opuścić szpi­tal, zo­sta­nie od­da­ny pod opiekę bab­ce, ko­bie­cie na­zwi­skiem Er­tha Ba­tes, mat­ce nie­doszłej ucie­ki­nier­ki.

Na­than sie­dział nie­po­ru­szo­ny. Znów po­czuł gdzieś w głębi sie­bie zna­jomą pustkę. Przypływ ener­gii, jaka wypełniła go le­d­wie dwa­dzieścia czte­ry go­dzi­ny wcześniej, kie­dy stał w szpi­ta­lu przed au­to­ma­tem z ciepłymi na­po­ja­mi, ustąpił. I to by było na tyle.

Powrót do daw­ne­go sta­nu przy­niósł mu nie­mal uko­je­nie. Raz jesz­cze zerknął do ga­ze­ty.

W pod­su­mo­wa­niu dzien­ni­karz od­no­to­wał, iż no­wo­ro­dek zo­stał od­na­le­zio­ny w le­sie przez myśli­we­go, który wy­brał się z psem na kacz­ki. Na­than złożył dzien­nik, odłożył go na sto­lik obok ka­na­py i sie­dział przez chwilę, tra­wiąc świeże wia­do­mości. Miał ochotę za­pa­lić. Otwar­ta pacz­ka pa­pie­rosów cze­kała na sto­liku. Tyle że kil­ka lat temu udało mu się rzu­cić i nie miał ocho­ty po­now­nie prze­cho­dzić przez uciążliwy pro­ces.

Otrząsnął się z po­ku­sy.

Głos pani Ma­cEl­roy, wy­rwał go z otępie­nia.

– Dla­cze­go w le­sie? Cze­mu nie za­wiozła go do szpi­ta­la czy sie­ro­cińca?

– Nie mam pojęcia – przy­znał Na­than.

Za­no­to­wał so­bie w pamięci: spraw­dzić, czy od­na­le­zie­nie Er­thy Ba­tes byłoby bar­dzo skom­pli­ko­wa­ne.

– Cóż, za to ty bez wątpie­nia zo­stałeś bo­ha­te­rem.

– Tego bym nie po­wie­dział.

– Dla­cze­go? Prze­cież gdy­by nie ty, dziec­ko już by nie żyło.

– Pew­nie ma pani rację.

– Po­win­ni byli wy­mie­nić two­je na­zwi­sko.

– Non­sens. Ja­kie to ma zna­cze­nie?

– Duże. Zro­biłeś coś wspa­niałego. Zasłużyłeś na wy­ra­zy uzna­nia.

– Zupełnie ich nie po­trze­buję. Na moim miej­scu każdy by tak postąpił.

– Bez prze­rwy myślę o własnym synu, kie­dy był taki maleńki. I gdy wy­obrażę go so­bie, po­rzu­co­ne­go w tym ciem­nym le­sie… To aż krew w człowie­ku mro­zi.

– Nie ro­zu­miem, jak kto­kol­wiek mógł dopuścić się cze­goś po­dob­ne­go – stwier­dził Na­than.

Cała ta roz­mo­wa wy­da­wała mu się w pe­wien sposób da­le­ka, ode­rwa­na, miał wrażenie że tuż przed zaśnięciem słucha głosów do­la­tujących z sąsied­nie­go po­ko­ju.

– Czy za­nim za­cznie­my, ze­chcesz napić się kawy? – za­pro­po­no­wała.

– Och, tak – ucie­szył się Na­than. – Dziękuję. Właśnie tego mi trze­ba.

* * *

Gdy Na­than wrócił do domu, Flo­ra sie­działa w kuch­ni przy sto­le, paliła pa­pie­ro­sa i jadła trzy jaj­ka sa­dzo­ne, cho­ciaż pora była już późna jak na śnia­da­nie. Do­cho­dziła je­de­na­sta.

Obok jej ta­le­rza leżała złożona ga­ze­ta z ar­ty­kułem.

– Proszę, nie mów tego – rzu­cił.

– Uprze­dzałam, że chłopiec może mieć ro­dzinę.

– Pro­siłem, byś tego nie mówiła.

– Ach, o to ci cho­dziło? Skąd niby miałam wie­dzieć? Nie je­stem te­le­patką.

Usunął się z kuch­ni. Usiadł przy apa­ra­cie te­le­fo­nicz­nym w sa­lo­nie i wziął do ręki książkę te­le­fo­niczną. Był to pierw­szy i naj­bar­dziej oczy­wi­sty krok, by spraw­dzić, czy od­na­le­zie­nie pani Er­thy Ba­tes będzie bar­dzo skom­pli­ko­wa­ne.

Jak się oka­zało, nie było ani trochę skom­pli­ko­wa­ne.

Za­pi­sał jej ad­res w swo­im ka­len­da­rzy­ku.

Pod­niósł wzrok i zo­ba­czył Florę. Żona przyglądała mu się z ku­chen­nych drzwi. Prędko scho­wał ka­len­da­rzyk do kie­sze­ni.

– Coś ty wymyślił? – za­py­tała.

– Ni­cze­go nie wymyśliłem – od­parł. – Spraw­dzałem po pro­stu czyjś ad­res. W książce te­le­fo­nicz­nej. Nic więcej.

Ko­bie­ta zniknęła, a Na­than sie­dział jesz­cze chwilę, za­to­pio­ny w myślach.

Dzi­siaj? – roz­ważał. – Nie. Nie dzi­siaj. I jesz­cze nie przez kil­ka następnych dni. Roz­mo­wa o tej spra­wie z panią Ba­tes w sy­tu­acji, kie­dy nie było na­wet wia­do­mo, czy chłopczyk przeżyje, byłaby sta­now­czo nie na miej­scu.

* * *

Na­than przy­go­to­wał południo­wy posiłek dla Sa­die – zmie­szał karmę z pusz­ki i trochę su­chej z to­reb­ki, po czym dolał do wszyst­kie­go nie­co rosołu – i zaniósł miskę do koj­ca. Kie­dy suka jadła, stał i przyglądał się jej. Oparł się o siatkę i zaczął prze­ma­wiać.

– I co mała? Otar­liśmy się o sławę, praw­da?

Uspo­ka­jający chru­pot sta­ran­ne­go przeżuwa­nia.

– Ele­anor Ma­cEl­roy uważa, że po­win­ni za­mieścić w ga­ze­cie moje na­zwi­sko. Sądzi, że zro­biłem coś wiel­kie­go. A prze­cież ja tyl­ko spoj­rzałem tam, gdzie pa­trzyłaś ty. I gotów byłbym po­sta­wić co­kol­wiek, że na­wet gdy­by wy­mie­ni­li mnie po na­zwi­sku, o to­bie by nie pomyśleli. Cho­ciaż ty byś się nie ob­ra­ziła, praw­da? Po­dej­rze­wam, że jesz­cze mniej dbasz o po­wszech­ne uzna­nie niż ja.

Zerknęła na nie­go pomiędzy kłapnięcia­mi.

– Kto mógł przy­pusz­czać, że to dziec­ko ma bab­cię, która ze­chce się nim zająć? No i dla­cze­go ta dzie­wu­cha nie zo­sta­wiła syn­ka właśnie u niej?

Sa­die zjadła ostat­nią gra­nulkę i sta­ran­nie wy­li­zała miskę. Następnie zno­wu po­pa­trzyła na Na­tha­na.

– Ach, czy­li też tego nie ro­zu­miesz, co?

Oczy­wiście wie­dział, że suka jest tak na­prawdę cie­ka­wa, czy przy­niósł jej coś jesz­cze poza obia­dem. Po­czuł nagłe ukłucie wy­rzutów su­mie­nia, Mógł za­trzy­mać się po dro­dze, by kupić jej jakiś pa­sek su­szo­nej wołowi­ny do żucia, bądź inny łakoć. Coś, czym mógłby ją na­gro­dzić za wczo­raj­szy wy­czyn.

Wypuścił sukę na podwórko, by po­rzu­cać jej piłkę.

Zmierz­wił dłonią cze­ko­la­do­we locz­ki na psim kar­ku.

– Dla­cze­go byłem od początku prze­ko­na­ny, jak to się skończy? – za­py­tał.

Lecz śle­pia Sa­die sku­pio­ne były na piłce, którą zdjął właśnie z płotu.

Ist­nie­je jesz­cze lep­sze py­ta­nie – pomyślał Na­than. – Jak mogłem się tak bar­dzo po­my­lić?

Tego jed­nak nie po­wie­dział już na głos.

Przez całe południe bawił się piłką z psem. A po­tem mu­siał się już szy­ko­wać na popołudnio­we spo­tka­nia.

Dzień, w którym wygłosił dla cie­bie mowę

5 paździer­ni­ka, 1960

Dom Er­thy Ba­tes był schlud­ny i do­brze utrzy­ma­ny, lecz sta­ry. Na da­chu i w ryn­nach piętrzyły się gru­be ster­ty je­sien­nych liści. Na­than stał przy krawężniku, rozglądając się po oto­cze­niu. Prze­mknęło mu przez myśl, że go­spo­dy­ni po­win­na się tych liści po­zbyć jesz­cze przed pierw­szy­mi śnie­ga­mi. On sam, gdy­by dom należał do nie­go, bez wątpie­nia już by się z nimi o tej po­rze roku roz­pra­wił. Domyślał się jed­nak, że ko­bie­ta nie miała ni­ko­go, kto mógłby ją w tym obo­wiązku wyręczyć. Wrażenie uci­sku w żołądku powróciło i ten fakt bar­dzo mu się nie po­do­bał. Dla­te­go, że był to strach, zwykły, pro­sty strach i Na­than ro­zu­miał, iż nie ma sen­su temu za­prze­czać czy próbować na­zy­wać uczu­cie in­a­czej. Jego dzia­dek praw­do­po­dob­nie po­wie­działby, że wszy­scy mężczyźni się boją, na­to­miast wyłącznie tchórze się do tego nie przy­znają. Możliwe na­wet, że kie­dyś rze­czy­wiście tak po­wie­dział. Praw­da jed­nak wyglądała tak, że dla Na­thana strach nie był ni­czym nor­mal­nym. Dzi­siej­sze­go ran­ka bał się do­pie­ro po raz dru­gi od wie­lu lat. Właści­wie, odkąd tyl­ko sięgał pamięcią. Emo­cja wy­da­wało się oso­bli­wa i za­sta­na­wiał się, ja­kie nie­sie ze sobą zna­cze­nie. Zupełnie, jak­by do­pie­ro te­raz po­sia­dał coś zbyt ważnego, by ry­zy­ko­wać jego utratą.

De­ski na drew­nia­nym gan­ku za­skrzy­piały i ugięły się pod ciężarem Na­tha­na. Za­stu­kał do drzwi, w które wmon­to­wa­no kil­ka układających się w półkole szy­bek w kształcie łez.

Zasłonka powędro­wała na bok i wyj­rzała zza niej ko­bie­ca twarz. Za­raz po­tem drzwi stanęły otwo­rem i po­ja­wiła się w nich cała oso­ba. Na­than mógł się je­dy­nie domyślać, że ma przed sobą Erthę Ba­tes.

Stanęła na pro­gu, nie za­pro­siła go do środ­ka. Mogła być jego rówieśniczką, mogła też być nie­co młod­sza – czter­dzieści parę lat – nie­mniej wyglądała sta­ro, jak­by była zbyt moc­no zużyta. Miała si­wiejące włosy, ubra­na była w spłowiałą lecz czystą su­kienkę i pro­sty, biały far­tuch.

– Tak? – ode­zwała się.

Na­than uchy­lił ka­pe­lu­sza.

– To ja zna­lazłem w le­sie pani wnucz­ka.

– Ro­zu­miem.

– I tyl­ko tyle ma mi pani do po­wie­dze­nia? „Ro­zu­miem”?

Na­tych­miast pożałował, że ode­zwał się w ten sposób. Acz­kol­wiek nie pod­niósł głosu ani w żaden inny sposób nie oka­zał obu­rze­nia. Oczy­wiście, w jego uwa­dze za­wie­rała się pew­na daw­ka gbu­ro­wa­tości, tu­pe­tu. Jakoś tak wyszło. Po­nie­waż ocze­ki­wał kon­kret­nej re­ak­cji, która się nie po­ja­wiła. Z ja­kie­goś po­wo­du spo­dzie­wał się po niej cze­goś więcej.

– Nie mam pojęcia, co mogłabym panu po­wie­dzieć – stwier­dziła – dopóki nie do­wiem się, co pan przy­cho­dzi po­wie­dzieć mnie.

Dłonie Er­thy Ba­tes bez­u­stan­nie po­pra­wiały far­tuch, wygładzały go i wygładzały, jak­by próbowały wygładzić… co? Na­than zaczął się za­sta­na­wiać. Jest jak my wszy­scy – pomyślał – sta­ra się na­pra­wić to, cze­go może aku­rat dosięgnąć.

Oczy­wiście – stwier­dził w du­chu. Ona się boi. Tak samo jak ja. Świa­do­mość jej sta­nu po­zwo­liła mu nie­co się odprężyć. Po­wiedz po pro­stu – zde­cy­do­wał. – I to szyb­ko. Póki wciąż je­steś tego pe­wien.

– Chciałem tego chłopca ad­op­to­wać.

– Tak. Słyszałam.

– Ale nie przy­chodzę o tym dys­ku­to­wać.

– To świet­nie – od­parła. – Dla­te­go, że je­stem jego ro­dziną. Z krwi i kości.

– Tak – po­wie­dział Na­than. – Bez wątpie­nia. Po­zwo­li pani jed­nak, że po­wiem, cze­mu jesz­cze nie da się za­prze­czyć. Tego dziec­ka już by nie było, gdy­bym nie zna­lazł się dokład­nie w tam­tym miej­scu, dokład­nie w tam­tej chwi­li. Nie su­ge­ruję, że do­ko­nałem cze­goś szczególnie he­ro­icz­ne­go ani że ktoś inny nie zro­biłby tego sa­me­go. Na­to­miast ni­ko­go in­ne­go tam nie było. Byłem ja. I tego nikt nie może mi odmówić, po­dob­nie jak nikt nie za­prze­czy pani więzom krwi.

O tak. Wy­padło ide­al­nie. Po­wie­dział to dokład­nie w taki sposób, w jaki od kil­ku dni ćwi­czył w wy­obraźni. Gładko i zde­cy­do­wa­nie.

– Cze­go pan ode mnie chce? – za­py­tała. W jej głosie po­ja­wiły się zalążki zde­ner­wo­wa­nia.

– Tyl­ko jed­ne­go, co zresztą jest według mnie zupełnie rozsądne. Chcę, by ten chłopiec w pew­nym mo­men­cie życia mnie po­znał. Chcę, by go pani do mnie przy­pro­wa­dziła, kie­dy dorośnie. Lub kie­dy będzie w połowie do­ra­sta­nia. Wybór mo­men­tu po­zo­sta­wię pani. Chcę jed­nak, by mnie pani wte­dy mu przed­sta­wiła i po­wie­działa: „To właśnie ten człowiek, który zna­lazł cię w le­sie”. Dzięki temu mnie po­zna. Za­ist­nieję dla nie­go.

Er­tha Ba­tes stała przez chwilę bez słowa, znów wygładzając far­tuch.

– W jaki sposób pana od­szu­kam? – spy­tała.

Na­than sięgnął do kie­sze­ni płasz­cza i wy­do­był wi­zytówkę. Przed wyjściem z domu upew­nił się, że ma sto­sow­ny ich za­pas. Co więcej, wyjął na­wet jedną za­wcza­su ze srebr­ne­go wi­zytownika, który do­stał od Flo­ry w pre­zen­cie na Boże Na­ro­dze­nie, by tym spraw­niej podać ją bab­ce nie­mowlęcia. Gdy­by po­pro­siła.

Pani Ba­tes przyjęła kar­to­nik, na­wet nań nie patrząc. Wi­zytówka zniknęła w ob­szer­nej kie­sze­ni far­tu­cha. Oczy ko­bie­ty po­chwy­ciły spoj­rze­nie Na­tha­na.

– Będę mieć masę kłopotów – po­wie­działa. – Nie wiem, jak so­bie po­radzę ze wszyst­kim, co ten dzie­ciak usłyszy, kie­dy trochę dorośnie. To nie jest naj­większe mia­sto na świe­cie i pew­nie wpad­nie na ta­kich, którzy będą wie­dzie­li o nim więcej, niż mu wówczas wy­ja­wię. Wi­dzi pan, ja nie za­mie­rzam mu po­wie­dzieć, nig­dy, że ro­dzo­na mat­ka wy­rzu­ciła go jak wczo­raj­sze śmie­ci. Nie sądzę, by tego ro­dza­ju świa­do­mość posłużyła psy­chi­ce do­ra­stającego dziec­ka.

– Ja za­wsze uważałem – od­parł Na­than – że praw­da to po pro­stu praw­da. I że być może nie ist­nie­je po to, byśmy mo­gli ją na­gi­nać lub po­pra­wiać. Ani na­wet fil­tro­wać, by od­po­wia­dała uczu­ciom lu­dzi, których ko­cha­my i chce­my chro­nić.

Ob­ser­wo­wał jej oczy, zmianę w wy­ra­zie twa­rzy. Po­rzu­cała go, od­da­lała się. Za­my­kała na jego prośby. Być może po­wi­nien był za­sto­so­wać bar­dziej de­li­katną tak­tykę. W końcu nie cho­dziło o jego wnu­ka. To był jej wnu­czek. I po­win­na móc go wy­cho­wać ta­ki­mi me­to­da­mi i w ta­kich war­tościach, ja­kie uważała za słuszne.

– Cóż, oczy­wiście – podjął – de­cy­zja jed­nak nie należy do mnie. Praw­da? To pani zde­cy­du­je, jak chłopca wy­cho­wać. Obie­cuję, że jeżeli otrzy­mam szansę go po­znać, nie po­ruszę żad­ne­go te­ma­tu, który mogłaby pani uznać za nie­sto­sow­ny.

Nadal bacz­nie ob­ser­wo­wał jej spoj­rze­nie, lecz zdra­dzało bar­dzo nie­wie­le. Na­than stwier­dził, że po­wi­nien oka­zać ko­bie­cie współczu­cie. Tak jak to zwy­kle bywa w roz­mo­wie z kimś, kto utra­cił bliską osobę. Ko­niec końców, jej córka tra­fiła do więzie­nia. Całe mia­sto roz­pra­wiało o tej dziew­czy­nie – córce tej bied­nej ko­bie­ty – jak­by była diabłem wcie­lo­nym. A Er­tha Ba­tes, w ra­czej nie­od­po­wied­nim wie­ku, zo­stała nie­spo­dzie­wa­nie obar­czo­na opieką nad nie­do­ma­gającym nie­mowlęciem. Po­wi­nien więc wy­ra­zić ubo­le­wa­nie w tak trud­nym mo­men­cie.

Ko­bie­ta głęboko wes­tchnęła.

– No do­brze – po­wie­działa. – Do­brze. Zro­bi­my, jak pan po­wie­dział. Kie­dy uznam, że jest do­sta­tecz­nie duży, by wszyst­ko zro­zu­mieć, przy­pro­wadzę go do pana.

– Dziękuję.

Na­than odwrócił się i wy­ko­nał kil­ka kroków po skrzy­piącym gan­ku. Na­gle obej­rzał się przez ramię, z na­dzieją, że ko­bie­ta nie wróciła jesz­cze do domu.

Nie wróciła.

– Czy dziec­ko do­stało już imię? – spy­tał Na­than. – Wy­bie­rałyście może już wcześniej?

Wyciągnęła z kie­sze­ni far­tu­cha wi­zytówkę i przyj­rzała się jej z bli­ska, jak­by miała kłopo­ty ze wzro­kiem.

– Na­than – od­czy­tała na głos. – Za­tem od te­raz ma już imię.

Wewnątrz zalała go fala ciepła, spłukując cia­sny węzeł stra­chu. Wresz­cie. Na­resz­cie otrzy­mał zdrową dawkę ta­kie­go uczu­cia, ja­kie­go po­szu­ki­wał.

– Dziękuję, pani Ba­tes.

Acz­kol­wiek wie­dział, że gest jest sta­roświec­ki i nad­mier­nie ugrzecz­nio­ny, pożegnał się, uchy­lając ka­pe­lu­sza.

– Dziękuję panu – po­wie­działa, gdy scho­dził po schod­kach.

Słowa były do­niosłe, ważne, do­dat­ko­wo uwznioślone spo­so­bem, w jaki je wy­po­wie­działa. Na­than po­czuł wzbie­rającą w pier­si falę ciepła. Właśnie tego za­brakło mu w jej po­wi­ta­niu.

I zdo­była się na to do­pie­ro, gdy scho­dził z jej gan­ku. Zwięźle, bez większych ce­re­gie­li, lecz do­bit­nie. Jed­nym pro­stym zda­niem. Dziękuję panu.

Tak. Prawdę po­wie­dziaw­szy, Na­than od początku spo­dzie­wał się wy­razów wdzięczności. I choć spóźnio­ne, na­resz­cie padły. Odwrócił się raz jesz­cze, jako że o czymś właśnie so­bie przy­po­mniał.

– Pani Ba­tes… Czy pani córka… robi na dru­tach?

Ko­bie­ta zaśmiała się ner­wo­wo.

– Wie pan, spo­dzie­wałam się zupełnie in­ne­go py­ta­nia. Przez ostat­nich kil­ka dni nasłuchałam się wie­lu pytań o córkę. Proszę mi wie­rzyć. Większości nie byłabym na­wet w sta­nie powtórzyć. Ni­ko­go jed­nak nie in­te­re­so­wało, jak so­bie ra­dzi z dzier­ga­niem na dru­tach.

– Czy­li robi?

– Tak, rze­czy­wiście po­tra­fi robić na dru­tach. Ma to chy­ba po mnie. Będę mu­siała jej za­nieść przy­bo­ry do więzie­nia. Za­no­si się na to, że nie będzie na­rze­kać na brak wol­ne­go cza­su.

– Tak, proszę pani. Cóż, dziękuję za poświęcony mi czas.

Na­than odwrócił się i po­szedł w kie­run­ku sa­mo­cho­du.

* * *

Prze­je­chał kil­ka prze­cznic, od­twa­rzając w głowie roz­mowę z panią Ba­tes. Na­gle drgnął, przy­po­mniał so­bie, że za­mie­rzał w jakiś sposób złożyć ko­bie­cie wy­ra­zy ubo­le­wa­nia. Co się ostat­nio dzie­je z jego ma­nie­ra­mi? Dla­cze­go wszyst­ko wokół wy­da­je się na­gle tak ro­ze­dr­ga­ne?

Przez chwilę za­ma­rzył tęsknie o po­wro­cie do swe­go daw­ne­go spo­koj­ne­go życia. Wy­da­wało się jed­nak, że się na to nie za­no­si.

Dzień, w którym bez skut­ku próbował do­wie­dzieć się dla­cze­go

7 paździer­ni­ka, 1960

Docho­dziła ósma rano, gdy Na­than za­je­chał przed bu­dy­nek więzie­nia. W kan­ce­la­rii sie­działa tęga, na­chmu­rzo­na ko­bie­ta z dwójką małych dzie­ci; uni­kała jego wzro­ku. Uni­kała wzro­ku wszyst­kich. Oprócz niej Na­than był je­dyną osobą, która zja­wiła się w po­rze wi­dzeń.

Za­re­je­stro­wał się na moc­no sfa­ty­go­wa­nej, pomiętej kar­cie od­wie­dzin, na której wid­niały ad­no­ta­cje z po­przed­nie­go dnia. Złożył pod­pis, wyciągnął pra­wo jaz­dy – miał przy tym wrażenie, iż funk­cjo­na­riusz zza biur­ka przygląda się do­ku­men­to­wi na­zbyt długo i dokład­nie – po czym wypełnił od­po­wied­nie pole na­zwi­skiem oso­by, którą chciał od­wie­dzić.

Le­no­ra Ba­tes – na­pi­sał swym sta­ran­nym cha­rak­te­rem, z na­dzieją, że nie popełnił błędu w imie­niu.

Funk­cjo­na­riusz – jeżeli fak­tycz­nie był ja­kie­goś ro­dza­ju funk­cjo­na­riu­szem – sięgnął po ta­bliczkę, do której przy­pięty był for­mu­larz, wyjął ją Na­tha­no­wi z dłoni i obrócił. Z obojętną miną zaczął czy­tać. I wte­dy, nie­spo­dzie­wa­nie, jego czoło prze­cięła głęboka zmarszcz­ka.

– Proszę usiąść – rzu­cił. – To po­trwa kil­ka mi­nut.

Strażnicz­ka otwo­rzyła drzwi ko­ry­ta­rza, skinęła ko­bie­cie z dziećmi, którą naj­wy­raźniej znała i wpuściła całą trójkę do środ­ka.

Na­than spoj­rzał na funk­cjo­na­riu­sza zza kon­tu­aru. Z na­dzieją. Chciał się prze­ko­nać, czy także może już wejść.

Mężczy­zna pokręcił głową.

– Proszę sia­dać. Jak mówię. To chwilę zaj­mie.

– Tam­ta nie cze­kała – za­uważył Na­than. Nie bo­jo­wo. Ra­czej w sposób zachęcający do złożenia wyjaśnień.

– Oba­wiam się, że pańska spra­wa jest bar­dziej skom­pli­ko­wa­na. Znacz­nie bar­dziej.

Na­than przy­cupnął nie­pew­nie na skra­ju twar­dej, drew­nia­nej ławki, którą do­pie­ro co opuściła ko­bie­ta. Sie­dze­nie wciąż było roz­grza­ne jej zwa­listą fi­gurą. Na­than nig­dy nie był w sta­nie pojąć, dla­cze­go lu­dzie po­zwa­lają swym ciałom osiągać ta­kie roz­mia­ry. Cóż za cha­otycz­ne, po­zba­wio­ne kon­tro­li życie.

Funk­cjo­na­riusz zza kon­tu­aru sięgnął tym­cza­sem po słuchawkę te­le­fo­nu i ode­zwał się do niej ci­cho, w oczy­wi­sty sposób nie chcąc, by kto­kol­wiek podsłuchał, co mówi. Na­than jed­nak od uro­dze­nia cie­szył się nie­by­wa­le wy­ostrzo­nym słuchem.

– Za­dzwońcie do dowódcy zmia­ny. Prze­każcie, że po­trze­bu­je­my tu śled­cze­go ko­ro­ne­ra. – Pau­za, po czym: – Oj­ciec, chy­ba.

Na­than kil­ka razy obrócił w głowie nie­po­kojące słowo. Ko­ro­ner. Prze­cież w tej spra­wie nikt nie umarł.

Chy­ba?

Z wstrząsem przy­po­mi­nającym ude­rze­nie ki­jem ba­se­bal­lo­wym w żołądek, uświa­do­mił so­bie, że no­wo­ro­dek, mały Na­than Ba­tes, który miał się znacz­nie le­piej ostat­nim ra­zem, kie­dy Na­than te­le­fo­no­wał po wia­do­mości, mógł jed­nak umrzeć. Gwałtow­nie po­de­rwał się na równe nogi. Za­sko­czo­ny funk­cjo­na­riusz pod­niósł wzrok.

– Au­to­mat – rzu­cił spiesz­nie Na­than. – Czy jest tu gdzieś au­to­mat te­le­fo­nicz­ny?

– Tak, przed bu­dyn­kiem.

Wy­biegł na zewnątrz. Paździer­ni­ko­we po­wie­trze szczy­pało w tej chwi­li jesz­cze ostrzej. Na­than po­czuł w kościach, że wkrótce spad­nie pierw­szy śnieg.

Po­grze­bał w kie­sze­ni, szu­kając dzie­sięcio­centówki i za­dzwo­nił na szpi­talną izbę przyjęć. Nu­mer miał już wy­ry­ty w pamięci.

Ode­brał dok­tor Bat­ta­glia.

– Mówi Na­than McCann – przed­sta­wił się. Nie miał pojęcia, co po­wie­dzieć w następnej ko­lej­ności. Słyszał i czuł bijący w pier­si, szyi i skro­niach puls. Jed­no­cze­sne mówie­nie i od­dy­cha­nie gra­ni­czyło z nie­możliwością.

– Już go tu­taj nie ma – stwier­dził le­karz. Sta­now­czo zbyt spo­koj­nym głosem. – Przy­kro mi to po­wie­dzieć, ale na tym na­sze kon­wer­sa­cje muszą się zakończyć, chy­ba że znaj­dzie pan gdzieś ko­lej­ne­go dzie­cia­ka.

Świat na skra­ju pola wi­dze­nia Na­tha­na stał się na­raz jaśniej­szy i bar­dziej złowro­gi. Prze­stra­szył się, że ze­mdle­je. Spróbował się ode­zwać, lecz w jego krta­ni nie zma­te­ria­li­zo­wało się ani jed­no słowo.

– Tak – ciągnął dok­tor Bat­ta­glia – wczo­raj po południu prze­ka­za­liśmy go bab­ce. Bied­na ko­bie­ci­na. Za­pew­ne zbliża się do pięćdzie­siątki, a co naj­mniej przez rok ani razu porządnie się nie wyśpi. Małe dzie­ci są dla młodych.

Na­than bar­dzo świa­do­mie wypełnił płuca po­wie­trzem.

– Czy­li on nie… Wszyst­ko z nim do­brze?

– Tak, świet­nie so­bie po­czy­na. Mówiłem panu, że to sil­ne pędra­ki. Zupełnie jak­by Bóg zde­cy­do­wał, że mają przyjść na świat i nic nie mogło ich po­tem po­wstrzy­mać. Kie­dy wi­działem małego po raz ostat­ni, miał zaróżowio­ne po­licz­ki.

– Ach, cóż. Dziękuję, dok­to­rze. Był pan bar­dzo uprzej­my.

Na­than wrócił po­wol­nym kro­kiem do re­cep­cji więzie­nia, miał wrażenie, że mięśnie jego ud zmie­niły się w płyn lub rzadką ga­la­retkę. Zajął swo­je miej­sce na ławce, gdzie cze­kał, nie­wie­le przy tym myśląc, do­brze po­nad dwa­dzieścia mi­nut.

* * *

– De­tek­tyw Gross – przed­sta­wił się nie­wy­so­ki mężczy­zna.

Na­than wstał i uścisnął jego rękę.

De­tek­tyw Gross był młodym człowie­kiem, a przy­najm­niej ta­kie spra­wiał wrażenie. Nie wyglądał na wie­le po­nad trzy­dziestkę, acz­kol­wiek rude włosy cofnęły mu się zdu­mie­wająco wy­so­ko, co przy­da­wało jego czołu dziw­ne­go, kan­cia­ste­go kształtu.

– Chciałbym za­pro­sić pana do mo­je­go biu­ra. I od razu prze­pra­szam, ale to dość da­le­ki spa­cer.

Na­than wy­szedł za nim przed więzie­nie i ra­zem prze­szli do przy­ległego bu­dyn­ku. Kro­czył za nim po ob­skur­nych ko­ry­ta­rzach o wy­so­kich oknach, których nie myto naj­wy­raźniej od wie­lu lat. Osta­tecz­nie do­tar­li do cia­sne­go ga­bi­ne­tu. W jed­nej z brud­nych szyb wid­niała dziu­ra o śred­ni­cy piłki do ba­se­bal­la, od której ciągnął się przez całe po­miesz­cze­nie wyraźny, ukośny snop dzien­ne­go światła. Na­than za­siadł przed biur­kiem po­li­cjan­ta. Spoj­rzał prze­lot­nie na okno i pomyślał o nie­daw­no podjętej próbie emi­sji ob­li­ga­cji miej­skich, z której środ­ki miały posłużyć bu­do­wie no­we­go więzie­nia. Głoso­wał prze­ciw­ko. Uznał, że obciążenia po­dat­ko­we już i tak są zbyt duże. Do człowie­ka za biur­kiem wciąż nie ode­zwał się słowem.

– W mo­jej pra­cy to za­wsze jest trud­ny mo­ment. Nie cier­pię go. Na­prawdę. Zresztą nikt tego nie lubi. Ani trochę. Nie­mniej je­stem śled­czym pra­cującym w biu­rze ko­ro­ne­ra, a ktoś musi robić i to, więc przejdźmy może do rze­czy. Z ogromną przy­krością in­for­muję, że pańska córka zmarła ubiegłej nocy.

– Le­no­ra? – za­py­tał Na­than. Zdez­o­rien­to­wa­ny.

– Oba­wiam się, że tak.

– Na…?

– Sep­sa.

– Powiązana z nie­daw­nym po­ro­dem?

– Tak. Dokład­nie. Poród prze­biegł z kom­pli­ka­cja­mi, po­ja­wił się spo­ry krwo­tok. Jak sądzę z po­wo­du jej młode­go wie­ku, przy­najm­niej po części. Miała le­d­wie osiem­naście lat i była bar­dzo drob­na…

Długie mil­cze­nie.

Wresz­cie ode­zwał się Na­than.

– Nie za­pew­nia­cie tu więźniom opie­ki zdro­wot­nej? Och, nie chciałem, żeby to w ten sposób za­brzmiało… ale cóż, za­pew­nia­cie? Cho­dzi mi o to, że pra­wo zo­bo­wiązuje was chy­ba do za­pew­nie­nia opie­ki każdemu osa­dzo­ne­mu, który o to po­pro­si?

– Tak, oczy­wiście – przy­znał Gross. – Tra­fił pan w sed­no spra­wy. Każdemu, kto o to po­pro­si. Ale nie cho­dzi­my co­dzien­nie po ce­lach i nie wy­py­tu­je­my więźniów, jak się mie­wają. To oni muszą nam dać znać o pro­ble­mie. Na przykład o poważnej in­fek­cji połączo­nej z silną gorączką. A pańska córka nie wspo­mniała o tym na­wet słowem.

– Moja córka. Coś się wam chy­ba po­mie­szało. Ja nie mam dzie­ci.

Twarz de­tek­ty­wa zbie­lała.

– Le­no­ra Ba­tes nie była pańską córką?

– Nie.

– Więc co pana łączyło ze zmarłą?

– W za­sa­dzie nic. Nie wi­działem jej na oczy. To ja zna­lazłem w le­sie jej dziec­ko.

– Czy­li nie jest pan człon­kiem ro­dzi­ny?

– Nie, proszę pana.

– O rany. Strasz­ny wstyd. Nie po­wi­nie­nem był wy­ja­wiać panu żad­nych in­for­ma­cji. Nie mie­liśmy na­wet cza­su, by po­wia­do­mić jej krew­nych. Muszę so­bie ostro po­roz­ma­wiać z fa­ce­tem, który mi po­wie­dział, że jest pan oj­cem. Po­sta­wił mnie w wyjątko­wo niezręcznej sy­tu­acji.

Bied­na pani Ba­tes – pomyślał Na­than. Jej córka nie żyje, a ona na­wet o tym nie wie. Wie­dział za to on. Z ja­kie­goś po­wo­du wy­da­wało się to smut­ne, że zaczął jej współczuć, za­nim jesz­cze sama wie­działa, że należy jej cze­go­kol­wiek współczuć. To zna­czy bar­dziej niż dotąd.

– Za­pew­niam, że na­wet ta­kiej możliwości nie za­su­ge­ro­wałem.

– Cóż, po pro­stu założył coś, cze­go nie po­wi­nien. Może uznał, że nikt poza oj­cem nie ze­chce jej od­wie­dzić. Nie­mniej to bar­dzo nie­pro­fe­sjo­nal­ne za­cho­wa­nie. Bar­dzo by mi pan pomógł, pa­nie…?

– McCann.

– Pa­nie McCann, bar­dzo by mi pan pomógł, gdy­by jesz­cze przez parę go­dzin za­cho­wał tę in­for­mację dla sie­bie. Me­dia wkrótce i tak rzucą się na te­mat, ale bar­dzo ważne jest, żeby naj­bliższa ro­dzi­na zo­stała po­wia­do­mio­na jak należy, za­nim do­wiedzą się z ra­dia czy prze­czy­tają w pra­sie. Je­stem pe­wien, że pan ro­zu­mie.

– Darzę biedną panią Ba­tes zbyt dużym sza­cun­kiem, by do cze­goś ta­kie­go dopuścić.

– Dziękuję panu. Cóż, mam na­dzieję że się pan nie ob­ra­zi, ale po­wi­nie­nem już iść i po raz dru­gi zająć się tym przy­krym obo­wiązkiem. Tra­fi pan sam na par­king?

– Myślę, że tak – po­wie­dział Na­than i wstał z miej­sca.

– Pa­nie McCann… – rzu­cił de­tek­tyw. Za­nim Na­than do­tarł do drzwi.

Na­than odwrócił się do po­li­cjan­ta. Za­uważył chmurkę po­de­rwa­nych przez po­dmuch po­wie­trza, dro­bi­nek ku­rzu, wi­rujących w bijącym ze stłuczo­nej szy­by pro­mie­niu światła. Za­sta­no­wił się, w jaki sposób de­tek­tyw ogrze­je ga­bi­net, kie­dy spad­nie śnieg.

– Pa­nie McCann, jeśli to nie ta­jem­ni­ca, co ta­kie­go chciał pan jej po­wie­dzieć?

– Co chciałem jej po­wie­dzieć? – Na­than naciągnął na dłonie skórza­ne ręka­wicz­ki.

– Tak, cie­ka­wi mnie, oczy­wiście, czy­sto pry­wat­nie, powód pańskiej wi­zy­ty. Wie pan, zro­biła coś tak nie­wy­obrażal­ne­go. A pan mu­siał po tym po­sprzątać… I za­sta­na­wiam się, co za­mie­rzał jej pan po­wie­dzieć.

– Prawdę po­wie­dziaw­szy, nic. Nie miałem jej nic do po­wie­dze­nia. Miałem za to na­dzieję, że to ona po­wie coś mnie.

– Ach, ro­zu­miem. Chciał się pan do­wie­dzieć, dla­cze­go. Dla­cze­go w le­sie? Cze­mu nie w szpi­ta­lu? Lub w sie­ro­cińcu? Dla­cze­go nie włożyła dzie­cia­ka do ko­szy­ka i nie pod­rzu­ciła komuś na próg?

– Tak. Dokład­nie.

– Cóż, proszę nie myśleć, że jest pan je­dy­nym cie­ka­wym. Dziew­czy­na usłyszała już te py­ta­nia wie­le razy. Od przesłuchujących ją de­tek­tywów. Oraz od współwięźniów. Wie­le ko­biet tu­taj to mat­ki. Prawdę mówiąc, w tro­sce o bez­pie­czeństwo, mu­sie­liśmy prze­trzy­my­wać ją w izo­la­cji od po­zo­stałych. Nie­ste­ty, nie mo­gliśmy jej od­se­pa­ro­wać w taki sposób, by nie słyszała ko­men­ta­rzy.

– I co miała do po­wie­dze­nia na swoją obronę?

– Nic. Ani słowa.

– Nie od­zy­wała się?

– Na­wet jed­nym słowem. Być może więc miała jakiś powód, tyl­ko nie chciała go ujaw­nić. Chce pan usłyszeć moją teo­rię? Moim zda­niem sama nie znała od­po­wie­dzi. Świat jest pełen lu­dzi za­gu­bio­nych tak bar­dzo, że nie ro­zu­mieją sami sie­bie. Na­wet gdy­by za­pro­po­no­wał pan ta­kiej oso­bie tysiąc do­larów za wyjaśnie­nia, ni­cze­go by nie po­wie­działa, bo nie da się po­wie­dzieć cze­goś, cze­go się po pro­stu nie wie. Dla­te­go bar­dzo mi przy­kro, pa­nie McCann. Jeżeli jakiś powód ist­niał, od­szedł ra­zem z nią. Cho­ciaż według mnie, na to py­ta­nie nig­dy nie było od­po­wie­dzi. Bo nic nie może spra­wić, by tego ro­dza­ju postępek na­brał choć odro­binę sen­su.

– Za­pew­ne ma pan rację – stwier­dził Na­than. Przez chwilę stał w mil­cze­niu. – Cho­ciaż ona nie była z tym sama. Jest jesz­cze ten jej chłopak. Cie­ka­we, co on by po­wie­dział.

– Jeśli wy­trzy­ma pan ko­lejną z mo­ich teo­rii… Przed­wczo­raj przy­je­chała tu­taj jego mat­ka, wpłaciła kaucję. Za­sta­wiła dom, by go wy­ku­pić. I mam coś w ro­dza­ju prze­czu­cia. Może pan to na­zwać po­li­cyj­nym no­sem. Ale mam na­dzieję, że ta nie­bo­racz­ka ma ja­kichś krew­nych, którzy ją przy­garną, kie­dy już ten dom stra­ci. Bo wie pan, wi­działem wy­raz spoj­rze­nia tego chłopa­ka, kie­dy stąd wy­cho­dził.

Na­than szyb­ko prze­tra­wił nowe in­for­ma­cje. Z ja­kie­goś po­wo­du oce­na po­li­cjan­ta wy­da­wała mu się traf­na.

– Cóż, przy­pusz­czam, że chce się pan te­raz spo­tkać z panią Ba­tes, de­tek­ty­wie…

– Nie tyle chcę, co…

Gross wstał z krzesła i otwo­rzył drzwi Na­tha­no­wi, który bezbłędnie od­na­lazł drogę na par­king.

* * *

W dro­ge­rii na rogu, Na­than zna­lazł sto­sowną kartkę z kon­do­len­cja­mi. Zapłacił i zaniósł ją na pocztę.

Tam, za po­mocą swe­go ulu­bio­ne­go, srebr­ne­go pióra, swym naj­lep­szym, naj­bar­dziej sta­ran­nym odręcznym pi­smem, na­pi­sał na od­wro­cie:

„Dro­ga pani Ba­tes,

Prze­syłam wy­ra­zy współczu­cia z po­wo­du pani stra­ty. W tej jakże trud­nej chwi­li je­stem myślami ra­zem z panią.

Szcze­rze od­da­ny,