Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 273 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dzień dobry, północy - Lily Brooks-Dalton

Przejmująca historia dwojga robinsonów, którzy zmagają się z tęsknotą, miłością, żalem i walczą o przetrwanie w odmienionym świecie.

Augustine od lat bada gwiazdy w odległych placówkach naukowych. Do obserwatorium, w którym pracuje, docierają informacje o katastrofie. Naukowcy muszą pilnie opuścić ośrodek badawczy, ale astronom odmawia wyjazdu.  Samotnie czeka na nadejście nocy polarnej na kole podbiegunowym, do którego – jak sam mówi – pasuje jego wnętrze.

W tym samym czasie pojazd kosmiczny z astronautką Sully na pokładzie zmierza w kierunku Ziemi. Wszystko przebiega zgodnie z planem, aż do momentu, kiedy członkowie załogi tracą łączność z centrum kontroli lotów. Uświadamiają sobie, że prawdopodobnie nie uda im się wrócić do domu.

Losy Augustine i Sully się splatają. Łączy ich samotność. Najgłębsze, dojmujące poczucie niespełnienia. Dwoje ludzi kochających gwiazdy.

Lily Brooks-Dalton urodziła się i wychowała w południowym Vermoncie. Jej wspomnienia, Motorcycles I’ve Loved, były nominowane do Oregon Book Award, a pierwsza powieść, Good Morning, Midnight, została przetłumaczona na pięć języków obcych. Stypendystka The Studios of Key West i Kerouac Project, obecnie mieszka nigdzie i wszędzie, przemierzając Amerykę Północną i pisząc trzecią książkę.

Good Morning, Midnight to niezwykła powieść. Lily Brooks-Dalton, utalentowana debiutantka, świetnie opisuje samotne miejsca, czy jest to zimny nieskończony wszechświat, czy najgłębsze zakątki ludzkiego serca.

                                                                                                                      Colson Whitehead

Naprawdę oryginalna powieść i głęboko ludzka... Ta piękna historia przypomina, jak bardzo pragniemy więzi – z najbliższymi, z nieznajomymi, z samymi sobą. Zaczynamy zdawać sobie sprawę, że choć dzieli nas czas i odległość, w obliczu samotności i pustki wiąże czułość i zrozumienie. Fascynująca historia, która zaskakuje i inspiruje na każdym kroku.

                                                                                                                      Keith Scribner   

Opinie o ebooku Dzień dobry, północy - Lily Brooks-Dalton

Fragment ebooka Dzień dobry, północy - Lily Brooks-Dalton

1

Kiedy słońce wreszcie znowu pojawiło się w kręgu polarnym i splamiło szare niebo jaskrawymi pasmami różu, Augustine był na dworze i czekał. Od wielu miesięcy nie czuł na twarzy naturalnego światła. Różowy blask zalał horyzont i wniknął w lodowaty błękit tundry, rzucając na śnieg cienie w kolorze indygo. Świt wstawał jak ściana głodnego ognia; delikatny róż przechodził w pomarańcz, a potem w szkarłat, pochłaniając jedną po drugiej grube warstwy chmur, aż w końcu zapłonęło całe niebo. Augustine pławił się w tej stłumionej poświacie, czując mrowienie na skórze.

Zachmurzenie było nietypowe jak na wiosnę. Teren pod obserwatorium wybrano właśnie ze względu na zazwyczaj dobrą pogodę, cienką, arktyczną warstwę atmosfery i wyniesienie, jakie stanowiło pasmo Kordylierów. Augie zszedł z betonowych stopni prowadzących do budynku i ruszył ścieżką wyciętą w stromym stoku góry – kierując się w dół, ku usytuowanym na pochyłości zabudowaniom, a potem dalej. Kiedy minął ostatnie z nich, słońce zaczęło już zachodzić, a kolory blednąć. Dzień wstał i zakończył się w dziesięć minut – a może trwał nawet krócej. Na północy wznosiły się zaśnieżone szczyty gór. Na południu, w oddali, rozciągał się płaski obszar tundry. W najlepsze dni to białe płótno, jakie stanowił krajobraz, działało na niego kojąco, w najgorsze budziło w nim szaleństwo. Ta ziemia miała go za nic, a on nie mógł przenieść się nigdzie indziej. Nie potrafił się zorientować, jaki jest dzień.

W innym życiu, jeśli czuł się odrzucony przez otoczenie, co zdarzało się dość często, po prostu pakował swoją miękką skórzaną walizkę i znajdował sobie inne miejsce. Walizka nie była duża, ale doskonale mieściły się w niej niezbędne do istnienia rzeczy i jeszcze zostawało trochę miejsca. Nie było potrzeby angażowania firm przewozowych, używania folii bąbelkowych ani urządzania przyjęć pożegnalnych. Kiedy postanawiał odejść, odchodził w ciągu tygodnia. Ze stypendium doktoranckiego na pustyni Atakama w północnym Chile, gdzie łamał sobie zęby na umierających gwiazdach, do Afryki Południowej, Portoryko, na Hawaje, do Nowego Meksyku, Australii – podążając za najnowocześniejszymi teleskopami, największymi zespołami satelitów rozsianymi po całym globie jak okruchy chleba. Im mniej ludzkiej ingerencji, tym lepiej. Tak zawsze miał w zwyczaju.

Kontynenty i państwa nic dla niego nie znaczyły; poruszało go tylko niebo, to, co działo się po drugiej stronie okna atmosferycznego. Wyznawał kult pracy, miał wielkie ego, dokonywał przełomowych odkryć, ale nie osiągał zadowolenia. Nigdy nie był zadowolony i nie miał być. Nie pragnął sukcesu ani nawet sławy, to należało już do historii; pragnął otworzyć wszechświat niczym dojrzałego arbuza, ułożyć w porządku oblepione miąższem pestki, wyprzedzając zdjętych podziwem kolegów. Pragnął ująć w dłonie soczysty owoc i opisać wnętrze nieskończoności, spojrzeć wstecz ku zaraniu czasu i dostrzec sam początek. Pragnął, aby go zapamiętano.

A oto, w wieku siedemdziesięciu ośmiu lat, był tutaj, na szczycie Archipelagu Arktycznego, na obrzeżach cywilizacji – żeby u schyłku życia i pracy zawodowej tylko patrzeć w pustą twarz własnej ignorancji.

* * *

Obserwatorium Barbeau zostało zbudowane jako przedłużenie góry. Zaciśnięta pięść kopuły mieszczącej teleskop wyzywająco górowała nad wszystkim innym w promieniu wielu mil, strzegąc reszty pasma górskiego jak strażnik. Z kilometr na południe, gdzie tundra została wycięta i zrównana z ziemią przez buldożer sprowadzony drogą lotniczą z Grenlandii, znajdowały się pas do lądowania i hangar, oznakowane odblaskowymi pomarańczowymi chorągiewkami i otoczone wygasłymi już światłami. Hangar stał pusty, pas zarastał i popadał w zaniedbanie. Ostatnie samoloty, które z nich korzystały, przyleciały, żeby zabrać badaczy z placówki, a ostatnie wiadomości, jakie nadeszły z cywilizowanego świata, mówiły o wojnie.

Zaopatrzenie placówki – beczki paliwa, trwała żywność, oczyszczona woda, środki medyczne, broń i sprzęt wędkarski, narty biegówki, raki i liny wspinaczkowe – pozwalało przetrwać dwanaściorgu naukowcom przez dziewięć miesięcy. W skład jej wyposażenia wchodziło więcej aparatury naukowej, niż Augie mógł wykorzystać; dostarczała ona więcej danych badawczych, niż mógłby przetworzyć za życia. Ale taki stan rzeczy właściwie go zadowalał. Obserwatorium stanowiło główny obiekt placówki; znajdowało się pośrodku rozproszonych dormitoriów, magazynów i budynków rekreacyjnych. Jego struktura była najtrwalszym elementem bazy – w końcu to wokół potężnego teleskopu, który mieściło, wzniesiono całą resztę. Pozostałe zabudowania przypominały raczej odporne na pogodę namioty, w których się jadło, piło, spało i przechowywało wszystko co potrzebne. Standardowe stypendium badawcze Barbeau trwało od sześciu do dziewięciu miesięcy, lecz Augustine przed ewakuacją pracował tu już prawie dwa lata. Niebawem więc miały minąć trzy lata, odkąd przebywał w bazie. Program naukowy przyciągał rzesze młodych, śmiałych mężczyzn, często świeżo po doktoracie, którzy nie mogli się doczekać, kiedy wyrwą się z murów uczelni, przynajmniej na jakiś czas, zanim utkną w nich na dobre. Augustine gardził tymi ograniczonymi podręcznikową wiedzą naukowcami, z ich teoriami i brakiem – często całkowitym – praktycznych umiejętności. Jednakże znowu z trudem wymieniłby choć jedną osobę, którą by nie gardził.

Lustrując spod zmrużonych powiek horyzont, przez grubą pokrywę chmur widział tylko obniżający się krąg słońca, przecięty na pół przez postrzępiony zarys Kordylierów. Był koniec marca, niedługo po dwunastej. Wreszcie z tego pustego rejonu świata odchodziła noc polarna i krok po kroku znowu nastawał dzień. Zaczynał się powoli, nieśmiało wyzierał zza linii nieba, wydłużając się skokowo o parę godzin. Niebawem miała nadejść pełnia lata, kiedy słońce świeci nawet o północy, a gwiazdy całkowicie bledną. Augie wiedział, że pod koniec letniej jasności chętnie powita jesienny zmierzch, a potem zimową czerń w odcieniu granatu, ale na razie nie mógł sobie wyobrazić bardziej krzepiącego widoku niż ten niknący zarys słońca, które spoczywa tuż nad horyzontem i spowija blaskiem przyczajoną tundrę.

W Michigan, gdzie się wychował, zima nachodziła bez pośpiechu, łagodnie: pierwszy śnieg w postaci puchu, zaspy miękkie jak poduszki, sople lodu, coraz dłuższe i ostrzejsze, a potem kap, kap i wybuch wiosny. Tu wszystko było gwałtowne i surowe. Ponure. Bezlitosne jak krawędź brylantu, z wielkimi półkami lodowymi, które nigdy nie topniały, a grunt nie rozmiękał. Gdy z nieba po południu znikały ostatnie promienie światła, zauważył niedźwiedzia polarnego, który wybiegł zza jednego z górskich szczytów, zmierzając w stronę morza, żeby zapolować. Augie żałował, że nie może wejść w jego grubą skórę i zaszyć się w niej. Wyobraził sobie, jakie to byłoby wrażenie: patrzeć wzdłuż długiego pyska na łapy rozmiaru talerzy, przewracać się na grzbiet i czuć, jak tysiące funtów mięśni, tłuszczu i futra wciskają się w zamarzniętą ziemię. Wyciągać zaobrączkowaną fokę z przerębla, przez który oddycha, i zabijać ją jednym silnym ciosem, zatapiać zęby w jej mięsie, odgryzając parujące kawały sadła, a potem zasypiać, najedzonym, w czystej białej zaspie. Żadnego myślenia – tylko instynkt. Tylko głód i senność. I chuć w odpowiedniej porze roku, nigdy miłość, bez poczucia winy, bez nadziei. Zwierzę stworzone do tego, żeby przedłużać gatunek, nie po to, żeby myśleć. Na tę refleksję prawie się uśmiechnął, ale jego usta nawet nie drgnęły, nie miał zwyczaju ich wykrzywiać.

Nie lepiej znał się na miłości niż ten niedźwiedź. Zawsze tak było. W przeszłości doświadczał związanych z nią mniej szlachetnych uczuć – wstydu, żalu, niechęci czy zazdrości – ale wtedy spoglądał w niebo i wszystkie je wypierał podziw. Jedynie kosmos budził w nim wielkie emocje. Może to była miłość, ale nigdy świadomie tego tak nie nazywał. Gorące nieodwzajemnione uczucie, jakie żywił do pustki i pełni wszechświata, całkowicie go pochłaniało, nie zostawiając miejsca ani czasu na nic innego, na żadną pośledniejszą kochankę. I to mu odpowiadało.

Zdarzyło się, że raz niemal pozwolił, aby obiektem jego adoracji stała się istota ludzka; było to dawno temu. Miał ponad trzydzieści lat, kiedy zrobił dziecko pięknej kobiecie o ostrym jak brzytwa intelekcie, którą poznał w ośrodku badawczym w Socorro w Nowym Meksyku. Była naukowcem, jak on, pisała doktorat, i Augustine pomyślał, że jest wyjątkowa. Usłyszawszy nowinę, poczuł przypływ ciepła na myśl o tym dziecku, jak o nowej gwieździe oddalonej sześć miliardów lat świetlnych. Dotykalnej, pięknej, lecz już umierającej, gdy do niego dotrze w postaci gasnącej poświaty. To było dla niego za mało. Usiłował przekonać tę kobietę, żeby usunęła ciążę, a kiedy odmówiła, opuścił jej hemisferę. Przez całe lata trzymał się po drugiej stronie równika, bo nie mógł znieść bliskości dziecka, którego nie umiał kochać. Czas mijał i w końcu Augie zadał sobie trud, żeby poznać imię dziewczynki i datę jej przyjścia na świat. Na piąte urodziny wysłał jej drogi amatorski teleskop, rok później – model sfery niebieskiej, a dwa lata później – pierwsze wydanie Kosmosu Carla Sagana z autografem autora. O następnych urodzinach zapomniał, ale w kolejnych latach wysyłał dalsze książki, zaawansowane dzieła na temat astronomii. Potem stracił z nią kontakt – z nimi obiema. Kawałek skały księżycowej, który zamierzał podarować jej na następne urodziny – wycyganiony od wydziału geologii na jednej z jego licznych placówek badawczych – wrócił z dopiskiem „adres nieaktualny”. Augustine wzruszył na to ramionami i postanowił nie szukać aktualnego. Ta zabawa z prezentami była niemądra, stanowiła sentymentalną słabostkę w jego poza tym racjonalnym życiu. Później rzadko już myślał o tamtej wyjątkowej kobiecie i jej córce, aż w końcu zupełnie o nich zapomniał.

Niedźwiedź polarny, wędrujący po drugiej stronie góry, zniknął z pola widzenia, połknięty przez słońce. Augie wtulił głowę w ramiona, ciaśniej zawiązując sznurki w kapturze swojej parki. Owiał go lodowaty wiatr. Zamknął oczy, poczuł w nozdrzach skrzypiący szron i poruszył zmarzniętymi palcami w wełnianych skarpetach oraz potężnych butach. Włosy i broda posiwiały mu trzydzieści lat wcześniej, ale zarost na brodzie i szyi pozostał ciemny, jakby Augie w połowie porzucił zajęcie, jakim było starzenie się, i przeszedł do następnego projektu. Był już stary od lat, bliższy śmierci niż narodzin, nie mógł chodzić tak daleko ani stać tak długo jak kiedyś, ale tej zimy poczuł się szczególnie wiekowy. Starożytny. Zaczął się kurczyć, jakby jego kręgosłup się skręcał, a kości zbliżały do siebie. Tracił nie tylko poczucie czasu, co nie było niezwykłe podczas niekończącej się ciemności w zimie, ale także kontrolę nad własnymi myślami. Budził się jak ze snu, nie wiedząc, o czym przed chwilą myślał, dokąd szedł, co robił. Próbował sobie wyobrazić, co stałoby się z Iris, gdyby umarł. Potem nakazywał sobie przestać. I starał się nie przejmować.

* * *

Kiedy wrócił do sali łączności, kolor nieba przeszedł w charakterystyczny dla zmierzchu odcień głębokiego granatu. Z ogromnym wysiłkiem Augie otworzył ciężkie stalowe drzwi. Wymagało to od niego większego trudu niż jeszcze dwanaście miesięcy wcześniej. Z każdą mijającą porą roku jego zdrowie zdawało się coraz bardziej kruche. Wiatr zatrzasnął za nim drzwi. Żeby oszczędzać paliwo, Augie ogrzewał tylko ostatnie piętro obserwatorium: jedno długie pomieszczenie, gdzie trzymał wszystkie najcenniejsze urządzenia i gdzie spali z Iris. Przeniósł tu także kilka sprzętów z niższych pięter i z zabudowań zewnętrznych: dwie płyty indukcyjne, śpiwory i nierówne pojedyncze materace tworzące posłanie, skromną zbieraninę garnków, naczyń stołowych i sztućców, czajnik elektryczny. Wchodząc po schodach, musiał odpoczywać po każdym kroku. Dotarłszy na drugie piętro, zamknął za sobą drzwi klatki schodowej, żeby nie wypuszczać ciepła. Przystąpił do powolnego zdejmowania zimowego okrycia, wieszając jego pojedyncze elementy na kołkach, których długi rząd sterczał ze ściany. Za dużo ich było dla jednego człowieka. Rękawice z jednym palcem powiesił oddzielnie, odwinął szalik i też go umieścił na kołku, a resztę ubrań rozłożył na wieszaku. Może pomieszczenie miało przez to wydawać się mniej puste – wypełniał otaczającą go przestrzeń śladami własnej obecności, żeby dotkliwa samotność nie była taka oczywista. Po drugiej stronie pokoju wisiało kilka piżam, para kalesonów, dwa grube swetry. Przez chwilę mocował się z kołeczkami przy parce, a potem z suwakiem. Ją też rozwiesił.

Nigdzie nie widział Iris. Rzadko się odzywała, choć czasami nuciła cicho melodie własnej kompozycji; dźwięki zdawały się wznosić i opadać do wtóru wiatru uderzającego w kopułę nad głowami; była to orkiestra żywiołu. Przystanął na chwilę i nasłuchiwał, ale niczego nie usłyszał. Często jej nie widział, bo się nie ruszała, więc teraz uważnie zlustrował pomieszczenie, wypatrując nieznacznego mrugnięcia okiem, próbując pochwycić szmer oddechu. W obserwatorium byli tylko oni dwoje i teleskop, a wokół tundra. Ostatni cywilni pracownicy zostali ewakuowani samolotem do najbliższej bazy wojskowej prawie rok wcześniej; stamtąd przetransportowano ich do miejsc zamieszkania, żeby mogli dołączyć do bliskich. Na świecie dział się jakiś kataklizm, ale nikt nie wiedział nic konkretnego. Pozostali naukowcy nie wypytywali ratowników – pakowali się pospiesznie i robili, co tamci im kazali, lecz Augustine nie chciał wyjechać.

Kapitan lotnictwa, który przybył ze swoim oddziałem, żeby zabrać naukowców do domu, przed likwidacją bazy zwołał wszystkich do gabinetu dyrektora. Odczytał nazwiska badaczy i poinstruował ich, kiedy i jak mają wsiąść do czekającego na pasie samolotu.

– Ja nie lecę – oświadczył Augustine, kiedy go wywołano.

Jeden z wojskowych się zaśmiał. Kilku naukowców westchnęło. Początkowo nikt nie traktował jego słów poważnie. Ale on nie zamierzał ustąpić. Ani myślał dać się zapędzić do samolotu razem z innymi jak ze stadem bydła – on tu pracował. Tu żył. Poradzi sobie sam i opuści to miejsce, kiedy będzie gotowy.

– O tym możemy zapomnieć, proszę pana – odparł kapitan, już zniecierpliwiony. – Każdy, kto zostanie w tej bazie, będzie zdany na siebie. Albo poleci pan z nami, albo zostanie tu na zawsze.

– Rozumiem – rzekł Augustine. – I nie lecę.

Kapitan przyjrzał mu się badawczo i zobaczył jedynie zwariowanego starszego człowieka, na tyle jednak zrównoważonego, żeby mieć świadomość, co mówi. Z odsłoniętymi zębami, zjeżonym zarostem i nieugiętym spojrzeniem przypominał dzikie zwierzę. Kapitan miał za dużo do roboty i za mało czasu, żeby przemawiać do rozsądku komuś, kto był go pozbawiony. Musiał troszczyć się o innych ludzi i o sprzęt, który kazano mu przetransportować. Zignorował więc Augustine’a i zakończył zebranie, ale gdy pozostali naukowcy się rozeszli, żeby spakować swoje rzeczy, wziął go na stronę.

– Panie Lofthouse – powiedział spokojnie, choć z wyczuwalną wrogością w głosie. – Popełnia pan błąd. Nie mogę siłą wsadzić starszego człowieka do samolotu, ale proszę mi wierzyć, że nie żartuję. Nikt tu po pana nie wróci.

– Kapitanie – odezwał się Augustine, strącając rękę mężczyzny ze swojego ramienia. – Rozumiem. A teraz niech się pan ode mnie odczepi.

Kapitan pokręcił głową i patrzył, jak uparty starzec, trzaskając drzwiami, opuszcza dyrektorski gabinet.

Augie wycofał się na ostatnie piętro obserwatorium i stanął przy wychodzących na południe oknach. Inni naukowcy biegali na dole wśród namiotów i zabudowań, taszcząc pakunki i bagaże, nosząc naręcza książek, sprzętu i pamiątek. Po stoku góry krążyły tam i z powrotem potężnie załadowane skutery śnieżne i na oczach Augiego jego koledzy zaczęli przesuwać się po pasie do lądowania, aż został sam.

Samolot wzleciał w powietrze, wyłaniając się spomiędzy wzniesień tundry, gdzie znajdował się niewidoczny stąd hangar, i Augustine obserwował, jak maszyna znika w dali na jasnym niebie, z szumem silnika niknącym w wyciu wiatru. Stał długi czas na swoim stanowisku przy oknie, uświadamiając sobie, na jaką skazał się samotność. W końcu odwrócił się i potoczył wzrokiem po sali łączności. Zaczął odsuwać na bok porzucone rzeczy kolegów, przystosowując przestrzeń dla siebie, na swoje wyłączne potrzeby. W nagłej ciszy zadźwięczały echem słowa kapitana: „Nikt po pana nie wróci”. Augie próbował się z tym pogodzić, zrozumieć, co to tak naprawdę znaczy, ale wizja ta była trochę zbyt ostateczna, trochę zbyt drastyczna, żeby długo o niej myśleć. Prawda wyglądała tak, że Augustine nie miał do kogo wrócić. Przynajmniej tutaj nikt nie musiał mu o tym przypominać.

Dzień lub dwa później znalazł Iris – ukrywała się w jednym z pustych dormitoriów, leżała skulona na gołym materacu dolnej pryczy, pozostawiona jak zapomniany bagaż. Przez chwilę patrzył na nią spod zmrużonych powiek, nie wierząc własnym oczom. Była mała, miała może z osiem lat – Augie nie był pewny. Ciemne, niemal czarne włosy opadały splątaną kaskadą na jej wąskie ramiona. Okrągłe orzechowe oczy patrzyły wszędzie naraz; dostrzegał w niej napiętą czujność, jak u przestraszonego zwierzątka. Tak znieruchomiała, że niemal uznał ją za złudzenie, efekt gry światła, ale kiedy się poruszyła, jęknęła pod nią metalowa rama pryczy.

Augustine roztarł skronie.

– Chyba się wygłupiasz – powiedział nie wiadomo do kogo. – No, chodź.

Odwrócił się do wyjścia i dał jej znak, żeby poszła za nim. Nie odezwała się, tylko powędrowała jego śladem do sali łączności. Tam rzucił jej paczkę suszonych owoców i orzeszków, a gdy jadła, zagotował wodę. Przyrządził jej błyskawiczną owsiankę, którą także pochłonęła.

– To śmieszne – skomentował znowu do nikogo.

Ona wciąż milczała.

Podał jej książkę i zaczęła przerzucać strony – nie wiedział, czyta czy nie. Sam zajął się swoją robotą, starając się nie zwracać uwagi na niewytłumaczalną, niewygodną obecność dziecka, którego chyba nigdy wcześniej nie widział.

Oczywiście niebawem ktoś zauważy, że jej nie ma – i wkrótce po nią wróci. Na pewno zapomniano o niej w zamęcie tego exodusu, ogólnym chaosie: „Myślałam, że jest z tobą”, „A ja myślałem, że z tobą”. Ale zapadł wieczór i nikt nie wrócił. Nazajutrz próbował porozumieć się przez radio z bazą wojskową, najbardziej wysuniętym na północ i działającym przez cały rok ośrodkiem na Wyspie Ellesmere’a. Ale nikt nie odpowiadał. Sprawdził inne częstotliwości – wszystkie po kolei – i kiedy to robił, ogarnęło go przerażenie. Na falach dla amatorów panowała cisza; satelity komunikacyjne emitowały tylko szum; milczały nawet kanały lotnictwa wojskowego. Można było odnieść wrażenie, że na świecie nie pozostały żadne odbiorniki radiowe – a może żadna żywa dusza, która by z nich korzystała. Dalej przeszukiwał skalę. Ale nic. Wciąż tylko zakłócenia. Powiedział sobie, że to jakaś usterka. Burza. I że następnego dnia spróbuje od nowa.

Ale dziewczynka – nie wiedział, co z nią zrobić. Kiedy zadawał jej pytania, patrzyła na niego z obojętną ciekawością, jakby znajdowała się po drugiej stronie dźwiękoszczelnej szyby. Jakby była pusta; pusta w środku dziewczynka z potarganymi włosami, powagą w oczach, bez głosu. Nie wiedział, jak się wobec niej zachowywać, więc traktował ją jak zwierzątko domowe – z niezręczną łagodnością, ale jak przedstawiciela innego gatunku. Karmił ją, kiedy sam jadł. Rozmawiał z nią, kiedy miał ochotę pogadać. Zabierał ją na spacery. Dawał jej różne rzeczy, żeby miała czym się bawić albo na co patrzeć: krótkofalówkę, mapę konstelacji, stęchły woreczek potpourri, który znalazł w pustej szufladzie, przewodnik po Arktyce. Robił, co mógł – czyli niewiele, zdawał sobie z tego sprawę – ale… to nie było jego dziecko, a nie należał do tych, co adoptują przybłędy.

Tego mrocznego popołudnia, niedługo po wschodzie i zachodzie słońca, Augustine szukał jej we wszystkich miejscach, gdzie zazwyczaj przebywała: pod śpiworami, gdzie chowała się jak rozleniwiony kot; na jednym z obrotowych foteli, na których się kręciła; na stole, na którym siadywała, dźgając śrubokrętem zepsuty odtwarzacz DVD; przy grubym, brudnym oknie, skąd patrzyła na niekończące się Kordyliery. Nigdzie nie mógł jej znaleźć, ale się nie martwił. Czasami znikała, ale nigdy nie oddalała się bez niego zbyt daleko i po niedługim czasie wracała. Nie miała lalek, książek z obrazkami, huśtawek, niczego, co należałoby tylko do niej, więc pozwalał jej mieć własne kryjówki, sekrety. Tak było uczciwie. A poza tym – przypominał sobie – co go to obchodziło?

* * *

Podczas nocy polarnej, po kilku tygodniach całkowitych ciemności i prawie dwóch miesiącach od ewakuacji, Iris przerwała milczenie, aby zadać Augustine’owi pytanie.

– Ile czasu do rana? – rzuciła.

Pierwszy raz usłyszał, żeby wydała jakiś inny dźwięk niż dziwaczne nucenie, do którego zdążył przywyknąć – aria przeciągłych, drżących nut wydobywających się z jej gardła, gdy wyglądając przez okna sali łączności, jakby relacjonowała w innym języku ledwie zauważalne zmiany w jałowym krajobrazie. Kiedy tego dnia wreszcie się odezwała, jej głos miał postać gardłowego szeptu. Był niższy, niż Augie się spodziewał, i pewniejszy. Już zaczął się zastanawiać, czy dziewczynka umie mówić, czy może porozumiewa się w innym języku, ale te pierwsze słowa, które wyszły z jej ust, miały amerykański albo kanadyjski akcent.

– Jest połowa nocy – odpowiedział, nie zdradzając zaskoczenia, że się odezwała, a ona tylko kiwnęła głową, równie niezdziwiona.

Dalej żuła suszone mięso, które mieli na obiad; trzymała jego pasek obiema dłońmi i odrywała duże kęsy niczym młody mięsożerca, który dopiero uczy się używać zębów.

Podał jej butelkę wody i zaczął się zastanawiać, czego chciałby się od niej dowiedzieć, ale zdał sobie sprawę, że ma niewiele pytań. Spytał ją o imię.

– Iris – odparła, nie odwracając się od ciemnego okna.

– Ładnie – zauważył, a jej odbicie w szybie ściągnęło brwi. Czy nie coś takiego mówił kiedyś atrakcyjnym kobietom? I czy nie były zadowolone?

– Kim są twoi rodzice? – ośmielił się podjąć po chwili.

Oczywiście, już o to pytał, ale nie mógł się powstrzymać. Może w końcu uda mu się rozwiązać zagadkę jej obecności w bazie i dowiedzieć się, czyim jest dzieckiem. Dziewczynka jednak tylko patrzyła przez okno i dalej żuła mięso. Nie odezwała się więcej ani tego dnia, ani następnego.

Z biegiem czasu Augustine nauczył się doceniać jej milczenie. Była inteligentną istotą, a on nade wszystko cenił inteligencję. Przypomniał sobie swoją niezdrową wściekłość na początku, kiedy znalazł Iris i jeszcze przeszukiwał fale radiowe, mając nadzieję, że ktoś po nią wróci, wyłoni się z tej martwej ciszy, żeby ją zabrać i zostawić go w spokoju. Kiedy on rozważał wszystkie „jak” i „dlaczego” – dlaczego fale są nieme, skąd dziewczynka się tu wzięła i tak dalej – ona po prostu pogodziła się z rzeczywistością i dostosowała do sytuacji. Irytacja wywołana jej obecnością i milczeniem powoli mu przeszła. Wykiełkowało w nim nawet ziarno podziwu i dał sobie spokój z nękającymi go pytaniami. Kiedy szczyt góry spowiła długa noc, liczyło się tylko jedno z nich, to, które właśnie zadała: jak długo potrwa ta ciemność.

* * *

– Co ty na to, gdybym ci powiedziała, że tamta gwiazda jest tak naprawdę planetą? – zapytała go kiedyś matka, wskazując w niebo. – Uwierzyłbyś?

Odpowiedział gorliwie, tak, tak, pewnie, a ona odparła, że jest dobrym chłopcem, bystrym, bo ten płonący biały punkt, tuż nad dachami domów, to Jowisz.

Augustine ją uwielbiał, kiedy był mały, zanim się zorientował, że jest inna od matek z sąsiedztwa. Porywała go jej ekscytacja i wciągał smutek – bo podążał za jej nastrojami z żarliwą lojalnością, jak wierny, rozradowany pies. Przymknął teraz oczy i zobaczył jej kręcone włosy z pasmami siwizny, niedbałą linię ciemnoczerwonej szminki nakładanej na usta bez patrzenia w lusterko, zdumienie w oczach, kiedy wskazywała najjaśniejszą gwiazdę świecącą nad ich miejscem zamieszkania w Michigan.

Gdyby ten dobry, bystry chłopiec znalazł się w równie nieprzyjaznym miejscu sam, tylko ze starą nieznaną opiekunką, pewnie by płakał, krzyczał albo tupał nogą. Augustine nigdy nie był szczególnie odważnym dzieckiem. Być może niechętnie podjąłby próbę ucieczki, wziął trochę zapasów i ruszył w opustoszałą dal, zmierzając do domu, tylko po to, żeby po kilku godzinach wrócić. A gdyby temu małemu Augiemu powiedziano, że nie ma już domu, nie ma matki, która koiłaby jego napady gniewu, nie ma nikogo na świecie, co by wtedy zrobił?

Augustine myślał o swojej młodej towarzyszce. Na starość nie mógł uwolnić się od wspomnień. Kiedyś nie skupiał się na przeszłości, ale teraz tundra nie wiadomo dlaczego przywoływała je wszystkie – przeżycia, które zostawił za sobą dawno temu, a przynajmniej tak mu się wydawało. Przypominał sobie tropikalne obserwatoria, w których pracował, kobiety, które trzymał w ramionach, artykuły, które napisał, przemówienia, które wygłosił. Były czasy, kiedy jego wystąpienia przyciągały setki ludzi. Później czekała na niego grupka wielbicieli, którzy prosili o autograf – jego! Teraz te osiągnięcia go prześladowały, widma podbojów miłosnych, sukcesów i odkryć, to wszystko, co kiedyś tak bardzo się dla niego liczyło. Nic z tego nie miało już znaczenia. Świat poza obserwatorium były niemy, pusty. Kobiety prawdopodobnie już nie żyły, publikacje zamieniły się w popiół, a audytoria i obserwatoria w ruiny. Zawsze sobie wyobrażał, że kiedy już odejdzie, o jego dokonaniach będzie się mówiło na uczelniach, że będą o nich pisać pokolenia uczonych, którzy dopiero się narodzą. Wyobrażał sobie, że to, co po sobie pozostawi, przetrwa całe wieki. W tym świetle jego własna śmiertelność wydawała się nieistotna.

Zastanawiał się, co Iris myśli o swoim wcześniejszym życiu. Czy za nim tęskni. Czy zdaje sobie sprawę, że się skończyło. Jakiś dom gdzieś tam, może rodzeństwo, brat albo siostra, albo oboje. Rodzice. Koleżanki. Szkoła. Był ciekaw, czego najbardziej jej brakuje. Pod koniec długiej nocy polarnej, przedzierając się przez warstwę świeżego puchu, który pokrywał stwardniałą pokrywę śnieżną, obeszli razem teren bazy. Drogę oświetlał im zawieszony nisko księżyc. Oboje byli w swoich najcieplejszych ubraniach, zawinięci w grube kurtki, jak ślimaki w muszlach. Szalik, który okrywał nos i usta Iris, nie pozwalał dostrzec jej miny. Na twarzy i brwiach Augustine’a tworzyły się sople, które okalały jego pole widzenia zamazaną lśniącą ramą. Dziewczynka zatrzymała się nagle i wskazała na niebie wielką rękawicę z jednym palcem, tuż nad ich głowami, gdzie migotała Gwiazda Polarna. Podążył za jej wzrokiem.

– Polaris – powiedziała stłumionym przez materiał głosem.

Skinął głową, ale ona już ruszyła dalej. To nie było pytanie, lecz oświadczenie. Po chwili do niej dołączył. Po raz pierwszy był naprawdę zadowolony z jej towarzystwa.

* * *

Kiedy Augie postanowił zostać w bazie, praca – zbieranie danych, rejestrowanie układów gwiazd – wydawała mu się bardzo ważna. Po ewakuacji i nastaniu ciszy na falach eteru uznał kontynuowanie obserwacji, katalogowania i porównywania za ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Tylko to dzieliło go od szaleństwa, cienka błona użyteczności i znaczenia. Starał się, żeby tok jego myśli nie zbaczał z utartego szlaku. Niepojęta wizja końca cywilizacji, jaka mu się narzucała – a był oswojony z tym, co niepojęte – straszliwie go przytłoczyła. Była dziwniejsza i robiła większe wrażenie niż wszystko, co dotychczas rozważał. Upadek ludzkości. Co z jego życiowymi dokonaniami? Jego własną rolą? Skupiał się więc na danych kosmologicznych, które wciąż napływały z przestrzeni pozaziemskiej. Świat wokół obserwatorium milczał, ale wszechświat – nie. Początkowo przed utratą zmysłów ratowało Augiego obsługiwanie teleskopu i programów do archiwizowania danych, a także spokojna, obojętna obecność Iris stanowiąca odpowiednik kotwicy. Dziewczynka sprawiała wrażenie niewzruszonej, skupiała się na czytaniu, jedzeniu, obserwacji krajobrazu. Nie udzielała jej się jego panika. W końcu więc pogodził się ze stanem rzeczy i stopniowo uspokoił. Najpierw zaakceptował brak nadziei, a potem poszedł dalej.

Wyznaczał sobie tempo – w perspektywie nie było żadnych terminów, żadnego końca. Dane napływały miarowo, bez zakłóceń. Dla własnej ciekawości przeprogramował teleskop i zaczął spędzać więcej czasu na dworze, obchodząc opuszczone zabudowania bazy spowite ciemnym granatem długiej nocy. Przeniósł do sali łączności, na ostatnie piętro, wszystko, co mogło się przydać. Zaciągnął jeden po drugim materace przez śnieg, a następnie po schodach na górę. Iris szła za nim ze skrzynką narzędzi kuchennych. Kiedy przystanął, żeby złapać oddech, i obejrzał się, zobaczył, że dziewczynka świetnie sobie radzi. Była silna i twarda. Razem przenieśli z dormitorium najważniejsze rzeczy i umieścili je na drugim piętrze, gdzie wcześniej znajdowały się tylko biurka, komputery i pełne papierów szafy na dokumenty. Przytaszczyli konserwową i liofilizowaną żywność, butelkowaną wodę, paliwo do generatora, akumulatory. Iris włożyła do kieszeni talię kart do gry. Augustine ocalił z jednego z dormitoriów globus w kolorze sepii; wetknął go pod ramię i podczas marszu mosiężna oś wbijała mu się w żebra przez grubą tkaninę kurtki.

Drugie piętro stanowiło aż nadto dużą przestrzeń dla nich obojga, ale kiedy przynieśli wszystko, stała się niewiarygodnie zagracona: bezużyteczne przestarzałe urządzenia, nieaktualne czasopisma głoszące hipotezy, które dawno temu obalono, stare wydania „Sky & Telescope” z oślimi uszami. Daremnie szukając miejsca na globus, Augustine postawił go na podłodze, z pewną trudnością otworzył potężne okno i bezceremonialnie wyrzucił przez nie stary zakurzony monitor od komputera. Iris przerwała układanie śpiworów, przybiegła i popatrzyła w dół na szczątki monitora, kilka ciemnych kawałków na jasnym śniegu, niektóre toczące się jeszcze po stoku góry. Z niemym pytaniem w oczach spojrzała na Augustine’a.

– Rupiecie – wyjaśnił i postawił globus w miejscu zajmowanym wcześniej przez monitor.

Prezentował się tam elegancko – jedyna ładna rzecz pośród detrytusu nauki. Augustine zamierzał później, gdy wzejdzie księżyc, wyjść na dwór i zebrać złom, ale wywalenie monitora przez okno dobrze mu zrobiło. Dał upust emocjom. Wziął klawiaturę owiniętą kablem razem z myszką i wręczył Iris. Zrozumiała doskonale: wyrzuciła ją w noc niczym frisbee, po czym oboje wychylili głowy na lodowate powietrze i patrzyli, jak klawiatura, wirując, znika w mroku.

* * *

Kiedy powróciło słońce, zaczęli razem wychodzić poza zabudowania, żeby oglądać wschód i zachód. Na początku nie trwało to długo. Słońce wyłaniało się zza horyzontu i zapowiadając swoje przybycie, rzucało delikatną pomarańczową poświatę w kształcie łuku, a potem zalewało tundrę jaskrawym różem; jednak gdy tylko wzniosło się nad zaśnieżone szczyty, zaczynało znowu opadać, barwiąc niebo pasmami fioletu i błękitu na podobieństwo pastelowego ciastka złożonego z kilku warstw. W jednej z pobliskich dolin Augustine i Iris widzieli stado piżmowołów, które codziennie wracały, ryjąc pyskami pokryty śniegiem grunt w poszukiwaniu trawy. Nie było jej widać z miejsca, gdzie siedział z Iris, wiedział jednak, że tam jest – w postaci podobnych do słomy łodyg przedzierających się przez śnieg, może pod nim uwięzionych. Piżmowoły były wielkie, miały bujne futro z grubymi dredami, które niemal sunęły po ziemi, oraz długie, zakrzywione rogi skierowane ku niebu. Zwierzęta wydawały się starożytne, niemal prehistoryczne – jakby pasły się tu na długo przedtem, zanim człowiek stanął na dwóch nogach, i miały paść się długo po tym, jak zbudowane przez mężczyzn i kobiety metropolie zapadną się w ziemię. Iris była urzeczona ich widokiem. Codziennie nakłaniała Augustine’a, żeby siadali coraz bliżej nich, i bez słowa pociągała go ku stadu.

Po pewnym czasie, kiedy słońce zatrzymywało się na niebie na kilka godzin, Augustine zaczął postrzegać piżmowoły w innym kontekście. Myślał o małym arsenale zgromadzonym w obserwatorium, stojaku z bronią, której nigdy nie używał. Myślał o smaku świeżego mięsa po prawie roku jedzenia konserwowanej, pozbawionej smaku żywności. Próbował zobaczyć siebie oprawiającego jedno z tych kudłatych stworzeń, wykrawającego steki i żeberka, wycinającego podroby i kości, ale nie potrafił tego nawet w wyobraźni. Był zbyt delikatny, zbyt słaby, nie znosił przemocy ani widoku krwi. Ale co będzie, kiedy zapasy się skończą – czy wtedy stanie się inny?

Starał się też wyobrazić sobie przyszłość Iris, ale z miejsca ogarniały go poczucie beznadziei i bezradności oraz zmęczenie. I coś jeszcze – złość. Złość, że odpowiedzialność za jej los spadła na niego, a on nie mógł się zrzec tego ciężaru ani przekazać go komuś innemu. Złość, bo jednak mu zależało, mimo wszelkich wysiłków, aby nie doszło do najgorszego. Kwestia przeżycia była tak niesmaczna. Wolałby o tym nie myśleć. Zamiast tego patrzył na wędrówkę słońca, kiedy chyliło się ku zachodowi, a potem cierpliwie czekał na pojawienie się gwiazd. Któregoś razu zza gór wychynął punkcik srebrnego światła, zbyt jasny i poruszający się zbyt szybko, żeby mogło to być ciało niebieskie. Augie obserwował, jak wspina się po ciemniejącym niebie pod kątem czterdziestu stopni. Dopiero po chwili, kiedy kropka zatoczyła łuk i skierowała się w stronę horyzontu po południowo-zachodniej stronie, uświadomił sobie, że to Międzynarodowa Stacja Kosmiczna, która wciąż krążyła po orbicie pogrążonej w ciemnościach Ziemi, odbijając blask słońca.

2

Na zegarze widniała siódma czasu Greenwich – pięć godzin przed Houston, cztery za Moskwą. W odległej przestrzeni kosmicznej czas znaczy niewiele, mimo to Sully wstała. Plan dnia, jaki załodze statku kosmicznego „Aether” zaleciło centrum kontroli lotu, był bardzo szczegółowy, rozpisany co do minuty, i chociaż baza nie mogła już nic egzekwować, astronauci w większości nadal się go trzymali. Sully z przyzwyczajenia dotknęła pojedynczego zdjęcia, przypiętego do miękko obitej ściany jej przedziału sypialnego, i usiadła na koi. Przeczesała palcami ciemne włosy, nieobcinane od dnia rozpoczęcia podróży ponad rok wcześniej, i zaczęła je zaplatać, delektując się snem, z którego się właśnie obudziła. Jeśli nie liczyć nieustającego szumu urządzeń podtrzymujących warunki do życia i delikatnego wirowania centryfugi, za zasłoną chroniącą jej prywatność panowała cisza. Ich statek, pojazd, który wydał jej się tak wielki, kiedy wchodziła na jego pokład, teraz sprawiał wrażenie najmniejszej z tratw ratunkowych zagubionych na morzu. Tyle że nie był zagubiony. Załoga dobrze wiedziała, dokąd leci. Zaledwie kilka dni temu opuścili Jowisza i „Aether” wreszcie wracał do domu.

Pięć po siódmej usłyszała, że w sąsiednim przedziale porusza się Devi. Sully wciągnęła granatowy kombinezon, który leżał rzucony w nogach łóżkach. Zasunęła zamek do połowy, zawiązała w pasie rękawy i wetknęła za nie szarą koszulkę, w której spała. Właśnie zaczęły powoli włączać się światła, naśladując niespieszny świt na Ziemi: doskonale odwzorowany wschód słońca. Powolne rozświetlanie się przedziału stanowiło jedną z nielicznych imitacji ziemskich zjawisk, na jakie można tu było liczyć. Sully codziennie starała się być jego świadkiem. Szkoda, że inżynierowie nie dodali trochę różu albo smugi pomarańczu.

Wciąż pamiętała swój sen. Od zeszłotygodniowych badań stale śnił jej się Jowisz: jego niesamowite, niepowstrzymane w ruchu pierścienie; zmieniające się desenie atmosfery, ciemne pasy i jaśniejsze paski, sunące w rzekach chmur z kryształów amoniaku; całe spektrum pomarańczu, od pastelowych obszarów w odcieniu piasku aż po jaskrawe smugi stopionego cynobru; zapierający dech swoją szybkością dziesięciogodzinny okres obrotu, przez co planeta wręcz wiruje jak bąk; opalizująca powierzchnia, błyskająca i rycząca w trwającej od stu lat burzy. I te księżyce! Wiekowa dziobata Kallisto i Ganimedes pokryty lodową skorupą. Europa i jej rdzawe pęknięcia podziemnych oceanów. Io ze swoimi wulkanami, magmowymi fajerwerkami wznoszącymi się z jej powierzchni.

Członków załogi ogarnął niemy, wręcz nabożny podziw, kiedy patrzyli na cztery księżyce galileuszowe. To było duchowe przeżycie. Napięcie, które towarzyszyło im podczas podróży w kosmos – niepokój, że misja przekracza ich możliwości, że zawiodą i słuch po nich zaginie – nagle zniknęło. Udało się. Odnieśli sukces. Sully i jej koledzy jako pierwsi ludzie dotarli tak daleko w przestrzeń kosmiczną, ale było w tym coś więcej: Jowisz i jego księżyce ich odmieniły. Podziałały na nich uspokajająco. Uświadomiły im, jacy tak naprawdę są maleńcy, uprzywilejowani i nieważni. Można było odnieść wrażenie, jakby sześciu członków załogi „Aetheru” obudziło się z ulotnego, mało znaczącego snu, jakim okazało się życie na Ziemi. Nie mogli dłużej odnosić się do swojej historii, swoich wspomnień. Kiedy zbliżyli się do Jowisza, ujawniła się nieznana warstwa ich świadomości. To było tak, jakby w ciemnym pokoju zapaliło się światło, ukazując nieskończoność, która siedzi nago, w pełnej chwale, pod kiwającą się żarówką.

Iwanow od razu zabrał się do pracy; oceniał próbki skał księżycowych pobrane z Ganimedesa i opisywał wewnętrzne struktury i procesy powierzchniowe, jakie zaobserwowali. Kiedy przychodził na posiłki czy ćwiczenia na rowerze stacjonarnym, wyglądał jak zakochany, a jego surowa, obojętna dotąd twarz nabrała wręcz wyrazu życzliwości. Devi i Thebes prawie zapomnieli o swoich obowiązkach, do których należała obsługa techniczna statku, i na całe godziny, a nawet dnie, wciskali się do potężnej jasnej kopuły, aby patrzeć w otaczające ich głębie. Chłonęli widok w przyjacielskiej ciszy: młoda Devi o długich włosach niedbale spiętych w kok, patrząc szeroko otwartymi oczami spod gęstych brwi, i Thebes z okrągłą twarzą przeciętą na pół niewymuszonym szczerbatym uśmiechem. Ze swoim melodyjnym południowoafrykańskim akcentem nazywał to ich gapienie się w przestrzeń kosmiczną „wielkim filmowym momentem”. Tal, pilot i fizyk, po kontakcie z Jowiszem wręcz kipiał energią kinetyczną. Więcej ćwiczył na sprzęcie do fitnessu, wykonywał akrobacje w zerowej grawitacji, jeśli tylko ktoś chciał je oglądać, i bez przerwy opowiadał sprośne dowcipy. Zarażał radością. Harper, ich dowódca, przechodził transformację wewnętrznie. Szkicował strefy burzowe Jowisza widoczne z powierzchni Ganimedesa, gdzie stał zaledwie kilka dni wcześniej. Zapełniał kolejne notatniki i zostawiał nieznaczne smugi grafitu ołówkowego na wszystkim, czego dotknął.

Sully skupiła się na module komunikacyjnym. Jej uwagę pochłaniały dane napływające z sond, które umieścili na księżycach Jowisza. Od pracy odrywała się tylko na posiłki i żeby odbębnić zaleconą dawkę jazdy na rowerze stacjonarnym; ze zniecierpliwieniem przerzucała ciemny francuski warkocz przez ramię, sprawdzając godzinę i pragnąc już wrócić do modułu. Po raz pierwszy od lat czuła się pogodzona z ofiarą, którą musiała ponieść, żeby wziąć udział w programie kosmicznym – opuszczeniem rodziny. Dręczące wątpliwości, czy było warto, czy podjęła właściwą decyzję, wreszcie się rozwiały. Teraz zmierzała naprzód, nabierając pewności, że podąża drogą, która była jej pisana, że właśnie tu ma być, że jest maleńką, ale nieodłączną częścią niepojętego wszechświata.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki