Dzielenie łupów. Wojna o imperium Aleksandra Wielkiego - Robin Waterfield - ebook
lub
Opis

„Błyskotliwa narracja Robina Waterfielda w pełni oddaje wszystkie aspekty tego niezwykłego półwiecza” - Paul Cartledge, autor Aleksandra Wielkiego oraz Spartan.

Porywająca, dramatyczna opowieść. - Tom Holland, autor Perskiego ognia.

W niespełna dziesięć lat Aleksander Wielki zbudował jedno z największych imperiów w dziejach świata. Po niespodziewanej śmierci wielkiego zdobywcy w 323 roku p.n.e. nastało pół wieku zdrad, zmiennych sojuszy, rzezi i morderstw, gdy jego spadkobiercy, diadochowie, rozdzielali między siebie ogromne zdobycze Macedończyka; reperkusje tych burzliwych wydarzeń odczuwalne są do dziś w państwach bałkańskich i nie tylko tam. W tej ze swadą pisanej opowieści genialnie splatają się ze sobą polityka, wojna i kultura.

Oparta na wynikach najnowszych badań i gruntownie udokumentowana […], umiejętnie rozmieszczone przerywniki podsumowujące hellenistyczne osiągnięcia w dziedzinie życia społecznego, literatury, sztuki, gospodarki, filozofii, religii. - Peter Green, „Wall Street Journal”

Znakomite wprowadzenie [...]. Oddaje dramatyzm okresu po śmierci Aleksandra z pasją powieściopisarza. - „Military Times”

Jeśli w ogóle możliwe jest zrozumienie wczesnej epoki hellenistycznej dzięki jednej książce, to prawdopodobnie dzięki tej właśnie. - Janice Gabbert, „Choice”

Nieliczne okresy dziejów były bogatsze w wydarzenia niż epoka diadochów [...]. Robin Waterfield przywraca do życia barwne osobowości tych burzliwych czasów, prezentując również nowe trendy w filozofii i sztuce, które zapowiadały epokę hellenistyczną i potęgę Rzymu. - Lawrence Tritle, autor A New History of the Peloponnesian War.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 414


Ojcu i pamięci matki

Przed­mowa

Książka ta opo­wiada o jed­nej z wiel­kich zapo­mnia­nych wojen w dzie­jach. Minęło mniej wię­cej czter­dzie­ści lat od śmierci Alek­san­dra Wiel­kiego, nim jego spad­ko­biercy (gr. dia­do­choi, czyli następcy) upo­rali się z roz­dzie­le­niem mię­dzy sie­bie jego roz­le­głego impe­rium. Owe lata, 323–281 p.n.e., obfi­to­wały w przy­gody, intrygi, namięt­no­ści, mor­der­stwa, mał­żeń­stwa dyna­styczne, zdrady, zry­wane soju­sze i krwawe bitwy. A pod­czas gdy męż­czyźni wal­czyli w polu, kobiety w pała­cach, pawi­lo­nach i wię­zien­nych celach knuły intrygi; był to pierw­szy okres zachod­niej histo­rii, w któ­rym uprzy­wi­le­jo­wane kobiety, zwłasz­cza z kró­lew­skich rodów, zaczęły odgry­wać donio­słą rolę poli­tyczną – i tak już będzie przez całe dzieje rzym­skich, bizan­tyń­skich i euro­pej­skich impe­riów.

Okres, któ­rym się zaj­muję, ma natu­ralny punkt począt­kowy – zgon Alek­san­dra w czerwcu 323 roku – i rów­nie natu­ralny koniec. Rok 281 przy­niósł gwał­towną śmierć ostat­nich dwóch bez­po­śred­nich następ­ców Alek­san­dra, ludzi, któ­rzy znali go i uczest­ni­czyli w jego wypra­wie. Następne poko­le­nie – epi­goni, jak nazwał ich w zagi­nio­nym dziele Nim­fis, histo­ryk z II wieku p.n.e. – mogli być rów­nie ambitni jak ich ojco­wie, ale świat uległ zmia­nie. Nie­re­ali­styczne już było dąże­nie do prze­ję­cia całego impe­rium Alek­san­dra; ich głów­nym celem było raczej utrzy­ma­nie swych rdzen­nych tery­to­riów – Mace­do­nii w wypadku Anty­go­ni­dów, Azji w wypadku Seleu­ki­dów i Wiel­kiego Egiptu w wypadku Pto­le­me­uszy. Oczy­wi­ście oni sami oraz ich potom­ko­wie regu­lar­nie usi­ło­wali uszczk­nąć coś z ziem sąsiada, ale żaden z nich nie aspi­ro­wał już reali­stycz­nie do rzą­dów nad całym zna­nym świa­tem. Epoka dia­do­chów, czter­dzie­ści lat nie­mal nie­prze­rwa­nych wojen o pano­wa­nie nad świa­tem, nie­odwo­łal­nie nale­żała do prze­szło­ści.

W swoim cza­sie imiona dia­do­chów były powszech­nie znane, gdyż to w ich rękach spo­czy­wały losy świata. Jeśli na prze­strzeni wie­ków ich sława przy­ga­sła, jest to wyni­kiem przy­padku histo­rycz­nego (utraty nie­mal wszyst­kich źró­deł dla tego okresu) i naszej nie­prze­mi­ja­ją­cej fascy­na­cji osobą Alek­san­dra Wiel­kiego, w któ­rego cie­niu stali. Głów­nym celem, jaki sta­wiam sobie w tej książce, jest wskrze­sić pamięć o jego następ­cach. Samo przed­sta­wie­nie biegu zda­rzeń wystar­cza, by dowieść, że wcze­sna epoka hel­le­ni­styczna nie była cza­sem zastoju po pod­bo­jach Alek­san­dra, a już na pewno nie był to okres upadku i roz­kładu. W rze­czy­wi­sto­ści Mace­doń­czyk zosta­wił po sobie bała­gan; nie zapew­nił następ­stwa tronu, nie wpro­wa­dził admi­ni­stra­cji odpo­wied­niej dla tak ogrom­nego pań­stwa i pozosta­wił wiel­kie nie­pod­po­rząd­ko­wane obszary zarówno na gra­ni­cach, jak i wewnątrz swo­jego „impe­rium”. Dokładna i rze­telna mapa pod­bo­jów Alek­san­dra poka­za­łaby, że prze­szedł on przez Azję i z powro­tem, wyci­na­jąc w niej wąski pas, reszta zaś była w zasa­dzie nie­tknięta. Tak więc dia­do­cho­wie by­naj­mniej nie roz­trwo­nili jego zdo­by­czy, lecz skon­so­li­do­wali je. Ich równe ambi­cje ozna­czały jed­nak, że kon­so­li­da­cja nie­uchron­nie dopro­wa­dzi do roz­padu impe­rium i utwo­rze­nia mniej­szych państw.

Pokaźną część tej książki sta­nowi kro­nika dzia­łań zbroj­nych, prze­ry­wana jed­nak dygre­sjami na temat kul­tury. Zdu­mie­wa­jące, lecz ten okres bru­tal­nych wojen cecho­wały także olśnie­wa­jące doko­na­nia kul­tu­rowe, zwłasz­cza w dzie­dzi­nie sztuki, lite­ra­tury i filo­zo­fii. Ener­gia wyzwo­lona przez pod­bój świata nie została w cało­ści spo­żyt­ko­wana na polach bitew, a kul­tura, którą nie­śli ze sobą następcy Alek­san­dra, roz­kwi­tała, zwłasz­cza dzięki kró­lew­skiemu patro­na­towi. Dia­do­cho­wie byli wojow­ni­kami, ale nie pro­sta­kami. Sam Alek­san­der podobno sypiał z Iliadą Homera – i szty­le­tem – pod poduszką1. Bez skon­so­li­do­wa­nia jego zdo­by­czy przez dia­do­chów roz­prze­strze­nie­nie kul­tury byłoby nie­moż­liwe; nie ma cywi­li­za­cji bez struk­tury.

Oprócz opi­sów wojen książka ta nakre­śla także ich wpływ kul­tu­rowy. Z bitew­nego cha­osu i zgiełku wyła­niał się nowy świat – z wyraź­nie roz­gra­ni­czo­nymi tery­to­riami; każ­dym wła­dał inny król, miały jed­nak wspólną kul­turę. To wła­śnie upo­waż­nia nas do mówie­nia ogól­nie o „grec­kim Wscho­dzie”, prze­ciw­sta­wia­nym „rzym­skiemu Zacho­dowi”, i to dia­do­cho­wie zapo­cząt­ko­wali prze­ło­mową kon­fron­ta­cję mię­dzy tymi dwoma potęż­nymi blo­kami. Wyni­kiem była domi­na­cja Rzymu nad całym grec­kim świa­tem. Prze­ję­cie uwień­czyła w 30 roku p.n.e. anek­sja Egiptu i datę tę uznaje się powszech­nie za kres tego, co uczeni nazy­wają epoką hel­le­ni­styczną – okresu roz­po­czy­na­ją­cego się od śmierci Alek­san­dra, w któ­rym krze­wiona przez dia­do­chów kul­tura grecka roz­prze­strze­niła się od wybrzeży Morza Śró­dziem­nego po dzi­siej­szy Afga­ni­stan.

Moim głów­nym zamia­rem było napi­sa­nie rze­tel­nej i łatwej w odbio­rze książki – uka­za­nie w zro­zu­miały spo­sób nie­zwy­kle pogma­twa­nego okresu dzie­jów. Ogólny zarys tej histo­rii suge­rują tytuł i pod­ty­tuł. Widzimy wyła­nia­nie się, z jed­nego impe­rium Alek­san­dra, wie­lo­pań­stwo­wego ładu poli­tycz­nego i kształ­tu­ją­cej się rów­no­wagi sił. W takim czy innym momen­cie każdy z następ­ców pró­bo­wał pójść w ślady zmar­łego wodza i pod­bić całość impe­rium, żad­nemu z nich jed­nak się to nie udało. Obser­wu­jemy coś, co zawo­dowi histo­rycy okre­śli­liby jako pra­wi­dło dzie­jowe: sąsia­du­jące mocar­stwa o impe­ria­li­stycz­nych ambi­cjach nie­uchron­nie wcho­dzą ze sobą w kon­flikt, co zmu­sza je do ogra­ni­cze­nia tych ambi­cji. Na początku naszego czter­dzie­sto­let­niego okresu impe­ria­lizm był realną moż­li­wo­ścią, pod koniec jed­nak już nie. Dzia­ła­nie tego pra­wi­dła jest wąt­kiem, który prze­wija się przez całą książkę.

Jeśli impe­rium ozna­cza poli­tyczną, gospo­dar­czą i mili­tarną domi­na­cję odręb­nej klasy rzą­dzą­cej nad róż­no­rod­nymi ludami, z cało­ścią admi­ni­stro­waną z odle­głego geo­gra­ficz­nie cen­trum, to Seleu­kos wygrał je wła­śnie (pokaźne frag­menty daw­nego per­skiego impe­rium Ache­me­ni­dów), Pto­le­ma­jos rów­nież (Wielki Egipt, jak nazy­wam to od czasu do czasu w tej książce), Anty­go­ni­dzi zaś wygrali kró­le­stwo, a także hege­mo­nię (zdol­ność egze­kwo­wa­nia posłu­szeń­stwa na pod­sta­wie fak­tycz­nej lub domnie­ma­nej groźby uży­cia siły zbroj­nej) nad znaczną czę­ścią Gre­cji. Nie­liczni zatem spo­śród mniej wię­cej pięt­na­stu dia­do­chów zdo­łali trwale zaspo­koić swoje ambi­cje. Wspo­mniane pra­wi­dło dzie­jowe prze­ja­wia się na roz­ma­ite spo­soby. Impe­rium można zdo­być lub utra­cić dzięki ostroż­no­ści, szczę­ściu, zdra­dzie, geniu­szowi woj­sko­wemu, mega­lo­ma­nii. Czter­dzie­sto­le­cie dia­do­chów wysta­wiło wszyst­kie te dra­maty.

Impe­ria ist­niały na świe­cie już wcze­śniej. Dla sąsia­du­ją­cych z nim Gre­ków naj­więk­sze zna­cze­nie miało per­skie impe­rium Ache­me­ni­dów (550–330 p.n.e.); jego poprzed­ni­kiem, na znacz­nie mniej­szą skalę, było impe­rium nowo­asy­ryj­skie (934–610 p.n.e.), to zaś poprze­dzały impe­ria hetyc­kie (1430–ok. 1200 p.n.e.) oraz aka­dyj­skie (koniec trze­ciego tysiąc­le­cia p.n.e.). Dalej na wschód coś, co dałoby się okre­ślić mia­nem impe­rium, ist­niało być może w pół­noc­nych Chi­nach za pano­wa­nia dyna­stii Shang i Zhou (1766–1045 p.n.e.; 1045–256 p.n.e.), acz­kol­wiek świa­dec­twa są nie­jed­no­znaczne. Jed­nak następcy Alek­san­dra stwo­rzyli pierw­sze impe­ria, któ­rych władcy i domi­nu­jąca kul­tura były euro­pej­skie; tak zwane impe­ria ateń­skie z V i IV wieku nie były praw­dzi­wymi impe­riami, przede wszyst­kim dla­tego, że pod­dani i rzą­dzący mieli to samo pocho­dze­nie etniczne2.

Oczy­wi­ście sam Alek­san­der był zdo­bywcą, w któ­rego impe­ria­li­styczne ślady szli dia­do­cho­wie, ale jego domi­nium po rap­tem dzie­się­ciu latach kres poło­żyła śmierć Mace­doń­czyka, a poza tym nie­zbyt zasłu­gi­wało ono na tę nazwę z powodu, który już poda­łem: Zdo­bywca był zbyt zajęty pod­bo­jami, by poświę­cić wię­cej uwagi utrwa­la­niu swych rzą­dów. To dia­do­cho­wie stwo­rzyli pierw­sze sta­bilne impe­ria o euro­pej­skim kolo­ry­cie. Był to naprawdę zna­czący okres dzie­jów; jest pomi­jany mil­cze­niem jedy­nie z powodu trud­no­ści w jego odtwo­rze­niu. Histo­rycy impe­rializmu po pro­stu prze­ska­kują od Alek­san­dra do Rzymu; zamie­rzam napra­wić ten błąd.

Aby uczy­nić tę książkę jak naj­bar­dziej przy­stępną, posta­no­wi­łem sku­pić się na jed­nost­kach; przy chro­no­lo­gicz­nym toku nar­ra­cji więk­szość roz­dzia­łów kon­cen­truje się na przy­go­dach jed­nego lub dwóch pro­ta­go­ni­stów. Nie­któ­rym czy­tel­ni­kom podej­ście to może wydać się sta­ro­modne. Akcen­tu­jąc w ten spo­sób rolę jed­no­stek, czyż nie naśla­duję uprze­dzeń sta­ro­żyt­nych auto­rów i nie piszę histo­rii „wiel­kich ludzi”? Moto­rem dzie­jów, jak się twier­dzi, są nie tyle jed­nostki, ile eko­no­miczne, tech­no­lo­giczne i inne, bar­dziej abs­trak­cyjne impe­ra­tywy. To nie jed­nostki kształ­tują spo­łe­czeń­stwo, lecz odwrot­nie. Jest w tym sporo prawdy i sta­ra­łem się uka­zać przy­naj­mniej nie­które eko­no­miczne aspekty wojen dia­do­chów. Z dru­giej strony jed­nak trzeba pamię­tać, że ci ludzie byli wład­cami abso­lut­nymi – ów twardy fakt wielu kry­ty­ków histo­rii „wiel­kich ludzi” czę­sto igno­ruje. Oso­bo­wo­ści i pra­gnie­nia dia­do­chów naprawdę zmie­niały bieg dzie­jów.

Gdy tylko Alek­san­der zmarł, jego impe­rium zaczęło się roz­pa­dać; to on, a nie siły eko­no­miczne, zapew­niał mu spój­ność. Gdyby Anty­gon nie zapra­gnął naśla­do­wać Alek­san­dra, gdyby Deme­trios Oblę­ży­ciel Miast nie popadł pod koniec życia w mega­lo­ma­nię, gdyby Seleu­kos nie odwa­żył się ruszyć z garstką sił, by odzy­skać Babi­lon… można mno­żyć setki takich „gdyby”, z któ­rych każde dowo­dzi, że oso­bi­ste ambi­cje i namięt­no­ści dia­do­chów mogły decy­do­wać i fak­tycz­nie decy­do­wały o biegu zda­rzeń. Histo­rii nie two­rzą tylko wielcy ludzie, to prawda, ale nie jest ona też wyłącz­nie wyni­kiem kal­ku­la­cji zysków i strat. Czę­sto pewną rolę odgry­wają bar­dziej irra­cjo­nalne i mniej prze­wi­dy­walne czyn­niki (co saty­rycz­nie przed­sta­wia Para­graf 22 Jose­pha Hel­lera) i z pew­no­ścią odgry­wały ją we wcze­snym okre­sie hel­le­ni­stycz­nym. Jak zoba­czymy, sama ide­olo­gia wcze­sno­hel­le­ni­stycz­nej wła­dzy kró­lew­skiej sprzy­jała indy­wi­du­al­nym ambi­cjom. Nie widzę więc powodu do wstydu, że posta­no­wi­łem się sku­pić na jed­nost­kach. Stwier­dze­nie, że „histo­ria każ­dego kraju bie­rze począ­tek w sercu męż­czy­zny lub kobiety”3, może być praw­dziwe lub nie, jed­nak zaska­ku­jąco duża część histo­rii wielu kra­jów, od Gre­cji po Afga­ni­stan, wzięła począ­tek w ser­cach i umy­słach następ­ców Alek­san­dra Wiel­kiego. Ich losy zasłu­gują na lep­sze pozna­nie1.

Zakre­śliw­szy ramy cza­sowe książki, autor w toku nar­ra­cji nie używa już skrótu p.n.e., zazna­cza jedy­nie, jeśli data doty­czy naszej ery (przyp. red.). [wróć]

Podzię­ko­wa­nia

Wiele mate­ria­łów do niniej­szej książki uzy­ska­łem, zwy­czaj­nie pisząc do uczo­nych z całego świata z proś­bami o kopie arty­ku­łów. Nie­odmien­nie spo­ty­ka­łem się z życz­li­wo­ścią, tak więc w pierw­szej kolej­no­ści dzię­kuję zbio­rowo wszyst­kim, któ­rzy pomo­gli mi w ten spo­sób. Sporą część poszu­ki­wań biblio­tecz­nych pro­wa­dzi­łem w Ate­nach, gdzie per­so­nel Ble­gen Library z Ame­ri­can School of Clas­si­cal Stu­dies oraz Library of the Bri­tish School at Athens, oka­zał się bar­dzo uczynny. Wdzięczny jestem Jame­sowi Rom­mowi za udo­stęp­nie­nie mi robo­czej wer­sji swo­jej książki Ghost on the Throne (zre­wan­żo­wa­łem się szki­cem wła­snej), a także Wil­lia­mowi Mur­ray­owi za prze­sła­nie mi jed­nego z roz­dzia­łów mają­cej się wkrótce uka­zać pracy na temat hel­le­ni­stycz­nych okrę­tów wojen­nych. Ano­ni­mowy czy­tel­nik Oxford Uni­ver­sity Press dostar­czył bar­dzo cen­nych uwag, uwzględ­ni­łem też, z korzy­ścią dla tej książki, poprawki, jakie zasu­ge­ro­wali mi mój redak­tor Ste­fan Vranka, moi przy­ja­ciele Paul Car­tledge i Andrew Lane oraz moja żona Kath­ryn Duna­than. Jest oczy­wi­ście mnó­stwo innych powo­dów, dla któ­rych jestem dłuż­ni­kiem Kath­ryn.

Lako­nia, Gre­cja, sty­czeń 2011

1

SPU­ŚCI­ZNA ALEK­SAN­DRA WIEL­KIEGO

Nowina lotem bły­ska­wicy obie­gła Babi­lon i obozy woj­skowe wokół mia­sta: „Król umarł!”. Kon­ster­na­cja mie­szała się z lękiem, a nie­któ­rzy przy­po­mi­nali sobie, jak sama pogło­ska o jego śmierci, dwa lata wcze­śniej w Indiach, omal nie dopro­wa­dziła do buntu mace­doń­skich oddzia­łów. Żoł­nie­rze oba­wiali się o swoją przy­szłość i byli daleko od domu; teraz ich sytu­acja nie­wiele róż­niła się od tam­tej. Czy król zain­sce­ni­zuje jesz­cze jeden cudowny powrót do zdro­wia, by sce­men­to­wać lojal­ność swo­ich wojsk i wzmoc­nić swoją aurę bosko­ści? Czy też plotka jest praw­dziwa i należy się spo­dzie­wać roz­lewu krwi?

Zale­d­wie dwa dni wcze­śniej tłum jego wete­ra­nów uparł się, że musi zoba­czyć go na wła­sne oczy. Drę­czyło ich podej­rze­nie, że ich król, po prze­szło tygo­dniu cho­roby, już nie żyje, dwór zaś z jakichś zawi­łych powo­dów ukrywa ten fakt. Nie licząc pogło­sek, sły­szeli jedy­nie suche komu­ni­katy wyda­wane przez sztab Alek­san­dra, z któ­rych wyni­kało, że król jest chory, ale żyje. Wie­dząc, że jest w pałacu, nie­mal siłą przedarli się przez kor­don jego straży przy­bocz­nej. Pozwo­lono im przejść rzę­dem przed spo­wi­tym w całun łożem, z któ­rego słabo machała do nich blada postać4. Tym razem jed­nak nie było żad­nych sprzecz­nych donie­sień i żad­nej macha­ją­cej dłoni. Z upły­wem czasu sta­wało się jasne, że to prawda: Alek­san­der Wielki, król zdo­bywca i bóg wyba­wi­ciel, nie żyje.

W chwili zgonu w Babi­lo­nie, około wpół do czwar­tej po połu­dniu 11 czerwca 323 roku, Alek­san­der miał nie­spełna trzy­dzie­ści trzy lata. Wie­lo­krot­nie wysta­wiał się zuchwale na nie­bez­pie­czeń­stwo, ale nie licząc ran wojen­nych – z któ­rych nie­jedna mogła oka­zać się śmier­telna, zwłasz­cza w epoce nie­do­sko­na­łej sztuki lekar­skiej – przez całe życie pra­wie nie cho­ro­wał i był tak sprawny jak każdy z wete­ra­nów w jego armii.

Jak taki czło­wiek mógł zacho­ro­wać? Fakt, ostat­nio sporo pił, zarówno świę­tu­jąc powrót do cywi­li­za­cji, jak i topiąc żal po śmierci Hefaj­stiona (którą, jak na iro­nię, spo­wo­do­wało albo przy­spie­szyło pijań­stwo). Przy­ja­ciel z dzie­ciń­stwa był jedy­nym czło­wiekiem, któ­remu mógł ufać, jego prawą ręką i jedyną praw­dziwą miło­ścią jego życia. Ale od mace­doń­skich kró­lów ocze­ki­wano, że nie będą wyle­wać za koł­nierz, a Alek­san­der został także kró­lem Per­sji, gdzie z kolei za oznakę męsko­ści ucho­dziło prze­trzy­mać w piciu wła­snych dwo­rzan. Alek­san­der z pew­no­ścią miał mocną głowę, a objawy jego cho­roby nie pasują do zatru­cia alko­ho­lem. Nie­wy­klu­czone jed­nak, że pijań­stwo, w połą­cze­niu z żałobą i sta­rymi ranami (doku­czało zwłasz­cza płuco prze­bite w Indiach), osła­biło jego orga­nizm.

Opisy obja­wów jego cho­roby budzą zakło­po­ta­nie. Są dość pre­cy­zyjne, ale nie pasują dokład­nie do żad­nej roz­po­zna­wal­nej przy­czyny. Jedną z nie­win­nych moż­li­wo­ści jest, że zmarł na mala­rię. Zapadł na nią dzie­sięć lat wcze­śniej w Cyli­cji, która znana była jako region mala­ryczny aż do lat pięć­dzie­sią­tych XX wieku. Być może w Babi­lo­nie nastą­pił śmier­telny nawrót cho­roby5. Według bar­dziej sen­sa­cyj­nej wer­sji odno­to­wane objawy są też zgodne ze skut­kami cie­mię­życy bia­łej – wolno dzia­ła­ją­cej tru­ci­zny. Nie­po­jęta dla wielu śmierć Alek­san­dra oraz jej poten­cjał pro­pa­gan­dowy bar­dzo szybko zaowo­co­wały plot­kami o otru­ciu, tym bar­dziej że nie było ono rzad­kie w mace­doń­skich i wschod­nich dyna­stiach. I, jak w powie­ści Aga­thy Chri­stie, w oto­cze­niu króla było mnó­stwo ludzi, któ­rzy chęt­nie widzie­liby go mar­twego. Nie cho­dziło tylko o to, że niektó­rzy z nich żywili mocar­stwowe ambi­cje – wkrótce miały one wyjść na jaw. Rzecz raczej w tym, że para­no­iczna czystka, którą Alek­san­der prze­pro­wa­dził nie­dawno wśród swych przy­ja­ciół i urzęd­ni­ków, oraz jego mega­lo­mań­ska żądza wciąż nowych pod­bo­jów mogły zra­zić do niego nawet naj­bliż­sze mu osoby.

W tym samym cza­sie albo nieco póź­niej matka Alek­san­dra zaczęła mącić w Epi­rze, na połu­dniowy zachód od Mace­do­nii. Olim­pias od kilku lat prze­by­wała na dobro­wol­nym wygna­niu w swej rodzin­nej Molos­sji (górzy­stym regio­nie Epiru, któ­rego kró­lo­wie w tym okre­sie dzie­jów byli de facto wład­cami Związku Epi­roc­kiego). Uda­jąc się na Wschód, Alek­san­der powie­rzył na czas trwa­nia kam­pa­nii pie­czę nad swymi euro­pej­skimi posia­dło­ściami – Mace­do­nią, Tesa­lią, Tra­cją i Gre­cją – zasłu­żo­nemu wodzowi swo­jego ojca, Anty­pa­trowi. Odsu­nięta na dal­szy plan w Mace­do­nii i nie­prze­jed­na­nie wroga wobec Anty­pa­tra Olim­pias wyco­fała się do matecz­nika swej wła­dzy. Ni­gdy jed­nak nie prze­stała zabie­gać o powrót do cen­trum. Powszech­nie wie­dziano, że maczała palce w wielu gło­śnych zabój­stwach, i podej­rze­wano, że to ona stoi za zamor­do­wa­niem w 336 roku jej męża, Filipa II, wyda­wało się bowiem, że zamie­rza on pozba­wić ją i Alek­san­dra pozy­cji fawo­ry­tów.

Olim­pias wie­działa więc dobrze, na kogo zrzu­cić winę za śmierć syna. I miała wia­ry­godny argu­ment: krótko przed śmier­cią Alek­san­der odwo­łał Anty­pa­tra, jako główny powód poda­jąc jego „pre­ten­sje do wła­dzy kró­lew­skiej”6. Jak wiele poczy­nań Alek­san­dra w ostat­nich mie­sią­cach życia, roz­kaz ten nie dawał się łatwo uza­sad­nić: liczący już prze­szło sie­dem­dzie­siąt pięć lat Anty­pa­ter słu­żył trzem mace­doń­skim kró­lom i mimo ogra­ni­czo­nych środ­ków dobrze wywią­zy­wał się ze swego zada­nia, pozwa­la­jąc Alek­san­drowi sku­pić się na pod­bo­jach na Wscho­dzie. Poko­nał na morzu per­ską flotę i zdu­sił bunt w Tra­cji oraz wiel­kie powsta­nie w Gre­cji (choć już wtedy, w 331 roku, Alek­san­der drwiąco okre­ślił to jako „bitwę z myszami”)7. Tak czy ina­czej, miej­sce Anty­pa­tra miał zająć Kra­te­ros, fawo­ryt Alek­san­dra od czasu śmierci Hefaj­stiona, on sam zaś miał się udać do Babi­lonu i przy­pro­wa­dzić świeże mace­doń­skie woj­ska.

Ostat­nio jed­nak takie wezwa­nia czę­sto oka­zy­wały się pułapką. Anty­pa­ter miał powody oba­wiać się, że zosta­nie stra­cony pod takim czy innym zarzu­tem, jak to się stało z innymi potęż­nymi i pozor­nie lojal­nymi dostoj­ni­kami. Wytrą­cony z rów­no­wagi przez śmierć Hefaj­stiona w paź­dzier­niku 324 roku Alek­san­der roz­pę­tał istny ter­ror, wal­cząc z naj­drob­niej­szymi ozna­kami nie­za­leż­no­ści wśród swych pod­wład­nych. Wagi argu­men­tom Olim­pias doda­wał też fakt, że dwóch synów Anty­pa­tra od dawna prze­by­wało w Babi­lo­nie – a jeden z nich, Jolaos, jako pod­cza­szy Alek­san­dra mógł bez trudu ode­grać rolę tru­ci­ciela. Śmier­telna cho­roba Alek­san­dra zaczęła się tuż po sutej liba­cji. Co wię­cej, gdy wieść o śmierci wodza dotarła do Aten, anty­ma­ce­doń­ski poli­tyk Hype­rej­des zapro­po­no­wał uho­no­ro­wa­nie Jola­osa wła­śnie za zgła­dze­nie króla. Lecz inny syn Anty­pa­tra, Kas­san­der, przy­był zale­d­wie kilka tygo­dni wcze­śniej, przy­pusz­czal­nie aby pro­sić o zatrzy­ma­nie ojca w Mace­do­nii. Jego misja nie prze­bie­gła naj­le­piej. Nie­obe­znany ze zmia­nami, jakie wpro­wa­dzono nie­dawno na dwo­rze Alek­san­dra, starł się z kró­lem w spra­wie hoł­dów, jakich wyma­gał on od dwo­rzan, Alek­san­der zaś w rewanżu upo­ko­rzył go publicz­nie8.

Bez względu na fakty była to dla Olim­pias zna­ko­mita spo­sob­ność do zasia­nia nie­zgody wśród jej głów­nych wro­gów. Anty­pa­ter musiał zare­ago­wać: już wkrótce ktoś z jego obozu upu­blicz­nił rela­cję z ostat­nich dni Alek­san­dra, będącą rze­komo ofi­cjal­nym dzien­ni­kiem kró­lew­skiego sekre­ta­rza, Eume­nesa z Kar­dii. Doku­ment ten demen­to­wał pogło­skę, jakoby król zmarł śmier­cią nie­na­tu­ralną, i wysu­wał na pierw­szy plan pija­tyki, suge­ru­jąc, że nie były one niczym nie­zwy­kłym; napo­my­kał o żalu Alek­san­dra za Hefaj­stio­nem i o bli­żej nie­okre­ślo­nej gorączce, która go zabiła9.

Nawet jeśli Olim­pias myliła się co do Anty­pa­tra i jego synów, było mnó­stwo innych, któ­rzy mogliby poczuć się nie­swojo, gdyby ludzie zaczęli snuć domy­sły i szu­kać moty­wów. I nawet jeśli nie miała racji, sądząc, że śmierć Alek­san­dra była ele­men­tem roz­gry­wek o wła­dzę mię­dzy okre­ślo­nymi oso­bami, dobrze odga­dła, że jego odej­ście uwolni ambi­cje ludzi z naj­bliż­szego oto­cze­nia jej syna – tych w każ­dym razie, któ­rzy wciąż żyli po trzy­na­stu latach cięż­kich walk i bez­względ­nych czy­stek. Jak się oka­zało, nawet krwio­żer­czy Alek­san­der nie powsty­dziłby się zasięgu ich ambi­cji: wcią­gnęli oni cały znany świat w trwa­jącą kilka dzie­się­cio­leci wojnę.

POD­BOJE ALEK­SAN­DRA

Filip II wstą­pił na tron Mace­do­nii w 359 roku. W ciągu czte­rech lub pię­ciu lat, posłu­gu­jąc się na prze­mian dyplo­ma­cją, skry­to­bój­stwami i siłą mili­tarną, odparł wewnętrzne i zewnętrzne zagro­że­nia i zjed­no­czył roz­ma­ite pań­stewka ple­mienne pod swymi auto­kra­tycz­nymi rzą­dami. Stało się jasne, że jego następ­nym celem będą grec­kie mia­sta-pań­stwa na połu­dniu. Filip ulep­szył tak­tykę sto­so­waną przez grecką pie­chotę i roz­bu­do­wy­wał armię, dopóki nie miał pod swym oso­bi­stym dowódz­twem ogrom­nej siły bojo­wej. Mógł zmo­bi­li­zo­wać dwa tysiące jeźdź­ców i trzy­dzie­ści tysięcy żoł­nie­rzy, pro­fe­sjo­nal­nie wyszko­lo­nych i wypo­sa­żo­nych w zna­ko­mitą broń. Wiele grec­kich miast-państw musia­łoby się zjed­no­czyć, aby wysta­wić armię porów­ny­wal­nej wiel­ko­ści. Nie udało im się to jed­nak, co pozwo­liło mu likwi­do­wać je jedno po dru­gim, poje­dyn­czo lub całe koali­cje.

Ogni­skiem nikłego oporu wobec Mace­do­nii stały się Ateny, było to jed­nak ostat­nie tchnie­nie tra­dy­cyj­nej auto­no­mii grec­kich poleis. Wojna Aten oraz ich sojusz­ni­ków prze­ciwko Fili­powi, finan­so­wana czę­ściowo przez Per­sję, toczyła się zry­wami, dopóki w 338 roku nie ruszył on na połu­dnie. Ateń­czycy, wraz z kon­tyn­gen­tem beoc­kim, starli się z Mace­doń­czy­kami pod Che­ro­neą w Beocji. Siły obu stron były pra­wie równe. Bitwa była tak zażarta, że eli­tarny Święty Zastęp Tebań­ski został wybity nie­mal do nogi; Ateń­czycy rów­nież ponie­śli kolo­salne straty.

Jed­nym z pierw­szych posu­nięć Filipa jako władcy połu­dnio­wej Gre­cji było połą­cze­nie pod­bi­tych państw w sojusz zwany Związ­kiem Korync­kim (337), na któ­rego czele sta­nął on sam. Kon­flikty mię­dzy człon­kami soju­szu zostały zaka­zane i tak Filip, król Mace­do­nii, uczy­nił pierw­szy krok w kie­runku utwo­rze­nia jed­nego pań­stwa grec­kiego, co osta­tecz­nie doko­nało się prze­szło dwa tysiące lat póź­niej. W zamian za głosy w radzie związku każde z państw zobo­wią­zane było, na żąda­nie, dostar­czyć żoł­nie­rzy na wyprawy zbrojne. Następ­nie Filip skło­nił zwią­zek do mia­no­wa­nia go naczel­nym wodzem od dawna obie­cy­wa­nej „grec­kiej” wojny z Per­sją, w odwe­cie za pół­tora wieku per­skich inge­ren­cji w grec­kie sprawy oraz dwa nisz­czy­ciel­skie najazdy, z lat 490 i 480. Choć były to dawne dzieje, Grecy ni­gdy tego nie zapo­mnieli ani nie wyba­czyli. Per­sja była wspól­nym wro­giem, a mówcy publiczni od tam­tej pory wciąż pod­sy­cali pło­mie­nie grec­kiego poczu­cia wyż­szo­ści i żądzy zemsty.

Filip jed­nak został zamor­do­wany w 336 roku, w przeded­niu wyprawy na wschód, w trak­cie uro­czy­sto­ści wesel­nych swo­jej córki Kle­opa­try. To par­szywa histo­ria, ale warta przy­to­cze­nia, gdyż daje wyobra­że­nie o mace­doń­skim dwo­rze. Zabójca, Pau­za­niasz, był człon­kiem straży przy­bocz­nej Filipa oraz jego kochan­kiem. Nara­ził się Atta­lo­sowi, jed­nemu z czo­ło­wych wodzów Filipa, który podobno wraz z kom­pa­nami doko­nał na nim zbio­ro­wego gwałtu10. Filip odmó­wił uka­ra­nia Atta­losa, gdyż miał on wkrótce dowo­dzić czę­ścią sił inwa­zyj­nych. W rezul­ta­cie Pau­za­niasz zabił króla. Sytu­ację dodat­kowo kom­pli­kuje fakt, że Atta­los był zażar­tym wro­giem Olim­pias i Alek­san­dra; nie­wy­klu­czone, że to Olim­pias pod­ju­dziła Pau­za­niasza do zemsty.

Tak czy ina­czej, zarówno tron Mace­do­nii, jak i wyprawę na wschód odzie­dzi­czył syn Filipa, Alek­san­der III, któ­rego wkrótce zaczęto nazy­wać „Wiel­kim”. W roku 334 Alek­san­der prze­pra­wił się przez Hel­le­spont do Azji. Jego pierw­szym czy­nem było ciśnię­cie na brzeg włóczni: Azja miała być „zie­mią zdo­bytą włócz­nią”, nale­żącą do niego na mocy prawa pod­boju. W serii zdu­mie­wa­ją­cych, wyrów­na­nych bitew roz­gro­mił Per­sów i prze­jął wła­dzę nad impe­rium.

W bitwie nad Gra­ni­kiem w 334 roku roz­pra­wił się z per­skimi armiami Azji Mniej­szej; w boju padło czte­rech satra­pów (zarząd­ców pro­win­cji), trzech człon­ków rodziny kró­lew­skiej oraz grecki dowódca per­skich wojsk najem­nych. Nie­do­bit­kom zachod­niej armii króla roz­ka­zano wyco­fać się do Babi­lo­nii, gdzie for­mo­wała się nowa armia. W roku 333 Alek­san­der roz­niósł Per­sów w puch pod Issos, w pobliżu gra­nicy mię­dzy Cyli­cją i Syrią. Było to zna­ko­mite zwy­cię­stwo: Per­so­wie ponie­śli poważne straty, a ponadto osiem tysięcy najem­ni­ków Dariu­sza zde­zer­te­ro­wało w despe­ra­cji po bitwie, naj­bliż­sza rodzina per­skiego króla dostała się do nie­woli, Alek­san­der zaś wzbo­ga­cił się o zdo­byczny kró­lew­ski skar­biec.

Zwy­cięzca wró­cił do Feni­cji i zabez­pie­czył tyły, zaj­mu­jąc w 332 roku Egipt. Zanim opu­ścił kraj nad Nilem i znów pocią­gnął na wschód, Dariusz miał nie­mal dwa lata na zgro­ma­dze­nie kolej­nej armii. 1 paź­dzier­nika 331 roku doszło do bitwy koło wsi Gau­ga­mela, nie­da­leko Tygrysu. Jak zwy­kle poza budzącą respekt mace­doń­ską machiną bojową Alek­san­der miał po swej stro­nie zarówno los, jak i dosko­nal­szą stra­te­gię i mimo olbrzy­miej prze­wagi liczeb­nej per­ska armia osta­tecz­nie poszła w roz­sypkę. Był to koniec impe­rium, któ­rym dyna­stia Ache­me­ni­dów rzą­dziła ponad dwie­ście lat. Król uciekł do Ekba­tany w Medii, Alek­san­der zaś ogło­sił się Panem Azji zamiast Dariu­sza. Babi­lon i Suza pod­dały mu się bez walki, a reszta impe­rium stała otwo­rem przed jego nie­po­wstrzy­maną ener­gią. Drobna porażka pod Per­se­po­lis nie­znacz­nie tylko opóź­niła zaję­cie prze­zeń mia­sta, sta­rej sto­licy rdzen­nego per­skiego tery­to­rium. Latem 330 roku Mace­doń­czyk poma­sze­ro­wał na Ekba­tanę. Dariusz uciekł przed nim, sto­su­jąc tak­tykę spa­lo­nej ziemi, ale został zabity przez kilku wła­snych satra­pów i dwo­rzan.

Spi­skowcy kon­ty­nu­owali walkę w krwa­wej i – osta­tecz­nie – darem­nej woj­nie, obie­ra­jąc za swoją bazę odle­głą wschod­nią satra­pię Bak­trię. Do roku 325 Alek­san­der ją spa­cy­fi­ko­wał i roz­sze­rzył impe­rium aż po dzi­siej­szy Paki­stan (sta­ro­żytna „India”), ale jego żoł­nie­rze mieli już dość, co zmu­siło go do zawró­ce­nia. Mor­der­czy, niczym nie­uza­sad­niony marsz przez pusty­nię zdzie­siąt­ko­wał jego woj­sko i nad­szarp­nął jego popu­lar­ność, któ­rej jesz­cze bar­dziej zaszko­dziły dzia­ła­nia postrze­gane jako dzie­le­nie się wła­dzą z miej­sco­wymi eli­tami. W Suzie, w kwiet­niu 324 roku, on sam oraz wszy­scy mace­doń­scy i greccy dostoj­nicy z jego oto­cze­nia poślu­bili wschod­nie ary­sto­kratki. Alek­san­der, już żonaty z bak­tryj­ską księż­niczką Rok­saną, wziął sobie dwie kolejne żony, córki ostat­nich dwóch kró­lów Per­sji. Lecz w oczach wielu Mace­doń­czy­ków i Gre­ków wszy­scy nie-Grecy byli z defi­ni­cji pod­ludźmi.

W chwili jego śmierci mające około pię­ciu milio­nów kilo­me­trów kwa­dra­to­wych impe­rium Alek­san­dra cią­gnęło się nie­rów­nym pasem od Dunaju po Nil oraz Indus. Dzi­siej­sze nazwy jasno obra­zują nie­zwy­kłość jego doko­nań: impe­rium to obej­mo­wało współ­cze­sne: Gre­cję, Buł­ga­rię, znaczną część Tur­cji, Liban, Syrię, Izrael/Pale­stynę, Egipt, Irak, Kuwejt, Iran, Afga­ni­stan, zachodni Paki­stan oraz czę­ści Turk­me­ni­stanu, Tadży­ki­stanu i Uzbe­ki­stanu, ponadto zaś jego zwierzch­ność uznało wielu innych kró­lów i wodzów w obrę­bie i na obrze­żach tego tery­to­rium.

Impe­rium to było tak roz­le­głe, że warto roz­bić je w myślach na kilka wiel­kich obsza­rów, wyzna­cza­nych nie tylko rzeźbą terenu (sta­no­wiące ich gra­nice łań­cu­chy gór­skie lub morza), ale także tym, że fale wywo­ły­wane wyda­rze­niami w jed­nym z nich nie­ko­niecz­nie dosię­gały sąsied­nich. Tery­to­ria euro­pej­skie – Mace­do­nia, Gre­cja i Tra­cja – sta­no­wią jeden taki obszar, oddzie­lony od Azji wąskim, ale istot­nym Hel­le­spon­tem; kolej­nym jest Azja Mniej­sza, ogra­ni­czona od wschodu i połu­dnio­wego wschodu przez potężne góry. Egipt, z natu­ral­nymi gra­ni­cami w postaci pustyni i morza, zawsze uwa­żał się za odrębną jed­nostkę i nawet pod rzą­dami Ache­me­ni­dów czę­sto wal­czył o nie­za­leż­ność. Leżąca na zachód od Eufratu Syria tkwiła jak klin mię­dzy Azją i Egip­tem i przez długi czas sta­no­wiła kość nie­zgody. I wresz­cie na wschód od Eufratu, aż po Indus w Paki­sta­nie, cią­gnęły się wschod­nie satra­pie impe­rium11.

BOSKI KRÓL

Nie­sa­mo­wita ener­gia kam­pa­nii to wyłączna zasługa cha­rak­teru Alek­san­dra. Mło­dzie­niec z deter­mi­na­cją dążył do celu, a celem, jaki sobie wytknął, był pod­bój świata. Mor­do­wał tysią­cami tych, któ­rzy stali mu na dro­dze. Prze­rze­dzał sze­regi nawet – zwłasz­cza – ludzi ze swego naj­bliż­szego oto­cze­nia przy naj­mniej­szym podej­rze­niu spi­sku czy choćby nie­za­do­wo­le­nia z waż­niej­szych decy­zji poli­tycz­nych. Jed­nego z nie­gdy­siej­szych przy­ja­ciół prze­bił w pijac­kim szale włócz­nią. Przy wielu oka­zjach bra­wu­rowo wysta­wiał się na nie­bez­pie­czeń­stwo, nie z wyra­cho­wa­nia, by w ten spo­sób zyskać sobie odda­nie żoł­nie­rzy (choć oczy­wi­ście miało to taki wła­śnie sku­tek), ale dla­tego, że ufał w swe prze­zna­cze­nie i był pewny, że król bogów, Zeus, będzie go chro­nić, dopóki to prze­zna­cze­nie nie zosta­nie wypeł­nione. Nic dziw­nego, że był tak wście­kły, gdy w 325 roku w Indiach jego woj­ska się zbun­to­wały i choć raz musiał ustą­pić.

Takie napady furii, uda­wane lub nie, były ele­men­tem nowego wize­runku Alek­san­dra. Wkrótce po zwy­cię­stwie pod Gau­ga­melą w 331 roku wódz został obwo­łany Panem Azji, ale nie ozna­czało to, że w swo­ich oczach stał się po pro­stu następcą Ache­me­ni­dów. Byłoby to nie­tak­towne i nie­zręczne ze wzglę­dów pro­pa­gan­do­wych, gdyż przy­był, aby usu­nąć znie­na­wi­dzo­nych per­skich wład­ców, a nie samemu zająć ich miej­sce. Przy­bie­ra­jąc tytuł pana lub króla Azji, wyraź­nie odci­nał się od Ache­me­ni­dów, któ­rzy tytu­ło­wali się „kró­lami Per­sji”. Z tego samego powodu przy­jął wów­czas jako sym­bol swej wła­dzy kró­lew­skiej dia­dem – pro­stą opa­skę na włosy – a nie wysoką per­ską tiarę.

Oprócz tych sym­bo­licz­nych róż­nic Alek­san­der poczy­nił prak­tyczne kroki, aby się zapre­zen­to­wać jako król odmien­nego typu, nie­zu­peł­nie na per­ską lub mace­doń­ską modłę. Prze­jął przy­naj­mniej nie­które z insy­gniów ache­me­nidz­kich kró­lów, a także inne per­skie zwy­czaje, takie jak ogra­ni­cze­nie dostępu do swo­jej osoby, wyma­ga­nie, by pod­dani bili mu pokłony i zasia­da­nie na zło­tym tro­nie (zupeł­nie nie­zna­nym mace­doń­skiej tra­dy­cji) pod­czas ofi­cjal­nych zebrań. Były to zmyślne posu­nię­cia. Przy­swoił sobie wystar­cza­jąco wiele per­skich oby­cza­jów, by zyskać apro­batę swych nowych pod­da­nych (pomo­gło mu w tym i to, że przy­naj­mniej tym­cza­sowo przy­znał nie­któ­rym wschod­nim dygni­ta­rzom uprzy­wi­le­jo­wane pozy­cje na swoim dwo­rze), co miało być dla Mace­doń­czy­ków jasnym komu­ni­ka­tem: nie jestem już do końca mace­doń­skim kró­lem. Mogli widzieć w nim jedy­nie wschod­niego króla – czyli despotę – i o to wła­śnie mu cho­dziło. Poprzez to, jak się pre­zen­to­wał i czego ocze­ki­wał od pod­da­nych, świa­do­mie kie­ro­wał mace­doń­ską god­ność kró­lew­ską w stronę bar­dziej auto­kra­tycz­nego modelu12.

Trudno unik­nąć wnio­sku, że wła­dza i suk­ces ude­rzyły mu do głowy. Zaczął porów­ny­wać się z Hera­kle­sem, przod­kiem wszyst­kich Arge­adów, i pra­gnął błysz­czeć jak Achil­les, od któ­rego wywo­dził swój ród po kądzieli. Obaj ci herosi doko­ny­wali legen­dar­nych czy­nów w Azji, Alek­san­der zaś postrze­gał się także jako wcie­le­nie Dio­ni­zosa, który podobno sam jeden pod­bił Indie. Pozwa­lał, by nazy­wano go synem Zeusa, a Olim­pias od naj­młod­szych lat wpa­jała mu prze­ko­na­nie, że jego praw­dzi­wym ojcem był Zeus, a nie śmier­tel­nik Filip, co dawało mu taki sam podwójny ludzko-boski rodo­wód, jaki miał mityczny Hera­kles. Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że Alek­san­der for­so­wał kon­cep­cję swej bosko­ści ze wzglę­dów poli­tycz­nych, ale rów­nie nie­wąt­pliwe jest, że uwa­żał ją za atrak­cyjną samą w sobie.

Zwy­czaj pada­nia na twarz (pro­sky­ne­sis) był szcze­gól­nie obu­rza­jący dla jego mace­doń­skich i grec­kich dwo­rzan. Oni nie czy­nili tego przed nikim poza bogami – ale w tym wła­śnie rzecz: Alek­san­der uwa­żał się odtąd za boga. Powie­dzieć, że Mace­doń­czyk wyra­stał ponad prze­cięt­ność, byłoby tru­izmem, ale zry­wał on więzy łączące go ze śmier­tel­ni­kami dla­tego, że był prze­ko­nany, iż wypeł­nia zle­coną przez bogów misję. Rów­nież wielu pod­da­nych było goto­wych uznać jego boskość, nie tylko dla­tego, że tra­dy­cja naka­zy­wała im widzieć w kró­lach bogów albo ich narzę­dzia, ale ponie­waż doko­na­nia Alek­san­dra były nie­zwy­kłe, a prze­cież to wła­śnie jest oznaką bosko­ści. Par­ty­ku­larny świa­to­po­gląd grec­kich państw, z tery­to­riami wiel­ko­ści chustki do nosa i uwagą sku­pioną na „naszym morzu”, Morzu Egej­skim, został roz­sa­dzony na zawsze. Alek­san­der otwo­rzył cały znany świat i oba­lił bariery. Przed Gre­kami odsło­niły się nie­ogra­ni­czone moż­li­wo­ści poprawy ich ubo­giego życia.

Świat ni­gdy już nie miał być taki sam, a taka cał­ko­wita prze­miana była natu­ral­nie uwa­żana za dzieło boga – nie tylko w wypadku Alek­san­dra, ale, jak zoba­czymy, także w wypadku jego następ­ców. Bogo­wie świad­czyli dobro­dziej­stwa, jak Alek­san­der, który uwol­nił na przy­kład grec­kie mia­sta na wybrzeżu Azji Mniej­szej od groźby lub faktu per­skich rzą­dów, toteż azja­tyccy Grecy pierwsi zaczęli czcić go jako Wyba­wi­ciela. Krótko przed śmier­cią Alek­san­der zarzą­dził też, by poleis z macie­rzy­stej Gre­cji poszły w ich ślady; Ateny i inne mia­sta usłu­chały. Czyny Alek­san­dra przy­dały mu magicz­nej aury. Histo­ria następ­nych trzy­dzie­stu lub czter­dzie­stu lat jest, z pew­nego punktu widze­nia, histo­rią jego wpływu, utrzy­mu­ją­cej się obec­no­ści jego ducha.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Plu­tarch, Alek­san­der 8.2. [wróć]

Zob. I. Mor­ris, „The Gre­ater Athe­nian State”, w: Mor­ris i Sche­idel 2009, str. 99–177; godne uwagi, że Poli­biusz nie uwzględ­nia ateń­skiego „impe­rium” w swoim prze­glą­dzie impe­riów przed rzym­skim (Dzieje 1.2). [wróć]

Willa Cather, Drzewo bia­łej morwy, przeł. Ariadna Dem­kow­ska-Boh­dzie­wicz, War­szawa 1977. [wróć]

Arrian, Wyprawa Alek­san­dra Wiel­kiego 24-26, rela­cjo­nuje tę histo­rię oraz inne sceny z ostat­nich dni Alek­san­dra; zob. też inne tek­sty zebrane w Hec­kel/Yar­dley, str. 272–280. [wróć]

Objawy opi­sują Plu­tarch, Alek­san­der 73-77, i Arrian, Wyprawa Alek­san­dra Wiel­kiego 24-26. Głów­nymi nie­win­nymi podej­rza­nymi są mala­ria (Engels 1978a; Ham­mond 1989b, str. 304–305), zapa­le­nie otrzew­nej (Ash­ton/Par­kin­son 1990), ostre powi­kła­nia poope­ra­cyjne (Bat­tersby 2007) i zapa­le­nie mózgu (Marr/Cali­sher 2003). Bosworth 1971 nie wyklu­cza otru­cia z powo­dów histo­rycz­nych, Schep 2009 zaś – medycz­nych. Dokład­nego usta­le­nia momentu śmierci Alek­san­dra doko­nał Depuydt 1997. [wróć]

Kur­cjusz 10.10.14. [wróć]

Plu­tarch, Age­si­laos 15.4. [wróć]

Na temat Hype­rej­desa: Ps.-Plu­tarch, Decem ora­to­rum vitae 849f. Na temat Kas­san­dra: Plu­tarch, Alek­san­der 74.2-3. Histo­ria ta brzmi melo­dra­ma­tycz­nie, ale może zawie­rać ele­ment prawdy. [wróć]

Na temat tego doku­mentu, Efe­me­ryd kró­lew­skich albo Dzien­nika kró­lew­skiego, zob. zwłasz­cza Bosworth 1971 i Ham­mond 1988. Inną ocenę jego war­to­ści pro­pa­gan­do­wej podaje Hec­kel 2007. Pogląd, że jest to znacz­nie póź­niej­sze fał­szer­stwo, przed­sta­wia m.in. L. Pear­son, The Diary and Let­ters of Ale­xan­der the Great, „Histo­ria” 3, 1955, str. 429–455; przedr. w Grif­fith 1966, str. 1–27. [wróć]

DS 16.93.7; Justy­nus 9.6.5-6. [wróć]

„Satra­pia” to okre­śle­nie pro­win­cji w pań­stwie Ache­me­ni­dów; „satrapa” – jej zarządca. [wróć]

Co do nowa­tor­skiego stylu wła­dzy kró­lew­skiej Alek­san­dra, zob. Fre­drick­smeyer 2000 i Spaw­forth 2007; na temat sto­sunku Alek­san­dra do miesz­kań­ców Wschodu, Bosworth 1980. [wróć]

Tytuł ory­gi­nału: Divi­ding the Spo­ils

Copy­ri­ght © 2011 by Oxford Uni­ver­sity Press, Inc.

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e-book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2018

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor: Mał­go­rzata Chwa­łek

Pro­jekt i opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Zbi­gniew Miel­nik

Foto­gra­fia na okładce

Alamy/BE&W

Wyda­nie I e-book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Dzie­le­nie łupów. Wojna o impe­rium Alek­san­dra Wiel­kiego, wyd. I, Poznań 2019)

ISBN 978-83-8062-661-4

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer