Wydawca: Bernardinum Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 205 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziękuję Ci, kapitanie - Arkady Fiedler

Arkady Fiedler (1894-1985) jeden z najsłynniejszych polskich podróżników i pisarzy. Autor trzydziestu dwóch książek, które od kilkudziesięciu lat stanowią kanon polskiej  literatury podróżniczej. Twórczość Arkadego Fiedlera, przetłumaczona na ponad dwadzieścia języków, znana jest daleko poza granicami Polski. Do bestsellerów należały wydane przed drugą wojną światową reportażowe książki opisujące wyprawy do Amazonii(„Ryby śpiewają w Ukajali”) i do Ameryki Północnej („Kanada pachnąca żywicą”). Drugą wojnę światową pisarz spędził w Wielkiej Brytanii, towarzysząc jako korespondent wojenny polskim lotnikom. Bohaterskim czynom lotników poświęcił jedną ze swoich najgłośniejszych książek „Dywizjon 303”. W latach 1942-1943 Arkady Fiedler pływał na polskich statkach handlowych, które brały udział w wojennych konwojach. Ten czas opisał w książce „Dziękuję Ci, kapitanie”, która w przejmujący sposób dokumentuje waleczność polskich marynarzy i ich morską służbę w siłach aliantów. Wspomina brawurę Polaków, którzy jako jedyni wyprowadzili swoje statki z francuskich portów Afryki zachodniej, kiedy rząd Vichy stał się sojusznikiem Hitlera. Była wśród nich bohaterska załoga statku „Kromań” – jej bitność budziła strach wrogów i podziw sojuszników.

Opinie o ebooku Dziękuję Ci, kapitanie - Arkady Fiedler

Fragment ebooka Dziękuję Ci, kapitanie - Arkady Fiedler

Thank you, capt'n, thank you!

1.

Wybitnym, może najwybitniejszym marynarzem wśród kapitanów polskiej marynarki handlowej był kapitan Szworc*. Nie dlatego, że od trzydziestu trzech lat wiernie służąc morzu, poznał wiele jego tajemnic i zdobył wszystkie stopnie sztuki żeglarskiej i że jak nikt inny potrafił wyprowadzić statek z każdej przygody – nie dlatego: wielkość jego była w tym, że kapitan Szworc całego siebie poświęcił morzu, całe serce swe z jakimś niebywałym zapamiętaniem oddał statkom, wszystkie myśli swe, wszystkie poloty swe, wszystkie sny zatopił w statkach. Posiadł władzę nad nimi ogromną, lecz przy tym tak głęboko ugrzązł w tej pasji, że już nie stać go było na nic innego i że zaniedbał innego kunsztu, równie ważnego w życiu, może nawet ważniejszego, a przy tym pozornie tak prostego – pokochania ludzi ludzkim sercem.

Kapitan nie nauczył się kochać człowieka, nie umiał przyjść z człowiekiem do ładu. W tym obcym dla siebie żywiole stale popełniał błędy, często wybuchał gniewem, ranił. Ranił człowieka na morzu i ranił go na lądzie. Był twardy i zawzięty, jak zawziętym trzeba być przy zwalczaniu morskich sztormów. Lecz tych osobistych sztormów nie przezwyciężył – z człowiekiem przegrywał. Przegrywał swój wielki morski dorobek. Gdy zaszedł w lata, w których pragnie się widzieć owoce swej pracy i gdy od ludzi żądał uznania swych niezaprzeczonych zasług, spotykał go zawód: odmawiano mu uznania. Omijały go awanse i nagrody, unikało go słowo wdzięczności. Kapitan pienił się i gorzkniał. Ludzie wzruszali ramionami.

Gdzieś na sinych przestrzeniach między Gdynią a Ameryką, później zaś między Londynem a Atlantykiem, narastał dramat ludzkiego istnienia: wielki marynarz, przegrywał sens swego życia, ponieważ nie umiał rozwiązać po ludzku swych spraw ludzkich. Był wewnętrznie czysty jak kryształ, lecz na zewnątrz szorstki jak zmarznięta gruda. Był na wskroś uczciwy w swej spartańskiej surowości, lecz przy tym – a może dlatego – bezradny jak dziecko. Odpychał ludzi od siebie, a przy tym – o rzewna niekonsekwencjo ludzkiej natury! – łaknął ich wdzięczności. Owo niezaspokojone pragnienie podzięki stało się w końcu dla niego udręką prześladującą go dniem i nocą. Nie opuszczało go na mostku kapitańskim w czasie sztormu ani w kabinie, ani na ulicach kontynentów. Było z nim w zgiełku Manhattanu i było w ciszy Kanału Manchesterskiego. Coraz rozpaczliwiej kapitan potrzebował ludzkiej wdzięczności. Już nie tylko dla ratowania treści własnego życia, dobiegającego jesieni, lecz i dla życia swego syna: gdzieś w Kanadzie żyła podczas wojny jego żona i rósł kilkuletni synek.

Więc coraz żarliwiej domagał się wdzięczności, walczył o nią uporczywie, zgrzytał, warczał, ranił i w coraz błędniejszych motał się sieciach. Była w tym wielka bezbronność, beznadziejność i okrucieństwo losu i czasem miało się wrażenie, jak gdyby zmartwychwstał któryś z tragicznych bohaterów Conrada i żywy obnosił swą dolę po świecie.

Aż oto którejś nocy w tej wojnie, która zaczęła się tragicznym wrześniem, podczas jednego z najkrwawszych epizodów Bitwy o Atlantyk, gdzieś u wybrzeży śnieżnej Grenlandii kapitan usłyszał nareszcie słowa wdzięczności. Wypływały z najgłębszych uczuć ludzkiej duszy. Nie wypowiedział ich żaden możny tego świata. Powiedział je nędzny, na półżywy marynarz chiński. Biedny Chińczyk, a rzecież słowa jego były niezmiernie ważne, bo tak właśnie, z tym samym uczuciem, z tą słusznością dziękować wówczas mogli kapitanowi wszyscy jego przełożeni, cała ludzkość, cały świat.

* Postacie marynarzy, dzieje statków oraz wypadki, opisane w niniejszej książce, są prawdziwe, natomiast nazwy statków i nazwiska marynarzy – przeważnie zmienione.

2.

Późnym latem, w trzecim roku wojny olbrzymi konwój opuścił Stany Zjednoczone, idąc w kierunku Brytanii. Na kilkudziesięciu statkach wiózł pół miliona ton najcenniejszego ładunku wojennego. Statki tworzyły dwanaście kolumn postępujących obok siebie. Szły bandery wszystkich sojuszników. Polskie statki były dwa: „Wisła”, prowadzona przez kapitana Szworca, i mniejsze od „Wisły” – „Gopło”.

Eskorty przydzielono skąpo: jeden kontrtorpedowiec i dwie korwety – zatrważająco mało jak na tak ogromny konwój. Toteż, aby do pewnego stopnia wyrównać braki osłony, konwój wysunął się tym razem daleko na północ, okrążając tysiącmilowym łukiem zwykłe żerowiska nieprzyjaciela. Ostatnie telegramy donosiły, że jego łodzie podwodne zauważono na południu, na prostej trasie Nowa Funlandia – Wyspy Brytyjskie.

Zwarty szyk konwoju.

Wzdłuż Labradoru pogoda była paskudna. Kilkudniowy sztorm dawał się we znaki statkom i ludziom. Potem nagle uspokoiło się i ludzie odetchnęli, a gdy z nastaniem następnego dnia zaświeciło mocne słońce, zadowolone oczy odkryły na północno-zachodnim nieboskłonie rozległy ląd o wysokich górach, pokrytych lśniącym śniegiem. Była to Grenlandia.

Wszyscy powitali ją radośnie. Wtargnęli oto daleko na północ, a więc w pas bezpieczeństwa. Zresztą co za pogoda! Słońce, niebieskie niebo, granatowe morze, martwa fala, fenomenalna widzialność i śnieżne, malownicze góry, wyraźne z odległości dwudziestu mil jak na dłoni – wszystko to tchnęło świeżą, wielką ufnością. Konwój pruł fale powoli, we wzorowym porządku. Kolumny jego szły jak karne wojsko. W ich stalowej ociężałości był majestat. Szły szeregi jakby gigantycznych żołnierzy, świadomych swej roli w rozstrzygającej bitwie. Był to pochód niemalże triumfalny, a marynarzom, patrzącym na to wszystko, na statki i na Grenlandię, rosły serca i tego poranka śniadanie smakowało im bardziej niż kiedykolwiek: jedli na pogodę jak wilki.

Kapitan Szworc obserwował odległy brzeg przez lornetkę i w pewnej chwili uwagę jego przykuł niezwykły szczegół.

– Co to?! – zawołał zdziwiony do oficera wachtowego. – Góra lodowa?!

Było tak w istocie. Prawie już na trawersie konwoju, między statkami a odległym lądem, sterczała z wody biała bryła lodu. Jakaś samotna, średnich rozmiarów góra lodowa, wędrująca z północy.

– Tak, panie kapitanie, góra lodowa! – potwierdził wachtowy.

Kapitan Szworc, jak to on: był impulsywny i łatwo się unosił, nawet na nieporządki w przyrodzie. Twarz jego, twarz o rysach drapieżnego ptaka, zaostrzyła się, a oczy zapłonęły wyraźnym gniewem.

– Góra lodowa?! – krzyknął. - O tej porze roku?!

Lecz nie ulegało wątpliwości, że była to góra lodowa, na tych wodach i w tym miesiącu jakiś wybryk przyrody. Wybryk czy nie wybryk, z wyjątkowym zjawiskiem należało się pogodzić i przejść nad nim do porządku. Kapitan przestał się przejmować.

Potem, po śniadaniu, coś go jednak tknęło. Pomyślał znów o górze lodowej i dalej śledził ją przez lornetkę. Góra pozostała już nieco w tyle, konwój ją minął. Uparta myśl nie dawała spokoju kapitanowi. Hitlerowcy, wiadomo, byli mistrzami maskowania i niewyczerpanych podstępów. Gdyby chcieli założyć w tym newralgicznym zakątku Atlantyku pływającą bazę, czyż nie ukryliby jej najsprytniej właśnie pod maską takiej oto góry lodowej?

Kapitan wysilał wzrok, lecz nic podejrzanego nie zauważył. Tymczasem konwój oddalił się od góry o przeszło dziesięć mil. W pewnej chwili własna myśl wydała się kapitanowi niedorzeczna. Poniechał jej trochę zawstydzony.

Właśnie na statku komodorskim, na którym płynął dowódca konwoju, wywieszono flagi na zmianę kursu. Konwój zwrócił się na wschód, w stronę Islandii.

3.

Po pięknym dniu zapadł mroźny, cichy wieczór. Na niebie świecił księżyc dochodzący pełni. Powietrze jakby nasiąknęło lekką mgiełką. Zaciemnienie statków było zupełne i nawet z bliska, z odległości mili, nikt by nie przypuszczał, że tuż przemyka się wielki konwój.

Po południu, przed kilku godzinami, jedna z korwet rzuciła dwie bomby głębinowe. Marynarze, przywykli do fałszywych alarmów, nie przywiązywali do tego zbytniej wagi, raczej drwili sobie, jak zwykle z „beczek śmiechu”: – Znowu dokuczają biednym rybom!...

To było po południu i teraz, wieczorem, epizod z bombami głębinowymi, zapomniany, tonął w niepamięci jak coś bardzo odległego.

Teraz jedynie bliski i żywy był pracowity oddech turbin i cylindrów, jedynie rzeczywiste było parcie naprzód, wytężone, przyczajone parcie naprzód.

W dwie godziny po zachodzie słońca wachtowych na statkach przeszył wstrząs zdumienia. Ich oczy, zdjęte nagłą grozą, przykuł jeden punkt: na lewym skrzydle konwoju, w tyle. Tam szedł tankowiec. Tam nagle wystrzelił w górę słup ognia. Słup, zdawałoby się, niepojęty, taki straszliwy. Jakiś upiorny strumień ognia wdzierający się pionowo w niebo. Wdarł się wysoko, na trzysta, czterysta metrów, szeroki na długość statku. Był to wybuch ładunku ropy.

Rozjaśniło się przy tym okropnie. Wszystkie blackouty diabli wzięli. Wszystkie statki konwoju wyprysły z ciemności jak w złych czarach i stanęły oświetlone blaskiem jak tarcze na tle czarnej toni.

Lecz trwało to tylko sekundę czy dwie. Słup ognia był błyskawicą. Równie gwałtownie zgasł. U góry pozostawił tylko pióropusz dymu, rosnący na wszystkie boki jak olbrzymi czarny grzyb. Na dole zaś tankowiec rozerwał się na dwie części. Dziobowa część natychmiast zatonęła, rufa płynęła nadal po powierzchni wody i paliła się spokojnym, powolnym płomieniem. Z płomienia wyskakiwały ciemne sylwetki i wpadały do wody. Z daleka podobne były do nikłych robaczków. Ludzie w tragedii są czasem podobni do nikłych robaczków.

Marynarze konwoju dopiero w kilka chwil później uświadomili sobie, że równocześnie z wybuchem ropy rozległ się potężny huk. Przedtem go nie słyszeli – tak władczy był ogień wybuchu i tak całkowicie pochłaniał ich wszystkie zmysły. To oko tylko przeżywało wspaniałą a straszną chwilę.

Wnet gdzieś w nocy, spoza konwoju, zadudniły głuche odgłosy grzmotów. Były silne i statki od nich się trzęsły. Jednocześnie na niebie wykwitły oświetlające rakiety. Chociaż słabiej niż przedtem, stało się znowu widno na morzu. Rakiety paliły się długo. Niektórym marynarzom zadrżały serca. Wielu zaczęło wołać: – Raider! Raider!...

Ze statku komodorskiego poszły rozkazy świetlne. Konwój wykonał je skwapliwie i we wzorowym porządku. Wszystkie statki równocześnie, jak za pociągnięciem sznurka, zmieniły kurs o 45 stopni w lewo – znak dobrej dyscypliny.

Tymczasem paląca się rufa tankowca pozostała w tyle. Przypominała żuka przeciętego na pół przez okrutnego chłopca. Nikt z niej już nie wyskakiwał. Wypalała się do reszty. U góry, wysoko nad nią, wisiał wciąż gęsty kłąb dymu. Oświetlony z dołu ceglastym różem nie wyglądał już jak grzyb ani pióropusz. Przybrał fantastyczny kształt olbrzymiego ptaka spowitego w groźny kir – ponury znak morskiej niedoli.

4.

Nie był to – jak w pierwszej chwili sądzono – atak nieprzyjacielskiego raidera, okrętu nawodnego, lecz atak okrętu podwodnego. Odgłosy licznych wybuchów pochodziły od bomb głębinowych, rzucanych przez naszą własną eskortę. Eskorta również puszczała rakiety oświetlające. Miały odkryć wroga, w razie gdyby był na powierzchni morza, lub przynajmniej zmusić go do schowania się pod wodę.

Wtem, ku osłupieniu marynarzy, nowa fontanna ognia, tym razem po prawej stronie konwoju. W powietrze poszedł drugi tankowiec. Nie ulegało zatem wątpliwości, że dokoła było więcej okrętów podwodnych.

Uciekać! Uciekać! Był to jedyny ratunek konwoju, jedyny jego obowiązek i jedyna myśl, jaka przenikała serca i mózgi dwóch i pół tysiąca marynarzy: uciekać! Mimo to nie było paniki. Konwój wciąż szedł zwarty i skrzętnie wykonywał manewry, statki pilnowały jak oka w głowie swych stanowisk.

Słaba eskorta, uwijając się jak szalona, zdwajała swe wysiłki i gęsto waliła bombami głębinowymi w morze, a rakietami oświetlającymi w niebo. Niektóre statki wolały ciemność. Więc by zgasić te same rakiety, gromiły do nich z karabinów maszynowych i w górę sypały bujne smugi czerwonych pocisków. Inne statki widziały w morzu podejrzane cienie: biły do nich zawzięcie z dział. Był huk, był harmider, był chaos, była potęga świateł, było widowisko siarczyste, a w tym wszystkim były ściśnięte gardła i oczy wpatrzone trwożnie w powierzchnię wody.

– Wesoło jak na Broadwayu! – zażartował nagle ktoś z załogi „Gopła”. Zaśmiał się przy tym gardłowo, lecz śmiech się nie udał, brzmiał jak stłumiony skowyt.

– Uwzięli się na tankowce! – powiedział ktoś inny na pociechę.

„Gopło” szło w ostatniej, prawej kolumnie jako trzeci od przodu statek. Znów nakazano manewr i cały konwój skręcał w lewo. Wtedy w kolumnie „Gopła” powstała jakaś rażąca nieprawidłowość. Wszystkie statki wykonały jednoczesny zwrot prócz jednego, pierwszego w kolumnie. Ów pierwszy, nie troszcząc się o rozkaz komodora, uparcie chciał iść dalej w dotychczasowym kierunku. Gdy „Gopło” go mijało sprawa się wyjaśniła. Wachtowy, drugi oficer Smogulski, zawołał do kapitana: – Ależ on tonie!

Statek tonął. Był storpedowany. Nikt z sąsiadów nie zauważył wybuchu torpedy. Dziób jego zapadł już pod wodę, rufa sterczała wysoko w powietrze. Jak znamiona rozpaczy wybijały się do góry śruba i ster, narzędzia przed chwilą jeszcze doniosłe, lecz teraz już na nic niezdatne. Statek zanurzał się szybko. Tonął bez wzruszenia, bez zgiełku, bez spazmów, bez świateł, bez protestu - cicho i łagodnie.

Konał przejmująco, bez skargi. Jak czarny potulny zwierz schodził spokojnie do grobu. Zaledwie „Gopło” minęło tonącego olbrzyma, już dopełniał się jego los. Jego zupełne milczenie wobec śmierci przerażało. Jego bezsilna potulność była wstrząsająca.

Ludzie z „Gopła” zdrętwieli, nie mogli oderwać wzroku od tego widowiska.

5.

Noc była jak koszmar – zła, długa i dręcząca. Wróg był liczny i zawzięty. Rzucał się na konwój prawie co godzina. Topił statki. Szatańskie torpedy przychodziły z ukrycia, znienacka, nie wiadomo skąd. Rozszarpywały. Nikt nie widział ich źródła i nikt nie wiedział, na kogo teraz kolej. Jak słuszne okazało się porównanie konwoju do trzody zwierząt! Tej nocy konwój był trzodą bezbronnych owiec i to marynarzy najbardziej upokarzało: byli zupełnie bezradni.

Kapitan „Gopła” był wściekły. Kilka dni temu na lądzie podczas odprawy kapitanów przed odejściem konwoju zwrócił uwagę na niedostateczność wątłej eskorty.

– Ach, to głupstwo! Bitwa o Atlantyk jest już prawie wygrana! – lekceważąco odpowiedziały mu chełpliwe władze alianckie.

Trudno było zmrużyć oko tej nocy. Większość marynarzy w pasach ratunkowych czuwała na pokładach niedaleko kominów, gdzie było najcieplej. Oficerowie, trzeba to podkreślić, dawali przykłady równowagi i męstwa. Najgorzej było ludziom w kotłowniach i przy maszynach. Nic tu nie widzieli, a wszystko w dwójnasób odczuwali i słyszeli. Wybuchy, nawet odległe, odbijały się najsilniej. Łatwo chwytały za ludzkie nerwy. Wiadomo z opowiadań palaczy, że starszy mechanik „Gopła”, inżynier Brunon, schodząc często do maszynowni, świetnie uspokajał swych ludzi. Wiadomo również, że drugi oficer SmoguIski po skończonej wachcie nagle oświadczył, że ma wszystko w czterech literach, po czym zeszedł do kabiny, rozebrał się, położył w koi i spał snem najsmaczniejszym aż do rana.

Kapitan Szworc stał przez całą noc na posterunku, na mostku drugiego polskiego statku, „Wisły”. Raz pomyślał o swej żonie i dziecku. Właśnie wtedy, gdy w sąsiedztwie zapalił się storpedowany tankowiec. Była to chwila nad wyraz przykra dla kapitana – nie mógł przypomnieć sobie rysów twarzy własnego synka. Doznał zabobonnego strachu. Oblał się zimnym potem. Zbiegł na dół do kabiny i spojrzał na fotografię ich dwojga. Potem wrócił na mostek i był znów spokojny.

W drugiej połowie nocy wszyscy zrozumieli, że obrona konwoju słabnie i eskorcie zaczyna braknąć bomb głębinowych. Wybuchy ich było słychać coraz rzadziej. Tymczasem nieprzyjaciel nie popuszczał. Raz po raz wybierał nowe ofiary. Zmęczenie załóg i napięcie nerwów dochodziło do ostatnich granic. W duszach tłukły się modły, żeby już zaprzestano katuszy, żeby, na miłość Boga, nareszcie dano odetchnąć. W tej bezradności można było postradać rozum. A jednak konwój, nie tracąc na chwilę zimnej krwi, wciąż karnie trzymał się zwartą kupą i uciekał we wzorowym porządku.

Około czwartej nad ranem jakiś statek, storpedowany, dostał jakby obłędu. Zaczął gwizdać potężną syreną bez przerwy, ustawicznie. Załoga już go opuściła, a on, tonąc powoli, pozostawał w tyle, lecz nie przestawał buczeć. Ryczał wniebogłosy, jak gdyby wzywając kogoś na pomoc. Była w tym potwornym głosie wielka histeria, było coś zaraźliwego – ludziom zaczęły drgać i latać nerwy – była to histeria zranionej maszyny. Bez końca, zdawało się, szarpała ludzkie uszy i ów świst rozpaczy przenikał teraz do szpiku równie przejmująco jak przedtem, na początku nocy, potulne milczenie tonącego statku.

Potem na wschodzie zaczęło świtać i wraz z jutrzenką przyszedł spokój. Ustały wybuchy torped i nocne koszmary.

6.

Dzień nastał podobny do wczorajszego, słoneczny i chłodny. Morze było spokojne. Przez kilka godzin panowała nie zmącona cisza i ludziom tajały serca. Doznawano ulgi i wierzono, że wróg wycofał się przed jasnością dnia. Lecz błogie nadzieje zawiodły i krótko przed samym południem nastąpił nowy atak.

Atak bezczelny. Wyrwał ofiarę z samego środka pierwszego rzędu, tuż obok komodora. Odgłos wybuchu był tłumiony, raczej jak odległy stuk. Z lewej burty trafionego statku wytrysła jak biała krew pokaźna fontanna wody. Na wielu pokładach nie zauważono wcale ataku i dziwiono się, dlaczego statek, zwalniając nagle biegu, nie wziął udziału w zarządzonej zmianie kursu. Trzymał się mocno i prosto na wodzie. Sąsiedzi mijali go, a on jakby odbierał tragiczną defiladę. Załoga jego pospiesznie spuszczała wszystkie cztery szalupy. Niektórzy marynarze, mniej cierpliwi, skakali z burty wprost do morza.

– Też im spieszno! – dziwiono się dokoła.

Wtem z kotłów wypuszczono parę, która otoczyła śródokręcie białym obłokiem: oczywisty dowód, że uznano statek za stracony.

Podczas gdy rozbitków brał na pokład ostatni z konwoju frachtowiec francuski, opuszczony statek wciąż utrzymywał się na wodzie, ogromny i wyniosły jak poprzednio. Wcale nie zanurzał się i nic nie wskazywało, aby był uszkodzony. Ludzie wyrzucili go ze społeczności konwoju, lecz on jakby nie przyjmował ich wyroku i wznosił się dumny i niezachwiany, obraz życia i tężyzny.

Konwój oddalał się od niego coraz bardziej, był już o trzy, cztery mile. Minęło pół godziny. Żadnej zmiany, żadnego przechyłu! Ludzie w konwoju zaczęli wątpić i przebąkiwać, czy załoga nie opuściła go przedwcześnie. Może stchórzyła!

Wtedy stała się przejmująca rzecz. Statek poruszył się. Wypadł ze swej niewzruszonej okazałości. Nagle podniósł dziób do góry, szybko i rozpaczliwie niby wyrzucona ryba chwytająca powietrze, i w ciągu kilku sekund pogrążył się w wodzie. Ogromny kadłub znikł prawie piorunem, w jednym przerażającym oddechu. Cały końcowy dramat nie trwał dłużej niż dwie minuty.

Ludzie mieli gorzką wizję – jak gdyby widzieli piękną, dzielną kobietę znoszącą długo i z godnością jakiś wielki ból, by naraz, bez ostrzeżenia dla bliźnich, bez widomego znaku swej tragedii, załamać się i upaść bez życia.

Był to nowy rodzaj śmierci, w którym koniec przychodził niespodziewanie jak podstępny cios. I była to przestroga dla marynarzy, by nigdy nie ufać statkom raz zranionym torpedą.

– Zapadł się jakby w pysk strzelił, jak nóż w masło! – zżymał się ktoś na „Gople” z niesmakiem i z oburzeniem w głosie.

7.

Tymczasem „Wisła” przeżywała dreszcze szczególnej emocji. Szła jako ostatnia w swej kolumnie, nikogo za sobą już nie mając. W chwili gdy konwój wykonywał zwrot na lewo, powstało w szeregach małe zamieszanie i obok „Wisły”, na jej trawersie, znalazł się poprzedzający ją brytyjski statek, tankowiec. Naraz asystent Siejski, pełniący służbę na mostku, krzyknął: – Uwaga! Peryskop za rufą!...

Złowieszczy znak pojawił się nagle jakieś dwieście metrów za tankowcem, a trzysta metrów za „Wisłą”. Pruł wodę, aż wytryskiwała jasnym łukiem, i dążył w kierunku kilwateru „Wisły”. Najwyraźniej wypatrywał nowej ofiary – jednej z dwóch: tankowca albo „Wisły”. W jasny dzień, w słońcu, na dość spokojnym morzu była to bezczelność zdumiewająca. Wróg czuł się pewny siebie i otwarcie szydził z eskorty.

Na tankowcu również zauważono peryskop i otworzono do niego ogień z karabinów maszynowych i artylerii przeciwlotniczej. Wkrótce przyłączyła się do walki i „Wisła”. Zaczęła walić z działka na rufie. Ogniem kierował drugi oficer Anczewski. Pociski wybuchały blisko celu na powierzchni wody. Niewiele zapewne wyrządzały szkody, ale przynajmniej przepłoszyły wroga. Peryskop znikł.

Żywa kanonada zwabiła dwie korwety, które w czas przybywszy zaczęły obkładać miejsce bombami głębinowymi. Marynarze zaciskali pięści i radowali się – nareszcie jeden ze zbójów wpadł w kleszcze i sam był szczuty jak zwierzyna. Korwety tropiły jak wściekłe psy zbyt długo trzymane na smyczy. Buchały od zawziętości. Przy piątej czy szóstej bombie wypłynęły na powierzchnię morza plamy oleju. Któryś z marynarzy zaryczał triumfalnie. Rzucono jeszcze kilka bomb, potem konwój był zbyt daleko i marynarze nie mogli dokładnie widzieć, co się dzieje.

Gdy tankowiec wymijał „Wisłę”, by wyprzedzić ją i wejść na swoje miejsce, z jego pokładu witano ją wesoło podniesionymi kciukami. „Wisła” odpowiadała ochoczo.

8.

Reszta dnia upłynęła w spokoju, lecz cisza nie zwiodła nikogo. Nieprzyjaciel dostatecznie przekonał się o szczupłej obronie konwoju. W nocy należało spodziewać się piekła.

Gdy po zachodzie słońca mroki zapadały na morze, w duszach ludzkich zaczajał się lęk. Przeżycia ostatniej nocy wracały z uporem do pobudzonej wyobraźni. Przypominano sobie nędzny los rozbitków w szalupach, porzuconych mniej lub więcej na łaskę morza. Mało kto myślał o ich ratunku. Eskorta nie mogła ratować, zbyt nieliczna i uwikłana w walkę, statki zaś nie kwapiły się. Statki, które idą jako ostatnie na końcu kolumn, mają obowiązek zabierania rozbitków. Nie zabierały. Wolały uciekać, ratując własną skórę. Groza była silniejsza niż moralna powinność – i gdzieś na wielkiej wodnej pustyni dojrzewało obfite żniwo śmierci.

Toteż pierwszy tego wieczoru atak okrętu podwodnego krótko po zapadnięciu ciemności targnął nerwami marynarzy jak rozpalone żelazo. Mimo woli w głębi podświadomości narastał nastrój niepewności. Wzbierał jakiś czad, gotował się zdławiony krzyk. Uciekać! Należało na gwałt uciekać od straszliwych bestii, od zionących torped. Oby mieć skrzydła!...

O godzinie ósmej pięćdziesiąt siedem wieczorem przed dziobem „Wisły” storpedowano brytyjski tankowiec. Wysoki jak zwykle słup ognia i silna detonacja, która wszystkich sąsiadów poderwała na nogi. Kapitan Szworc był właśnie w swym salonie. Jednym susem wyskoczył na mostek. Po drodze słyszał dzwonek okrętowego telegrafu. To wachtowy, trzeci oficer Poszycki, posyłał jakiś rozkaz do maszynowni.

– Zwolniłem biegu! Dałem w prawo! – młody oficer zawiadomił kapitana, który nagle, wściekły, wrzasnął: – Dlaczego pan zwolniłeś?!

– Jesteśmy przecież rescue-ship!... Ostatni w kolumnie! – tłumaczył się wachtowy.

– To wiem!

Kapitan pożarłby go głosem. Potępiał manewr oficera. Z oczu jego tryskały gromy. Huknął przez tubę na dół: – Cała naprzód!

Do sternika: – Lewo na burtę!

– Lewo na burtę – powtórzył spokojnie sternik.

Po nocach pełnych napięcia wytchnienie przynosiły chwile odpoczynku w ciągu dnia.

W kilkunastu sekundach „Wisła” zatoczyła ćwierć koła i była już niemal na wysokości tankowca, około dwieście metrów na lewo od niego. Tankowiec palił się teraz na dziobie zwykłym, miarowym ogniem i szedł naprzód już tylko siłą dotychczasowego rozpędu.

Wtedy kapitan Szworc znów się odezwał. Padł jego rozkaz: – Całą wstecz!...

Woda dokoła rufy naraz zaczęła syczeć, zabulgotała. Statek jakby zajęczał w swych wnętrznościach, które zatrzęsły się od dreszczów. Rzekłbyś: zapasy dwóch potwornych mocy, jednej prącej wciąż naprzód, drugiej coraz silniej hamującej. „Wisła” przystawała. Brzemienna decyzją rzuciła wrogowi rękawicę. Wyzwała wielki los.

Wiatr dął od strony palącego się tankowca. Stamtąd groził nowy wybuch i rozlanie się ropy w kierunku „Wisły”. Lecz właśnie dlatego kapitan słusznie obrał to stanowisko, gdyż w tę stronę wiatr musiał również zapędzić wszelkie szalupy czy tratwy spuszczone z nieszczęsnego statku. I nie mylił się. Na powierzchni morza nieco z przodu już było widać migotliwe sygnały nadawane czerwonym światełkiem z szalupy. Dochodził także z dołu chrapliwy głos: – Help, help!

Na mostku zadźwięczał dzwonek telefoniczny. Drugi oficer Anczewski z pozycji działowej na rufie pytał się: – Co będziemy robili?

– Ratować ludzi! - warknął kapitan i zawiesił słuchawkę.

Anczewski chwilę pomyślał. Potem rzekł do kucharza i stewarda, wojaków z obsługi działa: – Nie potrzebuję was tutaj! Idźcie do kuchni gotować kawę!

9.

Tankowiec palił się w całej swej przedniej połowie jak pochodnia i w jej różowym blasku „Wisła”, jaskrawo oświetlona, stanowiła wprost wymarzony cel dla torpedy. Oczekiwano jej lada chwila, a jednak nikt na statku nie tracił przytomności umysłu, wszystko odbywało się zadziwiająco składnie i rozkazy były celowe, a wykonanie ich szybkie.

– Zawiesić sztormtrap! – zarządził kapitan.

Sam pozostał na mostku, nadal manewrując statkiem, natomiast właściwą akcję ratunkową powierzył pierwszemu oficerowi Bojce. Ówże, człek młody, szczupły, energiczny, zawzięty w dyskusjach, zuchwały w poglądach, równie odważnie umiał zabierać się do czynu, jak do słowa.

Gdy „Wisła” i szalupa z rozbitkami zbliżyły się do siebie, rzucono z pokładu linę. Szalupa była przepełniona po brzegi masą ludzką, która widocznie nie ochłonęła dotychczas z przerażenia. W pobliżu sztormtrapu wybuchła panika. Kilku naraz wyskoczyło z łodzi, lecz tylko jeden zdołał uchwycić drabinkę, reszta wpadła do wody. W szalupie powstała kotłowanina. Bojka wiedząc, czym to grozi, przeciął linę i krzykiem nakazał spokój. Szalupa oddaliła się od burty „Wisły” o kilka metrów.

Pierwszego rozbitka wciągnięto po sztormtrapie na pokład. Wyglądał jakoś cudacznie i marynarze zaczęli mu się dokładnie przyglądać przy świetle pobliskiego pożaru.

– Olaboga! – zawołał ktoś w najwyższym zdziwieniu. – Toż to Chińczyk!

Fakt, że pierwszym wyratowanym marynarzem tu, na Atlantyku Północnym, był Chińczyk, podziałał jak magia. Wszyscy wyczuli w tym wyraźny komizm. Ktoś zarechotał głośnym śmiechem.

Drugie zbliżenie się szalupy do „Wisły” poszło już sprawniej. Jeden z brytyjskich oficerów, obecnych na szalupie, objął na niej komendę – okazało się, że to drugi oficer tankowca – i znakomicie podprowadził ją pod sztormtrap. Tu stanął przy końcu łodzi i silnym ramieniem pilnował porządku. Martwa fala dość niespokojnie uderzała o burtę. Szalupa skakała w górę i w dół. Tylko w chwilach, gdy była u góry, drugi oficer puszczał za każdym razem jednego rozbitka na sztormtrap. W ten sposób wyładowanie odbywało się bez wypadku.

Drugim wyratowanym, ku ogólnej uciesze, był również Chińczyk. Trzecim – znowu Chińczyk, czwartym – Chińczyk. Tego już było za wiele. Tankowiec był przecież brytyjski. Jakaś ogromna, nieprzeparta wesołość ogarniała marynarzy i gdy przy piątym Chińczyku powstała na dole krótka przerwa, chciano się już zakładać między sobą, kto następnie będzie: Chińczyk czy nie-Chińczyk?

– Chińczyk! – stwierdzono w chwilę później z udanym oburzeniem i niewiarą i nowy wybuch śmiechu na tle chińskiej obfitości.

Chińczyków było przeszło trzydziestu w szalupie, białych, przeważnie oficerów, około dziesięciu. Drugi oficer tankowca, człowiek niezwykle dzielny i obowiązkowy, chciał natychmiast wracać łodzią, na poszukiwanie reszty rozbitków, jeszcze niewyłowionych z morza.

Tymczasem Chińczycy, zaledwie zeszli z sztormtrapu, wszyscy jak na zmowę biegli bez namysłu na pokład szalupowy „Wisły” i tam siadali przy obydwóch łodziach ratunkowych. Otoczyli je murem z ludzkich ciał. Czekali. Mieli twarze zamknięte, lecz w oczach ich palił się obłęd i zdecydowanie na wszystko. Nie spuszczali wzroku z szalup. Patrzyli w nie jak w ołtarze. Były to nędzne, biedne, zaczajone postacie. Byli cisi, przerażeni i groźni. Strach odebrał im poczucie rzeczywistości, prócz jednego: patrzenia uparcie w szalupy. Szalupy „Wisły” stały się dla nich symbolem życia. Byli przygotowani. Czekali na następny atak torpedy, by zawładnąć szalupami.

Tak to „Wisła” znalazła się nagle w obliczu nowego niebezpieczeństwa, grożącego jej od wyratowanych rozbitków.

Ten problem chciał rozwiązać na swój, dość drastyczny, sposób jeden z białych rozbitków, Anglik, artylerzysta ze storpedowanego tankowca. Onże, młode jeszcze chłopaczysko, na widok „chińskiego muru” dokoła szalup, znienacka rozsierdził się i miotając głośne przekleństwa, pobiegł jak wariat na mostek „Wisły”. Doskoczył do gniazda karabinów maszynowych i zaczął przy nich manipulować. Chciał strzelać do Chińczyków oblegających łodzie ratunkowe. Był już bliski wykonania, zamiaru, gdy go dopadł drugi oficer Anczewski i z trudem powstrzymał.

– Czyś zwariował?! – huknął Anczewski.

– To są bestie, mówię panu! – pienił się artylerzysta.

Czynił wrażenie całkiem nieprzytomnego. Miał zaledwie dwadzieścia lat. Anczewski łatwo go obezwładnił i przemocą ściągnął po trapie na dół na główny pokład.

– To są bestie, mówię panu! – charczał chłopak uporczywie, ale z coraz mniejszą zapalczywością. Z podniecenia dzwoniły mu zęby. Nienawiść w jego głosie szybko topniała, przechodziła jakby w skargę.

Już nie szamotali się.

Anczewski patrzał na niego ze współczuciem. Zaproponował mu przyjaźnie: – A cup of coffee?

– Yes, please! – odrzekł skwapliwie i prosząco artylerzysta.

Był to konwój niezwykłych wybuchów: gwałtownie zrywały się słupy ognia i ludzkie paroksyzmy i szybko opadały.

10.

Dziw! Torpedy nie było. Marynarze „Wisły”, zdjęci zabobonnym zdumieniem, nie mogli tego zrozumieć. Działy się niewiarygodne cuda!

Pożar na tankowcu objął już prawie cały pokład i sięgał do komina na rufie. Na wodzie pod rufą tkwiła tratwa z kilkoma rozbitkami niezdolnymi odbić od burty. Lada chwila groziła im śmierć od wybuchu ropy.

– Spuścić łódź na wodę! – zawołał kapitan Szworc po wysłuchaniu krótkiej relacji drugiego oficera z tankowca.

– Motorówkę? – zapytał z dołu starszy oficer Bojka.

– Tak, motorówkę!

Spuszczenie jej odbyło się w mig. Starszy oficer Bojka objął ster, drugi mechanik Terlecki – motor. Do pomocy zabrano dwóch marynarzy, starszego marynarza Chabę i młodszego marynarza Gorlickiego.

Gdy motorówka odbiła od „Wisły”, towarzyszyły jej ciche powinszowania kolegów: jej przynajmniej już nie dosięgnie eksplozja torpedy, jaka przebije lada chwila ścianę statku.

Teraz dopiero, będąc bezpośrednio na wodzie, Bojka uświadomił sobie grozę położenia „Wisły”. W promieniach pobliskiego pożaru statek jak gdyby wyrósł na morskiego lewiatana. Stał obnażony i jasny niby pomnik, widoczny na wiele mil dokoła, łup ponętny i cel najdogodniejszy. A wróg był w pobliżu. Znów, jak nocy poprzedniej, szarpał konwój. Tam o dwie, trzy mile wrzało piekło. Były krwawe łuny, błyski, smugi, huk – było piekło. Jakimże kaprysem losu „Wisła” wciąż jeszcze stała nie tknięta?

Wtem