21 osób interesuje się tą książką

Opis

Maria Dahvana Headley, autorka bestsellerowych powieści, przenosi klasyczną historię Beowulfa we współczesne realia.

W scenerii amerykańskiego miasteczka dwie matki – gospodyni domowa i zaprawiona w bojach weteranka – starają się chronić tych, których kochają.
Herot Hall to bogate miasteczko z pięknymi rezydencjami. Domostwa pooddzielane są od siebie równymi drewnianymi ogrodzeniami, a mieszkająca tam społeczność jest całkowicie samowystarczalna. W każdym domu jest kominek, każdy kominek jest wyposażony w pojemnik z gazem, a na zewnątrz – na trawnikach i placach zabaw – rosną równe rzędy polnych kwiatów. Jednak tym, którzy mieszkają na przedmieściach, Herot Hall wydaje się fortecą strzeżoną przez gęstą sieć bram, kamer i fotokomórek.

Życie Willi, żony Rogera Herota (dziedzica Herot Hall), płynie spokojnie i niespiesznie. Jej dni wypełnione są opieką nad synem Dylanem, spotkaniami matek, zajęciami dla dzieci, przyjęciami urodzinowymi i podwieczorkami. Tymczasem w jaskini poza granicami Herot Hall mieszka Dana, weteranka wojenna, i jej syn Gren (zdrobnienie od Grendel). Dana nie chciała Grena, nie planowała Grena, urodziła go jakby przez przypadek, nie wie nawet, kiedy zaszła w ciążę… Gdy wróciła z wojny, on po prostu już był.
Pewnego dnia Gren, nieświadom, że Herot Hall postawiło wszystkie płoty i systemy monitoringu, by się odgrodzić właśnie od niego, ucieka z Dylanem. Tego dnia światy Dany i Willi się ze sobą zderzają.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 285

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Maria Dahvana Headley

Dziedziczka jeziora

Przełożyła Dorota Dziewońska

Kraków 2020

Tytuł oryginału: The Mere Wife

Copyright © 2018 by Maria Dahvana Headley.

By arrangement with the author. All rights reserved.

Cover design Keith Hayes

Cover illustration Miranda Meeks

Copyright © for the Polish translation by Dorota Dziewońska, 2020

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Galeria Książki, 2020

Opracowanie graficzne okładki na podstawie oryginału d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Redakcja językowa, korekta i skład d2d.pl

Opracowanie wersji elektronicznej:

Wydanie I

ISBN EPUB: 978-83-66173-43-9

ISBN MOBI: 978-83-66173-44-6

Wydawca: WYDAWNICTWO Galeria Książki

www.galeriaksiazki.pl

[email protected]

Dla anonimowej autorki, za wszystkie opowiedziane historie

Z boleścią śpiewam tę pieśń o sobie, o ja nieszczęsna

o mej tułaczce, o tego świata strasznych udrękach

o mych zgryzotach niegdysiejszych i świeżych ranach

nie znam nic więcej, oprócz mroków mego zesłania

Mężczyzna wygnał mnie w dzikie knieje

W cieniu dębu stary kurhan dał schronienie

Całam tęsknotą i pragnieniem

Lament żony (ok. 960–99 r. n.e.), autor nieznany

Prolog

Powiedz to. Początek i koniec jednocześnie. Leżę na brzuchu, bliska śmierci na pace pickupa. Chciałabym się modlić, ale nigdy nie umiałam prosić o pomoc. Może więc śpiew? Nie ma żadnych pieśni na taką okazję. Jedyne, co przychodzi mi na myśl, to cytat z jakiejś książki: „Wszystko będzie dobre. Wszystko wyjdzie na dobre”[1].

Na głowie mam worek, a mimo to widzę twarze martwych żołnierzy. Oglądam wojnę w zwolnionym tempie i oto mam przed oczami szereg towarzyszy, linię krwi, wytrzeszczone oczy… Porzucono nas. Wysłano nas do niewłaściwego kraju i wszyscy oprócz mnie nie żyją. Teraz myślę, że każdy kraj byłby niewłaściwy i że jestem tutaj, o dwie minuty od śmierci.

Moi chłopcy są już duchami, dziewczyny też. Moja przyjaciółka Renee zginęła tydzień temu. Poślizgnęła się i w zamieszaniu, które wywołała gwałtownymi ruchami, dosięgły ją kule, szybkie jak osy. Trzymałam ją w ramionach, kiedy umierała. Trzy dni temu jechałam z Lynnem Gravenem z portu i dowiedziałam się od niego, że rzeka Missisipi tworzy sobie własne koryta, jak jej się podoba, zmienia bieg, pochłaniając te połacie lądu, które pragnie odzyskać. Lynn twierdził, że na tej pustyni także jest taka rzeka – powinniśmy się w niej zanurzyć i zobaczyć, czy nas pochłonie. Wyskoczył z ciężarówki, którą jechaliśmy z prędkością stu trzydziestu kilometrów na godzinę, przekonany, że wpadnie do wody. Raul Honrez wychowywał się w Idaho, jego rodzice żyli ze zbierania owoców. Był w połowie studiów medycznych, kiedy samoloty wleciały w wieże, i wtedy wstąpił do wojska. Patrzyłam, jak jego ciało jest rozrywane na strzępy, a chwilę później ktoś mnie złapał i wrzucił na tę ciężarówkę.

Dwa miesiące temu byłam na urlopie, z dala od tego wszystkiego.

– Słuchaj! – dobiegł mnie głos z dołu i poczułam dłoń na kostce. Siedziała na chodniku. Miała na sobie tablicę z napisem „Tak. Porzucono mnie. Przyjmę każdą pomoc”. Przybyła z tej samej wojny co ja. Przed nią leżała blaszana puszka na drobne.

– Słuchaj. Powiem ci, co cię czeka – zawołała. – Za pięć dolców.

– Weź wszystko – odparłam, wysypując zawartość portfela do jej puszki.

– W takim razie powiem ci wszystko, co wiem – oświadczyła.

– Nie, dzięki. – Odwróciłam się.

– Będziesz żyła wiecznie! – krzyknęła za mną. – Jesteś tą, która uchodzi cało! Ale i tak coś stracisz, więc lepiej uważaj.

– Nie mam nic do stracenia – odpowiedziałam hardo, nie wiedzieć czemu.

Ruszasz na wojnę, wiedząc, że coś stracisz. Ujście z życiem to zwykły fart, a nie coś wyjątkowego. Nie masz w sobie żadnej magii, po prostu sprzyja ci szczęście.

Uznałam, że wiem, co mnie czeka. Bywałam już w walkach. Zaciągnęłam się zaraz po tym, jak zabrakło ochotników, w trakcie wojny, która ciągnęła się bez końca. Wierzyłam, że chodzi o coś wielkiego, o bohaterstwo. Tak ci to przedstawiają, kiedy masz siedemnaście lat. Myślisz, że będziesz ratować głodujących, cierpiących z powodu wojen, dzieci, kobiety. Tymczasem grzęźniesz w błocie, ślizgasz się po zboczach, zamykasz oczy i strzelasz. Jesteśmy wygłodzeni na skąpych racjach żywnościowych, przerażeni, bliscy obłędu. Strzelamy na oślep, bez namysłu, widząc obcy mundur, inny kolor skóry albo punkty w noktowizorach pokazujące ciepłe ciała. Jasne punkty na mapie, bijące serca.

Uznałam, że do tej pory miałam farta. Uznałam, że jeśli zginę, to zginę.

Wsiadłam do samolotu i wróciłam na pustynię.

Teraz trzęsę się na wybojach i nie mam przed sobą żadnego celu. Skoro mnie wiozą, to jadę do niewoli albo do szpitala. W mózgu kołaczą mi się najróżniejsze myśli, wspomnienia tych chwil, na które powinnam była zwracać uwagę.

– Słuchaj! – zagadała do mnie stara kobieta dziesięć lat temu w autobusie dalekobieżnym. – Opowiem ci historię!

Nie bardzo mogłam się odsunąć, więc słuchałam. Za oknami przesuwały się krajobrazy. Noc i droga, zielone i czerwone światła, ludzie w samochodach zmierzający ku swoim celom, a obok mnie ta kobieta opowiada mi swoją wersję dziejów świata, wszystko, co się działo od zarania czasu, i co będzie się działo aż do końca. Trzydzieści godzin.

– Z historią jest tak – powiedziała. – Ludzie kłamią o tym, co przegapili. Mówią, że wiedzą, co się działo, świat eksplodował i oni to widzieli, ale w rzeczywistości tylko słyszeli dźwięk tak głośny, że aż wstrząsnął ziemią. Nie da się zrozumieć całej historii, jeśli nie przeżyje się jej do końca. Kto jest ostatni na placu boju, ten śpiewa pieśni na wszystkich pogrzebach. Przynajmniej ma szansę o tym opowiedzieć. Opowiada nam wszystkim o tamtych zdarzeniach.

Patrzyłam na tę siedzącą obok mnie kobietę, na jej drżące dłonie i skromny kapelusz. Wyglądała na tak starą, że mogła się urodzić na początku wieku.

Myślałam, że wiem wszystko.

Myślałam, że wiem, co kryje w sobie ziemia. Myślałam, że wiem, co mnie czeka. Teraz wiem, że czekało mnie to wszystko: ta pustynia, ten worek, to potrząsanie, gdy ściągają mnie z paki samochodu.

Słyszę odgłos ostrzenia noża.

Nie wiem, kim oni są, kto mnie złapał, ale jestem dla nich jedną z „tamtych”, tak jak oni dla mnie. Jesteśmy koszmarami dla siebie nawzajem. Rzucają mnie na piach na kolana. Pokazują mi tekst i czytam go, a oni to nagrywają.

– Nazywam się Dana Mills – mówię. – Ameryko, to twoje dzieło.

Czuję świst ostrza za głową i nagle jestem w tysiącu miejsc jednocześnie, wszystko będzie dobre, i w tysiącu krajów, i na statku przemierzającym ocean, i wszystko będzie dobre, jestem starą kobietą umierającą w głębi góry, ostatnią z rodziny, ostatnią z mojego rodu, i wszystko wyjdzie na dobre, i wokół jest ciemność, a w tej ciemności świeci jasna gwiazda, która robi się większa, coraz większa…

– Słuchaj – ktoś szepcze mi do ucha. – Słuchaj uważnie.

Czy jestem martwa?

– Słuchaj – szepcze ten głos. – W niektórych krajach zabija się potwora zaraz po narodzinach. W innych miejscach zabija się go dopiero wtedy, kiedy on kogoś zabije. W jeszcze innych puszcza się go wolno do lasu albo do morza, gdzie dożywa swych dni, wzywając pobratymców. Słuchaj mnie, woła. Może jest tylko jeden.

Budzę się, łapię powietrze, zagrzebana w piachu. Ziarenka pias­ku oblepiają mi palce. Wokół twarzy jest trochę przestrzeni, ale nigdzie więcej. Czuję jednak bicie serca, a to o czymś świadczy.

Piach jest ciężki i rozgrzany. Przez powieki przedziera się blask słońca. Poruszam palcami, potem całym ciałem, aż udaje mi się wydobyć z piasku dłoń. Wygrzebuję się, wstaję na chwiejnych nogach. Czuję nieznajomy ciężar i spoglądam na swój brzuch.

Jestem namiotem pośrodku pustyni, który skrywa kogoś w swym wnętrzu, kogoś, kto nie mówi i nie maszeruje, tylko śpi. Omal nie wybucham śmiechem. Omal nie wybucham płaczem. Nie wiem, kto jest ojcem.

Jestem matką.

W taki sposób wracam z zaświatów. W szóstym miesiącu ciąży. Tyle mam. Tyle mojego.

Patrzę w dal ponad pustynią i dostrzegam jakiś ruch, drganie gorącego powietrza, chybotliwe ludzkie sylwetki. Ruszam przed siebie.

Po kilku godzinach coś wybucha dwa metry ode mnie. Odłamek w moim oku, krew na policzku, tyle. Owijam głowę koszulą i idę dalej.

Wreszcie docieram do Amerykanów. Wyglądam tak strasznie, że nikt nie wie, po której stronie konfliktu jestem. Boją się do mnie zbliżyć. Czytają moje naszywki.

Cholera, to Dana Mills. Sprowadźcie tu kogoś!

Budzę się później, lampa świeci mi w oczy, jestem ogolona na całym ciele: nie mam włosów na głowie, włosów łonowych, na nogach, pod pachami, jakby za chwilę mieli mnie upiec na rożnie. W oknach są kraty. Na oku mam przepaskę, jestem czymś odurzona.

– Pech! – mówi dziewczyna na łóżku obok. Nie ma nóg. – Teraz już chyba za późno. Dla nas wszystkich.

– Chyba tak.

– Wyrwałam się stamtąd, skąd pochodzę, i już nigdy nie wrócę – stwierdza. – Nie mam nikogo na całym świecie.

– Ja też – wtrącam. – Moja matka nie żyje. Jestem sama.

Obie patrzymy na mój brzuch.

– Nie jesteś sama – zauważa dziewczyna. – Masz tego kogoś. Ktokolwiek to jest.

Patrzę na jej piegi i zadarty nos, krzywe usta pomalowane czarną szminką, jakby się wybierała do klubu, żeby szaleć do upadłego. Może mieć z siedemnaście lat, tyle co ja, gdy się zaciągnęłam. Jej paznokcie są dłuższe, niż zezwala regulamin, i gładko wypolerowane. Nie pytam, co zrobiła. Ona też mnie o to nie pyta.

– A więc jesteś wariatką? – rzuca bez zapowiedzi. – Bo ja tak. Widzę różne rzeczy. Głównie swoje nogi. Zresztą, po co jeszcze żyję? Pewnie tak myślisz. Ja tak myślę.

Już mam zamiar odpowiedzieć, kiedy widzę, że coś lśni pośrodku jej klatki piersiowej. Jakiś błysk. Płomień?

– Co tam jest? – pytam, ale jej już nie ma.

Na jej miejscu jest pięciu mężczyzn. Czują się swobodnie, opierają stopy o ramę łóżka, jeden czy dwóch pochyla się nade mną i ogląda moje wykresy. Dają mi do zrozumienia, że jestem w tej sali jedyną osobą, która nie może uciec. Bose stopy, kiedy było się już na wojnie, są przerażające.

– Co się z tobą działo, żołnierzu? Kto cię porwał?

– Nie wiem – mówię. Rozglądam się za dziewczyną, ale nigdzie jej nie ma.

Jeden z nich kuca przede mną i patrzy na mnie z taką dawką szczerości w oczach, żebym nie miała wątpliwości, że jest dobrym człowiekiem.

– Widzieliśmy cię w telewizji – mówi. – Miałaś szczęście. Nawet po tym wszystkim nadawałaś się do pokazania na ekranie. Reszta twojego oddziału zginęła.

Myślę o szczęściu.

– Widzieliśmy twoją śmierć. To było przekonujące.

– Ja żyję – mówię. Czuję dreszcz na całym ciele.

– Egzekucja sfingowana. – Wskazuje na mój brzuch. – Czyje to dziecko?

– Moje – odpowiadam szybciej, niżbym chciała.

– Gwałt czy obopólna zgoda?

Jedno znaczy, że jestem ofiarą, a drugie, że jes­tem kolaborantką, a ja nie znam odpowiedzi, więc milczę. Słyszę, jak jeden z nich mówi coś o teście DNA. Mój mózg zacina się jak zdarta płyta. Hipnotyzują mnie, namawiają, żebym wszystko opowiedziała. Nie ma nic do opowiadania, poza tym że wróciłam z miejsca, w którym byłam, że żyję i że jestem w ciąży.

Pozostaję w tym szpitalu, który nie jest szpitalem, przez sześć tygodni, a potem czuję, jak dziecko pod moim sercem mocno kopie.

W więzieniu pracują inni żołnierze. Spotykam faceta, który stacjonował tam, gdzie ja. Wyprowadza mnie w środku nocy. Znajduję klucz w jedzeniu, mapę pod talerzem, i uciekam. Kiedy nie mogę znaleźć pociągu, ukrywam się w przyczepach przewożących konie. Chowam się pod plandeką pickupa. Budzę się na parkingu, gdzie ktoś się we mnie wpatruje, uderzam go w głowę i uciekam w ciemność.

Znowu spotykam dziewczynę ze szpitala, tym razem w łazience na parkingu dla ciężarówek. Nie używając nóg, wychodzi z kabiny i mówi „Cześć”, a ja jej odpowiadam „Cześć”, jakbym się nie martwiła o stan mojego umysłu. Jej palce to sama skóra i kości. Pali papierosa.

Pośrodku klatki piersiowej ma otwartą ranę, przez którą widzę jej żebra, płuca, zapaloną świeczkę na jej splocie słonecznym, otoczoną złoceniami.

– Bóg już do ciebie dotarł? Prosił o coś? – pyta.

– Nie wiem – mówię. – Coś mi się przytrafiło. Nie wiem co. Nie wiem też, co teraz się ze mną dzieje.

– Mnie też się coś przytrafiło. Zaczęłam pluć ogniem, a potem zamarzłam i roztopiłam się, i wszyscy wokół twierdzili, że jestem męczennicą. Malowali mnie wszyscy malarze. Widywałaś mnie na ścianach i na świeczkach. Weź sobie jedną, jeśli chcesz. – Wskazuje wotum w swojej piersi. – Może ci pomóc.

Dziewczyna zaciąga się papierosem i jej policzki zapadają się tak głęboko, że widzę kształt jej czaszki.

– Ciągle boli – mówi. – Nie chcesz iść tą drogą, nawet jeśli prowadzi do sławy. Twoja twarz pojawia się na grzankach i zawsze masz wrażenie, że nie możesz odetchnąć pełną piersią. Ale to i tak lepsze niż druga możliwość.

– Jaka jest druga możliwość? – pytam.

– Oj, wiesz przecież. Wieczny ogień.

Wychodzi z łazienki, bez nóg, pozostawiając za sobą ślady stóp w postaci ogników, które zaraz gasną. Stoję tam jeszcze przez chwilę z dłonią owiniętą w papier.

Dziecko mnie kopie, samochody wjeżdżają na parking i wyjeżdżają, ciężarówki wydają ten rozpaczliwy jęk świadczący o zbyt wielkim ciężarze i o zużytych hamulcach. Widzę, jak grupa tych wielkich aut zjeżdża z autostrady i jak sunie z trudem pod górę, bo dla olbrzyma jedyną przeszkodę stanowi grawitacja.

Idę dalej. Czemu właściwie idę do domu? Nagle dociera do mnie, że dowiedzą się, skąd pochodzę, i będą tam na mnie czekać. Ale nie czekają. Nikogo tu nie ma.

Chyba dlatego, że moje miejsce rodzinne zniknęło.

Czuję skurcze na tyle silne, że zaczynam się bać. W miejscu, gdzie kiedyś mieszkałam, pozostało jedynie jaskrawe białe światło, ogrodzenie wokół nowych budynków i góra.

Każde życie zaczyna się tak samo i tak samo się kończy. Reszta to opowieść, nawet jeżeli jej nie rozumiesz, nawet jeżeli nie jesteś pewna, co jest prawdą, a co podejmowaną przez umysł próbą wydobycia sensu z mgły. Dorastałam w domu z widokiem na tę górę. Opuściłam to miejsce na zawsze, ale owo „na zawsze” już minęło. Teraz wracam do domu.

Wspinam się, potykam na stromym zboczu, przedzieram się między drzewami w kierunku jaskini.

Słuchaj, mówię w myślach. Słuchaj.

Część I Góra

Budynek majaczył w dali zwieńczony złotymi wieżami niczym rogami; aż się prosił o spalenie, ale to się nie stało.

Wiesz, jak to jest: Każdy zamek czeka na atak, A każda rodzina ma wrogów w niej zrodzonych. Stare urazy wzbierają.

Słuchaj

1

Słuchaj. Długo po terminie spodziewanego końca wszystkiego, długo po dniach zapowiadanych apokalips obliczanych przez różne kulty i wyznaczanych w komputerowych kalendarzach, długo po tym, jak świat przestał wierzyć w cuda, wewnątrz pewnej góry przyszło na świat dziecko.

Ziemia jest terenem rozkradanym. Wszystko, co żyje, potrzebuje miejsca.

Jest wycie, potem gwizd, a następnie ryk. Wiatr zawodzi w koronach drzew, słońce roztapia lód na szczytach gór. Nawet gwiazda śpiewa. Kamienie toczą się w dół, śnieg kłębi się w zamieci, lód jęczy.

Nikt nie musi nas widzieć, byśmy istnieli. Nikt nie musi nas kochać, byśmy istnieli. Słońce pełne jest światła.

Świat pełen jest cudów.

Jesteśmy dzikością, ukrytą rzeką i kamiennymi jaskiniami. Jesteśmy wężami, ptakami, ulewą, jasnością pod najciemniejszymi wodami. Jesteśmy starym bytem stworzonym z wszystkiego i czekamy tutaj od dawien dawna.

Powstaliśmy z kontynentalnego morza i teraz, częściowo pod górą, częściowo poza nią, istnieje ostatnia część tego morza, jezioro. W naszej glebie są skamieniałe drzewa, pozostałości lasu z czasów, gdy świat był zielony. Kiedyś tworzyły zielony dach, teraz wyciągają kamienne palce pod ziemią. Głęboko pod górą jest jaskinia pełna starych kości. Niegdyś leżał tu olbrzymi szkielet, klatka piersiowa wyginała ściany, ogon wił się po ziemi.

Później jaskinię poszerzono i powiększono, położono płytki i szyny, dodano oświetlenie, by mieściła się tu stacja kolejowa. Kości zostały wydobyte i zabrane do muzeum, a tam ułożono z nich całość i zawieszono pod sufitem.

Na początku stacja była wzorcowa. Pociąg kursował do miasta i z powrotem, miał przedziały barowe, skórzane siedzenia. Teraz ściany jaskini się kruszą, kafelki są popękane, ale stacja wciąż istnieje: kasa biletowa, drewniane ławki, stojaki na gazety, lada do sprzedawania kawy, kubki, witrażowe okienka, za którymi pełzają dżdżownice, kryształowe żyrandole otulone pajęczynami. Są też ujęcia wody pitnej ze źródła zasilającego górę i fontanna życzeń pokryta kurzem.

Od prawie stu lat przez nasze terytorium nie przejechał żaden pociąg. Tunel z obu stron jest zamknięty metalowymi drzwiami i zasypany ziemią, ale komora stoi jak stała, chociaż tory są zalane wodą. W rzece powstałej między szynami pływają ryby, a po ceramicznych mozaikach i tablicach informacyjnych skaczą różne stworzenia.

Czekamy i oto pewnego dnia nasze czekanie dobiega końca.

Panel w suficie się przesuwa i z otworu wyłania się kobieta, która powoli się opuszcza i w końcu, ciężko dysząc, zeskakuje na podłogę.

Jest bardzo chuda, tylko brzuch jej wystaje. Wlecze się niezdarnie, opiera się o naszą ścianę i podnosi wzrok na nasz sufit, oddychając ciężko.

Przez stary świetlik, portal na świat zewnętrzny, wpada mglista smuga światła. Świat wewnątrz to tylko ta kobieta, ubrana w poplamiony mundur, podkoszulek na ramiączkach, przewiązane sznurkiem bojówki i wojskowe buty, z przepaską na jednym oku, z włosami związanymi z tyłu głowy. Na jej twarzy widnieje nierówna blizna. Na plecach ma dwa karabiny i plecak z prowiantem.

Osuwa się po ścianie na płytki podłogi. Krzyczy, wzywa jakiegoś boga, wszystkich bogów.

Wzywa nas.

Przez ceramiczne płytki na suficie przebijają się korzenie drzew. Wędrowny ptak wlatuje z zewnątrz, przelatuje pod łukiem i siada w ukrytym gnieździe, w którym połyskują obręcze kolczyków z mosiądzu, papierki po cukierkach, kawałki wstążek.

Kobieta krzyczy, jej głos niesie się przez całą stację, ale żaden pociąg nie nadjeżdża, pomoc nie nadchodzi. Nie ma tu nikogo oprócz nas i tej kobiety, samotnej pod ziemią. Zaciska zęby i prze.

Obserwujemy. Czekamy.

Poród trwa dzień i noc. Słońce przesuwa się po firmamencie i przez świetlik wpada blask księżyca.

Dziecko wczepia się palcami w żebra kobiety, wbija stopy w jej miednicę i napiera plecami na coś, co nie chce ustąpić, aż w końcu ustępuje.

Kobieta wydaje kolejny krzyk i wtedy jej syn się rodzi, wilgotny, mały, zakrwawiony. Wciąga pierwszy haust powietrza. Krztusi się, rozczapierza palce.

W oczach matki płonie ogień, jej dłonie świecą, jakby gdzieś w oddali eksplodowała bomba, nie na zewnątrz, lecz w środku.

Kobieta oddycha. Zaciska pięści i wydobywa z plecaka nóż. Odcina pępowinę i opatruje kikut kawałkiem bawełny oderwanym z koszuli. Patrzy na swoje dziecko, unosząc je do wąskiej smugi światła.

Dziecko otwiera oczy, złote oczy, a zaraz potem usta. Widać w nich zęby. Matka patrzy na chłopca, na jej twarzy maluje się niepewność. Trzyma go ostrożnie w drżących rękach.

Cuda już się rodziły. Czasami były czczone. Zawsze były to nowe, nieznane dotąd stworzenia. Niektóre z nich spadały z jękiem na ziemię, inne nauczyły się latać.

Nie przeszkadza im samotność na Ziemi. To przyjdzie później.

Kobieta dotyka twarzy dziecka. Obmywa je w naszej wodzie, zawija w koszulę i przywiązuje mocno do siebie.

– Gren – szepcze.

W naszej historii, w historii tej góry, tej ziemi, która wyłoniła się z ciemności na dnie morza, to jest tylko krótka chwila, po której znowu zapadnie ciemność.

– Słuchaj – kobieta szepcze do dziecka.

Wszystkie inne stworzenia, które się tutaj narodziły, wyłaniają się w milczeniu z wody jeziora, żeby słuchać wraz z nim – uzbrojone w zęby, pazury, każdy z lśniącym grzebieniem na grzbiecie.

Mieszkańcy góry przez chwilę przyglądają się noworodkowi i słuchają jego matki, a potem wracają w głębiny.

Narodził się.

2

– Słuchaj! – Dylan gra Chopstics z zapałem.

Willa nie chce słuchać. Słuchanie kogoś, kto dopiero uczy się grać na pianinie, wcale nie należy do przyjemności, chociaż innym matkom takie rzeczy sprawiają satysfakcję.

Dil ćwiczy, powoli uderza w klawisze, popełnia błąd i zaczyna od nowa. Nie pozwoliła mu na klarnet. Chopstics to jego zemsta. Ma zaledwie siedem lat. Kiedy ona była w tym wieku, była idealna.

– Słuchaj! – znowu domaga się jej uwagi.

– Chodźmy do sklepu, Dilly!

Pokrywa pianina opada głośno, tłumiąc jęki klawiszy, zapewne wykonanych z kłów słoni. Willa wzdraga się za każdym razem, kiedy słyszy ten dźwięk. Do tego heban. Z tych drzew robi się włócznie. Pianino to barbarzyński akt przemocy w przebraniu kultury. Nikt inny zdaje się tego nie zauważać, ale Willa zawsze była wrażliwa.

Spogląda na jadłospis, który umieściła na lodówce.

Niedziela: kotlety, sos jabłkowy, sałatka

Poniedziałek: kurczak w sosie śmietanowym z zapiekanką z ziemniaków

Wtorek: zupa z małży z chlebem kukurydzianym (domowej roboty)

Środa: zielony makaron i ravioli z czerwonym sosem

Czwartek: koktajl z małży, filet rybny, sałatka

Piątek: stek z łaty wołowej w marynacie

Sobota: wieczór z pizzą – wybierz własne dodatki!

Codziennie: martini z wódką

W tym tygodniu i tak będą jedli zupełnie inne potrawy, bo są święta. Powinna wywiesić jadłospis świąteczny. Zostały dwa dni do pieczonej gęsi. Ten wybór może się okazać błędem. Willa nigdy wcześniej nie przyrządzała gęsi. Zresztą kto przyrządzał? Mogłaby wezwać kucharza albo zapłacić za catering, ale przecież ona chlubi się tym, że sama zajmuje się gotowaniem. To właśnie ją wyróżnia. Inne żony się dziwią, ale ona chce, żeby tak było. Fotografuje swoje potrawy i umieszcza w sieci. Elegancko się ubiera do kolacji. To pole ostrej rywalizacji, nawet jeżeli nic na to nie wskazuje.

Codziennie o 16.30 jest w kuchni i przegląda się w lśniących sprzętach. O 17.30 nalewa koktajl dla Roberta, a o 17.33 on zjawia się w drzwiach z wyciągniętą ręką, szybko wychyla koktajl i całuje ją, w nie całkiem przyzwoity sposób. Zawsze jest w tym pocałunku coś z wyreżyserowanej sceny, chociażby sposób, w jaki jej suknia marszczy się przy jego pasku. Willa lubi, kiedy odbywa się to przy gościach.

Spogląda w lustro, które trzyma na kuchennej ścianie, i ocenia sama siebie, myśląc o ażurowych rajstopach, które niegdyś nosiła do tuniki ledwie zakrywającej pupę. Miały wzór pawich piór. Teraz za nic tak by się nie ubrała. Wygładza dzianinową sukienkę i zbiera torby. Może przeciągnąć wyprawę po zakupy na godzinę, dwie, albo i więcej. Alejki w supermarkecie Herot Hall są takie szerokie, że ­można by po nich jeździć samochodem, gdyby ktoś miał ochotę.

Willa ma ochotę, choć nigdy tego nie robi.

Wybiera się tam popołudniami i wraca do domu z kolacją, zgodnie z planem. Bierze ze sobą Dylana, a on ślizga się po posadzkach, jakby to było lodowisko. Nikt nie zwraca uwagi. Dylan jest idealny. Wszyscy tak myślą, kasjerzy, tragarze, klienci. Samochód jest biały, łatwo go więc pobrudzić, ale Dil nie jest niezdarą. Potrafi uważać.

Dzieci to potwory, lecz są na nie sposoby. Kilka kilometrów od Herot Hall jest plac zabaw, gdzie Willa może, jeśli zechce, udawać, że nie ma z Dilem nic wspólnego. Może siedzieć na ławce i palić papierosa – właściwie to ona nie pali, oczywiście – podczas gdy on będzie skakał po małpim gaju z innymi małymi władcami much.

Za to na placu zabaw przy Herot musi siedzieć z innymi matkami i patrzeć, jak wyciągają przekąski. Oczekuje się od niej, że będzie karmić cudze dzieci. To wspólnota, z naciskiem na wspólny. Kiedy Dil miał kilka miesięcy, poszła z nim na spotkanie matek z dziećmi i jakieś obce dziecko nagle złapało ją za pierś. Przechyliło głowę, rozdziawiło usta, zrobiło się całe różowe na twarzy.

Żmija! – pomyślała, ale natychmiast się zreflektowała.

Zaraz potem wykonała szybką wycieczkę myślową, podczas której złamała kark temu napastliwemu bachorowi i podała go jako przekąskę polaną jogurtem z przecierem z zielonego groszku.

Herot Hall to królestwo dzieci. Władza w tym miejscu należy do tych, którzy mają od zera do siedmiu lat. Wszyscy chłopcy mają potencjał noblisty. To matki niszczą ten potencjał, zmuszając ich do łagodności i uprzejmości. Tak powiedział jej jeden z ojców spotkanych w barze.

Mąż Willi jest dziedzicem Herot Hall. Pochodzi z zamożnej rodziny o nazwisku Herot. Należy do arystokracji. Willa nie mówi tego na głos, ale takie są fakty. Rodzina Rogera zbudowała Herot Hall tak, jak to sobie wymyśliła: wysokie budynki z dwuspadowymi dachami, osiedle całkowicie samo­wystarczalne, ze sklepem spożywczym, apteką, kominkiem w każdym domu, i w każdym kominku spala się gaz, czysty błękitny płomień oblizuje kłody wykonane z kamienia. Centralne ogrzewanie i klimatyzacja. Wykończone piwnice. Sielskie krajobrazy dookoła, jakby polne kwiaty same się zasiały w równiutkich rządkach. To wszystko powstało na miejscu miasta, które było tu wcześniej i upadło po zamknięciu linii kolejowej. Stare wiktoriańskie brzydactwa zamieniły się w paskudne jadłodajnie, zapełnione ludźmi, którzy nie pasowali do tak pięknego miejsca. Pozbycie się ich trwało wiele lat. Willa wtedy nie znała Rogera, ale gdyby go znała, chyba cieszyłaby się z tych rozbiórek. Zawsze cieszy ją postęp.

Myśli o Willi z czasów przed powstaniem Herot, o Willi reprezentującej aktorską bohemę, ubranej w pasiasty sweter, gdy chłopak na wprost patrzył jej w oczy. Kieliszek taniego białego wina, ściana z odsłoniętymi cegłami, jej plecy dociś­nięte do ściany, jego język w jej ustach…

Czasami, owszem, tęskni za życiem w mieście. Nie jest już jednak tą samą osobą, która nazywała siebie aktorem, a nie aktorką, gdyż w tym drugim słowie słyszała echo pogardliwego tonu, z jakim niegdyś je wymawiano. Tutaj wzbudziłoby to śmiech sąsiadów. Wielu z nich mieszkało kiedyś w mieście. Wszyscy przeprowadzili się do miejsca, gdzie jest lepiej, gdzie jest się właścicielem, a nie najemcą. Kto chciałby tłuc się metrem z dzieckiem? Do tego pistolety, noże, znieczulica?

Roger i Willa mają najpiękniejszy dom ze wszystkich, jak z obrazka. Raz w miesiącu wychodzą na kolację do miasta, udają, że są w podróży poślubnej, i dostają darmowe crème brûlée.

Oczywiście, nie potrzebują darmowego poczęstunku. Stać ich na wszystko, czego tylko zapragną. Willa nie wyszłaby drugi raz za kogoś takiego jak jej pierwszy mąż. Tamto zostało anulowane. On się w ogóle nie liczy. Rano po ślubie obudziła się i zobaczyła nad sobą swoją matkę. Matka Willi wie, jak załatwiać sprawy. Diane nigdy nie wybaczy córce tej heroicznej ucieczki. Ani tego, że później musiała ją zabrać do lekarza i wyjawiać sekrety i kłamstwa, żeby on, stary lekarz domowy, zrobił, co trzeba było.

– Nie ma potrzeby mówić o tym twojemu ojcu – powiedziała matka Willi. – To go tylko oburzy. Na miłość boską, Willa.

Na końcu tej baśni Willa odjeżdżała na tylnym siedzeniu samochodu z workiem lodu na brzuchu i drugim na plecach, mając w majtkach coś, co mogło być całą rolką papierowych ręczników, a majtki były plastikowe, żeby nie pobrudzić skórzanej tapicerki. Grała kiedyś w spektaklu Juliusz Cezar. Krew w tamtym przedstawieniu? Przybyła, zobaczyła, zwyciężyła. Podczas ukłonów końcowych czuła się jak żywy tampon. A jednak to wszystko nie umywało się do tamtego anulowania, po którym czuła się jak…

Jak galaretka owocowa, jeszcze dobrze niestężała, drżąca niepewnie w lodówce.

Richie? Willa nigdy go już więcej nie widziała. Był muzykiem, co w tym wspaniałego? Zanim matka ją znalazła, Willa zrobiła sobie tatuaż: imię Richiego. Po aborcji dermatolog zamienił ten tatuaż w bliznę przypominającą jej o kimś, kogo kiedyś znała. Po tym wszystkim na sześć miesięcy położyła się do łóżka w swoim dziecięcym pokoju. Richie nie próbował jej znaleźć. Później stał się sławny i teraz czasami można usłyszeć go w radio, jak śpiewa o klęsce głodu na świecie.

Gdy Willa już doszła do siebie, mama wręczyła jej numer telefonu Rogera, który zdobyła od jego matki.

– Masz szczęście – powiedziała. – Wciąż jesteś dość ładna. Możesz jeszcze wyjść za lekarza. W pobliżu góry powstaje nowa wspólnota mieszkaniowa. Nie wrócisz do miasta. Wyjdziesz za mąż i będziesz miała dziecko z Rogerem. Już to sobie wyobrażam. Będziesz nosiła syna na rękach, a to się odbije na twoich kolanach. Nie będziesz już mogła chodzić w szpilkach.

Ich pierwsza randka: koktajlbar, średnio-wyższa półka. Śmiali się z ingerencji matek, przyznając w duchu, że dobrze ze sobą wyglądają. Gdy poszedł do łazienki, zajrzała mu do portfela, żeby sprawdzić, czy jej nie okłamuje. Miał platynową kartę, wzrost w prawie jazdy się zgadzał.

– Za nas i takich jak my – powiedział, unosząc kieliszek szampana.

Willa spojrzała na niego niepewnie, ale po chwili przybliżyła swój kieliszek. Każdy może wznosić toast za siebie samego, jeśli ma taką ochotę. To przecież nie jest kuszenie losu.

Pobrali się niecały rok później. Teraz Willa ma trzydzieści dwa lata. Jej włosy mają naturalny kolor blond. Twarz z wysokimi kośćmi policzkowymi, idealne łuki brwi, usta niczym różowy wosk pieczętujący oficjalny dokument. Gdy tylko pojawia się coś, co przypomina zmarszczkę albo pryszcz, jej matka zauważa to pierwsza.

– Nie możesz się zaniedbać, Willo – mówi. – Musisz utrzymać przy sobie mężczyznę.

I Willa to robi. Jej twierdzą jest ten szklany zamek w Herot, a twierdzą Rogera jego prywatny gabinet chirurgii plastycznej w centrum. Nie omieszkał wykorzystać swoich umiejętności do poprawienia wyglądu żony: odrobinę skorygował jej powieki i podbródek.

Sam decyduje o swoich godzinach pracy i o urlopie. Raz byli na rejsie wycieczkowym, raz na Tahiti, gdzie widok chat wpłynął na Willę przygnębiająco. Za każdym razem, kiedy patrzyła na przezroczystą podłogę, miała wrażenie, że zaraz się przewróci. Była wtedy w ciąży, choć jeszcze o tym nie wiedziała. Wypiła łyk koktajlu i nagle zwymiotowała na płetwonurków.

Roger nadał synowi imię Dylan po swoim zmarłym ojcu. Zrobił to, nie pytając jej o zdanie, kiedy Willa leżała nieprzytomna w połogu. Teraz wszyscy mówią na niego Dil, bo przecież jak tu zwracać się do małego dziecka Dylan? Kojarzy się z Bobem i gitarą, poetami, którzy upijają się i ćpają, takimi rzeczami. Poza tym Dil i Willa – w tym słychać taką uroczą rodzinną więź. Ona wyczuwa też jednak pewną dozę goryczy.

Ona nazwałaby syna Theodore, gdyby dano jej szansę. To nie jej wina, że ojciec Rogera, Dilly Pierwszy, zginął w wypadku samochodowym, nie skończywszy budowy Herot, i trzeba go było upamiętnić. Ona nawet go nie znała.

Cztery dni po porodzie odwiedziły ją dwie przyjaciółki mamy i przyniosły przyrząd do ćwiczeń mięśni pochwy. Nie odmówiła, choć zaskoczyła ją zawarta w tym sugestia, że potrzebuje pomocy. Matki zachowywały się, jakby Willa straciła czujność, jakby miała zamiar włóczyć się półnaga po ulicach, ogolona z włosów łonowych, z pełnymi mleka piersiami, z kocykiem dziecięcym na biodrach, a przecież ona – mimo wyczerpania i bólu – już zaczynała ćwiczyć mięśnie Kegla.

Dil niewiele sypiał. Ona też. Tylko Roger przespał spokojnie pierwsze dwa lata mimo płaczu, wrzasków, wymiotów, pieluch, biegunek, które Willę doprowadzały do prawdziwej desperacji, a u niego wywoływały tylko ledwie widoczny i bardzo frustrujący uśmiech na twarzy. Nawet gdy go budziła, udawał, że nic nie słyszy.

– Co jest, Willa? – mówił, a dziecko natychmiast przestawało wrzeszczeć, jakby je kto zaczarował. Wtedy Roger wracał do spania, a maluch znowu zaczynał piszczeć niczym drapieżny ptak.

Dobrze, że tamte niemowlęce lata już minęły. Teraz Dylan chodzi do szkoły i Willa ma całe dnie wolne i może robić… co? Nie znalazła jeszcze tego czegoś. Na pewno jest coś, co mogłaby robić, ale na razie uprawia pilates, a potem siedzi w kuchni, doglądając swych włości, i sama nie wie, czy coś czuje.

W supermarkecie panuje przynajmniej chłód i spokój. To tak samo istotne cechy tej wspólnoty jak reszta bonusów Herot: drób bezklatkowy, krowy hodowane na wolności, warzywa nietknięte chemią.

Dilly wdrapuje się na chłodnię z lodami, twarzą przywiera do szyby. Willa rozgląda się – sprawdza, czy ktoś to widzi – po czym odsuwa pokrywę. Powoli unosi wieczko pierwszego lepszego pojemnika i podaje synkowi. Ten patrzy na nią zaskoczony.

– No, proszę – mówi. Typowy mały mężczyzna.

Pokazuje mu, co robić, a on zachęcony jej przykładem wkłada palec do pojemnika. Każde z nich wyjada odrobinę, po czym Willa zamyka wieczko i dyskretnie wsuwa pojemnik z powrotem do zamrażarki, jak klientka, która nie potrafi się zdecydować. Ze złośliwą satysfakcją myśli o kimś, kto kupi to opakowanie lodów, zabierze je do domu i tam odkryje, że ktoś inny zdążył go uprzedzić.

Dil wsunął już całą dłoń do ust i maca wewnątrz w poszukiwaniu chwiejącego się zęba. Willa ma dziwne przeczucie, że zaraz ujrzy krew. Podaje mu chusteczkę higieniczną.

– Nie mów tatusiowi – mówi.

– Jak zawsze – odpowiada Dil, trącając ją poufale. Jakby prowadziła jakieś potajemne życie.

W domu robi marynatę. Wkłada steki do foliowego woreczka. Smaży pomidory i rzodkiewki.

Dadadada. DAdadada. DADADADA – Dylan energicznie uderza w klawisze. Willa wyjmuje z zamrażarki butelkę wódki, nalewa sobie kieliszek z kroplą soku pomarańczowego, wypija i nalewa następny.

Z zewnątrz dobiega przeciągłe wycie. Tylne drzwi salonu są otwarte, żeby do środka wpadało świeże powietrze i żeby Willa mogła podziwiać widok góry. „Góra na własnym podwórzu”, tak informują broszury i taka jest prawda.

Dil niezrażony bębni po klawiszach.

Wycie rozlega się znowu i Willa wsłuchuje się w nie z lekką obawą. Zastanawia się, czy nie spróbować nagrać tego dla Rogera. Jeżeli grasuje tam jakieś groźne zwierzę, to ona ma obowiązek ostrzec mieszkańców, ale po chwili zapada cisza, jest 17.32, słońce już zachodzi, koktajl jeszcze nienalany, a Roger już na podjeździe.

Willa wbiega do salonu, wciska klawisz „play” i pogłaśnia melodię, która brzmi miękko, ale nie za bardzo zmysłowo, tak że nie wprawia w przygnębienie. Ella Fitzgerald w ­duecie z kimś tak samo nieżywym jak ona – elektronicznie zmiksowane głosy, piosenkarze, którzy nigdy się nie spotkali, śpiewają oddzielnie i razem.

Piosenka zagłusza to straszne pianino.

Kolejne wycie, ale tym razem Willa jest niemal pewna, że to człowiek, chyba chłopiec? Ale nie, oczywiście, że nie.

Ten głos dobiega od strony góry. A tam przecież nie ma nic oprócz drzew.

3

– Słuchaj! – mówi mój syn. – Ktoś śpiewa!

Gren bawi się futrem rudej wiewiórki, jakimiś kamieniami i cynową puszką. Kopie dziurę w ziemi i zagrzebuje w niej swoją szmacianą lalkę.

– Co to za głos? – zastanawia się.

To nie jest głos. To pianino. Ktoś na dole gra gamę, dźwięki są coraz wyższe, wychodzą poza skalę, brzmią fałszywie. Przypominają mi o tym wszystkim, czego nigdy nie dam Grenowi.

– Słuchaj – szepcze i rozpościera ręce, żeby chwycić te dźwięki, jakby to było coś, co można złapać i zjeść, ptak albo żaba. Jakby melodia mogła zaspokoić głód.

W taki sposób zaczyna się wojna: od lekcji gry na pianinie, kiedy muzyka odbija się echem od zbocza góry. W taki sposób zaczynam go tracić.

*

Tylko jedna osoba poza mną widziała mojego syna. Człowiek sam nie wie, co może zrobić z miłości, a odpowiedzią jest, jak się okazuje, wszystko. Można się ukryć z miłości. Można pozostawać w ukryciu.

Kasa sklepowa, artykuły z demobilu, mój syn owinięty w mój płaszcz. Był wtedy jeszcze niemowlęciem. Któregoś dnia pomyślałam, że siedzę tu na tej górze bez powodu. Może wszystko, co uważałam za złe na tym świecie, wcale nie było takie złe. Może będzie tu bezpieczny. Może jestem jak każda matka – myślałam – spanikowana i za każdym razem, gdy ktoś spojrzał na moje dziecko, wyobrażająca sobie najstraszliwsze sposoby, w jakie obcy ludzie mogliby je skrzywdzić. Był mój i chciałam usłyszeć, że jest piękny, że wyrośnie na wspaniałego mężczyznę. Nie chciałam być wiecznie samotna, bez niczyjej pomocy i bez nikogo, kto by wraz ze mną go wspierał.

– Och, ma pani maleństwo – powiedziała kobieta przy kasie i odchyliła koc. Spojrzała na mnie, ja na nią, i żadna z nas się nie odezwała, ale w mojej głowie rozległo się ­wszystko, co najgorsze.

Takie spojrzenia widywałam na wojnie, kiedy żołnierze pochylali się nad niemowlakami i zachwycali się nimi, wiedząc, że za tydzień, dzień, może za godzinę te dzieci mogą już nie żyć. Zobaczyłam bomby spadające na mojego syna i karabiny wycelowane w jego pierś.

Ujrzałam jego ciało uznane za ciało wroga, i zabrakło mi tchu. Natychmiast owinęłam go z powrotem. Przycisnęłam do siebie.

Szłam na górę, starając się wyglądać, jakbym nie biegła, nie oglądała się za siebie i nie zacierała śladów. Ta kobieta była ostatnią osobą, z jaką rozmawiałam. Działo się to sześć lat temu. Mam nadzieję, że ona już tego nie pamięta.

Z nim wszystko w porządku. Jest idealny.

Złotooki, chudy, kościsty. Ma długie rzęsy, niczym czarne pióra. Jest prawie taki wysoki jak ja, a ma dopiero siedem lat. Dla mnie wygląda jak mój syn. Dla innych? Nie wiem. Cud? Zagrożenie? Chłopiec? Chłopiec o śniadej skórze?

Każda z tych rzeczy uczyni z niego cel ataków. Znam świat. Żyłam w nim.

– Mamo?

– Gren – mówię. – Wszystko jest dobre i będzie dobre. – Uprościłam to, jak mogłam, i zrobiłam z tego kołysankę.

Odpowiada mi niechętnie, recytując następną linijkę. Rozpraszają go dźwięki pianina.

– I wiewiórki będą najedzone, i drzewa urosną wyższe.

– Śnieg spadnie, utworzy zaspy, ale nam będzie ciepło – recytuję następną linijkę i czekam na głos Grena.

– Jak zwierzątkom w swoich kryjówkach.

Ta góra była kiedyś miejscem, w którym żyły drapieżniki, ale ostatni lew górski, jakiego tu widziałam, leżał rozpłaszczony na asfalcie, a w jego brzuchu kotłowały się muchy. My nie jesteśmy drapieżnikami.

– Jak rybom śpiącym pod lodem.

– Jak dzieciom bezpiecznym w łóżeczkach – mówi, ale nie są to słowa, których ja go nauczyłam. To sam wymyślił. Czyżby obserwował ludzi w dolinie? Myślał o tym, czego jest pozbawiony?

Odkładam to na później. Jeszcze jest mały. Jeszcze nie umie mnie okłamywać. Ja nie zawsze żyłam tutaj, ale on nie zna innego świata.

Nie wolno mi wpadać w panikę. Nie wolno mi myśleć, że może być tak źle, jak to sugeruje zalękniona część mojego serca.

– Nie musimy słuchać ludzi tam w dole – mówię mojemu synowi. – Oni mają swoje miejsce, a my swoje.

– Ale słuchaj! No, słuchaj! – nalega. W jego oddechu słychać cichy świst, powietrze schwytane w struny głosowe przedziera się z chrapliwym jękiem. Myślę z niepokojem o astmie. Myślę z niepokojem o wszystkim.

Wszystko we mnie woła: „Musimy się stąd wynieść”, ale przecież zdaję sobie sprawę z tego, kim jestem – stertą potłuczonych naczyń, uformowaną w kształt kobiety – i wiem, że to tylko odruch obronny, ratowanie się ucieczką.

Nikt nie przychodzi do tej jaskini ani tym bardziej na nieczynną stację. Chyba nikt nawet nie wie, że ta stacja wciąż tu jest. Ja to wiem, ale i tak cały czas muszę się o tym przekonywać.

Kiedy byłam dzieckiem, nikt nie chciał wdrapywać się na tę górę. Uważano ją za nawiedzoną. Pełno tu parujących źródeł, miejsc, z których nagle wypływają strużki wody, zimnych wiatrów, dziwnych odgłosów. Jezioro jest miejscami lodowato zimne, miejscami gorące, a ze środka wydobywa się mglista para. Wszystko tu wciąż istnieje, ponieważ ludzie za bardzo boją się otworzyć to miejsce i zobaczyć, jak ono wygląda. To nie jest park narodowy. Nic nie chroni tego miejsca przed nowoczesnością, nic poza ludźmi, którzy boją się duchów. To teren prywatny. Dawniej był własnością spółki kolejowej, a teraz nie wiem. Może należy do ludzi pod nami, tych, którzy mieszkają wokół góry.

Wstaję i strzepuję liście z dżinsów. Czuję chłód przebijający się przez tkaninę, zbyt cienką na zimę. Jestem tak samo mizerna jak te moje dżinsy, kości biodrowe sterczą mi, jakby chciały przebić skórę. Gren nie wygląda lepiej. Zdzieramy korę z drzew. Zbieramy orzechy i zimą je pieczemy. Zastawiam sidła.

Mówię mu, że idę sprawdzić pułapki, ale w rzeczywistości wychodzę na zewnątrz i spoglądam w dół na Herot Hall. Granice osiedla co noc są oświetlone latarniami, żeby Bóg widział mieszkańców z nieba. Ja też ich widzę.