Wydawca: Insignis Media Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 605 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziedzictwo - Katherine Webb

Trwa surowa zima. Po śmierci babki Erica Calcott i jej siostra Beth wracają do Storton Manor, imponującej rezydencji w południowej Anglii, gdzie jako dziewczynki spędzały wakacje. Przeglądając rzeczy babki, Erica wraca wspomnieniami do dzieciństwa… Rozmyśla o Henrym, kuzynie, którego tajemnicze zniknięcie ze Storton Manor odcisnęło piętno na całej rodzinie. Erica postanawia rozwikłać zagadkę; pragnie pozbyć się duchów przeszłości i sprawić, by Beth mogła w końcu zaznać spokoju.

Gdy Erica zagłębia się w dzieje swojej rodziny, odkrywa sekret, który wiedzie ją do Ameryki przełomu wieków, pewnej pięknej dziedziczki i przeklętej, jałowej ziemi. Kiedy przeszłość i teraźniejszość zaczynają się zbiegać, Erica i Beth muszą stawić czoła dwóm straszliwym zdradom i dziedzictwu, jakie po sobie pozostawiły. 

Dziedzictwo to niesamowita, zapadająca w pamięć i poruszająca historia, której echa będą odzywać się w tobie jeszcze długo po zamknięciu książki.

Opinie o ebooku Dziedzictwo - Katherine Webb

Fragment ebooka Dziedzictwo - Katherine Webb

Katherine Webb

Dziedzictwo

przełożyła

Olga Siara

Tytuł oryginału Legacy

First published in Great Britain in 2010 by Orion Books The Orion Publishing Group Ltd Orion House, 5 Upper St Martin’s Lane London WC2H 9EA www.orionbooks.co.uk An Hachette UK Company

Copyright © Katherine Webb 2010

The moral right of Katherine Webb to be identified as the author of this work has been asserted.

Przekład Olga Siara

Redakcja Maria Brzozowska

Redakcja i korekta Dominika Pycińska, Danuta Porębska

Konwersja Tomasz Brzozowski

Cytaty: Owen Wister, Wirgińczyk, jeździec z równin, przekład Janina Sujkowska, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 1964. Samuel Taylor Coleridge, Mróz o północy z tomu Poezje wybrane, przekład Zygmunt Kubiak, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1987

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2012 Wszelkie prawa zastrzeżone. ISBN-13: 978-83-61428-90-9

Insignis Media ul. Szlak 77/228–229, 31-153 Kraków telefon / fax +48 (12) 636 01 90 biuro@insignis.pl, www.insignis.plfacebook.com/Wydawnictwo.Insignis

Wszystkie osoby i wydarzenia w niniejszej publikacji są fikcją literacką, a wszelkie ich podobieństwo do osób żyjących bądź zmarłych oraz do rzeczywistych wydarzeń jest najzupełniej przypadkowe.

Dla Mamy i Taty

Prolog

1905

Caroline powoli przytomniała. Gdy odrętwienie minęło, zdała sobie sprawę z gonitwy myśli, trzepoczących w jej głowie niczym spłoszone ptaki w klatce, zbyt szybko, by mogła je pochwycić. Stanęła chwiejnie na nogach. Dziecko nadal leżało na łóżku. Dreszcz strachu przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa. Tliła się w niej nadzieja, że go tam nie zastanie, że chłopczyk w jakiś sposób zniknął albo jeszcze lepiej – że nigdy go tam nie było. Malec przeczołgał się na drugą stronę łóżka, usiłując raczkować na miękkiej i śliskiej kapie. Chwytał mocnymi piąstkami garście materiału i podciągał się, wolno sunąc przez połać seledynowego jedwabiu. Wyrósł na duże, silne dziecko. W innym miejscu, w innym życiu zostałby wojownikiem. Miał kruczoczarne włosy. Chłopczyk zerknął za siebie, a potem odwrócił głowę, by spojrzeć na Caroline. Wydał z siebie pojedynczy odgłos, przypominający „da”; i chociaż nie było to prawdziwe słowo, Caroline wiedziała, że chce zadać pytanie. Oczy zaszły jej łzami i zadrżały pod nią nogi. Dziecko było prawdziwe, leżało tu, w jej sypialni w Storton Manor – i miało już dość sił, by żądać od niej odpowiedzi.

Wstyd spowił ją gęstą, nieprzeniknioną chmurą. Niczym dym przesłaniał wszystko wokół, zasnuwając jej myśli. Nie miała pojęcia, co robić. Mijały długie minuty, aż nagle wydało jej się, że słyszy kroki w korytarzu za drzwiami. Serce niemal wyrywało się jej z piersi. Jedyne, co wiedziała, to że dziecko nie może tu dłużej zostać. Nie w tym łóżku, nie w jej pokoju, nie w posiadłości. To było po prostu wykluczone; i ani służba, ani jej mąż nie mogli się dowiedzieć, że kiedykolwiek się tu znalazło. Może służący odkryli już jego obecność, może coś dostrzegli albo usłyszeli, kiedy ona leżała bez zmysłów na podłodze. Modliła się, żeby tak nie było. Nie wiedziała, ile czasu straciła, obezwładniona strachem i rozpaczą – nie dość, by dziecku znudziło się raczkowanie po łóżku, więc może nie tak dużo. Wciąż jeszcze mogła coś zrobić; w końcu nie miała wyboru.

Ocierając łzy, Caroline podeszła do łóżka i podniosła chłopczyka. Wstyd nie pozwalał jej spojrzeć mu w oczy. Wiedziała, że są czarne, podobnie jak u jego rodziców. Czarne i nieodgadnione, jak krople atramentu. Był znacznie cięższy, niż pamiętała. Położyła go i zdjęła mu wszystkie ubranka, także pieluszkę, chociaż były dość pośledniej jakości. Nie chciała zostawić żadnych śladów, które mogłyby do niej doprowadzić. Wrzuciła ubranka do paleniska, a z żaru po porannym ogniu buchnął dym i swąd. Rozglądała się zdezorientowana po pokoju, dopóki jej wzrok nie padł na haftowaną poduszkę u wezgłowia łóżka. Gładkie, grube płótno zdobił piękny, delikatny wzór przedstawiający żółte kwiatki. Caroline zdjęła powłoczkę i włożyła do środka szamoczące się dziecko. Zrobiła to z czułością, dłońmi wyrażając miłość do dziecka, której nie dopuszczała do świadomości. Jednak nie owinęła chłopczyka poszewką, tylko zrobiła z niej worek i wyniosła w nim dziecko tak, jak kłusownik niesie zające. Po twarzy Caroline płynęły łzy, wyciśnięte z najgłębszych zakątków jej duszy. Ale nie mogła się zatrzymać, nie mogła sobie pozwolić na to, by znów pokochać chłopca.

Na zewnątrz szalała ulewa. Caroline przeszła przez trawnik, uginając się pod ciężarem dziecka. Świerzbiła ją skóra głowy, czuła na sobie oczy całego domu i wzdrygała się pod tym spojrzeniem. Gdy wreszcie znalazła się poza widokiem, ukryta bezpiecznie za drzewami, z trudem łapała oddech. Zaciskała powłoczkę tak mocno, że zbielały jej kostki. W środku dziecko wierciło się i mamrotało do siebie, ale nie płakało. Deszcz spływał jej po włosach, krople kapały z brody. Lecz tego nigdy z siebie nie zmyję, powiedziała sobie z zimną rozpaczą. Wiedziała, że niedaleko jest staw. Po drugiej stronie, tam gdzie teren majątku graniczył ze wzgórzami, między którymi biło źródło płynącego przez wioskę strumienia. Staw był głęboki, spokojny i zacieniony. W pochmurne dni, takie jak ten, ciemna i zmatowiała od deszczu tafla mogła skryć każdy powierzony jej sekret. Na myśl o stawie Caroline wstrzymała oddech. Wstrząsnął nią zimny dreszcz. Nie, nie mogę, tłumaczyła samej sobie, nie mogę. Tak wiele już mu odebrałam.

Ruszyła nie w kierunku stawu, lecz dalej od domu, modląc się o jakieś inne rozwiązanie. Kiedy się pojawiło, ulga niemal zbiła ją z nóg. Na zielonej polanie, w miejscu, gdzie las zbiegał się ze ścieżką, zobaczyła kryty wóz. Obok stał uwiązany czarno-biały kucyk, skulony pod naporem kropli, a z metalowego komina na dachu wznosiły się cienkie smugi dymu. Cyganie, pomyślała, czując w piersiach tlącą się iskierkę rozpaczliwej nadziei. Znajdą go, przygarną i wyjadą razem z nim. Już nigdy go nie zobaczy, już nigdy nie będzie musiała go oglądać. A on będzie miał opiekę. Będzie miał życie.

Deszcz przesiąkł przez powłoczkę. Czując wilgoć na skórze, chłopczyk zaczął płakać. Caroline pośpiesznie zarzuciła worek na ramię i przeszła między drzewami na drugą stronę polany, dalej od domu, żeby ślady nie prowadziły w jego kierunku. Chciała stworzyć wrażenie, że ten, kto porzucił dziecko, nadszedł ścieżką od południa. Położyła chłopca w dość suchym miejscu między splątanymi korzeniami ogromnego buka i odeszła. Płacz dziecka stawał się coraz głośniejszy i coraz rozpaczliwszy. Zabierzcie go i zniknijcie stąd, błagała w milczeniu.

Przekradła się z powrotem do lasu tak szybko i cicho, jak potrafiła, a krzyk chłopca towarzyszył jej krokom przez pewien czas, póki wreszcie nie znalazła się poza jego zasięgiem. Wtedy się zawahała. Stanęła w miejscu, rozdarta sprzecznymi uczuciami. Nie wiedziała, czy wracać, czy iść dalej. Już nigdy go nie usłyszę, powiedziała sobie, ale tym razem nie przyniosło jej to ulgi. Chociaż nie miała wyboru, poczuła w sercu ukłucie, ostre i zimne jak lód. Zrozumiała, że nigdy nie uwolni się od tego, co zrobiła, nigdy o tym nie zapomni. Jej czyn nie da o sobie zapomnieć niczym bolesny wrzód i chociaż wiedziała, że nie może się już wycofać, straciła pewność, czy będzie umiała z tym żyć. Dłoń Caroline powędrowała na brzuch, w którym rosło dziecko. Pozwoliła, by poczuło ciepło jej ciała, jakby chciała mu dowieść, że wciąż żyje i czuje, że będzie je kochała. Potem ruszyła powoli w stronę domu, gdzie wiele godzin za późno zdała sobie sprawę, że chociaż z ostrożności zdjęła dziecku ubranka, zostawiła je w eleganckiej, haftowanej poszewce. Wtuliła twarz w niepowleczoną poduszkę, ze wszystkich sił próbując wymazać chłopca z pamięci.

Spokój wkoło,

Spokój tak wielki, że wikła i trapi

Swoją przedziwną, bezmierną cichością

Tę medytację.

Samuel Taylor Coleridge, Mróz o północy

I

Przynajmniej jest zima. Przyjeżdżałyśmy tu tylko latem, więc wszystko wygląda trochę inaczej; nie wydaje się tak przerażająco znajome, tak obezwładniające. Storton Manor, ponura i zwalista posiadłość w kolorze dzisiejszego zaciągniętego nieba. Wiktoriański, neogotycki gmach z wielodzielnymi oknami i łuszczącą się stolarką, zieloną od porostów. Stosy martwych liści pod murami porośniętymi mchem aż po parapety okien na parterze. Wysiadając z samochodu, oddycham spokojnie. Jak dotąd zima była bardzo angielska. Wilgotna i błotnista. Z oddali żywopłoty przypominają rozmazane fioletowe sińce. Ubrałam się dziś w jaskrawe, żywe kolory, na przekór temu miejscu, na przekór jego surowości i moim ponurym wspomnieniom. Teraz czuję się idiotycznie, jak przebieraniec.

Przez przednią szybę mojego sfatygowanego białego golfa widzę złożone na kolanach dłonie Beth i postrzępione końcówki jej długich włosów. Gdzieniegdzie przyprószone już siwizną, moim zdaniem za wcześnie, zdecydowanie za wcześnie. Tak się gorączkowała przyjazdem, a teraz siedzi nieruchomo jak posąg. I te jej blade, smukłe dłonie, złożone bezwładnie na kolanach – bierne, apatyczne. W dzieciństwie obie miałyśmy jasne włosy w srebrzystym odcieniu, jak włosie anielskie albo czupryny młodych wikingów. Z czasem ten wyrazisty kolor spłowiał w bezbarwny, mysi brąz. Ja farbuję włosy, żeby je ożywić. Coraz mniej wyglądamy jak siostry. Pamiętam zetknięte głowy Beth i Dinny’ego, kiedy się namawiali i szeptali między sobą: jego włosy takie ciemne, jej takie jasne. Skręcało mnie wtedy z zazdrości, a teraz, kiedy przypominam sobie tę scenę, myślę, że ich głowy wyglądały jak jin i jang. Uzupełniały się. (...)

Ciąg dalszy rozdziału w wersji pełnej.

Wyjazd

1902

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

II

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Miłość

1902

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Moje oczy, pod surowym wzrokiem

Nauczyciela, z pozorną pilnością

W książce (zaledwie jak przez mgłę widzianej)

Były utkwione, chyba że się czasem

Drzwi uchyliły, wtedy tam spojrzenie

Biegło ukradkiem, serce się w mej piersi

Wznosiło, ciągle trwała w nim nadzieja,

Że nagle ujrzę, co wieściła zjawa:

Twarz Gościa

Samuel Taylor Coleridge, Mróz o północy

III

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Tęsknota

1902–1903

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

IV

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Utrata

1903–1904

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Ja się wychowałem w wielkim

Mieście, ściśniętym szarymi murami,

Gdzie oprócz nieba i gwiazd nic nie było

Piękne.

Samuel Taylor Coleridge, Mróz o północy

V

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Lament

1904

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

VI

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Trwanie

1904–1905

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Wszystkie więc pory będą tobie miłe,

Czy lato ziemię odzieje zielenią,

Czy gil przysiądzie na gołej gałęzi

Starej, omszałej jabłoni, wśród kiści

Śnieżnych, a z bliskiej strzechy będzie dymił

Opar ze śniegu stopniałego w słońcu,

Czy krople będą padały z okapów,

Słyszalne tylko, gdy wicher na chwilę

Milknie, czy mróz je tajemniczym czarem

Przemieni w sople wiszące bez ruchu,

Ciche i jasne pod cichym księżycem.

Samuel Taylor Coleridge, Mróz o północy

VII

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Dziedzictwo

1911–…

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Epilog

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Katherine Webb