Wydawca: Filia Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 160 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziecko znikąd - Rachel Abbott

Nowela – ciąg dalszy Obcego dziecka, bestsellerowej powieści Rachel Abbott – tylko w formie e-book

Ktoś szuka Tashy Joseph. Ale czy ona chce, by ją znaleziono?

Osiem miesięcy temu Tasha Joseph uciekła i jej macocha, Emma, szuka jej od tej pory. Desperacko pragnie dać dziewczynie dach nad głową i poczucie bezpieczeństwa, na które ta zasługuje.

Tashę stara się znaleźć również policja. Dziewczyna mogłaby posłużyć jako kluczowy świadek w procesie, dlatego główny inspektor Tom Douglas nie ustaje w poszukiwaniach. Mimo to Tasha pozostaje w ukryciu i nikt nie wie, co się z nią stało.

Tom i Emma wiedzą, że nigdy wcześniej nie byli tak blisko jej odnalezienia, ale i Tasha nigdy dotąd nie znajdowała się w tak śmiertelnym niebezpieczeństwie. Czy dotrą do niej jako pierwsi?

Tasha może uciekać, ale jak długo uda jej się pozostać w ukryciu?

Opinie o ebooku Dziecko znikąd - Rachel Abbott

Fragment ebooka Dziecko znikąd - Rachel Abbott

Od Autorki

Drodzy Czytelnicy,

dziękuję, że zdecydowaliście się sięgnąć poDziecko znikąd !

Niektórych zainteresuje ta opowieść, bo przeczytali już Obce dziecko, a być może nawet należycie do grupy wielu osób, które pisały do mnie z pytaniami o dalsze losy Tashy Joseph.

Inni mogą czytać o historii Tashy po raz pierwszy, a w takim wypadku mam nadzieję, że napisałam tę nowelę dość dobrze, by wam też się spodobała. Jeśli jednak książka wzbudzi w was ciekawość, co takiego spotkało Tashę przed Dzieckiem znikąd i co doprowadziło do jej ucieczki, odpowiedzi znajdziecie w Obcym dziecku.

Z serdecznymi pozdrowieniami

Rachel Abbott

1

Dzisiaj wieczorem w tunelu jest cicho. To dlatego, że tak nam zimno. Siedzimy skuleni w małych grupkach wokół ognisk i wiemy, że niedługo pogasną. Andy rozpalił w starej, wielkiej, zardzewiałej puszce po pomidorach, którą znalazł przed restauracją. Z kilku dziur wybitych tuż przy denku leci trochę ciepła, ale w ten sposób niedługo zużyjemy nasze niewielkie zapasy paliwa. Zawsze możemy zdobyć trochę papieru na rozpałkę, a krótki, jasnożółty ogień daje pocieszenie, lecz tylko przez kilka sekund. O drewno jest trudniej. Mroźny listopadowy wiatr odbija się od wilgotnych ścian i uderza w nas lodowatymi podmuchami, jakby ktoś cały czas otwierał i zamykał drzwi. Ale drzwi tutaj nie ma – tylko ziejąca czarna dziura.

Jest nas tu na dole cztery czy pięć grupek, siedzimy dwójkami i trójkami skuleni wokół wątłych ognisk. Najczęściej milczymy. Widzę obcą twarz, oświetloną od dołu słabymi, żółtymi płomieniami – rozedrgane, odcieleśnione rysy na tle czarnych ścian, oczy niczym puste otwory. Od czasu do czasu słyszę szmer rozmowy, ale zazwyczaj słucham miarowego kapania z dachu. Jest nieustępliwe i nie dziwię się, kiedy Andy mawia, że kapiącą wodę stosuje się jako formę tortur. Spada kolejna kropla, tym razem z nieco innym brzmieniem. Wtedy następuje przerwa i przez sekundę wydaje mi się, że kapanie ustało. Ale oczywiście tak nie jest. Kap-kap. Kap-kap.

Odrywam zębami ostatni kawałek kurczaka od kości. To kolejne wielkie znalezisko Andy’ego. Zazwyczaj kręci się na tyłach wykwintnej restauracji i po prostu nurkuje do koszy, kiedy wyrzucają do nich jedzenie. Ludzie strasznie dużo zostawiają na talerzach.

Przysuwam się nieco bliżej ognia, Andy obdarza mnie uśmiechem. Pomagamy sobie nawzajem, ale on jest trochę starszy, więc zawsze mam poczucie, że ja na tym lepiej wychodzę. Choćby było nie wiem jak źle, on wiecznie żartuje i mówi ze swoim przesadnym szkockim akcentem, żeby mnie rozbawić. Kiedy się nad czymś zastanawia, pociera dłonią proste rude włosy w przód i w tył, tak że sterczą mu na czubku. Teraz już są długie i zakrywają mu uszy. Wydaje się starszy niż w rzeczywistości, ale gdy nie wie, że go obserwuję, czasem wygląda na nieco smutnego i zagubionego.

Nie znam jego historii, lecz wiem, że kiedyś musiał złamać rękę, bo sterczy mu pod dziwnym kątem. Cokolwiek się wtedy stało, na pewno nie poszedł do szpitala, inaczej by tak nie wyglądała. Nie zadajemy sobie pytań, ale on wie, że nie jestem tym, za kogo się podaję, podobnie jak ja wiem, że przydarzyło mu się coś strasznego.

Od wielu dni nie byłam na powierzchni, jednak tutaj i w innych częściach podziemnego Manchesteru są ludzie, którzy nie wychodzą spod ziemi już od lat. Andy mawia, że kiedyś istniała cała społeczność – około osiemnastu tysięcy ludzi – która mieszkała w podziemiach Manchesteru w dziewiętnastym wieku. Nie wiem, czy mu wierzyć.

Słyszę jakiś donośniejszy głos na końcu tunelu. Wiem, że to musi być ktoś nowy, bo w tym miejscu coś sprawia, że wszyscy rozmawiamy cicho albo wcale. Nowy przybysz zbliża się do nas. Przystaje przy każdej grupce, przykuca, zadaje pytania. Spoglądam na Andy’ego i już wiem. On też. Ale nie mogę uciec – gość złapałby mnie w mgnieniu oka.

Powoli, cicho odsuwam się od ognia i chowam w cieniu. Pomarańczowe płomienie nadal oświetlają twarz Andy’ego, lecz moja jest ukryta. Mam trochę za duży kaptur, więc naciągam go tak głęboko na głowę, jak tylko mogę. Zawsze teraz noszę chłopięce ciuchy, a moje włosy nie mają więcej niż półtora centymetra. Kiedy mogę, to je farbuję – ale szybko odrastają i nie ma wielu miejsc, z których da się zwinąć farbę. Niedobrze jest wracać ciągle do tego samego sklepu.

Widzę tego nowego z daleka i stąd wygląda na młodego gościa, może trochę po dwudziestce. Jest wysoki, ale wydaje się przysadzisty u góry, bo włożył ciemną puchową kurtkę, a do tego ma chude nogi, które wyglądają mi na trochę koślawe. Myślałam, że kiedy po mnie przyjdą, to będzie ktoś znajomy, ale tak nie jest, na szczęście. Mniejsza szansa, że mnie rozpozna.

Pokazuje coś ludziom koło nas i czuję, że nawet na tym przeraźliwym zimnie zaczynam się pocić.

Teraz podchodzi do nas. Gdybym całkiem spuściła głowę, wyglądałoby to podejrzanie, więc z kapturem naciągniętym na tyle, na ile to rozsądne, opieram głowę na kolanach, obejmuję rękami nogi i udaję, że gapię się w ogień. Nie zobaczy moich oczu, chyba że się położy.

Rozpaczliwie chcę na niego spojrzeć, żeby rozpoznać go potem, gdybym spotkała go na ulicy, ale nie mogę podnieść wzroku. Widzę tylko jego stopy – całkiem nowe trampki, granatowe z białymi podeszwami – oraz dżinsy – obcisłe i ciemne. A więc na pewno nie bezdomny. I miałam rację co do nóg.

– Cześć – mówi do Andy’ego.

Wyciąga z kieszeni kartkę, a ja wiem, co to takiego. Po Manchesterze fruwają takich tysiące. To ulotka z moim zdjęciem.

Andy odpowiada mruknięciem i dalej udaje, że grzebie w ogniu kawałkiem żelaza, które gdzieś znalazł.

– Hej, znasz tę dziewczynę? – facet pyta Andy’ego.

Andy udaje, że patrzy na ulotkę i krzywi się.

– Nie, nie ma jej tutaj albo jej nigdy nie widziałem.

– A twój kumpel? – Zaczyna iść w moją stronę.

Jak gdyby nigdy nic Andy wyciąga rękę i sięga po kartkę, odwracając jego uwagę.

– Swoją drogą, co to za afera z tą dziewuszką? Widziałem mnóstwo tych papierów na wietrze. O co chodzi?

Facet na chwilę odwraca uwagę ode mnie.

– To tylko kolejna uciekinierka, ale jacyś ludzie chcą ją znaleźć i obiecują nagrodę.

Zamarłam. To coś nowego. Jeśli jest nagroda, ludzie będą dużo bardziej zainteresowani. Tak to już działa.

– Tak? Ile? – Słyszę pytanie Andy’ego.

O nie, Andy, tylko nie ty.

– Pięć patoli – odpowiada facet. – A jak pomożesz mi ją znaleźć, możesz dostać swoją dolę.

– Pół na pół? – pyta Andy.

Facet się roześmiał.

– Zobaczymy, najpierw ją znajdź. – Znowu na mnie spojrzał.

– Harry’ego nie ma co pytać – reaguje Andy. – Od paru miesięcy nie wychodził na powierzchnię i mało gada. Ja się nim tylko opiekuję. To jeszcze dzieciak, w tamtym tygodniu skończył jedenaście lat.

Facet stracił zainteresowanie, a mnie zakłuło poczucie winy, że zwątpiłam w Andy’ego. Oczywiście nie mam jedenastu lat, ale jestem bardzo chuda, więc spokojnie mogę uchodzić za młodszą.

– No dobra, to miej oczy szeroko otwarte i daj znać, jak ją zobaczysz. Dam ci swój numer.

– Nie ma sprawy, tylko do ciebie będę dzwonił z mojego nowego iPhone’a. – Andy nie poszczędził facetowi swojego poczucia humoru.

Tamten się roześmiał.

– Są budki telefoniczne, tępaku. Na pewno możesz zwędzić tyle, żeby wystarczyło na jeden telefon. Masz, napiszę ci na ulotce.

Nagryzmolił numer na jednej z kartek wyciągniętych z kieszeni.

– Wrócę za dzień, dwa. Sprawdź, czy ktoś ją widział.

Po tym facet oddalił się w głąb tunelu.

Czekaliśmy w ciszy, aż będzie poza zasięgiem słuchu.

– Może mi powiesz, o co tu chodzi? – spytał Andy. – Nie musisz, jeżeli nie chcesz, ale zawsze ktoś cię szuka. Najpierw ta kobieta, która to rozdaje. – Machnął mi przed nosem kartką. – Poszukuje cię od miesięcy. Gliny też o ciebie pytały, tyle że to już było jakiś czas temu. A teraz ten gość.

– Uciekłam. – Andy chce odpowiedzi, lecz nie mogę dać mu innej. – Jestem po prostu zaginionym dzieckiem tak jak ty.

Andy się roześmiał.

– Widzisz, żeby ktoś obiecywał nagrody za mnie?

Uśmiechnęłam się tylko. Chciałam mu powiedzieć, ale jak? Jak mogę powiedzieć, że kobieta, która mnie szuka, jest moją macochą, Emmą, a robi to, ponieważ ukradłam jej dziecko? Własnego brata.

2

Wizyta tego gościa wczoraj wieczorem mnie wystraszyła. Nie wiem, co o tym myśleć. Muszę wiedzieć, czy to Emma ubzdurała sobie, że może obiecać za mnie nagrodę. Zdaje sobie chyba sprawę, że to może być niebezpieczne – może zainteresować nieodpowiednich ludzi? Nie wie jednak, czym jest życie na ulicy i co ludzie są w stanie zrobić za pieniądze.

Zresztą nie rozumiem, dlaczego miałaby postąpić tak teraz, po takim czasie. To nie ma najmniejszego sensu. Muszę się jednak dowiedzieć, więc kiedy wstałam rano, postanowiłam wyjść z tunelu i sprawdzić, co jest grane.

Widziałam Emmę już wcześniej, obserwowałam ją z daleka, ale nigdy mnie nie spostrzegła. Nie wydaje mi się, żeby mnie teraz rozpoznała. Nie mam już potarganych blond włosów. Wyglądam jak chłopiec i chcę, żeby tak było – nikt nie może się domyślać, kim naprawdę jestem.

Nie mam pojęcia, jak często przyjeżdża do Manchesteru, ale wiem, że nie zawsze przychodzi w to samo miejsce. Czasem jest na Piccadilly, innym razem na King Street albo Market Street. Nosi ze sobą żółte plastikowe pudełko, stawia je do góry dnem i staje na nim, żeby być wyżej od przechodniów. I zawsze ma ze sobą Olliego; kochanego Olliego z jego okrągłą, uśmiechniętą buzią i pyzatymi policzkami; tego samego Olliego, którego jej ukradłam.

Wzdrygam się na tę myśl.

Zaczynam poszukiwania od Piccadilly Gardens. Nie ma jej tam jeszcze, ale wiem, że często staje na stopniach pod statuą, więc przechodzę na przeciwległą stronę, żeby nie mogła mnie zauważyć.

Czuję zapach pizzy i prawie mnie to zabija. Mój brzuch już nie burczy – ten etap ma dawno za sobą – lecz czasem ogarnia mnie tęsknota za ogromnym posiłkiem, po którym musiałabym się położyć i pozwolić odpocząć wzdętemu żołądkowi. Obok przechodzi chłopak jedzący burgera. Ser i tłuszcz wyciekają mu z bułki, a ja mam ochotę wyrwać mu ją z rąk i uciec. Ale nie mogę zwracać na siebie uwagi.

Po godzinie się poddaję, zaczynam iść wzdłuż Market Street, mijam tramwaje i przechodzę na chodnik. Wtedy ją słyszę.

– Tasha! Tasha Joseph! – krzyczy. – Tęsknimy za tobą. Ollie też za tobą tęskni.

Wówczas słyszę piskliwy głosik Olliego.

– Tasha!

Umie już teraz wymówić „sz”. Kiedyś nazywał mnie Tassą. Oczy zachodzą mi łzami, ale szybko je ocieram.

Emma wygląda świetnie. Ma na sobie jasnoniebieski płaszcz, dżinsy z nogawkami włożonymi w buty na płaskiej podeszwie, a na szyi pasiasty szalik. Jej ciemne włosy są krótsze, sięgają tylko do kołnierza, pasuje jej to. Nie widzę Olliego, bo siedzi w spacerówce – dostrzegam tylko czubki uchwytów od wózka. Chciałabym podejść bliżej, lecz nie odważę się.

Słucham jej okrzyków o tym, jak próbuje mnie znaleźć i chce, żebym wróciła do domu. To takie kuszące. Ale na pewno nie o to jej chodzi – nie po tym, co zrobiłam. Ludzie zerkają na ulotki, a potem rzucają je na ziemię. Nikt mi się nie przygląda.

Podchodzę nieco bliżej i chowam się w wejściu do sklepu sportowego, próbuję spojrzeć na Olliego. Teraz go widzę. Ma nóżki przykryte czarno-białym kocykiem w kropki, który otula go aż po pachy. Jest ubrany w niebieską dzierganą czapeczkę naciągniętą na uszy, a policzki zróżowiały mu trochę od zimna. Ale zwraca na siebie uwagę i bardzo mu się to podoba.

Nagle obraca główkę w moją stronę, jakby poczuł na sobie moje spojrzenie. Nie może mnie przecież rozpoznać. Włożyłam czarną bejsbolówkę Andy’ego i opuściłam daszek. Jestem ubrana jak chłopak, wyglądam zupełnie inaczej. Nie zgadnie, że to ja.

Emma spogląda w dół na synka i podąża za jego spojrzeniem. Jestem pewna, że mnie nie widzi, ale zaczyna schodzić z pudełka ze wzrokiem utkwionym we mnie i zaskoczoną miną. Odwracam się i zaglądam do sklepu przez otwarte drzwi, jakbym na kogoś czekała. Zerkam w bok na okno przy wejściu, gdzie odbija się ulica za mną. Widzę, że Emma złapała wózek z Olliem i idzie w moją stronę.

Mam dwie możliwości. Albo wejdę do sklepu, albo pójdę ulicą. Jeśli wejdę do środka, ochrona zacznie mi się przyglądać. Po prostu tak wyglądam – będą podejrzewać, że coś zwędzę. Jeżeli wyjdę na światło dnia, Emma dokładnie mnie zobaczy i rozpozna.

Waham się o sekundę za długo, po czym odpycham od szklanej ściany wejścia i wybiegam na ulicę. Odwracam głowę, żeby nie dostrzegła mojej twarzy, i pędzę ile sił w nogach.

Ona zaczyna krzyczeć, mówi ludziom, żeby mnie zatrzymali, ale nikt tego nie robi. Jeden facet od niechcenia wyciąga rękę, lecz odpycham ją z drogi i niemal czuję, że on wzrusza ramionami, jakby chciał powiedzieć „Próbowałem”. Nie, wcale nie próbował.

Emma na pewno nie może mnie dogonić. Nie zostawi Olliego. Nie wiem, czy jest pewna, że to ja – jednak widziała moje oczy. I niezależnie od tego, jak obco wyglądam, zrozumie, że coś w nich dostrzegła – znajomy błysk.

Niepotrzebnie tu przyszłam. Byłoby lepiej dla wszystkich, gdyby Emma myślała, że odeszłam. A jeszcze lepiej, że umarłam.

3

– Tom, jesteś tam? Tu Emma. Muszę z tobą porozmawiać. To pilne. – Przerwała, jakby oczekując podniesienia słuchawki. – Widziałam ją, Tom. Widziałam Tashę.

Emma mówiła szybko, z trudem łapiąc oddech, ledwo panowała nad emocjami.

Rozbrzmiało zniecierpliwione cmokanie.

– No weź, Tom, odbierz.

Główny inspektor Tom Douglas stał w otwartych drzwiach do ogrodu, gdzie raczył się spokojnie piwem w zimnym, rześkim powietrzu listopadowego wieczoru, a elektryczny grzejnik chronił go przed chłodem.

Nie podszedł do telefonu. Musiał się zastanowić, co powinien powiedzieć Emmie – co jej doradzić. Zawsze miała w sobie dozę uporu – podziwiał w niej tę cechę osobowości wiele lat temu, kiedy jeszcze była zaręczona z jego bratem Jackiem. Czasami Tom wierzył, że Emma jest jedyną osobą, która trzymała jego brata przy życiu. Tom i Emma zbliżyli się wtedy do siebie, a ponieważ od kilku miesięcy ponownie utrzymywali kontakt, znów zostali dobrymi przyjaciółmi.

Wiedział, że byłaby zachwycona, gdyby zobaczyła Tashę po tych licznych próbach odnalezienia dziewczynki, ale chyba jej się wydawało, że wszystko będzie wtedy bardzo proste. Tom zdawał sobie jednak sprawę, że jest w błędzie.

Pięć miesięcy po tym, jak jej pasierbica Natasha zaginęła, Emma nie ustawała w poszukiwaniach dziewczynki. Pierwsze kilka tygodni, a może nawet miesięcy, jeździła do Manchesteru albo Stockport przynajmniej trzy razy w tygodniu. Rozdawała ulotki ze zdjęciami Natashy – a kiedy Tasha stała się już powszechnie znana, błagała ludzi, żeby pomogli jej odnaleźć małą.

Tom próbował ją ostrzec, że nawet gdyby znalazła Tashę, być może nie pozwolą jej adoptować. Emma była co prawda żoną Davida – ojca Tashy – przez kilka lat, ale Tom nie sądził, by to miało jakiekolwiek znaczenie. Gdyby David wciąż żył, to co innego, lecz ojciec dziewczynki umarł, a Tasha pewnie nawet o tym nie wiedziała. Co orzekłby sąd, biorąc pod uwagę ich losy?

Myśli przerwało mu pełne rozczarowania westchnienie.

– Dobrze, widocznie cię nie ma. Zadzwonię jeszcze, ale proszę cię, czy możesz oddzwonić, kiedy odbierzesz tę wiadomość? Naprawdę muszę z tobą porozmawiać.

Rozłączyła się, a Toma zakłuło poczucie winy. Emma go potrzebowała. Musiał jednak pomyśleć, co jej powiedzieć, zanim oddzwoni. Nie chciał gasić jej entuzjazmu ani studzić zapału, lecz od miesięcy błagał ją, żeby to przemyślała. Zawsze padała ta sama odpowiedź.

– Wiem, że uciekła, ale musimy na to spojrzeć z jej perspektywy. Wróciła do nas tylko na kilka dni, które były naprawdę straszne. Na pewno pomyślała, że nie ma innego wyjścia niż ucieczka. Pewnie założyła, że nigdy nie wybaczę jej porwania Olliego. Muszę znaleźć sposób, by zrozumiała, że nie ma racji.

Tom poszedł zabrać piwo z ogrodu, wyłączył grzejnik i wrócił do środka. Wysunął stołek, usiadł przy komputerze stacjonarnym i oparł łokcie o blat. Upił łyk z butelki.