Dziecko znikąd - Christian White - ebook

14 osób właśnie czyta

Opis

„Dynamiczny, metafizyczny i szokujący!”

A.J. Finn – autor Kobiety w oknie

Każda rodzina ma swoje sekrety… Czy dotykają one również Ciebie?

Kimberly Leamy, trzydziestoletnia Australijka, dowiaduje się nagle, że nie jest kimś, za kogo dotychczas się uważała. Po długich poszukiwaniach odnajduje ją starszy brat Stuart Went. Okazuje się, że Kim nazywa się naprawdę Sammy Went i jako dwuletnia dziewczynka zaginęła bez śladu w prowincjonalnym mieście Manson w Kentucky w Stanach Zjednoczonych. Dziewczyna następnie trafiła do Australii, gdzie wychowała się w nowej rodzinie. Kimberley – albo Sammy – nic z tego nie pamięta. Kim i Stuart lecą do Ameryki i rozpoczynają prywatne śledztwo w tej sprawie. Prowadzi ono do mrocznego świata sekty religijnej i dawnych sekretów rodzinnych.

Christian White – australijski pisarz i uhonorowany nagrodami scenarzysta filmowy. Jego debiut powieściowy Dziecko znikąd zdobył w 2017 roku nagrodę literacką Victorian Premier’s Literary Award, a prawa do jej tłumaczenia sprzedano do siedemnastu krajów. Mieszka w Melbourne wraz z żoną, reżyserką filmową Summer DeRoche.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 349

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


MELBOURNE, AUSTRALIA

Teraz

– Mogę się przysiąść? – spytał z amerykańskim akcentem przystojny nieznajomy. Miał około czterdziestu lat i wydawał się nieśmiały. Był ubrany w lśniącą mokrą parkę i jasnożółte buty sportowe, najwyraźniej nowe, bo skrzypiały przy każdym kroku. Usiadł przy moim stoliku, nie czekając na odpowiedź. – Nazywa się pani Kimberly Leamy?

Działo się to w przerwie między zajęciami w Northampton Community College, gdzie trzy razy w tygodniu prowadziłam wieczorami warsztaty z fotografii artystycznej. W bufecie zwykle roiło się od studentów, jednak tego dnia panowała w nim dziwaczna pustka, jakby po apokalipsie. Padało od sześciu dni bez przerwy, ale podwójne szyby tłumiły plusk deszczu.

– Po prostu Kim – odparłam z lekkim niezadowoleniem. Zbliżał się koniec przerwy, a przebywanie w samotności sprawiało mi przyjemność. Na początku tygodnia znalazłam w pokoju wykładowców stary, zniszczony egzemplarz Smętarza dla zwierzaków Stephena Kinga podpierający nogę jednego ze stołów i od tamtej pory nie mogłam się od niego oderwać. Zawsze dużo czytałam, najbardziej lubiłam horrory. Czytałam książki trzy razy szybciej od swojej młodszej siostry Amy, co często wywoływało w niej frustrację. Kiedyś powiedziałam Amy, że klucz do szybkiego czytania to nudne życie. Siostra miała narzeczonego i trzyletnią córkę, a ja Stephena Kinga.

– Nazywam się James Finn – powiedział mężczyzna. Położył na stole szarą papierową teczkę i zamknął oczy jak pływak koncentrujący się przed skokiem z wieży.

– Jest pan nauczycielem czy studentem?

– Ani jednym, ani drugim.

Otworzył teczkę, wyjął fotografię o wymiarach dwadzieścia na dwadzieścia pięć centymetrów i przesunął ją w moją stronę. Jego ruchy miały w sobie coś mechanicznego. Każdy gest był spokojny i wyważony.

Zdjęcie przedstawiało małą dziewczynkę o ciemnobłękitnych oczach i rozczochranych czarnych włosach. Siedziała na bujnym, zielonym trawniku i uśmiechała się do obiektywu, jednak bez przekonania, jakby nie podobało jej się, że ktoś ją fotografuje.

– Poznaje pani tę dziewczynkę? – spytał.

– Nie, nie sądzę. A powinnam?

– Mogłaby pani zerknąć jeszcze raz?

Odchylił się do tyłu i uważnie mnie obserwował. Spełniłam prośbę i znowu popatrzyłam na zdjęcie. Niebieskie oczy, wyraziste rysy, uśmiech, który w gruncie rzeczy nie jest uśmiechem. Może jednak miała w sobie coś znajomego?

– Sama nie wiem. Przykro mi. Kto to?

– Nazywa się Sammy Went. Fotografię zrobiono w dniu jej drugich urodzin. Trzy dni później zniknęła.

– Zniknęła?

– Porwano ją z jej domu w Manson w stanie Kentucky. Prosto z sypialni na pierwszym piętrze. Policja nie znalazła żadnych śladów pozostawionych przez porywacza. Nie było świadków, nikt nie żądał okupu. Przepadła jak kamień w wodę.

– Myślę, że szuka pan Edny, nie mnie – powiedziałam. – Prowadzi zajęcia z kryminologii. Ja zajmuję się fotografią artystyczną, ale Edna fascynuje się przestępczością.

– Przyjechałem się zobaczyć z panią – odparł. Odchrząknął i kontynuował: – Niektórzy przypuszczali, że zabłądziła w lesie, została pożarta przez kojota albo pumę, ale lasy znajdowały się sześć kilometrów od jej domu. Za daleko, by dwulatka dotarła tam sama. Najbardziej prawdopodobny scenariusz to porwanie.

– Rozumiem. Więc prowadzi pan śledztwo w tej sprawie?

– W gruncie rzeczy jestem księgowym. – Odetchnął głęboko i poczułam zapach mięty. – Ale wychowałem się w Manson i dość dobrze znam rodzinę Wentów.

Warsztat miał się zacząć za pięć minut, więc ostentacyjnie zerknęłam na zegarek.

– Przykro mi z powodu tej dziewczynki, ale obawiam się, że zaraz zaczynam wykład. Oczywiście chętnie pomogę. O jakiej kwocie pan myśli?

– Kwocie?

– Zbiera pan pieniądze dla rodziny, prawda? Czy nie o to chodzi?

– Nie chcę od pani pieniędzy – odrzekł chłodno. Patrzył na mnie ze zdziwieniem, a twarz jakby mu się skurczyła. – Jestem tutaj, bo uważam, że jest pani… związana z tą sprawą.

– Związana z porwaniem dwuletniej dziewczynki?! – Roześmiałam się. – Niech pan nie mówi, że przyjechał pan ze Stanów do Australii, by mnie oskarżyć o porwanie!

– Źle mnie pani zrozumiała – powiedział. – Sammy Went zniknęła trzeciego kwietnia tysiąc dziewięćset dziewiećdziesiątego roku, dwadzieścia osiem lat temu. Nie uważam, że ją pani porwała. Myślę, że Sammy Went to pani.

W moim warsztacie z fotografii uczestniczyło siedemnaście osób – w różnym wieku, różnych ras i różnej płci. Na jednym końcu znajdowała się Lucy Cho, która niedawno skończyła szkołę średnią i w dalszym ciągu nosiła bluzę z kapturem z napisem Mornington Secondary na plecach. Na drugim krańcu był Murray Palfrey, siedemdziesięcioczteroletni emeryt, który miał zwyczaj wyłamywać sobie palce, nim uniósł rękę. Rozlegało się wtedy głośne chrupanie.

Tego wieczoru odbywały się prezentacje cyklów zdjęć: uczestnicy warsztatu stawali przed grupą i pokazywali zdjęcia wykonane w tym semestrze, po czym następowała dyskusja. Większość fotografii niczym się nie wyróżniała, choć była dobra pod względem technicznym – oznaczało to, że robię coś sensownego. Tematy były prawie takie same jak w poprzednim semestrze i jeszcze wcześniej. Widziałam te same graffiti na odrapanym ceglanym murze, ten sam obrośnięty bluszczem dom w dzielnicy Carlton Gardens, ten sam ciemny, tajemniczy wylot kanału ściekowego, z którego ciurkała do rzeki Egan brudna, brązowa woda.

Prowadziłam zajęcia prawie jak automat.

Spotkanie z amerykańskim księgowym wytrąciło mnie z równowagi, ale nie dlatego, że uwierzyłam w jego słowa. O mojej matce, Carol Leamy, mogłabym powiedzieć wiele rzeczy – zmarła przed czterema laty – ale z pewnością nie była porywaczką dzieci. Wystarczała minuta rozmowy z matką, by się zorientować, że w ogóle nie potrafi kłamać, a cóż dopiero uprowadzać dzieci i przewozić je z kraju do kraju.

James Finn się pomylił. Byłam prawie pewna, że nigdy nie odnajdzie tej małej dziewczynki, jednak przypomniał mi o przykrej prawdzie: łudzimy się, że nad czymś panujemy. Rodzice Sammy Went nauczyli się tego w brutalny sposób, tracąc dziecko. Ja też nauczyłam się tego w brutalny sposób, tracąc matkę. Zmarła dość szybko: miałam dwadzieścia cztery lata, gdy rozpoznano u niej raka, i dwadzieścia sześć, kiedy odeszła.

Z moich doświadczeń wynika, że większość ludzi wyciąga z takich przeżyć jeden z dwóch wniosków: „Nic nie dzieje się bez przyczyny” albo „Świat to chaos”. Oczywiście istnieją odmiany podobnych refleksji: „Bóg działa w tajemniczy sposób” i „Życie jest podłe”. Ja przyjęłam drugą wersję. Matka nie paliła i przez całe życie pracowała w fabryce tekstylnej. Dobrze się odżywiała, ćwiczyła i w końcu niczego to nie zmieniło.

No właśnie: łudzimy się, że nad czymś panujemy.

Zdałam sobie sprawę, że zamiast słuchać prezentacji, myślę o niebieskich migdałach, więc odstawiłam kubek zimnej kawy i próbowałam się skupić.

Następny miał zaprezentować swoje prace Simon Daumier-Smith. Był nieśmiałym dwudziestokilkulatkiem. Kiedy zabierał głos, najczęściej wpatrywał się w podłogę. Jeśli unosił wzrok, jego oczy leniwie poruszały się za grubymi soczewkami okularów i wyglądał trochę jak ryba.

Przez kilka minut niezgrabnie rozkładał fotografie na sztalugach przed uczestnikami warsztatu. Zaczęli się niecierpliwić, więc poprosiłam Simona, by opowiedział o projekcie, kończąc ustawianie zdjęć.

– Eee… jasne… okej – rzekł, zmagając się z jednym z wydruków. Wypadł mu z ręki i podniósł go z podłogi. – Wiem, że mieliśmy szukać… eee… kontrastów i… eee… nie jestem zupełnie pewny, czy mi się udało, próbowałem je uchwycić. – Ustawił na sztalugach ostatnią fotografię i cofnął się, by uczestnicy zajęć mogli obejrzeć zdjęcia. – Chyba można powiedzieć, że ten cykl przedstawia kontrast między brzydotą a pięknem.

Ku mojemu całkowitemu zaskoczeniu okazało się, że zdjęcia Simona Daumiera-Smitha… dosłownie zapierają dech w piersiach.

Cykl składał się z sześciu fotografii w identycznych oprawach. Simon musiał umieścić aparat na statywie i robić je co kilka godzin. Były surowe i proste: łóżko, kobieta i mała dziewczynka. Kobieta była w wieku Simona, z dziobatą, ale ładną twarzą. Dziewczynka miała około trzech lat, nienaturalnie zaczerwienione policzki i zmarszczone brwi.

– Zrobiłem te zdjęcia w ciągu jednej nocy – wyjaśnił Simon. – Dziewczyna to moja żona, Joanie, a to nasza córeczka, Simone. Jej imię nie ma żadnego związku z moim. Wielu ludzi myśli, że nosi żeńską wersję mojego imienia, ale Joanie ma babcię o imieniu Simone.

– Powiedz nam coś więcej o cyklu, Simon – poprosiłam.

– Dobrze. Eee… Simone zachorowała na koklusz i nie spała przez całą noc. Trochę marudziła, więc Joanie położyła się razem z nią.

Pierwsze zdjęcie przedstawiało matkę karmiącą dziewczynkę; podawała jej jedzenie łyżeczką. Na drugim dziewczynka płakała, odpychając matkę. Na trzecim żona Simona wyglądała, jakby miała dość robienia zdjęć. Dwie pozostałe fotografie były podobne, a szósta przedstawiała matkę i dziecko we śnie.

– Na czym polega brzydota? – spytałam.

– No cóż, na tym zdjęciu małej Simone z ust cieknie ślina. Moja żona strasznie wtedy chrapała, choć oczywiście nie można tego zobaczyć na fotografii.

– Nie widzę w tym brzydoty – powiedziałam. – Widzę coś… zwyczajnego. Ale pięknego.

Simon Daumier-Smith nigdy nie zostanie zawodowym fotografikiem. Byłam tego prawie pewna. Jednak jego banalnie zatytułowany cykl Chora dziewczynka przedstawiał coś prawdziwego i rzeczywistego.

– Nic pani nie jest, panno Leamy? – spytał.

– Kim – przypomniałam. – Wszystko w porządku. Dlaczego pytasz?

– Przecież… przecież pani płacze.

Po dziesiątej pojechałam do domu przez ponure przedmieście Coburg. W dach subaru bębniły strugi deszczu. Dziesięć minut później dotarłam do domu, zaparkowałam samochód i pobiegłam w stronę swojego bloku, trzymając nad głową torbę zamiast parasolki.

Na trzecim piętrze unosił się zapach czosnku i przypraw, dziwnie uspokajająca woń z mieszkania sąsiadów, których w ogóle nie znałam. Kiedy szłam w stronę swoich drzwi, Georgia Evvie wystawiła głowę na korytarz.

– Pomyślałam, że to ty, Kimberly. – Była tęgą kobietą po sześćdziesiątce i miała przekrwione, mętne oczy. Raz słyszałam, jak jedna z sąsiadek nazwała ją za plecami: „Gruba Evvie”. – Usłyszałam windę, popatrzyłam na zegarek i pomyślałam: „Kto inny mógłby wracać do domu przed północą?”.

Było wpół do jedenastej.

– Przepraszam, pani Evvie. Obudziłam panią?

– Nie, nie, jestem nocnym markiem. Bill położył się do łóżka przed dziewiątą, więc mógł coś usłyszeć, ale się nie skarżył. – Machnęła lekceważąco ręką. – Nawet gdyby się poskarżył, przypomniałabym mu, że jest pani młoda. Młodzi ludzie wracają dziś późno do domu, zdaje się, że nie tylko w weekendy.

– Aha.

Nikt nigdy nie widział męża Georgii i nie istniały żadne dowody, że naprawdę istnieje. Oczywiście mógł zostać pochowany pod górami śmieci zgromadzonych przez Georgię. Kiedy otwierała drzwi, widziałam przez moment wnętrze jej mieszkania, wypełnione niestabilnymi stosami rupieci: książek, rachunków, teczek i wypchanych pudeł. Jedyne okno, jakie widziałam z korytarza, zaklejono gazetą i byłam pewna, że gdzieś w tym chaosie znajduje się również kilka czapek z folii aluminiowej chroniących przed promieniowaniem elektromagnetycznym, choć nigdy żadnej nie dostrzegłam.

– No cóż, zauważyłam, że pani nie śpi… – zaczęła. Georgia zamierzała się wprosić na kieliszek wina przed snem. Ja miałam ochotę podkręcić ogrzewanie, położyć się na kanapie ze Stephenem Kingiem i słuchać uspokajających, przewidywalnych dźwięków rozlegających się w mieszkaniu – buczenia lodówki, szumu centralnego ogrzewania, cichego brzęczenia zasilacza laptopa. – A może kieliszeczek na dobranoc?

– Jasne – odparłam z westchnieniem. Od śmierci matki prawie nigdy nie potrafiłam odmówić samotnej kobiecie.

Moja kawalerka była umeblowana po spartańsku, dzięki czemu sprawiała wrażenie ogromnej. Nawet gruba Evvie wydawała się mała w zielonym fotelu obok okna, z szybami pokrytymi strugami deszczu w tle. Skubała spodnie od dresu i rzucała nitki na drewnianą podłogę.

Przyniosłam z kuchni butelkę wina i napełniłam dwa kieliszki. Pojawienie się Georgii miało jedną zaletę: nie musiałam pić sama.

– Jak pani myśli, Kim, co oni tam szykują? – spytała.

– Kto?

– Kto? Ci z 3C. Słyszę, jak przez cały dzień trajkoczą po iracku czy jakoś tam.

– Och, 3C. Zapach przypomina curry. – Zaburczało mi w brzuchu. Szukałam w kuchni czegoś do zjedzenia, ale znalazłam tylko przyprawy. Musiałam się zadowolić winem.

– Nie mówię o ich kolacji, tylko planach – zniżyła głos do szeptu.

Georgia była przekonana, że lokatorzy spod 3C to terroryści. Opierała się na dwóch przesłankach: pochodzili z Bliskiego Wschodu i na skrzynce pocztowej znajdowało się imię Mohamed. Kilka razy tłumaczyłam jej, że nie wszyscy ludzie o ciemnej karnacji to terroryści, a poza tym wątpiłam, żeby Coburg w Australii znajdowało się wysoko na liście potencjalnych celów ataku. Ale za każdym razem Georgia po prostu kiwała głową i mówiła: „Jeszcze się pani przekona”.

– Dlaczego wróciła pani tak późno do domu, Kim? Pewnie była pani w jakimś klubie.

– Pracuję wieczorami, pani Evvie. Dobrze pani o tym wie.

Wypiła łyk wina i skrzywiła się lekko z powodu jego smaku.

– Nie rozumiem was, młodych. Włóczycie się po nocy i robicie Bóg wie co.

Szybko wypiłam pierwszy kieliszek wina i nalałam sobie drugi. Tym razem starałam się pić wolniej, w zamyśleniu. Chciałam się wprowadzić w stan lekkiego rauszu, który ułatwi zaśnięcie.

– Przytrafiło mi się dziś wieczorem coś dziwnego, pani Evvie – powiedziałam. – W pracy zaczepił mnie mężczyzna.

– W końcu – odparła i dolała sobie wina. – Najwyższa pora, Kim. Kobieta ma niewiele czasu, by złapać mężczyznę. Między piętnastym a dwudziestym piątym rokiem życia, to wszystko. Poznałam Billa w wieku siedemnastu lat i rok później wyszłam za niego za mąż.

Georgia znalazła pilota wepchniętego między zielone poduszki leżące na fotelu i włączyła telewizor. Była dość dziwaczna i miała skłonność do lekkiego rasizmu, lecz w gruncie rzeczy zależało jej na czyimś towarzystwie.

Usiadłam z podwiniętymi nogami na kanapie i otworzyłam laptopa, a tymczasem Georgia nastawiła telewizor na pełny regulator i przeglądała kanały.

Zamierzałam od niechcenia surfować po internecie, może poszukać informacji o jednej z koleżanek ze szkoły średniej albo oczyścić swoją skrzynkę pocztową, jednak ciekawość szybko wzięła górę. Otworzyłam nową kartę i wpisałam do wyszukiwarki słowa „Sammy Went Manson Kentucky”; miałam przy tym wrażenie, że moje palce działają poza kontrolą umysłu. Przypomniał mi się mechaniczny sposób, w jaki James Finn otwierał teczkę z szarego papieru.

Pierwszy link prowadził do zarchiwizowanego artykułu z gazety z siódmego kwietnia 1990 roku. Artykuł zeskanowano wraz z zagięciami papieru i plamami. Słowa niekiedy się zlewały i czułam się jak dawny naukowiec ślęczący nad mikrofilmem.

POLICJA POSZUKUJE ZAGINIONEJ DZIEWCZYNKI

Ochotnicy i funkcjonariusze policji wznowili w piątek poszukiwania dwuletniej dziewczynki zaginionej w rejonie Manson.

We wtorek po południu Sammy Went zniknęła ze swojego domu w Manson i jak dotychczas nie została odnaleziona mimo przeszukania miasta i jego okolic.

„Wierzymy, że znajdziemy Sammy i odwieziemy ją bezpiecznie do domu – powiedział Chester Ellis, szeryf Manson. – W tej chwili zakładamy, że dziewczynka zabłądziła w okolicy”.

Policja nie przypuszcza, że zniknięcie dziecka jest wynikiem przestępstwa, ale nie może niczego wykluczyć. W piątek setki mieszkańców Manson przeszukiwało zalesione obszary otaczające dom rodziny Wentów.

Karen Peady, ochotniczka uczestnicząca w akcji poszukiwawczej, wieloletnia mieszkanka Manson, wyraziła swoje obawy: „Noce są zimne i w okolicy żyje wiele dzikich zwierząt, ale najbardziej przeraża mnie to, że mógł ją porwać mężczyzna. Dobrze jest wierzyć, że niegodziwości współczesnej Ameryki nie dotarły jeszcze do Manson, ale na świecie jest wielu chorych ludzi, nawet w tak małym mieście”.

Ostatnio Sammy miała na sobie żółtą bluzkę z długimi rękawami i niebieskie szorty do spania. Policja prosi o wszelkie informacje mogące pomóc w śledztwie.

Artykułowi towarzyszyła ta sama fotografia, którą pokazał mi James Finn, tylko czarno-biała. Głębokie błękitne oczy Sammy wydawały się czarne, a prześwietlona twarz była biała jak śmierć i prawie pozbawiona wyrazu.

Po krótkim wyszukiwaniu znalazłam w internecie fotografię Jacka i Molly Wentów, rodziców Sammy. Zdjęcie zrobiono kilka dni po zniknięciu dziewczynki przed biurem szeryfa Manson.

Wyglądali na straszliwie zmęczonych, mieli napięte twarze i strach w oczach. Zwłaszcza Molly Went wydawała się zdruzgotana, jakby dusza opuściła jej ciało, które zaczęło funkcjonować niczym automat. Skrzywione wargi sugerowały histerię.

Przyjrzałam się rysom Molly Went, porównując je ze swoimi. Miałyśmy podobne, wydłużone, ostre nosy i ciężkie powieki. Molly wydawała się znacznie niższa ode mnie, ale Jack Went musiał mieć przeszło metr osiemdziesiąt wzrostu. Im dłużej się przyglądałam, tym bardziej dostrzegałam w nich siebie. Patrzyłam na małe, blade uszy Jacka Wenta, sylwetkę Molly Went, szerokie ramiona Jacka, spiczasty podbródek Molly. Trochę DNA z próbki A, trochę z próbki B.

Oczywiście nie miało to żadnego znaczenia. Kiedy czytam horoskopy, czuję się podobnie – są pisane w taki sposób, by każdy znalazł w nich to, co chce.

„Czy pragnę ujrzeć swój obraz w Jacku i Molly Wentach?” – pomyślałam. To pytanie mnie zaskoczyło i wkrótce w moim umyśle pojawiły się następne. Czy oczy Sammy nie mają tego samego głębokiego błękitnego odcienia jak moje i czy te pulchne nóżki nie mogły się zmienić w długie kościste nogi? Gdyby Sammy żyła, byłybyśmy teraz mniej więcej w tym samym wieku.

Czy Jack i Molly Wentowie w dalszym ciągu czekają na rozwiązanie zagadki? Czy każdy telefon albo pukanie do drzwi budzi w nich nadzieję, przerażenie albo gorzkie połączenie jednego i drugiego? Czy widzą twarz Sammy w każdej kobiecie mijanej na ulicy? A może znaleźli sposób, by zapomnieć o stracie córki?

Najważniejsze pytanie ze wszystkich tkwiło na dnie mojej świadomości jak odłamek szkła. Czy Carol Leamy, początkowo pracownica socjalna, a później przez większość swojego życia zawodowego pracująca w dziale kadr firmy sprzedającej i produkującej haczyki do wieszania obrazków, naprawdę byłaby zdolna do…

Powstrzymałam się od snucia dalszych rozważań. Implikacje były zbyt dalekosiężne i, szczerze mówiąc, zbyt absurdalne.

Oderwałam wzrok od laptopa, słysząc głośne chrapanie. Georgia głęboko zasnęła w zielonym fotelu, trzymając kieliszek wina kciukiem i palcem wskazującym. Wzięłam kieliszek, wyłączyłam telewizor i okryłam jej nogi grubą, mechatą narzutą. Z doświadczenia wiedziałam, że prześpi kilka godzin. Obudzi się około trzeciej, skorzysta z toalety i wróci do swojego mieszkania po drugiej stronie korytarza.

Kiedy tej nocy zasnęłam, przyśnił mi się wysoki mężczyzna utkany z cieni. Pojawił się za oknem mojej sypialni i wyciągnął przerażająco długie ręce. Niósł mnie długą, wąską ścieżką wśród wysokich drzew.

MANSON, KENTUCKY

Wtedy

We wtorek trzeciego kwietnia 1990 roku Jack Went opróżnił pęcherz w łazience na piętrze domu. W odległości półtora metra od niego brała prysznic jego żona. Obserwowanie jej przez matową szybę miało w sobie coś symbolicznego. Niewyraźna sylwetka kobiety, którą kiedyś znał. Tak, chyba można tak to określić.

Molly zakręciła wodę, ale została w kabinie.

– Skończyłeś, Jack?

– Prawie. – Umył ręce. – Nie musisz się chować. Wszystko już widziałem.

– W porządku, zaczekam.

Stała w kabinie, lekko przygarbiona. Jej sylwetka kojarzyła się Jackowi z książkami o drugiej wojnie światowej – załamana kobieta ocalona z Holocaustu albo prosta wiejska dziewczyna stojąca na polu pokrytym zwłokami.

Ubranie Molly wisiało na drzwiach łazienki: sweter w odcieniu pastelowego różu i gruba dżinsowa spódnica sięgająca prawie do kostek. M o d a   z i e l o n o ś w i ą t k ow c ó w.

Dawniej, przed narodzinami Sammy, Molly była ciepła i pełna energii, ale teraz wydawała się jakby rozwodniona. Snuła się po domu jak widmo, zamiast żyć. Jack nic z tego nie rozumiał. Nie musiała pracować, bo apteka przynosiła spore zyski; miała troje pięknych dzieci i wsparcie swojego Kościoła, a jednak z jakiegoś powodu dręczył ją smutek.

Molly odsunęła zasłonę prysznica o kilka centymetrów i wyjrzała. Jej barki pokrywała gęsia skórka.

– Idź już, kochany. Zimno mi.

– Idę, idę – odpowiedział, po czym wyszedł na korytarz i zamknął za sobą drzwi.

Dwójka dzieci Wentów gapiła się na parterze w telewizor, oglądając jeden z odcinków Wojowniczych żółwi ninja. Żadne nie pozdrowiło Jacka. Stu, barczysty dziewięciolatek, dostał kataru. Siedział z pudełkiem chusteczek higienicznych przykryty wełnianym kocem i z nieszczęśliwą miną gapił się w ekran.

– Lepiej się czujesz, chłopcze? – spytał Jack i dotknął wierzchem dłoni czoła syna. Stu nie odpowiedział. Patrzył jak zahipnotyzowany na żółwie.

Sammy, dwulatka o wyglądzie aniołka, również obserwowała film, ale wydawała się także zainteresowana starszym bratem. Zerkała to na kreskówkę, to na Stu. Kiedy Michelangelo zażartował i Stu się roześmiał, ona również się roześmiała, naśladując ton i rytm jego głosu. Kiedy Shredder wymyślił jakiś złośliwy plan i Stu jęknął, Sammy także jęknęła.

Jack cicho wyszedł z pokoju, nie chcąc mącić domowego szczęścia.

Jego najstarsza córka, Emma, jadła w kuchni płatki zbożowe. Trzymała rękę wokół miski; wyobrażała sobie, że tak spożywają posiłki więźniowie.

„Tak wyobraża sobie nasz dom? – pomyślał Jack. – Jako więzienie, w którym odsiaduje wyrok?” Sam miał czasem podobne wrażenie.

– Dzień dobry, kochanie – powiedział i zaczął przygotowywać kawę. – Wczoraj wpadł do apteki trener Harris. Powiedział, że znowu miałaś okres i nie mogłaś uczestniczyć w zajęciach z wychowania fizycznego. Przynieść ci naproksen?

Emma prychnęła.

– Moim zdaniem to niestosowne, by dwaj dorośli mężczyźni rozmawiali o moim okresie.

– Zwalnianie się z wuefu z tego powodu to przecież banał, prawda?

– Nie banał, tylko klasyka, tato. Poza tym Harris to zboczeniec. Zawsze każe nam się wspinać na liny, żeby zaglądać nam do majtek. Ach, coś mi się przypomniało, musisz to podpisać.

Wsunęła rękę do tornistra i wyjęła kartkę papieru.

– „Zgoda na uczestnictwo w zajęciach na temat ewolucji” – przeczytał Jack. – Trzeba mieć teraz zgodę rodziców na udział w lekcjach biologii?

– Tak, kiedy połowa uczniów to zasrane zielonaki.

– Widziała to twoja matka? – spytał, zniżając głos.

– Nie.

Wyjął długopis z kieszeni na piersi i szybko podpisał zgodę.

– Nie musimy jej mówić. I niech matka cię nie przyłapie na używaniu słów na literę Z.

– Zasrane?

– Zielonaki.

Emma złożyła kartkę i schowała do tornistra.

Teoretycznie Jack i Molly byli członkami Kościoła Wewnętrznej Światłości – Molly się nawróciła, a rodzice Jacka należeli do Kościoła – jednak Molly traktowała religię znacznie poważniej od męża. Uczestniczyła we wszystkich trzech nabożeństwach w tygodniu. Było to typowe dla wyznawców, którzy odnaleźli wiarę w drugiej połowie życia: zwykle starali się wypełnić pustkę.

Jack odsunął się od Kościoła jako nastolatek i przestał uczestniczyć w nabożeństwach po narodzinach Emmy. Twierdził, że ze względów bezpieczeństwa: członkowie Kościoła Wewnętrznej Światłości, podobnie jak wielu innych fundamentalistycznych zielonoświątkowców, w czasie ceremonii religijnych brali do rąk jadowite węże i połykali trucizny – nie jest to zdrowe dla dzieci. Jack zostawał w domu i opiekował się Emmą, a na nabożeństwa chodziła Molly. W dalszym ciągu twierdził, że jest członkiem Kościoła, by Molly go nie opuściła, a rodzice nie wydziedziczyli – choć czasem obie te możliwości nie wydawały się takie złe – jednak w gruncie rzeczy już dawno stracił wiarę.

Molly zeszła na parter ubrana w różowy sweter o pastelowym odcieniu.

– Dzień dobry, Em.

Emma mruknęła coś w odpowiedzi.

– Trener Harris mówił ojcu, że wymigujesz się od wuefu pod pozorem okresu.

– Tata wygłosił mi już kazanie na ten temat, więc możesz dać spokój.

– Mam nadzieję, że ci powiedział, że kłamstwo to grzech i w tej chwili nauka to najważniejsza rzecz w twoim życiu.

– Jezu, znowu zaczynasz.

– Em! – Molly uderzyła pięścią w blat kuchenny. – „Każde bowiem drzewo poznaje się po jego owocu”1. „Z obfitości serca mówią usta jego”2. „Nie nadużywaj imienia Pana, Boga twojego”3.

– Nie szanujesz wiary – dokończyła Emma zmęczonym, monotonnym głosem. – Słowa świadczą o naszej miłości do Boga i o tym, kim jesteśmy. Rozumiem, dziękuję. – Wstawiła talerz do zlewu. – Muszę iść. Umówiłam się z Shelley.

Wzięła tornister, przebiegła z tupotem przez kuchnię w brudnych trampkach marki Converse i zniknęła za drzwiami.

– Szkoda, że mnie nie wsparłeś – rzekła Molly do Jacka.

– Uważałem, że dobrze sobie radzisz. – Objął ją ramieniem i próbował nie zwracać uwagi na to, że zesztywniała, gdy poczuła dotyk jego ręki.

– Martwię się o nią, Jack.

– Nie jest jeszcze zagubioną owieczką – odparł. – Najwyżej trochę zagubioną. Pamiętasz, jaka byłaś w jej wieku? Poza tym wkrótce przestanie mnie lubić. Czytałem gdzieś, że kiedy dziewczęta wchodzą w okres dojrzewania, coś się zmienia w ich mózgu i instynktownie nienawidzą zapachu ojca. To podobno coś związanego z ewolucją, co zapobiega kazirodztwu.

Molly zrobiła kwaśną minę.

– Kolejny powód, by nie wierzyć w ewolucję.

Sammy szarpnęła Jacka za nogawkę spodni. Weszła do kuchni, kolebiąc się i ciągnąc za sobą pluszową małpkę.

– Tato – wysepleniła. – Kadzirodztwo?

Molly się roześmiała. Dobrze było słyszeć jej śmiech.

– Zabawne. Muszę sprawdzić, co robi Stu.

Kiedy Molly opuściła kuchnię, Jack wziął córkę na ręce i przysunął jej twarz do swojej twarzy. Pachniała świeżym talkiem.

– Kadzirodztwo? – powtórzyła Sammy.

– Kadzidło – odparł Jack. – No wiesz, jak w kościele.

Apteka Wentów, źródło utrzymania rodziny, znajdowała się na rogu Main Street i Barkly Street, w środku dzielnicy handlowej Manson. Obok można było przejść na skróty między dużym parkingiem a Main Street, co oznaczało, że zawsze mija ją wielu ludzi. Wszyscy chorowali i interes świetnie prosperował.

Kiedy pojawił się Jack, za ladą stała Deborah Shoshlefski i pakowała zakupy jednego z klientów. Deborah była najmłodszą i najbardziej godną zaufania ekspedientką Jacka, zaniedbaną dziewczyną z szeroko rozstawionymi oczami, które sprawiały, że wydawała się nieustannie zdziwiona.

– Dzień dobry, szefie. Jest mnóstwo recept do realizacji. Są na pańskim szpikulcu.

– Dzięki, Debbie.

Przewróciła oczami, roześmiała się i zwróciła się do klienta:

– Wie, że nie znoszę, gdy ktoś nazywa mnie Debbie, więc przy każdej okazji tak się do mnie zwraca.

Jack uśmiechnął się do niej grzecznie i wszedł za ladę. Ledwie zapiął biały fartuch, gdy chwyciła go za ramię koścista ręka.

– Okropnie bolą mnie stawy, Jack – zaświszczał starczy głos. Graham Kasey mieszkał w Manson od wieków i wydawał się stary nawet w czasach, gdy Jack był podrostkiem. Miał luźną sztuczną szczękę i straszliwie rzęził, podobnie jak dziadek Jacka w ostatnich latach życia. – Nie mam pojęcia, za co przeżywam te męki. Twoje lekarstwa nie działają, Jack. Daj mi coś mocniejszego niż to gówno. – Uniósł puste opakowanie po Pain-Away, maści mającej zapobiegać bólom reumatycznym.

– Byłeś u lekarza, Graham?

– Spodziewasz się, że pojadę aż do Coleman tylko po to, żeby doktor Arter wysłał mnie tutaj z kawałkiem papieru? Wiem, że masz to, czego mi potrzeba.

– Nie handluję narkotykami. Kto mówi, że musisz jeździć aż do Coleman? W Manson jest doktor Redmond.

– Doktor Redmond i ja się nie dogadujemy.

Jack dyskretnie mrugnął do Deborah, która zaśmiała się w odpowiedzi. Graham Kasey z pewnością wolałby przejechać trzydzieści kilometrów do Coleman swoim starym statesmanem, zużywającym mnóstwo benzyny, niż iść do doktor Redmond, kobiety, a do tego Murzynki.

– Przykro mi, Graham. Nie wypisuję recept, tylko je realizuję.

W trakcie całej rozmowy Graham nie puszczał ramienia Jacka. Jego zimne, kościste palce przypominały martwe białe gąsienice.

– Nie wiesz, że starszym należy się szacunek?

– To niezgodne z prawem.

– Och, gadaj zdrów. Wiem, jak to się robi, Jack. Możesz spisać na straty wszystko, co masz za ladą. Leki bez przerwy się gubią. Nie można ich znaleźć, zjadają je szczury, upływa termin ważności…

– Skąd możesz to wiedzieć?

– No cóż, powiedzmy, że Sandy nie była taka cholernie skrupulatna, gdy prowadziła interes.

Kiedy Jack usłyszał imię matki, poczuł, że jeżą mu się włosy na głowie. Aptekę Wentów otwarto dwa lata przed jego urodzeniem, o czym codziennie przypominał mu szyld nad wejściem: „APTEKA WENTÓW, ZAŁOŻONA W 1949 ROKU”. Zaczął w niej pracować na pełny etat cztery lata po ukończeniu college’u, ale nigdy nie czuł, że naprawdę należy do niego.

Nie pomagało to, że matka – również farmaceutka, oficjalnie na emeryturze – wpadała co drugi tydzień pod pretekstem konieczności zakupu fiolki aspiryny albo ogromnego opakowania papieru toaletowego. Chodziła między regałami i mówiła rzeczy w rodzaju: „Och, dlaczego postawiłeś leki antyhistaminowe właśnie tutaj?!”. Pewnego razu przeciągnęła nawet palcem po jednej z tylnych półek w poszukiwaniu kurzu niczym sztywna brytyjska niania mająca manię na punkcie czystości.

Graham musiał zauważyć groźne błyski w oczach Jacka, bo zmiękł i w końcu puścił jego ramię. Na skórze pozostały blade ślady palców.

– Och, cholera, wezmę jeszcze jedno opakowanie tego kociego gówna.

Jack się uśmiechnął i poklepał Grahama po plecach. Mógłby przysiąc, że ze swetra staruszka uniósł się kurz.

– Słyszałaś, Debbie – powiedział. – Jedno opakowanie kociego gówna dla pana Grahama. Włóż je do torebki.

– Już się robi, szefie.

Jack wrócił do swojego maleńkiego gabinetu, by realizować recepty, ale ciągle nie mógł się uspokoić. Graham Kasey dotknął starej rany i teraz Jack był zirytowany.

„Dorosły mężczyzna z problemami związanymi z matką – pomyślał. – Czy to nie banał?”

„Nie banał, tylko klasyka” – usłyszał głos córki.

Usiłował się skupić na pracy, ale kiedy zdjął ze szpikulca pierwszą receptę, rozdarł ją prawie na pół. Na szczęście najważniejsze słowa były w dalszym ciągu czytelne: „Andrea Albee, fluoksetyna, dawka podtrzymująca”.

Wziął niewielki plastikowy kubeczek, ruszył wśród wysokich regałów z lekarstwami, po czym wrócił do biurka z prozakiem Andrei Albee i uruchomił ogromny komputer stojący na blacie. Maszyna brzęczała, wyraźnie się męcząc. Kilka minut później pojawił się czarny ekran z zieloną listą folderów. Jack znalazł fluoksetynę i kazał wydrukować działania uboczne, by przykleić je do buteleczki.

Drukarka dygotała i rzęziła, wyrzucając z siebie listę. „Pokrzywka, niepokój, dreszcze, gorączka, senność, arytmia, konwulsje, przesuszona skóra, suchość w ustach”. Czy Andrea Albee jest naprawdę aż tak smutna? Czy te ogłupiające tabletki są naprawdę warte tych wszystkich działań ubocznych (właśnie o to chodzi: wbrew obiegowej opinii prozak nie czyni nikogo szczęśliwym ani lepszym)?

W drzwiach gabinetu Jacka pojawiła się głowa Deborah.

– Telefon do pana, szefie. Chce go pan odebrać u siebie?

– Dziękuję, Deborah.

Jej oczy stały się większe niż zwykle.

– Nie nazwał mnie pan Debbie!

Jack uśmiechnął się w ten sam sposób jak do Grahama Kaseya, a Deborah przełączyła rozmowę na aparat na jego biurku.

– Jack Went, słucham?

– Cześć, Jack. – Natychmiast rozpoznał głos. – Masz ochotę na lunch?

O drugiej po południu Jack zatrzymał się na parkingu na wschodnim krańcu jeziora Merri i czekał oparty o swojego buicka reattę w wersji kabriolet – Emma czule nazywała samochód ojca mobilnym kryzysem wieku średniego. Parking, oddzielony od autostrady czterystumetrowym pasem gęstych krzewów, był prawie zawsze pusty, nawet gdy wiosną ludzie znowu pojawiali się nad wodą.

Dziesięć minut później przyjechał furgonetką firmy sprzątającej Travis Eckles. Wysiadł w luźnym białym kombinezonie roboczym, przejrzał się w przedniej szybie i poprawił zmierzwione włosy. Miał pod okiem wielkiego fioletowego siniaka.

– Co ci się stało, do licha?! – spytał Jack.

Travis delikatnie dotknął zranionego miejsca i natychmiast się skrzywił.

– Nie jest tak źle, jak wygląda.

Jack ujął głowę Travisa i obejrzał siniaka. Opuchlizna sprawiła, że Travis wyglądał jak bandyta. Jego starszy brat został skazany za pobicie.

– Boli cię? Chcesz trochę ibuprofenu?

Travis wzruszył ramionami.

– Nie, wszystko w porządku.

– Zrobiła ci to Ava?

Travis zignorował pytanie, co sugerowało, że to prawda.

Ava Eckles była matką Travisa, zwariowaną alkoholiczką, która od czasu do czasu miewała napady szału. Jeśli wierzyć plotkom, w dawnych czasach spała z połową mężczyzn w Manson.

Ojciec Travisa służył jako szeregowiec w Siłach Powietrznych i znajdował się na pokładzie helikoptera CH-53 Sea Stallion, który w 1983 roku rozbił się w czasie ćwiczeń na południowo-wschodnim wybrzeżu Karoliny Północnej. Wszyscy obecni na pokładzie zginęli.

Travis miał starszego brata Patricka, który w tej chwili odsiadywał w więzieniu w Greenwood wyrok za pobicie. Kuzyni Ecklesów nie kończyli studiów, handlowali narkotykami i miewali konflikty z prawem.

„Ładna rodzinka”, pomyślał Jack. Jednak Travis był w porządku. Miał dwadzieścia dwa lata i w dalszym ciągu mógł się wyrwać z Manson. Chociaż posada sprzątacza nie jest niczyim marzeniem, uczciwie pracował za przyzwoite pieniądze. Bywał szorstki i niemiły, jednak czasem był serdeczny i zabawny. Znało go od tej strony niewielu ludzi.

Travis odsunął boczne drzwi furgonetki. Duży czerwony napis „SPRZĄTANIE Z PASJĄ” zmienił się w „SPSJĄ”. Odstąpił na bok.

– Ty pierwszy.

Jack spojrzał na jezioro. Wiecznie zielone krzaki od strony Coleman kołysały się w silnym wietrze, ale woda była nieruchoma i pusta. Byli sami. Wszedł do furgonetki; Travis podążył za nim i zasunął drzwi. We wnętrzu samochodu było ciepło. Travis opuścił do pasa kombinezon, a Jack rozpiął spodnie.

MELBOURNE, AUSTRALIA

Teraz

Dom mojej siostry znajdował się w labiryncie identycznych budynków na przedmieściu Caroline Springs. Byłam tam już co najmniej kilkanaście razy, ale nie miałam pewności, czy jestem we właściwym miejscu, dopóki Amy nie wybiegła mi na spotkanie.

– Co się stało?! – zawołała. – Co się dzieje?! Wszystko w porządku?!

– O czym ty gadasz? Nic się nie stało. Kto mówi, że coś się stało?

– Kiedy zobaczyłam cię przed drzwiami… Nie wiedziałam, że przyjedziesz… Przepraszam… Chyba zawsze spodziewam się najgorszego.

– Oj, nie mogę po prostu odwiedzić siostry?

– Nie ty, Kim. Nigdy po prostu nie wpadasz z wizytą.

Teatralnie przewróciłam oczami, bo nie chciałam przyznać, że Amy ma rację – choć oczywiście miała. Jestem z natury samotniczką. Bardzo dobrze czuję się sama, siedząc w domu i czytając książki albo spacerując przez godzinę po supermarkecie, by odnaleźć idealny makaron w formie wstążek.

Siostra była pięć lat młodsza ode mnie, miała sympatyczną, owalną buzię i pulchne ciało. „Zaokrąglenia we wszystkich właściwych miejscach”, jak mawiała nasza matka. Wydawało się, że nasze geny postanowiły nadać nam zupełnie inne kształty. Nikt nie zatrzymywał jej w szkole na korytarzu i nie rzucał: „Przepraszam, ale chyba założyłaś cycki do tyłu”.

Z formalnego punktu widzenia Amy i ja byłyśmy jedynie siostrami przyrodnimi. Jej ojciec (a mój ojczym) poznał moją matkę, gdy miałam dwa lata. Amy przyszła na świat, kiedy skończyłam pięć lat. Jednak niezależnie od kwestii genetycznych nie uważałyśmy się za siostry przyrodnie. Amy była moją prawdziwą siostrą, na dobre i na złe.

Dean mieszkał z nami tak długo, że stał się prawdziwym ojcem. Nigdy nie poznałam swojego biologicznego ojca, więc oczywiście nie miałam żadnego materiału do porównań.

– Ciocia Kim! – Przez otwarte drzwi frontowe wybiegła na trawnik moja trzyletnia siostrzenica, trzymając dwa palce w buzi. Trawa była mokra i natychmiast przemoczyła sobie skarpetki, ale nie zwolniła. Chwyciłam ją pod pachy, uniosłam i odwróciłam do góry nogami. Piszczała z zachwytu i chichotała, aż z nosa pociekły jej smarki.

Postawiłam Lisę na schodach, ona zaś wbiegła do domu, zostawiając mokre ślady na drewnianej podłodze. W domu jak zwykle panował straszliwy bałagan. W zlewie stały stosy brudnych naczyń. W całym holu walały się zabawki mojej siostrzenicy, na kanapie w salonie leżały kolorowe kredki, a w zagnieceniach materiału było pełno resztek kredy i okruchów jedzenia.

Nowiutki pięćdziesięciodwucalowy telewizor był nastawiony na pełny regulator. Lisa wpatrywała się w niego jak zahipnotyzowana. Stała niespełna trzydzieści centymetrów od ekranu i patrzyła z otwartymi ustami, jakby postacie z kreskówki zdradzały wszystkie tajemnice wszechświata.

Na środku salonu zauważyłam rozdarte opakowanie z Ikei. Widać w nim było zwariowaną plątaninę płyt z taniego sosnowego drewna i plastikowych kątowników.

Gdybym przeżyła choćby jeden dzień tak jak Amy, nadmiar bodźców zniszczyłby mi umysł, ale wydawało się, że moja siostra lubi bałagan.

– To ta przeklęta skrzynia na zabawki do pokoju Lisy – wyjaśniła, unosząc metalowy kątownik i obracając go w dłoniach, jakby było to jakieś tajemnicze znalezisko archeologiczne. – To znaczy kiedyś będzie skrzynią na zabawki… w bardzo odległej przyszłości.

– Pomóc ci ją zmontować?

– Nie, poproszę Wayne’a, żeby skończył. Nie obchodzi mnie, że uważa mnie za idiotkę. Kawy?

– Jasne.

Amy parzyła kawę w przyległej do salonu kuchni i przez całe pięć minut opowiadała o skrzyni na zabawki. Przekrzykując ekspres, mówiła, ile kosztowała, w którym dziale Ikei ją znalazła i jak powinna wyglądać po zmontowaniu; opisała skomplikowany ciąg decyzji, które doprowadziły do zakupu. Nie przestawała gadać, a ja czekałam w salonie. Mogłabym wyjść z pokoju, skorzystać z toalety i wrócić; nawet by tego nie zauważyła. Wykorzystałam czas na oglądanie półek z książkami, szukając albumów fotograficznych.

Szczególnie interesował mnie gruby różowy album z dużym fioletowym napisem „NAJWCZEŚNIEJSZE WSPOMNIENIA” na okładce. Należał do matki i powinien zostać w mieszkaniu Deana, jednak po śmierci mamy Amy dostała hopla na punkcie zdjęć z dzieciństwa.

Fotografie były główną przyczyną mojej wizyty. Zeszłego wieczoru prawie uwierzyłam, że mogę być dzieckiem na zdjęciu Jamesa Finna, i miałam wielką ochotę obalić jego hipotezę.

Na półce stały płyty DVD, czasopisma, oprawiony w ramki odlew dwóch maleńkich stópek z podpisem: „Lisa, 6 miesięcy”… ale nie było albumów.

– Czego szukasz? – spytała za moimi plecami Amy. Podała mi filiżankę czarnej kawy. – Mleko się skończyło.

– Mogę wypić bez mleka. Niczego nie szukam. Po prostu patrzę.

– Kłamiesz.

„Niech to diabli”, pomyślałam. Amy od dzieciństwa potrafiła wyczuć, że coś ukrywam. Miała do tego talent graniczący z jasnowidzeniem. Rankiem, gdy wróciłam do domu po utracie dziewictwa z Rowanem Kiplingiem, powiedziałam rodzicom, że spędziłam noc w domu mojej przyjaciółki Charlotte. Jedenastoletnia Amy spojrzała na mnie znad miski płatków zbożowych i rzekła: „Kłamie”.

Mama i Dean przyjęli, że Amy wie coś, o czym nie mają pojęcia, po czym zaczęli mnie wypytywać, aż cała ta przeklęta historia wyszła na jaw. Nie chodziło o to, że nie umiem łgać – Amy była po prostu chodzącym wykrywaczem kłamstw.

Westchnęłam i powiedziałam prawdę:

– Szukam albumu z fotografiami z dzieciństwa.

Amy wydała kląskający dźwięk; robiła to już jako mała dziewczynka, kiedy się nad czymś zastanawiała. Wilgotny dźwięk na chwilę przeniósł mnie do mojej sypialni przy Greenlaw Street numer czternaście. Wspomnienie było mgliste i fragmentaryczne, brakowało mu kontekstu jak blaknącemu snowi. Jednak wyraźnie widziałam Amy w wieku czterech albo pięciu lat w różowej piżamie w zielone paski. Wchodziła do mojego łóżka, a ja unosiłam kołdrę, by ją wpuścić.

Kiedy wspomnienie odpłynęło, pozostał ciężki smutek.

– Albumy z fotografiami prawdopodobnie są gdzieś w garażu – powiedziała. – Jeszcze nie rozpakowaliśmy do końca rzeczy, które tam trzymamy, jeśli możesz w to uwierzyć. Pół roku po przeprowadzce. Powinien się tym zająć Wayne, ale kiedy o tym mówię, tylko wzdycha. Znasz ten dźwięk – przypomina odgłos powietrza uchodzącego z przedziurawionej opony. Jakbym go prosiła o nerkę.

– Masz ten album?

– Dlaczego jest ci potrzebny?

– Może to zabrzmieć dziwnie, ale to tajemnica.

Amy popijała kawę i szukała w mojej twarzy ukrytych wskazówek albo nadnaturalnego sygnału, który zwykle pozwalał jej przyłapać mnie na kłamstwie. W końcu rozbłysły jej oczy.

– Ma to coś wspólnego z moimi urodzinami? Wayne wspominał ci o kolażach fotograficznych, które widzieliśmy w centrum handlowym? Zapomnij o tym. Nic mi nie mów. Chcę, żeby to była niespodzianka. Chodź za mną.

Garaż pachniał starą farbą i alkoholem metylowym. Amy znalazła w mroku sznur lampy i w górze rozbłysła świetlówka. Popatrzyłam na zagracone pomieszczenie z niskim sufitem.

Pod najdalszą ścianą, obok małej czerwonej hondy jazz Amy, stało kilka rzędów pudeł. Przez następne czterdzieści minut po kolei je wyciągałyśmy; stawialiśmy na niewielkim wolnym skrawku betonowej podłogi i przeglądałyśmy zawartość.

Większość pudeł zawierała zbieraninę przypadkowych rzeczy: rachunki za elektryczność sprzed roku, zwitek przeterminowanych talonów, postrzępiony fartuch, obtłuczoną ceramiczną popielniczkę z angielską monetą jednopensową w środku, reklamówkę wypełnioną magnesami, którą Amy radośnie wyrwała mi z rąk i powiedziała: „Właśnie ich szukałam”.

W jednym z pudeł znajdowały się moje stare fotografie. Wiele było żenująco podobnych do tych, które poprzedniego dnia prezentowali moi studenci. Znalazłam cykl zdjęć z pierwszego roku na uniwersytecie zatytułowany Blizny: fizyczne i emocjonalne. Amy umieściła wszystko w jednym folderze. Przejrzałam fotografie i żachnęłam się – bardziej przypominały projekt gimnazjalistki niż studentki.

Jedno ze zdjęć przedstawiało niewielką bliznę na małym palcu mojej nogi, gdzie zraniłam się pewnego lata, wychodząc z basenu przyjaciółki, a inne – nierówną szramę na udzie Amy, która skaleczyła się w czasie upadku z roweru górskiego. Kolejne przedstawiało brzydkie oparzenie na dłoni mojej matki i przybladły ślad po zajęczej wardze mojej dawnej współlokatorki. Dalej następowało kilka fotografii osób, które wydawały się smutne, odrzucone albo rozgniewane. Był to pretensjonalny, całkowicie pozbawiony oryginalności projekt mający zmusić widzów do oglądania blizn psychicznych i fizycznych.

– Och, a jak tam z Frankiem? – spytała Amy, przeglądając stare świadectwo szkolne.

– E tam.

– Co masz na myśli?

– Przestaliśmy się spotykać.

– Dlaczego? – spytała cienkim, jękliwym głosem.

– Tak po prostu, no wiesz. Nie kochaliśmy się.

– Jesteś zbyt wybredna, Kim, sama dobrze o tym wiesz. I masz coraz mniej czasu, żeby urodzić dziecko.

Amy bardzo ceniła macierzyństwo. Rodzenie dzieci było jedynym celem jej życia. Wraz ze swoim narzeczonym Wayne’em natychmiast postarali się o Lisę i już planowali drugie dziecko. Jednak ja nigdy nie miałam ochoty na rodzenie dzieci.

W końcu, w dziewiątym albo dziesiątym pudle, znalazłyśmy albumy z fotografiami rodzinnymi i usiadłyśmy po turecku na podłodze, żeby je przejrzeć. Każdy miał tytuł wypisany dużymi literami w kolorze, który w jakiś sposób pasował do tematu zdjęć. „WAKACJE W PERTH ’93” były czarno-żółte podobnie jak czarny łabędź na żółtym tle przedstawiony na fladze stanu Australia Zachodnia. „NOWY DOM”, kronika przeprowadzki mamy i Deana ze starego domu przy Osborne Avenue do mniejszego, lecz nowszego domu na Benjamin Street, napisano niebieskimi i zielonymi literami: niebieskimi na pamiątkę schodków na werandę domu na Osborne Avenue, a zielonymi na cześć ścian sypialni w domu przy Benjamin Street. Humorystyczny tytuł „NASZE PIERWSZE WESELE” wykaligrafowano jasnopomarańczowym kolorem – o barwie sukni noszonej przez matkę w tym wielkim dniu.

Można by przyjąć, że to moja matka starannie dobierała kolory i podpisywała każde zdjęcie, jednak robił to Dean. Nawet przed jej śmiercią miał obsesję na punkcie fotografii, katalogował i opisywał każde wspomnienie, by je zachować dla potomności.

Amy natychmiast chwyciła album ze zdjęciami z wesela. Przewracała strony ze smutnym uśmiechem, przyglądając się twarzy Carol.

Na dnie pudła znalazłam gruby różowy album „NAJWCZEŚNIEJSZE WSPOMNIENIA” z tytułem napisanym tym samym odcieniem fioletu, jaki miał mój zagłówek w dzieciństwie. W środku znajdowały się zdjęcia z moich przyjęć urodzinowych, wakacji, świąt Bożego Narodzenia, wszystko zagubione w czasie. Była tam moja fotografia w starym mieszkaniu sprzed narodzin Amy: uśmiechałam się szeroko na tle brzydkiej żółtej tapety pokrywającej ściany we wszystkich pokojach. Inna ukazywała mój pierwszy dzień w przedszkolu; matka trzymała mnie za rękę i uśmiechała się.

Po przejrzeniu jednej trzeciej albumu natrafiłam na zdjęcie pogodnej, pulchnej dziewczynki, która patrzyła na mnie przez plastikową koszulkę fotografii. Stała na płytkim końcu basenu hotelowego, ubrana w luźny strój kąpielowy. Wydawała się nieco zamyślona i mądra. Pod zdjęciem znajdował się schludny, czarny podpis: „Kim, 2 lata”. Niewyraźnie pamiętałam tamten dzień na basenie, kiedy Dean zaniósł mnie na barana na głęboką wodę.

Reszta stron była pusta. Nie było żadnych fotografii z okresu mojego niemowlęctwa ani innych sprzed ukończenia trzech lat. Nie spodziewałam się niczego innego. Mój biologiczny ojciec nie był miłym człowiekiem – tak to określiła matka w czasie jednej z nielicznych rozmów na jego temat. Opuściła go w pośpiechu z dzieckiem pod pachą i z torbą na ramieniu, nie miała czasu ani miejsca na zabieranie fotografii z dzieciństwa. Ta opowieść brzmiała teraz jak podejrzana wymówka.

– Nic ci nie jest? – spytała Amy. – Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha.

W istocie tak się stało. Każdą z moich fotografii z dzieciństwa zaczął nagle nawiedzać duch Sammy Went. Nawet przed wyświetleniem w komórce fotografii Sammy wiedziałam, że nie jest to tylko przypadkowe podobieństwo. Głębokie błękitne oczy, ciemne włosy, wargi zaciśnięte w uśmiechu, okrągły podbródek, duży nos, małe białe uszy… Nie był to dziwaczny zbieg okoliczności – albo Sammy była moim sobowtórem, albo patrzyłam na fotografie tego samego dziecka.

Dlaczego wcześniej tego nie zauważyłam? Czy po prostu nie pamiętałam swojego wyglądu w dzieciństwie, czy nie byłam gotowa dostrzec podobieństwa? Czy teraz jestem gotowa?

– Jezu, Kim, o co właściwie chodzi?!

– Amy, przyjechałam do ciebie, żeby porównać swoje fotografie z dzieciństwa ze zdjęciem dziewczynki, która zaginęła w Ameryce w latach dziewięćdziesiątych.

– Zaczekaj. Więc nie robisz kolażu fotograficznego na moje urodziny?

Zamknęłam oczy, zaczerpnęłam tchu i zaczęłam od początku. Siedząc po turecku na podłodze garażu, otoczona kartonowymi pudłami, czując zapach starej farby i metanolu, otworzyłam drzwi do świata Sammy Went i zaprosiłam Amy do środka.

Słuchała w milczeniu z chłodnym wyrazem twarzy, który nie zdradzał jej uczuć. Kiedy skończyłam, zamrugała jak sowa, zastanawiając się nad moimi słowami. Później się roześmiała. Nie był to krótki śmieszek albo chichot, tylko głośny wybuch śmiechu. Przyłożyła dłoń do brzucha, odrzuciła głowę do tyłu i zaśmiewała się, parskała, rżała.

– Więc powiedz jasno: uważasz, że mama – kobieta, która beczała jak małe dziecko po śmierci konia w Niekończącej się opowieści – była porywaczką?! A ty jesteś dziewczynką, którą porwała?! Uprowadziła cię gdzieś w Ameryce i wychowała jako własne dziecko? I nigdy nie zdradziła prawdy, nawet na łożu śmierci.

– Nie wiem…

– Może kupiła cię na czarnym rynku? Brzmi to sensownie, jeśli się nad tym zastanowić. Och, a może opuściła się do twojej kołyski w uprzęży jak Tom Cruise albo wyszkoliła psa dingo, żeby…

Pokazałam jej komórkę. Urwała, patrząc na fotografię Sammy Went. Wzięła ode mnie telefon i przez długą minutę wpatrywała się w ekran. Jej uśmiech szybko zbladł.

– Cholera, Kim…

– Tak, cholera.

– Co dokładnie powiedział ten facet? – Ściskała komórkę tak mocno, że myślałam, że ją zmiażdży. – Jak cię znalazł? Jakie ma dowody?

– Nie wiem. Nie dałam mu czasu, żeby cokolwiek wytłumaczył. Myślałam, że to wariat.

Amy wyrzuciła z siebie kilka kolejnych przekleństw, mówiąc coraz bardziej nerwowym tonem, po czym spytała:

– Masz ochotę na jointa?

Zostawiłyśmy Lisę przed telewizorem i usiadłyśmy na schodkach na tyłach domu. Podwórko Amy było małe i wypielęgnowane. Niebieską plastikową piaskownicę wypełniała woda deszczowa, a piasek zmienił się w błoto. Szare, pozbawione okien ściany domów sąsiadów po obu stronach ogrodzenia zasłaniały połowę nieba.

Amy zapaliła jointa, zaciągnęła się głęboko i podała mnie.

– To oszustwo. Właśnie o to chodzi.

– Na czym miałoby polegać oszustwo? – spytałam. – Nie prosił mnie o pieniądze, dane osobowe ani…

– Jeszcze się przekonasz. Prawdopodobnie ukradł tę fotografię.

– Nigdy wcześniej jej nie widziałyśmy.

– Może sam ją zrobił, sama nie wiem.

– Dwadzieścia osiem lat temu? Kiedy miałam dwa lata? W jakim był wtedy wieku? A potem czekał wiele lat, by dokonać najbardziej rozciągniętego w czasie przekrętu w historii?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Ewangelia św. Łukasza, VI, 44. Wszystkie cytaty z Biblii pochodzą z: Biblia to jest Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Nowy przekład z języków hebrajskiego i greckiego opracowany przez Komisję Przekładu Pisma Świętego, Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne, Warszawa 1985 (przyp. tłum.). [wróć]

Ewangelia św. Łukasza, VI, 45. [wróć]

Druga Księga Mojżeszowa, XX, 7. [wróć]