Wydawca: Relacja/Mamania Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 375 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziecko z bliska - Agnieszka Stein

Pierwsza polska książka o rodzicielstwie bliskości. „Dziecko z bliska” kompleksowo opisuje relacje w rodzinie, nawiązywanie i utrzymywanie więzi między rodzicami a dziećmi i pomiędzy rodzeństwem.


• Jak pomóc dziecku rozpoznawać i wyrażać emocje?
• Czy karać, czy nagradzać?
• Jak i gdzie postawić granice?
• Konsekwentnie zabraniać czy czasem pozwolić?
• Jak nie zapomnieć o własnych potrzebach?

 

Agnieszka Stein, ceniona przez polskich rodziców psycholog dziecięca proponuje inspirującą koncepcję trzech R:

RELACJA – nawiązanie i dbanie o dobrą więź pomiędzy dorosłymi a dziećmi;
REGULACJA – rozwiązywanie trudnych sytuacji wychowawczych; nauka samoregulacji emocji;
ROZWÓJ – wsparcie dziecka w rozwoju; rozwój osobisty dzięki obcowaniu z dziećmi.

 

O książce:

 

Książka Agnieszki Stein jest unikalna. Mądra, choć się nie mądrzy. Praktyczna, a przecież nie pokazuje jedynej „właściwej” drogi. Pełna szacunku zarówno dla dzieci, jak i rodziców. „Dziecko z bliska” pokazuje, że jesteśmy istotami społecznymi, a nasze
człowieczeństwo spełnia się w bliskich relacjach z innymi ludźmi. Jednak relacje możemy tworzyć tylko wtedy, gdy zaufamy innym.
A zaufania uczymy się od pierwszych chwil życia. Agnieszka Stein wie, że „najważniejsze sprawy świata decydują się w dziecinnym pokoju”.


Justyna Dąbrowska, psycholog, redaktorka naczelna magazynu „Dziecko”

Opinie o ebooku Dziecko z bliska - Agnieszka Stein

Cytaty z ebooka Dziecko z bliska - Agnieszka Stein

maniery, punktualność i pracowitość. Posłuszeństwo w połączeniu z grzecznością tak naprawdę budzi największe moje obawy. Dzieci, które słuchają się innych zamiast korzystać z własnego serca i rozumu, narażone są na to, że kiedy zmniejszy się wpływ rodziców i ich miejsce zajmują rówieśnicy, nie będą potrafiły dokonywać mądrych i bezpiecznych wyborów oraz odmawiać, kiedy coś im nie służy. Kiedy dzieci zmieniają się w dorosłych, nie ma znaczenia, ile czasu zajmowało im zakładanie butów. Albo ile lat miały, kiedy nauczyły się liczyć do dziesięciu.
Dziecko rodzi się jako wyjątkowa istota i rośnie w pewnym określonym środowisku. Nie ma i nie będzie na świecie drugiego takiego samego człowieka jak ono. Na jego rozwój i wychowanie ma wpływ wiele czynników.
W rodzicielstwie bliskości ważne jest, co dziecko zrozumie z zachowania dorosłego, jakie wyciągnie wnioski. Co mu zostanie z każdego wspólnie przeżywanego doświadczenia. Za bardzo koncentrując się na kontrolowaniu zachowania dziecka,
Dzieciom potrzeba przede wszystkim wiary w siebie, umiejętności życia z ludźmi, odwagi samodzielnego myślenia. Mniej ważne jest posłuszeństwo, dobre maniery, punktualność i pracowitość. Posłuszeństwo w połączeniu z grzecznością tak naprawdę budzi największe moje obawy. Dzieci, które słuchają się innych
Im więcej energii inwestuje się w zachęcanie, wymaganie, motywowanie, tym mniej dziecko cieszy się tym, co robi i tym mniej wierzy, że chce to robić i że robiłoby to samo, nawet bez aktywności z zewnątrz. Można zepsuć prawie każdą przyjemność, robiąc z niej obowiązek.
Zazwyczaj pierwszą oznaką wołania o pomoc nie jest wcale płacz, a o wiele subtelniejsze sygnały, takie jak westchnienia, niepokój, szukanie kontaktu wzrokowego i wyciąganie rąk. Są to jednak prośby kierowane do opiekunów i czekające na odpowiedź. Jest to dużo mniej kłopotliwe, bo im subtelniejszy sygnał, tym łatwiej jest odczytać potrzebę dziecka i tym szybciej dziecko daje znać, że to, co chciało przekazać, zostało właściwie zrozumiane. Kiedy dziecko musi czekać na reakcję ze strony dorosłego i zaspokojenie swojej potrzeby, coraz bardziej się tego domagając, pojawiają się dodatkowe trudne emocje, takie jak frustracja, złość, strach, z którymi nie trzeba by sobie radzić, gdyby reakcja nastąpiła wcześniej. Nie znaczy to, że każda
Bo metody, do jakich się uciekają rodzice, często mówią dzieciom więcej o nich i o świecie niż słowa. Mówią im o tym, że kto jest większy i silniejszy, ten decyduje (kiedy na wyrażony przez dziecko sprzeciw rodzic reaguje groźbą odebrania jakiejś przyjemności). Albo o tym, że słodycze są lepsze od marchewki (bo przecież nikt nie daje dzieciom marchewek w nagrodę, a słodycze tak). Dzieci uczą się też tego, że kiedy inni ludzie nie chcą się podporządkować,
podporządkować, dozwolone są wszelkie dostępne metody, żeby tylko osiągnąć swój cel (można więc uderzyć, postraszyć, postawić w kącie, przekupić, skłamać, zaszantażować). Dzieci uczą się od rodziców tego, czego oni uczą się od specjalistów: nie wolno się poddawać, trzeba być konsekwentnym. Mało tego, rodzice sami pokazują dzieciom, jakich metod mogą użyć, kiedy będą chciały coś uzyskać od innych ludzi (szantaż emocjonalny, podniesiony głos, udawany smutek). I one to wykorzystują.
zachowania nie działają tak sprawnie, jak zazwyczaj. Już wszystko męczy, denerwuje, złości. Z dorosłymi często jest tak samo. Warto się do tego przyznawać i dawać sobie prawo do odpoczynku i zadbania o siebie.
Jak okazywać uwagę niewartościującą? Można popatrzeć na to, co dziecko pokazuje, podziękować za pokazanie, zauważyć, jaką przyjemność sprawia to dziecku: widzę, że bardzo lubisz rysować? Spytać się, jak dziecko zrobiło swoją pracę, jak mu się udało zrobić to, co nam pokazuje. Zapytać czasem samemu, co dziecko robi i jakie ma dalsze plany odnośnie swojej zabawy. Zapytać, żeby opowiedziało, co jest na rysunku, co zbudowało. Okazywanie uwagi bez oceniania jest ważne zwłaszcza w pierwszych latach życia dziecka, które są czasem na ćwiczenie i gromadzenie kompetencji, na eksplorację
Okazywanie uwagi bez oceniania jest ważne zwłaszcza w pierwszych latach życia dziecka, które są czasem na ćwiczenie i gromadzenie kompetencji, na eksplorację i poznawanie swoich możliwości. Nie zawsze są natomiast dobrym czasem na doprowadzanie spraw do końca i uzyskiwanie określonego efektu. A więc nawet kiedy dziecko przyniesie nam rysunek, na którym są tylko trzy kreski albo czarna plama, można go obejrzeć z zainteresowaniem. Ani powiedzenie dziecku,
wyrastały na twórczych i nieszablonowo myślących dorosłych, warto szczególnie, aby powstrzymywał się od „przeszkadzania” dzieciom w ich pracy, a więc od sugerowania, że powinny: rysować coś, zamiast po prostu rysować, rysować same, kiedy proszą, żeby narysować coś dla nich, używać „odpowiedniej” ręki, rysować „ładnie”, używać „odpowiednich” kolorów,
niż dziecko zaplanowało, kolorować gotowe rysunki, nie wychodzić za linie itp. Zwłaszcza gotowe kolorowanki są zajęciem wyjątkowo odtwórczym i mało rozwojowym. Warto używać ich bardzo ostrożnie i dopiero wtedy, kiedy dziecko czuje się pewnie w rysowaniu na białej, pustej kartce. I oczywiście tylko, jeżeli dziecko lubi takie zajęcie. Podobne zasady można odnieść także do innych rodzajów twórczości plastycznej. Ma ona największy sens wtedy, kiedy dziecko ma swobodę działania
Nie zwracać uwagi za każdym razem, kiedy dziecko nieodpowiednio się zachowuje. Ludzie radzą sobie dużo lepiej z nauką różnych umiejętności, kiedy po udzieleniu niezbędnych wskazówek zostawia się im przestrzeń do działania. Każdy ma swój sposób opanowywania nowych czynności i warto to uszanować. Każde dziecko też lubi poczuć, że to ono samo chce się czegoś nauczyć, że robi to dla siebie, a nie dla rodziców. Czasem
Czasem wydaje mi się wręcz, że warto dziecko trochę zniechęcać do podejmowania różnych aktywności. Nie w sensie odwodzenia go od różnych rzeczy, ale poprzez stworzenie takiej przestrzeni, w której dziecko będzie miało poczucie, że inicjatywa wyszła całkowicie od niego. Jest to ważne szczególnie przy tych umiejętnościach, które dziecko opanowuje dla siebie. Umiejętności samodzielnego jedzenia. Mówienia. Radzenia sobie w relacjach z ludźmi. I wielu innych.
Zadania rozwojowe, z którymi mierzy się dziecko, pochłaniają dużą część jego energii. Z tego powodu organizm dziecka bardzo często koncentruje się na jednej ważnej umiejętności, a inne zostawia trochę na boku. Najbardziej znanym tego przykładem są umiejętności mowy i chodzenia,
Książki, po które warto sięgnąć „Rodzinne gniazdo” Vitusa Droshera, żeby dowiedzieć się więcej o tym, jak zwierzęta opiekują się swoimi dziećmi i jak wiedza o zwyczajach rodzicielskich zwierząt przekłada się na zachowanie człowieka. W książce jest też opisane wiele badań naukowych dotyczących tej tematyki. „Twoje zadziwiające maleństwo” Phyllis i Marshalla Klaus – książkę o tym, co potrafią noworodki i do czego im te umiejętności służą. „Mądrzy rodzice” Margot Sunderland
W książce „Więź daje siłę” Evelin Kirkilionis przedstawiona jest teoria więzi w sposób przyjazny dla rodziców. „Przywiązanie” Johna Bowlby’ego to książka twórcy teorii więzi, która w sposób naukowy przedstawia jego przemyślenia i badania nad przywiązaniem.
Pracując z ludźmi w różnym wieku, widzę, co sprawia największą trudność ludziom, którzy stoją na progu dorosłego życia, nastolatkom: nie lubią siebie, nie wiedzą sami, czego chcą, nie wiedzą, co lubią, co chcieliby robić, mają poczucie życia w wirtualnym świecie, noszą maski i są przekonani, że tego, jacy są naprawdę, nikt nie chce wiedzieć i nie docenia, boją się relacji z innymi ludźmi, myślą, że świat jest niebezpieczny, nie potrafią zadbać o siebie,
noszą maski i są przekonani, że tego, jacy są naprawdę, nikt nie chce wiedzieć i nie docenia, boją się relacji z innymi ludźmi, myślą, że świat jest niebezpieczny, nie potrafią zadbać o siebie, uważają troszczenie się o własne potrzeby za egoistyczne i aspołeczne, wolą cierpieć w milczeniu niż powiedzieć komuś, czego by chcieli, czekają na księżniczkę z bajki albo księcia na białym koniu, którzy odgadną, co ich uszczęśliwia, uważają, że szczęście jest niemożliwe, warunkują swoje zadowolenie z życia tym, by inni ludzie robili to i tylko to, co oni sobie wymyślą, chcą zmienić cały świat na inny od tego, w którym przyszło im żyć, a jednocześnie nie zmieniać samych siebie.

Fragment ebooka Dziecko z bliska - Agnieszka Stein

Agnieszka Stein

DZIECKO Z BLISKA

Zbuduj szczęśliwą relację

War­sza­wa 2012

Agniesz­ka Ste­inDziec­ko z bli­ska

Re­dak­tor­ka pro­wa­dzą­ca: Anna Zdro­jew­ska-Ży­wiec­ka

Re­dak­cja i ko­rek­ta: Ka­mi­la Wrze­siń­ska

Pro­jekt okład­ki i ilu­stra­cje: Ma­ria Ryll

ISBN: 978-83-65087-04-1

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Re­la­cja Sp. z o. o. Ma­ma­nia Sło­wi­cza 27a 02-170 War­sza­wa

© Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Kon­wer­sja: Gru­pa Wy­daw­ni­cza Re­la­cja Sp. z o.o.

WSTĘP

To się na­zy­wa za­sa­da wu wei*,tłu­ma­czo­na jako nie­dzia­ła­nie albo bez­czyn­ność. Cho­dzi w niej jed­nak o ak­tyw­ne nie­dzia­ła­nie, o przy­łą­cze­nie się. Nie moż­na zo­ba­czyć sa­ren w le­sie, je­śli się nie przy­łą­czy do ich wzor­ca. Trze­ba znik­nąć, nie ist­nieć dla nich, aby być z nimi. Trze­ba prze­stać pach­nieć.

Ma­ciej Ben­ne­wicz „Co­aching Tao”*

Zo­sta­łam na­zwa­na ko­smit­ką. Na­praw­dę. Moi ucznio­wie z gim­na­zjum stwier­dzi­li, że je­stem chy­ba z ja­kiejś po­za­ziem­skiej cy­wi­li­za­cji, bo… nie sto­su­ję wo­bec mo­je­go dziec­ka żad­nych kar. Roz­mo­wa nie była pierw­szą ani ostat­nią na ten te­mat, jaką z nimi od­by­łam. Mło­dzież dłu­go drą­ży­ła, do­py­ty­wa­ła się i upew­nia­ła, czy na pew­no nie za­szło ja­kieś nie­po­ro­zu­mie­nie.

– To jak pani go uczy od­po­wie­dzial­no­ści? – za­py­tał za­tro­ska­ny 16-la­tek.

– Jak się wy­da­rzy ja­kiś kło­pot, to ra­zem go pró­bu­je­my na­pra­wić. Na przy­kład jak po­ma­lo­wał ścia­nę w kuch­ni, to ra­zem ją ma­lo­wa­li­śmy.

– Aaaa… czy­li musi na­pra­wić to, co ze­psuł? – wy­szep­tał mój roz­mów­ca. Cie­sząc się pew­nie w du­chu, że jed­nak jest na świe­cie ja­kaś spra­wie­dli­wość.

– Nie do koń­ca… cza­sem ja na­pra­wiam albo ro­bi­my coś ra­zem. Czę­sto roz­ma­wia­my albo zda­rza się, że w ogó­le nic nie ro­bi­my…

I zo­sta­łam ko­smit­ką.

By­ła­by to pew­nie tyl­ko za­baw­na aneg­do­ta, gdy­bym nie spo­ty­ka­ła się z ta­ki­mi po­glą­da­mi wie­lo­krot­nie, w dzie­siąt­kach po­rad­ni­ków, ar­ty­ku­łów i wy­po­wie­dzi spe­cja­li­stów od wy­cho­wa­nia. Od wie­lu osób, z któ­ry­mi roz­ma­wiam, sły­szę, że bez kary, kon­se­kwen­cji, kry­ty­ki nie da się do­brze wy­cho­wać dziec­ka. A tym­cza­sem, im dłu­żej się nad tym za­sta­na­wiam, tym trud­niej mi uwie­rzyć, że dzię­ki spra­wia­niu dziec­ku przy­kro­ści da się ukształ­to­wać czło­wie­ka, któ­ry się trosz­czy o in­nych i po­tra­fi za­dbać o sa­me­go sie­bie.

To dla mnie jest bar­dzo smut­na sy­tu­acja, kie­dy dziec­ko mówi „tak” głów­nie ze stra­chu przed karą, kon­se­kwen­cja­mi lub od­rzu­ce­niem, choć w głę­bi ser­ca czu­je sprze­ciw. Ale jesz­cze smut­niej­sze jest to, że na ta­kim pro­ce­sie stra­sze­nia, za­wsty­dza­nia i ra­nie­nia na inne spo­so­by opie­ra się ogrom­na część wy­cho­wa­nia, re­la­cji z dzieć­mi i w ogó­le na­szej kul­tu­ry.

Pod­sta­wą wy­cho­wa­nia nie musi być strach. Nie chcę bać się mo­je­go dziec­ka, tego, co zro­bi i co z nie­go wy­ro­śnie. Nie chcę rów­nież, żeby moje dziec­ko bało się mnie i ota­cza­ją­ce­go je świa­ta. Bar­dzo dużo mówi się o tym, że błę­dy wy­cho­waw­cze i brak gra­nic wią­żą się z wy­cho­wa­niem ło­bu­zów i ty­ra­nów. Pięt­no­wa­ne jest zwłasz­cza bez­stre­so­we wy­cho­wa­nie, choć tak na­praw­dę jest to nic nie­zna­czą­ce ha­sło, za któ­rym nie kry­je się żad­na spój­na me­to­da wy­cho­waw­cza. Są ro­dzi­ce, któ­rzy rze­czy­wi­ście sta­ra­ją się, żeby ich dziec­ko nie prze­ży­wa­ło żad­nych trud­nych emo­cji i po­wo­du­ją w ten spo­sób wię­cej na­pię­cia, niż go usu­wa­ją. Za­cho­wa­nia dzie­ci, któ­re in­ter­pre­to­wa­ne są jako sku­tek bez­stre­so­we­go wy­cho­wa­nia, są za­zwy­czaj wy­ni­kiem cze­goś zu­peł­nie in­ne­go. Nie­sza­no­wa­nia gra­nic dziec­ka, nie­zro­zu­mia­łych dla nie­go za­sad, du­że­go nie­po­ko­ju w ro­dzi­nie. A cza­sem trud­no­ści roz­wo­jo­wych dziec­ka, o któ­rych oso­by z ze­wnątrz mogą nic nie wie­dzieć.

Ży­cie dziec­ka (i do­ro­słe­go też) jest samo z sie­bie peł­ne stre­su, któ­re­go duża część jest ge­ne­ro­wa­na przez samo dziec­ko. Roz­wój jest źró­dłem stre­su i fru­stra­cji. Dziec­ko chcia­ło­by stać – a nie po­tra­fi, pod­no­si się do góry – a tu gło­wa mu cią­ży. Chce coś po­wie­dzieć – a nie może zna­leźć słów. Roz­bież­ność mię­dzy tym, co może i po­tra­fi dziec­ko, a tym, co chcia­ło­by móc i umieć (bo na przy­kład wi­dzi, że mogą i po­tra­fią to zro­bić inni), jest po­wszech­nym do­świad­cze­niem i jed­ną z sił pcha­ją­cych lu­dzi do roz­wo­ju.

Mo­ty­wa­cją do roz­wo­ju jest rów­nież wspól­na wszyst­kim lu­dziom ogrom­na po­trze­ba od­na­le­zie­nia się w spo­łecz­nym świe­cie. Po­trze­ba przy­na­leż­no­ści, po­czu­cia, że jest się włą­czo­nym w to, co się dzie­je wo­kół. Każ­de dziec­ko, na­wet to naj­bar­dziej zbun­to­wa­ne, ro­dzi się z go­to­wo­ścią do współ­pra­cy. Chce na­śla­do­wać ro­dzi­ców, mieć z nimi do­bry kon­takt, wi­dzieć za­do­wo­lo­ne uśmie­chy na ich twa­rzach. W koń­cu jest od swo­ich ro­dzi­ców cał­ko­wi­cie za­leż­ne, fi­zycz­nie i emo­cjo­nal­nie. Na­to­miast tym, cze­go dziec­ko po­trze­bu­je się uczyć każ­de­go dnia, jest tro­ska o wła­sne po­trze­by. Kie­dy musi wy­bie­rać mię­dzy po­trze­bą bli­sko­ści i re­la­cji a po­trze­bą roz­wo­ju i au­to­no­mii, czę­sto nie po­tra­fi samo wy­brnąć z kło­po­tu. Czę­sto też jego chęć współ­pra­cy nie wy­star­cza, kie­dy po pro­stu nie po­tra­fi cze­goś zro­bić albo nie do koń­ca ro­zu­mie, cze­go od nie­go ocze­ku­ją do­ro­śli.

W swo­jej pra­cy i poza nią po­zna­łam wie­le dzie­ci i ro­dzi­ców. Te dzie­ci, któ­re moż­na by na­zwać ło­bu­za­mi, naj­czę­ściej były głę­bo­ko nie­szczę­śli­we. Mia­ły w so­bie wie­le bólu, któ­re­go nie po­tra­fi­ły ina­czej wy­ra­zić. Czu­ły się skrzyw­dzo­ne i uwa­ża­ły, że mu­szą wy­rów­nać ra­chun­ki. Nie były wca­le roz­pusz­czo­ne ani bez­stre­so­wo wy­cho­wy­wa­ne. Ich ro­dzi­ce byli naj­czę­ściej dość tro­skli­wy­mi ludź­mi. Za­bra­kło im tyl­ko umie­jęt­no­ści spoj­rze­nia na dziec­ko jako na dru­gie­go czło­wie­ka. Cza­sem chę­ci do tego, by spoj­rzeć na sy­tu­ację ocza­mi dziec­ka. Albo wie­dzy, że jest to po­trzeb­ne.

Naj­bar­dziej „stre­su­ją­cy dla oto­cze­nia” mło­dzi lu­dzie po pro­stu pró­bo­wa­li się bro­nić, tak jak pięt­na­sto­let­ni Ma­ciek. Po jed­nej z ko­lej­nych awan­tur z jego udzia­łem, w roz­mo­wie ze mną przy­znał, że bie­rze udział w tak wie­lu bój­kach dla­te­go, że to inni go pro­wo­ku­ją. Że musi to ro­bić, bo się boi, że je­śli choć przez chwi­lę oka­że sła­bość, ktoś go zdo­mi­nu­je i pod­po­rząd­ku­je so­bie. Kie­dy za­czę­łam drą­żyć te­mat, oka­za­ło się, że pro­wo­ka­cja może po­le­gać na tym, że dru­gi czło­wiek na nie­go po­pa­trzy albo się ode­zwie. Dla tego chłop­ca świat był zły i nie­bez­piecz­ny. Inni lu­dzie byli za­wsze prze­ciw­ko nie­mu. Nie bar­dzo mógł so­bie wy­obra­zić sy­tu­ację, w któ­rej lu­dzie po part­ner­sku współ­dzia­ła­ją ze sobą. Pew­nie jego ro­dzi­ce też wie­rzy­li, że świat jest zły i je­dy­ny spo­sób, żeby w nim so­bie po­ra­dzić, to spra­wić, żeby inni się bali. Chcie­li, żeby ich syn był twar­dy. Nie­ste­ty nie wie­dzie­li, jak na­uczyć go ro­zu­mieć in­nych lu­dzi. Jak wi­dzieć do­bre in­ten­cje, a nie tyl­ko za­gro­że­nie. Na­uczy­li go za­miast tego, jak się bać i ata­ko­wać.

Strach rzad­ko pro­wa­dzi w do­brym kie­run­ku. Kie­dy lu­dzie się boją, nie ko­rzy­sta­ją ze zdro­we­go roz­sąd­ku tyl­ko z od­ru­chów. Od­wo­łu­ją się do tego, co naj­ła­twiej im przy­cho­dzi. Za­cho­wu­ją się tak samo, jak wie­lo­krot­nie przed­tem, nie­za­leż­nie od tego, jaki mia­ło to sku­tek. Pod­da­ją się owcze­mu pę­do­wi i ma­ni­pu­la­cji ze stro­ny me­diów, stra­sze­ni są przez zna­jo­mych i stra­szą się sami.

Sły­szę czę­sto opi­nie, że dzie­ci są obec­nie nie­zwy­kle roz­pusz­czo­ne. Ro­dzi­ce dają im wszyst­ko, cze­go one za­pra­gną i nie po­tra­fią ni­cze­go wy­ma­gać. W związ­ku z tym dzie­ci są nie­szczę­śli­we od nad­mia­ru mi­ło­ści, za­gu­bio­ne i nie­bez­piecz­ne. Szcze­gól­nie dla sa­mych sie­bie. Praw­da czy nie? Jak to zwy­kle bywa, to nie ta­kie pro­ste. Wie­lu lu­dzi żyje w oba­wie przed nad­mier­ną swo­bo­dą dzie­ci, choć tak na­praw­dę dużo więk­szym pro­ble­mem jest spra­wo­wa­na nad nimi nad­mier­na kon­tro­la. Za po­mo­cą kar i kry­ty­ki, ale tak­że co­raz czę­ściej za po­mo­cą na­gród, po­chwał, szan­ta­ży i ma­ni­pu­la­cji. Prze­cięt­ny kil­ku­la­tek set­ki razy dzien­nie sły­szy nie, nie wol­no, nie rusz, uwa­żaj, co ty wy­pra­wiasz. Prze­strzeń na do­ko­ny­wa­nie sa­mo­dziel­nych wy­bo­rów przez dziec­ko jest bar­dzo mała.

Za­uwa­ży­łam, że więk­szość ro­dzi­ców z ulgą przyj­mu­je moje za­pew­nie­nie, że nie mu­szą swo­im dzie­ciom za­tru­wać ży­cia. Kie­dy mó­wię ro­dzi­com, że kara nie jest do­brą i sku­tecz­ną me­to­dą wy­cho­waw­czą i nie trze­ba jej sto­so­wać, po­ja­wia się wie­le py­tań. Dla­cze­go wła­ści­wie kary są złym po­my­słem? Co za­miast kar? Może trze­ba da­wać dziec­ku na­gro­dy? A może być kon­se­kwent­nym? Jak wy­cho­wy­wać? Co zro­bić, żeby się uda­ło, było co­raz le­piej, było ina­czej, niż ro­dzi­ce pa­mię­ta­ją z wła­sne­go do­świad­cze­nia? Naj­czę­ściej jed­nak ro­dzi­ce chcą wie­dzieć, co zro­bić, żeby na co dzień było mniej zło­ści, wza­jem­nych pre­ten­sji, ża­lów, fru­stra­cji i po­czu­cia, że nie ra­dzą so­bie z wła­sny­mi dzieć­mi. A prze­cież sły­szą od wszyst­kich, że po­win­ni so­bie ra­dzić. Pra­gną wię­cej ra­do­ści i har­mo­nii w kon­tak­tach z dzieć­mi. Mają tyl­ko oba­wy, co z tego wy­nik­nie, bo cią­gle sły­szą, że ro­dzic, któ­ry jest „za do­bry”, jest złym ro­dzi­cem.

Ja też, jak każ­dy ro­dzic, za­da­ję so­bie po­dob­ne py­ta­nia. Nie ma chy­ba ta­kiej oso­by, któ­ra zo­ba­czyw­szy pierw­szy raz swo­je dziec­ko, zna­ła­by już wszyst­kie od­po­wie­dzi. Ro­dzi­ciel­stwo jest pro­ce­sem po­szu­ki­wa­nia i roz­wo­ju, tak­że dla do­ro­słe­go. Nie da się na­uczyć by­cia ro­dzi­cem ina­czej, jak nim bę­dąc. Po­peł­nia­jąc po­mył­ki i do­strze­ga­jąc je. Za­sta­na­wia­jąc się nad swo­im po­stę­po­wa­niem i re­la­cja­mi z dzieć­mi, a cza­sem idąc na ży­wioł. Ucząc się ko­chać. Naj­pierw i przede wszyst­kim sie­bie, a po­tem swo­ją ro­dzi­nę i swo­je dzie­ci. Po­sta­ram się więc tro­chę opo­wie­dzieć o tym, jak ja szu­kam roz­wią­zań w ro­dzi­ciel­skich trud­no­ściach. I jak po­ma­gam szu­kać tych roz­wią­zań ro­dzi­com, któ­rzy przy­cho­dzą do mnie po wspar­cie.

By­cie ro­dzi­cem może być bar­dzo pro­ste lub bar­dzo skom­pli­ko­wa­ne. Może być źró­dłem nie­zwy­kłej ra­do­ści, ale bywa też mę­czar­nią. Są chwi­le, kie­dy czu­ję, jak moc­no ko­cham swo­je dziec­ko. Mo­gła­bym „jeść je łyż­ka­mi”. Jak każ­dy chy­ba ro­dzic mie­wam też jed­nak mo­men­ty, gdy naj­chęt­niej wy­sła­ła­bym swo­je­go syna na Mar­sa albo sama ucie­kła, gdzie pieprz ro­śnie. Chwi­le trud­ne prze­pla­ta­ją się z chwi­la­mi szczę­ścia i sa­tys­fak­cji. Cza­sem ogar­nia­ją mnie sprzecz­ne emo­cje. Czu­ję wście­kłość i czu­łość jed­no­cze­śnie. Jak się w tym po­ła­pać, żeby mło­dy czło­wiek, któ­re­go mam pod opie­ką, wy­szedł w koń­cu po tych kil­ku­na­stu la­tach go­to­wy do sa­mo­dziel­ne­go ra­dze­nia so­bie z do­ro­słym ży­ciem? A tak­że doj­rzał do tego, żeby – je­śli ze­chce – sam mógł wspie­rać w roz­wo­ju ko­lej­ne po­ko­le­nie. Bo w koń­cu nie wy­cho­wu­ję dziec­ka, tyl­ko do­ro­słe­go. A być może przy­szłe­go ro­dzi­ca.

Moje oso­bi­ste od­po­wie­dzi na te py­ta­nia były od po­cząt­ku na­stę­pu­ją­ce: w re­la­cjach z dziec­kiem przede wszyst­kim chcia­ła­bym nie ze­psuć go, naj­pierw ob­ser­wo­wać, po­zna­wać, ro­zu­mieć, a po­tem do­pie­ro dzia­łać. Sza­no­wać wkład mat­ki na­tu­ry w wy­kształ­ce­nie ga­tun­ku ludz­kie­go. Sta­le sta­ram się więc pa­mię­tać, skąd, jako lu­dzie, po­cho­dzi­my. Mamy kul­tu­rę, cy­wi­li­za­cję, tech­ni­kę, ale w wie­lu dzie­dzi­nach, mię­dzy in­ny­mi w tym, co wią­że się z roz­wo­jem ma­łe­go czło­wie­ka, nie uda­ło nam się odejść za­nad­to od zwie­rząt i od na­szej bio­lo­gii. Na pod­sta­wo­wym po­zio­mie czło­wiek da­lej jest ssa­kiem. Ludz­kie dzie­ci nie­mal ni­czym nie róż­nią się od dzie­ci pierw­szych lu­dzi i kie­dy się ro­dzą, nie wie­dzą, że jest dwu­dzie­sty pierw­szy wiek. Uczą się tego stop­nio­wo od swo­ich ro­dzi­ców i opie­ku­nów.

Oprócz mnie na tej pla­ne­cie jest jesz­cze wie­lu in­nych ko­smi­tów, któ­rzy my­ślą o dzie­ciach i wy­cho­wa­niu w po­dob­ny spo­sób. Im da­lej od tak zwa­nej cy­wi­li­za­cji, tym wię­cej. Ale i wśród mo­ich zna­jo­mych jest ich cał­kiem spo­ro. Wie­lu z nich przy­zna­je się do tego, że sta­ra­ją się zaj­mo­wać dzieć­mi w du­chu ro­dzi­ciel­stwa bli­sko­ści (oraz in­nych po­krew­nych mu spo­so­bów pa­trze­nia na dziec­ko i by­cia z nim), ale nie wszy­scy. Dla nie­któ­rych na­zwy i ety­kie­ty nie mają zna­cze­nia. To na pew­no czę­ścio­wo dzię­ki tym oso­bom mniej ba­łam się za­ry­zy­ko­wać i za­ufać so­bie i swo­je­mu dziec­ku. I cały czas się tego od nich uczę.

Sta­le szu­kam. Spraw­dzam, jak ro­bią to inni. Za­sta­na­wiam się, co mi się po­do­ba, co mi pa­su­je, a co brzmi po­dej­rza­nie. Kie­dy przy­glą­dam się róż­nym spo­so­bom opie­ki nad dzieć­mi, naj­bar­dziej prze­ko­nu­ją­ce wy­da­ją mi się ob­ser­wa­cje i po­my­sły tych osób, któ­re mają żywe do­świad­cze­nie by­cia z dzieć­mi i w do­dat­ku czer­pią z kon­tak­tu z nimi au­ten­tycz­ną ra­dość. Któ­re po­tra­fią być szczę­śli­we i są speł­nio­ne w swo­im ży­ciu. Ja też chcę się z moim dziec­kiem czuć do­brze, nie chcę się mę­czyć, a więc wy­bie­ram te spo­so­by na ro­dzi­ciel­stwo, któ­re oszczę­dza­ją mi nie­po­trzeb­nej cięż­kiej pra­cy i dają prze­strzeń na wspól­ne ży­cie. Je­śli coś mnie od­rzu­ca lub za­chwy­ca, za­sta­na­wiam się, dla­cze­go tak się dzie­je. Prze­cież ja też otrzy­ma­łam ja­kieś wy­cho­wa­nie. Zo­ba­czy­łam kie­dyś świat ocza­mi mo­ich ro­dzi­ców i na­uczy­łam się, co jest „nor­mal­ne”, a co nie. Jak świat po­wi­nien wy­glą­dać.

Mam jed­nak rów­no­cze­śnie po­trze­bę kwe­stio­no­wa­nia i pod­da­wa­nia w wąt­pli­wość wszyst­kie­go, na­wet tego, co z po­cząt­ku wy­da­je się oczy­wi­ste. Na­wet tego, cze­go uczę się w do­ro­słym ży­ciu. Na­uczy­łam się wie­rzyć w to, że dzie­ci są mą­dre, ro­dzą się przy­go­to­wa­ne do ży­cia, do mi­ło­ści, roz­wi­ja­nia się, zdo­by­wa­nia świa­ta. Na­tu­ra rzad­ko po­peł­nia po­mył­ki. To ra­czej do­ro­śli nie do­ce­nia­ją, wtrą­ca­ją się, wpy­cha­ją pa­lu­chy, ma­ni­pu­lu­ją. Trud­na jest dla nich bli­skość, w któ­rej nie wy­wie­ra się pre­sji. Więc te­raz dzie­lę się tym, co w tej dzie­cię­cej mą­dro­ści od­kry­wam ja i inni.

Nie mogę obie­cać, że po skoń­czo­nej lek­tu­rze czy­tel­nik po­zna od­po­wiedź na py­ta­nie, jak po­stą­pić z dziec­kiem, któ­re robi to czy tam­to. W każ­dej ro­dzi­nie i sy­tu­acji inne roz­wią­za­nie może się spraw­dzać naj­le­piej. Ale może uda się ko­muś od­kryć to, co mnie. Że sta­wia­jąc na pierw­szym miej­scu do­bre re­la­cje z sa­mym sobą i ze swo­imi bli­ski­mi i pró­bu­jąc bar­dziej żyć ra­zem z dzieć­mi niż kształ­to­wać je we­dług wła­snych wy­obra­żeń, moż­na zna­leźć cał­kiem dużo od­po­wie­dzi w so­bie i swo­im dziec­ku.

I chcia­ła­bym, żeby ta książ­ka była wła­śnie taką za­chę­tą do czy­ta­nia: w sa­mym so­bie i w dzie­ciach.

CO TO JEST RO­DZI­CIEL­STWO BLI­SKO­ŚCI

– Na­sza pan­da nie wy­peł­ni swo­je­go prze­zna­cze­nia ani ty swo­je­go, do­pó­ki nie po­rzu­cisz złu­dze­nia kon­tro­li.

– Złu­dze­nia?

– Tak. Spójrz na to drze­wo, Szi­fu. Nie mogę spra­wić, żeby za­kwi­tło, kie­dy ze­chcę, ani żeby przed cza­sem zro­dzi­ło owo­ce.

– Ale są rze­czy, na któ­re mamy wpływ. Mogę spra­wić, że owo­ce spad­ną. Tak samo jak mogę… za­sa­dzić nowe drze­wo. To już nie jest złu­dze­nie, mi­strzu.

– No tak, ale co­kol­wiek byś ro­bił, to drze­wo i tak zro­dzi brzo­skwi­nie. Choć­byś miał ocho­tę na jabł­ko i po­ma­rań­cze,i tak bę­dzie brzo­skwi­nia.

– Ale brzo­skwi­nia nie po­ko­na Tai-lun­ga.

– A może wła­śnie po­ko­na, je­śli od­po­wied­nio o nią za­dbasz. Je­śli ją wy­cho­wasz. Je­śli w nią uwie­rzysz.

– Ale jak, jak? Po­trzeb­na mi two­ja po­moc, mi­strzu.

– Nie. Wy­star­czy odro­bi­na wia­ry. Obie­caj mi coś, Szi­fu. Obie­caj, że znaj­dziesz w so­bie tę wia­rę.

Kung-Fu Pan­da*

Ro­dzi­ciel­stwo bli­sko­ści to spo­lsz­czo­na na­zwa po­dej­ścia, któ­re jego po­pu­la­ry­za­tor Wil­liam Se­ars na­zwał at­tach­ment pa­ren­ting (a więc ro­dzi­ciel­stwo opar­te na wię­zi, przy­wią­za­niu). Jego głów­ną in­spi­ra­cją była pra­ca roz­po­czę­ta przez Joh­na Bowl­by’ego i Mary Ain­sworth, któ­rzy w la­tach pięć­dzie­sią­tych XX wie­ku za­czę­li two­rzyć teo­rię wię­zi, w tam­tym cza­sie sta­no­wią­cą re­wo­lu­cyj­ne po­dej­ście do ro­zu­mie­nia re­la­cji mię­dzy ro­dzi­ca­mi a dzieć­mi. Mó­wi­ła ona, że dziec­ko przy­wią­zu­je się do opie­ku­nów nie dla­te­go, że przy­zwy­cza­ja się do przy­jem­no­ści, jaką czer­pie z kar­mie­nia i pie­lę­gna­cji (tak twier­dzi­ła psy­cho­ana­li­za), ale dla­te­go, że ma wro­dzo­ną go­to­wość do na­wią­zy­wa­nia wię­zi z ludź­mi. W do­dat­ku po­ka­za­li oni, że przy­wią­za­nie peł­ni nie­zwy­kle waż­ną rolę w roz­wo­ju spo­łecz­nym, emo­cjo­nal­nym i po­znaw­czym nie tyl­ko wie­lu zwie­rząt (co było już wte­dy wia­do­mo), ale rów­nież czło­wie­ka.

Ba­da­nia nad wię­zią opar­te były po­cząt­ko­wo na ob­ser­wa­cji dzie­ci od­dzie­la­nych od ro­dzi­ców, na przy­kład w szpi­ta­lach (to je­den z suk­ce­sów tej teo­rii, że w tej chwi­li więk­szość lu­dzi uzna­je za oczy­wi­ste, że małe dziec­ko le­piej się czu­je w szpi­ta­lu, gdy ma przy so­bie bli­skie mu oso­by), a tak­że na ba­da­niach eto­lo­gów nad zwie­rzę­ta­mi. Na przy­kład ba­da­niach Kon­ra­da Lo­rent­za do­ty­czą­cych gęsi, czy ba­da­niach ma­łych re­zu­sów, pro­wa­dzo­nych przez mał­żeń­stwo Har­low.

Teo­ria wię­zi cały czas się roz­wi­ja i wzbo­ga­ca o nową wie­dzę. A w opar­ciu o nią lub w po­dob­nym du­chu roz­wi­ja się wie­le nur­tów ro­dzi­ciel­stwa i psy­cho­te­ra­pii, kła­dą­cych na­cisk na pod­sta­wo­we zna­cze­nie re­la­cji mię­dzy ludź­mi. Jest wśród nich kon­cep­cja kon­ti­nu­um, któ­ra za­in­spi­ro­wa­na jest książ­ką Jean Lie­dloff „W głę­bi kon­ti­nu­um”. Po­dob­ny sza­cu­nek do dziec­ka i po­dob­ne za­ufa­nie do jego mą­dro­ści, a tak­że na­rzę­dzia, z któ­rych czę­sto ko­rzy­sta się w ro­dzi­ciel­stwie bli­sko­ści, pro­po­nu­je Po­ro­zu­mie­nie bez Prze­mo­cy Mar­shal­la Ro­sen­ber­ga (No­nvio­lent Com­mu­ni­ca­tion).

Mi­łość, tro­ska i wraż­li­wość po­ma­ga­ją dzie­ciom wzra­stać. Wy­da­je się to dość oczy­wi­ste, ale ta praw­da gi­nie cza­sem w co­dzien­nym za­mie­sza­niu. Nie bę­dzie to opo­wieść o ide­al­nym ro­dzi­ciel­stwie, choć po­sta­ram się po­dzie­lić swo­ją za­wo­do­wą wie­dzą i do­świad­cze­niem, opo­wie­dzieć o ucze­niu się dzie­ci i ucze­niu się sa­mych sie­bie w re­la­cji z dzieć­mi. Za­chę­cam więc do tego, żeby po­trak­to­wać ją jak oku­la­ry, przez któ­re moż­na spoj­rzeć na dziec­ko i re­la­cję z nim z tro­chę in­nej niż do­tych­czas stro­ny. Wy­pró­bo­wać to, co brzmi ku­szą­co. Za­sta­no­wić się głę­biej, je­śli coś uwie­ra. I oczy­wi­ście do­sto­so­wać do wła­snych po­trzeb, upodo­bań i war­to­ści.

Ro­dzi­ciel­stwo bli­sko­ści nie jest na pew­no me­to­dą wy­cho­waw­czą ani zbio­rem me­tod, ani też zna­kiem to­wa­ro­wym. To bar­dziej pew­na fi­lo­zo­fia i styl ży­cia:

spo­sób pa­trze­nia

na

dzie­ci, do­ro­słych i re­la­cje mię­dzy nimi, opar­ty na sza­cun­ku i za­ufa­niu,

spo­sób ro­zu­mie­nia

tego, czym

jest roz­wój i skąd się bie­rze po­trzeb­na do nie­go ener­gia,

po­dej­ście, w któ­rym waż­na jest eko­lo­gia tego, co ro­bią ro­dzi­ce, a więc szu­ka­nie rów­no­wa­gi i roz­po­czy­na­nie wszyst­kie­go od wła­sne­go roz­wo­ju,

ko­rzy­sta­nie w ro­dzi­ciel­stwie z kom­pe­ten­cji, ja­kie mają do­ro­śli, a któ­rych nie mogą mieć dzie­ci, ta­kich jak umie­jęt­ność pa­trze­nia na to, co się dzie­je, z róż­nych per­spek­tyw,

bar­dziej by­cie

tu

i te­raz, by­cie z dziec­kiem niż kształ­to­wa­nie dziec­ka,

po­szu­ki­wa­nie uni­wer­sal­nych

prawd

o po­trze­bach lu­dzi i re­la­cjach mię­dzy nimi,

ostroż­ność wo­bec ste­reo­ty­pów, któ­re na­ro­dzi­ły się w na­szej kul­tu­rze – pew­na dys­cy­pli­na w pa­trze­niu na dziec­ko i re­ago­wa­niu na jego za­cho­wa­nie,

oraz

pe­wien zbiór na­rzę­dzi, ja­kich moż­na użyć do tego, żeby le­piej ro­zu­mieć dziec­ko, mieć z nim lep­szą re­la­cję, po­ma­gać mu w za­spo­ka­ja­niu jego po­trzeb, wspie­rać je w ra­dze­niu so­bie z emo­cja­mi i na­by­wa­niu no­wych umie­jęt­no­ści, le­piej ra­dzić so­bie z wła­sny­mi emo­cja­mi i za­spo­ka­jać wła­sne po­trze­by.

Ro­dzi­ciel­stwo bli­sko­ści to cie­ka­wość.

Co moż­na usły­szeć na te­mat ro­dzi­ciel­stwa bli­sko­ści:

Jest trud­ne

Wie­lo­krot­nie spo­tka­łam się z za­rzu­tem, że taki spo­sób by­cia z dziec­kiem wy­ma­ga bar­dzo wie­lu po­świę­ceń, że nie każ­dy ma na to czas i siłę. Jed­nak rów­no­cze­śnie wie­le osób za­rzu­ca ro­dzi­com tak wy­cho­wu­ją­cym dzie­ci, że są le­ni­wi i idą na ła­twi­znę. Na szczę­ście ro­dzi­ciel­stwo bli­sko­ści ni­cze­go nie każe, a tyl­ko pro­po­nu­je. Moż­na wy­pró­bo­wać i sa­me­mu zde­cy­do­wać, co pa­su­je, a co się nie spraw­dza.

Jest nie­na­tu­ral­ne i wy­mu­szo­ne

Dzia­ła­nie do­ro­słych jest w czę­ści opar­te na przy­zwy­cza­je­niu i na­wy­ku, i na kul­tu­rze, w któ­rej do­ra­sta­ją. Zmie­nia­nie swo­je­go sty­lu ży­cia wy­ma­ga za­zwy­czaj wy­sił­ku, któ­ry wią­że się z prze­sta­wie­niem się na inny spo­sób re­ago­wa­nia i my­śle­nia o róż­nych sy­tu­acjach. Na szczę­ście ro­dzi­ciel­stwo to nie wy­ści­gi, każ­dy może we wła­snym tem­pie wzbo­ga­cać je o te ele­men­ty, któ­re wy­da­ją mu się po­moc­ne i prze­ko­nu­ją­ce. Czę­sto też nie­na­tu­ral­ne i wy­mu­szo­ne wy­da­ją się ro­dzi­com po­ra­dy typu: nie noś, bo roz­pie­ścisz i czu­ją dużą ulgę, gdy do­wia­du­ją się, że mogą bar­dziej słu­chać wła­snej in­tu­icji.

Nie uczy dzie­ci od­róż­nia­nia do­bra i zła

To aku­rat praw­da. Od­róż­nia­nie do­bra i zła jest bar­dzo pro­ste i opie­ra się na wro­dzo­nych sche­ma­tach, wspól­nych dla wszyst­kich lu­dzi. To wy­bie­ra­nie mię­dzy jed­nym do­brem a dru­gim jest skom­pli­ko­wa­ne. Ro­dzi­ciel­stwo bli­sko­ści uczy dzie­ci za­spo­ka­ja­nia wła­snych po­trzeb, tro­ski o sie­bie i o in­nych, a tak­że em­pa­tii, po­nie­waż opie­ra się o wia­rę w to, że czło­wiek jest do­bry, po­trze­bu­je tyl­ko na­rzę­dzi do tego, żeby to swo­je do­bro re­ali­zo­wać. W ro­dzi­ciel­stwie bli­sko­ści tak­że ro­dzi­ce ra­czej nie by­wa­ją źli, są tyl­ko ro­dzi­ce, któ­rzy po­trze­bu­ją po­mo­cy.

Jest pre­sja na ro­dzi­ciel­stwo bli­sko­ści

Z jed­nej stro­ny trud­no mi so­bie wy­obra­zić pre­sję na ro­dzi­ciel­stwo bli­sko­ści, po­nie­waż jed­nym z jego pod­sta­wo­wych ele­men­tów jest trosz­cze­nie się o dziec­ko w zgo­dzie z sa­mym sobą, z we­wnętrz­nym prze­ko­na­niem i ra­do­ścią. Pre­sja może do­ty­czyć co naj­wy­żej po­szcze­gól­nych prak­tyk ro­dzi­ciel­skich, ale mam wra­że­nie, że uży­cie sło­wa „pre­sja” bar­dzo moc­no do­ty­ka kul­tu­ro­wych prze­ko­nań do­ty­czą­cych tego, co dziec­ku jest po­trzeb­ne, a co nie. Nikt prze­cież nie mówi o pre­sji na to, żeby dziec­ko myć albo da­wać mu jeść, bo jest zgo­da na to, że jest to mu nie­zbęd­ne.

O roz­wo­ju

Ja­kich me­ta­for uży­wa­ją lu­dzie, kie­dy my­ślą o ro­dzi­ciel­stwie, wy­cho­wy­wa­niu dzie­ci i by­ciu z nimi? Nie­któ­rym od razu przy­cho­dzą do gło­wy ob­ra­zy z pola bi­twy albo par­tii sza­chów. Inni mają w gło­wie sko­ja­rze­nia z tre­su­rą dzi­kich zwie­rząt. Ja naj­bar­dziej lu­bię me­ta­fo­ry ogrod­ni­cze. Brzo­skwi­nia to brzo­skwi­nia. Do­bra lub ze­psu­ta. Choć­by nie wiem jak się sta­rać, to nie bę­dzie z niej po­mi­do­ra.

Roz­wój za­cho­dzi od we­wnątrz. Jest re­ali­zo­wa­niem we­wnętrz­ne­go pro­gra­mu i po­ten­cja­łu za­war­te­go w każ­dej ży­wej isto­cie. Dzie­je się w re­la­cji z oto­cze­niem, ale nie jest pro­stym do­sto­so­wy­wa­niem się do jego ocze­ki­wań. Im mniej skom­pli­ko­wa­ny or­ga­nizm, tym ła­twiej jest to do­strzec. Z na­sio­na wy­ra­sta ro­śli­na, któ­ra wie, jak wy­pusz­czać li­ście, jak ufor­mo­wać kwiat, kie­dy za­kwit­nąć i jaki wy­dać owoc. Moż­na pie­lę­gno­wać, pod­le­wać i za­pew­nić jej od­po­wied­nią tem­pe­ra­tu­rę lub spra­wić, że zmar­nie­je z bra­ku wody lub świa­tła. Ale za­wsze z na­sio­na wy­ro­śnie tyl­ko taka ro­śli­na, z ja­kiej ono po­cho­dzi.

Trud­no cza­sem uwie­rzyć, że i czło­wiek, choć jest dużo bar­dziej ela­stycz­ny, po­sia­da taki we­wnętrz­ny pro­gram. Plan, któ­ry re­ali­zu­je się sa­mo­ist­nie, choć nie bez wpły­wu z ze­wnątrz. Ten wpływ w przy­pad­ku isto­ty ludz­kiej to opie­ka nad dziec­kiem, pod­trzy­my­wa­nie go przy ży­ciu wte­dy, kie­dy jest jesz­cze za małe, żeby sa­mo­dziel­nie prze­żyć, bu­dze­nie jego „ape­ty­tu na roz­wój” i za­pew­nia­nie mu bo­ga­te­go i wspie­ra­ją­ce­go śro­do­wi­ska. Przy­kła­dem może być roz­wój mowy, w przy­pad­ku któ­re­go dziec­ko ma za­zwy­czaj wszel­kie me­cha­ni­zmy słu­żą­ce do tego, żeby ją opa­no­wać, po­cząw­szy od wro­dzo­nej po­trze­by ko­mu­ni­ko­wa­nia się. Nie trze­ba uczyć go wy­ma­wia­nia ani ro­zu­mie­nia słów. Nie trze­ba go za­chę­cać do mó­wie­nia ani ko­ry­go­wać, kie­dy po­peł­nia błę­dy. Mało tego, są kul­tu­ry, gdzie do­ro­śli nie roz­ma­wia­ją z ma­ły­mi dzieć­mi i uczą się one mó­wić od star­szych ró­wie­śni­ków. Ale na pew­no dziec­ko musi sły­szeć ludz­ką mowę, żeby na­uczy­ło się kon­kret­ne­go ję­zy­ka. I do tego musi ją sły­szeć w re­al­nej roz­mo­wie po­mię­dzy ży­wy­mi ludź­mi. Praw­do­po­dob­nie to dzie­ci były pierw­szy­mi ludź­mi, któ­rzy za­czę­li mó­wić.

Roz­wój to nie do koń­ca wy­ra­bia­nie w dziec­ku jed­nych na­wy­ków i li­kwi­do­wa­nie in­nych. To o wie­le bar­dziej pro­ces, w któ­rym za­cho­wa­nia mniej doj­rza­łe – pod wpły­wem wzra­sta­nia i do­świad­czeń – za­stę­po­wa­ne są przez bar­dziej doj­rza­łe, bar­dziej sku­tecz­ne. A tak­że po­sze­rza­nie moż­li­wo­ści dzia­ła­nia o nowe spo­so­by. Nie trze­ba dziec­ka od­zwy­cza­jać od racz­ko­wa­nia. Wy­star­czy po­cze­kać, aż na­uczy się cho­dzić. Po­dob­nie jest z wie­lo­ma in­ny­mi sfe­ra­mi roz­wo­ju, gdzie naj­bar­dziej ze wszyst­kie­go po­trzeb­na jest dziec­ku jego wła­sna go­to­wość i cier­pli­wość opie­ku­nów.

Pra­cu­jąc z ro­dzi­ca­mi i spo­ty­ka­jąc się z nimi za­wo­do­wo oraz pry­wat­nie, bar­dzo moc­no wi­dzę, jak spe­cy­ficz­ne w dzie­ciach są in­te­rak­cje mię­dzy tym, co na­tu­ral­ne, a tym, co wy­uczo­ne. Źró­dłem po­ko­ry jest ob­ser­wa­cja wro­dzo­ne­go po­ten­cja­łu dziec­ka, któ­ry w ma­łym stop­niu jest efek­tem wy­cho­wa­nia, choć bez ro­dzi­ciel­skiej opie­ki nie ma moż­li­wo­ści się urze­czy­wist­nić. Za­sta­na­wiam się cza­sem, ja­kie ro­dzi­ciel­skie po­sta­wy i za­cho­wa­nia mo­gły być przy­czy­ną ta­kie­go spo­so­bu funk­cjo­no­wa­nia dziec­ka. A po­tem po­zna­ję ro­dzi­ców i oka­zu­je się, że oni wie­dzą o tym, że dziec­ko bar­dzo po­trze­bu­je uwa­gi albo nie lubi zmian w swo­im oto­cze­niu i sta­ra­ją się temu ze wszyst­kich sił za­ra­dzić. Zda­rza się oczy­wi­ście, że spo­sób, do ja­kie­go ucie­ka­ją się ro­dzi­ce, jest nie­tra­fio­ny. Zda­rza się, że ro­dzi­ciel­ska po­moc utrud­nia dziec­ku po­ra­dze­nie so­bie z wy­zwa­nia­mi. Ale przy­czy­ną tego, że dziec­ko funk­cjo­nu­je w taki a nie inny spo­sób, bar­dzo rzad­ko jest czy­jaś „wina” albo „błąd wy­cho­waw­czy”.

Jest ta­kie po­wie­dze­nie, że czło­wiek to w stu pro­cen­tach geny i w stu pro­cen­tach wy­cho­wa­nie. Aby do­kład­niej zro­zu­mieć to stwier­dze­nie, war­to przy­to­czyć kil­ka przy­kła­dów. Geny okre­śla­ją, ile wzro­stu bę­dzie mia­ła dana oso­ba i ile bę­dzie wa­żyć jako do­ro­sły. Jaki bę­dzie mia­ła ko­lor wło­sów i oczu. Czy bę­dzie lu­bi­ła po­rzą­dek i spo­kój, czy wręcz prze­ciw­nie – bę­dzie dą­ży­ła od jed­ne­go wy­zwa­nia do ko­lej­ne­go. Geny de­cy­du­ją o tem­pie, w ja­kim dziec­ko czy do­ro­sły osią­ga­ją ko­lej­ne eta­py roz­wo­jo­we. Je­śli dziec­ko za­czy­na póź­niej cho­dzić albo mó­wić, to naj­czę­ściej nie z po­wo­du zbyt ma­łej ilo­ści ćwi­czeń, ale dla­te­go, że taki jest pro­gram ge­ne­tycz­ny, któ­ry re­ali­zu­je.

Kie­dy ob­ser­wo­wa­no bliź­nię­ta, z któ­rych jed­no ćwi­czy­ło wcho­dze­nie po scho­dach, a dru­gie w tym cza­sie nie mia­ło do nich do­stę­pu, to oka­za­ło się, że po ja­kimś cza­sie wy­ćwi­czo­ny bliź­niak był dużo spraw­niej­szy. Ale wy­star­czył ty­dzień swo­bod­ne­go do­stę­pu do scho­dów, żeby umie­jęt­no­ści oboj­ga dzie­ci się wy­rów­na­ły.

Co w ta­kim ra­zie z wy­cho­wa­niem? Na­wet je­śli geny okre­ślą do­ce­lo­wy wzrost da­nej oso­by, to dziec­ko, któ­re bę­dzie nie­do­ży­wio­ne, może tego wzro­stu nie osią­gnąć. Dziec­ko, któ­re­go or­ga­nizm nie to­le­ru­je glu­te­nu, bę­dzie czu­ło się tak samo do­brze jak zdro­we, póki bę­dzie na die­cie. Geny de­ter­mi­nu­ją po­ten­cjał czło­wie­ka i wie­le jego cech, ta­kich jak szyb­kość re­ak­cji, wraż­li­wość na bodź­ce czy za­po­trze­bo­wa­nie na nie, ale ja­kość ro­dzi­ciel­skiej opie­ki może dzia­ła­nie ge­nów dość moc­no zmo­dy­fi­ko­wać, wpły­wa­jąc na to, któ­re z nich się uak­tyw­nią, a któ­re przez całe ży­cie po­zo­sta­ną uśpio­ne. A nade wszyst­ko, na­wet je­śli ro­dzic ma ogra­ni­czo­ny wpływ na to, ja­kie jego dziec­ko bę­dzie, to ma ogrom­ny wpływ na to, jak dziec­ko bę­dzie się czu­ło z sa­mym sobą (a tak­że oczy­wi­ście ze swo­imi bli­ski­mi), czy od­naj­dzie się w swo­im świe­cie, z ja­kich swo­ich kom­pe­ten­cji bę­dzie mia­ło od­wa­gę sko­rzy­stać. To ro­dzi­ce uczą dziec­ko ra­dzić so­bie z tym, co wro­dzo­ne, naj­le­piej jak się da.

Moż­na wy­cho­wać nie­śmia­łe i ostroż­ne dziec­ko, któ­re bę­dzie ak­cep­to­wać sa­me­go sie­bie i ta­kie, któ­re mimo prze­bo­jo­wo­ści i zde­cy­do­wa­nia wciąż bę­dzie mia­ło oba­wy o to, jak zo­sta­nie oce­nio­ne. Moż­na wy­brać: czy waż­niej­sze jest, żeby dziec­ko czu­ło się do­brze samo ze sobą, czy też żeby sta­le szu­ka­ło po­twier­dze­nia swo­jej war­to­ści w oczach i za­cho­wa­niu in­nych lu­dzi. Dla­te­go kie­dy ro­dzi­ce py­ta­ją mnie, czy mają ku­po­wać okrop­ne, tan­det­ne za­baw­ki, któ­re po­do­ba­ją się ich dzie­ciom albo co zro­bić z dziew­czyn­ką, któ­ra ko­cha wszel­kie księż­nicz­ki, za­zwy­czaj pro­po­nu­ję zło­ty śro­dek. I oczy­wi­ście re­flek­sję. Co jest lep­szym wyj­ściem? Wy­cho­wać cór­kę, któ­ra w pew­nym mo­men­cie ży­cia fa­scy­no­wa­ła się księż­nicz­ka­mi, ale jest prze­bo­jo­wa, pew­na sie­bie i otwar­ta? Czy też taką, któ­ra fa­scy­nu­je się księż­nicz­ka­mi w ta­jem­ni­cy i ma cią­głe po­czu­cie, że coś z nią musi być nie tak, sko­ro ma taki kiep­ski gust?

Kie­dy prze­glą­da się róż­ne po­ra­dy wy­cho­waw­cze, róż­nią się one mię­dzy in­ny­mi po­zio­mem dy­rek­tyw­no­ści, ja­kiej ocze­ku­ją od sto­su­ją­cych je ro­dzi­ców. A więc zaj­mu­ją się tym, na co moż­na dziec­ku po­zwo­lić i jak wy­eg­ze­kwo­wać od dziec­ka do­sto­so­wa­nie się do za­sad. W ro­dzi­ciel­stwie bli­sko­ści, tak jak ja je ro­zu­miem, roz­wa­ża­nia kon­cen­tru­ją się na czymś in­nym. Nie na tym, na ile wol­no lub nie wol­no być dy­rek­tyw­nym, ale w du­żym stop­niu na tym, w jaki spo­sób wspie­rać dziec­ko i jak za­re­ago­wać, kie­dy ja­sno ko­mu­ni­ku­je nam swój sprze­ciw. Dy­rek­tyw­ność w ro­dzi­ciel­stwie bli­sko­ści po­le­ga ra­czej na ja­snym po­ka­zy­wa­niu tego, cze­go chce­my i co nam się po­do­ba lub nie, niż na wy­da­wa­niu po­le­ceń i wy­cią­ga­niu kon­se­kwen­cji w ra­zie od­mo­wy. Żad­ne „nie” w tym kon­tek­ście nie jest „bun­tem”, ale cen­ną in­for­ma­cją zwrot­ną o tym, co jest waż­ne dla dziec­ka i za­chę­tą do szu­ka­nia in­nych roz­wią­zań da­nej sy­tu­acji.

O eko­lo­gii

Dziec­ko ro­dzi się jako wy­jąt­ko­wa isto­ta i ro­śnie w pew­nym okre­ślo­nym śro­do­wi­sku. Nie ma i nie bę­dzie na świe­cie dru­gie­go ta­kie­go sa­me­go czło­wie­ka jak ono. Na jego roz­wój i wy­cho­wa­nie ma wpływ wie­le czyn­ni­ków. Jego in­dy­wi­du­al­ność, wy­po­sa­że­nie ge­ne­tycz­ne, któ­re przy­no­si ze sobą na świat. Za­cho­wa­nie i oso­bo­wość opie­ku­nów. Śro­do­wi­sko, w któ­rym ro­śnie i roz­wi­ja się. Kul­tu­ra, w któ­rej żyją jego ro­dzi­ce. I wła­ści­wo­ści świa­ta i ga­tun­ku homo sa­piens.

Oka­zu­je się, że by­cie wy­star­cza­ją­co do­brym ro­dzi­cem* nie jest tyl­ko kwe­stią wie­dzy i zna­jo­mo­ści me­tod. Li­czy się rów­nież oso­bo­wość, po­sta­wa, prze­ko­na­nia. Moż­na po­wie­dzieć, że dzie­ci wy­cho­wu­ją się same, bio­rąc od bli­skich i ze świa­ta to, co wi­dzą, cze­go po­trze­bu­ją, co im pa­su­je. Przez cały czas, 24 go­dzi­ny na dobę, 7 dni w ty­go­dniu. Nie tyl­ko wte­dy, kie­dy ktoś się nad nimi po­chy­la i zwra­ca na nie uwa­gę.

Śro­do­wi­sko, w któ­rym dzie­ci wzra­sta­ją, skła­da się mię­dzy in­ny­mi z:

sys­te­mu war­to­ści ro­dzi­ców,

umie­jęt­no­ści i kom­pe­ten­cji ży­cio­wych opie­ku­nów,

ich

prze­ko­nań na te­mat dzie­ci i sze­rzej – na te­mat na­tu­ry ludz­kiej,

ce­lów, ja­kie so­bie sta­wia­ją ro­dzi­ce w od­nie­sie­niu do dzie­ci,

tego, jak

ro­dzi­ce wi­dzą każ­de kon­kret­ne dziec­ko, jak in­ter­pre­tu­ją jego za­cho­wa­nie.

W skład śro­do­wi­ska wcho­dzi też miej­sce, w któ­rym żyje ro­dzi­na, jej re­la­cje z in­ny­mi ludź­mi i waż­ne ro­dzin­ne wy­da­rze­nia.

Ce­lo­wo wy­mie­niam tu głów­nie czyn­ni­ki zwią­za­ne z oso­ba­mi opie­ku­nów. Bo to oni two­rzą naj­istot­niej­szą z punk­tu wi­dze­nia ma­łe­go czło­wie­ka część oto­cze­nia, jego śro­do­wi­sko spo­łecz­ne. To od nich dziec­ko na pierw­szych eta­pach swo­je­go ży­cia uczy się sie­bie i świa­ta.

Ro­dzi­ciel­stwo bli­sko­ści jest wy­cho­wa­niem eko­lo­gicz­nym, sza­nu­ją­cym dziec­ko w jego na­tu­ral­nym śro­do­wi­sku i jako część tego śro­do­wi­ska. Ta­kim, któ­re w swo­jej per­spek­ty­wie uwzględ­nia nie tyl­ko wy­nik wy­cho­wa­nia, ale też róż­ne inne uwa­run­ko­wa­nia. W któ­rym cel nie uświę­ca środ­ków, a dla ro­dzi­ców, oprócz efek­tów, ja­kich ocze­ku­ją i me­tod, ja­ki­mi sta­ra­ją się do nich dojść, waż­na jest też ja­kość co­dzien­ne­go wspól­ne­go ży­cia. Chcą osią­gać nie tyl­ko swo­je cele, ale przede wszyst­kim wspie­rać cele i po­trze­by dziec­ka. Sta­ra­ją się być uważ­ni na uczu­cia i po­trze­by dziec­ka, sza­no­wać je. Dbać o we­wnętrz­ne zdro­wie i siłę, a nie tyl­ko ze­wnętrz­ny ład­ny wy­gląd i szyb­ki efekt. To jak z eko­lo­gicz­nym jabł­kiem. Każ­dy sam so­bie od­po­wia­da, czy chce mieć jabł­ko duże, błysz­czą­ce i ład­ne, czy też bar­dziej za­le­ży mu na tym, żeby było w nim ży­cie.

W wy­cho­wa­niu naj­waż­niej­sze jest za­wsze to, co dzie­je się mię­dzy bli­ski­mi tu i te­raz. Ro­dzi­ciel­stwo bli­sko­ści to spo­sób na peł­niej­sze prze­ży­wa­nie każ­de­go dnia. Bez zbyt­nie­go mar­twie­nia się o wczo­raj i o ju­tro. Moż­na zmar­no­wać wie­le obec­nych chwil, kon­cen­tru­jąc się tyl­ko na tym, co z dziec­ka wy­ro­śnie, kie­dy się na­uczy i jak się za­cho­wy­wa­ło w ze­szłym ty­go­dniu. Nie za­uwa­żyć ma­łych zmian świad­czą­cych o tym, że dziec­ko roz­wi­ja się i wzra­sta. Oba­wia­jąc się, że dziec­ko zno­wu ugry­zie, ude­rzy, roz­pła­cze się, moż­na prze­ga­pić chwi­le, kie­dy do­brze so­bie ra­dzi. A oba­wia­jąc się, jak wy­pad­nie na spraw­dzia­nie szó­sto­kla­si­sty (albo do ja­kiej szko­ły się do­sta­nie), moż­na stra­cić ra­dość z ma­łych dzie­cię­cych od­kryć i bez­tro­skiej za­ba­wy.

Eko­lo­gia w wy­cho­wa­niu po­le­ga też na tym, żeby wi­dzieć każ­de­go czło­wie­ka, bez wzglę­du na jego wiek, jako ca­łość. Jako pew­ne­go ro­dza­ju sys­tem, któ­ry skła­da się w wie­lu rów­nie waż­nych ele­men­tów. Kie­dy po­ja­wia się ja­kiś pro­blem, naj­bar­dziej rzu­ca się w oczy je­den ka­wa­łek. Zgryz, zęby, spa­nie, je­dze­nie. W ro­dzi­ciel­stwie bli­sko­ści to nie pro­blem, tyl­ko dziec­ko, któ­re po­trze­bu­je po­mo­cy. To też jest eko­lo­gia, kie­dy zwra­ca się uwa­gę na to, jak zmia­na, któ­rej się pra­gnie, wpły­nie na sys­tem w szer­szym zna­cze­niu.

A cza­sem to nie dziec­ko po­trze­bu­je po­mo­cy, lecz do­ro­sły chwi­li za­sta­no­wie­nia. Bo może być też tak, że to on ma ja­kąś trud­ność. Że zo­ba­czył jako pro­blem na­tu­ral­ną dzie­cię­cą po­trze­bę za­leż­no­ści i bez­pie­czeń­stwa lub chęć zbu­do­wa­nia so­bie wła­snej, od­ręb­nej oso­bo­wo­ści. Dzie­ci tak­że, na swój spo­sób i na mia­rę swo­ich moż­li­wo­ści, sta­ra­ją się za­dbać o sie­bie, a ży­cie, z któ­rym się mie­rzą, nie jest bez­pro­ble­mo­we.

Po­ja­wia się wy­zwa­nie, ja­kaś trud­ność. Jako ro­dzic za­sta­na­wiam się, co zro­bić z dziec­kiem. Jak to ro­ze­grać? Jak się za­cho­wać? Po­trze­bu­ję cza­sem zmie­nić per­spek­ty­wę. Za­trzy­mu­ję się w swo­im pę­dzie i ro­bię krok do tyłu. Przy­glą­dam się z boku. Dziec­ko tego nie po­tra­fi. Ja tak.

Róż­ne per­spek­ty­wy i cele wy­cho­wa­nia

Kie­dy po­ja­wia się ja­kaś trud­ność, ro­dzic może mieć w gło­wie róż­ne cele:

żeby dziec­ko prze­sta­ło ro­bić

to, co

wła­śnie w tej chwi­li robi,

żeby było bez­piecz­ne,

nie

zro­bi­ło so­bie lub ko­muś krzyw­dy,

żeby za­cho­wy­wa­ło się nor­mal­nie,

nie

przy­no­si­ło mu wsty­du,

żeby ni­g­dy wię­cej

tego

nie zro­bi­ło,

żeby wie­dzia­ło, że

robi

źle, umia­ło od­róż­niać do­bro i zło,

żeby

to

ro­dzic wie­dział, jak re­ago­wać w trud­nych sy­tu­acjach, aby do­brze się z tym po­tem czuć.

Każ­dy po­sta­wio­ny so­bie cel czy za­da­ne py­ta­nie ina­czej po­rząd­ku­ją ro­dzi­ciel­skie wy­sił­ki. Pro­wa­dzi do in­nych od­po­wie­dzi i do in­nych stra­te­gii. W ro­dzi­ciel­stwie bli­sko­ści waż­ne jest, co dziec­ko zro­zu­mie z za­cho­wa­nia do­ro­słe­go, ja­kie wy­cią­gnie wnio­ski. Co mu zo­sta­nie z każ­de­go wspól­nie prze­ży­wa­ne­go do­świad­cze­nia. Za bar­dzo kon­cen­tru­jąc się na kon­tro­lo­wa­niu za­cho­wa­nia dziec­ka, moż­na zlek­ce­wa­żyć swój wpływ na to, co dziec­ko o so­bie my­śli i jak się czu­je ze swo­imi opie­ku­na­mi. Moż­na za­po­mnieć, że dziec­ko na pod­sta­wie za­cho­wa­nia ro­dzi­ców nie za­wsze wy­cią­ga ta­kie wnio­ski, ja­kie oni so­bie za­pla­no­wa­li.

Kie­dy dziec­ko robi coś, na co się nie zga­dza­my, co jest dla nas trud­ne, war­to za­sta­no­wić się na spo­koj­nie nad jego za­cho­wa­niem, upo­rząd­ko­wać swo­je prze­my­śle­nia. Na przy­kład tak:

jak ro­zu­miem za­cho­wa­nie mo­je­go dziec­ka?ja­kie emo­cje w związ­ku z nim się we mnie bu­dzą?co te emo­cje mó­wią mi o mnie sa­mym, ja­kie moje po­trze­by są nie­za­spo­ko­jo­ne?jak mogę za­dbać o sie­bie ina­czej niż przez ocze­ki­wa­nia w sto­sun­ku do dziec­ka i po­móc mu le­piej za­spo­ko­ić jego po­trze­by?jak mogę za­trosz­czyć się o rów­no­wa­gę mię­dzy uważ­no­ścią na dziec­ko a uważ­no­ścią na sie­bie sa­me­go?

Wie­le warsz­ta­tów wy­cho­waw­czych za­czy­na się od re­flek­sji nad na­stę­pu­ją­cy­mi py­ta­nia­mi: ja­kie­go do­ro­słe­go chcę wy­cho­wać, jaki ma być wy­nik mo­je­go wy­cho­wa­nia? Czy ro­biąc to, co ro­bię, każ­de­go dnia zbli­żam się do tego wy­ni­ku czy od­da­lam? Co jest moim prio­ry­te­tem? Na dziś i na całe ży­cie z dzieć­mi.

War­to za­da­wać so­bie ta­kie py­ta­nia, a je­śli wy­cho­wu­je­my dziec­ko wspól­nie z na­szym part­ne­rem, za­dać je so­bie wspól­nie i dzie­lić się od­po­wie­dzia­mi.

Dzie­ciom po­trze­ba przede wszyst­kim wia­ry w sie­bie, umie­jęt­no­ści ży­cia z ludź­mi, od­wa­gi sa­mo­dziel­ne­go my­śle­nia. Mniej waż­ne jest po­słu­szeń­stwo, do­bre ma­nie­ry, punk­tu­al­ność i pra­co­wi­tość. Po­słu­szeń­stwo w po­łą­cze­niu z grzecz­no­ścią tak na­praw­dę bu­dzi naj­więk­sze moje oba­wy. Dzie­ci, któ­re słu­cha­ją się in­nych za­miast ko­rzy­stać z wła­sne­go ser­ca i ro­zu­mu, na­ra­żo­ne są na to, że kie­dy zmniej­szy się wpływ ro­dzi­ców i ich miej­sce zaj­mu­ją ró­wie­śni­cy, nie będą po­tra­fi­ły do­ko­ny­wać mą­drych i bez­piecz­nych wy­bo­rów oraz od­ma­wiać, kie­dy coś im nie słu­ży.

Kie­dy dzie­ci zmie­nia­ją się w do­ro­słych, nie ma zna­cze­nia, ile cza­su zaj­mo­wa­ło im za­kła­da­nie bu­tów. Albo ile lat mia­ły, kie­dy na­uczy­ły się li­czyć do dzie­się­ciu. Ro­dzi­ciel­stwo bli­sko­ści to za­chę­ta do tego, żeby przy­po­mnieć so­bie, że oprócz za­cho­wa­nia lu­dzie mają jesz­cze we­wnętrz­ny świat po­staw, emo­cji, prze­ko­nań. Mają swo­je po­trze­by, któ­re sta­ra­ją się za­spo­ko­ić naj­le­piej jak po­tra­fią, na­wet jak mają trzy lata albo trzy mie­sią­ce. Za­wsze chcą do­brze. Dzię­ki ro­zu­mie­ją­cej i ak­cep­tu­ją­cej po­sta­wie ro­dzi­ców, dzie­ci mają szan­sę na to, że jako do­ro­śli będą swo­je dzie­ciń­stwo wspo­mi­nać z ra­do­ścią. Z dru­giej stro­ny nie war­to mar­no­wać wspól­ne­go ży­cia sta­łym roz­my­śla­niem o tym, co bę­dzie póź­niej. Nie ma przy­go­to­wa­nia do ży­cia. Praw­dzi­we ży­cie dzie­je się już te­raz.

W re­la­cjach z ro­dzeń­stwem, kie­dy dzie­ci są małe, pod­sta­wo­wym ce­lem bywa to, żeby dzie­ci się nie biły, nie kłó­ci­ły, umia­ły dzie­lić za­baw­ka­mi. Jed­nak z bie­giem lat, a zwłasz­cza gdy bra­cia i sio­stry są już do­ro­śli, oka­zu­je się, że naj­waż­niej­sze jest to, czy się po pro­stu lu­bią. Czy my­ślą same o so­bie jako o do­brych bra­ciach, sio­strach, czy jako o ry­wa­lach i wro­gach.

Ja­kie wspo­mnie­nia moż­na mieć z dzie­ciń­stwa? Co ty pa­mię­tasz ze swo­je­go?

at­mos­fe­rę,swo­je uczu­cia i od­czu­cia w związ­ku z za­cho­wa­niem ro­dzi­ców,strach przed karą,za co by­łeś ka­ra­ny,złość, że coś się nie uda­ło,po­czu­cie krzyw­dy, bo bar­dzo się sta­ra­łeś, a to cią­gle było za mało,po­czu­cie by­cia nie­zro­zu­mia­nym,prze­ko­na­nie, że ro­dzi­ce za­wsze sta­li po two­jej stro­nie,wia­rę w cie­bie bez wzglę­du na wszyst­ko,to, że z każ­dym kło­po­tem moż­na było do nich przyjść.

Co pa­mię­tasz i co chciał­byś, żeby pa­mię­ta­ło two­je dziec­ko?

Nie­któ­re z ro­dzi­ciel­skich ce­lów kłó­cą się ze sobą. Po­słu­szeń­stwo i sa­mo­dziel­ne my­śle­nie. Wia­ra w swo­je moż­li­wo­ści i speł­nia­nie ocze­ki­wań ro­dzi­ców. Ory­gi­nal­ność, kre­atyw­ność i za­in­te­re­so­wa­nie na­gro­da­mi. Kie­dy spo­ty­kam się z dzieć­mi, wte­dy to, jak się za­cho­wu­ją, nie jest dla mnie naj­waż­niej­sze. Wiem, że i do­ro­śli za­cho­wu­ją się róż­nie. Bar­dziej za­le­ży mi na tym, żeby dzie­ci chcia­ły być do­bry­mi ludź­mi i żeby wie­rzy­ły, że to po­tra­fią. Żeby umia­ły za­dbać o sie­bie, jed­no­cze­śnie nie ra­niąc in­nych. Żeby po­stę­po­wa­ły do­brze, nie ze stra­chu przed karą albo z po­czu­cia wsty­du, tyl­ko ze współ­czu­cia i po­czu­cia wspól­no­ty z in­ny­mi ludź­mi. Da­wa­nie in­nym jest po­dob­no dzie­sięć razy przy­jem­niej­sze niż do­sta­wa­nie cze­goś. Chcę, żeby każ­de dziec­ko po­czu­ło tę przy­jem­ność.

Je­śli ktoś chce na­uczyć dziec­ko sa­mo­kon­tro­li, niech spró­bu­je mniej je kon­tro­lo­wać. Je­śli chce wy­cho­wać zdy­scy­pli­no­wa­ne­go czło­wie­ka, niech da mu wol­ność i prze­strzeń, w któ­rej bę­dzie mógł ćwi­czyć we­wnętrz­ną dys­cy­pli­nę. Je­śli cho­dzi o to, żeby dziec­ko chcia­ło być do­brym czło­wie­kiem, trze­ba prze­stać tego od nie­go wy­ma­gać, tak aby do­bro sta­ło się jego au­to­no­micz­nym wy­bo­rem. Mo­ty­wa­cja we­wnętrz­na i ze­wnętrz­na nie wspie­ra­ją się na­wza­jem – one ze sobą ry­wa­li­zu­ją. „Chcę” i „mu­szę” rzad­ko wy­stę­pu­ją ra­zem. Im wię­cej ener­gii in­we­stu­je się w za­chę­ca­nie, wy­ma­ga­nie, mo­ty­wo­wa­nie, tym mniej dziec­ko cie­szy się tym, co robi i tym mniej wie­rzy, że chce to ro­bić i że ro­bi­ło­by to samo, na­wet bez ak­tyw­no­ści z ze­wnątrz. Moż­na ze­psuć pra­wie każ­dą przy­jem­ność, ro­biąc z niej obo­wią­zek.

Żeby więc ode­rwać się od tego, co ro­dzic chce w da­nej chwi­li uzy­skać, war­to żeby za­sta­no­wił się nad spo­so­bem, w jaki pa­trzy na dziec­ko. Do­brze by było, żeby pró­ba wy­wie­ra­nia wpły­wu, zmie­nia­nia dru­gie­go czło­wie­ka była po­prze­dzo­na ob­ser­wa­cją i zro­zu­mie­niem dziec­ka i swo­ich emo­cji. Uważ­ne przy­glą­da­nie może po­móc w od­po­wie­dzi na py­ta­nie o to, ja­kie dziec­ko jest. Cze­go chce, do cze­go dąży, ja­kie war­to­ści sta­ra się pie­lę­gno­wać. Uważ­na i peł­na mi­ło­ści ob­ser­wa­cja jest na­rzę­dziem, któ­re po­wo­du­je nie­świa­do­me zmia­ny w za­cho­wa­niu, re­ak­cjach i po­sta­wach – za­rów­no ob­ser­wa­to­ra, jak i ob­ser­wo­wa­ne­go. Te wła­śnie zmia­ny czę­sto dużo sku­tecz­niej wpły­wa­ją na za­cho­wa­nie dziec­ka niż czy­jeś ce­lo­we i świa­do­me wy­sił­ki.

Może też być tak, że dziec­ko już po­tra­fi to, cze­go ro­dzic pla­nu­je je na­uczyć, choć robi to na swój wła­sny, in­dy­wi­du­al­ny, za­spo­ka­ja­ją­cy jego po­trze­by spo­sób. Ma w so­bie to wszyst­ko, co ro­dzic chce mu prze­ka­zać. Jest od­waż­ne, wie­rzy w sie­bie. Jest po swo­je­mu dzie­cin­nie tro­skli­we. Lubi się roz­wi­jać. Jest cie­ka­we świa­ta. Te­raz tyl­ko do­ro­sły po­trze­bu­je na­uczyć się cier­pli­wo­ści i za­ufa­nia.

W pew­nym sen­sie przez to, ja­kim wi­dzi się swo­je dziec­ko, ta­kim się je two­rzy. Kie­dy ro­dzic trak­tu­je je jako mą­dre­go czło­wie­ka, ono w to wie­rzy. Kie­dy do­ce­nia jego chęć współ­pra­cy, ono uczy się, że lubi współ­pra­co­wać. Kie­dy ktoś mówi mu, że to, co zro­bi­ło, było głu­pie, za­czy­na my­śleć, że jest głu­pie. Sło­wa mają wiel­ką moc. A oprócz słów tak­że to, co czu­ją i wi­dzą w re­la­cjach z dzieć­mi do­ro­śli. Dziec­ko nie po­tra­fi za­ufać so­bie, je­śli nikt mu nie ufa. Po­ko­chać sie­bie, je­śli ktoś go nie po­ko­cha naj­pierw. A je­śli nie za­ufa i nie po­ko­cha sie­bie, trud­no mu bę­dzie być z in­ny­mi, ko­chać ich i być bli­sko. Trud­no mu też bę­dzie roz­po­znać sy­tu­acje, kie­dy ktoś bę­dzie chciał nad­użyć jego za­ufa­nia.

Moje dziec­ko bu­dzi się w nocy. Przez pierw­sze dwa i pół roku do je­dze­nia, a po­tem, kie­dy jest star­sze, żeby spraw­dzić, gdzie je­stem. Za­sy­pia przy­tu­lo­ne do mnie. Czy mu­szę uczyć je spa­nia? Ono umie za­snąć. Tak­że sa­mo­dziel­nie, kie­dy jest taka po­trze­ba. Na środ­ku dy­wa­nu, kie­dy jest zmę­czo­ne. Ja­dąc au­to­bu­sem, kie­dy przyj­dzie na nie pora. Umie za­sy­piać i umie spać. Ono tyl­ko ma wy­so­kie stan­dar­dy. Po pro­stu lubi być bli­sko. W wie­ku dwóch lat je­dzie z bab­cią na wa­ka­cje. Ma­cha mi ra­do­śnie przy roz­sta­niu. Wra­ca szczę­śli­wy. Nie uza­leż­ni­łam od sie­bie dziec­ka.

Tak samo nie trze­ba uczyć dzie­ci dba­nia o in­nych i dzie­le­nia się z nimi. One po­tra­fią być hoj­ne. Po­chy­la­ją się, kie­dy ko­muś jest źle. Po­cie­sza­ją. Cza­sem za­po­mną się w żar­tach. Cza­sem chcą się na­cie­szyć swo­ją wła­sno­ścią. Ale nie trze­ba uczyć ich do­bro­ci. One już są do­bre. Byle tyl­ko nie ze­psuć. Do­ro­słym bra­kiem wraż­li­wo­ści, twar­do­ścią i chę­cią po­sta­wie­nia na swo­im.

Ro­dzi­ciel­stwo bli­sko­ści to rów­no­wa­ga. Ba­lan­so­wa­nie mię­dzy spon­ta­nicz­no­ścią „tu i te­raz”, in­stynk­tem i świa­do­mą re­flek­sją. Mię­dzy ży­ciem z dzieć­mi i oglą­da­niem tego ży­cia z róż­nych stron. Ocza­mi dziec­ka, ocza­mi ro­dzi­ca, ocza­mi in­ne­go do­ro­słe­go (jak kie­dyś prze­czy­ta­łam – ocza­mi są­sia­da).

Pra­cu­jąc z ludź­mi w róż­nym wie­ku, wi­dzę, co spra­wia naj­więk­szą trud­ność lu­dziom, któ­rzy sto­ją na pro­gu do­ro­słe­go ży­cia, na­sto­lat­kom:

nie lu­bią sie­bie,nie wie­dzą sami, cze­go chcą,nie wie­dzą, co lu­bią, co chcie­li­by ro­bić,mają po­czu­cie ży­cia w wir­tu­al­nym świe­cie,no­szą ma­ski i są prze­ko­na­ni, że tego, jacy są na­praw­dę, nikt nie chce wie­dzieć i nie do­ce­nia,boją się re­la­cji z in­ny­mi ludź­mi,my­ślą, że świat jest nie­bez­piecz­ny,nie po­tra­fią za­dbać o sie­bie,uwa­ża­ją trosz­cze­nie się o wła­sne po­trze­by za ego­istycz­ne i aspo­łecz­ne,wolą cier­pieć w mil­cze­niu niż po­wie­dzieć ko­muś, cze­go by chcie­li,cze­ka­ją na księż­nicz­kę z baj­ki albo księ­cia na bia­łym ko­niu, któ­rzy od­gad­ną, co ich uszczę­śli­wia,uwa­ża­ją, że szczę­ście jest nie­moż­li­we,wa­run­ku­ją swo­je za­do­wo­le­nie z ży­cia tym, by inni lu­dzie ro­bi­li to i tyl­ko to, co oni so­bie wy­my­ślą,chcą zmie­nić cały świat na inny od tego, w któ­rym przy­szło im żyć, a jed­no­cze­śnie nie zmie­niać sa­mych sie­bie.

Wie­lu do­ro­słym trud­no jest wcho­dzić w re­la­cje, w któ­rych jest dwo­je rów­nych part­ne­rów. Każ­dą in­te­rak­cję mię­dzy ludź­mi za­mie­nia­ją w ta­niec pod­le­gło­ści i wła­dzy. Nie wie­rzą, że moż­na roz­strzy­gnąć kon­flikt tak, żeby obie stro­ny były za­do­wo­lo­ne. Za­wsze, żeby ktoś wy­grał, ktoś inny musi prze­grać.

Każ­da kul­tu­ra sta­wia przed