Wydawca: Stara Szkoła Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Dziecko w wieku przedszkolnym. Zabawne przygody odważnego ojca ebook

M.M. Cabicar  

4.13333333333333 (60)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 245 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziecko w wieku przedszkolnym. Zabawne przygody odważnego ojca - M.M. Cabicar

Dziecko w wieku przedszkolnym to zbiór opowieści napisanych przez tatę trzyletniej Wiki. M. M. Cabicar opisuje rodzicielską rzeczywistość bezkompromisowo, czasem dosadnie, ale przede wszystkim z rozbrajającą szczerością i kapitalnym poczuciem humoru. Nie zdejmuje różowych okularów nawet w najbardziej kłopotliwych sytuacjach, wychowując dzięki temu niezwykle pogodne dziecko!

Opinie o ebooku Dziecko w wieku przedszkolnym. Zabawne przygody odważnego ojca - M.M. Cabicar

Fragment ebooka Dziecko w wieku przedszkolnym. Zabawne przygody odważnego ojca - M.M. Cabicar

Pierwszy dzień w przedszkolu

Akcja przebiega zgodnie z planem, osobnik wtopił się w tłum. Zbliża się ósma rano, migracja osiąga punkt kulminacyjny. Na szczęście przyjechaliśmy z półgodzinną rezerwą.

Przygotowania rozpoczęły się już poprzedniego dnia. Poszliśmy do kwiaciarni, żeby trzyletnia Wiki mogła zanieść kwiatki paniom przedszkolankom. W sumie nie wiem, czy jest taki zwyczaj, ale pomyślałem, że nasza córka będzie z nimi ładnie wyglądać. Planowałem kupić fiołki lub przebiśniegi, ale kwiaciarka powiedziała, że we wrześniu naprawdę trudno je dostać. Zapytałem, czy w takim razie zrobiłaby mi bukiet z chryzantem, na co odwarknęła już dość zirytowana, że chryzantemy daje się zmarłym, a nie przedszkolankom. Mruknąłem, że i tak pewnie niewiele z tych kobiet przeżyje, ponieważ do przedszkola idzie moja córka. Na widok Wiki, przyglądającej się rosiczkom, jakby zamierzała je zjeść na drugie śniadanie, kwiaciarka odparła:

– Aha.

Oczywiście przedszkolanki od nikogo innego nie dostały kwiatów. Większość rodziców przyniosła bombonierki i inne słodycze, które zasilą fundusz przedszkolny. Będą nagrodami w różnych grach i konkursach. Na szczęście po drugiej stronie ulicy był sklep, więc też szybko skoczyłem po jeden drobiazg. Byłem pewien, że wybrałem najlepszy, ale pani dyrektor była trochę zaskoczona, kiedy Wiki wraz z kwiatkami podała jej białe opakowanie:

– Co to jest?

– Bombonierka dla przedszkolanek – powiedziałem poważnie.

– Cefalgin… Przy bólach głowy… – przeczytała pani dyrektor i spojrzała na mnie zaskoczona. Przedszkolanka stojąca obok zaczęła się śmiać, wyrwała dyrektorce pudełko i krzyknęła:

– Biorę cały listek!

Bombonierka cieszyła się wielkim powodzeniem i krążyła po wszystkich piętrach. Nie dość, że się po niej nie tyje, to jeszcze wydłuża życie. O jakieś trzy godziny, które codziennie zostają do końca pracy, chociaż gdybym ja miał zajmować się takimi dwudziestoma słodziakami, sięgnąłbym po nią po czterdziestu pięciu minutach.

Pierwszym zadaniem, jakie czekało na Wiki, był wybór obrazka na szafkę i ręczniczka w łazience. Zauważyłem, że niektórzy rodzice dodatkowo oznaczyli szafki zdjęciem dziecka, żeby łatwiej rozpoznawało swój rewir. Z pewnością intencje były dobre, ale szatnia wyglądała jak Centrum Poszukiwania Osób Zaginionych. Może my też przykleimy coś na szafkę Wiki. Najskuteczniejszy byłby suchy rogalik. Najpierw przyszedł mi do głowy pączek z marmoladą, ale Wiki mogłaby odgryźć drzwiczki.

Drobna blondyneczka biegała w kółko, płacząc za mierzącym grubo ponad dwa metry tatą. Nie pojmowałem, jak taki kawał chłopa może mieć takie małe dziecko. Tymczasem Wiki natychmiast popędziła do zabawek, nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi. Delikatnie poinformowałem ją, że wychodzę i że zostanie tu sama. Że ma słuchać pań, być grzeczna i tego typu rodzicielskie gadki, które znam z filmów. Jeszcze raz podkreśliłem, że zostaje w przedszkolu sama, chciałem dać jej szansę na okazanie takich uczuć, jakie targały tą drobniutką blondynką. Może też zacznie tęsknić? Nie zaczęła. Powiedziała tylko:

– Dobrze.

Myślę, że po prostu dusi to w sobie. Cały ten ból pożegnań i cierpienie związane z oderwaniem od ukochanych rodziców. Tatusia i mamusi.

Ostatnie, co zobaczyłem przed wyjściem, to Wiki wbiegająca do sali zabaw z krzykiem na ustach:

– HURAAA!!!

Gdzieś głęboko, głęboko w sobie…

Wczoraj:

Żona jest przygnębiona.

– Jutro pierwszy dzień w przedszkolu. Myślisz, że będzie jej nas choć trochę brakować?

Spojrzałem na córkę, która potrafi w dowolnej chwili opuścić plac zabaw i pójść do d…omu, w ogóle się na nas nie oglądając.

– No jasne – odpowiedziałem nieprzekonująco.

Żona jest przygnębiona.

Dziś:

Żona radośnie:

– Patrz, jak nie może się od nas oderwać, ciągle na nas włazi. Ze mnie robi sobie zjeżdżalnię, po tobie skacze… Wygląda na to, że jednak za nami tęskniła.

– Albo teraz tęskni za przedszkolnym placem zabaw.

Żona jest przygnębiona.

Drugi dzień w przedszkolu

Drugi dzień w przedszkolu minął tak gładko, jakbyśmy chodzili tam od lat. Wiki się przebrała, zmieniła buty i zniknęła. Pożegnanie potrwało nie więcej niż sekundę. Podszedłem do przedszkolanki, żeby zapytać, jak moja córka sobie wczoraj radziła. Musiałem przyznać, że z Wiki udało mi się wydusić tylko słowa „kucharka", „domek" i „ziupa". Nasz dział kryptograficzny wciąż to rozpracowuje, lecz na razie bez zadowalających efektów. Obie przedszkolanki uśmiechnęły się i szczegółowo opisały mi cały wczorajszy dzień, od naszego przyjścia aż do popołudniowego odebrania, każdą jedną chwilkę. Pierwsza z kobiet całą swoją opowieść wyraziła słowami Bez problemów. Druga właściwie powtórzyła najważniejsze wydarzenia z udziałem Wiki, skupiając się przy tym głównie na interakcjach społecznych, dodała również własną ocenę przeżyć wewnętrznych i psychologii naszej córki – to wszystko zawarła w sformułowaniu W porządku. Potem ta pierwsza zaczęła opowiadać o wydarzeniach, których świadkiem wprawdzie nie była, więc zna je jedynie z drugiej ręki, ale mimo to zdała mi bardzo szczegółową relację słowami Była grzeczna. I to było najbardziej rozbudowane zdanie, jakie usłyszałem. Wciąż staram się je przyswoić. Chyba nie muszę pisać nic więcej. Nawet nie wiem, co mógłbym dodać. Naprawdę nie wiem. Nasz dział kryptograficzny poddał opowieść przedszkolanek deszyfracji na kilku różnych płaszczyznach i doszliśmy do wniosku, że właściwie chodzi o ogólne podsumowanie aspektu zawodowego: wszystkie przedszkolanki przeżyły. Tę informację zawierało zdanie Bez problemów. Przeżyła też większość dzieci. Takie było znaczenie zdania W porządku. Wiadomość uzupełniająca Była grzeczna w wolnym przekładzie oznaczać by mogła: Boże, naprawdę jutro też zamierza ją pan przyprowadzić?

Już drugiego dnia mała złapała w przedszkolu katar. Przed wysłaniem dzieci do przedszkola warto nie tylko przygotować odpowiednie rzeczy, ale również wzmocnić odporność naszych pociech. Powinni o tym pisać na tych ulotkach, które dają rodzicom. Najważniejsze jest podawanie świeżych owoców. My dodatkowo zaaplikowaliśmy immunoglobuliny. Trzylatków używa się w przedszkolu zamiast kociołka do przygotowania wojny bakteriologicznej. Możecie dbać o higienę swoich dzieci ze wszystkich sił, a one i tak przyciągną gila przez trzy ulice, a do wózeczka dla lalek włożą martwego gawrona. Dzieci w przedszkolu, oprócz tego, że się bawią, wymieniają się wirusami. Wiki wymieniła dwie ptasie grypy na jeden katar. Niezły interes. Jeden dzień została w domu, ale nie miała gorączki i nie kaszlała. Rano przyszliśmy do przedszkola i zastaliśmy naszą salę zamkniętą. Zaniemówiłem: oni wyginęli! Wszyscy! Została tylko moja córka. Ale na szczęście tylko przyszliśmy za wcześnie, bo Wiki po prostu nie mogła się doczekać.

Zapytałem, czy dzieci już trochę się znają, ale przedszkolanka powiedziała, że na to jest jeszcze za wcześnie. Na razie przedstawiają się w kółeczku, ale do Bożego Narodzenia powinny już mieć pierwszych kolegów i koleżanki. Pomyślałem, że do świąt ich gilki splączą się długimi szyjami, więc ich właścicielom również nie pozostanie nic innego, niż się ze sobą zaprzyjaźnić, ale zachowałem tę myśl dla siebie.

Zostałem jeszcze chwilę, żeby sprawdzić, co Wiki porabia w przedszkolu. Zapytałem ją, czym się bawi. Szybko wcisnęła mi do ręki dwa plastikowe rogaliki, zważyła seler, potem podała mi koszyk razem z portfelem i zamachała, żebym nie zasłaniał i spływał, bo ma mnóstwo klientów, a o wpół do pierwszej zamyka sklep.

Kiedy przyszedłem po nią po południu, wpadła mi w ramiona, co było przyjemne, ale zaraz potem powiedziała, że chciałaby tu zostać na noc. Od pierwszego dnia odmawia opuszczania przedszkola. Wyjaśniałem jej, że noce będzie jeszcze spędzać w domu, bo musi przyzwyczajać się stopniowo, tłumaczyłem jej to też wieczorem podczas wkładania piżamki, a wtedy się rozpłakała. Przez łzy zrozumiałem, że w przedszkolu rozniosła się wieść o dziecku, któremu udało się złapać chorobę wściekłych krów, a Wiki miała nadzieję, że uda się jej ją za coś wymienić. Usnęła dopiero, kiedy obiecałem, że zabiorę ją na miting przedwyborczy.

Rower stacjonarny

Wiki postanowiła się dziś bawić rowerem stacjonarnym. Naprawdę, w przedszkolu mają rowerek stacjonarny, żeby dzieci bardziej się zmęczyły. Gdybyśmy wpadli na ten pomysł wcześniej, kupilibyśmy go dwa tygodnie po porodzie zamiast becików. To co, że nie umie siadać? Wykręcacie się, żołnierzu?! Pedałujemy, pedałujemy! W przedszkolnym rowerku nie działa światło – pokazywała mi.

– Bo nie jest prawdziwy – odezwało się za mną. Obróciłem się. Stała tam drobna blondynka i dodała jeszcze: – Gdyby był prawdziwy, toby jeździł – pokazała ręką, jak śmigałaby nim po całej sali.

Przyjrzałem się jej uważnie. Dziewczynki, które potrafią wygrać Tour de France na rowerze stacjonarnym, z jakiegoś powodu wywołują we mnie niepokój.

Pożegnałem się z Wiki i powiedziałem, że przyjdę w południe.

– Nie! – jęknęła. – Cę tu być cały dzień.

Ale przedszkolanka zapewniała mnie później, że tylko tak mówi. I że naprawdę czeka, kiedy wreszcie przyjdzie mamusia lub tatuś. A przynajmniej tak to zrozumiałem: że czeka na to Wiki. Chociaż prawdopodobnie czekają przedszkolanki. Już od dziewiątej.

Poza tym dowiedziałem się, że katar w przedszkolu nie jest niczym szczególnym i że jeśli dzieci zostawałyby w domu z powodu kataru, przedszkole byłoby puste. Ale mówiła to mama, która nie mogąc wcisnąć naszyjnika na głowę lalki swojej córki, urwała lalce głowę, a rozmawiając ze mną, wciskała ją z powrotem, więc nie wiem, co o tym myśleć. Ale może naprawdę tak to działa. Jak w drużynie piłkarskiej: Podnieś tę nogę, co ci odpadła, i leć po ciastka!

Dopiero pierwszy tydzień przedszkola zbliża się powoli do końca, a Wiki już nauczyła się wielu nowych rzeczy. Opanowała na przykład trzy nowe rodzaje płaczu, kiedy czegoś chce. To kolejna rzecz, którą dzieci wymieniają się w przedszkolach. Baza danych, w jaki sposób wychować sobie rodziców i opiekunów. Ale i tak najgorsze jest to, że Wiki poznała technikę ultymatywną, dzięki której może robić praktycznie wszystko, co zechce, i nie ma się na to żadnego wpływu. Ta technika to chichranie. Mogę rozkazać jej cokolwiek, a ona się śmieje. Bez przerwy. To potrafi doprowadzić do szaleństwa. Mówię:

– Ale ja teraz mówię poważnie!

– Heheheheheeee!

– Wiki, natychmiast idź się przebrać!

– Chachachaaa!

Chyba właśnie powiedziałem coś śmiesznego… A gdy w końcu dostaje udawanego klapsa, za chwilę przychodzi i prosi:

– Jeeeszczeee!

Poddaję się.

Podsumowując pierwszy tydzień, muszę powiedzieć, że przedszkole to nie jest miejsce, do którego zaprowadza się dziecko, żeby móc wreszcie spokojnie pracować. To taki uniwersytet dla brzdąców. Jeśli wasze dziecko nie znało jeszcze jakichś sposobów rozrabiania, nauczy się tu ich w okamgnieniu. Choroby, których jeszcze nie przechodziło, otrzyma od pozostałych poprzez handel wymienny. Przedszkole to miejsce, w którym wasze dziecko zostanie doskonale wyregulowane i wreszcie zacznie działać z pełną mocą. Mówi się, że jest mało przedszkoli… To nieprawda. Jest ich PRZERAŻAJĄCO mało. Trzeba wybudować mnóstwo przedszkoli. Dla każdego dziecka jedno. Myśleliście, że na macierzyńskim można oszaleć, a kiedy wyślecie dziecko do przedszkola, wreszcie odetchniecie?

Śmiało, próbujcie.

He.

Hehehe.

Chachachaaa!

Maraton

Główna grupa maratonu zaczęła zalewać nas jak ludzka powódź. – Ja cę banana! – krzyknęła Wiki na moich ramionach. Sięgnąłem do plecaka, wyłowiłem banana, obrałem go i podałem tej nienasyconej bestii. Dosłownie mi go wyrwała.

– To mój banan! – krzyknęła Wiki zrozpaczona, a ja w tej samej chwili zauważyłem zawodnika, który szybko się oddalał, w jednej ręce trzymał banana, a drugą machał nam z wdzięcznością. Zaczęliśmy się z żoną śmiać i też mu pomachaliśmy, chociaż wiedzieliśmy, że nas nie widzi. Wiki nie pomachała. Chciała, żebym postawił ją na ziemię, by mogła ruszyć w pościg. I prawdopodobnie podstawić złodziejowi nogę. Zabawne jest to, że staliśmy przy punkcie odżywiania. Ta przygoda przydarzyła się nam podczas zeszłorocznego maratonu, więc tym razem już uważaliśmy na złodziei bananów. Staliśmy za barierkami na zakręcie trasy, machaliśmy, klaskaliśmy, a Kasia umie nawet gwizdać na palcach, przez co czasami zatrzymuje ruch na ulicy.

– Ja też cę biec! – podskakiwała przy barierkach zachwycona Wiki. W końcu żona musiała przejść z nią kawałek trasy, żeby Wiki mogła się przebiec. Minęli mnie pierwsi zawodnicy, było już prawie ciemno, w tym roku maraton zaczynał się o wpół do ósmej wieczorem. To dość głupi pomysł, ponieważ Etiopczków prawie nie było widać. Za jakieś pół godziny zobaczymy tylko ruchome paski odblaskowe na pomarańczowych, żółtych lub różowych butach do biegania. Etiopczycy mieli dużą przewagę, przez dłuższą chwilę nie nadbiegali kolejni zawodnicy. Aż nagle rozbrzmiały brawa, gwizdy i coraz głośniejszy doping. Jeszcze większy, niż kiedy nadbiegał lider. Pomyślałem, że na pewno zbliża się pierwsza zawodniczka. Wychylałem się, ale nic nie widziałem. Ludzie przede mną kibicowali jak na Super Bowl. Miałem przed sobą kawałek prostej trasy, ale wciąż nikt nie nadbiegał. Dopiero po chwili obok mnie przemknął kolejny maratończyk. Miał około metra, sandałki i dziwnie znajomą czapeczkę.

– Wiki! – ryknąłem, ale nie było mnie słychać w tej wrzawie. Spojrzałem w kierunku, w którym udała się przed chwilą żona, i zobaczyłem, jak macha do mnie bezradnie.

Później dowiedziałem się, że Wiki udało się dotrzeć do barierek pod nogami kibiców, więc nikt jej przy tym nie widział. Biegła dość żwawo jak na to, że miała w nogach już pięć kilometrów. Nie wiem, czy ten facet, który ją złapał, był organizatorem, czy kibicem również nielegalnie przemierzającym trasę wyścigu, ale kiedy podniósł Wiki nad głowę i krzyknął: Czyje to?!, ja też rozglądałem się, czy ktoś ją odbierze. Ale nikt nie chciał mieć z tym nic wspólnego. Żona oglądała w skupieniu ciemną wystawę i miała przy tym minę tak bezdzietną, jak tylko potrafiła. Niezdecydowanie podniosłem rękę, że skoro nikt się nie zgłasza, to ja w takim razie ją wezmę. Ten mężczyzna najpierw zrobił ruch, jakby chciał mi ją rzucić, ale ostatecznie kilkoma susami znalazł się przy mnie.

– Człowieku, pilnuj dziecka, przecież mogło się jej coś stać!

Rozejrzałem się ponownie, trasa wyścigu była pusta, w kilku miejscach widzowie przechodzili przez nią na drugą stronę. Mruknąłem tylko, że córka była szczepiona, więc maratończykom nic nie grozi. O ile są zaszczepieni przeciwko tężcowi. I podziękowałem.

Zaraz potem pojawiły się auta jadące przed pierwszą biegaczką. Zatem przez jakieś dwadzieścia sekund to Wiki była pierwszą kobietą. A przy okazji pierwszym białoskórym uczestnikiem. Chyba w przyszłym roku wystartujemy, zwycięstwo mamy prawie w kieszeni. Ale na wszelki wypadek ja i żona zgłosimy się pod innym nazwiskiem. I będziemy trzymać się w bezpiecznej odległości od Wiki. Bo kto wie, co wymyśli następnym razem…

Boski spokój

BS. Kiedy wasze dziecko zaczyna chodzić do przedszkola, w domu nastaje BS. Boski spokój. Dla równowagi w przedszkolach wybucha w tym samym czasie PNZ. Piekło na ziemi. Dziś je widziałem. Wiki już ma koleżankę. No dobrze, może jeszcze niezupełnie koleżankę, myślę, że dużo dokładniejszym określeniem byłoby: współsprawczyni. Kiedy tylko otworzyły się drzwi do pokoju zabaw, wtargnęły tam jak byki wypuszczone na arenę. Poniedziałki muszą być straszne, dzieci są po weekendzie w pełni naładowane… Ale nie wszystkie. Większość weszła spokojnie, tylko te dwie wcielone furie chciały bawić się wszystkim jednocześnie. Pozostałe przedszkolaki trzymały się przy ścianach, a jedno dziecko próbowało wspiąć się na karnisz i udawać, że jest zasłoną. W kilka sekund zobaczyłem przyśpieszoną wersję całego dnia: dziewczynki sprzedały sobie nawzajem kilka rzeczy w sklepiku, popedałowały na rowerku stacjonarnym, aż odwirowały chomika mieszkającego w kole, wskoczyły na konika na biegunach, któremu ze strachu wypadło z pyska siano, w błyskawicznym tempie przejechały całą salę z wózkiem dla lalek, aż niemowlę wolało się katapultować, a poza tym zrobiły w tej krótkiej chwili około dziesięciu innych rzeczy.

Zapytałem, jak będą przebiegać kolejne kroki adaptacji, ponieważ wkrótce powinien nadejść czas na następny etap: południowe leżakowanie. Wiki już nie może się doczekać. Dowiedziałem się, że jest ono wprowadzane indywidualnie według potrzeb zgłaszanych przez rodziców, więc niektóre dzieci śpią w przedszkolu już od pierwszego dnia. O tym nie miałem pojęcia. Nie wiem, jak przebiega przyzwyczajanie dzieci do przedszkola, obserwowałem tylko nosorożce białe, kiedy przeprowadzały się z Afryki, ale myślę, że oba te procesy zbytnio się od siebie nie różnią. Przedszkolanka zapytała, czy Wiki ma w zwyczaju południową drzemkę, więc powiedziałem, że tak. W każdym razie mamy wszystko przygotowane na taką ewentualność. Piżamkę, szczoteczkę do zębów, klej do przyklejenia piżamki do materaca, paczkę gwoździ do przybijania kołderki, a nawet czarodziejski młoteczek, gdyby naprawdę nie chciała zasnąć. Chodzenie do przedszkola zaczęła od kilku godzin dziennie, potem stopniowo włączone zostaną popołudnia, a kiedy już porządnie się przyzwyczai, zostawimy ją tam na zawsze. Nawet na noc. A jeśli ceny mieszkań wciąż będą rosły tak szybko, być może powędrujemy tam za nią. Zrobiłem już rekonesans. Jej szafka na buty jest większa niż moja pracownia.

Ławeczki na przedszkolnym korytarzu zionęły pustką. Wiki codziennie siedziała w szatni z pozostałymi początkującymi przedszkolakami czekającymi po obiadku na rodziców, ale dziś nie było tu nikogo. Byłem zaskoczony nieobecnością córki, podobnie jak nauczycielki były zaskoczone na mój widok. Otóż moja pociecha przekonała je, że dziś ma zostać na leżakowanie. I uwierzyły, chociaż nie miała ani piżamki, ani szczoteczki, ani maskotki do spania, po prostu nic. W tym jest dobra. Zawsze potrafi wyglądać jak osoba będąca w odpowiednim miejscu. Dzięki temu kiedyś zameldowała się w pięciogwiazdkowym hotelu z jakąś starszą parą Szkotów, ale to temat na inne opowiadanie. Zajrzałem za drzwi. Wiki leżała zadowolona na materacu, przykryta pod samą bródkę, ściskała przedszkolnego prosiaczka i w ogóle jej nie przeszkadzało, że ma na sobie tylko majteczki. Najważniejsze, że misja została zakończona sukcesem. Potem mnie zobaczyła. Najpierw uśmiechnęła się radośnie i chciała do mnie pomachać, ale szybko zrozumiała, że raczej nie przyszedłem tak po prostu w odwiedziny. Zakopała się jeszcze głębiej i próbowała przypiąć się klamerkami do łóżka. Jedna z przedszkolanek chciała pomóc jej wstać, żeby cała operacja przebiegła gładko i żeby pozostałe dzieci, przebywające w łóżkach legalnie, mogły spać, ale Wiki wczepiła się w kołderkę tak mocno, że zaczęło to przypominać eksmisję squatterów. Wyjaśniłem jej, że na spanie w przedszkolu trzeba się przygotować i że w takim razie spróbujemy jutro. Zaproponowałem też, że zaniosę ją do domu. Osobista taksówka ją przekonała i wskoczyła mi w ramiona. Wolę nie myśleć, co nasza pociecha musiała naopowiadać przedszkolankom, że bez protestów położyły ją do łóżka.

– Czy ma pani może szklankę wody? Jestem taka głodna, że mogłabym zasnąć na stojąco.

– Rodzice zostawili mnie jak Jasia i Małgosię, nic mi nie dali, nie mam nawet gdzie przyłożyć głowy do poduszki.

– Dzień dobry, jestem inspektorem łóżeczek dziecięcych i przeprowadzę dziś u państwa kontrolę.

Zatem od jutra zaczynamy. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że w przedszkolu śpią podobno nawet te dzieci, które w domu nie zmrużają oka. Mam na myśli południową drzemkę, w nocy chyba musi się im to zdarzać. I ponoć nie trzeba ich nawet jakoś specjalnie usypiać, opowiada się im bajkę, a potem dzieci zasypiają. Przedszkolanki po prostu wychodzą i zamykają za sobą drzwi. I odkręcają gaz usypiający, bo inaczej to chyba nie byłoby możliwe…

Pierwsze leżakowanie w przedszkolu

Pół godziny przed budzikiem. Wiki obudziła się pół godziny przed budzikiem. Tak bardzo czekała na pierwsze leżakowanie w przedszkolu, że nie mogła rano spać. PÓŁ GODZINY! To prawie całe trzydzieści minut! To nie jest normalne! Owszem, mogę zrozumieć, że dziecko obudzi się wcześniej, bo jedzie na wycieczkę do Disneylandu, na obóz albo chce dokończyć budowę domku na drzewie, ale Wiki budzi się przed budzikiem, ponieważ nie może się doczekać, aż pójdzie spać. Potrzebujemy doktora! Mamy tu problemy ze snem. A mój problem ze snem utrzymuje się od jakichś trzech lat, ma około metra i zawsze smarki pod nosem, jakby wychodził stamtąd przeziębiony ślimak.

Ale opanowałem się, zrobiłem jej śniadanie, nie zakneblowałem jej ani nie pochowałem pod stertą pierzyn, jak robi się to czasami z natrętnym budzikiem – mimo iż wiedziałem, że przez cały dzień będę tego żałować.

Do przedszkola dotarliśmy tak wcześnie, że nawet dzwonek jeszcze spał. W centrum zaginionych spotkaliśmy jedną matkę i jej latorośl.

– Szybko, wkładaj kapcioszki – poganiała leniwego chłopczyka.

– Nie umiem.

– Wiki, ściągamy kurtkę – zacząłem podobną mantrę.

– Ale ja nie umiem, wiesz?

Spojrzeliśmy z tą panią na siebie i westchnęliśmy. Trzeba czerpać radość przynajmniej z tego, że inne dzieci też miewają nagłe ataki amnezji. Nie umiem włożyć kapcioszków. Albo: Nie wiem, jak się ściąga koszulkę. Albo: Jak się trzyma łyżkę? Już całkiem zapomniałam! Podobnie jak – kiedy macie niemowlę – czerpiecie radość z płaczu innego niemowlęcia. Najpierw szybko się rozglądacie, a potem nadchodzi to odświeżające i jednocześnie odprężające uczucie, że to nie wy musicie uspokajać dziecko. Nagle krzyk obcego dziecka zaczyna brzmieć jak rajska muzyka, a wy siedzicie i uśmiechacie się. Niech czasem pomęczy się też ktoś inny.

Podczas dzisiejszej zabawy sklepik przeszedł upgrade na food truck, ponieważ Wiki zaciągnęła pod niego rowerek stacjonarny, wsiadła i sprzedawała towar w czasie jazdy. W ten sposób połączyła swoje dwie ulubione zabawy, ale kiedy przyszedł pierwszy klient – mała dziewczynka pytająca: – Co pani dziś oferuje? – Wiki nie mogła niczego dosięgnąć. Dlatego wypięła dumnie pierś i krzyknęła: – Siebie!

Hmmm… Mam nadzieję, że kiedy wieczorem przyjdzie do nas babcia i zapyta Wiki, co robiła w przedszkolu, Wiki odpowie:

– Nic ciekawego…

Bo jeśli zdradzi, że się sprzedaje, ale przeszkadzają jej w tym pedały, teściowa mogłaby tego nie przeżyć.

Ale zaraz!

Hmmm… Właściwie nie należy uczyć dziecka zatajania prawdy, to by przecież było niepedagogiczne! Niech wszystko babci opowie.

Dziwne – Wiki po raz pierwszy śpi w przedszkolu. Po raz pierwszy od lat nie muszę być po obiedzie cicho. Nie muszę ratować samobójczych maskotek wyskakujących z dziecięcego łóżeczka ani odciągać Wiki od doniczki, kiedy próbuje schować się za palmę, żeby nie iść spać. Już kiedy w pierwszym tygodniu przedszkola chodziła tam tylko na pół dnia, czułem się nieswojo. Jak mam pracować, kiedy nikt nie wspina mi się na oparcie krzesła, nie wdrapuje mi się na głowę i nie skacze po niej, aż zacznę walić czołem w klawiaturę. Ileż rzeczy napisałem właśnie w ten sposób! Wszystko, cały ten proces adaptacyjny, kręci się wokół dzieci. A co z rodzicami? Jak mam się z dnia na dzień przyzwyczaić, że mogę normalnie iść do kuchni, nie musząc przebaletować przez wszystkie skrzypiące rejony podłogi i przeskakiwać wszystkich piszczących zabawek. Na tę głupią gumową kaczkę, która tyle razy obudziła Wiki, dziś znów przypadkowo nadepnąłem. Z radością. Trzy razy.

Bardzo chciałbym wiedzieć, jak oni sobie w tym przedszkolu radzą. Nie potrafię sobie tego wyobrazić: mieć tyle dzieci jednocześnie. Połapać je, powyciągać z dziur, do których się wcisnęły, zdjąć z żyrandola… A potem zmusić, żeby przebrały się w piżamy, co może się udać… po godzinie. Wiadomo przecież, że dobrym słowem i pistoletem w ręce można osiągnąć dużo więcej niż tylko dobrym słowem. A potem ułożyć te dzieci do snu. Ale jak jedna przedszkolanka może siedzieć jednocześnie przy dwudziestu pięciu łóżeczkach – tego nie zrozumiem nigdy. Przecież zawsze któreś dziecko na pewno próbuje uciec, więc trzeba je gonić, a w tym czasie rozbiegają się pozostałe… Może mają tam lasso. Nie wiem, krótko mówiąc – jest to dla mnie zagadką. Uśpienie jednego dziecka kosztuje mnóstwo pracy, uśpienie dwudziestopięcioosobowej grupy to czyste szaleństwo. Znam dużo mniej bolesne metody samobójstwa.

Po prostu muszę przyznać, że brakuje mi Wiki. Tego, że nie leży w swoim łóżeczku.

Że nie marudzi tam, że nie chce spać.

Że nie muszę przylutowywać jej w miejscach, w których puścił klej.

Że nie muszę wpychać jej do buźki delfinka, żeby wreszcie ucichła i zasnęła, bo w przeciwnym razie przez całe popołudnie będzie nie do wytrzymania…

Boże, jak wspaniale!

Kąpiel.

Mama: Wiki, ty masz takie piękne włoski.

Wiki: Ty też masz piękne włoski, mamusiu.

Mama: I taki piękny nosek!

Wiki: Ty też masz piękny nosek, mamusiu.

Wyciąganie z wanny, stękanie.

Mama: Jejku, jaka ty już jesteś ciężka!

Wiki: Ty też jesteś już bardzo ciężka, mamusiu.

Cisza. Potem dźwięki ciosania napisu na nagrobku.

Po raz pierwszy razem

Po raz pierwszy razem, oboje rodzice, mama i tata. Udało mi się spotkać z Kasią, więc mogliśmy odebrać Wiki z przedszkola oboje. Wiki się ucieszyła, natychmiast wpadła mamie w ramiona, zapowiadało się więc świetnie! Córka jest tak zauroczona przedszkolem, że trochę się obawialiśmy, czy damy radę wyciągnąć ją do domu. Mało się o tym mówi, ale przedszkola są dla dzieci miejscami dość uzależniającymi. Na razie to nic poważnego, zwyczajny syndrom odstawienia: woła w domu dzieci i nauczycielki, tęskni za przedszkolnym placem zabaw i za zabawkami, cała się trzęsie i ma wokół ust pianę. Ale mimo to ucieszyła się na widok rodziców, więc wciąż woli być z nami niż w przedszkolu. Zaczęła się przebierać. W tej chwili usłyszeliśmy głos przedszkolanki:

– Dzieci, idziemy na plac zabaw!

W Wiki jakby uderzył piorun, przy pupce pojawił się dymek, oczy wyszły z orbit:

– Szybko, szybko, mamo, tato, na plac zabaw, idziemy! Chodźcie! Chodźcie!

Spojrzeliśmy z żoną na siebie, westchnęliśmy i powiedzieliśmy:

– Może uda się następnym razem…

Po prostu mamy małe przedszkolne haszyszątko.

Rano Wiki obudziła się sama. Śniadania zjadła tylko pół i popędziliśmy do przedszkola. Znów przybyliśmy jako jedni z pierwszych. Przed nami przychodzą tylko dzieci rodziców, którzy pracują na nocną zmianę i przyprowadzają swoje pociechy około drugiej nad ranem. Chyba że są to jeszcze więksi nałogowcy niż Wiki i może tu już po prostu mieszkają. Wiki natychmiast pobiegła nawlekać koraliki. Puf ! Jakby mnie tam w ogóle nie było. Jedna dziewczyna miała dużą książkę wydającą różne dźwięki i egzaminowała przedszkolankę, który odgłos należy do którego zwierzęcia, chociaż normalnie powinno być odwrotnie. Dźwięki brzmiały tak koszmarnie, że gdybym miał taką książeczkę w domu, rozwaliłbym ją lodówką już pierwszego dnia po południu. Rozległo się chrumkanie z wysokim piskiem – jak wieprz, którego ktoś kopnął w czułe miejsce.

– Prosiaczek? – zapytała nauczycielka. Była dobra.

– Chyba wykastrowany – włączyłem się do zabawy.

Dziewczynka wcisnęła kolejny przycisk i kazała mi zgadywać. Brzęczenie i dziwne piszczenie.

– Krowa z ptasią grypą – strzeliłem. Dziewczynka zajrzała do książki.

– Nie, po prostu krowa!

Zupełnie zdrowa. Tylko trochę wściekła.

Kolejny dźwięk. Krztuszący się motor i przerażające jęki.

– Traktor przejeżdżający rolnika – zaproponowałem. Przynajmniej Wiki się zaśmiała.

Przerwał nam straszliwy krzyk. Wbiegła mama z dzieckiem uwieszonym na szyi, kurczowo w nią wczepionym i krzyczącym. Głośno krzyczącym. Mama pochyliła się nad przedszkolanką, przedszkolanka przytrzymała dziecko – siup! Mama pożegnała się bez słów i wybiegła. Na pewno nie robiły tego po raz pierwszy. Nastało PNZ. Piekło na ziemi. Dzieciak wrzeszczał i tryskał wodą z oczu na wszystkie strony jak w bajce animowanej. Zdolność dzieci do przeistaczania się w żywe fontanny fascynuje mnie również u Wiki. Przedszkolanka powiedziała tylko:

– Widzisz tego konika? Nie ma nóżki. Będzie musiał iść do lekarza.

I dziecko ucichło. Cud. Potrzebowaliśmy trochę czasu, żeby nauczyć się tych sztuczek. Bynajmniej nie osiągnęliśmy jeszcze poziomu profesjonalnej przedszkolanki, ale już mniej więcej wiemy, jak to działa. Kiedy Wiki płacze, pokazujemy jej jakąś zniszczoną zabawkę, a nasza córka się uspokaja. Zgodnie z psychologiczną teorią jednego kanału, według której człowiek potrafi skupić się tylko na jednej rzeczy (a na kolejnych tylko pod warunkiem, że są zautomatyzowane), nawet trzyletnie dziecko nie jest w stanie jednocześnie płakać i zastanawiać się, kto rozwalił zabawkę, a do tego jeszcze wymyślać alibi.

Tak czy inaczej przedszkolanka była po prostu niesamowita. Chciałbym też tak umieć! Zawsze szanowałem ludzi, którzy minęli się z powołaniem. Z takimi umiejętnościami mogłaby przecież spokojnie być… na przykład… Aha. Właśnie tym, kim jest. No nic. Pożegnałem się z córką i poszedłem pracować. Ale tym razem pracować w BS. Boskim spokoju. Dziękujmy Bogu za przedszkola. To dzięki nim ludzkość jeszcze nie wyginęła. Z tego wynika, że dinozaury nie miały przedszkoli. I to był błąd. Czyż nie mam racji, Tyranozaurze?

Idziemy do domu

Pierwszy raz odbieramy Wiki z placu zabaw. Drugi tydzień w przedszkolu. Dziś ustanowiliśmy kolejny rekord w długości pobytu, bo przyszliśmy po córkę dopiero około wpół do piątej, lecz mimo to nie przejawiała żadnych oznak choćby najmniejszej tęsknoty. Objęła mamę wokół szyi i wyraziła swoją bezgraniczną dziecięcą miłość do rodziców przepełnionymi uczuciem słowami:

– Nie cę do domu. Cę być w przeczkolu na placu zabaw! – umiejętnie ukrywała, jak bardzo jej nas brakowało. A potem płakała, jęczała i krzyczała, żeby jeszcze wzrosło w nas poczucie jaskółczych rodziców, którzy teraz na dodatek wyrywają swoje dziecko spod opieki specjalistów. Ale wytrzymała tylko przez pół godziny, co w porównaniu z kilkoma poprzednimi dniami jest słabym osiągnięciem, więc podejrzewam, że powoli przestaje się jej w przedszkolu podobać. A może to zasługa naleśnika, który kupiliśmy na festiwalu smakoszy, żeby zatkać naszej córce dopływ powietrza?

Dostaliśmy pierwsze zadanie domowe: kupić buty bez sznurówek, ponieważ tych obecnych Wiki nie potrafi sama włożyć. Cha! Kiedy ja to mówiłem, żona powiedziała tylko:

– Musisz bardziej wyciągnąć język. Nie swój! Nie jej! Boże, język buta. Czy wy faceci jesteście w ogóle normalni?

Wkładanie butów i ich sznurowanie jest drugim pod względem straszności etapem ubierania dziecka, zaraz po napach w body, które są tak małe, że trudno je wymacać, a co dopiero zapiąć. W dodatku nigdy nie zapiąłem ich w odpowiedniej kolejności i zawsze któryś omijałem.

A przecież przedszkolanki na pewno znają jakieś triki i mają odpowiedni autorytet, żeby zmusić tych wszystkich brzdąców do sznurowania. Ja zawsze musiałem wiązać Wiki sznurówki w biegu. Za każdym razem, kiedy miała włożyć buty, pojawiał się u niej syndrom niespokojnych nóg. Zabawa Złap liska za ogon nigdy jej się nie znudziła. Kilka razy puściły mi przy tym nerwy i powiedziałem, żeby zostawiła mi nogi w przedpokoju, poszła się bawić do salonu i wróciła, kiedy skończę je ubierać. A najgorsze, co można zrobić, to próbować te stópki przytrzymać. Panowie, nigdy nie próbujcie przytrzymywać między swoimi nogami tej małej dziecięcej kostki. Ja zostałem odkopnięty dalej, niż sięgał wzrok.

Podczas wybierania obuwia zaproponowałem kozaczki ze sznurówkami do kolan, dwiema sprzączkami i zamkiem błyskawicznym, ponieważ wyglądałyby na Wiki naprawdę cool, ale Kasia odparła, że jak tylko wrócimy do domu, wystawi mnie za okno i posadzi we mnie kwiatki, bo poprzednią doniczkę całą obsrały gołębie. Trudno powiedzieć, co tak właściwie miała na myśli.

Buty kupiliśmy, a Wiki wygląda w nich bardzo ładnie. Tak jej się spodobały, że nie chciała ich ściągnąć. Ani mnie, ani żonie, ani ekspedientce nie udało się wcisnąć do pudełka Wiki razem z butami, więc pani przy kasie była dość zdziwiona, kiedy położyliśmy na ladę buty, w których zaklinowało się dziecko. Potem zeskanowała mojej córce nogi. Ale wszystko dobrze się skończyło, na ekranie kasy naprawdę wyświetliły się buty. Odetchnąłem, bo ostatnio czytnik odczytał Wiki jako „telewizor Philips".

– Ja nie potlafię wkładać kapci – płakała po przyjściu rano do przedszkola trzyletnia Wiki.

– Słuchaj no, ty moja mała Amnezjo, wkładaj te kapcie raz dwa.

Z korytarza dobiegł śmiech, do szatni zajrzała jakaś kobieta i krzyknęła do córki:

– A podobno to my mamy dziwne nazwisko, panno Brzęczyszczykiewiczówno.

Otworzyłem usta i powiedziałem:

– O Boże, radziłbym pani już zacząć wołać ją na obiad, jeśli ma zjeść ciepły.

Mama zakrztusiła się i zaczęła się trochę dusić. Zapomnieliśmy się rano uczesać, ale okazało się, że wyposażenie przedszkola jest na najwyższym poziomie i oprócz własnego kubeczka, ręcznika i innych rzeczy dzieci mają też grzebień oznaczony swoim obrazkiem. Do doskonałości brakuje tu tylko odgilowacza. Nieważne, czy dziecko ma katar, czy nie ma, w którejś dziurce zawsze mieszka wielka zielona foka. A polowanie na nią przypomina wygrzebywanie gumy do żucia. Wiem, mnie też robi się od tego niedobrze, przepraszam, że o tym piszę. Właściwie sam nie wiem, jak takie odgilowujące urządzenie mogłoby wyglądać. Wyobrażam je sobie trochę jak maszynę drążącą tunel metra.

Kiedy po południu szliśmy z Kasią po Wiki, stanęliśmy przed przedszkolem na czerwonym świetle. Nachyliłem się do żony i zapytałem:

– Dlaczego tych sześć przedszkolanek stoi w oknie i macha do nas?

Kasia rozejrzała się przestraszona. Potem dostałem cios pod żebra, ponieważ nie machała do nas ani jedna przedszkolanka. Za to wszystkie szykowały się do skoku, ale potem zorientowały się, że jest piątek. Ja skoczyłbym już w poniedziałek przed obiadem.

Weszliśmy do sali zabaw.

– Jak minął dzień? – zapytała żona jednej z przedszkolanek.

– Wspaniale! – powiedziała z radością, co dość nas zaskoczyło. – Państwa córka nie jest w mojej grupie.

To wszystko wyjaśnia.

Ale potem spojrzała na nas i szybko dodała:

– Ale na pewno była grzeczna.

Uśmiechnęliśmy się i skinęliśmy głowami na znak, że innej możliwości w ogóle nie braliśmy pod uwagę.

Wiki przyjechała do nas z wózeczkiem pełnym dzieci. Naliczyłem sześć noworodków. Gdzieś w rogu musiała leżeć wycieńczona lalkowa rodzicielka całego tego miotu. Jeśli tak się tu mnożą, może powinno się na nie zastawiać jakieś pułapki. Sześć laleczek, ale w tym wózku bynajmniej nie były ułożone, tylko rzucone jedna na drugą, a Wiki woziła je po całej sali jak piasek. No dobra, może nie jest to najlepsze przygotowanie do roli matki, ale za to do cementowni wzięliby ją z pocałowaniem ręki. Rozglądałem się dyskretnie, czym je załadowała, bo widły wydawałyby mi się jak na przedszkole dość niebezpieczne.

Wiki jak zawsze oświadczyła, że nie chce iść do domu, że bierze nocną zmianę i zostaje też na cały weekend. Obu przedszkolankom zrobiło się ciemno przed oczami. Potem Wiki wskoczyła na siodełko, depnęła na pedały i próbowała uciec mi na rowerku stacjonarnym, ale szybko ją dogoniłem. Nie ruszając się z miejsca. Krzyczała i ciągle obracała się za siebie, żeby sprawdzić, jak bardzo zostawiła mnie w tyle. Żona przez chwilę ją obserwowała, a potem nachyliła się do mnie i szepnęła:

– Z jej studiów chyba będziemy musieli zrezygnować, nie?

Był piątek. Ale dla rodziców odbierających dzieci z przedszkola to jest poniedziałek i zaczyna się weekendowa szychta z potomstwem. Może do poniedziałku przeżyje chociaż jeden z rodziców, żeby mógł odprowadzić latorośl z powrotem do przedszkola.

Sobota – najpiękniejsza bajka dla rodziców

Sobota. Żona na drugiej połowie łóżka jęknęła. Trzyletnia Wiki wdrapywała się po niej ostrożnie, żeby jej nie obudzić. Wiedziałem, że zmierza do mnie. Próbowałem schować się pod materac. Po chwili miałem córkę na głowie. Chwyciła mnie za ucho, podniosła je na wysokość swojej głowy i głośno szepnęła:

– Tato, włączysz mi bajkę?

Z boku odezwała się żona:

– Wiki, na Boga, jest sobota, nie idziesz dziś do przedszkola, nie musimy wstawać o szóstej rano!

Kolejne pociągnięcie za ucho i ciszej, żeby żona nie słyszała:

– Tato, włączysz mi bajkę?

– A może jeszcze się zdrzemniemy? – zmęczonym głosem zaproponowałem kompromis.

– Nie ce mi się już spać, już się wyspałam. Włączysz mi bajkę?

Westchnąłem głęboko.

– Wiesz co, mam specjalną propozycję, tylko dla ciebie. Opowiem ci najpiękniejszą bajkę. Ale jest to bajka dla rodziców, której normalnie dzieciom opowiadać nie można.

– Co? Dla lodziców? Takiej jeszcze nie znam. Opowiadaj! – ponaglała mnie w napięciu i usiadła mi tuż przed twarzą.

– Za siedmioma górami – zacząłem, na wpół śpiąc z otwartymi oczami – jedno dziecko, zupełnie takie jak ty, w takiej samej piżamce, z identycznymi włoskami i oczami, tak podobne, że nawet mogłabyś to być ty, pewnego ranka się obudziło. I teraz sobie to wyobraź: w ogóle nie zaczęło rzucać zabawkami, nie urządzało sobie po mamie wspinaczki wysokogórskiej, a nawet nie przyszło usiąść tacie na głowie i skakać mu po brzuchu, nie, nic z tych rzeczy. Ono bezszelestnie wyszło z łóżeczka i w doskonałej ciszy poszło do toalety. Potem umyło sobie rączki, i to mydłem, opłukało sobie buźkę, a nawet wyszorowało ząbki. Porządnie, nie tylko tak, żeby zjeść pastę do zębów i przez chwilę pożuć szczoteczkę, nic z tych rzeczy, ono pięknie umyło po kolei wszystkie ząbki. Szczotkowało je przez dobre trzy minuty. A potem ładnie się wytarło. Pokremowało sobie buźkę. Samo wzięło sobie ubranie. Wszystko. Koszulkę i majtusie, skarpeteczki, spodnie i cichuteńko to wszystko włożyło na swoje małe ciałko. I złożyło piżamkę, a potem odłożyło ją na miejsce, żeby przed poobiednią drzemką nie trzeba było jej przez pół godziny szukać, by wreszcie znaleźć ją wkręconą w koła traktora, jak to się czasem zdarza tob… innym dzieciom, prawda? A to nie wszystko. Potem to dziecko się uczesało, włożyło buty oraz kurtkę i poszło na zakupy. Przyniosło świeże pieczywo, posmarowało je masłem, mamie nutellą, a tacie usmażyło jajecznicę ze słoniną, zrobiło kawę, a na tablecie naszykowało najnowsze wiadomości. Położyło to wszystko na tacę i zaniosło do sypialni, gdzie spali mamusia i tatuś. Pogłaskało mamę po głowie, dało jej całusa, tatę też pogłaskało i nie kopnęło go w głowę, tylko cichutko ich budziło:

– Mamusiu, tatusiu, czeka na was śniadanie.

A mamę i tatę już budził zapach kawy. Usiedli zaskoczeni, bardzo się dziwili i długo chwalili swoje dziecko, jak sobie z tym wszystkim poradziło, i zabrali się za jedzenie. A to dziecko nie przyglądało się im wygłodniałym wzrokiem ani nie zabierało im jedzenia z talerzy. Pozwoliło spokojnie zjeść, a samo poszło odkurzyć dywan w salonie. Potem przyszło po naczynia i powiedziało:

– Ja się dziś wszystkim zajmę, nie musicie się o nic martwić, po prostu porządnie wypocznijcie i cieszcie się weekendem, powiedzcie mi tylko, co mam robić. Nawet na plac zabaw zbytnio mnie nie ciągnie, wolę prasować i sprzątać, niż szaleć na dworze z dziećmi. Przecież w przedszkolu mogę się bawić tak długo, jak tylko zapragnę.

A rodzice zaczęli płakać ze wzruszenia. Objęli to dziecko, obsypali je pocałunkami i powiedzieli, że przecież z przyjemnością pójdą na plac zabaw. Ale ponieważ nie chcieli zbytnio się szarogęsić, pozwolili dziecku jeszcze przynajmniej posegregować pranie i je wyprasować.

Wprawdzie żona leżała obok z zamkniętymi oczami, ale miała w nich łzy.

– To była taaaka piękna bajka! – powiedziała rozczulona.

Mnie też ta opowieść wzruszyła. Ale Wiki nie wyglądała na przekonaną. Przyglądała mi się podejrzliwie.

– To wcale nie była żadna bajka – powiedziała niepewnie.

– Oczywiście, że była – odpowiedziała żona. – Dla rodziców. Najpiękniejsza bajka na świecie.

Niedziela – pierwsze wystąpienie publiczne

Niedziela. Kiedy w sobotę układałem Wiki do snu, zapytała, czy pójdzie jutro do przedszkola. Powiedziałem, że pójdzie dopiero w poniedziałek, bo panie przedszkolanki też muszą odpocząć, i zapytałem, na co czeka najbardziej. Zabawki, koleżanki… Powiedziała, że na leżakowanie w południe. No trzymajcie mnie! W domu musimy przyciskać ją do łóżka podkładami kolejowymi – a w przedszkolu nie może doczekać się spania. A przecież go nie cierpi! Co oni tam z tymi dziećmi robią? Podobno puszczają bajkę, a dzieci zasypiają. Kto im w to uwierzy? Gdyby wszystko było tak proste, na świecie nie byłoby wojen. Ja podejrzewam, że puszczają im bajkę i gaz. Bynajmniej, ja nie zgłaszam żadnych zastrzeżeń, po prostu cicho zazdroszczę. Już od pierwszego tygodnia po porodzie poważnie wątpię w dotychczasowe przekonanie, że dzieci nie powinny brać narkotyków. Wprawdzie herbatka z melisy na lepszy sen to dobra rzecz, ale Rohypnol to Rohypnol.

W weekendy próbujemy nadrobić czas z dziećmi, ponieważ przez cały tydzień są w przedszkolu. Tym razem wyruszyliśmy za miasto, a na obiad zatrzymaliśmy się w obozie namiotowym, przy którym szykowano jakiś koncert lub przedstawienie. Kupiliśmy jedzenie, a ponieważ chwilami popadywało, usiedliśmy na ławce w jednym z tych olbrzymich namiotów. Potem nagle z głośników dobiegł dziewczęcy głos, który nas przywitał i zapraszał dzieci na scenę. Rzeczywiście – scena stała przed nami, ale dopóki nikogo na niej nie było, nawet jej nie zauważyliśmy. Zaczęły zbiegać się dzieci, Wiki również zostawiła zupę i pognała na deski pozwalające zdobyć świat. Jej pierwsze wystąpienie publiczne. Przyglądaliśmy się z ciekawością, ponieważ zazwyczaj w takich sytuacjach jest równie rezolutna jak gwóźdź w ścianie. Tylko czasami czuje się jak ryba w wodzie. I o takich chwilach zazwyczaj piszę.

Prowadząca zapytała dzieci, czy znają jakąś piosenkę albo wierszyk, po czym jakieś dziesięć razy wysłuchaliśmy Pieski małe dwa chciały przejść przez rzeczkę. A potem przyszła kolej na Wiki. Powiedziała, że ma na imię „Hiki", ale do tego już przywykliśmy. Tak jak innych dzieci, tak również naszej córki prowadząca zapytała, gdzie siedzą jej rodzice, a my podnieśliśmy ręce i pomachaliśmy. Potem prowadząca zapytała, co Wiki zaśpiewa. A Wiki zaczęła śpiewać: Wlazł kotek na płotek i mruga. Zaskoczyło nas, że nie stoi na scenie jak kołek, a wszyscy bili brawo za to, że śpiewa coś innego niż Pieski małe dwa. I wtedy to się stało. Wprawdzie Wiki zaczęła Wlazł kotek na płotek i mruga, ale dalej nie zaśpiewała: Ładna to piosenka, niedługa, lecz z głośników dobiegł do nas dziecięcy głosik: Przyjdzie kocica i go zruga. Oblał mnie zimny pot. Wymyśliłem tę wariację, kiedy Wiki miała niecałe dwa lata! Uwielbiała wtedy po mnie skakać, mogła to robić bez przerwy przez półtorej godziny. I chciała, żebym jeszcze jej przy tym śpiewał. Kiedyś po trzydziestu minutach ugniatania zacząłem śpiewać wersję trochę bardziej wiarygodną niż oryginał, a mruczałem to pod nosem bardziej dla siebie niż dla Wiki. Od tamtej pory nie zaśpiewałem tego przy niej ani razu. Okazało się, że Wiki ma fenomenalną pamięć. Żona spojrzała na mnie z szerokim kamiennym uśmiechem. Wydaje mi się, że to był „uśmiech w miejscu publicznym nr 63", jeden z najbardziej przerażających. Wiedziała, że to moja sprawka. Nie mam pojęcia, jakim cudem ona zawsze tak szybko mnie demaskuje. Wszyscy wybuchli śmiechem, a Wiki bezlitośnie kontynuowała: Nie długo, nie krótko, lecz w sam raz. Spieprzaj stąd, koteczku, póki czas.

Dziewczyna, która wcześniej przedstawiła Wiki, zaczęła chrząkać do mikrofonu i z wrażenia aż usiadła na scenie. Kilka osób zaczęło bić brawo. Poderwałem się do ucieczki, ale Kasia chwyciła mnie mocno.

– Dokąd to? – wycedziła przez zęby z tym swoim kamiennym uśmiechem.

– Muszę do toalety! – jęknąłem.

Żona posłała mi kolejny specjalny uśmiech i syknęła:

– Choćbyś miał się zesrać, będziesz tu siedzieć z miną opiekuna idealnego. To dziecko jeszcze w zeszłym tygodniu było pod opieką swoich biologicznych rodziców, a tego typu pioseneczki są jednym z powodów, z których zostało im odebrane.

W sytuacjach kryzysowych moja żona jest po prostu genialna.

Kiedy ludzie dochodzili do siebie po wybuchu śmiechu, Wiki zakończyła swój występ:

– Głupi kotku, mnie nie słuchasz, kocica wygarnie ci prawdę w twarz.

Potem zerwała się kolejna fala braw. Kto miał jeszcze siły, ten klaskał. My też, choć bez przesadnego entuzjazmu. Podejrzewam, że czeka mnie kilka miesięcy podwyższonej kontroli piosenek, które śpiewam córce. Spodziewam się też przesłuchania, jakie jeszcze hity może znać Wiki. Bo podobnych przeróbek ułożyłem sporo. Ale Wiki wygrała różowy miecz i była szczęśliwa. Jeden z widzów podszedł do nas po występie, modliłem się, żeby to nie był mój czytelnik, ale on chciał tylko, żeby powtórzyć mu ten tekst. Powiedziałem, że nie pamiętam i że nie mam pojęcia, skąd Wiki go wytrzasnęła. Tak czy inaczej przez jakiś czas będziemy unikać miejsc, w których są sceny.

Poniedziałek – ktoś nam nasrał do Swarovskiego

Rozpoczął się trzeci tydzień przedszkola. O siódmej rano musiałem przekonać trzyletnią córkę, że nie może wziąć do przedszkola miecza, chociaż jest słodziutko dziewczęcy i różowiutki. Moja mama zawsze mi wpajała, że jeśli już dzieci mają się wzajemnie pozabijać, to niech robią to chociaż po cichu i bez bałaganu. A taki miecz na pewno by nabałaganił – i kto to ma potem sprzątać? Za sukces uznaliśmy, że Wiki ubrała się sama i na czas. Małą skazą na tym osiągnięciu było to, że włożyła podkoszulek na bluzę, ale to i tak lepszy wariant niż majtki na spodniach, bo znów musiałbym jej wyjaśniać, że przebrała się za Madonnę. Jak ostatnio u lekarza. Dlatego nic nie zmienialiśmy, trzeba przyznać, że wyglądała uroczo. To jest przywilej bycia dziewczynką – mogą włożyć sobie na głowę wiadro, a i tak są piękne.

Po południu przyszliśmy po Wiki razem z babcią, na co przestraszona przedszkolanka zapytała, ile dzieci sobie życzymy. Zazwyczaj obowiązuje ograniczenie jedno dziecko na osobę na dzień. Ale babcia tylko pomachała wnusi i już musiała iść. My udaliśmy się do sklepu z luksusowym wyposażeniem wnętrz, gdzie chcieliśmy obejrzeć jedną świetną pralkę. Być może też znacie takie sklepy, które są tak luksusowe, aż macie wrażenie, że tam nie pasujecie. Tym razem to uczucie dodatkowo umacniała pani w drogim kostiumie, z włosami spiętymi w kok ze złotymi szpilkami i niewiarygodnie grubą warstwą makijażu. Uśmiech zastygł jej na twarzy, kiedy zobaczyła dziecko. I nas.

Nie spuszczała Wiki z oka, syczała i mrużyła oczy przy każdym jej ruchu, aż w końcu nie wytrzymała i poinformowała Kasię, że to nie jest odpowiednie miejsce dla tak małych dzieci, bo jest tu mnóstwo drogich rzeczy… Żona zapytała, czy mają jakiś kącik zabaw, ale pani tylko pokręciła przecząco głową.

– No trudno – powiedziała Kasia i wzięła małą na ręce, co trochę panią sprzedawczynię uspokoiło. Na rękach albo na smyczy. Naprawdę były tam drogie rzeczy, sama kanapa kosztowała ponad sto tysięcy złotych. Ale niektóre kuchnie i sypialnie były oszałamiające. Naprawdę oszałamiające. I te łazienki! Stylowe kabiny z hydromasażem i wanny z magicznym oświetleniem, z których za nic bym się nie ruszył. Aż zgubiliśmy się w tym labiryncie luksusu. Kiedy tak błądziłem po kolejnych pomieszczeniach, napotkałem żonę, do której akurat podbiegła Wiki. Byliśmy sami na pierwszym piętrze, więc pozwoliliśmy sobie postawić małą na podłogę. Widziałem, jak trzyletnia Wiki podbiegła do mamy, coś jej powiedziała, Kasia zbladła jak ściana, szybko zajrzała do „łazienki", potem chwyciła Wiki, przeleciała obok mnie i syknęła:

– EWAKUACJA!

Zbiegliśmy po krętych schodach i schowaliśmy się w uliczce za jedną z kuchni, kiedy drugimi schodami akurat szła na górę ta nadgorliwa sprzedawczyni.

– Stłukła coś? – zapytałem zdenerwowany. Cokolwiek by to nie było, nie wypłacilibyśmy się do końca życia.

Kasia pokręciła głową. Była blada.

– Przybiegła powiedzieć mi, że nie może spuścić wody. Ona się tam załatwiła. Naprawdę! Rzuciła im czekoladową anakondę, o taką! – i rozłożyła ręce jak kłamliwy wędkarz. I dodała jeszcze: – A sam wiesz, że wczoraj nie robiła!

Wiki wyglądała na zadowoloną. Co teraz? Dylemat rodziców. Przyznać się? Dyskretnie posprzątać? Zanim zdążyliśmy podjąć decyzję, z pierwszego piętra dobiegł krzyk wypełniający cały sklep:

– BOŻE, KTOŚ NAM NASRAŁ DO SWAROVSKIEGO!

Potem rozległo się tupanie nóg biegnących na górę. Wzrokiem uzgodniłem z moją ukochaną żoną, że się nie przyznamy i że spróbujemy uciec. Znów krzyk:

– Ale kto byłby w stanie zrobić coś takiego? To przecież nie mógł być człowiek. To musiał być chyba jakiś wielki goryl!

Znów spojrzeliśmy po sobie i wzruszyliśmy ramionami. Owszem, nas też te rozmiary zawsze zaskakują. Mówi się na nie dzieciątka, ale zanim urodziło się nam dziecko, nie mieliśmy pojęcia, do czego te brzdące są zdolne. Pani ze sklepu też najwyraźniej nie miała w tej materii żadnego doświadczenia. Potem odezwał się męski głos:

– Była tu taka mała dziewczynka…

Ale krzykaczka natychmiast mu przerwała:

– Przecież tego nie zrobiła mała dziewczynka, wystarczy na to spojrzeć! Żeby to wywieźć, będziemy potrzebować taczki!

Cisza, najwyraźniej wszyscy się przyglądali. I nie mogli ogarnąć tego wzrokiem… Potem ktoś powiedział z rezygnacją:

– Hm, dziewczynka. Dziewczynka. Przecież to jest wielkości dziewczynki!

Nie śmialiśmy się, byliśmy zupełnie skamieniali, ale i tak zaczęły nam łzawić oczy. Miałem déjà vu. Po raz ostatni tropienie sprawcy kupy przeżyłem ze swoim psem. To też był nieszczęśliwy zbieg okoliczności! Wyszedłem z nim tuż przed burzą, pies się starał, jak mógł, żeby mieć to jak najszybciej za sobą, i wycisnął z siebie nawet to, co powinno zostać na kolejny dzień. A kiedy to zbierałem, woreczek razem z ładunkiem porwała mi wichura i zaniosła aż na wysokość drugiego piętra bloku po drugiej stronie ulicy, gdzie cisnęła nim w okno. Wiatr tego dnia osiągał prędkość 90 km/h. Potem woreczek gdzieś poleciał, ale zawartość została na parapecie. Wtedy również udało mi się schować i być jedynie niewidzialnym świadkiem śledztwa prowadzonego przez stare małżeństwo. Jeśli się nad tym zastanowić – wyglądało to na naprawdę tajemniczą sprawę, ponieważ wypróżnienie się na parapecie na drugim piętrze wcale nie należy do zadań łatwych. Dzięki temu powstały odważne teorie o mężczyznach opuszczających się na linach, zbyt leniwych, by opuścić się na trawnik, oraz o nieżyczliwych sąsiadach załatwiających się sobie na rękę i rzucających fekaliami w okna. Do dziś czasami budzę się, kiedy śni mi się krzyk:

– JEZUS MARIA, RUDOLF, TO JEST GÓWNO! BOŻE, JAK ONO SIĘ TUTAJ ZNALAZŁO!

Z moją karmą musi być coś nie w porządku – przecież taka historia nie może przydarzyć się jednemu człowiekowi dwa razy w jednym życiu.

Tymczasem krzykliwa sprzedawczyni znów wypełniła swoim głosem cały sklep:

– Co się tak gapicie na ten sufit? Myślicie, że coś takiego mógł zrobić ptak?!

– Patrzę, gdzie jest wentylacja – odpowiedział męski głos, a potem odezwał się jeszcze ktoś.

– Jeśli ptak, to tylko struś. Zobaczcie, to wygląda jak jaszczurka.

Oczy moje i Kasi znów się spotkały, a potem spojrzeliśmy na córkę. Była zadowolona, jakżeby inaczej, skoro tak pięknie się wypróżniła.

– Jestem głodna – jęknęła Wiki.

Mama zasłoniła jej usta i szepnęła:

– Właśnie się przekonaliśmy, że jesz aż zanadto.

Czyżby Wiki zjadła jaszczurkę? Czy ten gość żartował? Najgorsze jest to, że u trzyletniego dziecka nigdy nie można niczego wykluczyć, choćby nie spuszczało się go z oczu.

– Powiem wam, co to jest! – znów usłyszeliśmy kobiecy głos, ale tym razem już nieco cichszy i chyba zasępiony. – Walka z konkurencją! O to tu chodzi! – szczeknęła ekspedientka.

– Coś ty, Agnes – odezwał się uspokajający głos mężczyzny. – Kto by nam tu podrzucił gówno… – Chwila ciszy, czuliśmy, jak wciąż się temu przyglądają. – W dodatku gówno mamuta… – dokończył mdło, jakby robiło mu się niedobrze. Zagryźliśmy wargi. Teraz nie możemy parsknąć. Nie możemy się śmiać! NIE!

– A myślicie, że kto rozbił nam umywalkę na wystawie?

– Co z tym zrobimy? – zapytał męski głos. A drugi od razu odpowiedział:

– Trzeba to usunąć, samo stąd raczej nie wyjdzie. Chociaż… jeśli ta jaszczurka żyje…

Kobiecy głos:

– Tego na pewno nie wystarczy usunąć. Trzeba wymienić muszlę.

– Dlaczego wymienić? Przecież właśnie do tego jest stworzona.

Znów chwila ciszy.

Przyglądanie się.

Muzeum Narodowe pękłoby z zazdrości, bo chyba żadnemu ich eksponatowi nie poświęcono tyle uwagi, co tutaj temu…

Wymknęliśmy się ze sklepu i dyskretnie opuściliśmy budynek bocznym wyjściem. Pobiegliśmy co sił za pierwszy róg, a potem jeszcze dalej. Dopiero po kolejnych dwóch przecznicach zatrzymaliśmy się, żeby złapać oddech.

– Jestem głodna – jęknęła znów Wiki.

– Masz szlaban na jedzenie, mamucie – oświadczyła mama.

Szliśmy dalej.

– Wiedziałaś, że Swarovski robi też toalety? – zapytałem dla podtrzymania rozmowy.

– Nie.

Ale teraz już wiemy. W głowie wciąż brzmiało mi jedno zdanie:

– BOŻE, KTOŚ NAM NASRAŁ DO SWAROVSKIEGO!

Wtorek – karta platynowa

Kiedy przed północą sadzaliśmy Wiki na toaletę, pytała przez sen, czy może już iść do przedszkola. Powiedziałem, że oczywiście, i położyłem ją z powrotem do łóżka.

Dziś przyszedłem po