Dziecko, czy muszę Ci to jeszcze raz powtarzać? - Amy McCready - ebook + audiobook
Opis

Prosisz dziecko, by wyłączyło telewizję, odrobiło lekcje, spakowało się do szkoły lub poszło spać. Wiesz, że słyszy, co mówisz, lecz ignoruje to. Prosisz ponownie i… nadal brak reakcji. Próbowałeś już wszystkiego, lecz żadna z tych metod nie działa. Znasz to, prawda?

Ekspertka ds. wychowania, Amy McCready, organizatorka kursów Positive Parenting Solutions (Pozytywne metody wychowywania dzieci), przedstawia metodę, która eliminuje wielokrotne powtarzanie tego samego lub krzyczenie na dzieci. Proponuje rozwiązania pełne miłości i jednocześnie niezwykle skuteczne, jeżeli chodzi o skłanianie dzieci do pożądanych zachowań.

Dwadzieścia trzy narzędzia przedstawione w tej książce są łatwe do zastosowania i bardzo efektywne. Każdy rozdział zawiera wiedzę popartą teorią z dziedziny psychologii, przykłady i metody eliminowania niepożądanych zachowań, jak również sposoby nauczania dzieci pozytywnych zasad postępowania. Porady te mają zastosowanie w stosunku do dzieci w wieku od dwóch do dwunastu lat.

Przeczytaj Dziecko, czy muszę Ci to jeszcze raz powtarzać?? i odkryj na nowo uroki bycia rodzicem.

***

Zawsze mówiłam, że gdyby rodzice dobrze wykonywali to, co do nich należy, to w końcu nie mieliby już nic do roboty. W książce przedstawione są narzędzia, których wszyscy potrzebujemy, by przejść na „rodzicielskie bezrobocie”. A co najlepsze, dzięki nim już nigdy nie będziesz musiał się złościć.

dr Wendy L. Walsh, ekspertka w dziedzinie zachowań ludzkich, występuje w CNN Headline News, matka dwojga dzieci

Znakomita książka: Amy McCready pokazuje, jak uniknąć frustracji podczas skłaniania dzieci do wykonywania nudnych, lecz niezbędnych czynności. Uczy, jak bez nieustannego powtarzania, łajania lub karania zainspirować je do dokonywania pozytywnych wyborów. Wskazując jasno kierunek działania, przekazując praktyczne wskazówki i proste metody postępowania, autorka mówi, jak położyć kres sytuacjom pełnym nerwów, irytacji, walki. Ta książka jest wybawieniem dla rodziców, którzy chcą ze swoich dzieci wydobyć to, co jest w nich najlepsze.

dr Christine Carter, autorka Raising Happiness: 10 Simple Steps for More Joyful Kids and Happier Parents

Jeśli kiedykolwiek, krzycząc na dzieci, zadałeś sobie pytanie: „Jak mogłem dać się wytrącić z równowagi?”, to ta książka jest dla ciebie. Amy McCready pokazuje w niej, jak utrzymać kontrolę, nie tracąc jednocześnie kontaktu z dzieckiem.

Lisa Earle McLeod, autorka książki The Triangle of Truth, która znalazła się na liście 5 bestsellerów biznesowych „Washington Post”

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 333

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: If I Have to Tell You One More Time... : The Revolutionary Program That Gets Your Kids to Listen Without Nagging, Reminding, or Yelling

Przekład: Konrad Pawłowski

Redakcja: Monika Marczyk

Projekt okładki: Studio KARANDASZ

Skład: Shift-Enter

Copyright © 2011 by Amy McCready

All rights reserved.

Copyright © 2011 for the Polish edition by MT Biznes Ltd.

All rights reserved. This Licensed Work published under license

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentów niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci zabronione. Wykonywanie kopii metodą elektroniczną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym, optycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji. Niniejsza publikacja została elektronicznie zabezpieczona przed nieautoryzowanym kopiowaniem, dystrybucją i użytkowaniem. Usuwanie, omijanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Wydanie w nowej szacie graficznej, Warszawa 2018

MT Biznes Sp. z o.o.

www.mtbiznes.pl

[email protected]

ISBN 978-83-8087-680-4 (e-book w formacie epub)

ISBN 978-83-8087-681-1 (e-book w formacie mobi)

Dedykacja

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rodzicom na całym świecie, którzy chcą, by wychowywanie

było najlepszą pracą, jaką kiedykolwiek mieli. Ich dzieciom,

które będą dumne, nazywając ich mamą i tatą

Wstęp

WSTĘP

 

 

a długo przedtem, zanim powstała ta książka, czułam się jak najgorsza matka w historii. Pod koniec kolejnego trudnego dnia, poświęconego wychowywaniu moich dwóch chłopców, nastąpiło pewne szczególnie pamiętne wydarzenie.

Bolało mnie gardło. „Świetnie – pomyślałam. – Nie dość, że dostałam kataru, to jeszcze muszę wymyślić sposób, jak przekonać synów, by położyli się spać bez wysłuchania przedtem osiemnastu historyjek i bez wstawania przy tym czterdzieści pięć razy, aby napić się wody”. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że ja, która w swojej karierze zawodowej przeszkoliłam efektywnie wiele osób, nie mogę skłonić własnych dzieci, by robiły to, co im mówię, i by nie uważały mnie przy tym za potwora.

I nagle, kiedy znowu podniosłam głos, by krzyknąć na synka, bo wziął do ręki zabawkę, a przecież miał już spać, przyszła mi do głowy myśl, która sprawiła, że zamilkłam. Gardło nie bolało mnie z powodu wirusa, lecz dlatego, że za dużo krzyczałam.

Dopiero teraz poczułam się naprawdę źle. Czy to rzeczywiście mogło mi się przydarzyć? Zawsze nienawidziłam, gdy ktoś krzyczał na dzieci. I oto, co się dzieje – wydzieram się na nie na okrągło! Dlaczego jest mi tak trudno wychowywać dwóch typowych przedszkolaków? Co się stanie, gdy będą starsi i pojawią się sprawy trudniejsze niż problemy związane z myciem lub zachowaniem się przy stole? Chciałabym być kimś, kto towarzyszy synom, gdy rosną, kto nawiązuje z nimi relacje pełne szacunku i potrafi się z nimi porozumieć, a nie osobą, z którą są tylko dlatego, że ich urodziła. W głębi serca wiedziałam jednak, na jakiej drodze się znajduję. Czułam, że poniosłam porażkę, jeśli chodzi o najważniejsze zadanie mojego życia, i chciałam to zmienić.

Tego wieczoru zadałam sobie trudne pytanie: „Skoro kocham moje dzieci nad życie, to dlaczego krzyczę na nie, choć czuję, że nie jest to właściwa droga?”. Moje wysiłki, by „wymusić posłuszeństwo”, przypominały rzucanie grochem o ścianę. Metody, takie jak stawianie do kąta czy liczenie do trzech, przestały być skuteczne. Wydawało się, że nie ma innego sposobu, tylko muszę podnieść głos – przynajmniej wtedy dzieci wiedziały, że mówię poważnie. Wpadłam więc w błędne koło proszenia, przypominania, proszenia, przypominania, krzyku.

Zdałam sobie sprawę, że stałam się takim rodzicem – takim, którym, jak sobie obiecujemy, nigdy się nie staniemy.

Może wiesz, o czym mówię. Może jesteś mamą, która przekupuje swojego trzylatka cukierkami i zabawkami, by spokojnie zrobić zakupy w sklepie spożywczym. Może jesteś tatą, którego pięcioletnia córeczka głośno na całą restaurację domaga się usadzania na kolanach kolejnych członków rodziny zebranych dookoła stołu. Może sprzątasz za dzieci każdej soboty rano ich pokoje, gdyż nie potrafisz skłonić ośmio- lub dziesięciolatków, by robiły to same.

Takich rodziców można zauważyć wszędzie dookoła. Zanim sami staniemy się rodzicami, irytują nas oni – nie potrafią zapanować nad własnymi dziećmi. „Gdy sami będziemy rodzicami – przyrzekamy – lepiej sobie poradzimy”. To na pewno nie jest takie trudne.

I wreszcie rok lub dwa po tym, jak na świecie pojawiło się nasze szczęście, stajemy się takimi rodzicami. Krzyczymy, grozimy, napominamy, prosimy i w końcu poddajemy się, jeśli chodzi o próby kontrolowania naszych pociech. Gdy jest dobrze, obchodzimy się z nimi jak z jajkiem, licząc na niewiele więcej niż na łut szczęścia, by były grzeczne. Kiedy jest źle, zamieniamy się w potwory i zastanawiamy się, czy nie oddać okropnego dwulatka do żłobka.

Bez właściwych narzędzi rodzicielstwo przestaje być przyjemnością. I jest to smutniejsze niż fakt, że nasz siedmiolatek jako jedyne, naprawdę jedyne dziecko na całym świecie nie ma figurki kosmicznego dinozaura, bohatera najnowszej kreskówki (lub czegokolwiek innego).

Problem polega na tym, że zawsze wiedzieliśmy, jacy nie chcemy być jako rodzice, lecz nie mamy zielonego pojęcia, jak stać się takimi rodzicami, jakimi chcielibyśmy być. W końcu zaczynamy stosować taktykę takich rodziców, gdyż, no cóż, musi ona chyba działać, skoro tak wiele osób ją stosuje! Przecież od czasu do czasu musimy iść do sklepu bez względu na to, ile nerwów by nas to nie kosztowało. Jednak w rzeczywistości metody takich rodziców działają jedynie na krótką metę i w niczyim przypadku nie funkcjonują lepiej niż w twoim.

Znasz już pierwszą część mojej historii. Teraz chciałabym opowiedzieć, jak przewróciłam swoje metody wychowawcze do góry nogami i jak w ciągu zaledwie kilku tygodni zaowocowało to pozytywnymi zmianami w moim domu.

Po tym wieczorze, gdy postanowiłam zrezygnować z krzyku, zdałam sobie sprawę, że musi istnieć lepszy sposób. Zainspirowana, do czego się przyznaję, postacią George’a z serialu Seinfeld1, poczułam, że jeśli wszystko, co do tej pory robiłam, było złe, to przeciwieństwo tego musi być dobre. Zapisałam się na zajęcia poświęcone wychowaniu, które koncentrowały się na zasadach pozytywnej dyscypliny, opracowanych przez dwudziestowiecznego lekarza i psychologa Alfreda Adlera.

Mój świat zmienił się całkowicie. Gdy zaczęłam wdrażać zasady Adlera w mojej rodzinie, sytuacja zaczęła się szybko poprawiać. W im większym stopniu wykorzystywałam jego teorię, tym przyjemniejsze stawało się życie rodzinne. Wszyscy byliśmy szczęśliwsi, poprawiły się też moje relacje z mężem.

Kontynuowałam naukę i zdałam sobie sprawę, że chociaż zasady, jakich nas uczono, brzmiały bardzo dobrze, wielu rodziców mówiło: „To interesujące, lecz co mam robić?”. Istniała potrzeba, by przełożyć teorię na narzędzie, które krok po kroku pokazywałoby rodzicom na całym świecie, jak ją wykorzystywać w praktyce we własnych rodzinach.

Chciałam pomóc innym osiągnąć spokój, którym cieszyłam się wraz z własną rodziną. Wykorzystałam doświadczenie w tworzeniu programów szkoleniowych dla firm z listy Fortune 500, by opracować własny program nauczania, który nazwałam Positive Parenting Solutions (Pozytywne Metody Wychowywania Dzieci) . Niniejsza książka powstała właśnie na bazie tego kursu, który zmienił życie tysięcy rodzin na całym świecie.

Napisałam ją, abyś umiał sobie radzić z frustrującymi zachowaniami dzieci i by zamieniły się one w pozytywne zasady postępowania, które zakorzenią się w nich na całe życie. Chcę pomóc ci w odzyskaniu poczucia kontroli nad własną rodziną, byś mógł nauczyć dzieci tych zachowań, które przyczynią się do odniesienia przez nie sukcesu w przyszłości.

Każdy rozdział zawiera wiedzę popartą teorią psychologii, przykłady i metody eliminowania niepożądanych zachowań, jak również sposoby nauczania dzieci pozytywnych zasad postępowania. Fundamentem tej książki są dwadzieścia trzy narzędzia, które krok po kroku pokazują, jak stosować w praktyce opisane tu zasady. Już nie będziesz musiał posługiwać się metodą prób i błędów. Wkrótce dowiesz się, jak radzić sobie ze wszystkim, co dzieciom może przyjść do głowy.

Nauczysz się, jak eliminować takie irytujące zachowania, jak marudzenie, dyskutowanie, niesłuchanie i przerywanie. Dowiesz się także, jak ustrzegać się prób pokazywania, kto jest ważniejszy i napadów złości lub jak je kontrolować. Sprawisz, że dzieci będą pamiętały o myciu zębów, zabieraniu drugiego śniadania i odrabianiu lekcji bez przypominania, krzyczenia lub wykłócania się. Odkryjesz metody poprawiania atmosfery, od tworzenia pozytywnych relacji między rodzeństwem po zacieśnianie rodzinnych więzi.

Jeśli uważasz, że stałeś się takim rodzicem, jakim nigdy nie chciałeś być, przeczytaj tę książkę. Wykorzystaj przedstawione w niej narzędzia. Pewnego dnia zdasz sobie sprawę, że minęło już trochę czasu od momentu, kiedy ostatni raz krzyczałeś na dzieci, starałeś się je przekupić lub wierciłeś im dziurę w brzuchu, by coś zrobiły. Wkrótce nawet nie będziesz mógł sobie przypomnieć, kiedy podniosłeś na nie głos lub napominałeś je, kiedy traktowałeś je inaczej niż z pełnym szacunkiem. Uśmiechniesz się, gdy zdasz sobie sprawę, że w zamian za to one także cię szanują.

Najlepsze ze wszystkiego będzie jednak to, że zmieni się twój świat, tak jak stało się to w przypadku tysięcy rodziców. Rodzicielski stres zastąpi rodzicielski spokój. Będziesz czerpać przyjemność z kontaktów z dziećmi, dziwiąc się, jak samodzielne stają się na twoich oczach. Będziesz zaskoczony tym, że robią to, o co je prosisz, bez konieczności przewracania oczami lub napominania, że same rozwiązują problemy powstałe między rodzeństwem i że wykonują obowiązki domowe bez przypominania. Oczywiście, nadal pozostaną dziećmi i od czasu do czasu zdarzy im się zachować niewłaściwie. Lecz ty będziesz miał do dyspozycji narzędzia, dzięki którym poradzisz sobie w takich przypadkach i pomożesz im osiągnąć sukces, zarówno teraz, jak i w przyszłości.

Sugeruję, byś czytał tę książkę od początku do końca i wypróbowywał po kolei wszystkie opisane w niej narzędzia. Świat wypięknieje już w ciągu kilku dni od momentu zastosowania pierwszego z nich; postępy zauważysz w miarę korzystania z kolejnych. Potem powróć do tej książki i przeczytaj ją powoli jeszcze raz, po jednym rozdziale, by przypomnieć sobie to, czego się nauczyłeś. Pamiętaj, że do zmiany wieloletnich nawyków (na przykład takich, jak podnoszenie głosu, które i tak nie są zbyt skuteczne) potrzebny jest czas. Być może pojawi się u ciebie nawyk, by zaglądać do książki co kilka tygodni, w miarę jak twoje dzieci będą rosły i w miarę, jak będą się pojawiały u nich nowe zachowania, zarówno pozytywne, jak i negatywne.

Na zakończenie wstępu chcę dodać jeszcze jedno. Gdy twoje dzieci będą dorosłe, jak chcesz, by pamiętały swoje dzieciństwo? Czy jako okres wypełniony krzykiem, napominaniem i groźbami? Czy też jako czas, w którym mama i tata uczyli je w spokojny sposób właściwych zachowań, jako okres przebywania w rodzinie, która kochała bycie razem?

Przyłącz się do mnie i daj swoim pociechom najlepsze dzieciństwo, jakie tylko mogą sobie wymarzyć. Razem ze mną pomóż im przygotować się do osiągania sukcesów w dorosłym życiu. Podobnie jak ja, pokochaj najtrudniejszą pracę, jaką kiedykolwiek wykonywałeś – pracę wspaniałego rodzica.

1Seinfeld – amerykański serial komediowy emitowany w latach 1989-1998, w Polsce wyświetlany przez Canal Plus pod tytułem Kroniki Seinfelda – przyp. red.

1. Coś nie działa

1

COŚ NIE DZIAŁA

 

 

salonie panuje taka cisza, że słychać tykanie zegara. Tiktak, tiktak, tiktak... Ten dźwięk mógłby uspokajać, gdyby nie jeden szczegół: czekasz. W umyśle liczysz kolejne upływające sekundy. Powiedziałeś właśnie ośmioletniej córce, by odrobiła lekcje (lub wyłączyła telewizor, przygotowała się do szkoły, czy też poszła spać) , lecz ona nie reaguje. Mija pięć sekund długich jak lata. Wiesz, że córka słyszała, co powiedziałeś. Musisz po raz setny tego dnia postanowić, co zrobić z tym fantem.

Już zmęczony potencjalną kłótnią, bez przekonania powtarzasz polecenie. „To i tak nic nie da” – słyszysz wewnętrzny głos, gdy ponownie zwracasz się do córki, tym razem już nieco głośniej. I rzeczywiście, to nic nie daje. Dziewczynka nadal ubiera lalki rozrzucone po całej podłodze. Tiktak, tiktak, tiktak.

Dorzucasz więc groźbę: „Nie spotkasz się w weekend z koleżankami, jeśli nie zrobisz tego, co mówię”. Już gdy wypowiadasz te słowa, żałujesz, że padły. W odpowiedzi słyszysz: „Jeszcze chwilkę”.

I w końcu ciszę w domu przerywa twój krzyk: „Dziecko, ile razy mam ci jeszcze powtarzać?!”. Córka przerywa to, co robiła i szybko wykonuje polecenie. W pokoju ponownie zapada cisza, lecz nie towarzyszy jej poczucie zadowolenia.

No dobrze, udało się. Osiągnąłeś to, czego chciałeś. Czy jednak naprawdę? Co się stanie, gdy kolejny raz twoje dziecko będzie się źle zachowywać, niegrzecznie odpowiadać, odwlekać zrobienie tego, o co je prosisz lub cię ignorować? Cykl napominania-powtarzania-groźby-krzyku rozpocznie się ponownie. Będziesz czuł się zły i sfrustrowany, że musisz uciekać się do takich środków.

Próbowałeś już wszystkiego. Stawiania w kącie, krzyku, napominania, zakazywania, liczenia do trzech. Nic jednak nie działa. Jak większość rodziców masz dość. Jesteś zmęczony proszeniem w nieskończoność swoich dzieci, by wykonywały te same proste czynności. Nie chce ci się już słuchać własnego podniesionego głosu. Zadajesz sobie (a czasem i przypadkowo spotkanym osobom!) pytanie: „Dlaczego tak ciężko skłonić dzieci, by robiły to, o co się je prosi?”.

 

Może nie zawsze zdajesz sobie z tego sprawę, lecz dzisiejsi rodzice są mądrzejsi i mają do dyspozycji lepsze narzędzia niż kiedykolwiek wcześniej. Z chęcią dyskutujemy o zaletach tłuszczu omega-3, rozmawiamy z pediatrami i nauczycielami wychowania przedszkolnego, a nawet podgrzewamy ściereczki, by delikatne pupki naszych pociech nie doznały szoku termicznego. Nie ma problemu, którego nie moglibyśmy rozwiązać przy pomocy Internetu – od naturalnych sposobów łagodzenia oparzeń słonecznych, po metody przemycania szpinaku do pizzy. Jesteśmy ekspertami od szybkich i pomysłowych rozwiązań. Schody zaczynają się wtedy, gdy chcemy skłonić dziesięciolatka, by opróżnił zmywarkę.

Mógłbyś pomyśleć, że rozwiązane są również wszelkie kwestie dotyczące wychowania. Jednak gdy zwrócisz uwagę na to, jaki jest poziom frustracji przeciętnego rodzica, bez względu na to, czy spowodowany jest on nieustannymi kłótniami między rodzeństwem, czy uporem przedszkolaka, który rano nie chce się ubrać, dojdziesz do wniosku, że większość rodziców potrzebuje pomocy i to szybko.

Jak jest w twoim przypadku? Biorąc pod uwagę, że czytasz tę książkę, zakładam, iż stosunki między tobą a twoimi dziećmi mogłyby być lepsze. Może codziennie doświadczasz marudzenia, napadów złości lub staczasz boje, by twoje dziecko odrobiło pracę domową. Chociaż kochasz swoje dzieci nad życie, są całe tygodnie, w których nie odczuwasz radości z bycia rodzicem. Czasem czujesz się tak, jakbyś tracił zmysły. Co gorsza, dajesz z siebie wszystko, by w domu panował porządek i by twoje dzieci wyrosły na odpowiedzialnych, pełnych szacunku ludzi. Jednak jak dotychczas ciężka praca nie przynosi pożądanych efektów. Dzieci są niegrzeczne, mimo twoich usilnych starań.

Pomyślna wiadomość jest taka, że zdarza się to nie tylko tobie. Prawdopodobnie poczujesz ulgę, gdy dowiesz się, że większość rodziców ma podobne problemy. Jeszcze lepsze jest to, że można temu zaradzić. Istnieje wiele powodów nieposłuszeństwa dzieci – począwszy od zmian społecznych, po fundamentalne luki w metodach, jakie wykorzystujesz. Na szczęście, posługując się sposobami opisanymi w tej książce, możesz znaleźć rozwiązanie swoich problemów, a twoje życie rodzinne szybko i w znaczącym stopniu się poprawi.

Będziesz mógł efektywniej zastosować opisane tu techniki, jeśli najpierw zrozumiesz ich podstawy. Zacznę więc od wyjaśnienia różnicy między dwoma podstawowymi terminami związanymi z wychowaniem, co będzie wstępem do przedstawienia związanych z nimi technik.

 

Kara versus dyscyplina

Rodzice instynktownie wyczuwają, że dyscyplina jest niezbędnym elementem procesu wychowywania dzieci. Jednak wielu z nich, a także część ekspertów myli dyscyplinę z karaniemi używa tych słów zamiennie, mówiąc o eliminowaniu niepożądanych zachowań. W rzeczywistości ich znaczenie się różni. Ogólne przedstawienie tych terminów pomoże ci zrozumieć różne metody oraz to, dlaczego jedne działają, a inne nie.

Gdy czteroletnia Emilka rzuca podczas obiadu fasolką w dwuletniego Bartka, to twoją pierwszą reakcją będzie zastosowanie kary. Rozumujesz, że jeśli takiemu zachowaniu będzie towarzyszyła przykrość, to Emilka dojdzie do wniosku, iż zrobiła coś złego. Kara może na przykład polegać na zmuszeniu jej do odejścia od stołu lub zjedzenia całej fasoli z własnego talerza oraz z talerza Bartka czy też na ostrej reprymendzie. Karanie jest czymś, co mamy w siebie wpisane od dzieciństwa; jest ono obecne w bajkach, a także w szkole. Zły uczynek wymaga sprawiedliwego ukarania. Sprawca musi ponieść konsekwencje niewłaściwego postępowania, musi za nie jakoś zapłacić – dostając klapsa w pupę lub wysłuchując nieprzyjemnych uwag. Oczywiście, nie chcesz zrobić dziecku krzywdy. Jednak, świadomie lub nie, chcesz, by kojarzyło ono złe zachowanie z nieprzyjemnymi konsekwencjami i nie powtarzało go. Ale problem z karaniem polega na tym, że dziecko zaczyna stosować samoobronę. Zamiast uczyć się, że nie należy postępować niewłaściwie, koncentruje cały wysiłek na sposobach uniknięcia kary. Metoda ta uczy także kłamstwa – jakie dziecko bowiem przyzna się do czegoś, jeśli wie, że zostanie za to ukarane?

Dyscyplina jest o wiele bardziej pozytywnym, a także efektywnym sposobem reagowania na niewłaściwe zachowanie. Słowo to wywodzi się z łacińskiego discipulus, co oznacza ucznia, kogoś, kto pobiera nauki i chce się zmieniać. Kara jest jedynie negatywną reakcją na negatywne zachowanie. A my chcemy, aby zachowanie to stało się okazją do nauki, a także do tego, by dziecko poczuło się odpowiedzialne za to, co robi. Za każdym razem, gdy dziecko jest niegrzeczne, wykorzystaj to, by uczyć je ważnych życiowych umiejętności, dzięki którym będzie mogło rozwijać swój potencjał, a w przyszłości stać się cennym i odpowiedzialnym członkiem społeczeństwa. Dyscyplinując dzieci przy pomocy ponoszenia przez nie konsekwencji własnego zachowania, powodujesz, że nie będą one go powtarzać – nie dlatego, że groziła im kara, lecz dlatego, że mogły się czegoś dzięki temu nauczyć.

Pamiętaj, że kiedy reagujesz na niewłaściwe zachowania, wykorzystując metody przedstawione w tej książce, wpajasz dzieciom trwałe i pozytywne wzorce, dzięki którym staną się w przyszłości wartościowymi osobami dorosłymi. Do ciebie należy, by przy użyciu właściwych technik zachęcić je do zdobywania umiejętności wspierających odpowiedzialne postępowanie. Zdyscyplinowane dziecko to takie, które potrafi wyciągać wnioski – w tym systemie kary nie mają zastosowania. Chociaż dzieciom proces dyscyplinowania może się nie podobać, to umożliwia im on zachowanie szacunku dla samych siebie: nie stosuje się w nim kar fizycznych, poniżania lub wpędzania w poczucie winy. Zamiast tego, o czym opowiem szczegółowo później, wykorzystujesz konsekwencje danych zachowań jako pozytywne bodźce do nauki; nawet wówczas, gdy ziarna fasolki rozsypane są po całym pokoju.

Teraz, gdy poznałeś już nieco założenia, zastanowimy się, jaki rodzaj dyscypliny nie działa. Poznamy też niektóre z powodów, dla których dzieci są niegrzeczne, nawet gdy ze wszystkich sił starasz się temu zapobiegać.

 

Zmieniające się czasy wymagają zmiany w dzieciach

W dzisiejszych czasach rodzice najczęściej narzekają: „Dzieci nie słuchają tego, co się do nich mówi!”. Mamy i ojcowie mówią mi, że gdy byli mali, wiedzieli, że należy słuchać starszych, gdyż w przeciwnym razie rodzic mógłby „groźnie spojrzeć”. Dlaczego więc obecnie nie istnieje odpowiednik groźnego spojrzenia? Dlaczego w efekcie naszych wysiłków dziecko co najwyżej zacznie przewracać oczami, lecz nie zrobi tego, o co się je prosi?

Przyczyną nie jest to, że dzieci są dzisiaj inne. Pod względem biologicznym i emocjonalnym są takie same jak poprzednie pokolenia, mają takie samo DNA. Jednak dojrzewają w nowych czasach i w innym środowisku, które wywiera na nie odmienny wpływ. Zmiany te, z których wiele nastąpiło w ciągu kilku ostatnich dekad, w dużym stopniu wpływają na to, jak efektywni jesteśmy jako rodzice.

Przyjrzyj się współczesnym dzieciom. W erze gwałtownego rozwoju środków komunikowania się nawet dzieci w początkowych klasach szkoły podstawowej są ze sobą w ciągłym kontakcie dzięki telefonom komórkowym i komputerom. Nieustannie dowiadują się, co inni robią, noszą, kupują lub co posiadają. Dzieci i rodzice mają bardzo napięte rozkłady zajęć; niewiele czasu pozostaje na to, by rodzina była razem lub by dzieci były dziećmi. Dodatkowo wywierana jest na nie od najmłodszych lat silna presja na osiąganie sukcesów w nauce, sporcie lub sztuce. Krótko mówiąc, bycie dzieckiem dzisiaj jest o wiele trudniejsze niż kiedyś. Dlatego o wiele trudniej jest też być rodzicem.

 

Przepraszam, mamo i tato, lecz panuje demokracja

Tak jak gdyby mało było nowych technologii i presji, by popsuć twój plan wychowania wspaniałych dzieci, jest jeszcze jeden czynnik, o którym nieczęsto się mówi, a mianowicie zmiany społeczne, jakie nastąpiły w ciągu kilku ostatnich pokoleń. Rodziny naśladują świat zewnętrzny i stają się demokratyczne – jest tyle zdań, ile osób siedzących dookoła stołu.

Podstawowa zmiana dotycząca zakresu sprawowania kontroli i relacji odbyła się najpierw na zewnątrz. Przedstawiciele instytucji rządowych, firm i organizacji zdali sobie sprawę, że atmosfera wzajemnego szacunku jest dla wszystkich lepsza niż autorytarny model stosowany w przeszłości. Na przykład trudno w naszym społeczeństwie wyobrazić sobie środowisko pracy, w którym szef mówi pracownikowi: „Raport ma do końca dnia znaleźć się na moim biurku lub zostaniesz zwolniony”. Jest nie do pomyślenia, by dzieci spędzały długie godziny w szkole, ucząc się czytania, pisania, matematyki lub historii pod groźbą kar cielesnych lub długiego stania w kącie. Zabawne byłoby też, gdyby ojciec żądał od matki, by obiad stał gotowy na stole, gdy wejdzie do domu o godzinie szóstej po południu. Takie scenariusze są dzisiaj niemożliwe. Dlaczego? Dlatego, że normy społeczne i nasze wzajemne relacje bardzo się zmieniły. Autorytarne podejście do zarządzania pracownikami, nauczania lub komunikowania się ze współmałżonką nie jest mile widziane we współczesnym społeczeństwie.

Miejsca pracy, szkoły i społeczeństwo zmieniły się; poszły w kierunku demokracji. W pracy ceni się inicjatywę zatrudnionych, oczekuje się jej i jest ona brana pod uwagę w procesie oceny. Menedżer, który nieustannie krzyczy na podwładnych, wzywany jest na rozmowę do działu zarządzania zasobami ludzkimi, a czasem nawet pokazuje się mu, gdzie są drzwi. Nauczyciele traktują podopiecznych z szacunkiem, kary cielesne są zakazane, a proces nauki polega na realizowaniu projektów i współpracy. Nauczyciel, który uderzyłby lub słownie obraził dziecko, znalazłby się na dywaniku u dyrektora w mgnieniu oka. Dyktatorskie „Zrób to, gdyż ja tak każę” nie ma już racji bytu ani w wychowaniu, ani w zarządzaniu.

Właśnie tego typu zmiany społeczne wpływają na obecny system wychowawczy. To one są przyczyną, że „groźne spojrzenie” lub stwierdzenia typu „Zrób to, gdyż ja tak każę” nie oddziałują na dzisiejsze dzieci. Trzeba jednak powiedzieć, że ta zmiana we wzajemnych relacjach jest dobrą rzeczą. Wszyscy czerpiemy korzyści z bardziej demokratycznego, przepojonego szacunkiem dla drugiej osoby środowiska. To właśnie ono pomoże nam obudzić w naszych dzieciach odpowiedzialność, życzliwość i będzie je wspierać w osiąganiu sukcesów. Nie możemy zmienić świata, by łatwiej nam było wychowywać dzieci, lecz jeśli nam naprawdę na nich zależy, to nie powinniśmy chcieć tego robić.

Przyjrzyjmy się bliżej domowemu życiu. Dwa pokolenia wstecz typowa rodzina składała się z ojca, który pracował poza domem, i matki opiekującej się dziećmi. Mąż zapewniał środki do życia i często określał zasady, do których matka i dzieci musiały się stosować. Mąż i żona nie byli równorzędnymi partnerami, zarówno w małżeństwie, jak i w kwestii wychowywania. Słowo ojca było ostateczne. Wielu z nas pamięta strach, który dopadał nas po słowach: „Czekaj, niech no tylko ojciec wróci do domu”.

Dzisiaj relacje w większości rodzin wyglądają inaczej. Często obydwoje rodzice pracują poza domem. Większość mężów i żon postrzega małżeństwo jako partnerstwo, do którego wnoszą podobny wkład (finansowy i inne) i w którym mają równe prawo do podejmowania decyzji. W rezultacie zarówno mamy, jak i ojcowie mogą wieść owocne, przynoszące satysfakcję życie rodzinne oraz zawodowe i modelować pozytywne postawy u swoich dzieci.

Jednak w takiej rzeczywistości rodzice często spierają się na oczach dzieci zamiast za zamkniętymi drzwiami. Te zaś, widząc to, szybko dochodzą do wniosku, że także mogą wyrażać inne zdanie (i robią to zazwyczaj nie w tak dyplomatyczny sposób, w jaki czynią to rodzice!). Dlaczego w końcu dzieci miałyby słuchać rodziców, skoro ci nie słuchają się nawzajem? Bez względu na to, w jak odpowiedzialny sposób mama i tata podchodzą do wzajemnej różnicy zdań, dzieci i tak mogą dostrzec, że ona istnieje.

Jako obserwatorzy, nawet bardziej wyczuleni na sygnały płynące z otoczenia niż dorośli, dzieci rozumieją, że mama po prostu nie słucha się taty i vice versa. Zdają sobie sprawę, że ich nauczyciele i trenerzy mówią do nich i do siebie nawzajem z szacunkiem. Intuicyjnie rozumieją, że w społeczeństwie panują demokratyczne zasady. Dlatego też, gdy domagamy się posłuszeństwa przy pomocy „Zrób to, gdyż ja tak każę” lub „Nie dyskutuj ze mną, młody człowieku”, dzieci instynktownie czują, że coś jest nie tak z tego typu sposobem myślenia. Całkiem naturalnie zadają pytanie: „Dlaczego miałbym robić to, co ona mówi?” lub „Kto dał ci prawo do rozkazywania mi?”.

Tego typu zachowanie doprowadza rodziców do wściekłości. Wracają myślami do własnego dzieciństwa i z dumą bądź też nie przypominają sobie, że nigdy by się tak nie zachowali w stosunku do własnych rodziców. Nieustannie słyszę stwierdzenia w rodzaju: „Nigdy bym się nie ośmieliła odpowiedzieć rodzicom w taki sposób, jak robią to moje dzieci. Co się z nimi dzieje?”.

Czy jest więc z nimi coś nie w porządku? Co ma zrobić rodzic, gdy metody, które prawdopodobnie zna z własnego doświadczenia, takie jak „groźne spojrzenie” lub stwierdzenie „Zrób to, gdyż ja tak każę”, już nie działają?

W dzisiejszych czasach metody wprowadzania dyscypliny w rodzinie czeka poważna zmiana. Chociaż wychowanie autorytarne sprawdzało się, gdy dorastały poprzednie pokolenia, dzisiaj już nie przynosi ono oczekiwanych efektów.

Fakt, iż stare metody postępowania już nie działają, nie oznacza, że dzieci dzisiaj są „złe” lub „pozbawione szacunku”. Widzą one po prostu dookoła siebie inny świat. Jako członkowie demokratycznego społeczeństwa z natury czują potrzebę sprzeciwiania się, gdy zaczyna się od nich zbyt wiele wymagać. Kiedy mama mówi: „Masz to natychmiast zrobić”, syn instynktownie odpowiada „nie”. I uświadom sobie, że na dobre czy na złe, nauczył się tego od ciebie. Od ciebie i pewnie od każdego dorosłego, z którym ma regularny kontakt.

Spójrzmy na fakty: społeczeństwo nie staje się mniej demokratyczne. Dyskutuje się o wszystkim: o kwestiach związanych ze środowiskiem, o szczepionkach, o metodach dowożenia dzieci do szkoły. Indywidualizm stawiamy na piedestale, panuje wszechobecny głód wiedzy. Jest to środowisko, które przygotowuje dzieci i ich świat do osiągania sukcesów. Jednak to od nas zależy, czy pomożemy dzieciom wykorzystać w pełni ich potencjał, czy nauczymy je żyć odpowiedzialnie w naszym demokratycznym społeczeństwie jako pełnowartościowi, okazujący szacunek innym dorośli.

By efektywnie eliminować niepożądane zachowania oraz budować harmonijne, oparte na współpracy relacje z dziećmi, musimy nauczyć się myśleć i postępować w bardziej demokratyczny i egalitarny sposób. Nie wpadaj w panikę. Nawet przez chwilę nie myśl, że rodzi to niebezpieczeństwo poddania się lub utraty rodzicielskiego autorytetu. Demokracja w rodzinie nie oznacza, że trzeba głosować nad podjęciem każdej decyzji. Rodzice są nadal rodzicami, przewodnikami i głowami rodzin.

Zasady i narzędzia Pozytywnych Metod Wychowywania Dzieci przedstawione w tej książce pomogą twojej rodzinie stać się bardziej demokratyczną. Poznasz metody wprowadzania dyscypliny opartej na szacunku, która jest o wiele bardziej efektywna niż rozkazywanie. Dowiesz się, jak sprawić, by dzieci słuchały ciebie i robiły to, czego od nich oczekujesz bez napominania, przypominania, krzyczenia lub rozkazywania. Towarzyszyć temu będzie budowanie lepszych relacji z dziećmi, które na twoich oczach staną się bardziej efektywne, samodzielne i obowiązkowe.

W jakich zatem obszarach twoje metody wychowawcze zawodzą?

 

Sprawdzone strategie, które nie są niczym innym niż...

Społeczeństwo posiada mnóstwo metod na radzenie sobie ze złym zachowaniem dzieci. Nie ma ucieczki od telewizyjnych programów o nianiach, rad mającego dobre intencje sąsiada lub szczerych do bólu komentarzy koleżanki z pracy, które wygłasza zawsze po tym, gdy słyszy, jak rozmawiasz ze swoją siedmioletnią pociechą przez telefon. Próbowałeś zapewne stawiania do kąta, liczenia do trzech, różnych form kary lub przekupywania dzieci. Być może stosujesz tego typu metody nieustannie, dokładnie w sposób, którego cię nauczono. Może nawet masz wrażenie, że spełniają one swoją funkcję, gdy są stosowane przez innych rodziców. Przez pewien czas przynosiły one efekty także w przypadku twoich dzieci – to możliwe. Na czym więc polega problem?

Nie martw się, głowa do góry. Nie chodzi o ciebie, lecz o twoje dzieci. To one są powodem, dla którego najbardziej popularne metody wychowawcze się nie sprawdzają. Mogę zagwarantować, że i inni rodzice, którzy je wykorzystują, mają takie same problemy, jak i ty, bez względu na to, czy zdają sobie z tego sprawę, czy nie. Każda z tych metod obarczona jest błędem; uczą one dzieci czegoś, czego uczyć się nie powinny, jak również odwracają uwagę od tego, co pomogłoby im podejmować lepsze decyzje w przyszłości. W poprzedniej części wyjaśniłam, dlaczego kary nie przynoszą zakładanych wyników, zaś kwestię nagród poruszę w rozdziale czwartym. Przyjrzyjmy się teraz po kolei dwóm innym często stosowanym metodom.

 

Stawianie do kąta. Dlaczego to rozwiązanie już nie działa?

Ciężko jest dzisiaj znaleźć rodziców, którzy od czasu do czasu nie stawialiby dzieci do kąta. Dla wielu jest to podstawowa metoda utrzymywania dyscypliny w domu. Promuje się ją w każdym serialu o nianiach, jak również w książkach, czasopismach i innych mediach. Jednym z powodów jej popularności jest to, że stanowi alternatywę dla kar cielesnych, od kiedy rodzice dowiedzieli się, że mają one negatywny wpływ zarówno na sferę emocjonalną, jak i fizyczną dziecka.

Jednak wszechobecność stawiania do kąta jako metody wychowywania nie oznacza automatycznie, że jest ona efektywna, jeśli chodzi o eliminowanie niepożądanych zachowań w długim okresie.

Ma ona dwie poważne wady, które mogą wyjaśnić, dlaczego większość rodziców nie osiąga sukcesu w wyniku jej stosowania:

 

1. Stawianie do kąta zachęca do walki o dominację.

2. Stawianie do kąta nie uczy ważnych w życiu rzeczy.

 

Co metoda ta ma wspólnego z walką o dominację? Czyż nie ma ona właśnie na celu uniknięcia tej walki poprzez odseparowanie dziecka? Problem pojawia się, gdy uparte lub pełne życia dziecko ma przesiedzieć określony czas na krześle lub przestać w kącie, siedzieć w swoim pokoju – czyli być tam, gdzie zostało to podane w wyroku. Od tego momentu rodzic pilnuje, by dziecko pozostało w danym miejscu, a ono stara się z niego uciec. Każda próba ucieczki to dolewanie oliwy do ognia, a sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli. Kilkuminutowa kara zamienia się w pięćdziesięciominutową mękę, podczas której rodzic i dziecko walczą ze sobą, zapominając, o co tak naprawdę poszło. Oczywiste przy tym jest, że większość z nas nie ma tyle czasu, by w ten sposób użerać się z dzieckiem. Bez względu na to, kto tę walkę „wygra”, przegrane są obie strony. W najlepszym razie stawianie do kąta staje się bezużyteczną przepychanką, w najgorszym-zakłóca funkcjonowanie rodziny.

Drugi problem w przypadku tej metody polega na tym, że stawianie do kąta jest jedynie karą, a nie metodą nauki. Oznacza to, że nie koryguje zachowań w długim okresie. Nawet najbardziej uległe dzieci, które cierpliwie stoją w kącie cały wyznaczony czas, niczego się dzięki temu nie uczą. Czy znasz jakiegokolwiek czterolatka lub dziesięciolatka, który podczas odbywania kary zastanawiałby się nad tym, co zrobił i planował skorygowanie swojego zachowania w przyszłości? To właśnie dlatego niektórzy rodzice stosują tę metodę prawie codziennie: nie rozwiązuje ona leżącego u podstaw niepożądanych zachowań problemu. Dziecko może w końcu nauczyć się, jak przesiedzieć spokojnie cały czas kary (lub też jak zmęczyć mamę, by darowała mu wcześniej), lecz nie dowiaduje się niczego, co pozwoliłoby mu zachowywać się kolejnym razem odpowiedzialniej. Bardziej efektywna metoda oznacza, że dzięki niej dziecko poznaje konsekwencje swojego postępowania i uczy się, jak postępować rozważniej w przyszłości. Kwestię konsekwencji i stosowania ich do korygowania niepożądanych zachowań omówię w rozdziale siódmym.

Być może lepiej zrozumiesz, na czym polegają wady stawiania do kąta, jeśli spojrzysz na tę metodę oczami dziecka. Ośmioletni Adaś z zadowoleniem bawi się kolejką i klockami. Właśnie zakończył budowę wspaniałej wieży w kolorach czerwonym, zielonym i niebieskim, wysokiej na dwanaście klocków. W jej dolnej części znajduje się otwór, przez który może przejechać pociąg. Tor ma kształt ósemki, są dwa wzgórza i tunel. Adaś nie może się doczekać, by pociąg zrobił kolejne okrążenie. Gdy zza drzwi zaczął dochodzić niezbyt zachęcający zapach klopsów i zielonej fasolki, do pokoju weszła mama.

– Adasiu, zostaw swoje zabawki i chodź na obiad – zawołała.

– Ale mamo, właśnie skończyłem budowę wieży!— zaczął pochlipywać chłopiec.

– Czas na obiad. Twoje zabawki mogą poczekać, a ty masz przyjść do stołu i zjeść. No już.

– Nie jestem głodny. Chcę się bawić. Chociaż jeszcze pięć minut, proszę.

– Powiedziałam nie – krzyknęła mama.

Adaś jednak nadal się upierał. Obiad stygł i mama miała już dość.

– Do kąta – zawołała. – Masz tam siedzieć dziesięć minut. Adaś powlókł się na miejsce kary i klapnął na krzesło. W tej samej sekundzie, w której mama się odwróciła, siedział już przy swojej kolejce. Byłoby wspaniale, gdyby tylko zdołał zobaczyć, jak pociąg przejeżdża przez tunel!

Niestety, mama dostrzegła go kątem oka.

– Co tu robisz? Przecież powiedziałam ci, że masz siedzieć w kącie! – krzyknęła.

Adaś wrócił więc na krzesło.

Czterdzieści trzy minuty później Adaś odsiedział w końcu pełen wymiar kary. Udało mu się przeprowadzić pociąg przez tunel, lecz dopiero po sześciu próbach. Po tym wszystkim ani on, ani jego mama nie mieli ochoty na zimne klopsy i fasolkę. Wspaniała wieża została zniszczona, a Adaś nauczył się jedynie tego, że najbardziej efektywnym sposobem ucieczki z kąta jest spowodowanie zamieszania, do czego posłużył mu zwędzony kawałek klopsa, który rzucił psu.

Biedny Adaś. Pragnął tylko pobawić się jeszcze kilka minut kolejką. Biedna mama. Chciała tylko, by Adaś nauczył się, że należy jeść, gdy obiad jest na stole. Jeśli więc postawienie Adasia do kąta nie przyniosło oczekiwanych rezultatów, to co należałoby zrobić? Przedstawię propozycje alternatywnych rozwiązań tego typu problemów w rozdziale drugim i pozostałych częściach książki.

 

Dlaczego liczenie do trzech nie ma sensu?

Kolejną popularną metodą wychowawczą jest liczenie do trzech. Zgodnie z teorią ma ono dać dziecku czas na zastosowanie się do polecenia. Sposób ten może za pierwszym razem zadziałać, lecz już za drugim okaże się, że musisz liczyć do pięciu, a potem do dziesięciu, stu (jestem szczera) i tak dalej, gdy dziecko nauczy się „wyłączać”.

Główna jego wada polega na tym, że zamiast uczyć dziecko zastanawiania się nad tym, co robi, uczy je ignorowania ciebie, zanim w końcu zrobi to, czego żądasz (jeśli masz szczęście). Wygląda to mniej więcej tak:

– Kasiu – mówi mama. – Przestań biegać po sklepie. Chodź tu. Trzyipółletnia Kasia ignoruje słowa mamy.

Mama zaczyna liczyć:

– Jeden – po czym następuje długa przerwa. Kasia nadal ignoruje słowa mamy.

– Dwa – liczy mama. Długa przerwa. Kasia ignoruje słowa mamy.

– Dwa i pół – liczy mama. Jeszcze dłuższa przerwa.

Kasia zaczyna powoli wracać do mamy. Zyskała kilka minut na zabawę, co wystarczyło, by ściągnąć czerwoną skakankę z wystawy „Letnie przyjemności”.

– Trz... – zaczyna mama. Kolejna długa przerwa.

Kasia podbiega do mamy, która dała jej dość czasu na powrót. Ściskają się (w końcu Kasia wróciła, zanim mama skończyła mówić „trzy”) i mama upomina córeczkę, by znowu nie odbiegała.

Choć oczywiste jest, że powinieneś dać dziecku czas, by zrobiło to, o co je prosisz, technika liczenia do trzech uczy je, że natychmiastowa reakcja nigdy nie jest potrzebna. Ma ono nagrodę w postaci możliwości ignorowania cię tak długo, jak tylko jest to możliwe.

Stawianie do kąta i liczenie do trzech to dwie metody, które nie działają z podstawowych przyczyn. Jeśli wykorzystywałeś je i nie przynosiło to efektów, nie musisz się martwić. Zapomnij o nich i po prostu czytaj tę książkę dalej. Nawet jeśli masz wrażenie, że funkcjonują prawidłowo, nie polecam ich stosowania. Żadna z nich nie przygotuje dziecka do dorosłego życia.

Choć niektóre metody działają lepiej niż inne, na zachowanie dzieci wpływają jeszcze inne czynniki, a mianowicie ty. Zanim zaczniesz oczekiwać pozytywnych zmian w twoich dzieciach, musisz dokonać analizy ich potrzeb, swojego stylu wychowywania oraz wzajemnych relacji – i poczynić samodzielnie pewne zmiany.

2. Dzieci to także ludzie

2

DZIECI TO TAKŻE LUDZIE

 

 

ez względu na to, z jakimi wyzwaniami rodzicielskimi musisz się teraz mierzyć, pomoc już nadciąga. W tym rozdziale opiszę dwie podstawowe potrzeby emocjonalne dzieci, które powinniśmy zaspokajać, oraz jak wpływają na to wzajemne relacje. Co ważniejsze, na końcu tej części przedstawię niezwykle efektywne narzędzie, które będziesz mógł natychmiast zastosować. Zaczynajmy. W niedługim czasie dostrzeżesz znaczny postęp w zachowaniu twoich dzieci, co pozytywnie wpłynie na zmniejszenie się poziomu twojego stresu.

 

Co dzieci starają się nam tak naprawdę powiedzieć?

Zapoznaj się z dwiema opisanymi poniżej sytuacjami.

Pewnego popołudnia, gdy twoje dzieci radośnie się bawią, a ty dochodzisz do wniosku, że masz chwilę dla siebie, postanawiasz zadzwonić do znajomej. W chwili, gdy chce cię ona namówić na wspólną wycieczkę do Wielkiego Kanionu, podchodzi siedmioletnia córeczka.

– Mamo, jesteś mi potrzebna – mówi głośnym szeptem. Wiesz, że zdaje sobie sprawę, iż twoja przyjaciółka ją usłyszy. Dajesz jej znak, by chwilę poczekała. Odchodzi kawałek i patrzy na ciebie. Kilka sekund później jest znowu obok.

– Mamo, jesteś mi bardzo potrzebna teraz! Przerywasz rozmowę i mówisz:

– Nie widzisz, że rozmawiam? Pomogę ci, gdy skończę.

Za chwilę dziewczynka jest jednak znowu koło ciebie i ponownie ci przerywa. Tym razem wybuchasz:

– O co ci chodzi?

– Mamo, plasterek mi się poluzował – odpowiada. Całkowicie wyczerpana mówisz do przyjaciółki:

– Muszę sobie poradzić z lokalnym kryzysem. Zadzwonię później.

 

Innym razem jesteś w supermarkecie i robisz zakupy na obiad. Twój pięcioletni syn ciągnie cię za sweter i prosi, byś mu kupił batonik.

Tracisz zapał do zakupów, gdyż wiesz, co zaraz nastąpi. Niemniej jednak odpowiadasz mu „nie” z nadzieją, że wszystko tym razem potoczy się inaczej.

Ale nie. Chłopiec zaczyna płakać, że jest „zagłodzony na śmierć”, więc proponujesz mu rodzynki. To tylko go rozjusza (przecież gdyby chciał jeść rodzynki, to by o nie poprosił!) i za chwilę dostaje histerii.

Widzisz osoby obserwujące tę scenę. Kilka z nich na pewno ci współczuje, jednak reszta w duchu uważa, że twoje dziecko jest zepsutym bachorem i negatywnie ocenia twoje metody wychowawcze (lub ich brak). Pragniesz jedynie wyjść ze sklepu, nie ugotujesz obiadu. Najlepszym rozwiązaniem będzie zamówienie pizzy.

 

Co się stało? Twoja córka może sobie sama przykleić plasterek i doskonale o tym wie. Synek nie umrze z głodu, jeśli nie zje batonika i on również dobrze o tym wie.

Zamęczanie o plaster lub batonik to jedynie symptomy głębszego zjawiska. Postępując w ten sposób, dzieci nieświadomie starają się powiedzieć, czego tak naprawdę potrzebują, a rodzice nieświadomie błędnie interpretują te sygnały, uważając je za złe zachowanie. Na czym więc polega to głębsze zjawisko? Czego dziecko naprawdę pragnie, gdy prosi o batonik?

 

Krótka lekcja psychologii, która wiele zmieni

Za chwilę wrócę do sprawy plastrów i batoników, lecz najpierw zagłębmy się w umysły dzieci i zastanówmy się, co tak naprawdę skłania je do niegrzecznych zachowań. Cofnijmy się o ponad sto lat i przeanalizujmy uznaną teorię z obszaru psychologii dziecięcej, która pozytywnie wpłynęła na społeczeństwo od chwili, gdy została ogłoszona.

Mniej więcej w tym samym okresie, gdy Zygmunt Freud pracował nad swoją teorią, psycholog i doktor medycyny Alfred Adler doszedł do bardzo ważnego wniosku: dzieci potrzebują szacunku.

I choć dzisiaj większość się z tym zgadza (może nie zawsze w praktyce), w czasach, gdy panował wyzysk siły roboczej, a dzieci miały zachowywać się cicho jak myszki, była to nowa idea. To właśnie ona stała się podstawą odkrycia Adlera – należy stworzyć warunki, w których dzieci będą traktowane w bardziej pozytywny sposób.

Trzy przedstawione przez niego założenia wywodzące się z tej idei mają wpływ na wszystko, co zostało przedstawione w tej książce.

 

Założenie 1: Nadrzędnym dla dziecka celem jest poczucie przynależności i znaczenia

Gdy dziecko nie jest głodne i czuje się bezpiecznie, w następnej kolejności pragnie zaspokoić te dwie podstawowe potrzeby emocjonalne. Co jednak oznaczają poczucie przynależności i znaczenia z jego perspektywy? Przede wszystkim dziecko pragnie wiedzieć, gdzie jest jego miejsce w rodzinie i jakie są jego relacje emocjonalne z innymi jej członkami. Chce także czuć, że coś znaczy, że robi coś ważnego, coś, co ma wpływ na całą rodzinę. Równocześnie ważna jest dla niego możliwość podejmowania samodzielnych decyzji. Zapamiętaj to zdanie. Każdy człowiek ma potrzebę decydowania. Jeśli nie zaspokajamy jej w pozytywny sposób, znajdujemy metody negatywne – ich rezultatem często są irytujące zachowania naszych dzieci.

 

Założenie 2: Każde zachowanie jest zorientowane na cel

Na pewno znasz marudzenie, niegrzeczne odpowiadanie, przerywanie i inne formy złego zachowania, z którymi na co dzień się spotykasz. Z powyższego założenia wynika, że nie są one przypadkowe. Twoje dziecko nie zdaje sobie z tego sprawy, lecz dąży do osiągnięcia poczucia przynależności i znaczenia. Złe zachowanie jest jedynie objawem głębiej ukrytego problemu. Jeśli go rozwiążemy, zniknie ono, a dziecko będzie zaspokajało swoje potrzeby w bardziej pozytywny sposób.

Założenie 3: Źle zachowujące się dziecko jest dzieckiem niezadowolonym

Tutaj przez niezadowolenie rozumiem, że dziecko nie ma zaspokojonych w wystarczającym stopniu potrzeb przynależności i znaczenia. Kiedy dostaje histerii lub przywiera do ciebie, to tak naprawdę komunikuje: „Chcę czuć, że jestem potrzebne i coś znaczę, nie wiem jednak, jak to osiągnąć”. Dziecko w takiej sytuacji prosi o pomoc; nie chce się źle zachowywać, jednak nie dostrzega pozytywnych sposobów zaspokojenia swoich najbardziej istotnych potrzeb emocjonalnych.

Gdy tego rodzaju niezadowolenie przejawia się w powtarzającym się złym zachowaniu, może to oznaczać, że dziecko błędnie uważa, iż negatywne postępowanie pozwoli mu zaspokoić potrzeby przynależności i znaczenia, a w krańcowych przypadkach nawet bardziej podstawowe cele. Przypadki tego typu nazywane są mylnie rozumianymi celami i należą do nich:

 

1. Wymaganie nadmiernej uwagi. Dziecko marudzi, przeszkadza, przerywa, przytula się, wymaga specjalnej uwagi lub udaje bezradne, by zwrócić na siebie uwagę rodziców i poprzez tego typu negatywne zachowania zaspokoić poczucie przynależności.

2. Negatywne dowartościowanie. Dziecko prowokuje rodzica do sprzeczki, w której mogłoby „wygrać” i w ten sposób poczuć swoje znaczenie.

3. Zemsta. Dziecko dochodzi do wniosku, że nie może zaspokoić potrzeb przynależności i znaczenia, więc stara się odegrać na rodzicach na płaszczyźnie fizycznej bądź emocjonalnej.

4. Izolacja. Poniósłszy porażkę przy realizacji wszystkich celów, dziecko daje za wygraną i chce zostać samo.

 

Wszystkie powyższe punkty omówię bardziej szczegółowo w rozdziale ósmym. Teraz wystarczy podkreślić, że mylnie rozumiane cele mogą mieć charakter progresywny (każdy z nich prowadzi do prób realizacji następnego, a niezadowolenie dziecka pogłębia się; wymaganie nadmiernej uwagi prowadzi do poszukiwania negatywnego dowartościowania itd.) i odzwierciedlają prawdziwy, ukryty problem, który trzeba rozwiązać. W dalszej części książki przedstawiam narzędzia temu służące i rady, jak to zrobić.

Wyobraź sobie, że twoje dziecko nosi wielki transparent, na którym jest napisane: „Chcę zaspokoić potrzeby przynależności i znaczenia, lecz nie wiem, jak to osiągnąć”. Pamiętaj jednak, że nie jest ono świadome swoich potrzeb lub tego, że stosuje niewłaściwe metody, by je zaspokoić. Wybiera metodę prób i błędów, dopóki nie znajdzie sposobu, by zwrócić twoją uwagę lub poczuć, że może o czymś decydować. Jeśli jako rodzice będziemy potrafili zaspokoić potrzeby naszych dzieci w pozytywny sposób, to zapobiegniemy złym zachowaniom, które są plagą w naszych domach.

Pamiętaj o tych dwóch potrzebach emocjonalnych, czytając dalej tę książkę. Kryją się one za każdą zasadą, którą będę omawiała, jak również za każdym narzędziem, jakie zaproponuję, by twoje życie stało się lżejsze.

 

Zastosowanie psychologii adlerowskiej

Z zasad psychologii adlerowskiej wynika, że gdy córka przerywa ci rozmowę telefoniczną, to po prostu chce zwrócić na siebie twoją uwagę. Niestety, by to osiągnąć, ucieka się do negatywnych zachowań – nagabuje, przerywa, marudzi. Twój syn jest zdeterminowany, by uzyskać poczucie znaczenia i świadomość, że może podejmować samodzielnie decyzje – chce to osiągnąć, upierając się przy czymś i robiąc coś zupełnie przeciwnego, niż mu każesz.

Dzieci mają wbudowane silne potrzeby bycia dostrzeganymi (jest to część składowa przynależności) i możliwości podejmowania samodzielnych decyzji (co z kolei składa się na zaspokojenie potrzeby znaczenia). Są one obecne u wszystkich dzieci i nie można ich wyeliminować. Dzieci muszą czuć, że zwraca się na nie uwagę i że mogą w jakiejś formie, najlepiej pozytywnej, podejmować samodzielne decyzje. Jeśli tego brakuje, w naturalny sposób starają się to osiągnąć przy pomocy negatywnych zachowań, które zapewne są ci doskonale znane, takich jak marudzenie, przerywanie i udawanie bezradności. Bardzo szybko się uczą, że choć wolałyby zwracać na siebie uwagę w pozytywny sposób, jeśli złe zachowanie działa, to jest ono lepsze niż nic.

Podobnie dzieci, które nie czują, że coś znaczą, przez co należy także rozumieć wnoszenie pozytywnego wkładu w życie rodziny i posiadanie w pewnym stopniu kontroli nad własnym życiem, będą poszukiwały zaspokojenia tej potrzeby przy pomocy negatywnych zachowań. Właśnie dlatego niegrzecznie odpowiadają, wpadają w histerię lub ignorują to, o co je prosisz.

Niech kolejnym przykładem będzie walka o to, by dziecko położyło się spać.

 

O siódmej pięćdziesiąt dziewięć tata właśnie zdołał ułożyć sześcioletnią Elę w łóżku. Myślami będąc już przy transmisji meczu, mającej rozpocząć się w telewizji lada chwila, nie był, co zrozumiałe, przygotowany na słowa, które za chwilę usłyszał. Córeczka uroczo ziewnęła i zapytała:

– Tatusiu, opowiesz mi jeszcze jedną bajkę? – Cóż za aniołek. Kto mógłby odmówić przeczytania małej księżniczce jeszcze jednej bajki przed snem? Na pewno nie tatuś.

– Dobrze, kotku. Co myślisz o Kopciuszku?

Ela uśmiechnęła się i zaszyła po uszy pod kołdrą, gdy tata czytał jej bajkę. Było już sześć po ósmej. Tata pocałował Elę na dobranoc i wyszedł z pokoju. Już w drzwiach usłyszał pytanie zadane cichutkim głosikiem:

– Czy mogę dostać wody?

– Przyniosę ci – odpowiedział, ciągle pod jej urokiem, lecz jednocześnie niecierpliwie wyczekując momentu, w którym będzie mógł zasiąść przed telewizorem. Za chwilę wrócił z wodą.

Gdy po raz drugi opuszczał pokój, Ela poskarżyła się, że boi się ciemności. Wyglądało na to, że jest mniej śpiąca niż przed dziesięcioma minutami.

Minęło pół godziny do czasu, gdy wydawało się, że już nie tak urocza Ela wkracza w krainę snu. Tata miał dość. I wtedy mała księżniczka przekształciła drobną utarczkę w bitwę o to, czyje będzie na wierzchu. Wyskoczyła z łóżka i zapaliła światło.

Wszelkie nadzieje na to, by zobaczyć ulubiony zespół w akcji, zostały pogrzebane w trakcie próbowania kolejnych metod: nalegania, by weszła z powrotem do łóżka, ostrzegania, że następnego dnia będzie zmęczona w szkole, grożenia, że jutro będzie musiała położyć się spać wcześniej. Ela za każdym razem wygrywa.

 

Czy brzmi to znajomo? Problem polega na tym, że twoja córka nie zdaje sobie sprawy, czego tak naprawdę chce. A chce po prostu spędzać z tobą więcej czasu i móc decydować o większej liczbie spraw. Gdyby była dojrzałą emocjonalnie osobą dorosłą, potrafiłaby wyartykułować swoje uczucia i powiedziałaby: „Tato, chcę spędzać z tobą więcej czasu, zostań jeszcze chwilę”. Prawda jest jednak taka, że twoja córka jest jeszcze dzieckiem i nie potrafi interpretować swoich potrzeb. Nieczęsto też zapewne dostrzegasz tego typu wnikliwość u współpracowników, sąsiadów lub nawet u siebie. Zdawanie sobie sprawy z emocjonalnych potrzeb jest zaawansowaną umiejętnością. Dlatego to, co zaczęło się jako nieuświadomiona prośba o poświęcenie więcej uwagi, przerodziło się w walkę, w której córka chciała pokazać, że to ona tu rządzi.

Dziecko, które rozmyślnie ignoruje prośby, by położyło się do łóżka, umyło zęby, przestało niegrzecznie odpowiadać, wyłączyło telewizor lub zrobiło cokolwiek, co niekoniecznie sprawia mu przyjemność, tak naprawdę daje sygnał, że nie chce, by nim rządzono. Dzieci wiedzą, że muszą iść spać, myć zęby, wyłączyć w końcu telewizor, więc dlaczego zachowują się w taki sposób? Dlatego, że zdają sobie sprawę, iż ich złe zachowanie zwróci twoją uwagę (nawet jeśli jest to negatywne) i zaspokoi ich potrzebę samodzielnego decydowania (nawet jeśli jest to negatywne).

Życie z dziećmi nie musi być trudne. Rodzice mogą zmienić relacje w rodzinie, umożliwiając zaspokojenie potrzeb przynależności i znaczenia w pozytywny i aktywny sposób. Wyobraź sobie, że twoje dziecko ma koszyk na zwracanie na nie uwagi i koszyk na możliwość samodzielnego decydowania. Muszą one być tak czy inaczej zapełnione. Możemy napełnić taki koszyk zaspokajaną w pozytywny sposób potrzebą zwracania na nie uwagi lub też negatywnymi emocjami związanymi z reagowaniem na marudzenie, ciągnięcie za ubranie, przerywanie, bezradność lub guzdranie się. Możemy świadomie dawać im możliwość decydowania lub walczyć z nimi, gdy się upierają lub starają się udowodnić, że to nie my, ich rodzice, tu rządzimy. Co więcej, możemy tego dokonać bez oddawania im władzy, jednocześnie przygotowując je do kolejnych etapów życia, bez względu na to, czy mają osiem, czy osiemnaście lat.

Przedstawione powyżej koncepcje nie pojawiają się w głowach rodziców na zasadzie intuicji, są one jednak niezwykle ważne, jeśli chodzi o przekształcanie niepożądanych zachowań u dzieci w możliwość nauki i jako sposób utrzymania spokoju w domu.

Mam w związku z tym dobrą wiadomość dla ciebie. W tej książce przedstawiam krok po kroku proces, dzięki któremu dowiesz się, jak wykorzystać pozytywne dziecięce potrzeby przynależności i znaczenia do trwałej zmiany relacji w twojej rodzinie. Nauczysz się z niej również, jak wyeliminować negatywne zachowania, mające na celu pozyskanie twojej uwagi i następującą w ślad za nimi walkę o dominację. Z dalszej części książki dowiesz się, jak inne czynniki mogą przyczynić się do zaspokojenia tych potrzeb.

 

Kolejność narodzin się liczy, lecz czy powinna?

Prawdopodobnie znasz popularną teorię dotyczącą kolejności narodzin, a może dostrzegasz, że sprawdza się ona w przypadku twoich dzieci. Przyjrzymy się tej teorii przede wszystkim w tym obszarze, w którym odnosi się ona do potrzeb przynależności i znaczenia. Nie wszystkie dzieci i nie wszystkie rodziny są identyczne, lecz poniższe założenia najczęściej okazują się prawdziwe.

 

Jedynacy i jedynaczki

Ze względu na to, że jedyne dziecko zazwyczaj stanowi centrum świata rodziców, potrzeba przynależności jest u niego zaspokojona w bardzo wysokim stopniu. Jest ono oczkiem w głowie mamy i taty, pewnym swego miejsca w niedużej rodzinie. Z potrzebą znaczenia może być już inaczej. Jeśli jedynak ma określone obowiązki, zaspokajana jest ona w sposób naturalny. Jeżeli jednak dziecko jest rozpieszczane i wszystko robi się za nie, potrzeba ta nie zostaje zaspokojona. Wszystko zależy od sposobu postępowania rodziców.

 

Najstarsze dzieci

Podobnie jak u jedynaków, poczucie przynależności u najstarszych dzieci jest w wysokim stopniu zaspokojone. Przynajmniej przez rok lub dwa, a czasem dłużej, są jedynymi dziećmi swoich rodziców, więc cała uwaga skierowana jest na nie, co powoduje powstanie silnych więzi emocjonalnych i poczucia przynależności. To się jednak może zmienić, gdy pojawi się młodsze rodzeństwo. Starsze dziecko czuje się zdetronizowane ze względu na większą uwagę, jaką rodzice poświęcają noworodkowi. Jeśli chodzi o poczucie znaczenia, to w przypadku pierworodnych jest ono często w wysokim stopniu zaspokojone. Mają one dużo obowiązków, za które są odpowiedzialne, szczególnie gdy pojawia się rodzeństwo. Czują, że mogą podejmować samodzielne decyzje.

 

Środkowe dzieci

Relacje w rodzinie odgrywają dużą rolę, jeśli chodzi o poczucie przynależności i znaczenia u środkowych dzieci. Uogólniając, obie te potrzeby są zaspokajane w niskim stopniu. Dzieci takie często uważają, że są w pewnym stopniu niewidzialne, pomiędzy najstarszym bratem lub siostrą, któremu rodzice poświęcają wiele uwagi, a najmłodszym członkiem rodziny, który jest oczkiem w głowie wszystkich i któremu również poświęca się bardzo dużo uwagi. Także zaspokojenie poczucia znaczenia jest u nich na niskim poziomie, gdyż zazwyczaj to pierworodne dziecko obarczane jest największą odpowiedzialnością, której zostaje mniej dla kolejnych. Jeśli masz jedno lub więcej środkowych dzieci, przeanalizuj, jak wygląda zaspokojenie ich potrzeb w obszarach przynależności i znaczenia, a następnie postaraj się nadrobić ewentualne zaniedbania.

 

Najmłodsze dzieci

Twoje najmłodsze dziecko najprawdopodobniej ma silne poczucie przynależności, co jest spowodowane tym, iż jest oczkiem w głowie rodziny, bez względu na wiek. W dużych rodzinach wygląda to nieco inaczej, jeśli jest kilkoro dzieci starszych niż ono – może się wówczas czuć nieco ignorowane. Poczucie znaczenia u najmłodszego dziecka jest zazwyczaj słabo zaspokojone, gdyż w rodzinie zawsze znajdzie się ktoś, kto jest większy, głośniejszy i ma więcej do powiedzenia. W sytuacji, gdy są rodzice i starsze rodzeństwo, najmłodsze dzieci nie mają zbyt dużej odpowiedzialności i nie rozwijają umiejętności samodzielnego podejmowania decyzji, co wzmacniałoby u nich poczucie znaczenia. Możesz temu zapobiec, stwarzając najmłodszemu dziecku możliwości robienia czegoś, za co rodzina mogłaby je docenić.

 

Pamiętaj, że wszystkie dzieci powinny mieć w wysokim stopniu zaspokojone poczucie przynależności i znaczenia, bez względu na to, czy są jedynakami, czy chodzi o piąte dziecko wśród siedmiorga rodzeństwa. Pamiętaj także, że każde dziecko jest inne – najstarsze dzieci nie są wszędzie takie same, gdyż i relacje w poszczególnych rodzinach nie są takie same.

Gdy będziesz analizował potrzeby swoich dzieci pod kątem zaspokojenia poczucia przynależności i znaczenia, zastanów się nad następującym stwierdzeniem Alfreda Adlera: „Nigdy nie jest dosyć ostrzeżeń przed niebezpieczeństwami płynącymi z faworyzowania. Źródłem prawie każdego niezadowolenia u dziecka może być uczucie, że ktoś inny jest ważniejszy”.

Oczywiście, nigdy świadomie nie faworyzowałbyś jednego dziecka kosztem drugiego. Jak jednak patrzą na to dzieci? Czy jednemu poświęcasz z pozytywnych lub negatywnych powodów większą uwagę kosztem drugiego? Czy dajesz jednemu więcej obowiązków, co może być przez nie postrzegane zarówno jako coś pożądanego, jak i nie, zaś drugie pomijasz, prawdopodobnie dlatego, iż uważasz, że nie jest ono na to gotowe?

By pójść o krok dalej i zobaczyć, jak faworyzowanie może wpłynąć na zachowania, zastanówmy się nad cytatem z książki Rudolfa Dreikursa zatytułowanej Children: The Challenge (Dzieci: wyzwanie): „Dzieci są znakomitymi obserwatorami, jednak popełniają błędy, interpretując to, co widzą”.

Co na przykład widzi twoje pierworodne dziecko, gdy przywozisz mu ze szpitala młodszą siostrzyczkę? Noworodek płacze i absorbuje całą twoją uwagę. Brudzi pieluszki, co również zajmuje cię całkowicie. Podobnie jest, gdy domaga się pożywienia. Starsza siostra widzi to, lecz nie rozumie niuansów związanych z opieką nad niemowlęciem i błędnie interpretuje uwagę, jaką skupiają na nim rodzice. Dlatego właśnie u starszego rodzeństwa występują regresywne zachowania, gdy w domu pojawia się małe dziecko. Starsza siostra chce, by rodzice poświęcali jej tyle samo uwagi, co maleństwu i zakłada, że najlepszą drogą, by to osiągnąć, jest zachowywać się podobnie.

Twoim celem jako rodzica powinno być to, by wszystkie dzieci, bez względu na to, w jakiej kolejności się rodziły, miały w takim samym stopniu zaspokojone potrzeby przynależności i znaczenia. Przez troskliwe przyjrzenie się każdemu z nich możesz tak dopasować relacje w rodzinie, by pielęgnować te podstawowe potrzeby emocjonalne. Dzięki temu uda ci się wyeliminować większość negatywnych zachowań, które są efektem wyboru niewłaściwego sposobu ich zaspokajania.

 

Wzajemne relacje pomiędzy dziećmi i rodzicami – wyjaśnienie trzech stanów ego

Przynależność i znaczenie to jedna część rodzicielskiej łamigłówki. Inną ważną kwestią, na jakiej należy się skoncentrować, są relacje z dziećmi. W rzeczywistości potrzebna jest jedynie niewielka zmiana stylu komunikowania się, by dziecko było nastawione nie na walkę, lecz na współpracę. Zastanówmy się nad tym rozwiązaniem. Pomoże w tym krótka lekcja psychologii.

Nastawienia umysłu, które przyjmujemy w trakcie interakcji międzyludzkich, nazywane są stanami ego. Koncepcja ta została po raz pierwszy przedstawiona przez Erica Berne’a w latach pięćdziesiątych i jest używana do dzisiaj. Mówiąc najprościej, stan ego to nastawienie umysłu, gdy się komunikujemy i wchodzimy w interakcje z otoczeniem. Ludzie mają trzy stany ego, które objawiają się w różnych okresach: Rodzica, Dorosłego i Dziecka. Dowiedziawszy się nieco na ten temat, lepiej zrozumiesz interakcje z dziećmi i to, jak wpływają one na ich zachowania.

 

Stan ego Rodzica

W stanie ego Rodzica czujemy się odpowiedzialni za innych, w tym za nasze dzieci, własnych rodziców, a czasem nawet za przyjaciół lub współpracowników. Gdy komunikujemy się, będąc w stanie ego Rodzica, to zazwyczaj rozkazujemy innym i strofujemy ich przy pomocy takich zdań, jak: „Czas posprzątać pokój”, „Nie zapomnij wziąć lekarstwa” lub „Zjedz przynajmniej trochę brokułów”. Jest to głos przesycony autorytetem, uwarunkowanie powstałe przez lata słuchania rodziców, nauczycieli, trenerów. Czy czasem nie masz wrażenia, że mówisz jak twoja matka lub ojciec? Zapewne tak!

Rodzice najczęściej komunikują się z poziomu ego Rodzica. To zrozumiałe, gdyż jesteśmy odpowiedzialni za własne dzieci (lub cudze), lecz taka postawa prowadzi do walki o władzę. Czy chciałbyś, żeby cały czas ktoś stał nad tobą i mówił ci, co masz robić? Gdy rozkazujemy, strofujemy, kierujemy dziećmi lub współmałżonkami, wywołuje to reakcję typu „walcz lub uciekaj”. Dzieci nie mogą uciec, więc instynktownie zaczynają walczyć.

Jeśli twoje dziecko wpada w histerię, niegrzecznie odpowiada, nie słucha, wykłóca się przy każdej najdrobniejszej sprawie, jest nieposłuszne lub w inny sposób opiera się, gdy chcesz, by coś zrobiło, to znak, że prawdopodobnie zbyt wiele komunikatów przekazujesz ze stanu ego Rodzica. Im więcej czasu pozostajemy w tym stanie, rozkazując i strofując, tym częściej możemy oczekiwać walki o dominację ze strony dzieci. Aby tego uniknąć, nie powinniśmy pozostawać w tym stanie przez więcej niż 30 proc. czasu. Jak to się kształtuje w twoim przypadku?

 

Stan ego Dorosłego

To najmniej przesycony emocjami i najbardziej racjonalny stan ego, który pozwala na efektywne dzielenie się informacjami i zachęca do współpracy. Z tego poziomu powinieneś się komunikować, gdy jesteś w pracy lub przebywasz w towarzystwie innych dorosłych. Twoje dziecko komunikuje się ze stanu ego Dorosłego, gdy jest w szkole, podobnie robi jego nauczyciel. Jeśli zastanawiasz się, dlaczego twoje dzieci potrafią skoncentrować uwagę w szkole, lecz nie w domu, to najprawdopodobniej można przypisać takie ich zachowanie stanowi ego Dorosłego – zainteresowane strony mogą działać w uporządkowany sposób, bez zbyt wielu negatywnych zachowań. Ciekawe jest jednak, że gdy nauczyciel zacznie funkcjonować z poziomu ego Rodzica, rozkazując i strofując, istnieje duże prawdopodobieństwo, że atmosfera w klasie pogorszy się, a walka o dominację stanie się powszechnym zjawiskiem.

 

Stan ego Dziecka

Stan ego Dziecka charakteryzuje się wysokim poziomem emocji. W tym stanie czujemy się szczęśliwi, reagujemy impulsywnie, wybuchamy śmiechem, doświadczamy pełnej radości dziecka, zaabsorbowanego tym, co lubi robić. Jest jednak także i negatywna strona ego Dziecka – załamania i wpadanie w histerię (tak, dorosłym też się to zdarza). Małe dzieci pozostają w tym stanie ego przez większość czasu (najlepiej, jeśli jest to jego pozytywna strona). Natomiast dorośli, niestety, zbyt rzadko pozostają w stanie ego dziecka.

 

Stany ego widziane oczami twojego dziecka

Twoje dziecko, podobnie jak ty, kiedy reagujesz w różny sposób, w zależności od tego, jaka jest postawa innych wobec ciebie (pomyśl o wszystkich, od irytujących współpracowników po najlepszych przyjaciół), będzie zachowywało się różnie, częściowo z powodu twojego nastawienia podczas komunikowania się z nim. Zastanów się nad stanami, w jakich jesteś, kiedy wchodzisz w interakcje z dziećmi, i postaraj się wykorzystywać w większym stopniu stan ego Dorosłego – da to efekt w postaci większej liczby pozytywnych reakcji.

Zastanów się, jak twój przekaz wygląda z punktu widzenia dziecka.

Jaki stan ego dzieci lubią u nas najbardziej? Stan ego Dziecka. Czy pamiętasz czasy, gdy śmiech, cieszenie się życiem i brak troski o to, co dzieje się dookoła, przychodziły w naturalny sposób? Właśnie tego dzieci pragną od nas bardziej niż czegokolwiek innego. Powinniśmy być zadowoleni – one naprawdę chcą spędzać z nami czas. To właśnie będąc w stanie ego Dziecka, budujemy najsilniejsze więzi emocjonalne.

Jaki stan ego dzieci lubią u nas najmniej? Stan ego Rodzica. Zbyt wiele rozkazywania i strofowania prawie zawsze daje rezultat w postaci walki o dominację. Nie powinno to nas dziwić. Podobnie jak wszyscy, dzieci nie lubią, by nimi bez przerwy rządzić, i przekazują nam o tym informację przy pomocy histerii, pyskowania, kłócenia się itp.

W jakim stanie ego rodzice spędzają najwięcej czasu? W stanie ego Rodzica. Hmm... i to jest pewien problem. Dzieci chcą, byśmy byli w stanie ego Dziecka. My zaś spędzamy większość czasu w stanie ego Rodzica. Być może to wyjaśni do pewnego stopnia fakt, że tak często dzieci walczą z tobą o władzę.

 

Na szczęście, istnieje sposób, by wszyscy byli zadowoleni. Przebywając z dziećmi, bądźmy częściej w stanie ego Dziecka, gdyż właśnie tego one pragną. Sprawmy, by były bardziej nastawione na współpracę, a mniej na walkę. Dajmy im zaspokoić potrzebę przynależności i znaczenia, by powstały silne więzi emocjonalne, na których wszystkim zależy. To wszystko można osiągnąć, pozostając częściej w stanie ego Dziecka.

 

STRATEGIA

1. Pozostawaj rzadziej w stanie ego Rodzica. Zwracaj uwagę, jak często rozkazujesz dzieciom lub je strofujesz.

2. Pozostawaj rzadziej w stanie ego Rodzica, wykorzystując pierwsze narzędzie ze skrzynki narzędziowej – Czas dla Umysłu, Ciała i Duszy (patrz s. 47). Być może częstsze komunikowanie się z dziećmi ze stanu ego Dziecka sprawi, że poczujesz się nieswojo. Rozszerz jednak swoją strefę komfortu – rezultaty są tego warte.

3. Przebywając relatywnie mniej w stanie ego Rodzica, eksperymentuj ze stanami ego Dorosłego i Dziecka, by wzmocnić relacje oparte na współpracy.

 

Droga do osiągnięcia pozytywnych rezultatów

Program Pozytywne Metody Wychowywania Dzieci opiera się na poszczególnych etapach działania, zwanych skrzynką narzędziową lub narzędziami, opisanych dokładnie w każdej sekcji lub rozdziale. Zaczniesz od wykorzystania narzędzia nr 1. Konkretne rezultaty zobaczysz już po jednym lub dwóch dniach. Gdy je opanujesz, zastosujesz narzędzie nr 2 (opisane pod koniec rozdziału trzeciego). Każde kolejne narzędzie znajdujące się w skrzynce uwzględnia wykorzystanie wcześniejszych i każde z nich przynosi konkretne efekty.

Najlepszym sposobem na pozostawanie jak najdłużej w stanie ego Dziecka i jednocześnie zaspokajanie potrzeb dziecka związanych z przynależnością i znaczeniem jest zastosowanie narzędzia nr 1, czyli Czasu dla Umysłu, Ciała i Duszy. To najważniejsze narzędzie w skrzynce Pozytywnych Metod Wychowywania Dzieci. Stanowi ono podstawę wszystkiego, co zostało przedstawione w tej książce. Im wcześniej zaczniesz je stosować, tym szybciej twoje dziecko zacznie zachowywać się lepiej i tym szybciej rodzicielstwo na powrót stanie się dla ciebie radością.

 

Czas dla Umysłu, Ciała i Duszy

Wyjaśnienie

Czas dla Umysłu, Ciała i Duszy to najważniejsze narzędzie w skrzynce. Służy do nawiązania więzi emocjonalnych z dzieckiem, których ono bardzo potrzebuje, oraz do większego zaspokojenia potrzeb przynależności i znaczenia. Jest także najlepszym środkiem do eliminowania negatywnych zachowań dziecka, gdy chce ono zwrócić na siebie naszą uwagę. Będziesz zachwycony zmianami, jakie to proste, lecz jednocześnie niesłychanie skuteczne narzędzie spowoduje w relacjach z twoimi dziećmi w ciągu zaledwie kilku dni. W Positive Parenting Solutions dostajemy codziennie e-maile i telefony od rodziców, którzy nie mogą uwierzyć, jak wielkie zmiany zaszły w zachowaniu ich dzieci. Co więcej, rodzice często twierdzą, że szybko zdali sobie sprawę, iż zastosowanie narzędzia Czas dla Umysłu, Ciała i Duszy przynosi korzyści nie tylko im, lecz także ich dzieciom. Pozwala na emocjonalne zaspokojenie i na zajmowanie się własnymi sprawami – bez względu na to, czy są to obowiązki domowe, czy hobby – bez poczucia winy, że zaniedbuje się dzieci. Narzędzie Czas dla Umysłu, Ciała i Duszy, to:

 czas spędzany indywidualnie z każdym dzieckiem,

 bycie emocjonalnie dostępnym dla dziecka w tym czasie,

 robienie tego, co dziecko chce robić,

 poświęcenie każdego dnia dwa razy po dziesięć minut przez każdego z rodziców lub opiekuna.

 

Czujesz się przytłoczony? Nie martw się.

Czy dziesięć minut poświęcone dwa razy dziennie każdemu dziecku to dużo? Zanim się wystraszysz, głowa do góry. Można zacząć od dziesięciu minut. Czytaj dalej, a dowiesz się, jak możesz przekształcić działania, które i tak już wykonujesz, w coś, czego twoje dziecko potrzebuje.

Warto podkreślić, że Czas dla Umysłu, Ciała i Duszy to indywidualne spotkanie rodzica z dzieckiem (bez rodzeństwa), podczas którego w 110 procentach jesteś skoncentrowany na tym dziecku. Nie będziesz odbierał telefonów, zignorujesz bzyczącego BlackBerry, a w zamian będziesz jeździł ciężarówkami po podłodze razem ze swoim przedszkolakiem, grał w warcaby z trzecioklasistą lub pomagał nastoletniej córce znaleźć nowe piosenki na iTunes. Bez względu na to, jak twoje dziecko chce spędzać czas, bądź w stanie ego Dziecka i wejdź w świat córki bądź syna – to jest właśnie kwintesencja Czasu dla Umysłu, Ciała i Duszy.

Może i teraz spędzasz dużo czasu z dziećmi, lecz siła Czasu dla Umysłu, Ciała i Duszy polega na tym, iż narzędzie to skłania nas do ponownego przemyślenia, jak ten czas wykorzystujemy. Zastanów się: jak często, nawet gdy przebywasz z dziećmi ciałem, to jesteś nieobecny duchem? Czy w głowie układasz plan prezentacji na nadchodzące spotkanie, planujesz wyjazd wakacyjny, tworzysz listę zakupów? Gdy odpowiadasz dzieciom niezobowiązującymi „mhm”, „świetnie” itp., wiedzą one, że tylko częściowo zwracasz uwagę na ich pojazdy lub figurki. I nie podoba im się to.

Dzieci wyczuwają różnicę między jakością a ilością poświęcanego im czasu. Możemy zabierać je ze sobą do pralni, na pocztę i do sklepu spożywczego, lecz nie jest to czas, który ma dla nich jakość. I one o tym doskonale wiedzą.

 

 

Czas dla Umysłu, Ciała i Duszy jest aktywną i pozytywną metodą napełnienia koszyka dziecka na poświęcanie mu uwagi, nawet wówczas, gdy ono o to nie prosi. Gdy koszyk ten zapełni się po brzegi, nie będzie domagało się twojej uwagi przy pomocy negatywnych lub niepożądanych zachowań.

 

Kiedy stosować Czas dla Umysłu, Ciała i Duszy?

 Każdego dnia.

 O jakiejś zaplanowanej porze dnia – po śniadaniu, przed położeniem dziecka spać itp. – zawsze wówczas, gdy możesz wygospodarować dziesięć minut.

 Przynajmniej dwa razy w ciągu dnia po minimum dziesięć minut. Można zacząć od jednej dziesięciominutowej sesji dziennie, dopóki nie wpadniesz w rytm. Gdy zobaczysz rezultaty, szybko zwiększysz liczbę sesji do dwóch.

 Zawsze, gdy będziesz widział możliwość przekształcenia codziennych czynności w czas, który ma jakość.

 Zawsze wtedy, gdy wyczujesz, że koszyk twojego dziecka na poświęcanie mu uwagi i na zaspokajanie potrzeby znaczenia jest prawie pusty.