Wydawca: Videograf Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 356 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziecięce zabawy - Tomasz Mróz

Rok 1967 był pełen wstrząsających wydarzeń. Trzej jedenastoletni chłopcy zostali zamordowani w bestialski sposób przez sprawcę nazwanego „Wampirem z Kopalni”, który po ujęciu stwierdził jedynie, że zbrodnie były wynikiem pomyłki, nie tłumacząc głębiej motywów postępowania. Ciało czwartej, dorosłej ofiary wspomnianej przez „Wampira”zniknęło bez śladu. Po latach znowu grasuje w miasteczku seryjny morderca, usuwając ze świata ludzi, którzy w 1967 byli rówieśnikami zamordowanych. Kolejne zabójstwa są wzorowane na tych sprzed kilku dekad. Śledztwo wydaje się prowadzić donikąd. Ślady stają się zagmatwane, a w zdarzeniach nie można się doszukać logiki. Na horyzoncie zdarzeń pojawiają się również niespodziewanie dziwne postacie: milioner Bratkiewicz, który twierdzi, że jest synem zaginionej ofiary „Wampira”, oraz piękna Catherine. Niewiarygodne, na pierwszy rzut oka przypadkowe fakty łączą się ostatecznie w logiczną całość. Czy można oddać swoje życie w imię przyjaźni? Jak mocno dążenie do bogactwa jest w stanie wypalić ludzką duszę? Czy zemsta może stać się motywem przewodnim na całe życie? Odpowiedź na te pytania staje się kluczem do rozwiązania zagadki. Powieść Tomasza Mroza to historia kryminalna z elementami grozy. Pomimo że treść opisuje zdarzenia z gruntu mroczne, to autor, swoim zwyczajem, nie stroni od ironicznych obserwacji rzeczywistości. Wszystko łączy się w zgrabną całość, która dostarcza zarówno emocji, jak i refleksji odnośnie do motywacji napędzającej ludzkie działania.

Opinie o ebooku Dziecięce zabawy - Tomasz Mróz

Fragment ebooka Dziecięce zabawy - Tomasz Mróz

Redakcja

Anna Seweryn

Projekt okładki

Maksym Leki

Fotografia na okładce

©Igor Kovalchuk | Shutterstock.com

© b0red | pixabay

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2018

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 600 472 609

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2017

tekst © Tomasz Mróz

ISBN 978-83-7835-676-9

1. Zabójstwo wspólnika

(1967)

– Razem!

Dwóch mężczyzn z wysiłkiem przesuwało skrzynkę po podłodze. Poddawała się ich wysiłkom z oporem, wydając przeraźliwy, skrzypiący odgłos podkutego dna trącego stalowymi wzmocnieniami o beton.

– Jeszcze trochę!

Skrzynia znowu przesunęła się o kilkadziesiąt centymetrów. Po kolejnych dwóch zrywach uznali, że robota została wykonana. Prostopadłościenny kształt w całości tkwił w czarnej czeluści. Oparli się o ścianę, odpoczywając po wysiłku noszenia i przesuwania dość ciężkiego pojemnika. Jednak po chwili, gdy tylko nieco uspokoili oddech, zerwali się i podbiegli do drzwi, żeby sprawdzić, czy nikt nie był świadkiem ich manipulacji. Echo kroków rozeszło się po betonowej konstrukcji i zgasło w zakurzonych załomach ścian, nikogo nie napotykając. Poza nimi nie było tam żywej duszy. Jedynie oni, ta skrzynia i setki metrów ciemnych korytarzy.

– Co teraz? Jak się umawiamy? – Jeden z nich wyciągnął papierosa, zapalił, a chmurka dymu uniosła się nad jego głową.

– Z nikim się nie umawiam – odburknął jego towarzysz. – Ja tu dowodzę. Masz czekać na informację.

Drugi rzucił papierosa na ziemię.

– Toś ty taki kolega? Tylko wtedy jestem dobry, kiedy mnie potrzebujesz?! A jak załatwione, to stulić gębę i czekać? – Nie tak wcześniej ustalili. Już on wytłumaczy ręcznie temu samozwańcowi, kto dowodzi, a kto ma czekać na decyzje!

Zaatakowany nie był jednak zaskoczony reakcją wspólnika. Wsadził rękę do kieszeni i wyszarpnął stamtąd mały czarny pistolet. Padł strzał. Idący na niego osobnik zamarł w pół kroku, spojrzał zdziwiony na wylot lufy, potem przeniósł wzrok na swoją pierś, gdzie zakwitła mała czerwona plama. Gdyby ją szybko namoczyć w zimnej wodzie i potrzeć mydłem, to koszula byłaby jeszcze do odratowania. Jednak pojawiła się również dziurka z brzydko poszarpanymi brzegami. To pogarszało sprawę, z przodu będzie widać każde zacerowanie. Niech to szlag! Najgorzej wyglądał człowiek pod materiałem. Nagle pobladły, słaniał się przez chwilę na nogach, by w końcu opaść na kolana i oprzeć głowę o brudną posadzkę. On jednak nie zważał na zalegający kurz i śmieci. Ręka szukała chwilę czegoś na piersi, właśnie tam, gdzie uszkodzili mu koszulę. Ruchy stawały się z sekundy na sekundę coraz bardziej niemrawe, jakby ospałe. W końcu dał spokój. Przestał się martwić o ubranie, o ustalenia z kolegami, o czyjąkolwiek obecność. Na zawsze przestał się martwić o cokolwiek.

– Cholera!

Mężczyzna zamarł z jeszcze ciepłym narzędziem zbrodni w ręce. To, co było ostatecznością, planem awaryjnym, niemal nieprawdopodobnym, zrealizowało się w ułamku sekundy. Co teraz? Jak każdy mało prawdopodobny scenariusz, tak i ten nie był dopracowany w szczegółach. Człowiek rozglądnął się bezradnie, następnie westchnął i pochylił się nad zastrzelonym. Żyje? To byłoby najgorsze rozwiązanie, gdyby żył i potrzebował pomocy. A on miałby go wieźć do szpitala i tłumaczyć się z kuli w ciele? Może jeszcze kogoś tu przyprowadzić? Nigdy. To akurat była najpewniejsza i niepodlegająca wątpliwości część planu. Nikt niczego nie może wiedzieć.

Po kilkunastu sekundach rysy twarzy stwardniały wraz z powziętym postanowieniem. Do nory z tym truchłem! Pochylił się nad ciałem, przystawił ucho do piersi, uważając, aby nie ubabrać się krwią. Potem przyłożył dłoń do jego ust. Postrzelony nie oddychał. Trup. Uspokojony, chwycił go pod ramiona i wciągnął bezwładne ciało w ślad za skrzynką. Ciężko dysząc, wpychał zwłoki za drewniany kształt, który zajmował sporą część malutkiego pomieszczenia. Na szczęście w betonowej wnęce zostało jeszcze trochę miejsca, w sam raz na leżącego człowieka. Ułożył go na wznak, poświecił latarką, sprawdzając, czy dobrze leży. Przez głowę przebiegła mu myśl, denerwująca jak diabelski chichot, towarzyszący ludziom przy ich upadkach i haniebnych momentach życia. Ktoś w jego wnętrzu śmiał się z niego, z jego wzruszającej, ale i bardzo sztucznej troski o wygody zamordowanego kolegi.

Nagle się wzdrygnął. Światło latarki musnęło twarz zamordowanego, a w niej widoczne otwarte oczy. Wcześniej były zamknięte? Dałby sobie rękę odciąć, że były zamknięte. Skonał, czy może jeszcze oddycha i wypatruje litości resztką sił? Nie miał odwagi ponownie się upewnić. Wyskoczył jak oparzony z wnęki, zatrzasnął właz, a potem zasunął przygotowaną zawczasu gipsową płytę. Dość dobrze imitowała ścianę i na pierwszy rzut oka trudno było się domyślić, że skrywa stalowe drzwiczki włazu do wnęki. Wszystko udało mu się zamknąć w kilka sekund, wielokrotnie szybciej, niż przewidywał wcześniej. To chyba stres zwielokrotnił jego siły. Gdyby tylko dobrze znał losy tej skrzynki i zawartego w niej skarbu, nie byłby taki pewien, że to jedynie sprzyjające okoliczności pchały go w kolejne nieprzewidziane koleje tej historii, a pogrzebanie kogoś żywcem to tylko część „kosztów”, które są niezbędnym elementem planu, gdy ktoś chce mieć dla siebie złoto ukryte w skrzyni.

2. Szatańskie złoto

W dziewiętnastym wieku, w małej dolnośląskiej wiosce, zagubionej wśród lasów i łąk, pojawił się pewnego dnia człowiek skupujący pobliskie ziemie, zazwyczaj za bezcen. Jeżeli jakiś oporny chłop był przywiązany do ojcowizny ponad ludzki i finansowy rozsądek, wtedy napotykał bandę rosłych żołnierzy z dalekich krajów. Dobrze wyszkoleni, posłuszni jedynie woli swojego pana, łatwo robili porządek z krnąbrnymi. Po kilkunastu miesiącach targów i walk z miejscowymi posiadaczami gruntów zaczęły powstawać zalążki największego w ówczesnej Europie koncernu górniczo-hutniczego. Nikt nigdy wcześniej nie bogacił się szybciej niż ten Niemiec, rozwijający swój biznes na niespotykaną skalę i wprowadzający wręcz wizjonerskie rozwiązania do ówczesnego przemysłu. W latach trzydziestych dwudziestego wieku spadkobierca założyciela jeszcze bardziej rozwinął zakłady, korzystając z osiągnięć ojca i wspaniałej koniunktury kreowanej przez wzmożone zbrojenia nazistowskiej Trzeciej Rzeszy przed drugą wojną światową. Tę prosperity ucięła przegrana dla Niemców wojna. Przed wkroczeniem Armii Czerwonej na te tereny fabryki zostały ewakuowane, a złoto rodowe ukryte w kopalnianej sztolni, którą bogacz zasypał za pomocą materiałów wybuchowych. Plotka głosi, że on sam przy tym zginął. Jednak pojawiły się również pogłoski, że cudem przeżył i od tego dnia oczekuje możliwości odzyskania bajecznego skarbu. Odnośnie do samego majątku rodziny niemieckiego fabrykanta – wielu ludzi upatrywało w niesamowitej skali bogactwa i tempie jego zdobywania pomocy szatana, a samo złoto uznawano za diabelski instrument podboju ludzkich dusz. Zarówno życiorysy obu fabrykantów – ojca i syna – jak i los wielu innych ludzi z nimi związanych świadczyły niezbicie o tym, że to bogactwo szczęścia nie daje i dobrze się stało, że na wieki zniknęło pod ziemią.

Jedyną pozostałą na powierzchni resztką tego majątku była niewielka skrzynka pełna złota, przeznaczona na zapłatę dla pomocników pracujących przy chowaniu skarbu w sztolni. Jak wielu Niemców, tak i oni nie zdołali przeżyć pierwszych dni władania Armii Czerwonej na tych terenach. Zginęli, a złoto czekało na swojego znalazcę. Na takiego nie trzeba było czekać długo.

Większość czerwonoarmistów zajmujących ziemie niemieckie miała jeden podstawowy cel, który starała się zrealizować podczas wojny – przeżyć, wzbogacić się i skorzystać z życia. Kończyło się to falą grabieży, rozbojów i gwałtów, dokonywanych przez żołnierzy radzieckich i państw sprzymierzonych, pijanych zdobycznymi trunkami, radością ze znalezionego na zachodzie bogactwa i poczuciem bezkarności w podbitym kraju. Skrzynka, pozostawiona w samochodzie porzuconym w bocznej uliczce przykopalnianego osiedla, dostała się początkowo w ręce dwóch sołdatów, oficerów niższego szczebla:mładszego komwzwodaZajcewa i atdielnego kamandiraHusowa. Ci w pierwszym zapale postanowili wziąć dla siebie tyle, ile byli w stanie schować w warunkach wojennych, a o pozostawionej reszcie znaleziska zameldować swojemu przełożonemu, lejtnantowi Karmininowi. Sądzili, że tym wybiegiem jednocześnie się wzbogacą i pozostaną bezpiecznie lojalni wobec władzy. Karminin przyjął meldunek, osobiście sprawdził zawartość znaleziska i pochwalił podwładnych za wierność zasadom uczciwego czerwonoarmisty. Gdy tylko „uczciwi” żołnierze odeszli, aby opić udaną akcję, podpisał rozkaz ujęcia ich z oskarżeniem o zdradę i kolaborację. Rozkaz wypełniono tego samego dnia, a następnego wykonano wyrok śmierci, również podpisany przez Karminina. Wszystko zgodnie z naczelną zasadą Sowietów – „Śmierć szpiegom”, nieraz wykorzystywaną do wewnętrznych porachunków w armii.

Powodem tych czynów była, rzecz jasna, chęć usunięcia świadków wzbogacenia się jego samego. Skrzynia wylądowała w piwnicy jednego z opuszczonych domów, przy rynku zajętego miasta, do której miał klucz jedynie Karminin. Obcych szperaczy i szabrowników odstraszał napis informujący, że jest to obiekt przeznaczony na potrzeby wojska i dodatkowo zaminowany od piwnic po strych. Pomimo że logiczne się wydawało nie zaminowywać własnych obiektów wojskowych, to napis działał skutecznie, a szczególnie niepokornych intruzów odganiał postawiony strażnik. Rozkazy dowództwa nie pozwoliły dzielnemu lejtnantowi na pozostanie w mieście i organizację bezpiecznej drogi ewakuacji zdobyczy. Ruszył on na Berlin, zostawiając na straży wiernego, ale i niezbyt rozgarniętegokrasnoarmiejcaWaliszczewa. Waliszczew dzielnie pilnował domu, pokazując braciom z Armii Czerwonej papiery z rozkazami od Karminina, a do wszystkich pozostałych strzelając bez uprzedzenia.

Jednak w kilka tygodni po przejściu frontu zmienił się typ funkcjonariuszy myszkujących po zajętych terenach. Formacje typowo bojowe, wlokące się za nimi tabory oraz bandy maruderów oddaliły się na zachód, natomiast podbite tereny zaczęło kolonizować NKWD. Typowy funkcjonariusz wszechwładnej służby bezpieczeństwa Związku Radzieckiego był elitą intelektualną radzieckiej armii, o kilka klas przewyższając przeciętnego żołnierza w umiejętnościach logicznego rozumowania i sprytu. Natomiast Waliszczewa o kilkanaście, a o ile ten nie był właśnie upojony do nieprzytomności samogonem, wtedy różnica intelektualna jeszcze się powiększała. Dlatego nic dziwnego, że w niedługim czasie skrzynia wpadła w ręce komendanta miasta – Kozłowa, a Waliszczew został rozstrzelany za zdradę i kolaborację. Również za Karmininem wysłano rozkaz ujęcia z oskarżeniem o zdradę i kolaborację, jednak dzielny lejtnant zginął już wtedy na przedmieściach Berlina, nie doczekawszy realizacji jakiegokolwiek ze swoich planów związanych ze złotem.

Gdy tylko Kozłow dobrał się do skarbu, przetransportował go do jednego z budynków warsztatowych na terenie zniszczonej kopalni. Ludzie biorący udział w transporcie byli następnie przenoszeni pojedynczo do innych oddziałów i w miejsca służby oddalone o setki lub tysiące kilometrów. W ten sposób inteligentny Kozłow pozbywał się dyskretnie, ale i bez przemocy świadków, którzy mogliby mu zaszkodzić plotkami oraz kojarzeniem niewygodnych faktów. W kilka tygodni od otrzymania funkcji komendanta miasta pozostał jedynym człowiekiem w mieście, który miał klucz do solidnych drzwi warsztatu i pojęcie, co się za nimi znajduje.

Tak oto diabelskie złoto zbierało kolejne ofiary. Nie trzeba było daru jasnowidzenia, żeby twierdzić, że i dla Kozłowa przygoda ze skrzynią nie skończy się dobrze. Wykreowany przez Stalina radziecki system kontroli wewnętrznej żądał coraz to nowych podejrzanych o zdradę, a wraz z zakończeniem działań wojennych i falą powracających do ojczyzny żołnierzy wzmożono poszukiwania zdrajców we własnych szeregach. Pod koniec lat czterdziestych Kozłow dostał nominację na wyższe stanowisko i rozkaz bezzwłocznego powrotu do Moskwy. Zorganizował to tak, żeby zebrany w kilka lat majątek po wojnie wrócił razem z nim. A jednym z ważniejszych punktów była skrzynia. Opisana ostrzeżeniami, jako niebezpieczny odpad medyczny, rozpoczęła swą drogę do Związku Radzieckiego na rampie kolejowej jednostki wojskowej, czekając na rozkaz od Kozłowa z nowego stanowiska w Moskwie. Niestety, wezwanie nie nadeszło. Kozłow został po powrocie aresztowany pod zarzutem zdrady i kolaboracji z wrogami Związku Radzieckiego, a po krótkim i bolesnym śledztwie zesłany do łagru na północy imperium, gdzie umarł w 1952 roku z głodu i wyczerpania. Skrzynka, nie doczekawszy się rozkazu wyjazdu, została ponownie ulokowana w magazynie jednostki wojskowej i przez kilkanaście lat była skrzętnie omijana przez wszystkich, którzy odczytali odstraszający opis jej zawartości. Do czasu…

W roku 1967 dwóch polskich pracowników technicznych, robiących przegląd instalacji elektrycznej magazynu, odkryło przypadkowo jej zawartość. Okazało się, że nikt w jednostce wojskowej nie ma pojęcia, co się w niej znajduje, ani skąd się tam wzięła. Po prostu stała przez tyle lat, że zdążyło do niej przywyknąć już kilka pokoleń strażników i magazynierów z ciągle wymienianej obsady obiektu wojskowego. Elektrycy wzmocnili kamuflaż złota, podrzucając na wierzch otwartej skrzyni trochę złomu i pudełek z kolejnymi napisami ostrzegającymi przed szperaniem, tak aby nikt nie domyślił się prawdziwej zawartości. Następnie, przekupiwszy wojskowych magazynierów kilkoma butelkami wódki, wywieźli zdobycz do opuszczonych budynków zniszczonej kopalni, które nie były zajęte przez Armię Czerwoną, a jedynym ich przeznaczeniem w owych czasach było dawanie fantastycznego miejsca do zabawy chłopakom z pobliskiego osiedla. Czasem służyły one również jako schronienie dla meneli w zimowe dni lub jako azyl zdesperowanych w swoich żądzach kochanków, nieposiadających pomysłu lub środków finansowych na bardziej romantyczne okoliczności zbliżeń intymnych. Budynki te były solidne, ale i bardzo zniszczone przez dwadzieścia powojennych lat władzy ludowej nad pozostałościami świetności przemysłowej tego regionu. Posiadały również rozległe piwnice. Wszędzie walały się tam rozbite butelki po winie i wódce, śmieci, kawały gruzu oraz odchody zwierzęce i ludzkie.

W takim niezbyt zachęcającym do przebywania miejscu dwaj mężczyźni postanowili w piwnicznej komórce przechować złoto, do momentu aż będą mogli z niego zacząć bezpiecznie korzystać. Po sprzeczce o to, kto jest ważniejszy w tym duecie, jeden z nich porzucił marzenia o bogactwie na rzecz wiecznego snu w ciemnej jamie. Natomiast drugi zbierał się do wyjścia i modlił, żeby nikt go tu teraz nie przyłapał. Nie miałby już gdzie schować kolejnego ciała. Zgodnie ze swoją diabelską naturą złoto pochłonęło kolejne ludzkie istnienie.

3. Kim są ci chłopcy?

(1967)

Tak jak często sprawdza się przed wyjściem z domu, czy woda w kranie albo gazowy płomień pod garnkiem z zupą są zakręcone, tak i w tym przypadku człowiek obchodził to brudne pomieszczenie, upewniając się, że żaden, nawet najmniejszy ślad nie wskazuje na miejsce ukrycia skrzyni i ciała kompana. Rozrzucił pod zasuniętą płytą trochę kamieni i rozkruszonego szkła, którego pełno tu zalegało po kątach, poruszył nogą kurz na podłodze, tak żeby smugi ułożyły się chaotycznie w różnych kierunkach i nie było śladu przesuwania ciężaru. Po kilku minutach pracy uznał, że pomieszczenie jest dostatecznie przygotowane, by udawać, że nic w nim nie ma. Odetchnął głęboko, być może z ulgą, że akcja się udała. Jednak twarz nadal wyrażała napięcie. Po głowie kołatała się myśl, że jest mordercą, nic tego już nie zmieni i żadne skarby nie odkupią śmiertelnej winy. Wiecznego piętna. Zacisnął usta, jakby zastanawiając się, co teraz począć. Może walczył z własnym sumieniem, podpowiadającym słabnącym z minuty na minutę głosem alternatywne rozwiązania dla zaistniałej sytuacji? W końcu machnął ręką i skierował się do wyjścia.

Wtedy to usłyszał. Słabe, nierytmiczne, ale wyraźne uderzenia o stalowe drzwi. Płyta tłumiła odgłosy, ale on był blisko, słyszał je dokładnie. I do tego jęk. Jeszcze cichszy od odgłosu pięści uderzającej o metal, ale dostatecznie słyszalny w tle. Nerwowo przełknął ślinę. Co teraz? Przecież nie miał majaków. Tamten jednak żył… To było jak znak, dana przez Boga szansa, aby zejść z drogi, która skazywała bliźniego na śmierć. Pozbyć się brzemienia. Jednak od momentu szybkiej jak błysk światła chwili, kiedy podjął decyzję o naciśnięciu spustu, stał się innym człowiekiem, a właściwie wyzbył się ludzkich emocji i odruchów. I teraz krok po kroku zagłębiał się w ten stan. Odsuwać płytę? Otworzyć pancerne drzwi? Spojrzeć niedoszłej ofierze w oczy? A przede wszystkim stracić złoto lub podzielić się nim? Nigdy! Po co zmieniać dobre plany prowadzące wprost do bogactwa i lepszego życia? Z taką raną postrzałową nikt nie przeżyje. Nie myślał na razie o tym, jak się tam z powrotem dostanie, jak wytrzyma widok i zapach ciała osoby, którą właśnie skazuje na śmierć w długich męczarniach. Już nie impulsywnie, nie w obronie własnej lub w przebłysku paniki, lecz na chłodno i metodycznie. Szaleństwo zapłonęło w jego oczach spokojnym, ciągłym ogniem. Nie zrezygnuje z tej wielkiej szansy od życia! Jednak teraz trzeba dopilnować, żeby nic niespodziewanego się nie wydarzyło, żeby nikt nieproszony się tu nie pojawił. Znowu uderzenia i jęk, przechodzący powoli w bolesną skargę na cierpienie i niesprawiedliwość tego świata. Trzeba to wytrzymać. Chcesz być bogaty? Chcesz być wolny? Wytrzymaj tę godzinę, może dwie, kiedy ranny kolega na krawędzi życia błaga cię o pomoc. To idealny trening dla życiowego twardziela, który nie lituje się nad ofiarami prawa silniejszego kosztem słabszego. Nie ugnie się.

Po kilkudziesięciu minutach odgłosy zamilkły. Szansa powrotu z drogi zbrodni została zmarnowana. Odczekał kolejnych dwadzieścia minut dla upewnienia się, że nic się już nie wydarzy. Ponownie obszedł pomieszczenie, nawet zaglądnął za płytę, tak jakby słabe uderzenia umierającego człowieka mogły naruszyć warstwę stali. Jednak to, co obiektywnie oczywiste, było dla jego rozkołysanej świadomości w tym momencie bardzo niepewne. Wszystko trzeba sprawdzać, wszystko odsuwać od siebie lub niszczyć tak, aby nic nie zagroziło realizacji planu. Uspokojony, obrócił się ku wyjściu. Wtedy wyczuł, że ktoś jeszcze był w budynku. Nic nie zobaczył i nie usłyszał, jednak sygnał przeszywający jego trzewia był jasny i przerażający – nie był sam i być może ktoś go widział.

Wbiegł w piwniczny korytarz. O ile pomieszczenie z wnęką oświetlał malutki świetlik pod sufitem, tak tam czerń mieszała się z szarością jedynie dzięki dwóm okienkom na krańcach. Nikogo nie dostrzegł. Może to było tylko złudzenie? Nerwy, napięte jak postronki, nie wytrzymały tej próby? Nie, był pewien, że usłyszał stuknięcie. Tym razem wyraźne, dobiegające od strony schodów na lewym końcu piwnicznego korytarza. Rzucił jeszcze raz okiem na „kryptę” ze skarbem i zwłokami wspólnika. Następnie, unikając hałasu, ostrożnymi ruchami zaczął się przesuwać ku schodom wyjściowym. Dopadł rogu i gwałtownie zza niego wyskoczył. Pustka. Szare betonowe schody trwały w niezmąconej ciszy.

„Jeden mały problem i już nerwy siadają? Co będzie dalej, jak się tak spalasz już na samym początku?” – strofował się w myślach.

Oddychał szybko, urywanym rytmem zmęczonych płuc. Potem krok za krokiem wspiął się na parter. Tu wpadało więcej światła. Wszechobecny brud, kurz i śmieci były dużo lepiej widoczne w słonecznych refleksach wpadających przez otwory okienne z powybijanymi szybami. Stanął zdezorientowany. Tam również nikogo nie było. Dopadł do najbliższego okna, skąd widać było wyjście z budynku. Przez gęste zarośla, okalające alejkę dochodzącą do bramy głównej budynku, przedzierało się kilka postaci. Nie można było rozpoznać dokładnie sylwetek, ale ich wzrost i zwinny sposób poruszania się sugerowały, że to nie są osoby dorosłe. Dzieci? Mężczyzna zaklął. Przez chwilę rozważał poziom niebezpieczeństwa dekonspiracji, w końcu rzucił się w pogoń. Jednak ta chwila niepewności, braku zdecydowania zaważyła na losach pościgu. Kołyszące się zarośla już zastygły, poruszane jedynie od czasu do czasu monotonnymi podmuchami wiatru. Brnął przez chaszcze w kierunku ulicy, był wolniejszy niż tamci i prawdopodobieństwo dogonienia intruzów malało z każdą sekundą. Już wcale nie było pewne, czy uciekli właśnie w tę stronę, w którą on teraz zmierzał.

Droga za pasem zieleni się rozwidlała, można było wejść na kopalniany teren, najbliżej dawnego biurowca, ale również przedostać się przez bramę towarową, oddaloną o kilkadziesiąt metrów. Oprócz tych dwóch głównych możliwości istniało w tym terenie dziesiątki innych dróg ucieczki. Wydostał się z zarośniętej alejki, dysząc z wysiłku i emocji, wypadł na ulicę przylegającą do terenów byłej kopalni. Patrząc w lewo, zauważył czterech chłopaków odjeżdżających co sił w nogach na rowerach. Nie miał szans ich dogonić. Zaklął pod nosem i już miał zawrócić w stronę budynku, kiedy zauważył, że nadchodził jakiś inny chłopiec, który minął tamtych i skierował się w jego stronę. Mężczyzna zastygł, zastanawiając się, jak może to wykorzystać. Chłopczyk był coraz bliżej. Brązowe spodnie zaprasowane w kancik, koszula w kratkę, włosy zaczesane do tyłu. Typowy dobry uczeń wracający ze szkoły.

– Dzień dobry – uprzejmie ukłonił się mężczyźnie, mijając go.

Tamten odpowiedział skinieniem głowy. Zaraz jednak się odezwał:

– Poczekaj, chłopcze. – Miał nadzieję, że jego głos jest odpowiednio miły i nie zdradza zdenerwowania.

– Tak, proszę pana? – Chłopiec zatrzymał się i spojrzał wyczekująco.

– Tutaj przejeżdżało przed chwilą kilku… czterech chłopców. Chyba się minęliście. Pomogli mi przenieść ciężki pakunek i zanim się zorientowałem, odjechali. Bardzo chciałbym im podziękować i dać po piątaku za fatygę. Ty, oczywiście, też dostaniesz. – Człowiek wetknął rękę do kieszeni, w której jednak natknął się tylko na rewolwer. W panice wyrwał dłoń, jakby metalowy kształt go parzył. Poszperał w drugiej kieszeni i w końcu wyjął monetę. – Widziałeś ich, znasz ich może?

Wyciągnięta ręka drżała jak gałązka osiki. Chłopiec popatrzył na monetę, potem na twarz nieznajomego. Zmarszczył brwi. Widać było, że się nad czymś zastanawia. Coś mu nie pasowało w tej sytuacji. Może ten słodko-fałszywy ton głosu? Może brak jakiegokolwiek pakunku, samochodu albo czegokolwiek leżącego na ulicy, co potwierdzałoby wersję o pomocy i pominiętych w pośpiechu podziękowaniach? Jednak najbardziej prawdopodobne było, że wydarzenia ostatnich godzin – strzał do kolegi, długie wsłuchiwanie się w jęki i drapanie konającego człowieka w stalowe drzwi, powolne przeistaczanie się sprawcy w istotę owładniętą żądzą bogactwa, nawet za cenę życia kolegi – że to wszystko było wypisane na twarzy osoby ofiarującej właśnie pieniądze za informację. Może jego wstrętna natura widoczna była dla każdego napotkanego na ulicy przechodnia?

Trudno było wywnioskować z twarzy ucznia, co myślał o tym spotkaniu. W końcu jednak chłopak wyciągnął rękę, szybkim ruchem porwał podaną monetę, uśmiechnął się i odpowiedział swobodnym tonem:

– Pewnie, że ich znam. Chodzą do mojej szkoły.

– Świetnie, powiesz mi, jak się nazywają?

– Nie ma sprawy. Chłopaki się ucieszą, że zarobią po piątaku.

4. Test, szkolenie i inne nieoczekiwane atrakcje

Komisarz Przytuła klął i sapał gniewnie, czytając pismo po raz kolejny.

– Rany Julek, rany Julek… – zawodził smętnie pod nosem. – Kiedy to minęło? Przecież dopiero co zdałem ostatni?

Rzucił się do szuflady i zaczął wertować jakieś papiery. Po kilkudziesięciu sekundach znalazł stary kalendarz i kartkując, doszedł do szukanej daty.

– Rzeczywiście – mruknął zgaszonym głosem. – To już czas! Cóż, znowu trzeba będzie to przejść. Każdy ma swoją życiową Golgotę.

Wsadził kartkę do koperty i wsunął do szuflady.

– Też pan to dostał, komisarzu? – Posterunkowy Mierczak czytał właśnie swoje zawiadomienie.

– Owszem, dostałem – potwierdził Przytuła grobowym głosem.

– Super! Mam nadzieję, że i tym razem padnie jakiś rekord. Na kopertce nie mam szans, tam młodsi wymiatają, ale na dłuższych dystansach… Kto wie, kto wie? Trochę się ostatnio trenowało.

Mierczak najwyraźniej był nastawiony entuzjastycznie do wezwania. Zerwał się od biurka i podbiegł do kalendarza. Czerwonym markerem otoczył datę. Grubą strzałką pociągnął od zaznaczonej liczby do białego marginesu i wielkimi jak byk literami napisał to straszne słowo: EGZAMIN. Przytuła westchnął, widząc, że będzie przez cały miesiąc oglądać czerwone memento, które jak chmura gradowa zawisło nad jego miłą egzystencją.

Test sprawności fizycznej, bo tak brzmiała oficjalna nazwa tego wydarzenia, był czymś w rodzaju plagi, która nieuchronnie nawiedzała jego życie w regularnych odstępach. Przechodził już przez to wielokrotnie i równie wiele razy obiecywał sobie, że się w końcu za siebie weźmie. Ustalał w głowie plan treningów, dietę, cele krótkookresowe i cel ostateczny – zdanie egzaminu bez łapówek, przymykania oka przez członków komisji, uruchamiania koneksji w komendzie wojewódzkiej i desperackiego powoływania się na wieloletnią nienaganną służbę. Wszystko na nic. Plan był realizowany przez tydzień lub dwa, potem coś mu zazwyczaj strzyknęło w krzyżu albo zajmował się kolejną stresującą sprawą, gdzie niezbędnym składnikiem pracy śledczej była konsumpcja piwa, drożdżówek i wysypianie się do południa. Innymi słowy, okresowy egzamin sprawnościowy zastał go jak zwykle nieprzygotowanego fizycznie i psychicznie, zaskoczonego upływem czasu, jak również zgubnym wpływem złego odżywiania i braku ruchu na organizm.

– Zakres chyba się nie zmienił. Biegi, brzuszki z ciężarkiem, skoki przez skrzynię… – Mierczak wyliczał z pamięci kolejne stacje Przytułowej drogi krzyżowej.

Komisarz wszystko pamiętał, jakby to było wczoraj. Wyniszczający płuca bieg i jego ukończenie jako zdublowany przez wszystkich wrak człowieka. Niemożność podniesienia obciążonego tułowia do pełnego siadu. No i ten skok przez skrzynię… Jakiś dowcipniś sfilmował telefonem komórkowym Przytułę bezskutecznie usiłującego sforsować drewnianą przeszkodę, a dzień później cały świat mógł sobie oglądnąć na YouTubie materiał o tajemniczo brzmiącym tytule „Podskakujący pulpet z polskiej policji”. Dobrze, że opublikowano go z zamazaną twarzą, ale wtajemniczeni i takwiedzieli, o kogo chodzi. A teraz znowu to wróciło, trzeba będzie ponownie przeżyć ten koszmar, jakoś to załatwić, wykosztować się.

– Co?! Test sprawnościowy? Znowu? – Aspirant Wruszkowski, zwany Wróżką, wrócił z długiej kawowej przerwy i właśnie otworzył swoje wezwanie. Nie wyglądał na zadowolonego i był to jedyny jasny punkt w tej ponurej historii – inni też nie mają lekko.

Zadzwonił telefon, Przytuła podniósł słuchawkę. Po chwili wstał i poszedł w kierunku drzwi, mrucząc pod nosem:

– Atrakcja goni atrakcję. Niech to szlag! A coś mi rano mówiło, żeby dziś zachorować i pójść na L4.

Po wyjściu komisarza Wróżka mrugnął porozumiewawczo do Mierczaka i syknął kpiącym tonem:

– Stary go wzywa. Poznałem po minie Przytuły. Pewnie znowu jakaś kontrola się szykuje i tamten jedzie w pilną delegację.

Rzeczywiście dzwonił komendant, który wezwał komisarza, żeby go powiadomić o nagłym wyjeździe w niecierpiącychzwłoki sprawach służbowych. To była sprawdzona metoda pana komendanta przy rozwiązywaniu trudnych problemów jednostki. Był on wieloletnim funkcjonariuszem komendy wojewódzkiej, który z niewiadomych dla swoich podwładnych przyczyn został przeniesiony na szczebel powiatu. Czyli mówiąc wprost – zdegradowany. Tu w godzinach pracy zajmował się przede wszystkim lekturą prasy z rozbieranymi paniami oraz dbałością o to, aby podległy mu obiekt nigdy nie został wspomniany w jakimkolwiek negatywnym raporcie na wyższym szczeblu. W przypadkach kontroli, wizytacji i audytów ulubionym stylem przywództwa pana komendanta była ucieczka na nieodwoływalny, planowy urlop lub w pilną delegację. A sygnały miał zawsze wcześniej, jako że komendant wojewódzki był jego kolegą z czasów szkolnych. Tak było i tym razem.

Przytuła, stojąc przed jego obliczem, musiał przebrnąć przez kilkuminutowe wyjaśnienia celu delegacji swojego szefa, gdzie pryncypał z emfazą podkreślał swój żal, że musi ich opuścić na ten krótki czas. Potem przeszli do głębokich pokładów troski o losy komendy podczas absencji ojca tutejszej braci policyjnej. Po żalu i trosce komendant przystąpił do działań motywująco-zachęcających, chwaląc Przytułę jako odpowiednią osobę do krótkotrwałych epizodów zarządzania pracą zespołu bez nadzoru instancji wyższej. W końcu doszli do sedna.

– Są dwie sprawy do załatwienia, które muszę wam przekazać. Po pierwsze, zostałem zaproszony na uroczystą kolację u pana Bratkiewicza. To biznesmen, inwestuje w okoliczne nieruchomości. Z powodu tej… hm… niespodziewanej nieobecności muszę was poprosić o reprezentowanie u niego tutejszej policji. – Ton wyraźnie wskazywał, że komendant żałuje utraconej okazji do zbudowania kolejnych relacji na linii biznes–administracja państwowa, jednak nie mógł być jednocześnie w mieście i w delegacji, przynajmniej oficjalnie.

Komisarz potwierdził, że chętnie będzie reprezentować tutejszą policję na wszelkich wystawnych przyjęciach organizowanych pod nieobecność wyższych rangą. Mina szefa mówiła wyraźnie, że ma on pewne wątpliwości co do jakości działań Przytuły na polu polityki oraz dyplomacji, ale nie ma lepszego kandydata na swojego delegata na tej imprezie. Po chwili przeszedł do sprawy, która tak naprawdę wygnała go w ważną delegację.

– Jest jeszcze jedna, drobna informacja – zaczął najdelikatniej jak umiał.

Komisarz nastawił swoje uszy na najwyższą czułość. Za długo zajmował się kontaktami z ludźmi, żeby nie wyczuć w głosie szefa, że ta „drobna informacja” jest kołem zamachowym całej paniki wyjazdowej. Domyślał się, że zaraz dowie się czegoś nieprzyjemnego. – Ma do nas przyjechać pani trener psycholog ze szkoleniem antymap… antymop… no, tym, żeby nie straszyć i nie macać innych w miejscu pracy.

Zapadła cisza. Nie macać i nie straszyć innych? Zwariował? Po chwili nadeszło jednak olśnienie.

– Szkolenie antymobbingowe? – zasugerował Przytuła.

Po minie komendanta poznał, że chodzi właśnie o to. Po tej samej minie poznał również, że nie powinien w obecności przełożonego popisywać się znajomością trudnych wyrazów.

Komendant obiecał, że zaraz prześle mejlem informacje o raucie i o szkoleniu. Audiencja została zakończona i Przytuła został odprawiony lekkim ruchem dłoni. Po kilku sekundach schodził wolno po schodach, czując się bardzo nieszczęśliwy oraz pozostawiony sam na sam z nadchodzącymi problemami. Poranny spokój był już tylko mglistym, mało realnym wspomnieniem. Dodatkowo przypomniał mu się czerwony napis w kalendarzu i film z ostatniego testu, z podskakującym grubasem w roli głównej. Powoli ogarniała go panika. Cholera, od tego czasu chyba jeszcze trochę utył i sflaczał.

Wszedł do swojego pokoju, głośno stękając, usiadł za biurkiem, potoczył ciężkim spojrzeniem po współpracownikach i pomyślał, że dużo by dał, aby było już po wszystkim. Tymczasem Mierczak z wypiekami na twarzy porównywał wyniki biegów z ostatniego sprawdzianu ze swoimi aktualnymi osiągnięciami. Twarz wyrażała spore nadzieje na sukces i kolejne rekordy. Kukułka z zegara ogłosiła południe. Zaczynał się czyściec za wszystkie grzechy Przytułowego życia.

5. Pierwsza ofiara

– Panie komisarzu, panie komisarzu! – Mierczak biegł przez podwórko przed komendą za oddalającym się Przytułą.

Ten odwrócił się, w oczach mignął błysk wściekłości na natrętnego podwładnego, który nie uszanował złego samopoczucia chwilowego zastępcy komendanta. Było ledwie po południu, ale Przytuła wyszedł, a raczej chciał wyjść dziś wcześniej z pracy. Złe wiadomości na tyle nadwyrężyły jego psychikę, że dla odzyskania równowagi wewnętrznej postanowił poddać się odpowiedniej kuracji. A ostatnie, czego w tej chwili pragnął, to goniący go Mierczak z kolejnymi sprawami służbowymi. Przyspieszył kroku, nie zamierzając wcale ułatwiać zadania posterunkowemu. Mierczak dopiero co chwalił się swoimi osiągnięciami w biegach długich i przełajowych, więc niech się wykaże. Komisarz miał nawet cień nadziei, że go zgubi. Daremnie.

– Panie komisarzu, panie komisarzu! – Nawet nie był za bardzo zdyszany, kiedy go dopadł. Rzeczywiście miał chłop kondycję. – Morderstwo! Zgłoszono morderstwo.

– No i co z tego? – naburmuszył się komisarz. – Chyba mnie nie podejrzewacie?

– Nie, oczywiście, że nie – zdziwił się Mierczak. – Musimy jechać, techniczni już tam są. Potrzeba…

– Nie uczcie mnie co trzeba! Dobrze? Niech Wróżka jedzie – zadecydował tymczasowy zastępca komendanta.

– Już poszedł do domu – doniósł na kolegę posterunkowy służbista. – Jak tylko pan wyszedł, on również. Myk, myk, i tyle go widzieli.

Tak. To było dokładnie w stylu Wróżki. Leń i dekownik, który jedyne, co umie zrobić porządnie, to ewakuacja z miejsca pracy w kilkanaście sekund. W tym był naprawdę dobry, może nawet najlepszy na świecie.

Przytuła zamachał rękoma, jakby się oganiał od natrętnej muchy. Twarz spurpurowiała mu ze złości.

– Jak tylko się was spuści z oka, natychmiast cała robota staje. To nie do wytrzymania. Gdzie wasza motywacja i zaangażowanie?! Ja też jestem tylko człowiekiem, ja też bywam zmęczony, ja też mam prawo do zniechęcenia i dołka psychicznego! – wrzeszczał Przytuła, kierując się z powrotem do budynku.

Mierczak potakiwał i chrząkał potwierdzająco. Jednak znał komisarza i wiedział, że ten zaraz się zajmie pracą, a może nawet go pochwali za inicjatywę. Znał również aspiranta Wróżkę i wiedział, że w przypadku tamtego nawet przykucie do stanowiska roboczego nie dałoby żadnego efektu. Po prostu nie każdemu Bozia dała motywację i chęć do pracy, a wyroki boskie należy szanować.

Przytuła, nadal wrzeszcząc, przechodził przez pokój dyżurnego. Petenci, stojący w kolejce do pełniącego tę funkcję grubego Edka, odwrócili na chwilę głowy, obserwując przemarsz zdenerwowanego policjanta. Po chwili wyjąca atrakcja dnia zniknęła za ścianą, a Edek powrócił do swojej żmudnej i monotonnej pracy przyjmowania informacji od ludzi poszkodowanych przez świat przestępczy w ich powiecie.

Kilka minut później jechali już obaj na miejsce zdarzenia. Zwłoki mężczyzny znaleziono w jego własnym mieszkaniu. Niestety stało się to dopiero po wielu dniach nieobecności denata w pracy i ciało było w złym stanie. Trupi smród wypełniał wszystkie kąty. Na szczęście techniczni już trochę wywietrzyli lokal i funkcjonariusze mogli oglądać wszystko bez obawy, że zaraz zwrócą obiad na podłogę. Jedynie sanitariusz ekipy pogotowia nie miał takiego doświadczenia w obcowaniu z ofiarami zbrodni i właśnie rzygał do zlewu, kiedy Przytuła i Mierczak wkroczyli do mieszkania. Powitał ich tam stary znajomy – dzielnicowy Dobrowolski. Przytuła wzniósł oczy ku niebu, tak jakby chciał w gniewnym szale powiedzieć Opatrzności, co myśli o ponownym postawieniu na jego drodze tego funkcjonariusza, w dodatku w tak złym dniu, jak dzisiejszy. Pracował już z Dobrowolskim i za każdym razem okazywało się, że wspólne działania były niemal niemożliwe ze względu na różnice charakterów. Po sekundzie się jednak opanował i z nieudolnie udawaną sympatią zagadnął dzielnicowego:

– Co tam, panie Dobrowolski? Zabójstewko czy inksza inkszość?

– Melduję, panie komisarzu, że ofiara to Krzysztof Boruta. Ósma trzydzieści siedem dostaliśmy zgłoszenie od kierownika zakładu, gdzie pracował zamordowany. Powiedział on, że pracownik zaginął kilka dni wcześniej i nie odpowiada na telefony ani nie otwiera drzwi. Zapisaliśmy je o ósmej trzydzieści osiem i zgodnie z procedurą rozpoczęliśmy o ósmej czterdzieści jeden przeglądanie zgłoszeń o niezidentyfikowanych ciałach i ofiarach wypadków, a o ósmej pięćdziesiąt trzy…

– Omijaj pan te dokładne godziny, z łaski swojej. – Przytuła pragnął przyspieszyć tok opowieści Dobrowolskiego.

Policjant mówił drżącym ze zdenerwowania głosem. Domyślał się, że swoim zachowaniem i stylem bycia bezwiednie denerwuje znanego w mieście komisarza. Po udzielonej reprymendzie zaczerwienił się po czubki uszu, a następnie powrócił do tematu. Głos trząsł się mu jeszcze bardziej. Przebieg zdarzeń wyglądał tak: Dobrowolski podczas obchodu postanowił tu zajrzeć i popytać ludzi z sąsiedztwa o zaginionego. Ci nie wiedzieli nic o losach swojego sąsiada, Krzysztofa Boruty. Ale poskarżyli się na ohydny smród wydobywający się gdzieś z okolicy jego mieszkania. Dobrowolski znalazł już kilka ciał w swojej kilkunastoletniej karierze dzielnicowego, więc zaniepokojony doniesieniami, postanowił wyważyć drzwi. Tak znaleźli zwłoki. Przytuła musiał przyznać, że Dobrowolski nieco się otrzaskał od ostatniego spotkania, kiedy komisarz wyrobił sobie złe zdanie na jego temat. Mówił składnie, bez dziwnych wtrąceń i niepotrzebnych słów, nie jąkał się i nie powtarzał w kółko tych samych zdań, jak za ostatnim razem. A z opisu sytuacji wynikało, że podjął słuszną inicjatywę wyłamania drzwi i jest znalazcą ciała ofiary.

– Dziękuję. – Przytuła odwrócił się do lekarza zapinającego zamek worka ze zwłokami. – Panie doktorze, jakieś spostrzeżenia?

– Trochę za wcześnie na wnioski. Wygląda jak zakłuty nożem – odpowiedział lekarz, pakując swoje rzeczy do torby.

Sanitariusze wynosili zwłoki, jeden z nich ponownie walczył z nudnościami.

„Boże, jakie to prozaiczne – pomyślał Przytuła. – Jak zwykle, popił z kolegą, pokłócili się, a ten w pijackim szale zakłuł go nożem. Pewnie teraz zabójca wyjechał do Ciechocinka i będzie udawał, że jest na wczasach i go tu nie było od kilku tygodni. A członkowie rodziny trzęsącym się głosem potwierdzą to lipne alibi, bo jak można skazać człowieka na więzienie za kilka chwil braku kontroli nad samym sobą. Przecież to taki dobry mąż i ojciec, tylko czasem lubi się zabawić”.

Nie mieszkali w dużym mieście i ciekawe sprawy kryminalne się tu nie zdarzały. Burdy na weselach, kradzieże, bijatyki to było na porządku dziennym, ale zabójstwo było rzadkością w tej spokojnej okolicy. Natomiast jakieś nietypowe morderstwo, na przykład z udziałem seryjnego zabójcy lub ze skomplikowanym tłem psychologicznym, za czasów pracy Przytuły wydarzyło się raz, na początku jego kariery w miejscowej komendzie. Po chwili przypomniał sobie, że było jeszcze jedno nietypowe śledztwo, w latach sześćdziesiątych zeszłego wieku. Znane jako „sprawa „Wampira” z Kopalni”. Pamiętał z czasów dzieciństwa rozmowy rodziców i sąsiadów na ten temat. Do dziś krążyły legendy i mrożące krew w żyłach opowieści starszych policjantów. Facet zabijał chłopców z miejscowej podstawówki. A dostał taki przydomek, bo okazało się, że często krąży po opuszczonych budynkach przykopalnianych. To było jednak dawno, bardzo dawno. „Wampir” pewnie już odpowiada przed Bogiem za swoje czyny.

A tu leżał zakłuty nożem człowiek. Nic specjalnego. Przaśna polska rzeczywistość. Przytuła postał jeszcze chwilę, tonąc w myślach o wpływie naszego umiarkowanego klimatu i tłustej diety na rodzaj popełnianych zbrodni. Następnie otrząsnął się z zadumy nad otaczającym go światem i stwierdził, że trzeba popytać o denata w sąsiedztwie. Tymczasem Mierczak miał rozejrzeć się po mieszkaniu, sprawdzając, czy nie ma śladów rabunku lub jakichkolwiek innych tropów pomocnych w śledztwie.

Tradycyjnie okazało się, że ludzie mieszkający wkoło dużo mówią, ale w rzeczywistości człowieka nie znają zupełnie. Kiedyś mieszkał tu z żoną i dzieckiem, małżeństwo się jednak rozpadło i kobieta opuściła miasto wiele lat temu. Podobno z kimś młodszym i bogatym. Jednak inni twierdzili, że to on ją rzucił, a ona z rozpaczy wyjechała. Według jednych jako siostra misjonarka do dalekich krajów, według innych do pracy w Holandii, na plantację tulipanów. Jeszcze kolejni nie przypominali sobie żadnej żony ani dziecka. Według tych lepiej poinformowanych syn Boruty był już dorosły i nikt z tych, którzy go pamiętali, nie znał miejsca jego obecnego pobytu. Jednakże z zeznań wynikało, że gdyby się tu pojawił, to na pewno by go poznali. Tę byłą żonę również. Panował standardowy galimatias informacji, opinii i przypuszczeń. W klatce schodowej mieszkali ludzie w różnym wieku, ich profesje były również wielorakie: dwóch pracowników tutejszej fabryki traktorów, urzędnik, sklepowa w osiedlowym spożywczym i kilku emerytów.

I na tych emerytów Przytuła liczył najbardziej. Zasiedziały od lat w jednym miejscu posiadacz bezmiaru wolnego czasu jest zazwyczaj doskonałym obserwatorem otoczenia. Przebywa w domu, kiedy pozostali są w pracy, zwraca uwagę nawet na z pozoru nieistotne szczegóły otoczenia, któreinnymumknęły. Jest dociekliwy i często snuje własne hipotezy na temat wydarzeń, które zaobserwował. Nieraz spokojnie wyglądający dziadek stawał się kluczową postacią w sprawach, które prowadził komisarz. Jednak tym razem spotkał go zawód, Krzysztof Boruta pozostawił po sobie wspomnienie spokojnego, cichego człowieka, który nikomu nie przeszkadzał i od wielu lat nie zmienił nic w swoim życiu. Był nieomal niewidzialny, jeżeli można tak określić jego wkład w życie tego zakątka. Spieszył się rano do pracy, wracał po południu, nie rzucał się w oczy. Jedynie czasem zaobserwowano go, jak wychodził ze śmieciami albo na balkonie palił papierosa. Czasem ktoś go odwiedził, ale żaden z rozmówców nikogo podejrzanego ostatnio nie zauważył.

Również przeszukanie mieszkania niewiele dało. Ubogie, podniszczone wyposażenie dwupokojowego wnętrza, brudne okna i dawno niemalowane ściany – typowa siedziba podstarzałego rozwodnika. Kilka ubrań w szafie, duże małżeńskie łóżko, którego najwidoczniej nie pozbył się po rozstaniu z żoną. Może z sentymentu do dobrych czasów z początkumałżeństwa. Obrazu dopełniała wysiedziana kanapa przed wielkim, nowoczesnym telewizorem wiszącym na ścianie. Znać było po tym sprzęcie, jak najchętniej spędzał czas wolny pan Boruta. Telewizja i samotne wieczory z puszką piwa albo kieliszkiem wódki.

Przytuła zaglądnął do szafki, gdzie spodziewał się znaleźć alkohol. Nic z tych rzeczy. Albo ofiara była abstynentem, albo cały alkohol się tu wypijało od razu, bez zostawiania czegokolwiek na później. Komisarz od razu przypomniał sobie Stalowego Kazka. U niego również nigdy nie uświadczyłeś choć kropli wódki zostawionej na kolejną okazję. Tam wszystko opróżniało się do dna przy jednym posiedzeniu. Przytułę zainteresował znaleziony w kuchni kalendarz z logo Kominiarskiej Spółdzielni Pracy „Florian”. Widniało na nim wiele wpisów z ostatnich miesięcy. Oprócz typowych przypomnień w postaci notatek o opłatach, takich jak „Gaz” czy „Prąd”, zapisanych było kilka informacji, które mogły podpowiedzieć, z kim Boruta się ostatnio kontaktował: „Zadzwonić do A”, „Oddzwonić do S” lub – najkrótsza z nich – „K”. Po prostu literka K, która się pojawiła jako notatka przy dacie sprzed kilku tygodni. Zadzwonić, oddzwonić. Trzeba było znaleźć telefon, z którego zamordowany korzystał. Stacjonarny aparat nie był zainstalowany w mieszkaniu, a komórkowego nie mogli odszukać. Przeszukali wszystkie szuflady, kąty i kieszenie ubrań. Czyżby morderca go zabrał? Trzeba sprawdzić, czy numer był zarejestrowany na abonenta.

Popołudnie mijało, zbliżał się wieczór. Niektóre okna w domu naprzeciwko zapłonęły już blaskiem świateł. Wszyscy pracownicy policji, służby zdrowia i prokuratury, dotychczas kręcący się po mieszkaniu w rutynie swoich obowiązków, teraz poszli sobie. Zostali jedynie Mierczak i Przytuła. Ten drugi rozłożył się na kanapie, aż sprężyny jęknęły pod naporem ogromnego cielska. Następnie zastygł, jakby go coś trapiło. Może chciał rozpocząć proces kojarzenia faktów, poszlak i przypuszczeń? Dlaczego akurat tutaj?

– Idziemy, panie komisarzu? – zapytał Mierczak, nie rozumiejąc, po co tak długo zostają w tym ponurym wnętrzu.

– Zaraz, zaraz… Zresztą wy możecie iść. Ja jeszcze podumam. Jak sobie człowiek tak siedzi w cichym i ciemnym mieszkaniu po ofierze morderstwa, jak chłonie grozę tego miejsca, wtedy do głowy przychodzą najlepsze rozwiązania. Jakbym łapał ślady zbrodni krążące w powietrzu. Mury szepczą mi, kto zabił, sprzęty zaczynają snuć swoje ballady o bólu i cierpieniu w wyniku czynów, jakich się tu dopuszczono. Trzeba tylko słuchać i nie przeszkadzać – cicho powiedział Przytuła głosem, który śmiało mógłby być wykorzystany jako podkład w filmie „Koszmar z ulicy Wiązów”.

Mierczak przełknął ślinę i rozglądnął się spłoszonym spojrzeniem po wieczornie ciemniejącym z minuty na minutę wnętrzu. Nie lubił takich klimatów. Zeznania, dowody rzeczowe, pozostawione ślady to była jego praca, ale nienawidził półmroku, mrożących krew w żyłach opowieści, duchów, szeptów z zaświatów. Coś nagle stuknęło w rurach, a on wzdrygnął się, jakby to sam morderca tak hałasował.

– To… to… to ja sobie już pójdę. Jakby co, jestem pod telefonem – wydukał w końcu i pospiesznie oddalił się w kierunku wyjścia.

– Ciii… – syknął Przytuła, podnosząc ręce do czoła i zamykając oczy. – Słyszę coś. To miejsce mówi.

Drzwi za Mierczakiem zamknęły się z trzaskiem. Posterunkowy nieomal wybiegł z domu i uciekł, oglądając się za siebie z obawą co kilka kroków. Przytuła trwał jeszcze chwilę z zamkniętymi oczyma i dłońmi u czoła. Kiedy się upewnił, że Mierczak opuścił go na dobre, opuścił ręce, wstał i zaczął czegoś szukać po wszystkich meblach. Po chwili ponownie zasiadł na kanapie, z tryumfalnym uśmiechem. W ręku dzierżył podłużny przedmiot. Wyciągnął go przed siebie i… trzymanym pilotem włączył telewizor. Wielki, sześćdziesięciocalowy ekran zabłysnął obrazem. Twarz komisarza rozciągnęła się w uśmiechu. Jego przewidywania spełniły się co do joty. Samotny mężczyzna, ogromny telewizor – pełny pakiet płatnych kanałów był gwarantowany. Po chwili Przytuła znalazł szukany zakres tematyczny tylko dla dorosłych i stwierdził, że zostanie tu z godzinkę lub dwie. Oczywiście żeby poczuć atmosferę tego miejsca.

6. Dobra informacja musi kosztować

Monstrualny telewizor uśmiechnął się i nieco przybliżył. Potem znowu zmniejszył dystans. Twarz wyświetlana na ogromnym ekranie nie była jednak przyjazna. To wampir. Szczerzy zęby nie z przyjaźni, a z chęci wbicia ich w gardło. Znowu bliżej. Nie było już przed nim ucieczki. Nadeszła ostatnia minuta życia. A zapowiadało się tak miło.

– Nie!

Komisarz wyskoczył z łóżka jak oparzony. Przez kilkadziesiąt sekund dochodził do siebie i próbował zrozumieć, co się dzieje oraz gdzie się znajduje. Znajome mieszkanie, pościel z wizerunkiem Spidermana i swojskie tykanie budzika. Co za ulga, był u siebie. Wrócił z feralnego mieszkania Krzysztofa Boruty po północy, potem nie mógł zasnąć, a kiedy już się to udało, nadeszły złe sny. Chyba za długo chłonął poprzedniego wieczoru mroczny klimat lokum zamordowanego mężczyzny. Po zakończeniu sennego majaku siedział jeszcze chwilę, próbując walczyć z poranną maligną zalewającą jego mózg. Świt nie był ulubioną porą komisarza. Kojarzył mu się z wilgotnym zimnem, nielubianymi obowiązkami służbowymi lub prywatnymi oraz z nieuniknioną stratą kilku złotych.

Wyjrzał przez okno. No jasne, już siedzieli. Stalowy Kazek, Marian i Pająk zajęli swoje strategiczne pozycje na ławce koło trzepaka, czekali tam na cud boży oraz trwali w gotowości do służby dla ukochanej ojczyzny. Tłumaczyli tak każdemu, kto chciał tego słuchać. Tyle, jeśli chodzi o szczytne deklaracje. W praktyce naciągali od rana wszystkich znajomych przechodniów, nieznajomych zresztą również, na podzielenie się z nimi zawartością portfela. „Stalowy”, jako nieformalny prowodyr tej grupy, był jednocześnie mistrzem kwiecistych oracji. Przedstawiał się w różnorodny sposób, raz jako obrońca uciśnionych, kiedy indziej jako guru miejscowej elity intelektualnej. Na niewiele się zdawało obchodzenie ich szerokim łukiem. Wypatrzyli każdego potencjalnego darczyńcę w promieniu kilometra i nieraz się zdarzało, że zaczepiona osoba dawała monetę albo i banknot, tylko po to, żeby się uwolnić od namolnego pijaczka. A cel był jasny – uzbierać na butelkę. Dziś jednak byli wyraźnie zgaszeni. Przydomek „Stalowy Kazek” wziął się od protezy, którą założono Kazkowi w miejsce uszkodzonego w wypadku motocyklowym kawałka obojczyka. Pomimo że proteza nie była wykonana ze stali, lecz ze specjalnego stopu do zastosowań medycznych, to przezwisko przyjęło się i przylgnęło do niego na stałe.

Przytuła ubrał się i wyszedł do pracy.

– Dzień dobry, panowie – przywitał się z obsadą ławeczki.

– Dobry – mruknęli ponuro panowie.

Nawet Kazek nie zamierzał popisywać się swoimi umiejętnościami krasomówczymi.

– Stało się coś? – dopytywał się Przytuła.

– Smuta. Kolegę zabili. Krzyśka Borutę – mruknął smętnie Kazek.

– Znałeś go? – zainteresował się komisarz, widząc, że rozpoczęte śledztwo może zyskać dzięki informacjom z całkiem nieoczekiwanego źródła.

– Pytanie! Boruta był mój kumpel. Kiedyś była z nas niezła paczka. To było dawno, zanim wpadłem… – Spojrzał znacząco na swoich towarzyszy spod trzepaka. Chwilę się zastanawiał, jak dokończyć zdanie, żeby nie narazić się na rękoczyny ze strony swoich kolegów. – Zanim wpadłem na pomysł, żeby zacząć żyć w inny sposób. Szkolne przyjaźnie pamięta się do końca swoich dni.

Jak zwykle wygadany Stalowy Kazek wybrnął w duchu poprawności politycznej.