Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 511

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 12 godz. 30 min Lektor: Marta Grzywacz

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 12 godz. 30 min Lektor: Marta Grzywacz

Opis ebooka Dziecięce koszmary - Lisa Gardner

W pewien upalny sierpniowy dzień w robotniczej dzielnicy Bostonu dochodzi do brutalnej zbrodni. Ginie czworo członków rodziny, a jedyny podejrzany, ojciec i mąż, trafia w stanie śpiączki na oddział intensywnej terapii. Wszystko wskazuje na to, że próbował popełnić samobójstwo. Czy aby na pewno?  Wezwana na miejsce zbrodni sierżant D. D. Warren wie jedno: ta sprawa to coś więcej, niż wskazują pierwsze znalezione dowody.Danielle Burton, oddana pielęgniarka psychiatrycznego oddziału dziecięcego bostońskiego szpitala, całą swoją energię i zapał poświęca straumatyzowanym maluchom. Wciąż nawiedzają ją jednak duchy przeszłości i echo tragedii, która dotknęła jej rodzinę przed dwudziestoma pięcioma laty. Zbliża się właśnie kolejna rocznica owego koszmaru i kiedy w szpitalu pojawia się D. D. Warren wraz ze swoim partnerem, kobieta z przerażeniem uświadamia sobie, że wszystko zaczyna się od początku…Oddana matka, Victoria Oliver dawno już zapomniała, czym jest normalność. Przyrzekła sobie, że zrobi wszystko, by jej chory syn miał względnie normalne dzieciństwo. Że będzie go kochać. Opiekować się nim. Chronić. Za wszelką cenę. Nawet swego życia.

Opinie o ebooku Dziecięce koszmary - Lisa Gardner

Fragment ebooka Dziecięce koszmary - Lisa Gardner

Prolog

DANIELLE

Dziś niewiele już pamiętam z tamtej nocy. Na początku wydaje ci się, że nigdy nie zdołasz zapomnieć. Czas jest jednak łaskawy, zwłaszcza dla dzieci. I tak z każdym kolejnym rokiem, powoli, powolutku, kolejne szczegóły rozmywały się w mojej pamięci. Zdaniem doktora Franka to mechanizm radzenia sobie z traumatycznymi przeżyciami. Naturalny etap w leczeniu zranionej duszy. Doktor Frank mówi, że nie powinnam się czuć z tego powodu winna.

Ale ja nie potrafię.

Pamiętam, że obudził mnie krzyk. Sądziłam, że mamy, lecz w policyjnym raporcie wyczytałam, że raczej siostry. Mój pokój tonął w ciemnościach. Nic nie widziałam, byłam zupełnie zdezorientowana. Tylko w powietrzu wyczuwałam jakiś smród. Po tylu latach właśnie to pamiętam najwyraźniej. Swąd spalenizny. Myślałam, że to pożar, w korytarzu jednak unosił się zapach prochu.

Potem hałasy przybrały na sile. Słyszałam to wszystko, choć nie widziałam: dudniące w holu kroki, odgłos spadającego po schodach ciała. A potem słowa ojca dochodzące z przedpokoju:

– Malutka Danny. Moja śliczna mała Danny!

Nagle drzwi się otworzyły. Ciemności pokoju zalał prostokąt światła. W progu zamajaczył cień ojca.

– Malutka Danny – powtórzył pogodniej. – Moja śliczna mała Danny.

Po czym przytknął sobie lufę pistoletu do skroni i pociągnął za spust.

Nie bardzo wiem, co się działo później. Czy wstałam z łóżka? Zadzwoniłam na 911? Próbowałam cucić mamę? Zatamować krew tryskającą z roztrzaskanej głowy siostry czy z połamanego ciała brata?

Pamiętam tylko, że do pokoju wszedł jakiś mężczyzna. Kojącym głosem zapewniał, że wszystko już dobrze, że jestem bezpieczna. Wziął mnie na ręce, choć jako dziewięciolatka byłam na to trochę za duża. Prosił, żebym zamknęła oczy. Żebym nie patrzyła.

Pokiwałam głową, ale powiek nie przymknęłam. Musiałam to zobaczyć. Zapisać te obrazy w głowie. Zapamiętać. Spełnić powinność jedynej ocalałej.

Według policyjnego raportu ojciec był tamtej nocy pijany. Nim załadował swój służbowy rewolwer, wlał w siebie co najmniej ćwiartkę whiskey. Tydzień wcześniej stracił posadę w biurze szeryfa właśnie dlatego, że dwukrotnie zjawił się w pracy w stanie wskazującym na spożycie. Szeryf Wayne, mężczyzna, który wyniósł mnie tamtej nocy z domu, miał nadzieję, że to zwolnienie pomoże jego podwładnemu wziąć się w garść, zmusi go do podjęcia terapii w grupie AA. Ojciec jednak miał najwyraźniej zupełnie inne plany.

Zaczął od sypialni: przy łóżku dopadł mamę. Potem zajął się moją trzynastoletnią siostrą, która wychyliła głowę z pokoju, pewnie by sprawdzić, co się dzieje. W korytarzu pojawił się też mój jedenastoletni brat. Próbował uciekać. Kiedy ojciec strzelił mu w plecy, Johnny sturlał się po schodach w dół. Strzał nie był czysty, dlatego trochę trwało, nim Johnny umarł.

Znajomości tych wszystkich szczegółów nie zawdzięczam oczywiście własnej pamięci. Wyczytałam je w policyjnych aktach w dniu osiemnastych urodzin.

Szukałam odpowiedzi, której nigdy nie udało mi się znaleźć.

Mój ojciec wymordował całą rodzinę. Tylko mnie darował życie. Czy to znaczy, że kochał mnie najbardziej, czy może najbardziej nienawidził?

– A ty jak myślisz? – pyta mnie zawsze doktor Frank.

Myślę, że to jest właśnie historia mojego życia.

Żałuję, że nie pamiętam koloru oczu mamy. Logika podpowiada, że musiały być niebieskie, jak oczy jej siostry, cioci Helen, z którą zamieszkałam po śmierci rodziny. W końcu na zdjęciach, które zachowałam, podobne są do siebie jak dwie krople wody.

Zresztą to właśnie stanowi główny problem. Ciocia tak bardzo przypominała mamę, że z czasem się nią stała. Jej oczy pamiętam. Jej głos i ramiona tulące mnie do snu. To boli, bo bardzo bym chciała, żeby mama żyła. Ale jej już nie ma. Moja zdradziecka pamięć bezlitośnie ją uśmierciła, nawet skuteczniej niż ojciec. Dlatego musiałam przeczytać policyjne raporty i przejrzeć zdjęcia z miejsca zbrodni. I od tej pory jedyny obraz mamy, jaki jestem w stanie przywołać w pamięci, to jej nieruchoma twarz z dziurą w głowie i oczy wpatrujące się bez życia w obiektyw policyjnego aparatu.

Mam zdjęcia naszej trójki: Johnny’ego, Natalie i mnie, objętych na werandzie. Wyglądamy na bardzo szczęśliwych, ale nie pamiętam już, jak traktowali mnie brat i siostra. Tolerowali mnie czy może mi dokuczali? Czy kiedykolwiek przeszła im przez głowę myśl, że pewnego dnia zginą, a ja będę żyła dalej? Czy tamtego słonecznego popołudnia przypuszczali, że żadne z ich marzeń nigdy się nie spełni?

– Poczucie winy ocalałego – przypomina delikatnie doktor Frank. – To nie twoja wina.

Historia mojego życia.

Ciocia Helen dobrze się spisała. Kiedy niespodziewanie wkroczyłam w jej życie, była czterdziestoletnią bezdzietną radczynią prawną, która świata nie widziała poza pracą. Mieszkała wówczas w maleńkim mieszkaniu z jedną sypialnią w centrum Bostonu, więc przez pierwszy rok spałam na kanapie. Nie przeszkadzało mi to, bo przez pierwszy rok i tak w zasadzie prawie nie sypiałam. Całymi nocami oglądałyśmy więc powtórki „Kocham Lucy”, próbując nie myśleć o tym, co się wydarzyło tydzień wcześniej, miesiąc wcześniej, rok wcześniej.

Takie odliczanie nie zbliża do żadnego celu. Każdy kolejny dzień jest tak samo do bani. Z tą tylko różnicą, że coraz łatwiej się z tym godzisz.

To ciocia Helen znalazła dla mnie doktora Franka. Zapisała mnie też do prywatnej szkoły, w której niewielka liczba uczniów w klasach gwarantowała stałą kontrolę oraz maksimum uwagi. Przez pierwsze dwa lata nie potrafiłam nauczyć się czytać. Nie umiałam pojąć mechanizmu składania liter ani liczenia. Poranne wstawanie z łóżka kosztowało mnie tyle energii, że na resztę zajęć nie zostawało jej zbyt wiele. Nie miałam żadnych przyjaciół. Nie patrzyłam nauczycielom w oczy.

Dzień w dzień skupiałam się tylko na tym, by zapamiętać każdy możliwy szczegół: oczy mamy, krzyk siostry, głupkowaty uśmieszek brata. W mojej głowie brakowało miejsca na cokolwiek innego.

Aż pewnego dnia, idąc ulicą, zauważyłam mężczyznę całującego dwuletnią córeczkę w czubek głowy. Zupełnie przypadkowo uchwyciłam tę chwilę ojcowskiej czułości. Dziewczynka odwróciła się do niego i jej okrągłą twarzyczkę rozświetlił uśmiech o mocy miliona watów.

I wtedy serce mi pękło. Tak po prostu.

Wybuchłam płaczem. Łkałam spazmatycznie, wlokąc się ulicami Bostonu do mieszkania cioci. Kiedy cztery godziny później wróciła do domu, zastała mnie zalaną łzami, wtuloną w skórzaną sofę. Przepłakałyśmy razem cały tydzień przytulone na kanapie przy serialu „Gilligan’s Island” lecącym cicho w tle.

– Cholerny drań – podsumowała ciocia, gdyśmy się wreszcie uspokoiły. – Co za cholerny, popierdolony drań.

A ja się zastanowiłam, czy nienawidzi go za zamordowanie siostry, czy może za obarczenie jej niechcianym dzieckiem.

Historia mojego życia.

Ocalałam. I nawet jeśli nie zawsze o tym pamiętam – żyję. To obowiązek ocalałych.

Dorosłam. Skończyłam studia. Pracuję jako pielęgniarka w dziecięcym szpitalu psychiatrycznym w Bostonie. Większość czasu spędzam na oddziale zamkniętym z sześciolatkiem, który słyszy głosy, regularnie kaleczącą się ośmiolatką czy też dwunastolatkiem, którego pod żadnym, ale to pod żadnym pozorem nie można zostawiać samego z młodszym rodzeństwem.

Działamy trochę jak ostry dyżur. Nie leczymy dzieci. Stabilizujemy tylko ich stan za pomocą leków, przyjaznego środowiska i innych dostępnych środków. A potem bacznie je obserwujemy. Staramy się poznać powody ich ataków. Przygotowujemy raporty dla grup specjalistów, którzy zajmą się leczeniem, decydując, czy objąć pacjentów programem rodzinnych warsztatów wyjazdowych, umieścić w zamkniętej placówce, czy może pozwolić im pod czujnym lekarskim okiem wrócić do domów.

Część dzieciaków robi postępy. Na miarę własnych możliwości stają się porządnymi ludźmi, co należy uznać za nie lada sukces. Inne popełniają samobójstwa. Jeszcze inne zbrodnie. Trafiają na pierwsze strony gazet: młodociany przestępca otwiera ogień, starszy brat morduje całą rodzinę. Giną niewinni ludzie, często osoby postronne.

Wiem, co sobie myślicie. Wydaje wam się, że wybrałam tę pracę, by ocalić dzieci takie jak ja. Niektórzy doszukują się nawet bardziej heroicznych pobudek – żeby zapobiegać tragediom takim jak ta, która spotkała moich bliskich.

Rozumiem wasz tok myślenia.

Ale przecież jeszcze mnie nie znacie.

CZWARTEK

Rozdział 1

W czwartkowy wieczór sierżant D. D. Warren miała randkę. Pamiętała lepsze, ale zdarzały się również gorsze. A że od dawna nie była na żadnej, zamierzała zaprosić Chipa do siebie na intensywny trening akrobatyki pościelowej, jeśli tylko nie okaże się kompletnym frajerem.

Zjedli już pół bochenka chleba maczanego w oliwie z oliwek i połowę średnio wysmażonej krowy. Na szczęście Chip nie odważył się skomentować stojącego przed nią talerza wypełnionego ociekającymi tłuszczem żeberkami. Nie odezwał się też słowem, gdy postanowiła wytrzeć talerz dokładnie kolejną kromką chleba. Miła odmiana, bo większość facetów zdumiewał jej ogromny apetyt. Odczuwali wewnętrzną potrzebę żartowania z pochłanianych przez nią porcji.

A potem w równie żenujący sposób zaklinali się, że za nic nie widać tego po jej dziewczęcej figurze.

Tak, to prawda, miała apetyt zapaśnika sumo i figurę modelki z pierwszych stron kolorowych gazet. Na Boga, dobiegała czterdziestki i doskonale zdawała sobie sprawę ze swego dziwacznego metabolizmu. I naprawdę żaden podstarzały urzędas z brzuszkiem nie musiał jej o tym przypominać. Jedzenie było jej pasją. Głównie dlatego, że praca w wydziale zabójstw bostońskiej policji nie pozostawiała zbyt wiele czasu na seks.

Po spałaszowaniu żeberek natychmiast zabrała się za pieczonego ziemniaka. Chip był audytorem śledczym. Umówiła ich żona kolegi jednego z kumpli z wydziału. Bez pojęcia, D. D. doskonale o tym wiedziała. Ale oto siedzieli w jednym z boksów restauracji Hilltop Steakhouse i D. D. musiała przyznać, że Chip jest w porządku. Trochę sflaczały na brzuchu, odrobinę łysiejący na czubku głowy, lecz zabawny. Lubiła zabawnych facetów. Kiedy Chip się uśmiechał, uroczo marszczyły mu się kąciki głębokich brązowych oczu. I to jej wystarczało.

Cóż, na obiad mięso z pieczonymi ziemniakami, a na deser, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, Chip.

I wtedy oczywiście rozległ się dźwięk pagera.

Skrzywiła się i przesunęła go na tył paska, jakby to mogło coś zmienić.

– Co to? – spytał Chip na głos alarmu.

– Przypomnienie o tabletce antykoncepcyjnej – bąknęła pod nosem.

Chip poczerwieniał po czubki swych przerzedzonych brązowych włosów, a po chwili uśmiechnął się nieśmiało od ucha do ucha z takim chłopięcym urokiem, że D. D. poczuła, jak miękną jej kolana.

Lepiej, żeby to było coś ważnego, pomyślała. Lepiej, żeby to była jakaś pieprzona masakra, jeśli mam sobie odpuścić tę noc.

Kiedy zerknęła na pager, natychmiast pożałowała tej myśli.

Zabawny audytor śledczy o imieniu Chip dostał buziaka na do widzenia.

A sierżant D. D. Warren ruszyła w drogę.

Pracowała jako detektyw w bostońskiej policji od dwunastu lat. Zaczynała od ofiar wypadków drogowych i zabójstw z narkotykami w tle. Z czasem jednak zaczęto jej przydzielać głośne medialnie sprawy, takie jak odnalezione w podziemnej kryjówce zmumifikowane zwłoki sześciorga dzieci czy całkiem niedawno zniknięcie młodej nauczycielki z południowego Bostonu. Szefowie lubili stawiać ją przed kamerami. No bo któż to wszystko lepiej rozegra niż atrakcyjna blondynka?

D. D. nie miała zresztą nic przeciw temu. Stres dodawał jej skrzydeł. Presję towarzyszącą najgorętszym sprawom lubiła nawet bardziej niż knajpy, w których płacisz raz i jesz, ile tylko dusza zapragnie. W stopniu sierżanta przewodziła trzyosobowej grupie operacyjnej, która całe dnie potrafiła spędzać na szukaniu dowodów, przesłuchiwaniu informatorów i wizytach na miejscu zbrodni, a potem całe noce na spisywaniu zeznań, przygotowywaniu oświadczeń oraz/lub wniosków o wydanie nakazów. Zespoły musiały być też na zmianę w pełnej gotowości do rozpoczęcia kolejnego śledztwa, co zamykało ich członków w niekończącej się spirali nie cierpiących zwłoki bieżących dochodzeń, starych nie zamkniętych spraw oraz co najmniej jednego czy dwóch nowych wezwań tygodniowo.

D. D. niewiele sypiała. Rzadko umawiała się na randki. Właściwie na nic innego poza pracą nie starczało jej czasu. Taki stan rzeczy nie przeszkadzał jej do zeszłego roku, kiedy skończyła trzydzieści osiem lat, a jej były stanął na ślubnym kobiercu i założył rodzinę. Twarda, wyszczekana pani sierżant, która dawno temu poślubiła swą pracę, zaczęła się nagle łapać na przeglądaniu czasopism typu „Nowoczesna Pani Domu” albo, co gorsza, „Stylowa Panna Młoda”. Któregoś razu wpadł jej w ręce magazyn „Porady dla Rodziców”. Dobiegająca czterdziestki bezdzietna singielka czytająca samotnie w swym mieszkanku w North End „Porady dla Rodziców”? Nie ma chyba nic bardziej przygnębiającego.

Zwłaszcza gdy uświadomiła sobie, że niektóre z zamieszczonych tam wskazówek, jak radzić sobie z kilkulatkami, mogłaby z powodzeniem zastosować wśród członków swojej grupy operacyjnej.

W końcu kiedyś wyrzuciła wszystkie pisma i obiecała sobie, że umówi się na randkę. I tak znalazła się w towarzystwie Chipa, biednego Chipa, któremu szansa na seks przeszła właśnie koło nosa. D. D. musiała bowiem ruszyć do Dorchesteru, mimo że jej grupie nie przypadał w tym tygodniu dyżur. Wyświetlony na pagerze czerwony alarm oznaczał jednak jakąś dużą i paskudną sprawę, a tym samym obecność obowiązkową wszystkich jednostek.

D. D. zjechała z autostrady międzystanowej I–93, by labiryntem uliczek dostać się do części miasta zamieszkanej głównie przez klasę robotniczą. Miejscowi funkcjonariusze kojarzyli Dorchester z narkotykami, strzelaninami i hucznymi imprezami, które tylko generowały kolejne problemy z narkotykami i kolejne strzelaniny. Aby zmniejszyć trochę panujący w okolicy hałas, lokalny posterunek okręgu C–11 uruchomił jakiś czas temu specjalną linię telefoniczną, a w weekendy patrolowano ulice specjalnie do tego celu przygotowaną „imprezową bryką”. Po jakichś pięciuset telefonicznych zgłoszeniach i prewencyjnych aresztowaniach w Dorchesterze można było wreszcie odnotować spadek liczby morderstw, gwałtów i napaści z bronią w ręku. Za to wzrosła liczba włamań. Bilans znów wyszedł na zero.

Nawigacja doprowadziła ją do całkiem przyjemnej dwupasmowej uliczki, usianej po obu stronach skromnymi pasmami trawnikowej zieleni i długim rzędem gęsto zabudowanych dwupiętrowych domków, z których wiele dumnie prezentowało okazałe werandy, a czasem nawet imponujące wieżyczki.

Większość budynków zaczęła z czasem spełniać rolę domów wielorodzinnych, podzielonych dziś na nawet sześć czy osiem oddzielnych części. Okolica nie straciła jednak na estetyce, trawniki wciąż były starannie przycięte, a poręcze na gankach świeżo odmalowane. Łagodniejsze oblicze Dorchesteru, pomyślała D. D. coraz bardziej zaintrygowana.

Kiedy dostrzegła rząd zaparkowanych fordów crown victoria, zwolniła. Było około wpół do dziewiątej wieczorem, sierpniowe słońce zaczynało się właśnie chować za horyzont. D. D. zobaczyła zaparkowaną na wprost karetkę i samochód ekipy technicznej otoczone wozami transmisyjnymi oraz tłumem gapiów.

Gdy przedtem na pagerze wyświetlił się adres, założyła, że chodzi o narkotyki. Najpewniej porachunki gangów. Z paskudnym finałem, skoro zastępca naczelnika wzywał na miejsce wszystkich swoich osiemnastu detektywów. Przypuszczała, że musiały ucierpieć przypadkowe osoby. Może jakaś staruszka siedząca akurat na swojej werandzie, może bawiące się na chodniku dzieci. Takie rzeczy się zdarzały i z biegiem lat wcale nie stawały się łatwiejsze do zaakceptowania. Ale trzeba było stawić im czoło. Cóż, taka już rola bostońskich stróżów prawa. Jednakże teraz, kiedy D. D. wysiadła z samochodu, przypięła identyfikator do paska obcisłych czarnych spodni rurek oraz zakryła randkowy dekolt prostą białą koszulą, zaczynała mieć wątpliwości, czy chodzi o narkotyki. Ogarnęło ją przeczucie, że to coś znacznie gorszego. Przerzuciła przez ramię cienką marynarkę i ruszyła chodnikiem w kierunku paszczy lwa.

Przepychając się przez tłum wścibskich dorosłych i ciekawskich dzieciaków, starała się zachować pełną koncentrację, lecz mimowolnie rejestrowała docierające do niej strzępki zdań: „strzały...”, „wrzask, jakby zarzynano prosiaka”, „przecież ledwie cztery godziny temu jakby nigdy nic rozpakowywała zakupy”.

– Przepraszam, przepraszam. Proszę mnie przepuścić. Policja. Z drogi, koleś!

W końcu udało jej się przedrzeć przez tłum i zanurkować pod żółtą policyjną taśmą odgradzającą część chodnika, co oznaczało wkroczenie w samo epicentrum chaosu typowego dla miejsca zbrodni.

Przed sobą miała szary dwupiętrowy domek z imponującym kolumnowym gankiem, nad którym powiewała amerykańska flaga. Otwarte na oścież dwuskrzydłowe drzwi zapewniały swobodny przepływ śledczych i sanitariuszy z noszami.

D. D. rzuciły się w oczy koronkowe firany zdobiące wykuszowe okna po obu stronach drzwi. Na ganku stało sześć niebieskich składanych krzeseł i cztery urocze doniczki z czerwonymi pelargoniami, nad wejściem zaś wisiała ozdobiona rysunkami pelargonii tabliczka z napisem „Zapraszamy”.

No tak, to coś zdecydowanie gorszego niż porachunki lokalnych gangów narkotykowych.

D. D. westchnęła, przybrała pokerową twarz i podeszła do pilnującego schodów mundurowego. Podała mu swoje nazwisko i numer odznaki. Mężczyzna odnotował jej wejście, po czym głową wskazał stojący tuż obok pojemnik.

D. D. posłusznie wyciągnęła ochraniacze na obuwie i siateczkę na włosy. To wiele mówiło o charakterze zbrodni.

Wolnym krokiem ruszyła schodami w górę, starając się trzymać jednej strony. Stopnie wyglądały na świeżo pomalowane, szarawy odcień świetnie się komponował z kolorem elewacji. Do tego przytulny czysty ganek. Ktoś najwyraźniej niedawno go zamiótł, może pani domu po rozpakowaniu zakupów?

Lepiej, gdyby był brudny, pokryty kurzem. Wtedy zostałyby na nim ślady obuwia, a to pomogłoby złapać osobę odpowiedzialną za to, co za chwilę D. D. miała zobaczyć.

Przed wejściem do środka wzięła jeszcze jeden głęboki wdech, wciągając do płuc mieszaninę zapachu trocin i zaschniętej krwi. Zza pleców dobiegały ją słowa dziennikarza dopytującego, czy złoży oświadczenie dla prasy. Z głębi domu dochodziły odgłosy migawki aparatu fotograficznego. Nad głową buczał silnik helikoptera. Biały szum na wszystkich frontach. Za nią tłumy gapiów, przed nią zastępy policjantów, a nad nią stado reporterów.

Chaos: głośny, cuchnący, przytłaczający.

A ona miała zrobić z nim porządek.

Zabrała się więc do roboty.

Rozdział 2

VICTORIA

– Chce mi się pić – informuje mnie.

– Na co masz ochotę? – pytam.

– Kobieto, daj mi pić albo obiję ci tę parszywą gębę!

Wcale nie wygląda na wkurzonego. Tyle że tak to się często zaczyna. Niekiedy burza przychodzi znienacka. W jednej chwili ogląda spokojnie telewizję, w drugiej zaczyna demolować salon. A innym razem potrafi dobrą chwilę balansować nad przepaścią. Jeśli powiem lub zrobię co trzeba, uspokoi się... Ale jeden fałszywy ruch, nieodpowiednie słowo...

Wstaję z kanapy. Jest czwartkowe, piekielnie gorące i wilgotne sierpniowe popołudnie. Dzień z tych, które w całości najlepiej przeleżeć na plaży lub nad basenem. Oczywiście dla nas żadna z tych opcji nie wchodzi w grę. Cały dzień spędzamy w domu, w zaciszu klimatyzacji oglądając kanały historyczne. Myślałam, że spokojny wieczór trochę go wyciszy. Ale teraz już sama nie wiem.

W kuchni rozważam wszystkie możliwości. Przygotowanie napoju to istne pole minowe. Najpierw trzeba odgadnąć, o który konkretnie mu chodzi. Potem wybrać odpowiednią szklankę, kubek lub filiżankę. Wreszcie zdecydować, czy dodać lód, podać słomkę, chusteczkę czy może podkładkę.

Kiedyś w ogóle nie zareagowałabym na żądanie postawione w ten sposób. Kazałabym mu poprosić, zmienić ton. Przypomniałabym, że nie jestem jego służącą. Że powinien odnosić się do mnie z szacunkiem.

Wszystko się jednak zmienia. Nie od razu. Drobiazg za drobiazgiem, chwila za chwilą, decyzja za decyzją. Kawałek po kawałku oddajesz siebie. I nigdy już nic z tego nie odzyskasz.

Wybieram niebieski kubek, ostatnimi czasy jego ulubiony, i wodę – mniej sprzątania, jeśli chluśnie mi nią w twarz. Ręce już mi się trzęsą. Biorę kilka głębokich wdechów. Jeszcze nie puściły mu nerwy. Pamiętaj, nie puściły mu nerwy. Jeszcze nie.

Wnoszę kubek do salonu, stawiam na stoliku i udając, że spuszczam wzrok, zerkam na niego ukradkiem. Jeśli jego stopy leżą spokojne na podłodze, dalej będę próbowała go udobruchać. Ale jeśli już ma lekkie tiki, jeśli przytupuje nogami albo wyciąga rękę, szykując się do zadania ciosu, szybko się wycofam. Pobiegnę po ativan, żeby go otumanić.

Mówię wam, gdy raz oddacie kawałek siebie, nigdy go już nie odzyskacie.

Bierze kubek. Stopy ani drgną. Ręce luźno opadają przy tułowiu. Upija łyk na próbę, po czym odrywa kubek od ust...

I odstawia go z powrotem na stół.

Kiedy zaczynam wreszcie na powrót oddychać, szybkim ruchem chwyta plastikowe naczynie i ciska nim prosto w bok mojej głowy. Zataczam się, raczej na skutek szoku, a nie siły uderzenia.

– Co to ma, kurwa, być? – krzyczy mi prosto w mokrą twarz. – Co to ma, kurwa, być?

– Woda – odpowiadam głupio.

Próbuje zadać mi kolejny cios. Woda rozpryskuje się po kanapie. Zaczyna się pościg. Pędzę na dół do szafki z lekami. On biegnie za mną, chcąc powalić mnie na ziemię. Chwycić za włosy i uderzać moją głową o twardą drewnianą podłogę. Albo zacisnąć mi dłonie na gardle.

U progu salonu udaje mu się złapać mnie za kostkę. Upadam ciężko na prawe kolano. Odruchowo kopię go. Słyszę, jak wyje z wściekłości, kiedy uwalniam się i robię kolejne cztery kroki.

Znów mnie chwyta i z całej siły przyciska do paneli ściennych. Poręcz stojącego obok krzesła wbija mi się w bok, boleśnie raniąc żebra.

– ZDZIRA! Zdzira, zdzira, zdzira.

– Proszę – szepczę. To nic nie da, ale coś przecież muszę powiedzieć. – Proszę, proszę, proszę.

Zaciska dłonie na moich nadgarstkach z taką siłą, że czuję, jak miażdży mi kości.

– Proszę, kochanie – znowu szepczę, desperacko starając się zachować spokojny ton. – Proszę, puść mnie, kochanie. Sprawiasz mi ból.

On jednak trzyma mocno. Źle oceniłam sytuację, przegapiłam pierwsze symptomy, a teraz pochłonęły go już ciemności. Cokolwiek zrobię, cokolwiek powiem, nie będzie miało znaczenia. Jest jak dzikie zwierzę, które musi kogoś skrzywdzić.

Ja zaś, jak zawsze w takich chwilach, czuję, że mimo wszystko go kocham. Kocham tak bardzo, że serce pęka mi głośniej niż którakolwiek kość. I wiem, że muszę być ostrożna. Nie chcę go skrzywdzić.

Nagle udaje mi się uwolnić stopę. Wsuwam mu ją pod kolano i podcinam go. Ląduje na ziemi w chwili, gdy udaje mi się uwolnić ręce. Pędzę do łazienki, do szafki z lekarstwami. Plądruję ją w panice, szukając pomarańczowej buteleczki.

– Zabiję cię – ryczy z korytarza. – Dźgnę cię nożem milion razy. Odetnę ci łeb. Zjem serce, wyssę całą krew. Zabiję cię, zabiję, zabiję!

Potem dochodzi mnie dźwięk, którego nie chcę słyszeć – odgłos bosych stóp zmierzających w stronę kuchni.

Ativan, ativan, ativan. Gdzie jest, do cholery, ativan?

Trącam niechcący ręką flakonik z lekiem. Spada na podłogę i toczy się po kafelkach.

Słyszę kolejny krzyk, krzyk pełen nieskrępowanej, dzikiej wściekłości – zorientował się, że pozamykałam wszystkie noże. Zrobiłam to dwa tygodnie temu w środku nocy, kiedy spał. Musisz być zawsze o krok do przodu. Musisz.

Ativan poturlał się za muszlę klozetową. Ręce za bardzo mi się trzęsą. Nie mogę go dosięgnąć. Słyszę zgrzyt otwieranych z impetem drzwi kuchennej szafki z wiśniowego drewna. Kubki, talerze i półmiski lądują na importowanych włoskich kaflach podłogowych. Dawno temu zmieniłam wszystkie naczynia na melaminowe i plastikowe, co doprowadza go do jeszcze większej furii. Musi zdemolować kuchnię. Robi to za każdym razem, mimo że brak fizycznych szkód jeszcze bardziej wyprowadza go z równowagi.

Kolejny głośny trzask, a potem cisza. Wstrzymuję na chwilę oddech, następnie nachylam się nad toaletą, próbując dosięgnąć buteleczki. Przedłużająca się cisza niepokoi mnie bardziej niż głośny rumor.

Co on tam robi? Co znalazł? Zapomniałam o czymś?

Cholera, potrzebuję ativanu – natychmiast.

Zmuszam się, by oddychać miarowo, jakoś uspokoić skołatane nerwy. Ręcznik – to jest pomysł. Zrolować ręcznik, popchnąć nim buteleczkę i wydobyć ją z drugiej strony. Mam.

Z tabletkami uspokajającymi w dłoni skradam się korytarzem teraz spowitym ciszą, przerażona tym, co mogę za chwilę zobaczyć.

Jeden krok. Drugi, trzeci, czwarty...

Zbliżam się do końca korytarza. Po lewej znajduje się dość duży salon, który przechodzi w jadalnię i w gustownie urządzoną kuchnię, a stamtąd jest wyjście z powrotem na korytarz. Wychylam się zza usychającego fikusa, po czym skradam się na palcach do salonu, bacznie obserwując podstępne zakamarki, w których mógłby się ukryć – narożną kanapę, sponiewieraną meblościankę z telewizorem, postrzępione jedwabne zasłony...

O czym zapomniałam? O czym nie pomyślałam i ile będzie mnie to kosztować?

Przed oczami pojawiają się obrazy z przeszłości. Scena, gdy wypadł ze spiżarni z tłuczkiem do mięsa i połamał mi dwa żebra, nim zdążyłam uciec. I ta, gdy po raz pierwszy dorwał tasak, ale nie trafił w moje ramię, tylko rozciął sobie udo. Wystraszyłam się, że przebił sobie tętnicę i wykrwawi się, jeśli zostawię go samego. Musiałam więc stawić mu czoło i wyrwać tasak z dłoni. Pocieszałam go potem, kiedy płakał z bólu. Siedzieliśmy przytuleni, a krew z naszych ran wsiąkała w perski dywan pokrywający podłogę w pięknym sklepionym korytarzu.

Nie wolno mi teraz o tym myśleć. Muszę się skupić. Znaleźć go. Uspokoić. Odurzyć.

Krok po kroku przemykam przez salon i dochodzę do jadalni, uważając na spowite mrokiem kąty i nie przestając nasłuchiwać odgłosów zza pleców. Kuchnia ma wyjście na korytarz, dlatego bez problemu mógłby zajść mnie od tyłu.

Stopa za stopą. Centymetr po centymetrze. Z buteleczką leków, którą ściskam kurczowo w dłoni niczym puszkę z gazem pieprzowym.

Znajduję go w kuchni. Zdjął spodnie i załatwia się właśnie na dywanik. Kiedy podchodzę, podnosi wzrok i uśmiecha się triumfalnie.

– I co teraz powiesz o swoim drogim dywaniku? – szydzi. – Dalej uważasz, że jest tak kurewsko wyjątkowy?

Podchodzę do niego spokojnym krokiem, wyciągając pojemnik z ativanem.

– Proszę cię, kochanie. Przecież wiesz, że cię kocham. Proszę.

W odpowiedzi bierze w rękę własne odchody i wciera je w swój nagi brzuch.

– Zabiję cię – rzuca teraz spokojnym głosem.

Nie odzywam się. Wyciągam tylko w jego stronę słoiczek ze środkiem uspokajającym.

– Zrobię to w środku nocy. Ale najpierw cię obudzę. Chcę, żebyś wiedziała.

Kurczowo trzymam tabletki.

– Pozamykałaś wszystkie noże – mówi śpiewnym tonem. – Pozamykałaś wszystkie noże. Czy aby na pewno wszystkie? Jesteś pewna? Jesteś pewna? Jesteś pewna?

Uśmiecha się radośnie, a ja natychmiast szukam wzrokiem suszarki na naczynia, której zawartość porozrzucana jest teraz po całej kuchni. A może został tam nóż? Może umyłam jakiś rano? Nie pamiętam i będzie mnie to pewnie drogo kosztować. Takie rzeczy zawsze mnie drogo kosztują.

Odkręcam buteleczkę.

– Musisz teraz odpocząć, kochanie. Wiesz, że wtedy poczujesz się lepiej.

Wysypuję na dłoń kilka pastylek. Podchodzę na tyle blisko, że w nozdrza uderza mnie smród fekaliów. Jednym palcem otwieram mu powoli usta i wciskam w zagłębienie policzka szybko rozpuszczające się pigułki.

On obejmuje mnie swymi brudnymi rękami i niemal czule pociera pulsującą na szyi żyłę.

– Zabiję cię szybko – obiecuje. – Nożem. Tu go wbiję. Właśnie tu.

Wciska palce mocniej w zagłębienie w szyi, jakby chciał sobie przećwiczyć ten śmiertelny cios.

Po chwili widzę, jak rozluźniają się mięśnie jego twarzy. Lek zaczyna powoli działać. Ręka mu opada, uśmiech powoli rozjaśnia twarz. Tym razem jest to uśmiech pełen słodyczy. Niczym promyk słońca podczas ulewnej burzy. Mam ochotę płakać, ale powstrzymuję łzy.

Kawałek po kawałku oddajesz samą siebie. I nigdy już niczego nie odzyskasz.

Dziesięć minut później leży w łóżku. Rozbieram go z resztek ubrania. Myję gąbką zmoczoną w wodzie z mydłem, choć z doświadczenia wiem, że zapach ekskrementów i tak utrzyma się na skórze jeszcze przez jakiś czas. Będzie mnie potem o niego dopytywał, a ja będę kłamać, bo tak się nauczyłam.

Czyszczę jego. Czyszczę siebie. Trzeba umyć naczynia, odłożyć je do szafek. Wyrzucić dywanik. Ale to wszystko może poczekać.

W zaległej wokół ciszy wracam do sypialni. W świetle nocnej lampki przyglądam się z rozczuleniem spokojnym rysom jego twarzy. Włosom, które zwinęły się nad lewą skronią w złocisty kosmyk. Ustom lekko zaciśniętym, jak u małego dziecka. Delikatnie pieszczę palcami jego policzek. Chwytam dłoń, teraz zupełnie bezwładną, nie robiącą nikomu krzywdy, nie siejącą zniszczenia, i trzymam przez chwilę we własnej.

I zastanawiam się, czy właśnie tej nocy wreszcie mnie zabije.

Poznajcie Evana, mojego syna.

Ma osiem lat.

Rozdział 3

– Zaczęło się w jadalni – wyjaśnił detektyw Phil LeBlanc, zwracając się do sierżant D. D. Warren. Miał na sobie spodnie chinosy i koszulkę polo z białym kołnierzykiem, poplamioną keczupem tuż nad naszywką. Najwyraźniej ściągnięto go prosto z rodzinnego grilla. Wskazał na prostokątny stół nakryty na sześć osób, zastawiony brudnymi talerzami i półmiskami z resztkami obiadu. D. D. naliczyła trzy puste puszki po niskoprocentowym budweiserze, dwie po jednej i jedną po drugiej stronie blatu.

Piękny stół w ciepłym dębowym odcieniu wyglądał na stary. D. D. mogła się założyć, że to antyk. Składane niebieskie krzesła pochodziły natomiast z kompletu, który zauważyła na ganku. A więc mieszkańców stać na porządny dębowy stół, ale na krzesła już nie? Cała atmosfera tego domu ocierała się zresztą o paradoks. Zapach świeżej farby niemal gryzł się z rzucającym się w oczy brakiem mieszkańców.

Proste talerze z białej melaminy, jaskrawoczerwone podkładki i niebieskie chusteczki podkreślały powtarzalność tych samych barw: czerwień, biel i błękit. Kolory przewodnie domu.

– Może wywiązała się kłótnia – spekulował Phil. – Zjedli obiad, wypili po kilka piw, zaczęli się sprzeczać. Może chciała go zostawić i to go rozwścieczyło.

D. D. przytakiwała bezwiednie, wciąż krążąc wokół stołu. Podłoga z twardego drewna wyglądała na świeżo odnowioną. Przechadzając się, mogła dostrzec własne odbicie w wypolerowanych na wysoki połysk deskach. Widać było, że trwał tu remont. Stawiała, że przeprowadzany własnoręcznie. Rodzina klasy robotniczej budująca swą przyszłość na przekór trudnym czasom, w jakim przyszło im żyć, do chwili gdy...

– Gdzie Neil? – spytała o trzeciego członka swojej ekipy.

– Na górze. Dwa górne piętra są w remoncie. Zakładamy, że akcja rozegrała się na tym poziomie, ale trzeba sprawdzić wszystkie narzędzia i ostre przedmioty.

D. D. znów kiwnęła potakująco głową. Czerwony alarm zwykle oznaczał tłumy detektywów i techników, tymczasem wokół panowała cisza. Z drugiej jednak strony do przeszukania, zabezpieczenia i zbadania były aż trzy kondygnacje. No i część detektywów pracowała już w terenie, przesłuchując sąsiadów i szukając osób powiązanych z ofiarami. Na tego typu miejscach zbrodni trzeba działać natychmiast. Wysłać jak najwięcej funkcjonariuszy i robić swoje, nie tracąc czasu.

– Co wiemy o domownikach? – spytała.

– Rodzina. Matka, ojciec, trójka dzieci. Dla obojga rodziców było to drugie małżeństwo, więc trudno powiedzieć, które dziecko było czyje. Głowa rodziny to Patrick Harrington. Urodzony w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym. Od niedawna bezrobotny. Pracował w pobliskim sklepie z artykułami metalowymi, ale właściciel splajtował.

– Kiedy? – Przykucnęła, by przyjrzeć się leżącemu pod stołem dywanikowi. Miał kolor jasnego beżu i wyglądał na niedawno odkurzany. Zamieciony ganek, odkurzony dywan. Ktoś tu ma hopla na punkcie porządku, pomyślała, dodając słowo „pedant” tuż obok „patriota” na liście określeń mieszkańców domu, którą odruchowo zaczęła tworzyć w głowie.

– Kilka tygodni temu. Od sąsiadów wiemy, że kupili ten dom na aukcji osiem miesięcy temu; bank odebrał go poprzednim właścicielom. Liczyli zapewne, że przy jego umiejętnościach i rabacie pracowniczym ze sklepu wyremontują go, a potem część wynajmą. Ledwo skończyli z parterem, a tu bum, gość stracił pracę. Żegnaj, comiesięczna pensjo, żegnajcie, zniżki.

– Witaj, ogromny kredycie hipoteczny i braku perspektyw na wynajem – dokończyła D. D.

– Kiepsko.

– No i zaczęły się nerwy. – D. D. wstała. – A ona czym się zajmowała?

– Denise Harrington pracowała jako recepcjonistka w gabinecie dentystycznym. Według niejakiej Nancy Seers z naprzeciwka zawsze wychodziła z pracy przed trzecią, by odebrać z przystanku autobusowego dzieci wracające ze szkoły. To było najważniejsze.

– Ile miały lat?

– Poczekaj... – Phil przewertował papiery. – Dziewięć, dwanaście i czternaście. Chłopak, dziewczynka, chłopak.

D. D. skinęła głową i wróciła do kuchni. Na płycie wciąż stała patelnia. Pachniała oliwą z oliwek i tłuszczem z kurczaka. Obok znajdował się olbrzymi gar, w którym można by ugotować kilka kolb kukurydzy albo solidną porcję makaronu. Na blacie resztki produktów: pół główki sałaty, torba marchewek, do połowy skrojony ogórek.

Zaczęła się rozglądać za innymi puszkami po piwie i ostatecznie wygrzebała ze śmietnika jeszcze trzy. Otworzyła lodówkę, dość dobrze zaopatrzoną – czyżby świadczyło to o niedawnych zakupach? – w chleb, jajka, wędlinę w plasterkach, warzywa, owoce oraz tajemnicze dania zapakowane w plastikowe pojemniki. Na drzwiczkach stało ponad dwadzieścia słoiczków z przeróżnymi sosami i do połowy opróżniona butelka Cavit Pinot Grigio. Nie znalazła więcej piwa. Można więc założyć, że kupiono sześciopak i wszystko wypito.

Sześć puszek na dwoje dorosłych? Czy nawet na jednego? Trochę za mało na pijacką awanturę. Nie kupowała tej wersji.

Do środka wszedł Jack McCabe z laboratorium kryminalistycznego. Zerknął na zostawione jedzenie i głośno westchnął.

– Zrobili zdjęcia? – spytał.

– Zrobili – zapewnił go Phil.

Jack znów westchnął. D. D. świetnie go rozumiała. Badanie miejsca zbrodni zabierze wiele godzin, a i tak prawdopodobnie niewiele wniesie. Ale cóż, każdy robi, co do niego należy.

– Zacznijcie od noża – zaleciła.

– Nie widzę żadnego noża – stwierdził Jack, zerkając na kuchenny blat.

– Powinien jakiś być. – Wskazała częściowo pokrojony ogórek.

– Jest, jest – wtrącił Phil.

– No to pięknie – odparła D. D., wychodząc za nim na korytarz.

Pierwsze ślady krwi zaczynały się w połowie korytarza. Mozaika różnorodnych plam i smug pokrywająca wypolerowane na wysoki połysk deski prowadziła w głąb domu, zapewne w kierunku pokoi sypialnych.

Nad krwawym szlakiem pochylał się mężczyzna w brązowym garniturze zajęty szkicowaniem brunatnych wzorów i poustawianych przy nich numerków.

– Popatrzcie na to – zawołał. – Zwróćcie uwagę, że ślady układają się w dwa niezależne tory. No i te dwa charakterystyczne rozmazania, tutaj i tutaj.

D. D. podeszła i posłusznie przyjrzała się rozbryzgom. Rzeczywiście, tworzyły dwie osobne, biegnące w przeciwnych kierunkach trasy, natomiast rozmazane plamy wyglądały, jakby po zakrwawionej podłodze przeciągnięto dwa ciężkie przedmioty.

– Dopadł ją w sypialni – opowiadał bez emocji mężczyzna. – Tam zadał pierwszy cios. Zdołała go jednak ominąć i zaczęła uciekać w tę stronę. Niestety, nie udało jej się.

– Dźgnął ją po raz drugi? – spytała D. D., marszcząc brwi.

– Nie. Wtedy mielibyśmy smugę na ścianie i inne ślady, najprawdopodobniej na suficie, w zależności od kierunku uderzenia. Tylko ją chwycił. Może za włosy. Zaciągnął w głąb domu, do pozostałych, i tam ją wykończył. Pierwszy tor, wzdłuż którego biegną ślady, powstał, gdy uciekała w stronę drzwi. Drugi, jak wlókł ją z powrotem. A rozmazania...

– Zrobiła stopami, kiedy ją ciągnął – wyszeptała D. D.

– Właśnie. Nieźle potraktował pasierbicę. – Mężczyzna skończył szkic i wyciągnął do niej dłoń. – Zapewne sierżant Warren? Nazywam się Alex Wilson. Przez miesiąc będę towarzyszył Philowi.

D. D. zerknęła na Phila, który wzruszył ramionami.

– Powiedzieli mi dopiero pół godziny temu. Wiesz, jak to jest: zainteresowany zawsze dowiaduje się ostatni.

– A kim właściwie jesteś, jeśli można spytać? – D. D. uścisnęła dłoń Alexa, spoglądając na niego nieufnie.

– Byłym detektywem. Osiem lat temu zamieniłem pracę w terenie na uczenie w akademii. Trochę wypadłem z rytmu, dlatego poprosiłem o możliwość towarzyszenia przez miesiąc któremuś z detektywów. Chcę odświeżyć warsztat. Osiem lat to całe wieki w policyjnej profesji. Wśród wynalazków, takich jak fotografia cyfrowa czy cyfrowe zapisy odcisków palca, zaczynam się czuć jak chodzący dinozaur.

– A przedtem pracowałeś w bostońskiej policji?

– Nie, w Amherst. A czemu pytasz?

– Tak tylko... – D. D. nie przestawała mu się przyglądać. Stawiała, że niedawno skończył czterdziestkę. Nie było więc między nimi wielkiej różnicy wieku, co odczuła dość boleśnie, uświadomiwszy sobie, że facet właśnie określił się mianem dinozaura. Miał nie więcej niż metr osiemdziesiąt, za to wciąż całkiem nieźle zbudowane ciało. Pośród krótkich ciemnych włosów gdzieniegdzie połyskiwały siwe kosmyki, a ilekroć marszczył czoło, wokół niebieskich oczu tworzyły się drobne zmarszczki. George Clooney. Wersja dla zwykłych śmiertelników. Robił wrażenie.

A więc Alex Wilson z Amherst. Będzie musiała popytać tu i tam.

– Dobra, profesorku. Co jeszcze masz dla nas?

– Myślę, że zaczął od żony. – Alex poprowadził ich w głąb korytarza, idąc przy ścianie, by nie zadeptać śladów. – Może zaczęli się kłócić przy obiedzie, nie wiem. Poszedł za nią do sypialni i zaszedł ją od tyłu. To była szybka piłka. Jeden mocny cios. Uszkodzenie kręgosłupa przy podstawie czaszki. Nawet jeśli żyła wystarczająco długo, by krzyczeć, uderzenie i tak ją sparaliżowało. Upadła na kolana, a serce jej stanęło, zanim jeszcze na dobre zaczęła krwawić.

Alex wszedł do pomieszczenia po prawej – jak się okazało, dość dużej sypialni z ogromnym małżeńskim łożem i dwiema zupełnie nie pasującymi do siebie toaletkami, które wyglądały jak zdobycze z garażowych wyprzedaży. Łóżko przykrywała stara kwiecista narzuta, a prześcieradła w odcieniach różu służyły jako zasłony.

Większą z toaletek zdobiły zdjęcia w ramkach, w tym fotografia w formacie dwadzieścia na dwadzieścia pięć przedstawiająca młodą parę – uśmiechniętą jasnowłosą kobietę i roześmianego ciemnowłosego mężczyznę. Posadzkę koło toaletki pokrywała wyraźna ciemna plama, szeroka na jakieś dwanaście desek podłogowych. Prawdopodobnie pozostałość po jasnowłosej pannie młodej.

– Gdzie ciało?

– Zobaczysz – odpowiedział Alex. Cofnął się na korytarz i ostrożnie ominąwszy krwawe ślady, przeszedł do kolejnego pokoju, znacznie mniejszego, pomalowanego na soczysty niebieski kolor. Na jednej ze ścian wisiały plakaty futbolisty Toma Brady’ego, na pozostałych rzędy półek z pokrytymi autografami piłkami nożnymi i przeróżnymi sportowymi pucharami.

Stojące po prawej łóżko zaścielono kołdrą z motywami drużyny Patriots. Naprzeciw stał stolik karciany, który służył najwyraźniej za biurko, a przy nim do połowy odsunięte metalowe krzesło. Tuż obok na podłodze można było dostrzec kolejną ciemną plamę.

– Najstarszy syn – pospieszył z wyjaśnieniami Alex. – Może usłyszał hałas dochodzący z sypialni rodziców. Wstał, żeby sprawdzić, co się dzieje. Sądząc po trofeach, dzieciak musiał być wysportowany i wyrośnięty na swój wiek. Logiczne, że po żonie stanowił największe zagrożenie. Tak więc sprawca szybko i bez wahania wkracza do pokoju. Młody pewnie się zastanawia: „Co tu się, do cholery, dzieje?”, ale już po chwili dostaje cios między żebra, prosto w serce.

– Znów tylko jeden? – spytała D. D.

– Jeśli chodzi o tę dwójkę, to tak.

– W przypadku kobiety w okolice szyi, tutaj w żebra. Koleś doskonale wiedział, co robi.

– Stawiałbym na służby specjalne. Dźgając nożem, łatwo można wszystko zapaskudzić, ale nasz sprawca wykazał się naukową wręcz precyzją.

– No dobra – podsumowała D. D. – Matka nie żyje. Najstarszy syn nie żyje. Co dalej?

– Została dwójka: dwunastolatka i dziewięciolatek. Pewnie chciał ich załatwić pojedynczo, tylko że akurat oboje byli w pokoju dziewczynki.

Alex wyprowadził ich z błękitnego pokoju z powrotem na korytarz. Tym razem ślady prowadziły do różowej sypialni z fioletowymi lambrekinami i plakatami Hannah Montany i Jonas Brothers na ścianach.

– Z tego, jak widzicie, dużo trudniej coś wywnioskować. – Alex wskazał mozaikę kałuż i plam krwi oraz numerków na podłodze. – Tylko na podstawie stanu zwłok zgaduję, że chłopca dorwał pierwszego.

– Dlaczego?

– Bo zadał tylko jedną śmiertelną ranę. Spójrz na łóżko.

Dopiero po tych słowach D. D. zdała sobie sprawę, że kołdra wcale nie ma koloru purpury. Niegdyś zapewne różowa, teraz pokryta była wielką szkarłatną plamą w tym samym odcieniu co krople na przylegającej ścianie.

– Dzieciaki wiedziały, co się święci – dodał Alex nieco łagodniej, mniej profesorskim tonem. – A że w pokoju nie ma żadnych szaf, wcisnęły się w kąt. Brat i siostra szykujący się do ostatniej walki. I w tej właśnie chwili pojawił się sprawca. Musiał już wtedy nieźle wyglądać. Umazany krwią po pierwszym morderczym ataku, nie mówiąc o drugim. Maluchy stały ramię w ramię przy łóżku.

– Zgaduję, że chłopak złamał się pierwszy. Próbował go wyminąć, wskakując na łóżko. Nie udało się. Sprawca podciął mu gardło, gdy mały rzucił się do ucieczki. Game over. Siostra musiała krzyczeć. Ale co ciekawe, strach wcale jej nie sparaliżował. Większość ludzi w takiej sytuacji... – urwał nagle, po czym odchrząknął i po chwili ciągnął: – No więc dziewczynka ucieka. Wykorzystuje moment śmierci brata i pędzi co sił w stronę drzwi. Z całej czwórki tylko ona tak naprawdę ma szansę na przeżycie. Sprawca dosięga jej. Rani. O tu, w tym miejscu. – Alex pokazał ołówkiem okrągłą rozmazaną plamę. – Może celował w szyję, ale trafił tylko w ramię. Cios sprawia jednak, że mała traci równowagę, stąd te rozmazania tutaj i tutaj. Jakby się poślizgnęła. Biegnie jednak dalej, biedaczka. W dramatycznym wyścigu o życie dociera do połowy korytarza. A wtedy...

– Dopada ją – dopowiada D. D., po czym milknie na chwilę, a następnie pyta: – Ale dlaczego nie zabija jej od razu, tylko wlecze ją na tyły domu?

– Kto wie? Jest ostatnia, bezbronna. Może zdał sobie sprawę, że nie musi się spieszyć. Albo chciał, żeby cierpiała. Udało jej się uciec. To go wkurzyło.

– Pobudki seksualne? – spytała D. D.

– Musisz spytać koronera. Ubranie było nietknięte. Na pierwszy rzut oka nic na to nie wskazuje.

– Myślisz, że to pasierbica?

– Podobna do matki jak dwie krople wody. Zupełnie nie przypomina ojca.

– Więc może jednak mamy motyw seksualny? Podobała mu się, chciał ją tylko dla siebie.

Alex spojrzał na nią w milczeniu.

– Chodź, pokażę ci resztę.

W głębi domu znajdowało się wyjście na osłoniętą werandę, doskonałe miejsce, by w letni wieczór schronić się przed chmarą komarów. Tutaj nie dotarli najwyraźniej z remontem: potargane moskitiery, odchodząca wykładzina podłogowa... Może to i lepiej. Zniszczona podłoga i tak zalana była krwią, a jedyny mebel w postaci zniszczonego futonu stał się, według Alexa, miejscem spoczynku całej rodziny.

– Położył ciała jedno obok drugiego. Najpierw matkę, potem najstarszego syna, następnie córkę, a później najmłodszego chłopca – wyjaśnił Alex, wskazując na przesiąknięty krwią materac, nad którym bzyczała już chmara much zwabiona zapachem śmierci.

– Koroner zabrał już ciała? – spytała D. D.

– Tak. Ze względu na upał i muchy zabezpieczenie zwłok było kwestią priorytetową.

– Myślisz, że córkę zabił tutaj?

– Na futonie. Koroner będzie to musiał potwierdzić, ale moim zdaniem przywlókł ją tutaj i udusił gołymi rękami. Patrick to tęgi gość. Szybko załatwił sprawę.

– A potem przyniósł pozostałych?

– Tak mi się wydaje. Najpierw ją wykończył, a później zabrał się za sprzątanie.

D. D. się skrzywiła. Wcale jej się to nie podobało.

– Skoro twierdzisz, że przyniósł tu wszystkie ciała, dlaczego tak mało wokół krwi? Podłoga powinna być cała umazana.

– Więcej wyjaśni sekcja, ale myślę, że krwawienie już wtedy ustało. Dlatego jest tak czysto.

– Jak szybko wykrwawia się człowiek?

– Zależy od obrażeń. Zgaduję, że trochę to trwało. Sprawca miał jakąś swoją wizję i skrupulatnie się jej trzymał.

D. D. zmarszczyła czoło.

– Nie bardzo rozumiem. Zakładamy, że to robota ojca, tak? Najpierw wyrzyna wszystkich członków rodziny, jednego po drugim, a potem znosi ciała na ostatnie rodzinne spotkanie?

– To mogły być swego rodzaju przeprosiny.

– Że co?

– Jeśli założymy, że to sprawka ojca, zamordował najbliższe mu osoby. Może wszystko zaczęło się pod wpływem impulsu. Pokłócił się z żoną, później sprawy zaszły za daleko. A może nie. Może dokładnie to sobie zaplanował. Zastanów się jednak, co charakteryzuje tego typu gości: dlaczego tak naprawdę zabijają?

– Nie mam pojęcia. – D. D. zerknęła na niego pytająco. – Dlaczego?

– Bo wydaje im się, że oddają w ten sposób swojej rodzinie przysługę.

– Teraz już sobie przypominam, dlaczego jestem singielką.

Alex uśmiechnął się niewyraźnie.

– Ich sytuacja nie była wesoła. Założę się, że jak zaczniemy kopać, okaże się, że domowe finanse wyglądały gorzej niż na pierwszy rzut oka. Może groziła im eksmisja, lada dzień mogli się znaleźć na ulicy. Ciśnienie rośnie. Ojciec dochodzi do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem będzie się zabić, nie chce jednak zranić rodziny. I tak wpada na pomysł, by wszyscy pożegnali się z tym światem. Samobójstwo byłoby zbyt okrutne. Więc zrobi to dla nich: uśmierci wszystkich.

– Kurwa mać – zaklęła D. D., wpatrując się w upaćkaną krwią podłogę i odganiając kolejną natrętną muchę.

– No więc morduje wszystkich po kolei, a następnie przynosi ich tutaj i układa jedno obok drugiego. Może się potem nad nimi modli. Robi rachunek sumienia albo wygłasza wcześniej przygotowaną mowę. „Kocham was, chciałem jak najlepiej, do zobaczenia wkrótce”. A później wyciąga dwudziestkędwójkę i przykłada sobie do skroni.

– Palnął sobie w łeb? – odezwał się Phil. – Tchórz.

– Tak. Ale spaprał robotę.

– To znaczy, że...? – D. D. dopiero po chwili pojęła sens jego słów.

– Tak. Operują go właśnie w Massachusetts General. Jeśli dopisze im szczęście, odratują go. A wtedy dobierzemy mu się do dupy.

– Tatuś wciąż żyje – burknęła D. D. do siebie pod nosem, patrząc na ślady krwi i odganiając wygłodniałe muchy. Na jej twarzy pojawił się uśmiech drapieżnika, który zwietrzył zwierzynę. – Czyli jednak będzie zabawa.

Minęli właśnie salon i kierowali się w stronę drzwi frontowych, kiedy w głowie zaświtała jej pewna myśl. Zatrzymała się w pół kroku. Phil też przystanął.

– Hej, profesorku, mam jeszcze jedno pytanie.

Alex zmarszczył brwi i czekał.

– No dobra, załóżmy, że gość morduje swoją żonę, czternastolatka, dziewięciolatka i dwunastolatkę, a potem strzela sobie w głowę.

– Na chwilę obecną taką właśnie przyjmuję hipotezę.

– Opartą na analizie śladów krwi.

– Tak, opartą na wstępnej analizie śladów krwi.

– Imponujące – skwitowała. – Świetna robota. W sali wykładowej musisz wymiatać.

Alex nie odezwał się słowem, najwyraźniej był tak sprytny, na jakiego wyglądał.

– Ale nikt nie wziął pod uwagę jeszcze jednego niezwykle istotnego dowodu.

– Jakiego?

– Jadalni.

Alex i Phil równocześnie spojrzeli w stronę pokoju jadalnego.

Phil pierwszy zadał pytanie:

– To znaczy?

Alex zorientował się od razu i tylko zaklął po nosem:

– O cholera!

– No właśnie, nic nie jest nigdy tak proste, jak byśmy sobie życzyli – zauważyła D. D., po czym zwróciła się do Phila: – Mamy pięć ciał, tak? Cztery trupy i jedną osobę w stanie krytycznym. Pięć ciał pięciorga członków rodziny.

Phil kiwnął głową.

D. D. wzruszyła ramionami.

– To dlaczego stół nakryty jest na sześć osób?

Rozdział 4

DANIELLE

Chcecie wiedzieć, co oznacza bycie pielęgniarką na dziecięcym oddziale psychiatrycznym? Zapraszam do Bostońskiej Kliniki Pediatrii mieszczącej się na ostatnim piętrze Kirkland Medical Center. Z okien rozciąga się jeden z najpiękniejszych widoków na panoramę Bostonu. Lubimy myśleć, że nam się należy, skoro to do nas trafiają najtrudniejsi jego mieszkańcy.

W czwartkowy wieczór siedziałam w holu, obserwując nowo przyjętą pacjentkę. Lucy trafiła do nas po południu. Mieliśmy zaledwie dwadzieścia cztery godziny, by przygotować się na jej przybycie. To za mało, ale zrobiliśmy, co w naszej mocy. Większość dzieciaków zajmuje pokoje dwuosobowe, Lucy dostała jedynkę. Zwykle sale wyposażone są w dwa łóżka, stoliki nocne i szafy na ubrania. U Lucy był jedynie materac i koc, nic więcej.

Dość boleśnie przekonaliśmy się, że nasze szyby z nietłukącego się szkła nie zawsze wytrzymują bliskie spotkanie z rozwścieczonym dzieckiem uzbrojonym w dziewięciokilowy stolik nocny.

Lucy była dzikim dzieckiem. Długotrwała okrutna przemoc fizyczna, której doświadczyła, odarła ją z resztek człowieczeństwa. Nie nosiła ubrań, nie używała sztućców, nie przestrzegała podstawowych zasad higieny osobistej. Nie mówiła, nikt nigdy nie nauczył jej korzystać z nocnika. Z kartoteki wyczytałam, że większość życia spędziła zamknięta w niedziałającej lodówce podziurawionej kulami pistoletu w celu zapewnienia dostępu świeżego powietrza. Chwile, które spędzała poza lodówką, były jeszcze gorsze od tych w zamknięciu. W efekcie dziewięciolatka zachowywała się jak dzikie zwierzę. I jeśli nie będziemy ostrożni, może sprawić, że właśnie tak zaczniemy ją traktować.

Tuż po przyjęciu powitała oddziałową, załatwiając się na własną dłoń, a potem spożywając odchody. Dwadzieścia minut później na oczach jednego z pomocników wybebeszyła poduszkę, a wypełnienie zaczęła sobie wpychać w różne otwory. Poduszka została zabrana; Lucy nie pozwoliła nam jednak pozbierać wypełnienia. Godzinę później rozcięła sobie paznokciem ramię i pomazała ściany własną krwią.

Pierwsze spostrzeżenie dotyczące nowej pacjentki: każda forma uwagi rodzi potrzebę samookaleczenia. Gdy na scenie pojawia się widownia, Lucy musi zadawać sobie ból.

Około czwartej po południu podjęliśmy decyzję o ograniczeniu jej kontaktów z pozostałymi pacjentami. Zdecydowaliśmy również o przydzieleniu jej specjalnego nadzoru. Inne dzieci są monitorowane co pięć minut przez dyżurującego pomocnika, który odnotowuje miejsce ich pobytu. Lucy miała być jednak dyskretnie obserwowana przez członka personelu w dwudziestominutowych odstępach.

Dziś ja byłam tą szczęściarą.

Udało nam się położyć dzieciaki do łóżek dopiero około jedenastej. Te, które bały się ciemności, spały na materacach na oświetlonym korytarzu. Inne potrzebowały samotności i zupełnego mroku, jeszcze inne muzyki albo białego szumu, a jedno tykania zegara, które miało symulować bicie serca utraconej matki. Dostosowywaliśmy wszystko do ich potrzeb.

W pierwszą noc pobytu Lucy nie robiłam nic szczególnego. Siedziałam tyłem przy drzwiach do jej sali i czytałam bajkę pozostałym dzieciom. Od czasu do czasu zerkałam na jej odbicie w jednym z zamontowanych na suficie wypukłych luster, które pełniły rolę systemu monitorującego, bo umieszczone w strategicznych punktach korytarza odbijały wnętrza sal małych pacjentów.

Wyglądało na to, że dziewczynka przysłuchuje się bajce. Leżała skulona na podłodze i uważnie przyglądała się własnej wyciągniętej w górę dłoni, którą lekko falowała w powietrzu. Przypominała kotkę z zaciekawieniem studiującą swoją łapę. Gdy zaczynałam czytać szybciej, ona szybciej poruszała ręką. Gdy zwalniałam, jej ruchy również stawały się wolniejsze.

A po dwudziestu minutach nagle zniknęła. W zniekształconym lustrzanym obrazie udało mi się dojrzeć jej stopę wystającą spod materaca. Gdy przestała się ruszać, odwróciłam się i rozejrzałam po sali. Wyglądało na to, że nakrywszy się materacem, wreszcie zasnęła. Od czasu do czasu jej noga drgała, jakby coś jej się właśnie śniło.

Rozsiadłam się wygodniej na podłodze, oparłam o ścianę. Po korytarzu kręciło się co najmniej sześcioro innych pracowników. Noc na oddziale to czas na papierkowe zaległości. Musimy nadganiać robotę, gdy tylko mamy ku temu okazję.

Nie zanosiło się, by dzieci pospały długo. Niektórzy pacjenci z psychozą maniakalno-depresyjną jedli co trzy godziny, choć w ogóle nie było tego widać po ich kościstych sylwetkach. Inni zwyczajnie nie mogli spać.

Noc budziła stare demony. Była źródłem nowych lęków. Podświadomą pożywką dla wszelkiego zła, które kiedykolwiek im wyrządzono. Dzieci budziły się z płaczem. Dzieci budziły się z krzykiem. Niektóre wyrywały się ze snu w pełnej gotowości bojowej. Zwierzęca reakcja na zagrożenie: walcz albo bierz nogi za pas. A nie wszyscy byli stworzeni do ucieczki.

Już po otwarciu pierwszej kartoteki moje powieki zrobiły się ciężkie. Dużo ostatnio pracowałam. Dyżur za dyżurem. Musiałam się czymś zająć, zwłaszcza o tej porze roku.

Zostały cztery dni. Za cztery dni minie dwadzieścia pięć lat. A potem zacznie się kolejny rok. Będę robić swoje. Spełniać powinność jedynej ocalałej.

Ciekawe, co by pomyślała Lucy, gdyby wiedziała, że sama przez lata spałam skulona pod materacem.

W dniu osiemnastych urodzin uwiodłam szeryfa Wayne’a. Wcale tego nie planowałam. Wpadłam na niego przypadkowo w Bostonie trzy dni wcześniej. Zabrał żonę, dorosłą już córkę i dwójkę wnucząt do parku Public Garden, by pooglądać słynne bostońskie łodzie w kształcie łabędzi. Był piękny, słoneczny wiosenny dzień. Tulipany kołysały się lekko na wietrze, a dzieciaki piszczały z uciechy, ganiając za kaczkami i wiewiórkami po rozległych zielonych trawnikach.

Szeryf Wayne nie poznał mnie. Musiałam się zmienić przez te ostatnie dziewięć lat. Zapuściłam długie ciemne włosy z opadającą na oczy przerośniętą grzywką. Miałam na sobie dżinsowe biodrówki i żółty top w paski kupiony w Urban Outfitters. Cioci udało się zrobić ze swojej siostrzenicy prawdziwą bostońską modnisię. A przynajmniej obie wierzyłyśmy w to święcie.

Poznałam go, choć widziałam z tyłu. Nie po posturze, ale po sposobie chodzenia. Po równych, zdecydowanych krokach stawianych na ścieżce, kiedy zaganiał rozbrykane dzieciaki do dumnie kroczącego rodzinnego stada.

Zauważył mnie, gdy stałam na uboczu, gapiąc się na nich. Nie poznał mnie jednak od razu. Wrócił do towarzyszących mu kobiet i dopiero po chwili go olśniło. Coś musiało mu się wydać we mnie znajome, bo odwrócił się nagle i tym razem przyjrzał mi się dokładniej.

– Danielle – odezwał się.

Jego głos, który przez te wszystkie lata pobrzmiewał w moich snach jako cichy szept dający poczucie bezpieczeństwa pośród krwi i przemocy, coś we mnie złamał. Zrobiłam krok w przód. Potem kolejny.

Jego żona i córka też już mnie dostrzegły. Córka wyglądała na zakłopotaną. Żona, Sheila, musiała mnie pamiętać. Stała nieruchomo, a w jej oczach widniało nieme współczucie.

Szeryf Wayne wziął sprawy w swoje ręce, przedstawił mnie żonie, córce i wnukom. Szybko załagodził sytuację, w końcu miał w tej kwestii doświadczenie – z pewnością nieraz rozdzielał osiłków podczas barowych bijatyk. Równie dobrze mogłam być córką jakiegoś starego znajomego spotkaną znienacka po latach. Wymieniliśmy kilka zdawkowych uwag o pogodzie i urokach parku. Opowiedział mi o swoim drugim dziecku: synu mieszkającym w Nowym Jorku. Pozachwycaliśmy się chwilę jego wnuczką wstydliwie schowaną za nogami mamy i wnukiem, który uwielbiał gonić wiewiórki.

Wspomniałam, że jesienią zaczynam studia. Szeryf Wayne uścisnął moją dłoń z niemą aprobatą. Spójrzcie tylko, co ze mnie wyrosło.

Spójrzcie na jedyną ocalałą.

I poszli dalej krętą ścieżką w stronę łodzi z łabędziami. A ja wpatrywałam się w pustkę, którą po sobie zostawili. I wiedziałam już, że muszę znów zobaczyć szeryfa Wayne’a.

Że muszę go mieć.

Zadzwoniłam nazajutrz. Miło było pana znów spotkać. Śliczna córka, urocze wnuki. Tak naprawdę mam kilka pytań. Nie, nie musi pan odpowiadać teraz. Może moglibyśmy się spotkać? Zjeść razem kolację. Tylko ten jeden raz.

W jego głosie nie słyszałam entuzjazmu. Ale był przyzwoitym gościem, dlatego nie potrafił mi odmówić.

Podałam mu adres kawalerki, którą wynajęłam tej jesieni w ramach przygotowań do rozpoczęcia studiów. Dałam do zrozumienia, że przyjedzie po mnie i udamy się do miasta. Dobrze wiedziałam, co robię.

Złożyłam swój futon. Wyciągnęłam karciany stolik i nakryłam go ulubionym kwiecistym obrusem. Na wzorzystym tle starannie ułożyłam czerwono-żółtą kamionkową zastawę. Rozłożysty bukiet fioletowych kwiatów na środku. Dwie długie, stożkowe białe świeczki w kryształowych świecznikach, które mama dostała w prezencie ślubnym i odpakowywała zapewne z radością i optymizmem.

Nie mogła wiedzieć. Wciąż to sobie powtarzam. Nie mogła wiedzieć.

Włożyłam dżinsy biodrówki i zapinany na guziki biały top. Ciemne włosy zostawiłam rozpuszczone. Całość wyglądała zupełnie nieźle. Niczym ciemna burza na tle jasnego światła.

Pod spodem miałam kusy biustonosz w kolorze szampana i koronkowe stringi. Może i nie mam figury modelki, ale wiem, jak podkreślić swoje walory.

Kiedy szeryf Wayne przyjechał, na jego twarzy rysowała się konsternacja. Uroczy stolik na środku małego pokoiku. Zapach bulgoczącego sosu do spaghetti i gotującego się makaronu.

Nie dałam mu czasu na zastanowienie.

Proszę wejść, zapraszam do środka, powiedziałam na wstępie z promiennym uśmiechem i młodzieńczym entuzjazmem. Przepraszam, że tak tu ciasno. W mieście żyje się inaczej. Nim zdążył choćby mrugnąć, porwałam jego płaszcz, powiesiłam na stojaku i nie przestając szczebiotać, wróciłam do kuchni. Wiem, wiem, mieliśmy wyjść na miasto, tyle że trochę się stresowałam rozmową w miejscu publicznym, więc mam nadzieję, że się nie pogniewa, ale upichciłam na szybko makaron z sosem. Żadna ze mnie kucharka, dopiero się uczę, bla, bla, bla.

I cóż miał biedak powiedzieć? Cóż zrobić?

Zapewnił, że podoba mu się mieszkanie. Sos pachnie wyśmienicie. Oczywiście, że możemy zostać. Jeśli tu czuję się swobodniej.

Posadziłam go przy stole. Nalałam pełniutki kieliszek czerwonego wina. Tylko jemu, ja nie powinnam pić. Dodałam muzykę w tle. Nie wyglądał na fana rocka industrialnego w stylu Nine Inch Nails, więc postawiłam na spokojny jazz.

Zaczęliśmy od sałatki. Siedział sztywno ze wzrokiem wlepionym w talerz, nawet nie dotknąwszy kieliszka. Ładnie się postarzał. Wciąż był słusznej postury, masywny, ale nie otyły. Siwe włosy, szeroka twarz, bujny wąs. I ta niezwykła oszczędność w ruchach, która tak mnie urzekała.

Pytał o ciotkę, o szkołę, o plany na przyszłość. Przedstawiłam mu okrojoną wersję mojego nowego, lepszego życia. Właśnie to chciał usłyszeć po tym, jak wyniósł mnie z domu ojca, mocno obejmując moje kościste ramiona i ciepłym głosem szepcąc mi do ucha: „Nie patrz, kochanie. Jesteś już bezpieczna, jesteś bezpieczna”.

Odcedziłam makaron penne. Polałam go czerwonym sosem.

A potem przeszłam do rzeczy.

Nie pytałam o ojca. Wydobyłam natomiast z jego wspomnień te radosne, pogodne chwile rozbrzmiewające śmiechem mamy. Wspominaliśmy psoty Johnny’ego i miłość Natalie do zwierząt. Okazało się, że moja siostra zaopiekowała się raz dzikim królikiem potrąconym przez samochód i pomogła mu wrócić do zdrowia. Chciała zostać weterynarzem. Dowiedziałam się tego od szeryfa Wayne’a. A mój brat uwielbiał się wspinać na najwyższe drzewa i wołać potem mamę, by zobaczyć, jak zamiera na chwilę w przerażeniu z rękami uniesionymi do góry.

Te obrazy musiały go ruszyć. Dotknęły go nawet boleśniej niż mnie, bo ci ludzie pozostali żywi w jego pamięci, podczas gdy dla mnie już dawno przemienili się w duchy.

Wina ubywało. Czy ktoś może go winić?

Zaoferował, że pozmywa naczynia. Obserwowałam jego krzątaninę w moim maleńkim aneksie kuchennym, ruchy coraz mniej skoordynowane na skutek silnych emocji i wypitej butelki chianti. Wstawił naczynia do zlewozmywaka. Przepłukał talerze i odłożył na suszarkę. Potem patelnię. Swój kieliszek. Moją szklankę po wodzie. Dwa widelce. Dwie łyżki. Dwa noże.

Kiedy wrócił do stołu, na jego zmizerowanej twarzy odbijał się bagaż całego wieczoru. Chciał coś powiedzieć, ale nie dałam mu szansy.

– Ciii... – wyszeptałam. – Ciii...

Po czym odpięłam pierwszy guzik bluzki, potem drugi, później trzeci, centymetr po centymetrze odsłaniając nagą, opaloną skórę i kolejne fragmenty koronkowego biustonosza.

– Nie... – prosił. – Nie powinnaś... To nie w porządku.

– Ciii... – powtarzałam.

Usiadłam na nim okrakiem. Pozwoliłam, by rozpięta bluzka zsunęła się na ramiona. Rytmicznie poruszałam biodrami, ocierając się o jego krocze. Znów zaczął protestować, ale udałam, że nie słyszę. Przejechałam palcami po krótko przystrzyżonych włosach. Delikatnie dotknęłam silnych ramion. I poczułam, jak jego ciało zaczyna reagować. Na opadającą na ziemię białą koszulkę, na wygięte w łuk plecy, na kobietę oddającą mu się bez reszty.

– Danielle... – wydusił z siebie ostatnią błagalną prośbę.

– Ciii...

Przyciągnęłam jego twarz do swoich piersi. Kiedy poczułam, jak wargami obejmuje przykrytą koronką brodawkę, żądza, która mną zawładnęła, najczystsza żądza, sięgnęła głębiej niż jakikolwiek smutek.

Posiadłam go, posiadłam mężczyznę, który niegdyś mnie ocalił, i przez krótką chwilę miałam go dla siebie.

Dopiero po latach, gdy skończyłam studia i zajęłam się zawodowo psychiatrią, zrozumiałam, jak wielką krzywdę wyrządziłam tamtej nocy szeryfowi Wayne’owi. Zraniłam go i naznaczyłam bólem, zmuszając, by dźwigał brzemię moich ran. To przeze mnie ten porządny facet będzie musiał dzień w dzień patrzeć w oczy żonie, dzieciom i wnukom, pamiętając o tym jednym dniu, kiedy zawiódł jako mąż, ojciec, stróż prawa.

Potem nie słyszałam więcej jego głosu w snach. Zostałam sama wśród krwi i prochu. Nikt mnie już nie ratował z domu ojca.

Chyba sobie na to zasłużyłam.

Rozdział 5

O 23.53 zakończyli prace na miejscu zbrodni. Przynajmniej na dziś. Wszyscy detektywi wrócili do biura na naradę. Nawet gdy zaczynają sprawę razem, do zamknięcia jej będzie potrzebna jedna konkretna osoba. Ktoś, na kogo można wskazać palcem. Jedna głowa, która zawiśnie na stryczku w razie niepowodzenia.

Zaszczyt ten przypadł D. D. i choć wybór był dla wszystkich oczywisty, pani sierżant i tak czuła się w obowiązku wyrazić w kilku słowach oficjalną zgodę:

– W imieniu własnym i zespołu dziękuję za wiarę w nasze możliwości.

Z tyłu sali rozległy się gwizdy, poleciały kulki z papieru. D. D. chwyciła te, które wylądowały najbliżej, i odrzuciła z powrotem.

– Oczywiście zakładam, że do jutra zamkniemy sprawę.

Kolejna fala gwizdów i komentarz jakiegoś mądrali, że jutro będzie tak naprawdę za sześć minut. D. D. podniosła kolejną kulkę zmiętego papieru i cisnęła mu ją prosto między oczy.

– W takim razie niech reszta ucieka ochraniać prawych mieszkańców Bostonu – przedarł się jej głos przez wrzawę. – Przejmujemy dochodzenie.

Zastępca naczelnika przewrócił oczami, kiedy siadała, ale nie odezwał się słowem. To była długa noc i wyjątkowo paskudne miejsce zbrodni. Detektywi musieli jakoś rozładować emocje.

– Trzeba zwołać konferencję prasową – podsumował krótko.

– Z samego rana – zapewniła go D. D.

– Jakie jest nasze oficjalne stanowisko w tej sprawie?

– Nie wiem – rzuciła, biorąc kurtkę z poręczy krzesła i kiwając na Phila, żeby się zbierał. – Zapytaj mnie, jak wrócimy ze szpitala.

Kiedy D. D. i Phil dotarli do szpitala, mijała właśnie trzecia godzina od operacji mózgu, którą przeszedł Patrick Harrington, do niedawna ojciec trójki dzieci.

Dyżurna pielęgniarka na wstępie poinformowała ich, że stan pacjenta wyklucza rozmowę.

– Pozwoli siostra, że sami to ocenimy – rzuciła w odpowiedzi D. D. i oboje z Philem machnęli jej przed nosem odznakami.

Na kobiecie nie zrobiło to jednak większego wrażenia.

– Kochaniutka, facet jest w śpiączce farmakologicznej, a z głowy sterczy mu manometr mierzący ciśnienie śródczaszkowe. Nawet jakbyście mi tu machali przepustkami do nieba, pacjent nie będzie z wami rozmawiał, bo niejest w stanie – ostudziła zapał policjantki.

– W takim razie kiedy dojdzie do siebie? – spytała sierżant.

Pielęgniarka zmierzyła ją wzrokiem od stóp do głów. D. D. odwzajemniła badawcze spojrzenie. Szpitale miały swoją politykę prywatności. Na temat ochrony danych osobowych powstało w końcu kilka ustaw. Ale sierżant Warren z doświadczenia wiedziała, że wszystko zależy od ludzi. Niektóre oddziałowe jak buldogi chroniły swych pacjentów. Inne skłonne były spojrzeć na sprawę z szerszej perspektywy, jeśli tylko odpowiednio się ją przedstawiło.

Kobieta zerknęła w kartotekę.

– Na moje oko – odpowiedziała – nie mam bladego pojęcia.

– A jak poszła operacja? – włączył się do rozmowy Phil. Pielęgniarka podniosła wzrok i na widok plamy z keczupu na jego koszuli lekko się uśmiechnęła.

– Chirurg usunął ciało obce. To powinno pomóc.

D. D. pochyliła się nad jej stanowiskiem. Teraz, kiedy z mowy ciała rozmówczyni można było wyczytać, że trochę się rozluźniła, nadszedł czas, by ją przycisnąć. Zerknęła na identyfikator.

– Słuchaj no, Terri. Słyszałaś, co Patrick zgotował swojej rodzinie?

– Była jakaś awantura – odpowiedziała poważnym tonem. – Może nie smakowała mu kuchnia żony. Sporo tu mamy takich przypadków. Faceci powinni chyba polubić przypalone jedzenie.

– To było coś więcej niż małżeńska sprzeczka. Mówimy tu o dzieciach. Trójce. Wykończył wszystkie.

Terri się zawahała, po raz pierwszy zdradzając cień zainteresowania.

– Zabił własne dzieci?

– Dziewięciolatka, dwunastolatkę i czternastolatka. Wszyscy nie żyją.

– O Boże!

– Tak przynajmniej myślimy. Ale dobrze byłoby mieć pewność. Jest różnica między ojcem, który wyrżnął całą swoją rodzinę, a pozostającym na wolności psychopatą. Chyba rozumiesz, że musimy zrobić, co w naszej mocy, by znaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania. A skoro tylko Patrick ocalał...

Siostra Terri westchnęła ciężko. Powoli ustępowała.

– Słuchajcie, nie wybudzę nieprzytomnego faceta ze śpiączki nawet dla samego naczelnika. Mogę jednak poszukać doktora Poora. To on przyjmował pacjenta. Może będzie wiedział coś więcej.

– Doskonale.

– Radzę się rozgościć. Lekarze słuchają tylko Boga, a nie jakichś tam pielęgniarek, więc to może chwilę potrwać.

– Założę się, że macie swoje sposoby, by ich troszkę popędzić.

– Oj, kochaniutka, chciałybyśmy.

D. D. i Phil kupili sobie po kawie w szpitalnym barze ulokowanym w podziemiach i rozsiedli się wygodnie w poczekalni na niskich krzesłach, które miało się ochotę postawić w rzędzie i zrobić z nich prowizoryczne łóżko. D. D. zajęła się swoją kawą. Nieźle spała zeszłej nocy. I to jej będzie musiało na jakiś czas wystarczyć.

Przypomniał jej się Chip i na chwilę powróciła przemożna ochota na seks, ale że chwilowo kompletnie się na to nie zanosiło, postanowiła się skupić na sprawach bieżących.

– I co myślisz o naszym profesorku? – spytała Phila.

– Pytasz o mojego nowego partnera? – Phil wzruszył ramionami. – Wydaje się w porządku. Bystry, nie wychyla się, mówi, kiedy naprawdę ma coś sensownego do powiedzenia. Już w tym bije na głowę połowę naszego wydziału.

D. D. się uśmiechnęła.

– Sprawdzałeś go?

– Podzwonię rano.

– Dobra.

Zapadła cisza. Phil jeszcze dmuchał w swoją kawę, D. D. już próbowała sączyć gorący napój.

– Miałaś plany na wieczór? – odezwał się w końcu.

– Nie pytaj.

– Hej, a to nie dzisiaj miałaś tę wielką randkę ze znajomym żony Charliego? – Wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Ostrzegam, nie zaczynaj.