Dzieci zostają - Alice Munro - ebook
Opis

Opowiadanie ze zbioru „Miłość dobrej kobiety”.

Zbiór ośmiu opowiadań o kobietach. Ich losy, możliwości i ograniczenia we współczesnym świecie są główną osią twórczości Munro, znakomitej pisarki kanadyjskiej. Jej bohaterki muszą sobie radzić z niejednoznacznością własnych uczuć, z wewnętrznymi konfliktami, z rozdźwiękiem między tym, czego chcą, a tym, co muszą. Jest tak z wkraczającą w dorosłość mężatką, która szuka swojego miejsca w życiu, jest tak z młodą kobietą, która przyjeżdża na wakacje do matki, ale nie potrafi z nią wytrzymać, bo ma w sobie zbyt dużo goryczy i żalu.

Miłość kobiet przyjmuje rozmaite formy: uczucia matki do córki, dziecka do dorosłego, żony do męża, przyjaciółki do przyjaciółki - Munro pokazuje je wszystkie z niezwykłą wnikliwością, odsłaniając głębię i zawiłość zwyczajnego życia oraz siłę emocji, które wiążą ludzi ze sobą na nieskończenie różnorodne sposoby.

Munro jak zwykle wydobywa na światło dzienne wszystko, co w życiu kanadyjskiej prowincji przemilczane i zepchnięte w cień - by pokazać ludzi, którzy popełnili ten zasadniczy, pierwszy grzech: zjedli owoc z drzewa poznania.

„Publishers Weekly"

 

Opowiadania Munro są jak troskliwie przechowywane nagrania rodzinne, dokumentujące ważne momenty z przeszłości.

„Library Journal"

 

Munro jest bez wątpienia mistrzynią. W Miłości... opisuje ludzką egzystencję z niezwykłą precyzją i elegancją najwyższej próby.

„The Washington Post"

 

Te zaskakujące historie po raz kolejny przypominają, że Munro jest literacką cudotwórczynią.

Francine Prose

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 50


Alice Munro

DZIECI ZOSTAJĄ

Przełożyła Agnieszka Pokojska

Opowiadanie ze zbioru Miłość dobrej kobiety

Wydano z pomocą finansową

Tytuł oryginału: The Love of a Good Woman

Copyright © 1998 by Alice Munro

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIII

Copyright © for the Polish translation by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIII

Wydanie I

Warszawa

Dzieci zostają

Trzydzieści lat temu pewna rodzina spędzała wakacje na wschodnim wybrzeżu Vancouver Island. Młody ojciec i matka, ich dwie córeczki i starsze małżeństwo, rodzice męża.

Cóż za pogoda, idealna. Co dzień rano, co dzień, jest właśnie tak: pierwsze czyste światło słoneczne wpada przez wysokie gałęzie i osusza mgłę nad spokojną wodą cieśniny Georgia. Odpływ pozostawia po sobie wielką połać piasku, który pozostaje wilgotny, ale łatwo się po nim chodzi, jak po betonie w ostatniej fazie zastygania. Wbrew pozorom odpływ wcale nie jest taki znaczny; pole piasku codziennie się kurczy, ale i tak wydaje się dostatecznie rozległe. Zmiany w pływach to przedmiot wielkiego zainteresowania dziadka, pozostałych – niespecjalnie.

Pauline, młoda matka, plażę właściwie lubi mniej niż drogę za domkami, która mniej więcej przez milę biegnie na północ i urywa się nagle na brzegu rzeczki wpadającej do morza.

Gdyby nie pływy, można by zapomnieć, że to morze. Za wodą widać góry, pasma znaczące zachodnie wybrzeże Ameryki Północnej. Ich przełęcze i szczyty, które zaczynają się teraz wyraźnie rysować, wyłaniać z mgły i ukazywać gdzie niegdzie w przerwach między drzewami Pauline idącej drogą z wózkiem, interesują również dziadka. I jego syna Briana, męża Pauline. Ojciec i syn wciąż próbują ustalić, co jest czym. Które z tych kształtów to góry kontynentalne, a które to tylko niewiarygodnie wysokie wzniesienia na wyspach dzielących ich od wybrzeża. Przy tak skomplikowanej konfiguracji i perspektywie, niestabilnej w świetle zmieniającym się wielokrotnie w ciągu dnia, trudno jest o czymkolwiek przesądzić.

Ale między domkami a plażą znajduje się przeszklona tablica z mapą. Można stanąć przed nią i patrzeć to na mapę, to na widok, który ma się przed oczyma, to znów na mapę, aż wszystko uda się ustalić. Dziadek i Brian robią tak co dzień, zazwyczaj wdając się przy tym w sprzeczkę, choć ktoś mógłby pomyśleć, że nie za bardzo jest o co się sprzeczać, kiedy ma się mapę przed nosem. Brian twierdzi, że mapa jest niedokładna. A jego ojciec nie chce słyszeć ani jednego krytycznego słowa o miejscu, które wybrał na wspólny wakacyjny pobyt. Mapa – tak jak lokum i pogoda – jest idealna.

Matka Briana nie chce patrzeć na mapę. Mówi, że tylko robi jej mętlik w głowie. Mężczyźni śmieją się i zgodnie twierdzą, że ona w ogóle ma mętlik w głowie. Zdaniem jej męża dlatego, że jest kobietą. Zdaniem Briana dlatego, że jest jego matką. Ciągle interesuje ją to, czy ktoś już zgłodniał albo czy chce mu się pić, czy dzieci mają nakrycia głowy i czy zostały nasmarowane kremem ochronnym. I co to za dziwny bąbel na ramieniu Caitlin, bo nie wygląda jak ślad po ukąszeniu komara. Matka Briana każe mężowi wkładać miękki bawełniany kapelusz i uważa, że Brian też powinien nosić nakrycie głowy – przypomina, jak słońce mu zaszkodziło tego lata, kiedy pojechali do doliny Okanagan, jak był mały. Czasami Brian odpowiada:

– Oj, mamo, nie nudź już.

Zwykle mówi to serdecznym tonem, ale ojciec czasami pyta, czy jego zdaniem wolno mu się tak zwracać do rodzonej matki.

– Jej to nie przeszkadza – broni się Brian.

– Skąd wiesz? – docieka ojciec.

– Jezus, Maria – mówi matka.

Pauline codziennie rano wstaje z łóżka, kiedy tylko się obudzi, wyślizguje się z zasięgu długich, szukających jej sennie ramion i nóg Briana. Budzą ją pierwsze popiskiwania i pomruki młodszej córki dochodzące z pokoju dzieci, a potem skrzypienie łóżeczka, kiedy Mara – teraz szesnastomiesięczna, już prawie nie niemowlę – podnosi się, trzymając się poręczy, i próbuje stać. Nie przerywa swojej cichej, pogodnej przemowy, kiedy matka bierze ją na ręce – na łóżku obok druga córka, prawie pięcioletnia Caitlin, porusza się, ale się nie budzi – i idzie z nią do kuchni. Tam Pauline kładzie Marę na podłodze i przewija, potem wsadza do spacerówki, daje do ręki biszkopt i sok jabłkowy, a sama wkłada sukienkę i sandały, idzie do łazienki, czesze włosy – wszystko najszybciej i najciszej jak się da. Wychodzą; mijają sąsiednie domki, kierując się w stronę wyboistej nieasfaltowanej drogi, która wciąż jeszcze w większości kryje się w głębokim porannym cieniu, niczym tunel o sklepieniu z jodeł i cedrów.

Dziadek też wstaje wcześnie; widzi je z werandy domku, a Pauline widzi jego. Ale wystarczy, że sobie pomachają. Nigdy nie mają sobie zbyt wiele do powiedzenia (choć czasami odczuwają swego rodzaju pokrewieństwo – podczas przydługiego pajacowania Briana albo łagodzonego co rusz przeprosinami, ale uporczywego marudzenia babci; w pełni świadomie omijają się wtedy wzrokiem, żeby przypadkiem nie zdradzić się z przygnębieniem, które byłoby równoznaczne z krytyką tamtych dwojga).

Na tych wakacjach Pauline wykrada czas na to, żeby pobyć sama – przebywanie z Marą to wciąż prawie to samo co przebywanie w pojedynkę. Poranne spacery, przedpołudniowa pora prania i wywieszania pieluch. Wykroiłaby jeszcze godzinę po południu, w porze drzemki Mary, ale Brian zbudował na plaży wiatę i codziennie zanosi tam kojec, żeby mała mogła spokojnie odbyć drzemkę, a Pauline nie musiała ich opuszczać. Mówi, że jego rodzice mogą poczuć się urażeni, jeśli synowa będzie ciągle wymawiać się od ich towarzystwa. Ale rozumie, że Pauline potrzebuje trochę czasu na naukę roli do sztuki, w której ma wystąpić we wrześniu, kiedy wrócą do Victorii.

Pauline nie jest aktorką. Ma to być wprawdzie amatorska produkcja, ale ona nie gra nawet amatorsko. Nie starała się o tę rolę, choć tak się złożyło, że znała już sztukę, bo ją czytała. Eurydykę Jeana Anouilha. No ale ona czytała całe mnóstwo różnych rzeczy.

O to, czy chciałaby w tej sztuce wystąpić, zapytał mężczyzna poznany w czerwcu na przyjęciu z grillem. Byli tam przede wszystkim nauczyciele i ich współmałżonkowie; przyjęcie odbywało się u dyrektora liceum, w którym uczy Brian. Nauczycielka francuskiego, wdowa, przyszła ze swoim dorosłym synem, który przyjechał do niej na lato i pracował jako nocny portier w hotelu w centrum. Opowiadała wszystkim, że dostał posadę nauczyciela w college’u na zachodzie, Washington State, więc wyjeżdża tam jesienią.

Nazywał się Jeffrey Toom.

– „Toom”, a nie „Tomb”, z „b” na końcu jak „grób” – wyjaśnił takim tonem, jakby banalność tego żartu go bolała. Jego matka nosiła inne nazwisko, ponieważ owdowiała dwukrotnie, a to był jej syn z pierwszego małżeństwa. O swojej przyszłej posadzie Jeffrey powiedział:

– Nie wiadomo, co z tego będzie, mam umowę tylko na rok.

Czego miał uczyć?

– Drrrrrramatu – odpowiedział prześmiewczo dramatycznym tonem.

O swojej obecnej pracy też wyrażał się lekceważąco.

– To obskurna