Dzieci żółtej gwiazdy - Mario Escobar - ebook + audiobook

Dzieci żółtej gwiazdy ebook i audiobook

Mario Escobar

4,5

55 osób interesuje się tą książką

Opis

Nowa książka Mario Escobara, autora bestsellerowej „Kołysanki z Auschwitz”

Poruszająca opowieść o dramatycznej ucieczce, ogromnym poświęceniu i sile nadziei w ogarniętych wojną czasach.

Sierpień 1942 roku. Bracia Jakob i Moïse Stein przebywają u ciotki w Paryżu, będącym pod nazistowską okupacją. Rodzice chłopców, para znanych dramaturgów, zostawili ich pod opieką ciotki na jakiś czas, zanim znajdą bezpieczną przystań dla rodziny. Przerażająca obława krzyżuje ich plany. Francuska żandarmeria pod rozkazami nazistów aresztuje chłopców i zabiera ich do Vélodrome d’Hiver – ogromnej posępnej budowli w pobliżu wieży Eiffla, gdzie przetrzymywane są tysiące francuskich Żydów.

Jakob i Moïse wiedzą, że aby przeżyć, muszą uciekać i odnaleźć rodziców. Ich jedyną wskazówką są listy wysłane z południa Francji. Podczas niebezpiecznej wędrówki przez okupowany kraj chłopcy spotkają wielu życzliwych ludzi, gotowych, aby ich chronić. Niektórzy z nich zapłacą za to najwyższą cenę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 403

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 20 min

Lektor: Mario Escobar

Popularność




KSIĄŻKA DZIECI ŻÓŁTEJ GWIAZDY dała mi okazję powrotu na tajemnicze obszary dzieciństwa. Dorastając, tracimy tę wspaniałą perspektywę odkrywcy, z jaką obserwujemy otoczenie oczyma dziecka. Każdy centymetr oddalający nas od podłogi nieodwracalnie oddziela nas też od świata, który w młodzieńczych marzeniach pragnęliśmy zmienić, ponieważ w większości przypadków, jako dorośli, ostatecznie jesteśmy pogodzeni z rzeczywistością i podtrzymujemy zastany stan rzeczy. Ta książka porusza właśnie ten temat: mówi o możliwościach, jakie my, ludzie, mamy w każdym pokoleniu, aby przekształcać świat, gdy wyzeruje się licznik i kiedy wszystko – na dobre czy na złe – zaczyna się od nowa.

Dzieci żółtej gwiazdy to opowieść o tym, że zwykli ludzie mają moc, by zmienić rzeczywistość. Od wieków powtarza się nam, że lud jest zaledwie biernym uczestnikiem biegu historii, lecz w wielu przypadkach jedynie opór cywilnej ludności był w stanie przeciwstawić się tyranii czy uciskowi. Od powstania plebejuszy w starożytnym Rzymie, przez wojnę o niepodległość Stanów Zjednoczonych, po ruchy pacyfistyczne podejmowane na rzecz niepodległości Indii czy powstrzymania segregacji rasowej w tych samych Stanach Zjednoczonych – zawsze się okazywało, że zwykli ludzie potrafią zmienić świat.

Kiedy po raz pierwszy trafiłem do bujnych, zielonych dolin otaczających Le Chambon-sur-Lignon, pomyślałem, że jestem w raju. Kamienne chatki o ścianach z granitu i różnokolorowych drewnianych okiennicach, dostojne hotele o pociemniałych fasadach, postarzonych przez co najmniej sto bezlitosnych zim, sielankowe zagrody rozproszone wśród gęstych bukowo-jodłowych zagajników, które zdawały się pochłaniać intensywne światło letniego słońca. Właśnie w tej okolicy wydarzyło się coś, co zmieniło świat na lepsze, a ja intuicyjnie czułem, że przemieni wewnętrznie również mnie.

Historia dzieci uratowanych przez mieszkańców Le Chambon-sur-Lignon i wielu okolicznych wiosek przez długi czas była ignorowana. Po drugiej wojnie światowej Francuzi woleli zapomnieć o reżimie Vichy i o prześladowaniu tych, których kolaboranci nazywali „pariasami” lub „niepożądanymi”. Jednak w 1989 roku tę piękną, opartą na faktach historię wydobył na światło dzienne film dokumentalny Les armes de l’esprit.

Powieść Dzieci żółtej gwiazdy to emocjonująca historia Jacoba i Moïse’a Steinów. Ci niezapomniani chłopcy stali się prawdziwymi małymi bohaterami, a jedyną bronią w walce ze złem tego świata była ich niewinność.

Madryt, 1 lipca 2016 roku

Dla Elisabeth, Andrei i Alejandra – mojej wspaniałej rodziny – którzy towarzyszyli mi w podróży do Le Chambon-sur-Lignon, by razem ze mną przeżyć wewnętrzną przemianę, jaką niesie za sobą ta opowieść.

Wszystkim tym mieszkańcom Francji, którzy uratowali dziesiątki tysięcy Żydów, uchodźców politycznych i innych wygnańców uciekających ze szponów Trzeciej Rzeszy.

„Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat”.

– TALMUD

„Uczciwy człowiek odświeża powietrze zepsute przez tysiące oszustów”.

– WSPOMNIENIA, ISAAC ASIMOV

„Mamy również w pamięci liczbę 5000 – liczbę Żydów uratowanych przez mieszkańców wsi [w okolicy] Le Chambon we Francji – jedno życie ocalone na każde 5000 mieszkańców [tego rejonu]. Nie odprawiono z kwitkiem ani nie wydano władzom ani jednego Żyda, który przybył w te strony. Tamtejsi ludzie jednak przez kilkadziesiąt lat nie mówili o tym, czego dokonali, a nawet po latach wspominali o tym niechętnie. Autor piszący o tym rozdziale historii, kiedy ich wypytywał, zauważył, że są zdziwieni jego zainteresowaniem. »Jak może pan nas wychwalać? Zrobiliśmy, co należało«”.

– PREZYDENT BARACK OBAMA W PRZEMOWIE O LE CHAMBON Jom ha-Szoa/Dzień Pamięci Holokaustu Kapitol w Nowym Jorku, 23 kwietnia 2009 roku

„Niezwykła historia, zdumiewająco podnosząca na duchu”.

– „NEWSWEEK” (w odniesieniu do tego, co się zdarzyło w Le Chambon)

„Tu w chwili próby potwierdziła się dusza narodu. Tutaj ucieleśniło się sumienie naszego kraju. Chambon-sur-Lignon to miejsce pamiętne. Miejsce oporu. Miejsce symbol poświadczające, że Francja jest wierna swoim zasadom, wierna swojemu dziedzictwu, wierna swojemu duchowi. Tu, na tym wysoko położonym płaskowyżu, wśród ciężkich zim, w odosobnieniu, czasem w nędzy, nieraz wobec przeciwności losu, ludzie od dawna żyją w poszanowaniu wartości – wartości, które nas jednoczą. W jednym z najuboższych regionów naszego kraju mieszkańcy wbrew wszelkim grożącym im niebezpieczeństwom zdobyli się na odwagę, szczodrość i ludzką godność. Opowiedzieli się za humanitarnymi zasadami, które łączą naszą wspólnotę narodową”.

– JACQUES CHIRAC, BYŁY PREZYDENT REPUBLIKI FRANCUSKIEJ Le Chambon-sur-Lignon, 8 lipca 2004 roku

Prolog

Paryż, 23 maja 1941 roku

„KAŻDE POKOLENIE ŻYWI NADZIEJĘ, że świat rozpocznie się na nowo”. Takie były ostatnie słowa ich ojca na dworcu kolejowym. Przykucnął w swoim świeżo wyprasowanym szarym garniturze, by jego twarz znalazła się na wysokości twarzy syna Moïse’a. Chłopczyk spojrzał na ojca dużymi czarnymi oczami i westchnął, nie do końca rozumiejąc, co ten chce mu powiedzieć. Na dworcu było pełno białego dymu o dziwnym słodkim zapachu. Matka patrzyła na nich z powiekami opuchniętymi od płaczu i z zaczerwienionymi policzkami, jakby właśnie dokonała nadludzkiego wysiłku. Moïse pamiętał jeszcze jej cienkie białe rękawiczki, zimny, wilgotny dotyk tamtej zeszłej wiosny oraz wrażenie, że jego mały świat rozpada się bezpowrotnie. Tata próbował się zdobyć na uśmiech, ale ostatecznie jego usta pod cienkim kasztanowatym wąsem wykrzywiły się w bolesnym grymasie. Malec kurczowo chwycił się nóg matki, jej zielona wełniana spódnica przykleiła się do jego mokrego od łez nosa. Jana powiodła dłonią po jasnej czuprynie i też przykucnęła. Ujęła zaróżowione pyzate policzki młodszego synka i pocałowała go posiniałymi wargami. Jej łzy zmieszały się z jego łzami.

Jacob pociągnął młodszego brata. Lokomotywa sapnęła po raz ostatni i z zaworów buchnęła para, jakby ta potężna konstrukcja z żelaza i drewna wzdychała nad losem dusz, które muszą się rozłączyć. Ciotka Judith objęła chłopców gestem tyleż opiekuńczym, ile wyrażającym niepokój. Dokoła nich niemieccy żołnierze krążyli niczym zwabione światłem ćmy. I choć tego poranka rodzina nie włożyła ubrań z żółtą gwiazdą na piersi, chwilami kobieta myślała, że naziści wykryją ich mimo wszystko – wystarczy, że przesuną po nich niebieskawym, zimnym jak kamień spojrzeniem.

Eleazar i Jana odwrócili się i ich płaszcze zaczęły pośpiesznie przemykać wśród ludzi machających na pożegnanie. Jacob i Moïse patrzyli, jak ich rodzice toną w bezkresnym oceanie uniesionych ramion, aż wreszcie znikają zupełnie. Moïse chwycił ciotkę za rękę i mocno uścisnął, jakby chciał się upewnić, że przynajmniej ona zostanie u jego boku. Judith odwróciła głowę i spojrzała na równo przycięte włosy bratanka. Jasne kosmyki lśniły w promieniach słońca, którym udało się przedrzeć przez okienka w dworcowym dachu. Potem popatrzyła na drugiego chłopca, na jego kręcone ciemne włosy w kolorze kasztanów i duże czarne oczy. Jacob wydawał się niewzruszony, ale na jego twarzy malowało się rozdrażnienie, prawie gniew. Zeszłego wieczoru prosił rodziców, żeby ich zabrali z Paryża, obiecywał, że będą grzeczni, ale Eleazar i Jana nie mogli ich wziąć ze sobą, przynajmniej do czasu, gdy znajdą pewną, bezpieczną kryjówkę. Dzieciom Niemcy nie zrobią nic złego, a ciotka Judith była za stara, żeby uciekać. Przyjęła ich pod swój dach sześć lat temu, kiedy nie mogli już dłużej znosić tego, co się działo w Berlinie. W pewnym sensie ciotka Judith była bardziej Francuską niż Niemką, nikt jej nie będzie niepokoił.

Wyszli z dworca, gdy niebo zaczęło przybierać ołowiany kolor, a na bruku rozpryskiwały się pierwsze zimne krople. Kobieta rozłożyła zielony parasol i cała trójka schroniła się pod nim w milczeniu, próbując osłonić się przed deszczem, który okazał się tak ulewny, że nie było szans, by do swego małego mieszkanka na drugim końcu Paryża dotarli nieprzemoczeni. W tamtej okolicy miasto traciło swój urok – zmieniało się w odrapaną szarą scenerię, w której blask kawiarń i szyk restauracji zdawały się odległym złudzeniem.

Pojechali najpierw metrem, a potem zardzewiałym, hałaśliwym trolejbusem. Chłopcy usadowili się z przodu na drewnianym siedzeniu, ciotka zaś zajęła miejsce za nimi. Teraz wreszcie mogła pozwolić oczom odpocząć – zwolnić je od wysiłku, z jakim powstrzymywała się od płaczu. Moïse zerknął na brata. Jacob wciąż miał zmarszczone czoło; wśród piegów na jego twarzy lśniły krople deszczu, wydęte czerwone usta sprawiały wrażenie, że zaraz wybuchną. Moïse nie rozumiał świata – brat zawsze nazywał go „nieświadomym” – wiedział jednak, że to, co się wydarzyło, było złe, skoro rodzice musieli się z nimi rozstać. Do tej pory nigdy nie zostawali sami. Dla niego matka stanowiła przedłużenie jego samego. W nocy mimo protestów ojca spał przyklejony do niej, jakby zwykły kontakt z jej skórą dodawał mu otuchy. Jej zapach był jedynymi perfumami, jakie znosił. Wiedział też, że w jej pięknych zielonych oczach zawsze będzie bezpieczny.

Malec spoglądał przez brudną szybę. Fantasmagoryczne postacie przechodniów migały między samochodami dostawczymi i starymi furmankami zaprzężonymi w konie, których smród wypełniał ulice. To był jego świat. Moïse urodził się w Niemczech, ale nic nie pamiętał z tamtego kraju. Jego matka jeszcze mówiła w swoim języku, ale on zawsze odpowiadał po francusku, jakby w jakiś sposób chciał zostawić za sobą tamto miejsce, z którego musieli uciekać. Dokąd skierują się teraz? Czuł, że świat zaczął się zamykać za ich krokami, kiedy na szkolnym podwórku koledzy go unikali, jak gdyby żółta gwiazda, którą nosił na piersi, napawała ich jakimś strachem lub przyprawiała o mdłości. Nazywano ich „dziećmi żółtej gwiazdy”, ale on zawsze myślał, że gwiazdy to światła, które Bóg stworzył po to, by noc nie przyszła i nie pochłonęła wszystkiego. Świat jednak zdawał się teraz nieboskłonem odartym z gwiazd, osieroconym, ciemnym i zimnym jak szafa, w której Moïse często się chował, żeby spłatać figla rodzicom, i z której pragnął jak najszybciej wyjść, aby niezgłębiona czerń nie połknęła go bezpowrotnie.

1

Paryż, 16 lipca 1942 roku

JACOB POMÓGŁ BRATU przygotować się do wyjścia. Robił to od tak dawna, że jego ruchy były już mechaniczne. Prawie nie rozmawiali, kiedy zdejmował mu piżamę, ubierał go w spodnie, koszulę i buty. Moïse zachowywał się spokojnie, miał zagubione spojrzenie i obojętną minę, która czasami napawała starszego brata niepokojem. Jacob wiedział, że mały powinien już się ubierać sam, ale w jakiś sposób chciał mu pokazać, że nie jest samotny. Że będą się trzymali razem do końca i że przy pierwszej okazji dołączą do rodziców.

Wiosna minęła szybko, lecz lato, gorące i bez zajęć w szkole, zdawało się ciągnąć w nieskończoność. Ciotka Judith wychodziła bardzo wcześnie do pracy, a chłopcy musieli sobie sami przyrządzić śniadanie, uporządkować i posprzątać mieszkanie, kupić coś do jedzenia na targu i pomagać w synagodze, żeby otrzymać przygotowanie do bar micwy. Ciotka bardzo na to nalegała. Jacob był już prawie w wieku, kiedy żydowski chłopiec staje się pełnoletni wobec prawa. Jemu samemu wszystko to wydawało się głupotą. Rodzice nigdy nie zabierali ich do synagogi, a zanim przybyli do Paryża, prawie nic nie wiedzieli o judaizmie. Ciotka była jednak bardzo pobożna, zwłaszcza odkąd jej mąż zginął na wielkiej wojnie.

Jacob skończył się ubierać i pomógł bratu umyć twarz. Potem obaj skierowali się do małej kuchni wyłożonej białymi płytkami, które pod wpływem częstego szorowania dawno straciły połysk. Na wysłużonym, pomalowanym na błękitno stole czekał już na nich koszyczek z kilkoma kromkami ciemnego chleba i kawałeczkiem sera. Jacob wziął do garnuszka trochę mleka, zagotował je na niepokaźnej kuchence gazowej, po czym przelał parujące do dwóch białych miseczek.

Moïse jadł łapczywie, jakby ktoś miał go okraść z kawałka chleba. W jego dziecięcym życiu nie było ani sekundy, gdy nie czułby nienasyconego głodu. Starszy brat też potrafił pochłonąć wszystko, co znalazło się w jego zasięgu, dlatego ciotka trzymała jedzenie pod kluczem w małej spiżarce, do której wchodziło się z kuchni. Codziennie wyjmowała niewielką rację na śniadanie i na obiad. Wieczorem przyrządzała skromną kolację, zazwyczaj zupę z odrobiną makaronu lub krem jarzynowy. Mało jak dla dwóch dorastających chłopców, ale okupacja niemiecka, coraz bardziej dająca się im we znaki, ograbiała kraj z wszelkich zapasów żywności.

Francuzi, a przede wszystkim paryżanie, wiosną 1940 roku masowo uciekli na południe, ale powrócili do swoich domostw kilka miesięcy później, kiedy się okazało, że barbarzyństwo Niemców nie jest takie okropne, jak sobie wyobrażano. Rodzina Jacoba nie wyniosła się wtedy z miasta, mimo że już byli uchodźcami z Niemiec. Ojciec jednak zachowywał ostrożność, ukrywając się w mieszkaniu siostry z nadzieją, że naziści zbyt łatwo na nich nie trafią.

Jacob wiedział, że dla hitlerowców on i jego rodzina są wyrzutkami z dwóch powodów: ojciec należał niegdyś do partii socjalistycznej, w ciągu kilku lat napisał sporo utworów satyrycznych skierowanych przeciwko nazistom, nie mówiąc już o tym, że zarówno on, jak i jego żona byli Żydami, więc w przekonaniu narodowych socjalistów należeli do rasy wyklętej.

Paryż znalazł się pod bezpośrednim panowaniem Niemiec, reprezentowanych przez marszałka Wilhelma Keitla. Naziści zabierali z okupowanego kraju, co się dało. Wiosną 1942 roku prawie niemożliwe było kupienie kawy, cukru, mydła, chleba, oleju czy masła. Na szczęście ciotka Judith pracowała u pewnej arystokratycznej rodziny, która dzięki czarnemu rynkowi zawsze była dobrze zaopatrzona i obdarowywała pracownicę podstawowymi artykułami żywnościowymi, których nie można było dostać na kartki.

Po skromnym śniadaniu bracia wyszli na ulicę. Miniona noc była bardzo duszna, a parność poranka zwiastowała piekielnie upalny dzień. Chłopcy zbiegli po schodach. Na przetartych, pocerowanych przez ciotkę koszulach nosili gwiazdę Dawida odznaczającą się intensywnie żółtym kolorem.

Wewnętrzny dziedziniec był otoczony czterema skrzydłami kamienicy. Najbardziej luksusowe mieszkania wychodziły na ulicę, najbiedniejsze zaś – na rozległe brukowane podwórko. Gdy dzieci dotarły do niego, wiedziały już, że coś jest nie tak. Wybiegły przez bramę na ulicę. Przy chodniku stało ponad dwadzieścia ciemnych autobusów z białymi dachami. Wokół nich kłębił się tłum ludzi, których do środka wpychali Niemcy w białych rękawicach, z pałkami w rękach.

Jacob poczuł na plecach zimny dreszcz. Chwycił mocno rękę Moïse’a, aż ten zaczął się skarżyć i szarpać.

– Nie wyrywaj mi się, do licha! – zawołał Jacob, marszcząc czoło. Pociągnął brata z powrotem do budynku.

Ledwie weszli do środka, dozorczyni, oparta na miotle, spojrzała na nich z pogardą i zaczęła krzyczeć do żandarmów:

– Nie zabierzecie tych żydowskich szczurów?

Chłopy spojrzeli na siebie i ruszyli biegiem do drzwi swojej klatki. Piskliwy głos dozorczyni usłyszało trzech żandarmów – zobaczyli, że dzieci przecinają podwórko. Kapral dał znak ręką i razem z dwoma swoimi ludźmi popędził za chłopcami. Gwizdał przy tym przeraźliwie na czarnym gwizdku i wymachiwał w powietrzu pałką.

Bracia przebiegli po drewnianej nielakierowanej podłodze. Na wysłużonych stopniach i przegniłych deskach ich buty robiły taki hałas, że nie dało się tego nie słyszeć. Żandarmi dotarli do klatki schodowej i spojrzeli w górę. Kapral przywołał windę, a jego dwaj ludzie zaczęli się wspinać po schodach.

Jacob i Moïse, zadyszani, stanęli pod drzwiami swojego mieszkania. Młodszy chwycił za klamkę, ale starszy pociągnął go i pobiegli jeszcze wyżej, na taras na dachu. Zazwyczaj spędzali tam wiele czasu, ukryci wśród rozwieszonej do suszenia pościeli, strzelali z proc do gołębi albo patrzyli na miasto rozciągające się po drugiej stronie Sekwany.

Zasapani dotarli do drewnianych drzwi i przekroczyli próg. Na kilka sekund stanęli w tym czarnym brudnym miejscu i opierając dłonie na kolanach, łapczywie wciągali powietrze. Potem Jacob skierował się w stronę środka budynku. Dachy kolejnych domów ciągnęły się w dal prawie niekończącym się szeregiem kalenic i okazałych tarasów, na których paryżanie gdzieniegdzie sadzili warzywa. Chłopcy wspięli się po przymocowanej do ściany zardzewiałej żelaznej drabince i niepewnym krokiem ruszyli po dachówkach.

Żandarmi patrzyli na uciekinierów z tarasu kamienicy. Wtem kapral – zasapany, mimo że wjechał windą – znów przeraźliwie zagwizdał.

Jacob obejrzał się niespokojnie – może po to, żeby ocenić odległość dzielącą ich od ubranych na czarno mężczyzn, a może po prostu instynktownie, jak ścigany przez sforę psów jelonek, który sprawdza, czy prześladowcy są już blisko.

Dwaj młodsi żandarmi niezgrabnie wspięli się po drabince i wznowili pościg, krusząc butami dachówki. Po kilku sekundach już prawie doganiali chłopców.

Jacob postawił stopę między dwiema dachówkami i usłyszał trzask. Noga uwięzła mu w dziurze, a gdy ją wyciągnął, poczuł w piszczeli nieznośny ból. Z łydki płynęła krew, ściekając na białą skarpetkę. Moïse pomógł bratu wstać i pobiegli ku ostatniemu budynkowi w tym kwartale. Od następnego dachu oddzielała ich przepaść szeroka na ponad dwa metry.

Moïse obejrzał się na ścigających, a potem zerknął w dół. Mimo intensywnego letniego światła panująca na samym dnie ciemność zdawała się pochłaniać wszystko, co ośmieliłoby się wpaść w tę otchłań. Nie wiedząc, co robić, ze znękaną miną popatrzył na brata.

Jacob zareagował natychmiast. Tuż u ich stóp znajdował się mały balkonik. Stamtąd ciągnął się gzyms okalający fasadę i zakręcający na główną ulicę. Może udałoby się im dostać do środka budynku i stamtąd wrócić na ulicę, gdzie mogliby spróbować wmieszać się w tłum. Skoczył, nie namyślając się dwa razy. Gdy był już na dole, wyciągnął ramiona, by pomóc młodszemu bratu. Jednak gdy ten rzucił się w jego stronę, czyjeś ręce mocno złapały go za nogi. Chłopiec ciężko runął na dach.

– Jacob! – zawołał Moïse.

Przez chwilę starszy brat nie wiedział, co robić. Nie mógł zostawić malca, lecz wiedział, że jeżeli wróci na dach, obaj wpadną w szpony żandarmów. Nie miał pojęcia, o co tamtym chodzi, jednak rodzice mówili mu kiedyś, że naziści wysyłają Żydów do obozów koncentracyjnych w Niemczech i w Polsce.

Kapral wychylił się znad krawędzi.

– Cholerny bachor! – krzyknął ze złością, gdy ujrzał żydowskiego chłopca próbującego dosięgnąć gzymsu. Wyrwał młodszego uciekiniera z rąk swego podwładnego i trzymając dziecko za kostkę u nogi, wywiesił je poza brzeg dachu.

– Nie! – wrzasnął Jacob.

Twarz jego młodszego brata spurpurowiała. Chłopczyk miotał się jak ryba wyjęta z wody.

– Wyłaź tu zaraz! Nie chcesz chyba, żeby twój brat spadł, co? – odezwał się mężczyzna ze złowieszczym uśmiechem, po czym wywindował młodszego z powrotem na dach.

Serce Jacoba biło mocno. Poczuł dudnienie w skroniach i w opuszkach palców, kiedy zacisnął pięści. Oddech przyśpieszył mu jeszcze bardziej. Chłopak podniósł ręce, chciał krzyczeć, ale głos odmówił mu posłuszeństwa.

– Właź tutaj, ale już! I tak straciliśmy przez was dużo czasu. Cholerna diabelska rasa!

W zapadniętych oczach kaprala Jacob dostrzegł nienawiść, której nie rozumiał, a którą w ciągu ostatnich miesięcy widywał już u innych osób. Wspiął się po ścianie z powrotem na dach i stanął obok żandarma. Mężczyzna był wysoki i gruby. Zdawało się, że jego brzuszysko zaraz rozsadzi kurtkę munduru. Miał czapkę z zadartym przodem i krawat z rozluźnionym węzłem. Na zaczerwienionej twarzy nieustannie poruszały się brązowe wąsy, a usta się wykrzywiały, jak gdyby wypluwał słowa.

Gdy tylko chłopak znalazł się z powrotem na dachu, dwaj pozostali żandarmi chwycili go pod ramiona i powlekli do budynku, gdzie zaczął się pościg. Potem zjechali windą na parter i zabrali chłopców na podwórko.

Kiedy mijali dozorczynię, ta uśmiechnęła się, jakby schwytanie zbiegów sprawiło jej wielką radość. Splunęła na przechodzących chłopców.

– Komunistyczne szumowiny z zagranicy! Nie chcę już ani jednego Żyda w tym domu!

Jacob posłał jej wyzywające spojrzenie. Bardzo dobrze znał tę kłamliwą plotkarę. Ich ciotka kilka miesięcy temu pomogła jej złożyć podanie o kartki żywnościowe. Dozorczyni nie umiała czytać ani pisać, a miała niepełnosprawnego syna, który prawie nie wychodził z domu. W niektóre wieczory z mozołem wyprowadzała go na podwórko i sadzała na krześle, a on, zdeformowany, niewidomy kaleka, wstrząsał się tylko od czasu do czasu.

Moïse, wciąż wystraszony po przeżyciach na dachu, spojrzał na kobietę ze zdziwieniem. Mimo że zawsze urządzała awantury, gdy wpadali do kamienicy biegiem albo kiedy sąsiadom przeszkadzały ich krzyki czy głośny tupot na schodach, nigdy jej nic nie zrobili.

Wyszli na zatłoczoną ulicę. Połowa autobusów była już wypełniona ludźmi. Żandarmi popychali kobiety, bili dzieci i poszturchiwali staruszków, poganiając ich. Młodych osób prawie nie było, ukrywały się od miesięcy. Armia bezbronnych poruszała się pod wpływem strachu i niepewności – jak stado owiec idących w milczeniu na rzeź, niezdolnych sobie wyobrazić, że ci żandarmi, stróże kraju szczycącego się największą wolnością na świecie, zabierają ich na śmierć pod niewzruszonym okiem sąsiadów i znajomych. Autobusy powoli ruszyły. Zafascynowany Moïse wyglądał przez okno. Czuł się tak rozemocjonowany, jakby wybierał się na wycieczkę. Obok niego Jacob zerkał na wystraszone twarze pozostałych pasażerów. Dorośli starali się nie patrzeć nikomu w oczy, jakby się czuli niewidzialni wobec pogardy świata, do którego już nie przynależą.

2

Paryż, 16 lipca 1942 roku

AUTOBUSY ZATRZYMAŁY SIĘ przed ogromnym budynkiem. Żandarmi wysypali się ze swoich ciężarówek i ustawili w długim szeregu – ich zadaniem było nie dopuścić, by Żydzi rozproszyli się po pobliskich ulicach. W tym momencie słońce zaczęło przypiekać, bezlitośnie dręcząc nieszczęsnych uczestników tej złowieszczej wycieczki. Jacob i Moïse nie odrywali wzroku od stojącej za nimi wieży Eiffla, jakby nie chcieli się pogodzić z otaczającą ich rzeczywistością.

Żandarmi załomotali pałkami w blachę autobusów, żeby kierowcy otworzyli drzwi. Pasażerowie patrzyli po sobie niezdecydowani – nikt nie chciał wysiąść pierwszy. W ciszy, jaka panowała wśród nich podczas jazdy, duszami zawładnęła niepewność. Jedyną odpowiedzią na niespodziewane aresztowanie zdawała się rezygnacja. Zatrzymani w większości pochodzili z zagranicy, choć znalazło się też sporo francuskich Żydów, którzy wpadli w pajęczą sieć zastawioną na ich rasę. Wtem wstał jakiś starszy mężczyzna ubrany w fartuch roboczy i zwrócił się do wystraszonych współpasażerów:

– Musimy zachować spokój. Francuzi zapewne zebrali nas tu, żeby nam zapewnić ochronę. Ten kraj nigdy nie pozwoli, by nas deportowano do Niemiec. Może jesteśmy pod okupacją, a nasze życie znalazło się we władaniu niemieckiej hordy, ale wartości Republiki pozostają nienaruszone.

Jeden z nielicznych młodszych ludzi obecnych w autobusie odepchnął staruszka na bok i spojrzał wyzywająco na resztę.

– Jesteście baranami czy ludźmi? Czy nie zauważyliście, że odkąd zaczęła się okupacja, francuski rząd zobowiązał nas, żebyśmy się rejestrowali na policji, że zakazał nam pracy prawie we wszystkich zawodach, że musimy nosić te przeklęte gwiazdy jak w Niemczech? Jedyne, co nas tu czeka, to więzienie. A potem wyślą nas pociągami na wschód.

Jakaś kobieta w eleganckiej garsonce i niebieskim kapeluszu skierowała się do wyjścia z autobusu. Tamten zagrodził jej drogę, ale odepchnęła go mocno.

– Dajże mi przejść, na Boga! I nie strasz tych biednych ludzi. Nie wiemy, jaki będzie nasz los, ale czy nie byliśmy zawsze prześladowani i nie przetrwaliśmy mimo wszystko?

Pozostali pasażerowie zaczęli wypełniać przejście i przepychać się niespokojnie. Na zewnątrz długi szereg mężczyzn, kobiet i dzieci zmierzał już powoli ku potężnym drzwiom. Widniał nad nimi szyld ze stylizowanymi literami: „VEL’ D’HIV”.

Jacob i Moïse znali to miejsce. Byli tu kiedyś z ojcem, oglądali wyścig rowerowy. Welodrom służył kolarzom w zimie, organizowano na nim też różnego rodzaju uroczystości.

Wtem siedzący za nimi chłopak nachylił się i spytał:

– Jesteście bracia Stein?

Odwrócili się. To była ulga spotkać kogoś znajomego w tłumie obcych.

– Tak – odpowiedział Jacob, wstając z miejsca.

Jako ostatni ustawili się w rzędzie wychodzących z autobusu.

– Jestem Joseph, syn hydraulika. Uczyliśmy się razem w synagodze, ale w lecie tata zabierał mnie do pracy. Widzieliście go?

– Nie, jesteś pierwszym znajomym, jakiego tu spotykamy – odparł Jacob.

– Dziś rano ktoś się dobijał do naszego domu. Tata wyszedł z kluczem francuskim, ale zobaczył, że to żandarmi, więc zostawił go w przedpokoju. Powiedzieli nam, że mamy wziąć po jednym kocu na osobę, koszulę i nic więcej. Kiedy zeszliśmy do autobusów, straciłem rodziców z oczu.

– Po nas nie przyszli, ale dozorczyni podniosła wrzask i zaczęli nas gonić żandarmi. Próbowaliśmy uciekać po dachach, w końcu nas jednak dopadli – wyjaśnił starszy brat.

Przez drzwi zajrzał do autobusu żandarm.

– Cholerne bachory! – krzyknął. – Wyłazić natychmiast!

Dzieci lękliwie podeszły do wyjścia. Moïse przez kilka sekund patrzył na kierowcę. Tamten spojrzał mu prosto w oczy, ale po chwili spuścił głowę. Właśnie wykonywał najcięższą pracę, jaka trafiła mu się w życiu. Nie wiedział, co władze zamierzają zrobić z tymi wszystkimi ludźmi, ale wstydził się tego, że Francuzi współpracują z nazistami. Od początku okupacji starał się nie rzucać w oczy; każdy, kto kiedyś należał do jakiejś partii albo do związków zawodowych, teraz był podejrzany we Francji o zdradę stanu.

Jacob wysiadł pierwszy i rzucił żandarmowi wyzywające spojrzenie. Tamten zmarszczył brwi i pokazał mu pałką, żeby szedł dalej. W ciągu tej krótkiej chwili większość przywiezionych ludzi zdążyła już wejść do budynku. Moïse uchwycił się mocno brata, a Joseph szedł tuż za nimi przez wąskie wejście. W miarę jak zbliżali się do końca korytarza, słyszeli coraz głośniejszy pomruk, który w końcu przerodził się w ogłuszający zgiełk. Weszli do hali przykrytej olbrzymią kopułą i powiedli wzrokiem po trybunach. Ich oczy zatrzymały się na zakrzywionym torze kolarskim i na wydłużonym prostokącie pośrodku, gdzie ustawiono kilka namiotów Czerwonego Krzyża.

– Mój Boże! – Moïse z wrażenia otworzył usta. Jego oczy nie były w stanie objąć tej ogromnej przestrzeni; ledwie sobie przypominał tamten raz, gdy byli na welodromie z ojcem.

– Tysiące ludzi – zauważył Joseph. Strapiony, zdał sobie sprawę, że odnalezienie rodziny może nie być łatwe.

Przy starym drewnianym stole koło wejścia siedział jakiś urzędnik. Znużonym gestem dał im znak, by podeszli. Ustawili się przed nim w rzędzie.

– Imię i nazwisko – rzucił, nie patrząc na nich. Nosił okrąg­łe okulary przymocowane sznureczkiem do marynarki. Szkła spoczywały na jego wąskim nosie krzywo, ledwie utrzymując równowagę. – Jesteście głusi, chłopcy?

– Dlaczego nas tu przywieźli? – spytał Jacob.

Urzędnika wyraźnie zdziwiła jego śmiałość. Odłożył pióro na stół i skrzyżował ramiona.

– Gdzie są twoi rodzice? Nie nauczyli cię ani trochę kultury? – zapytał piskliwie.

– Kultury? Wyrwali nas z domów w środku nocy, przywlekli tu i zamknęli jak zwierzęta. Naprawdę spodziewa się pan, że okażę więcej kultury? – Jacob podniósł głos.

Stojący niedaleko żandarm musiał usłyszeć jego ton, bo marszcząc brwi, wyjął pałkę i podszedł do nich.

Moïse pociągnął brata za rękaw koszuli. Jacob odwrócił się w porę. Pałka grzmotnęła o stół, a zanim żandarm zdążył ją unieść na nowo, trzej chłopcy puścili się biegiem w stronę tłumu. Żandarm ruszył za nimi, jednak kiedy uciekinierzy wmieszali się w ciżbę, ścigającego zaraz otoczyli ludzie.

– Jakiś problem, panie władzo?

Żandarm zrozumiał, że zaognianie nastrojów nie byłoby teraz najlepszym pomysłem, ale przyjdzie jeszcze czas, gdy ci smarkacze mu się napatoczą. Tak czy inaczej, na pewno stąd nie wyjdą.

Jacob spojrzał za siebie. Żandarm oddalał się w stronę wejścia. Chłopiec zaraz pożałował, że tak się postawił. Może gdyby się zachował inaczej, dowiedzieliby się, gdzie jest ciotka Judith, albo przynajmniej mogliby się z nią jakoś skontaktować.

– Co robimy? – wysapał Moïse.

– Nie wiem – odrzekł jego starszy brat.

Malec przytulił się do niego i zaczął płakać. Jego ciche szlochanie rozbrzmiewało jak szmer w bezustannym zgiełku. Jacob podniósł wzrok. Przez ogromne szyby w dachu wpadało światło, a oni stali u stóp toru kolarskiego. Przypomniał sobie tamtą niedzielę kilka lat temu, gdy razem z tatą przyszli do welodromu. To było tuż przed tym, jak hitlerowcy najechali Francję. Kolarze się pocili, a widzowie zagrzewali ich do wysiłku. W tamtym momencie hala zdawała się miejscem magicznym – teraz przypominała grobowiec, z którego nie ma ucieczki.

– Muszę znaleźć rodziców – powiedział Joseph i ruszył przed siebie.

– Zaczekaj, pomożemy ci. Może gdzieś tu jest też nasza ciotka.

Ruszyli skrajem toru. Spoczywali na nim ludzie szukający choć odrobiny wygody. Wszystkim zaczęły doskwierać gorąco i duchota; po południu to pomieszczenie zamieni się w prawdziwe piekło.

Moïse zobaczył samotną młodą kobietę z bliźniakami. Zanosiła się płaczem, patrząc na dwójkę malców u swojego boku. Kilka metrów dalej śmiał się jakiś staruszek w samej bieliźnie, podczas gdy jego żona próbowała włożyć mu ubranie. Tu i tam uganiały się dzieci, badając nowy teren. Świat sprawiał wrażenie wywróconego do góry nogami, jakby wojna zamieniła wszystkich w wykrzywione lustrzane odbicia ich samych.

Jacob położył rękę na ramieniu brata. Nie chciał, żeby Moïse się zgubił; nie był pewien, czy udałoby się go odnaleźć.

Tłum zaczął się uspokajać jak rozkołysany burzą łan pszenicy, który na powrót stopniowo nieruchomieje. Zgiełk zamienił się w cichszy pomruk. Ludzie tracili chęć do rozmowy, do skarg czy narzekania przed żandarmami. Zależało im już tylko na w miarę wygodnym odpoczynku. Silniejsi wyrzucali słabszych z lepszych miejsc. Przez niskie drzwi weszły pierwsze pielęgniarki, skierowały się do namiotów i zamknęły się w nich, żeby ocenić sytuację.

Wtem rozległ się głuchy huk. Chłopcy obejrzeli się za siebie skonsternowani. Pomruk zgrozy przeszedł w spanikowane krzyki. Ludzie zaczęli się odsuwać od kogoś, a może od czegoś. Jacob oparł się o barierkę i stanął na palcach, żeby lepiej widzieć. Na drewnianym podium zadrgało skrwawione kobiece ciało, po czym zaczęło się osuwać, zostawiając szkarłatny ślad.

– Co się dzieje? – zapytał Moïse.

Zanim chłopczyk zdążył cokolwiek zobaczyć, starszy brat popchnął go w tłum. Moïse zaprotestował i zaczął się przepychać z powrotem. Jacob zasłonił mu oczy dłonią, a drugą pociągnął go w głąb pomieszczenia.

Usłyszeli kolejne podobne odgłosy, przez halę jak huragan niosły się krzyki zgrozy. Welodrom zaczął spływać krwią. W tym momencie Jacob zrozumiał, że musi jak najszybciej zabrać stąd brata. To miejsce bardziej przypominało piekło na ziemi niż cokolwiek, co do tej pory widział. Wcisnęli się do korytarza prowadzącego na różne kondygnacje. Mieli misję: odnaleźć rodzinę Josepha i spróbować dowiedzieć się czegoś o ciotce, a potem wydostać się stąd, zanim będzie za późno.

3

Paryż, 16 lipca 1942 roku

DZIEŃ CIĄGNĄŁ SIĘ W NIESKOŃCZONOŚĆ. Byli spragnieni, wygłodniali, zmęczeni. Małe dzieci płakały głośno z przegrzania, pielęgniarki próbowały rozdzielić pomiędzy nie odrobinę mleka, którą miały, a udręczone matki walczyły o to z krzykiem. Duchota była tak potężna, że większość mężczyzn została w samych podkoszulkach, kobiety zaś wachlowały dzieci kapeluszami lub kawałkami papieru. Niektórzy usiłowali szukać zagubionych bliskich: wołali ich po imieniu, jednak tak monotonnie i smutno, że głosy ginęły wśród rozmów rodzin żujących małymi kęsami niewielkie ilości jedzenia, jakie im pozostały.

Trzej chłopcy krążyli niestrudzenie. Około godziny czwartej znali już prawie wszystkie schody, zajrzeli do izby chorych i wdrapali się do najwyższej części budynku. Żandarmi zadowalali się kontrolowaniem wyjść, toteż dzieci nie odważyły się zbliżyć do drzwi. Sanitariusze wynosili ciała samobójców, ale krwawe ślady wciąż zasychały na drewnianym okrągłym podeście.

– Zajrzeliśmy już wszędzie, twojej rodziny chyba tu nie ma – powiedział Jacob do przyjaciela.

Nadzieja malująca się dotąd na twarzy Josepha nagle zgas­ła. Po jego policzkach cicho popłynęły łzy. Otarł je szybko ręką i opuścił głowę. Jacob doskonale wiedział, jak się czuje kolega. On sam – po rozstaniu z rodzicami, które przeżył ponad rok temu – miał w sobie tyle samotności i niepewności, że budził się w środku nocy spocony, wołając głośno mamę.

– Uszy do góry. Może się okazać, że to dobra wiadomość – pocieszył Josepha, kładąc mu ręce na ramionach.

– Jeżeli tu ich nie ma, to gdzie mogą być?

Obok podniósł się z miejsca jakiś starszy pan ubrany w nieskazitelny garnitur w kratkę. Słyszał wszystko. Podszedł do chłopców, zdjął okulary i nachylił się nieco.

– Niektórych zabrano do obozu w Drancy, dwanaście kilometrów na północny wschód od Paryża. Może tam są twoi bliscy. Powinniście powiedzieć o tym ochotnikom z Czerwonego Krzyża albo jakiemuś urzędnikowi.

Joseph starał się powstrzymać od płaczu, ale czuł w gardle gulę, ledwie łapał oddech.

– Bardzo panu dziękujemy – odparł w końcu.

Kiedy oddalili się od starszego mężczyzny, Jacob bąknął cicho do kolegi:

– Nawet o tym nie myśl. Możliwe, że twoja rodzina jest w tamtym miejscu, ale jej nie pomożesz, jeśli cię tam zabiorą.

– Nie rozumiem. Co innego można zrobić?

– Uciec – rzucił Jacob prawie szeptem.

Taki pomysł nie przemknął nawet przez głowę Josepha. W ciągu kilku godzin obeszli prawie cały welodrom. Wyjścia były strzeżone, dach się nie otwierał – ucieczka stąd zakrawała na czyste szaleństwo.

– Ale którędy? – spytał Moïse.

– Na pewno jest jakiś sposób, żeby wydostać się stąd bez wzbudzania podejrzeń – rzekł Jacob stanowczo, jakby był zupełnie pewny swoich słów.

– A jeśli nawet, to gdzie pójdziemy? – Joseph wzruszył ramionami.

– Poszukamy naszej ciotki Judith. Ona będzie wiedziała, co robić – stwierdził Jacob. Wiedział, że to prosta odpowiedź. Należał do osób, które wolą rozwiązywać problemy po kolei, nie martwiąc się na zapas.

Podniósł wzrok. Popatrzył na halę innymi oczami. Trzeba znaleźć jej słaby punkt i wyrwać się stąd jak najszybciej.

– Jacob, pić mi się chce – zamarudził Moïse.

Jego twarzyczka była bardzo blada, a usta wyschnięte na wiór.

Jacob spojrzał w stronę namiotów Czerwonego Krzyża.

– Lepiej zdobądźmy trochę wody i coś do jedzenia – stwierdził, schodząc rampą, żeby było szybciej.

– W ubikacjach pewnie są jakieś krany – zauważył Joseph, podążając za nim.

– A nie przechodziliśmy koło ubikacji? Śmierdzą nie do zniesienia. Nie wszedłbym tam za żadne skarby świata – powiedział całkiem poważnie Moïse.

– Tam dadzą nam wody. – Jacob wskazał namioty.

Kiedy dotarli do najniższej części welodromu, ujrzeli żandarmów. Możliwe, że mieli strzec wolontariuszy Czerwonego Krzyża, ale pilnowali raczej, by ludzie nie zrabowali tej odrobiny jedzenia, która była w hali.

– Dokąd idziecie? – zaczepił chłopców jeden z nich.

– Cały dzień nic nie jedliśmy ani nie piliśmy – odpowiedział Jacob, siląc się na żałosną minę.

Żandarm był bardzo młody. Jego nowy lśniący mundur wyglądał jak spod igły. Najpierw zmarszczył brwi, jakby obecność trzech chłopców bardzo mu nie pasowała, lecz po chwili, gdy zobaczył, że koledzy na niego nie patrzą, wyjął z kieszeni kawałek chleba i podał chłopcom.

– W piwnicy są węże przeciwpożarowe. Tam możecie się napić świeżej wody. Zejdziecie tamtędy. – Pokazał im małe drzwi ukryte w betonowej podłodze.

Zeszli po schodkach i ostrożnie otworzyli drzwi, nie chcąc zwracać na siebie uwagi. Na dole było ciemno. Jacob tak długo macał zimną, wilgotną ścianę, aż natknął się na włącznik światła. Pstryknął i zapaliła się jedna słaba, pokryta brudem żarówka, dająca przytłumiony blask.

Po raz pierwszy, odkąd ich tu przywieziono, nie czuli dusznego gorąca. W piwnicy pod halą utrzymywała się niska temperatura, chłód zdawał się niemal orzeźwiający. Chłopcy podążyli długim korytarzem, włączając kolejne światła, aż dotarli do czegoś, co wyglądało jak dwa hydranty.

Joseph z trudem poruszył wielkim pokrętłem i z węża popłynęła woda. Moïse chwycił go przy wylocie i zaczął łapczywie pić. Kiedy ugasił pragnienie, odstąpił wąż Josephowi. Na końcu napił się Jacob. Gdy już zaspokoili pragnienie, usiedli na gruzach pozostałych z jakiejś dawnej awarii i podzielili się chlebem, który dostali od żandarma. Nie było tego wiele, ale przynajmniej na chwilę uciszyło głód.

– Chyba odkryliśmy najlepsze miejsce w welodromie – powiedział triumfalnie Joseph.

Jacob rozejrzał się dookoła. Piwnica była okropna – brudna i śmierdząca, lecz w porównaniu z piekłem, jakie panowało na górze, wydawała się rajem.

– Nie zmienia to naszych planów – stwierdził. – Musimy się stąd jak najszybciej wydostać. Ty powinieneś poszukać swojej rodziny, a my naszej ciotki Judith. Jeśli twoi trafili do tamtego obozu przejściowego, lepiej by było, gdybyś został z nami. Gdy wojna się skończy, Niemcy na pewno puszczą wszystkich z powrotem do domu. Mówią, że Hitler potrzebuje nas jako taniej siły roboczej, podczas gdy jego żołnierze walczą na froncie. Ale potem nie przydamy mu się już do niczego.

– Wolałbym być z rodziną, choćby w obozie dla internowanych – powiedział bardzo poważnie Joseph.

Jacob doskonale go rozumiał. On też przemierzyłby cały świat, byle tylko być ze swoimi rodzicami, choćby to oznaczało zapuszczenie się w głąb samego piekła. Bardzo za nimi tęsknił. Za ich uśmiechami, wspólnymi zabawami, za spacerem ścieżką przez łąkę w piękny dzień. Poczuł gulę w gardle. Przeżył razem z rodzicami jedenaście lat, nigdy się z nimi nie rozłączał, a teraz musiał bez nich stawić czoło takiej sytuacji. Co miał zrobić? Jak uratować brata i przyjaciela? Zadawał sobie te pytania, podczas gdy dwaj młodsi chłopcy zaczęli beztrosko rozmawiać, jakby ich położenie nie było naprawdę trudne.

– Rozumiem. Jeśli ostatecznie będzie to jedyne rozwiązanie, zabierzemy cię do obozu w Drancy, gdziekolwiek to jest. Ale możesz też zostać z naszą ciocią.

– Dlaczego myślisz, że nie jest uwięziona w tym drugim miejscu? – zapytał Joseph nerwowo. Pewność siebie, z jaką mówił przyjaciel, nie mieściła mu się w głowie. Sam miał ochotę odrzucać to, co podsuwała rzeczywistość.

– Nasza ciotka nie jest zarejestrowana jako Żydówka. Mówiłem ci, że złapali nas, bo dozorczyni zaczęła krzyczeć.

– Ale nosicie żółtą gwiazdę – upierał się chłopiec.

– Tak, żebyśmy mogli chodzić do szkoły i w razie gdyby nas zatrzymano na ulicy. Ale jesteśmy zameldowani gdzie indziej. Dlatego myślę, że ciotka się wywinęła – wyjaśnił Jacob.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Nagle Moïse’owi zaburczało w brzuchu i wszyscy parsknęli śmiechem.

– Chyba trzeba poszukać więcej jedzenia, i to szybko – zażartował Jacob, próbując zmienić temat.

Wyszli z piwnicy tak samo ostrożnie, jak do niej wchodzili. Bezgłośnie zamknęli za sobą drzwi. Tymczasem zapadła noc, w welodromie zrobiło się ciemno. Chłopcy okrążyli namioty. O tej porze zostało tylko kilku żandarmów, palili papierosy pod ścianą hali. Dzieci skorzystały z okazji i wśliznęły się do jednego z namiotów. Stały tu częściowo otwarte pojemniki z jedzeniem. Konserwy, krojony chleb z formy, skrzynki z owocami.

– Dlaczego pozwalają, żeby ludzie byli głodni, skoro mają tu tyle jedzenia? – oburzył się Moïse.

– Może nie wiedzą, ile czasu będą nas tutaj trzymać, i wolą, żeby ludzie najpierw zjedli to, co mają ze sobą – powiedział Joseph.

– A my nie mamy nic. Lepiej zróbmy jakieś zapasy – doradził Jacob.

Chłopcy napełnili sobie kieszenie jedzeniem, po czym wymknęli się z namiotu i wrócili do swojej kryjówki.

Jacob wyjął nóż, którego używał do strugania patyków i wycinania figurek z drewna, i otworzył pierwszą konserwę z fasolą. Nie mieli łyżek, musieli więc jeść palcami. Wydawało się to takie zabawne, że co chwila wybuchali śmiechem.

Po kolacji zasnęli, ale Jacob obudził się po kilku godzinach. Postanowił zbadać piwniczne tunele. Nie uśmiechało mu się błądzenie w mroku, ale chciał wiedzieć, co się znajduje pod welodromem, i poszukać ewentualnego wyjścia. Żarówki prowadziły tylko do jednej części długich korytarzy, przez którą biegły rury. Dalej nie dało się iść z powodu ciemności. Chłopak skierował się więc z powrotem w stronę wejścia. Ostrożnie uchylił jakieś drzwi i zapalił za nimi światło. Jego oczom ukazało się małe pomieszczenie. Na ścianie znalazł lampę naftową, a w szufladach stołu warsztatowego żelazne narzędzia. Natknął się też na pół pudełka zapałek. Roztrzęsionymi z emocji rękami zapalił lampę, a potem patrzył, jak za szkłem rośnie płomień. Zdziwiło go, że tak mały knot daje tyle światła. Pomyślał, że czasami nadzieja jest jak ten płomień – ledwo się tli, ale może wskazać drogę.

Cichutko wymknął się z pomieszczenia. Zanim zdążył wrócić do tunelu, usłyszał głos brata:

– Gdzie idziesz?

Moïse był zaniepokojony, jakby się bał rozłąki z jedyną osobą, jaką zna na świecie.

Jacob dał mu znak, żeby szedł za nim. Pamiętał jeszcze, jak mały przyszedł na świat, z zaróżowioną skórą i pyzatymi policzkami. Bez przerwy płakał. Gdy się nauczył chodzić, nie odstępował Jacoba na krok i ciągle robił to co on – istny cień starszego brata. Nie było łatwo służyć mu przykładem, nieraz bywało to wręcz niewygodne, ale Jacob czuł dumę. Nie uważał się za kogoś tak ważnego, że aż godnego naśladowania i podziwu, lecz dla młodszego brata stał się bohaterem.

Ruszyli niepewnie tunelem. Każdy dźwięk działał na nich alarmująco. Widzieli, jak po podłodze przemykają dwa czy trzy szczury, a po rurach uganiają się karaluchy. Do tej pory nieraz wieczorami deptali robactwo w ciemnych zakamarkach podwórka i polowali na myszy, strzelając do nich z procy, jednak być otoczonym przez takie stworzenia w ciemnych podziemiach to zupełnie co innego.

Po dziesięciu minutach wędrówki podziemnymi korytarzami Moïse zaczął się niepokoić.

– Wiesz, jak wrócić? Skręcaliśmy tyle razy, że całkiem się pogubiłem.

– Nie martw się. Liczyłem wszystkie zakręty. Jesteśmy bliżej, niż ci się wydaje – odparł Jacob stanowczo, żeby uspokoić brata, choć sam miał wątpliwości.

Szli dalej, nie bardzo wiedząc, czego właściwie szukają. Po półgodzinie wrócili do punktu wyjścia. Joseph czekał na nich cały we łzach. Siedział, kryjąc twarz w dłoniach.

– Co się stało? – zapytał Jacob.

Chłopiec odrobinę uniósł głowę. Miał zaczerwienione oczy i tak żałosną minę, że o mało nie zaraził smutkiem przyjaciół.

– Myślałem, że mnie zostawiliście. Bałem się znowu zostać sam.

Jacob przykucnął i objął przyjaciela. Poczuł, że jego ciało jest zimne i spocone. Tuż przy swoim uchu usłyszał szloch i jego serce zalało coś w rodzaju czułości. Do niedawna zawsze mógł liczyć na czyjąś opiekę. Rodzice dbali o niego, pocieszali go i obejmowali; teraz jednak zaczął odczuwać, co znaczy troszczyć się o kogoś innego, być tym, kto dodaje otuchy innym, nie tylko sam jest pocieszany.

W ostatnich miesiącach musiał się opiekować bratem, nie wiedział jednak, jak ma wyrazić to, co czuje. Może nawet za bardzo się starał ukrywać swoje uczucia i nie chciał się rozklejać przed małym. Musiał być silny, uważał, że Moïse potrzebuje ochrony, podczas gdy ten tak naprawdę szukał czułości.

– Nigdy cię nie opuścimy. Masz moje słowo. My też zostaliśmy sami, ale teraz mamy siebie nawzajem. Nic nas nie może zatrzymać. Nie boję się tych podziemi ani żandarmów. Zobaczymy jeszcze swoje rodziny. Obiecuję.

Moïse przytulił się do nich i wszyscy trzej zasnęli na nowo. Przyśniły im się niedawne czasy – tamte dobre dni, gdy się kładli do snu u boku rodziców, a życie toczyło się szczęśliwym rytmem.

4

Paryż, 17 lipca 1942 roku

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

TYTUŁ ORYGINAŁU:

Los niños de la estrella amarilla

Redaktor prowadząca: Ewelina Sokalska

Wydawca: Monika Rossiter

Redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta: Bożena Sęk

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: © TheNewYorkPublicLibrary (Unsplash.com)

DTP: Maciej Grycz

Copyright © 2017 por Mario Escobar

Published by arrangement with Thomas Nelson, a division of HarperCollins Christian Publishing, Inc.

Copyright © 2020 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Patrycja Zarawska, 2020

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2020

ISBN 978-83-66611-10-8

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

www.wydawnictwokobiece.pl

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk