Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 143

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Dzieci szejka - Lynn Raye Harris

Sheridan Sloane poddała się zabiegowi w klinice in vitro. Doszło jednak do pomyłki i okazało się, że ojcem jej dziecka jest szejk Rashid al-Hassan. Rashid stawia Sheridan przed trudnym wyborem: albo odda mu dziecko, albo oboje zamieszkają w jego kraju i Sheridan zostanie jego żoną…

Opinie o ebooku Dzieci szejka - Lynn Raye Harris

Fragment ebooka Dzieci szejka - Lynn Raye Harris

Lynn Raye Harris

Dzieci szejka

Tłumaczenie

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Pomyłka? Jak to możliwe?

Król Rashid bin Zaid al-Hassan sztyletował wzrokiem tłumaczącego się zająkliwie sekretarza.

– Klinika twierdzi, że doszło do pomyłki, Wasza Wysokość. Pewna kobieta… – Mostafa zerknął na trzymaną w ręku kartkę. – W Ameryce – kontynuował – otrzymała spermę Waszej Wysokości zamiast nasienia swojego szwagra.

Rashidowi zrobiło się zimno, potem gorąco i wręcz zagotował się ze złości, choć serce miał skute lodem. Trwało to od pięciu lat i nic nie było w stanie go rozgrzać.

Jak mogło dojść do tak poważnej pomyłki? Nie był jeszcze gotów na dziecko i nie wiedział, czy kiedykolwiek będzie, choć w zasadzie miał obowiązek zapewnić Kyr następcę tronu. Może kiedyś, ale na pewno nie w tej chwili.

Myśl o małżeństwie i wydaniu na świat potomka sprowadzała zbyt wiele bolesnych wspomnień. Wolał już ten lodowy pancerz niż poczcie straty i rozpacz, które musiałyby go zastąpić.

Zgodnie z nakazem prawa zdeponował spermę w dwóch niezależnych bankach, ale nie mógł przewidzieć, że zostanie nią zapłodniona zupełnie przypadkowa kobieta.

Wstał i odwrócił się od Mostafy, nie chcąc okazać przygnębienia. To nie był obiecujący początek jego rządów jako króla Kyr.

Jak na złość, nic się nie układało.

Jego ojciec zmarł przed dwoma miesiącami, a brat zrzekł się tronu, jeszcze zanim został koronowany, ciężar rządzenia krajem spadł więc na barki Rashida. Niestety, wszystko szło na opak. Jako najstarszy powinien być koronowanym księciem, tymczasem był synem pogardzanym, pionkiem w prowadzonej przez ojca grze. Zgodnie z tradycją, król Kyr wybierał następcę spośród swoich synów. Nie musiał to być najstarszy z nich, choć zwykle bywał.

Ale król Zaid al-Hassan był człowiekiem okrutnym i lubował się w manipulowaniu ludźmi, więc zwlekał z przekazaniem władzy do ostatniej chwili. Młodszy Kadir nigdy nie chciał rządzić, ale ojciec nie liczył się z jego zdaniem. Pragnął jedynie kontrolować najstarszego syna. A Rashid, zamiast poddać się woli ojca, jako dwudziestopięciolatek opuścił Kyr i obiecał sobie nigdy tam nie wracać.

Wrócił jednak i nader niechętnie, ale jednak włożył koronę.

Spoglądał na pustynny krajobraz, piaskowcowe wzgórza w oddali i czerwone wydmy, palmy i fontanny zdobiące pałacowe ogrody, oświetlone wysoko stojącym słońcem. O tej porze dnia powietrze było rozedrgane upałem i większość ludzi przebywała w domach. Widok tego wszystkiego co prawdziwie ukochał, dał mu przelotne uczucie satysfakcji.

Kiedy go tu nie było, tęsknił. Za przesyconą aromatami nocną bryzą, obezwładniającym upałem i ludźmi z charakterem. Za porannym nawoływaniem do modlitwy z wieży meczetu, przejażdżkami po pustyni na rączym arabskim ogierze z sokołem na ramieniu i polowaniem na drobną zwierzynę.

Przed dwoma miesiącami wrócił do Kyr po dziesięciu latach nieobecności. Nie planował tego, ale wszystko się zmieniło, kiedy otrzymał wiadomość o chorobie ojca.

Znów ogarnęło go dawne przygnębienie. Kiedyś był zakochany i szczęśliwy, cóż kiedy szczęście bywa ulotne, a miłość przemija. Miłość wiodła prostą drogą do straty, a starta równała się nieprzemijającego bólowi.

W żaden sposób nie dało się uratować Darii i dziecka. Kto mógł się spodziewać śmierci matki i dziecka przy porodzie? W dzisiejszych czasach coś takiego nie miało prawa się zdarzyć.

Jeszcze przez chwilę błądził wzrokiem po uformowanych przez wiatr wydmach, zbierając siły przed dalszą rozmową, a kiedy się w końcu odezwał, jego głos był i spokojny i silny.

– Nie przypadkiem wybraliśmy właśnie tę klinikę w Atlancie. Skontaktujesz się z nią i uzyskasz dane tej kobiety. Gdyby były jakieś obiekcje, zagrozisz publiczną kompromitacją.

Mostafa zgiął się w ukłonie, po czym ukląkł i uderzył czołem w zdobiony dywan przed biurkiem.

– Tak jest, Wasza Wysokość. To moja wina. To ja doradziłem tę klinikę. Dlatego złożę rezygnację i w niełasce opuszczę stolicę.

Rashid spędził długi czas za granicą i czasem zapominał, jak przesadnie honorowi potrafią być jego podwładni.

– Nie zrobisz tego – odparł. – Nie mam czasu czekać, aż wyszkolisz nowego sekretarza. Błędy zdarzają się każdemu. – Znów usiadł za biurkiem.

I bez tego był ogromnie zajęty, a teraz jeszcze ten nowy problem. Jeżeli tę Amerykankę rzeczywiście zapłodniono jego nasieniem, bardzo prawdopodobne, że nosiła w łonie przyszłego dziedzica tronu Kyr.

Zacisnął w palcach wieczne pióro. Tylko traktując dziecko w tych kategoriach, a kobietę jako naczynie chroniące cenną zawartość, będzie w stanie przetrwać następne dni. Inaczej nie dałby rady.

Blada twarz Darii wciąż wracała do niego we wspomnieniach, budząc nieopisany ból. Nie był gotowy na kolejne takie przeżycie. Zbyt dużo mogło pójść nie tak.

Niestety nie miał wyboru. Jeżeli ta kobieta rzeczywiście była w ciąży, należała do niego.

– Znajdź tę kobietę – rozkazał. – Albo skończysz jako poganiacz wielbłądów na pustkowiu.

Mostafa pobladł gwałtownie.

– Tak jest, Wasza Wysokość.

Pospiesznie opuścił gabinet, a pióro w dłoni władcy pękło z trzaskiem. Ciemny atrament rozlał się po biurku jak jakiś niezwykły ornament, zabarwiony dodatkowo krwią ze skaleczenia.

Rashid przyglądał mu się przez chwilę, dopóki w progu nie stanął służący z popołudniową herbatą. Wtedy wstał i przeszedł do łazienki, umyć i opatrzyć skaleczenie. Kiedy wrócił, biurko było już umyte.

Poruszył dłonią i poczuł ukłucie. Można zmyć krew, opatrzyć ranę i zapomnieć. Ale on wiedział, że pewne wspomnienia nie odchodzą nigdy, choćby się je próbowało pogrzebać jak najgłębiej.

– Annie, nie płacz. – Sheridan była w pracy i rozmawiała z siostrą przez telefon.

Nowiny z kliniki wywołały u starszej z sióstr atak rozpaczliwego płaczu. Sama Sheridan była na razie zbyt otumaniona, by zareagować.

– Damy sobie radę. Obiecuję, że będziesz miała dziecko.

Annie łkała przez ponad kwadrans, zanim siostra wreszcie zdołała ją uspokoić. To Sheridan zawsze była silniejsza. Od lat opiekowała się starszą siostrą i żałowała, że nie może się z nią podzielić swoją siłą.

I czuła się winna, gdy Annie przeżywała kolejne załamania. Oczywiście nie były one winą siostry, ale mimo wszystko brała na siebie odpowiedzialność. Rodzina mogła sobie pozwolić na opłacenie studiów tylko jednej córki, a Sheridan była przebojowa i miała lepsze stopnie niż Annie, nieśmiała samotnica. Wybór był oczywisty, ale Sheridan czuła się winna. Może gdyby rodzice bardziej wspierali Annie, byłaby silniejsza. Tymczasem oni podejmowali decyzje za nią.

Z tych i innych względów Sheridan była zdecydowana pomóc siostrze spełnić jej największe marzenie o posiadaniu dziecka. Wszystko miało być takie łatwe. Annie nie mogła donosić ciąży i Sheridan zaproponowała, że urodzi dziecko siostry i jej męża, Chrisa. Teraz żałowała, że nie zdecydowała się na to wcześniej, tak żeby i nieżyjący już rodzice mogli się nacieszyć wnukiem. Nie byłoby to biologiczne dziecko Annie, ale miałoby jej DNA.

Poddała się sztucznemu zapłodnieniu tydzień wcześniej i wciąż nie było wiadomo, co z tego wyniknie. Jednak teraz, kiedy wiedziała, że pomylono próbki nasienia, wołałaby, żeby cała sprawa spełzła na niczym. Tym bardziej że podano jej spermę obcokrajowca. W klinice dowiedziała się tylko, że był to Arab, ciemnowłosy i ciemnooki.

Przyłożyła dłoń do brzucha i odetchnęła głęboko. Jeszcze przez następny tydzień sprawa pozostanie w zawieszeniu, a Annie będzie wypłakiwać sobie oczy. Potem albo się okaże, że jest w ciąży z nieznajomym, albo spróbują ponownie z nasieniem Chrisa.

Tylko co, jeżeli jednak jest w ciąży?

Zapukano do drzwi i w progu stanęła Kelly. Sheridan przywitała ją uśmiechem.

– Wszystko w porządku?

– Niezupełnie – bąknęła, ale zaraz lekceważąco machnęła ręką. – Co tam, wszystko się poukłada.

Kelly usiadła obok.

– Chcesz o tym pogadać?

Początkowo nie miała takiego zamiaru, ale potrzeba podzielenia się absurdalnymi nowinami przeważyła. Możliwość rozmowy okazała się bardzo ożywcza.

Kelly nie przerywała, ale jej oczy robiły się coraz większe.

– O rany – powiedziała w końcu. – Więc możesz być w ciąży z jakimś obcym mężczyzną. Biedna Annie. Pewnie jest zdruzgotana.

– Owszem. To kompletnie niweczy jej nadzieje. Po tych wszystkich nieudanych próbach… – Odetchnęła głęboko. – To naprawdę zły moment na takie komplikacje.

– Bardzo mi przykro. Ale może jeszcze nic z tego nie będzie i spróbujecie znowu.

– Mam nadzieję.

Podobno czasem trzeba było powtarzać całą operację dwu- albo nawet trzykrotnie. W tym wypadku niepowodzenie byłoby zdecydowanie najlepszym rozwiązaniem. Sheridan wstała i wygładziła spódnicę.

– Bierzmy się do pracy. Trzeba przygotowywać catering, a wcale nie mamy za dużo czasu.

– Spokojnie, panuję nad wszystkim. Możesz iść do domu i odpocząć. Wyglądasz blado.

– Serdeczne dzięki, ale nie. – Sheridan roześmiała się i pokręciła głową. – Wolę tu zostać. Przynajmniej zajmę czymś głowę.

Przyjaciółka nie była tego taka pewna.

– No, niech będzie, ale jeśli nakapiesz łez do zupy, wysyłam cię do domu.

Party udało się znakomicie. Gościom smakowało jedzenie, kelnerzy spisali się na medal. Wszystko poszło tak sprawnie, że Sheridan mogła się zająć przygotowywaniem menu na kolejne przyjęcie, które miały obsługiwać już za kilka dni.

Od pierwszej chwili, jak tylko spotkały się w szkole, stanowiły zgrany zespół. Kelly miała talent do gotowania, Sheridan do biznesu. Wspólnie założyły firmę Dixie Doin’s, wynajęły budynek z profesjonalną kuchnią, a także personel. Otworzyły też sklep, gdzie klienci mogli wybierać nie tylko potrawy, ale też bieliznę stołową, naczynia, oliwy smakowe, przyprawy i herbaty.

Sheridan siedziała w biurze, zapoznając się z wymaganiami następnego klienta, kiedy usłyszała dzwonek przy drzwiach wejściowych. Zerknęła na monitor połączony z zainstalowaną w sklepie kamerą. Tiffany, nastolatki wynajętej do pomocy na lato, nie było w zasięgu wzroku, a obcy mężczyzna rozglądał się, jakby kogoś szukając.

Pewnie żona wysłała go po zakupy i na gwałt potrzebował pomocy. Tiffany wciąż nie było, więc Sheridan wstała zza biurka. Później będzie musiała przywołać dziewczynę do porządku, ale najpierw trzeba się zająć potencjalnym klientem.

Stał odwrócony do niej tyłem, wysoki, ciemnowłosy, ubrany w garnitur. Sprawił przytłaczające wrażenie, ale cóż, to tylko klient. Jej zdaniem mężczyźni byli męcząco zmienni, a im przystojniejsi, tym gorszy mieli charakter. Sama całkiem niepotrzebnie chciała w ludziach widzieć tylko dobre strony. Matka często powtarzała, że jest za dobra. Może, ale jaki sens miałoby doszukiwanie się w ludziach zła? Można się przez to było tylko wpędzić w depresję.

– Witamy w Dixie Doin’s – powiedziała pogodnie. – W czym mogę panu pomóc?

Mężczyzna drgnął i odwrócił się wolno. Miał najprzystojniejszą i jednocześnie najbardziej chłodną twarz, jaką kiedykolwiek widziała. W płonących ciemnych oczach nie było nic przyjaznego.

Serce drgnęło jej niespokojnie, ale powiedziała sobie, że to stres wywołany ostatnimi przeżyciami i niepewnością. Nie to było jednak powodem jej niepokoju. Ani nawet nie jego zapierająca dech uroda.

Był Arabem, co w świetle wiadomości z kliniki wydawało się wyjątkowo kiepskim żartem.

– Pani Sheridan Sloane.

To nie było pytanie tylko stwierdzenie, zupełnie, jakby ją znał. Ale ona go nie znała i nie podobał jej się sposób, w jaki na nią patrzył.

Z zasady żywiła sympatię do nowo poznanych osób, ale nie tym razem.

– Owszem – odpowiedziała. – A pan…?

Włożyła w te słowa całą południową wyższość, na jaką mogła się zdobyć. Czasem pochodzenie z rodziny, której przodkowie sygnowali Deklarację Niepodległości, bywało przydatne. Nieważne, że wraz z nadejściem Rekonstrukcji jej rodzina popadła w ubóstwo, podobnie zresztą jak całe Południe. Została duma, dziedzictwo i słowa matki, że nikt nie ma prawa okazywać jej wyższości.

Gość zrobił coś dziwnego. Pochylił się lekko i dotknął czoła, warg i serca. Potem stanął wyprostowany, wysoki, wręcz dostojny. Od razu wyobraziła go sobie w galabiji, wykonującego te same gesty.

– Jestem Rashid bin Zaid al-Hassan.

Drzwi otworzyły się ponownie i do sklepu wszedł drugi mężczyzna. On też był w garniturze, ale miał w uszach słuchawki i zapewne był ochroniarzem. Rzut oka w okno powiedział jej, że przed sklepem stoi długa, czarna limuzyna i jeszcze jeden mężczyzna w garniturze. Kolejny, w ciemnych okularach, tkwił po drugiej stronie ulicy i rozglądał się na boki, jakby wypatrując zapowiedzi kłopotów.

Ten, który właśnie wszedł do sklepu, stanął nieruchomo przy drzwiach. Mężczyzna przed nią zdawał się nawet nie zauważać jego obecności. Albo był do niej tak przyzwyczajony, że celowo ją ignorował.

– Więc? W czym mogę panu pomóc?

Mężczyzna przy drzwiach wyraźnie zesztywniał, ale gość sprawiał wrażenie rozbawionego.

– Ma pani coś, co należy do mnie. Chcę to dostać z powrotem.

Nad jej górną wargą pojawiły się kropelki potu, ale miała nadzieję, że tego nie zauważył. Nie powinna zdradzić swojego zdenerwowania. Ten mężczyzna nie zawaha się wykorzystać jej słabości.

– Nie przypominam sobie, żeby był pan naszym klientem, jeżeli jednak przez pomyłkę trafiły do nas jakieś srebra pańskiej żony, to oczywiście zwrócimy je.

Już nie sprawiał wrażenie rozbawionego, był za to zły.

– Nie chodzi o srebra, panno Sloane.

Zrobił krok w jej stronę, pomimo masywnej budowy poruszając się z miękkim wdziękiem wielkiego kota. Był tak blisko, że poczuła jego zapach. Woń gorącej letniej bryzy i ostrych przypraw. Wyobraźnia podsunęła jej obraz pustynnej oazy z palmami, chłodnym źródłem i tego mężczyzny w stroju Beduina, dosiadającego rączego ogiera. Fatamorgana, ale bardzo niepokojąca.

Z udawaną swobodą oparła się o blat.

– Proszę mi po prostu wyjaśnić, o co chodzi. – Nie potrafiła powstrzymać drżenia głosu.

Omiótł wzrokiem jej brzuch i w końcu coś do niej dotarło.

O nie, tylko nie to…

Spojrzał jej w oczy i już wiedziała na pewno.

– Jak…? – zaczęła, ale nie była w stanie skończyć.

To było nieprawdopodobne. Niewyobrażalne naruszenie tajemnicy. Pozwie tę klinikę do sądu.

– Nic mi nie powiedzieli o panu, więc skąd ma pan informacje o mnie?

Przez chwilę miała nadzieję, że on nie ma pojęcia, o czym ona mówi. Że to tylko jakieś nieporozumienie z wysokim, przystojnym Arabem, coś zupełnie innego, niż jej się wydawało. Że zdziwi się, pokręci głową, wyjaśni, że przy okazji obsługi ich imprezy przez pomyłkę zapakowała jakąś rodzinną pamiątkę, choć nigdy wcześniej jej się to nie zdarzyło. Opisze ją, a ona spróbuje odnaleźć tę rzecz. I tyle.

W głębi duszy była jednak pewna, że żadne nieporozumienie nie wchodziło w grę.

– Mam spore możliwości, panno Sloane, i zwykle dostaję, czego chcę. Proszę sobie wyobrazić skandal wybuchły po ujawnieniu, że amerykańska klinika popełniła taki błąd. – W jego głosie brzmiało przekonanie o własnej nieomylności. – Kiedy przypadkowa kobieta nosi w łonie potencjalnego dziedzica tronu Kyr, klinika nie może odmówić dawcy spermy informacji.

Próbowała przetrawić usłyszane słowa, ale pociemniało jej w oczach i twarz gościa zaczęła odpływać.

– Powiedział pan „dziedzica tronu”? To było nasienie króla?

Przyłożyła drążącą dłoń do czoła. Gardło miała kompletnie wysuszone i zbierało jej się na wymioty. Gorzej być nie mogło.

– Właśnie tak, panno Sloane.

Nie była w stanie tego pojąć. Przecież król nie przyszedłby do jej sklepu i nie mówił takich rzeczy. I z pewnością nie wyglądałby tak mrocznie i niebezpiecznie.

To musiał być ktoś inny. Urzędnik. Może ambasador. Albo policjant.

Łatwo było uwierzyć, że go wynajęto. Był taki wysoki, barczysty, ciemnooki. Miał lodowaty wzrok i fascynujący głos. Przyjechał poinformować ją o tym królu i po co jeszcze?

Zupełnie nie mogła sobie tego wyobrazić. Starała się powiedzieć to, co miała do powiedzenia, zanim ogarną ją mdłości.

– Proszę powiedzieć królowi, że bardzo mi przykro. Rozumiem, że to dla niego bardzo trudne, ale nie jego jednego spotkała przykrość. Moja siostra…

Poczuła w ustach gorycz i przycisnęła palce do warg. Co powie Annie? Siostra z pewnością kompletnie się załamie.

– Przeprosiny nie wystarczą, pani Sloane.

Jakoś zdołała opanować mdłości.

– Nie rozumiem…

– Dobrze się pani czuje? – Tak wyraźnie zaniepokojony wydał jej się bardziej ludzki.

– Wszystko w porządku – skłamała.

– Bardzo pani zbladła.

– To ten upał. I hormony. – Nogi odmawiały jej posłuszeństwa. – Chyba powinnam usiąść.

Spróbowała zrobić krok, ale kolana ugięły się pod nią. Pan Rashid, albo jak się tam nazywał, podtrzymał ją silnym ramieniem i oparła się na nim bezwładnie. Nawet nie usiłowała się od niego odkleić i, co gorsza, uświadomiła sobie, że wcale nie ma na to ochoty.

Coś mówił, a jego głos wydawał się odleglejszy niż poprzednio. Słowa brzmiały pięknie, zupełnie jak muzyka, ale chyba nie kierował ich do niej. Potem dźwignął ją, jakby nic nie ważyła, i zaniósł na małą kanapę, na której siadywała z klientami.

W drzwiach wejściowych zobaczyła zdumioną Tiffany i jednego z mężczyzn w garniturach, który zamknął drzwi, pozostawiając Sheridan sam na sam z gościem.

Przyklęknął obok kanapy i położył dłoń na jej czole. Wiedziała, jaki wyciągnie wniosek. Spocona i rozpalona, tylko z najwyższym trudem zdołała wybąkać kilka słów. Drzwi otworzyły się znowu i pojawiła się w nich Tiffany ze szklanką wody.

Przyjęła ją z wdzięcznością, wypiła, przymknęła oczy i oddychała głęboko. Ktoś położył jej na czole zimny kompres.

Nie miała pojęcia, jak długo tam siedzi. Kiedy w końcu otworzyła oczy, on wciąż tam był. Siedział na jednym z pięknych krzeseł królowej Anny, które wyszperała w miejscowym antykwariacie. Wyglądał w nim zabawnie, taki duży i męski, ale najwyraźniej nic go to nie obchodziło.

– Co się stało? – spytał grzecznie.

– Nadmiar stresu, hormonów i upału. – Wzruszyła ramionami.

Mruknął coś po arabsku i utkwił w niej lodowate spojrzenie.

– Obawiam się, że nic pani nie zrozumiała.

– Czyżby?

– Tak. Nie jestem panem Rashidem.

– W takim razie kim?

Spojrzał na nią z wyższością i teraz sobie uświadomiła, że w jego twarzy jest jednak coś znajomego. Kilka tygodni temu widziała ją w wiadomościach.

Znów się odezwał, a jego głos brzmiał czysto i mocno.

– Jestem Król Rashid bin Zaid al-Hassan, Wielki Opiekun Mojego Ludu, Lew Kyr i Obrońca Tronu. A pani być może nosi w łonie moje dziecko.

ROZDZIAŁ DRUGI

Kobieta sprawiała wrażenie przerażonej. Wcale nie zamierzał do tego doprowadzić, ale może lepiej się stało. W tym stanie łatwiej wyrazi zgodę na to, co konieczne. Nie może przecież dalej pracować w tym sklepie, jak gdyby nie nosiła w łonie następcy tronu Kyru.

Spędził długi lot na zbieraniu wiadomości o Sheridan Sloane. Dwadzieścia dwa lata, niezamężna, współwłaścicielka firmy planującej i obsługującej przyjęcia na lokalnym rynku. Miała starszą siostrę, Ann Sloane Campbell, która od sześciu lat bezskutecznie starała się o dziecko.

To Sheridan miała urodzić dziecko, którego nie mogła mieć jej siostra. Szanował ją za to, ale skoro został postawiony w takiej, a nie innej sytuacji, musiał bronić swojego dziedzictwa. Jej siostra zapewne będzie rozczarowana, ale na to nie mógł nic poradzić.

Sheridan Sloane była niewątpliwie interesującą kobietą, choć może nie jakąś pięknością. Średniego wzrostu, drobnej budowy, o blond włosach, które zwijała w węzeł na czubku głowy. Oczy ciemnoniebieskie, niemal szafirowe, a pod nimi ciemne cienie, szpecące bladą skórę.

Sprawiała wrażenie zmęczonej i przytłoczonej, choć nastawionej ugodowo, przypuszczał więc, że nie sprzeciwi się wyjazdowi.

Jednak kiedy ją tak obserwował, zauważył, że wygląd uległ zmianie, jakby nagle otoczyła się murem. A więc jednak ma kręgosłup. Spojrzała na niego ostro, a on czekał, wbrew sobie zaciekawiony.

– Jest pan królem? Trzeba było od razu powiedzieć i oszczędzić nam obojgu zamieszania.

– Może, ale co by się wtedy stało? I tak omal pani nie zemdlała.

– Omal nie zemdlałam, bo to był długi, męczący dzień. Wyobraża pan sobie, jak przyjęła tę wiadomość moja siostra, panie…, och, nie mam pojęcia, jak się do pana zwracać.

– Wasza Wysokość będzie odpowiednio.

Nie zamierzała wzruszać ramionami, ale jakoś tak wyszło.

– Obojgu nam nie jest łatwo, ale w tej sytuacji chyba możemy mówić sobie po imieniu. W każdym razie, takie jest moje zdanie – powiedziała tonem twardym jak stal.

Obserwował ją, zszokowany i rozbawiony zarazem. Była to pierwsza normalna sytuacja, jaką przeżywał w ciągu dwóch miesięcy od objęcia tronu.

Oczywiście nie pozwoli na poufałość, skoro jednak możliwe, że ta kobieta nosi jego dziecko, nie powinien jej traktować jak obcej. W pamięci stanęła mu Daria o łagodnych, brązowych oczach i gwałtownie zapragnął opuścić to miejsce. Niestety nie mógł. Był królem i odpowiadał przed swoim narodem. A także przed swoim dzieckiem.

Daria chciałaby, żeby był dobry dla tej kobiety. Dlatego spróbuje, choć trudno mu było zdobyć się na coś ponad obojętność. Pierwsza zasada w szkole trudnego dzieciństwa: Jeżeli się nie przejmujesz, ludzie nie mogą cię zranić.

Jeżeli się odkryjesz… cóż, dobrze wiedział, czym to grozi. Dawno zadane rany do dziś nie zdołały się zagoić. Wtedy o to nie dbał, ważniejszy był młodszy i bardziej podatny na zranienie brat, Kadir.

Kiwnął głową.

– Proszę mnie nazywać Rashidem. Ale proszę nie robić tego przy moim personelu – dodał. – Nie zrozumieliby.

– Ja jestem Sheridan. Na razie jeszcze nie wiadomo, czy w ogóle mamy się o co kłopotać. Zadzwonię, jak się dowiem, i wtedy ustalimy, co dalej.

Więc jednak rzeczywiście niczego nie zrozumiała.

– Żadnych telefonów.

Zmarszczyła brwi, zaskoczona jego tonem.

– Dobrze, więc ty zadzwoń do mnie. Trzeba coś postanowić.

Ależ uparta!

– Wszystko już postanowione. Skoro możesz być z mną w ciąży, musisz przyjąć moją propozycję.

– Naprawdę nie sądzę…

– Cisza! – burknął, zniecierpliwiony. – Nie jesteś tu od myślenia. Polecisz ze mną do Kyru, gdzie zaczekamy na wyniki. Jeżeli nie jesteś w ciąży, zostaniesz odwieziona do domu.

Sprawiała wrażenie oszołomionej. Próbował nie zauważać drżących, różowych warg, ale miał coraz większą ochotę musnąć je językiem i sprawdzić, czy smakują równie słodko i delikatnie, jak wyglądają.

Szokujący pomysł, bo przecież wcale nie chciał tej kobiety.

Teraz jednak już się pozbierała i gwałtownie potrząsnęła głową, aż nieposłuszny kosmyk wysunął się z węzła i opadł na policzek. Niecierpliwym gestem odgarnęła go za ucho.

– Nie mogę rzucić wszystkiego i jechać z tobą! Prowadzę firmę. A stan mojego konta nie sprzyja podróżom. Więc zapomnij.

Firma? On rządził krajem i dzień po dniu musiał rozwiązywać kolejne kryzysy.

Tymczasem ta drobna irytująca osóbka próbowała pokrzyżować mu szyki. W tym momencie wcale nie była nastawiona ugodowo.

Spojrzał na nią wzrokiem, który pałacową służbę przyprawiał o dreszcze.

– To nie było pytanie, tylko rozkaz.

Odetchnęła głęboko i przez chwilę był górą, przynajmniej tak mu się wydawało. Ale wtedy ujrzał przed sobą furię.

– A jakie ty masz prawo podejmować za mnie decyzje? Właśnie że nigdzie z tobą nie pojadę. Jeżeli jestem w ciąży, to jakoś się dogadamy, ale na razie jeszcze tego nie wiemy. Nie mogę i nie zamierzam rzucić wszystkiego. To jest Ameryka i nie możesz mnie do niczego zmusić!

Cóż, dawno nie słyszał odmowy. W ciągu kilku minionych lat nikt nie ośmielił się mu sprzeciwić. Przecież był al-Hassanem, bogatym i wpływowym. A teraz w dodatku królem, więc całe otoczenie bez szemrania wypełniało jego rozkazy.

Za wyjątkiem Sheridan Sloane. Drobna i delikatna, przemawiała do niego, jakby był jej ogrodnikiem. Irytujące i intrygujące zarazem.

Ale choć nie mógł nie podziwiać jej hartu ducha, nie zamierzał odpuścić.

– Posłuchaj – powiedział zimno. – Ten sprzeciw jest bardzo nierozsądny. Firma? – Strzelił palcami. – Mogę ją bardzo szybko zniszczyć. Podobnie jak ciebie. Prowokuj mnie dalej, a na pewno to zrobię.

Serce Sheridan tłukło się jak oszalałe. On jej groził. Chciał zniszczyć Dixie Doin’s. Początkowo omal nie roześmiała mu się w twarz. Ale szybko zrozumiała, że mówi poważnie i może spełnić swoje groźby.

Był królem.

Królem nieprawdopodobnie bogatego, produkującego ropę naftową kraiku na Pustyni Arabskiej. Wiedziała, gdzie leży Kyr. Niedawno miał tam miejsce kryzys, nagłośniony w mediach. Król ciężko zachorował, a imię następcy tronu pozostawało nieznane. Ciekawe, że monarcha, który mógł wybrać sukcesora spośród swoich synów, nigdy tego nie zrobił. Obaj synowie byli już dorośli i musieli sami zdecydować, który nadaje się lepiej do tego zadania.

Teraz jednak kryzys został zażegnany i Kyr miało króla. Był nim ten mężczyzna, Rashid bin Zaid al-Hassan. W końcu zdołała zapamiętać cały tytuł.

Jednak ona nie została nauczona ślepego posłuszeństwa i raczej już się nie nauczy. Nawet jeżeli jego zachowanie i groźby budziły w niej lęk. Nawet jeżeli był królem, ona nie należała do jego poddanych.

– To tylko siedem dni. Mógłbyś zostać w Savannah albo wrócić, kiedy wszystko się wyjaśni. To dużo prostsze niż rozwiązanie, które proponujesz.

Nie sprawiał wrażenia skłonnego do negocjacji.

– Czyżby? Uważasz, że twoja firma, w której są jeszcze współwłaścicielka i pracownicy, potrzebuje cię bardziej niż mój naród swojego króla? Ciekawe podejście.

Sheridan wepchnęła nieposłuszny kosmyk włosów za ucho. Jak mu się udało sprawić, że czuła się małostkowa, choć chciała tylko zachować prawo do decydowania o sobie, przynajmniej dopóki sprawa się nie wyjaśni? Nad tym, co będzie, jeżeli naprawdę nosi jego dziecko, wolała się nie zastanawiać.

– Niczego takiego nie sugerowałam. Ale moja firma jest dla mnie ważna i nie mogę zostawić Kelly samej ze wszystkim.

– A ja prowadzę pokojowe negocjacje i rządzę krajem.

Szukała argumentów, które mogłyby go przekonać, ale już jej nie słuchał. Wyciągnął z kieszeni telefon i przeprowadził krótką rozmowę, a kiedy skończył, popatrzył na nią znacząco.

– Pojedziesz ze mną. Teraz. Mój prawnik jest gotowy wykupić twoją pożyczkę w banku, a ja chętnie ofiaruję dużo więcej, niż to wszystko jest warte.

Czuła się kompletnie bezradna. Na pewno nie blefował. Bo skoro zdołał wydostać jej prywatne, prawem chronione dane z kliniki, musiał mieć specjalny status.

Naprawdę mógł wykupić Dixie Doin’s i zrobić z nią, co chciał. Zamknąć, zwolnić pracowników, zniszczyć marzenia jej i Kelly. O siebie nie dbała, ale Kelly? Przyjaciółka okazała wielkie serce i lojalność, kiedy Sheridan postanowiła urodzić dziecko, choć więcej pracy miało teraz spaść na nią. Zaakceptowała bez szemrania całą długą procedurę in vitro, nie okazując ani cienia niezadowolenia.

Jak mogła pozwolić, by ten bezwzględny tyran zrujnował jej marzenia? Oczywiście nie mogła.

Drżąca ze wzburzenia, spojrzała mu prosto w twarz. Był wysoki i przytłaczający, ale patrzyła mu w oczy śmiało wyprostowana, z wysoko uniesioną brodą.

– Pozwolicie mi chociaż zabrać ubrania? Pewnie będę też potrzebować paszportu.

Myślała, że zobaczy na jego twarzy tryumf czy satysfakcję, ale dostrzegła tam tylko znudzenie. Jakby od początku nie wątpił, że w końcu ustąpi. Nienawidziła go w tej chwili jak nigdy wcześniej nikogo. W ogóle nienawiść nie leżała w jej naturze.

– Podróżując ze mną, nie potrzebujesz paszportu. Ale zajdziemy do ciebie do domu i zabierzesz potrzebne rzeczy.

Nadal była wzburzona, ale teraz ogarnął ją lęk. Więc naprawdę miała wstąpić na pokład samolotu i wylądować w kraju, którego języka nie znała, a obyczajów nie rozumiała? Jednak odmowa była niemożliwa. Gdyby się odważyła, bez mrugnięcia okiem zrujnowałby Dixie Doin’s, pozbawiając ją wszystkiego.

Co się z nią stanie, jeżeli naprawdę nosi jego dziecko? Czy może ją zmusić, by została w Kyrze na zawsze?

Z całych sił starała się powstrzymać napływające do oczu łzy. Oto zostaje porwana przez króla jakiegoś pustynnego państewka, gdzie najprawdopodobniej zamieszka w haremie. I kompletnie nic nie mogła na to poradzić. Przynamniej jeżeli chciała ochronić przyjaciółkę i pracowników. A także Annie i Chrisa. Co mogłoby ich spotkać w razie jej sprzeciwu, wolała sobie nie wyobrażać, bo przerażenie mroziło jej krew w żyłach. Jej przeciwnik był człowiekiem wyjątkowo bezwzględnym i pozbawionym ludzkich uczuć.

– Jaką mam gwarancję, że będę bezpieczna? – spytała niepewnie.

– Bezpieczna? – Karcąco ściągnął brwi. – Uważasz mnie za barbarzyńcę? A może terrorystę? Jestem królem, a ty moim gościem honorowym. Gwarantuję ci wszelkie luksusy.

– A jeżeli rzeczywiście jestem w ciąży? Co wtedy?

Musiała wiedzieć, na czym stoi.

– Przecież i tak zamierzałaś oddać dziecko. Dlaczego coś miałoby się zmienić?

To zabolało. Owszem, zamierzała oddać dziecko, ale swojej siostrze. To było co innego. Wprawdzie nie jako matka, tylko ciotka, ale byłaby nadal obecna w jego życiu. Ale oddać własne dziecko obcemu, nawet jeżeli miałoby połowę jego genów? Tego nie mogła sobie wyobrazić.

– Nie oddam mojego dziecka – powiedziała chropawo.

Ale jaki miała wybór? Nie mogła ryzykować zniszczenia wszystkich, których kochała.

Oczy Rashida lśniły lodowato.